Giovanni - Bethany Kris - ebook
BESTSELLER

Giovanni ebook

Bethany Kris

4,6

177 osób interesuje się tą książką

Opis

Drugi tom bestsellerowej zagranicznej serii mafijnej!

 

Dla fanów powieści Cory Reilly!

 

Giovanni Marcello mógłby wydawać się beztroskim, nieprzestrzegającym reguł członkiem rodziny mafijnej. Niektórzy postrzegali go wręcz jako czarną owcę. Jednak nawet on nigdy nie łamał zasad Cosa Nostry, które były dla niego święte.

 

Nigdy, aż do teraz.

 

Kim Abella wiedziała, że Giovanni nie ma pojęcia, że ona zna prawa mafijne równie dobrze jak on. Za swoje błędy płaciła każdego dnia, będąc narzeczoną mafiosa – mężczyzny budzącego w niej obrzydzenie. Znajomość z Giovannim Marcello mogła okazać się największą pomyłką w jej życiu, ale Kim nie potrafiła się oprzeć.

 

Kobieta związana z innym członkiem mafii była zakazana dla pozostałych. Giovanni nie mógł złamać tego przykazu, bo cena była zbyt wysoka nawet dla niego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 487

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (611 ocen)
423
117
57
13
1
Sortuj według:
ejacz76

Nie oderwiesz się od lektury

Super, tak jak i pierwszy tom. Czekam na Dantego... Polecam
10
paula44

Nie oderwiesz się od lektury

super książka, (:
00
Garbielka

Z braku laku…

Gorsza od pierwszej części:(
00
Rudaa66

Nie oderwiesz się od lektury

przyjemna
00
Kasiaczek0124

Nie oderwiesz się od lektury

Super
00

Popularność




Tytuł oryginału

Giovanni

Copyright © 2016 by Bethany-Kris

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Joanna Tykarska

Korekta:

Justyna Nowak

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN:  978-83-8178-674-4

Rozdział pierwszy

Życie przypomina grę w blackjacka.

Jak w każdej grze są zasady, gracze, przegrani i wygrani.

Są nowicjusze, którzy wiedzą, że podstawowym celem jest wstrzelić się w magiczną liczbę 21, ale jej nie przekroczyć. Tak naprawdę potrafią jedynie liczyć. Są amatorzy, obserwujący talię w nadziei, że krupier osiągnie limit i da im szansę pójścia na całość. Ci są nieco sprytniejsi. Ważą koszt przegrania kolejnego doboru karty. Wreszcie są profesjonaliści. To gracze, którzy liczą karty i wiedzą, ile których zostało.

To rekiny. Wszyscy pozostali to płotki. Problem w tym, że gdy grasz w blackjacka, nikt tak naprawdę nie wie, kto jest rekinem, aż w końcu jest za późno.

W życiu jest tak samo. Czasami to tylko kwestia szczęścia w dobieraniu i kart znajdujących się na stole. Lepsza ręka daje większe szanse.

Giovanniemu Marcello życie zdecydowanie dało dobrą rękę.

– Stół pełny czy można się dosiąść?

Słodziutki niczym miód, kobiecy głos wyrwał Gio z zamyślenia, sprawiając, że wrócił do gry. Krupier kiwnął głową, sygnalizując, że do siedzącej już przy stoliku trójki może dołączyć kolejny gracz. Długie, zgrabne nogi i sięgające pasa, falujące blond włosy to było pierwsze, co Gio zauważył u młodej kobiety, która wślizgnęła się na obite skórą krzesło obok niego.

Kolejną rzeczą były jej oczy, uderzająco niebieskie i głębią sięgające duszy. Rzęsy miała tak długie, że zakrywały całe jej powieki, gdy strzeliła spojrzeniem ku swojemu nowemu towarzyszowi. Strzeliła całkiem dosłownie. Gio poczuł, jakby nagle ktoś wsadził mu pod język kulkę z waty.

– Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli usiądę obok i zagram? ‒ zapytała kobieta, dodając swój zakład do puli.

Gio pokręcił głową. Wyglądała na młodą. Na pewno pełnoletnią, ale jednak młodą. Mimo to nie mógł się powstrzymać, by nie zapytać.

– A masz tyle lat, żeby móc grać?

– Właśnie miesiąc temu skończyłam dwadzieścia jeden. Chcesz zobaczyć mój dowód?

– Nie. Wierzę na słowo.

Nieczęsto Gio rozmawiał albo interesował się młodszymi kobietami. Wolał takie mniej więcej w swoim wieku, czyli około dwudziestu pięciu lat. Można było oczekiwać u nich pewnej dojrzałości. Takie kobiety rozumiały już, że nie ma zamiaru się za nimi uganiać, a on z kolei nie chciał, by one uganiały się za nim.

Krupier odsłonił karty dla graczy, a potem rozdał jedną sobie. Ósemka pik, którą dostał Gio, stanowiła lipny początek, ale siedząca obok atrakcyjna blondynka ze swoją trójką kier miała jeszcze gorszy. Do swojej ręki nie przywiązywała jednak żadnej wagi.

– Całkiem przyjemne wesele, czyż nie?

– Pewnie. Sam jednak nie jestem zbyt wielkim fanem wesel – przyznał Gio.

Jego wzrok rozpraszał granatowy jedwab jej sukni. Sięgała kilka centymetrów ponad kolana, co tylko ciągnęło jego oczy bardziej w dół, ku dopasowanym, zamszowym czółenkom z odkrytymi palcami, które oparła o nogi krzesła.

Gio zaczął szukać w zakamarkach umysłu, próbując ustalić, kim jest ta dziewczyna. Wydawała się dziwnie znajoma. Obejrzał ją szybko jeszcze raz. Na jej palcu nie było żadnego pierścionka, który mógłby sygnalizować, że jest zaręczona.

– Ze strony pani czy pana młodego? ‒ zapytał po krótkim namyśle.

– Młodego, jak sądzę. Ze względu na powiązania. Jak chyba większość, nie?

Aaaa, jasne. Tu go miała. Nie było tajemnicą, że świeżo upieczona żona Luciana nie miała możliwości zaproszenia zbyt wielu krewnych, którzy mogliby zjawić się na imprezie. Obejmującą osiemset osób listę gości sporządzono, przykładając do tej kwestii wielką wagę. Organizatorzy wypełnili kościół po brzegi.

– Nie zapytasz mnie o to samo? ‒ powiedział Gio, unosząc brew.

– Wcześniej stałeś obok pana młodego jako jeden z dwóch drużbów, czyż nie?

Cholera.

Tu też go miała. W oczywisty sposób siedziała bliżej ołtarza niż większość gości. Zwykle pierwsze dziesięć rzędów ławek rezerwowano dla rodziny, przyjaciół i gości specjalnych państwa młodych… albo ich syndykatów z Cosa Nostry.

Ewidentnie drinki, które Gio wypił, grając w blackjacka, kiepsko komponowały się z zielskiem, które potajemnie wypalił po ceremonii. Do cholery, wiedział, co jeszcze wydarzy się tego dnia. Oznaczało to, że musi siedzieć spokojnie, uśmiechać się i sprawiać dobre wrażenie. Plan kompletnie do dupy, więc jego umysł wkraczał na niebezpieczne tory nudy. A gdy Gio się nudził, nagle mogło się zrobić całkiem interesująco.

Zachowywać się jak najlepiej ‒ przypomniał sobie.

Szlag, Lucian miał szczęście, że Gio kochał jego głupie dupsko.

Wesela…

Gio wzdrygnął się na samą myśl o tym słowie. Chodziło nie tylko o nie. Wyraz ten tańczył w jego głowie z innymi ważnymi słowami, takimi jak „miłość”, „dzieci” i „na zawsze”. Przebywanie na weselu zdawało się podkreślać, że był singlem i planował nim pozostać jeszcze co najmniej przez jakiś czas.

Jezu, jeśli jeszcze ktoś go zapyta, gdzie jest jego partnerka na ten wieczór, to autentycznie…

– Chyba rzadko się widuje, żeby było dwóch drużbów? ‒ zapytała atrakcyjna blondynka.

– Lucian nie chciał wybierać spomiędzy dwóch swoich braci.

– Panie Marcello?

Krupier czekał, aż Gio się zdecyduje. Nie zastanawiając się zbytnio, wysunął jeden palec na stół, żeby zasygnalizować, że weźmie jedną kartę. Okazało się, że to siódemka karo. Piętnaście na ręce stanowiło gorszy wynik niż do tej pory. Był stanowczo za blisko przekroczenia 21, a pozostałe w talii karty sprawiały, że prawdopodobieństwo też nie działało na jego korzyść.

Niekoniecznie miało to teraz znaczenie. Skupiał się na siedzącej obok niego kobiecie.

– Myślisz, że dokonasz takiego samego wyboru, kiedy przyjdzie twoja kolej? ‒ zapytała.

– Nie.

– Dlaczego? Czyżbyś preferował kogoś z tej dwójki?

Był już zmęczony masą pytań, a jego umysł wciąż starał się ustalić, kim jest ta kobieta, więc dla odmiany sam zapytał:

– Jak masz na imię?

– Przyjaciele mówią mi Kim.

Gio smakował to imię na języku. Po cichu próbował sprawdzić, czy naprawdę pasuje ono do dziewczyny, czy może po prostu skłamała, chcąc zaspokoić jego ciekawość. Właściwie to nie miała powodu, by go okłamywać.

– Po prostu Kim, tak? ‒ zapytał, wyszczerzając zęby w uśmiechu. ‒ Kim bez nazwiska?

– Na dzisiejszą noc. Jutro znów zostanę tym, kim będę musiała być.

Coś w tonie jej głosu sprawiło, że serce w piersi Gio na ułamek sekundy zamarło. Rozumiał te słowa lepiej, niż mogłoby się jej wydawać.

Gio był „tym trudnym”. Czarną owcą. Był samowolny i, przeważnie, uwielbiał to. Zwykle nie miał w zwyczaju zastanawiać się nad tym, co robi, ale był też sprytny jak cholera i potrafił się wykaraskać z większości sytuacji, w jakie się wpakowywał.

Był też nieostrożny, ale nigdy beztroski. Nienajlepsza dychotomia w świecie, w którym każdy musiał być doskonale spójny. Gdzie wszystko musiało zostać od początku do końca wyjaśnione i zrozumiane.

Tylko że to nie pasowało do Gio.

– Rozumiem – powiedział wreszcie.

– Powinieneś być w sali balowej, tańczyć i świętować ze swoim bratem i jego nową żoną – stwierdziła Kim, posyłając mu spojrzenie, które wywołało w nim wewnętrzną walkę.

– Powinienem.

– Tylko że to do ciebie nie pasuje, co?

Gio wzruszył ramionami.

– Coś w tym guście.

– Panie…

Gio znów wysunął jeden palec na stół, przerywając krupierowi i nie zastanawiając się nawet, czy powinien dobrać kartę. Dostał króla trefl, co zdecydowanie przekraczało docelowe 21. Mógł się tego spodziewać. Zapewne powinien był spasować tym ostatnim razem, ale ktoś go rozpraszał.

Im dłużej Gio wpatrywał się w Kim, tym bardziej czuł się pijany. Nie do końca był pewien, co powodowało to odczucie. Brał w swoim życiu rozmaite rodzaje nielegalnych substancji i wypił dość alkoholu, żeby rozpoznać to lekkie oszołomienie połączone z pobudzeniem, kiedy tylko je poczuł. Wystarczyło, że dziewczyna siedziała kawałek od niego, by nerwy się wyczuliły, jakby narkotyk albo alkohol przelewał się wprost od niej do niego.

Działy się jakieś zwariowane rzeczy.

A on chciał wiedzieć dlaczego.

– Proszę pani? ‒ zwrócił się krupier do Kim.

Dopiero wtedy Gio zauważył, co dziewczyna ma na ręce: trójkę i ósemkę. Jedenaście. Jakie kurewskie trzeba było mieć do tego szczęście? Krupier spasował przy siedemnastu – limicie kasyna. Wszyscy pozostali albo spasowali, albo zrezygnowali z doboru, albo przekroczyli 21. Z wyjątkiem Kim. Musiała tylko przebić kasyno. I autentycznie miała na to cholernie dużą szansę.

Kim uśmiechnęła się do Gio. Widok był niemal zbyt niewinny, żeby był prawdziwy.

– Prawdopodobieństwo, że dostanę coś niżej niż piątka, to czterdzieści procent. Pięć, że będzie to szóstka. Pięćdziesiąt pięć, że przebiję kasyno. Jest ryzyko. Dla niektórych to zbyt blisko pół na pół. Jaka by była twoja decyzja, Giovanni?

Skąd znała jego imię?

Nigdy nie wiadomo, kto jest rekinem.

– Dobrałbym kartę.

– Ja również. – Kim skinęła głową do krupiera, by rozdał jej kolejną kartę, i nawet nie mrugnęła okiem, gdy się okazało, że ma jacka. – Proszę zatrzymać mój zakład – powiedziała krupierowi, wzruszając ramionami. – Liczyłam karty. A to nieuczciwie.

Równie łatwo jak wślizgnęła się na krzesło przy stole do blackjacka, wstała i chciała nagle odejść. Gio sięgnął ręką i nawet nie zastanawiając się, co robi, złapał Kim za nadgarstek. Tak samo jak w przypadku wyniku gry, nie wydawała się ani trochę zaskoczona tym, że nie pozwolił jej się oddalić.

Kim, do kurwy nędzy, była ta dziewczyna?

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie ‒ powiedziała Kim, a ciepło jej skóry przenikało do dłoni Gio niczym narkotyk.

– Które?

– Dlaczego nie zrobisz tego, co twój brat, i nie weźmiesz obu?

– Bo nie zrobię tego wcale – odparł Gio, kierując wzrok na przejście oddzielające salę taneczną od pomieszczenia, gdzie zorganizowano kasyno.

– Wesela czy ślubu?

– Ma to jakieś znaczenie?

Kim znów wzruszyła ramionami.

– Nie.

Gio jakoś w to wątpił.

– Może to po prostu nie w moim stylu, tesoro.

Nie umknął mu wyraz zrozumienia, jaki błysnął w jej oku, gdy użył pieszczotliwego słowa, jakim Włosi zwracali się do ukochanej. Czy rozumiała, co ono znaczy? Skarbie. Moja droga. Kochanie. Gio nie zdążył się zastanowić, bo wymsknęło mu się z ust tak łatwo dlatego, że słyszał, jak jego ojciec dzień w dzień mówił tak do ich matki.

– A może nie jestem typem, który by się chciał żenić – dodał.

– A może po prostu nie znalazłeś jeszcze takiej, która by cię poskromiła.

Na jego usta wkradł się uśmiech.

– Zabawa jest nie w poskromieniu, tylko w poskramianiu.

– Si – zgodziła się.

Kim wyciągnęła nadgarstek z dłoni Gio, nie mówiąc więcej ani słowa. Nie był całkiem pewien, czy chce, aby tak właśnie zakończyło się ich spotkanie, zważywszy na dziwny pociąg, jaki zaczynał oplatać jego zmysły, i narastające wewnątrz pożądanie. Mimo wszystko odchylił się na oparcie krzesła i obserwował, jak niebieskie czółenka oddalają się od stolika. Kim nawet się nie obejrzała.

Gdy zniknęła w strumieniu ludzi przechodzących z sali tanecznej do kasyna, Gio ponownie odwrócił się do stołu.

– Panie Marcello? ‒ odezwał się krupier, znów zwracając na siebie jego uwagę.

– Uhm? Myślę, że na ten wieczór starczy.

– Nie, proszę pana. Proszę spojrzeć na stół. To było pod jej kartami, gdy je podniosłem.

To mówiąc, mężczyzna podał mu kartę do hotelowego pokoju. Z przodu była nazwa hotelu, wypisana fantazyjną czcionką złotymi, tłoczonymi literami. Znajdował się dokładnie naprzeciwko lokalu, w którym się aktualnie znajdowali. Z tyłu, zaraz nad kodem kreskowym, znalazł piętro i numer pokoju.

Niech to szlag… Właściwie Gio lubił ryzyko.

Czymże było jedno więcej?

– Dziękuję.

Gio włożył kartę do wewnętrznej kieszeni smokingu, a następnie odszedł od stołu. Znalezienie jedynych ludzi w budynku, z którymi musiał się pożegnać, nie zajęło mu wiele czasu. Wstał, przecisnął się przez tłum ludzi na parkiecie, po czym wyłapał wzrokiem swojego starszego brata oraz świeżo upieczoną szwagierkę. Tańczyli. Uśmiechali się. Tak bardzo szczęśliwi.

Gio nie przepadał za weselami, więc przetrwanie całego dnia wymagało od niego mnóstwo cierpliwości, ale dla tej jednej sekundy było warto. Lucian był pełen radości i szczęścia. Zdecydowanie zasłużył sobie na swoją narzeczoną i ciepłe uśmiechy, jakie mu posyłała, ukryta za jego policzkiem.

A sama Jordyn… Była idealną kobietą dla brata Gio. Widział to każdy, kto nie był totalnie ślepy.

– Hej, stary. – Gio nie zauważył, jak Dante zjawia się obok niego, póki środkowy z braci Marcello się nie odezwał. – Gdzie byłeś?

– Przy stoliku do blackjacka.

Dante się zaśmiał.

– Wygrałeś?

– Przez pewien czas się udawało. Potem coś innego przykuło moją uwagę.

– Wychodzisz ‒ stwierdził Dante z nutą rozczarowania w głosie.

Gio wzruszył ramionami.

– To nie jest przyjęcie w moim stylu. Zbierałem się, żeby się pożegnać, ale nie chciałem przeszkadzać.

– Nie pozwól, żeby mama zauważyła, że tak wcześnie się wymykasz, Gio. Dostanie zawału.

Rozejrzał się w tłumie, próbując dostrzec któreś z rodziców. Nie zauważył żadnego. Antony najpewniej przyjmował właśnie gratulacje od kilkunastu mafiosów z całego kraju. To nie byle co, gdy mafijny książę, taki jak Lucian, się ustatkuje, nawet jeśli kobieta nie była powiązana z Cosa Nostrą. Cecelia z kolei najprawdopodobniej zajmowała się rodziną i przyjaciółmi. Oboje rodziców dobrze odgrywało swoje role.

– A gdzie Antony? – spytał Gio.

– Gra w „kto ma większego” z Nunzem Abellą z Vegas. Nie mam pojęcia, dlaczego sobie zawraca tym głowę. Nunz to złamany kutas i nie ma znaczenia ani dla rodziny, ani dla interesów.

– Jak ty obejmiesz przewodzenie rodzinie, to będziesz wiedział dlaczego – odparł Gio. – Chodzi o szacunek. Cosa Nostra Nunza działa na małą skalę, ale w dużej branży. Nic go tak nie wkurwia jak to, gdy zdaje mu się, że Antony go ignoruje. No i zawsze kiedy się spotkają, pojawia się sprawa braku okazanego szacunku. Wychodzi to z Nunza jak krowie gówno. Jest nim tak szczelnie wypełniony, że dziwię się, że jego pierdolone oczka nie są brązowe.

– Tata nie powinien był go zapraszać – wymamrotał Dante.

– Nie mógł go nie zaprosić. Źle by wyglądało zaproszenie rodzin z otoczenia Nunza, jednocześnie pomijając jego. Cholera, zaprosili nawet przywódcę Chicago Outfit i jego żonę, mimo tego całego starcia dwa lata temu. Jak dotąd wciąż tego nie załatwiono. Jak by to świadczyło o Antonym, gdyby zaprosił tych, których wciąż uznaje za wrogów, ale nie osoby, które uważa za naszych przyjaciół, nawet jeśli ten przyjaciel to jebany lachociąg?

Dante kiwnął głową na znak zgody.

– No prawda. Kurwa, szkoda, że taty tu teraz nie ma. Nieźle by się zdziwił, słysząc, jak mówisz o tych wszystkich sprawach, jakbyś naprawdę przykładał do tego wagę.

– Bo przykładam – warknął urażony Gio. – Robię, kurwa, co do mnie należy. Jestem szyprem. Zajmuję się takimi rzeczami.

– Zluzuj. Żartowałem. Chciałem tylko powiedzieć, że dobrze by było, gdyby tata nie musiał się ciągle zamartwiać, że coś spierdolisz.

Gio przewrócił oczami. Ojciec tak bardzo się troskał, że jego rodzina musi się borykać z „biednym, małym Gio i jego nawykami”. Potem jednak uśmiechnął się nikczemnie do swojego starszego brata. Wróciła jego wcześniejsza pewność siebie, a wraz z nią pozostałości podniecenia po wcześniejszym spotkaniu z Kim. To jednak zaczynało powoli mijać.

Chciał znów poczuć to pobudzenie.

– Nie mówiłem, że niczego nie spierdoliłem, tylko że ogarniam sprawy.

Wyglądało na to, że Dante nie do końca miał pomysł, jak na to odpowiedzieć. Gio zawsze wiedział, jak zamknąć komuś usta, gdy tylko tego chciał. Nawet swoim braciom.

– Właściwie to możesz mu przerwać – powiedział Dante, skinąwszy głową w kierunku tańczącej pary. – I tak wszyscy to robią przez cały wieczór. Pieniądze, pocałunki i gratulacje. Wiesz, jak to jest.

Po raz pierwszy w ciągu całego dnia Gio zauważył ślad obrzydzenia w głosie swojego starszego brata. Dante dość na luzie podchodził do całego tego ślubnego pieprzenia. Może dlatego, że choć na chwilę uwaga wszystkich została odwrócona od niego.

– A kiedy na ciebie przyjdzie pora, co? ‒ zapytał Gio.

Dante nie miał ochoty znajdywać sobie żony i się ustatkowywać. To była dla niego gówniana sytuacja, bo to on był następcą głowy ich mafijnej rodziny. Tyle że zgodnie z zasadami Komisji, aby móc objąć tę funkcję, musiał mieć żonę.

Dante zmarszczył czoło.

– Też sobie zadaję to pytanie. Staram się tym nie zamartwiać. To co? Do zobaczenia jutro!

– Taa, na razie.

Dante zaczął się znów przeciskać przez tłum, machając dwoma palcami na pożegnanie, a tymczasem Gio starał się dotrzeć do najstarszego brata. Lucian zauważył, że się zbliża, i zwolnił w tańcu, aż w końcu oboje z Jordyn się zatrzymali. Wydawało się, że odgadł również wyraz twarzy Gio.

– Wymykasz się, co? ‒ zapytał Lucian.

Najwyraźniej nietrudno go było rozczytać.

– Taaa, zanim zrobi się zbyt głośno.

– Jedyny hałas, jaki dzisiaj usłyszą, to moje opony piszczące na podjeździe, gdy będę odjeżdżał – odparł Lucian, po czym krótko się zaśmiał. ‒ Sam mam już tego dosyć.

Jordyn żartobliwie pacnęła go w ramię.

– Przestań, Lucian. To był dobry wieczór.

– Tak, bella, ale też i długi dzień.

– Nie jesteś na mnie wkurzony, że wychodzę wcześniej? ‒ zapytał Gio.

– Nie. To gdzie się wybierasz w tę noc?

Gio sugestywnie uniósł brew i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Tam, gdzie jest piękność z długimi nogami, niebieskimi oczami i blond włosami.

– Świetnie – parsknęła Jordyn. ‒ Jeszcze nam podbiera gości weselnych. Wspaniale.

Lucian wydał z siebie ostrzegawczy dźwięk.

– Uważaj, stary, z kim z tego tłumu dzisiaj wychodzisz. Jest tu mnóstwo twarzy, których my nie znamy, ale tata owszem. Nie narób bałaganu tam, gdzie może chodzić o interesy. To może mieć złe skutki dla ciebie albo rodziny.

Gio machnął ręką. Nie dbał o problemy, jakie wynikną ze spotkania z Kim, gdy już wyjdzie z tego budynku.

– Martw się, żebyś wydostał stąd swoją żonę, Lucian, a nie z kim się dziś będę pieprzył.

– I z tymi optymistycznymi słowami… – warknęła Jordyn, kręcąc głową ‒ …życzymy ci dobrej nocy, Gio.

Uściskał brata, przytrzymując jego rękę o sekundę dłużej niż normalnie.

– Ti voglio bene, chłopie. Gratulacje.

Lucian się uśmiechnął.

– Ti voglio bene.

Gio był niemal pewien, że kątem oka dostrzegł przy wejściu do budynku błysk błękitu i blond włosów. To był dla niego sygnał, żeby się zbierać, zanim ktoś spróbuje zatrzymać go na rozmowę.

Dwadzieścia minut później Gio stał przed drzwiami prowadzącymi do pokoju hotelowego o numerze zgadzającym się z tym, który widniał na odwrocie karty.

Przez chwilę się zastanawiał, czy powinien zapukać, czy może po prostu skorzystać z karty. Nie myślał nad tym długo. Kim zostawiła mu klucz, a zatem, według niego, intencja była jasna. Chciała, by go użył. Tak też zrobił.

Gio zamknął drzwi, kiedy tylko wszedł do środka. W słabo oświetlonym pomieszczeniu unosił się zapach jaśminu. Kim siedziała po drugiej stronie pokoju, na ławce przy oknie, którego zasłony były zasunięte. Na jej twarzy spomiędzy woalu włosów przebijał szkarłatny łuk uśmiechu. Nachyliła się, żeby zdjąć czółenka.

– Byłam pewna, że się nie zjawisz – powiedziała, prostując się.

– A to dlaczego?

– Może dlatego, że to ryzykowne.

Gio rzucił kurtkę na fotel stojący w rogu, a Kim odsunęła zamek swojej jedwabnej sukienki. Gdy się obróciła, żeby upewnić się, że dociągnęła go do końca, spod tkaniny wyjrzał kremowy łuk jej talii i kawałek piersi.

– Wstań – zażądał Gio.

Kim bez słowa zrobiła to, a dłonie opuściła tak, że spoczęły na jej biodrach, po czym przeszła przez pokój. Im bardziej się do niego zbliżała, tym mocniej sobie uświadamiał, że jego pierwsza reakcja na dziewczynę była prawdziwa. Sprawiała, że czuł się dziwnie – w dobrym znaczeniu tego słowa.

Pijany bez powodu. Lewitujący w powietrzu.

Poszukiwał tych uczuć od czasu, gdy skończył czternaście lat. Stałych. Ostrych. Niebezpiecznych. Tym razem nie było tak samo. To przyszło natychmiast, ale rozchodziło się powoli. Zagłębiało się równocześnie w żyły, płuca i mózg.

Gio nie był jakimś pierdolonym kretynem. Rozpoznał pociąg, jak tylko go poczuł. Podążał za głosem pożądania, kiedy wyczuwał je też po drugiej stronie. Ale to… Co to, do kurwy nędzy, miało być?

– Wiedziałaś, jak mam na imię – powiedział Gio, zatrzymując się tuż przed nią. ‒ Skąd?

– Znam twoją rodzinę – odparła Kim. ‒ To wszystko.

Gio przypomniał sobie słowa Luciana ostrzegające go, żeby zachował ostrożność.

– Nie żeby to miało w tej chwili jakieś znaczenie, ale czy jutro będę miał z tego powodu jakieś kłopoty?

Kim zawahała się, ale tylko przez chwilę.

– Raczej nie. Robimy to tylko dla zabawy, prawda?

Przyjął taką odpowiedź. Na razie.

– Jasne. Kto nauczył cię liczyć karty? – zapytał Gio.

Ściągnął z niej sukienkę, opuszczając ją z ramion. Kim go nie powstrzymała, co uznał za znak, że chce, aby kontynuował. Poczuł ustami jedwabiście gładką skórę, zanim ugryzł ją w jędrne, słodkie ciało.

Kim westchnęła, gdy sukienka opadła niżej, aż w końcu zsunęła się na podłogę. Cholera! Jakby ktoś spytał Gio, miała perfekcyjne piersi. Doskonale pasowały do jego dłoni, a sutki natychmiast stwardniały pod wpływem jego dotyku.

– Takie wrażliwe… – wymruczał w jej obojczyk. – Kto cię nauczył liczyć karty? Powiedz.

– Nikt. Tak naprawdę kiepsko radzę sobie z angielskim, ale zupełnie dobrze z matematyką. Liczenie kart to właściwie dość podstawowa sztuczka. W zasadzie to nawet nie było liczenie, tylko kalkulacja prawdopodobieństwa.

Porzucił jej piersi, po czym zjechał dłońmi na płaski brzuch. Poczuł wystający pępek pod kciukiem, zanim skierował się w dół i zagłębiając palce pod czarne, koronkowe majtki, dotarł do słodkiego miejsca między jej udami.

– Zniknij, nim nastanie ranek – powiedziała miękko Kim.

Gio zamarł, patrząc prosto na nią. Szczerość stanowiła najlepsze podejście i założył, że to spotkanie nie będzie inne od poprzednich. Nie miało znaczenia, czy chce poznać tę dziewczynę. Gio nie był na właściwym etapie życia, żeby robić takie rzeczy.

– Zwykle tak właśnie robię, Kim.

Uniosła brwi, a potem przygryzła dolną wargę.

– Nie chodzi o ciebie. Rano nie będę już mogła być po prostu Kim. Dlatego właśnie wtedy nie może cię już tutaj być.

Gio zrozumiał, mimo tego, jak dziwnie to brzmiało.

– Tej nocy bądź, kimkolwiek tylko zechcesz, tesoro. Ale mam pytanie.

– Uhm, jakie mianowicie? – zapytała, zaczynając drżeć, gdy jego kciuk zakreślał powolne, leniwe kręgi wokół jej łechtaczki.

– Dlaczego ja?

Jej twarz rozświetlił szelmowski uśmiech.

– W kościele wyglądałeś na znudzonego. Tak samo w czasie kolacji. Wydawało się, że przyjęcie nie jest w twoim stylu. Chciałam sprawdzić, czy potrafię wywołać u ciebie uśmiech.

Gio zaśmiał się mrocznie, rozkoszując się jękami Kim, podczas gdy jego palce wślizgiwały się między jej fałdki.

– Cóż, na pewno ci się to udało.

Rozdział drugi

Kim odkryła, że pod dobrze dopasowanym smokingiem ciało Giovanniego stanowiło płótno, na którym znajdowały się dzieła sztuki. Długie rękawy i kołnierzyk koszuli skrywały kolorowe tatuaże. Na jednym boku był to kruk. Na piersi Matka Boska. Herb rodzinny na ramionach. Wzdłuż lewego ramienia jego nazwisko. Napis Mea Culpa, znajdujący się poniżej prawego ucha, był jedynym widocznym tatuażem, kiedy Gio był ubrany.

– Naprawdę w to wierzysz? – zapytała Kim, podążając wzrokiem za wyrazistym, wytłuszczonym napisem wytatuowanym po wewnętrznej stronie ręki Giovanniego. Głosił on: Non Fidarsi Di Nessuno, czyli „Nie wolno ufać nikomu”.

– Jasne – odparł z zamkniętymi oczami, rozleniwiony. – Tego właśnie mnie nauczono.

Po prawej stronie klatki piersiowej, po włosku, staromodną czcionką wypisano trzy rzeczy:

La Famiglia.

La Cosa Nostra.

Debito D’onore.

Rodzina. Nasza sprawa. Dług honorowy.

Koniuszek jej wypielęgnowanego paznokcia wędrował, śledząc każdą krzywiznę liter kolejnych wyrazów. Jeśli potrzebowała jeszcze jakiegoś potwierdzenia, że był związany ze swoją mafijną familią, to te słowa właśnie nim były.

Nie to, żeby Kim się przejmowała tym, czy jest, czy też nie. Nie był to mafioso, który by ją przerażał. Przeżyła całe swoje życie otoczona tego rodzaju mężczyznami, choć nigdy tak jak teraz. To było igranie z ogniem. I to takim, który sparzy ją po wielekroć.

Giovanni zdawał się nie zwracać uwagi na to przeglądanie tatuaży, bo oparł się o wezgłowie i leżał tak z rozleniwionym uśmiechem. Jednak jego zielone oczy obserwowały ją spod ciemnych rzęs.

Palec wskazujący Kim znów błąkał się po słowach Debito D’onore.

– Uważasz, że wiele poświęciłeś dla swojej rodziny? – zapytała delikatnie.

Giovanni spiął się po raz pierwszy od chwili, gdy wszedł do pokoju.

– Większość ludzi pomija moje tatuaże, bo nie rozumieją tego języka i są zbyt wystraszeni, żeby zapytać, co te napisy oznaczają.

– Włoski znam bardzo dobrze.

Oczywiście, że tak. Koniec końców jej rodzina była tak samo włoska jak jego, ale wiedziała, że on tego nie wie. Jej ojciec pod wieloma względami był tradycjonalistą, dumnym ze swoich sycylijskich korzeni.

– No więc? – zapytała ponownie.

Giovanni pochylił głowę, żeby się jej przyjrzeć, a rozanieloną maskę zastąpił kamienny wyraz twarzy.

– Co ty wiesz o rodzinie?

– Rozumiem, że nie powinnam wiedzieć nic.

– No tak – odparł Giovanni cicho, po czym się zaśmiał. – Tu nie chodzi o to, co człowiek już oddał Cosa Nostrze. Rzecz w tym, co rodzina wciąż jest skłonna wziąć.

Jak wszystko, z czego musiał zrezygnować – pomyślała Kim.

Kiedy człowiek już raz w to wszedł, to na amen. Zobowiązania były dożywotnie.

Kim znała zasady rządzące Cosa Nostrą. Słyszała, jak wymieniają je między sobą mężczyźni, którzy przez lata przychodzili i wychodzili z jej domu. Były tak głęboko zakorzenione w kulturze, że większość uważała, że nie trzeba o nich mówić na głos, a jedynie znać i przekazywać.

– Po co wszystkie te pytania na mój temat? – zapytał Giovanni. – Patrząc z perspektywy moich dotychczasowych doświadczeń, jestem pewny, że nie tak przebiegają przygody na jedną noc.

Kim się roześmiała.

– Zapewne nie. Podejrzewam, że jesteś jednym z tych samców alfa, którzy muszą kontrolować absolutnie wszystko.

– Kontrolować? – Giovanni mruknął, jakby był szczerze rozbawiony. – Spróbuj czegoś odwrotnego. Może nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje.

– Nie powiedziałam, że cię znam. Powiedziałam, że znam twoją rodzinę.

I to była prawda. Kim wiedziała o imperium Marcellich tylko tyle, ile zasłyszała od swojego ojca.

– Niech będzie. Tak czy inaczej, nie, nie potrzebuję kontroli. Żyję w chaosie. Jestem najmłodszym z trzech chłopców i nigdy niczego mi nie brakowało. Ludzie, których nawet nie znałem, zawsze patrzyli na mnie jak na kogoś w rodzaju członka rodziny królewskiej. Moje życie jest zwariowane. Czym, do chuja, jest kontrola? Zacznijmy w ogóle od tego, że nigdy jej nie miałem. I nauczyłem się z tym żyć. Pełna kontrola nie daje ani zabawy, ani nie wpędzi cię w tarapaty, tesoro.

– Myślę, że mogę o tym wiedzieć to i owo.

Giovanni sięgnął ku niej i ujął za podbródek, unosząc jej twarz w górę, tak by mógł poprowadzić delikatną, słodką ścieżkę pocałunków wzdłuż linii szczęki. Rozkoszując się ciepłem jego ust na swojej skórze, czuła też fałdę blizny na jego dłoni, dotykającą jej policzka. Możliwe, że stanowiła pamiątkę po przysiędze omertà, złożonej jego mafijnej rodzinie.

– Żałujesz tego? – Wydawało się, że jej ciekawość nie ma końca.

– Skąd wiesz, co to w ogóle jest? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Słyszałam rozmowy. Zwykle nacinają dłoń, prawda?

– Niektórzy to samo robią też z wewnętrzną stroną dolnej wargi.

Kim się skuliła.

– Dlaczego?

Prawa dłoń Giovanniego przesunęła się wzdłuż łuku jej talii, do znajdującego się pod prześcieradłem biodra. Bez słowa złapał ją mocno i przeciągnął na siebie. Delikatne ponaglenia jego rąk sprawiły, że rozchyliła uda na tyle, by móc usiąść na nim okrakiem. Bez ostrzeżenia nachylił się, by złączyć jej usta ze swoimi w ostrym pocałunku, który sprawił, że do reszty straciła oddech. Jego kutas, już twardy i naciskający na podbrzusze i łechtaczkę, przesunął się wzdłuż jej szczeliny. Żyły wzdłuż całej jego długości pulsowały, drażniąc łechtaczkę i rozsyłając fale pożądania po całym jej ciele. Znów poczuła ożywienie między udami. Stanowiło to przerażające przypomnienie, że jej ciało reaguje na Giovanniego praktycznie natychmiastowo.

– Zadajesz zbyt wiele pytań jak na dziewczynę, która chce, żebym do rana zniknął – wymruczał jej w usta. – A ja już odpowiedziałem na zbyt wiele z nich jak na mężczyznę, który ma odejść. Tylko zabawa, tak jak powiedziałaś. Żadnych więcej pytań.

Oszołomiona Kim skinęła głową.

– Jasne, dobrze.

Nie trwało długo, nim znalazł drugie opakowanie, które było wsunięte pod prześcieradło. Kim odsunęła się na tyle, by Giovanni, po raz drugi w ciągu tej nocy, nasunął lateksowy kondom na całą długość swojego nabrzmiałego członka.

Kiedy w nią wszedł, Kim straciła wszelką zdolność racjonalnego myślenia. Uniósł ją i pozwolił, by po prostu opadła na jego kutasa. Jej ciało nie stawiało żadnego oporu temu wtargnięciu. Westchnęła, gdy ją wypełniał, rozchylając wrażliwe fałdki, a jej soki powlekały całą jego długość.

I to jak ją wypełnił! Co za kurewska rozkosz!

Delikatny, rozleniwiony rytm ani trochę nie przypominał ich pierwszego razu wcześniej. Tamten był dziki i ostry. Jego dłonie wplątały się w jej włosy, a jej paznokcie wbijały się w jego szerokie ramiona. Przystawił ją do ściany i sprawił, że w zaledwie kilka minut zaczęła dochodzić, błagając o więcej. Wtedy Giovanni przeniósł ją na łóżko, pochylił i tam też ją zerżnął.

Jasna cholera, Giovanni po prostu ją posiadł. Kim to uwielbiała. Nie miała zbyt wielkich oczekiwań co do tego, jakim się okaże kochankiem, ale koniecznie chciała to sprawdzić. I przekonała się, że jest fantastyczny. Pewny siebie. Świetny. Miał ciało biegacza, mocne jak u boksera. Kim szybko stwierdziła, że po raz pierwszy nie musi kierować. Giovanni sam wiedział, co robić. Rozumiał sygnały, jakie dawało jej ciało, wsłuchiwał się w wydawane przez nią dźwięki i je wykorzystywał. Czuła się, jakby manipulował jej nerwami i zmysłami.

Tym razem jednak to nie on ją brał. To ona brała jego.

Giovanni wydał z siebie niski warkot tuż przy jej policzku, muskając oddechem skórę. Słyszała, jak szeptane przez niego przekleństwa giną w zagłębieniu jej szyi, gdzie skrywał swoją twarz. Gryzł ją w miejsce, gdzie tętnił puls, a ból kontrastował ze słodką euforią, która rozchodziła się po jej krwiobiegu. Drobna szczecina jego brody pozostawiła po sobie lekkie zadrapania. Nawet koniuszki palców tańczące po jej plecach wywoływały dreszcze i wzniecały iskry.

– Jezu… – wydyszał Giovanni, unosząc głowę, by się jej przyjrzeć. – Jesteś piękna, wiesz? Dosłownie, kurwa, doskonała. Codziennie, Kim. Ktoś powinien ci to mówić każdego jebanego dnia.

Na te słowa po plecach przebiegł jej dreszcz. Wypowiedział je tak swobodnie, że z pewnością naprawdę tak uważał. Prawie chciała, żeby nie mówił jej takich rzeczy. Może coś brzydkiego. Coś, co by jej przypomniało, że ich celem jest pieprzyć się, a potem rozejść, każde w swoją stronę. Wtedy łatwiej by jej było zapomnieć, że pragnienie tego mężczyzny jedynie w niej narasta.

Jego dłonie przesunęły się na jej włosy, palce przebiegały po złotych falach, by w końcu przyciągnąć ją bliżej. Na tyle blisko, że mogła patrzeć, jak jego źrenice się rozszerzają, i to tak, że gdy go ujeżdżała, dookoła nich pozostał jedynie wąski, zielony pierścień. Jej cipkę zalało gorąco, wędrujące w górę, przez brzuch, do piersi przyciśniętych mocno do klatki Giovanniego. Z każdym pchnięciem jego kutasa, jej mięśnie się zaciskały, sprawiając, że oplatała go coraz ciaśniej.

Kim już nie chciała myśleć. Chciała czuć.

I Giovanni jej to dał.

Z własnych doświadczeń i obserwacji w jej otoczeniu, Kim wysnuła wniosek, że mężczyźni mogą być dla kobiety różni. Dobrzy. Źli. Mężczyzna mógł doprowadzić kobietę do szaleństwa na wiele straszliwych sposobów albo sprawić, że rozbłyśnie niczym błyskawica. Mogło to trwać wieczność albo ledwie chwilkę. Mogło nieść gorącą namiętność albo bezbrzeżną nudę. Mógł ją uwielbiać, mógł do niej pasować albo ją tłamsić.

Kiedyś matka powiedziała jej, że kobieta w ciągu pierwszych kilku minut wie, jaki mężczyzna jest i co może zrobić. Jej. Dla niej. Z nią. Kim zawsze w to wierzyła, bo wiedziała, że to prawda, i teraz czuła się winna.

To uczucie wynikało z tego, że na początku traktowała Giovanniego jako wyzwanie. Jak by wyglądał, gdyby na jego twarzy gościł uśmiech, a nie ten znudzony, pozbawiony zainteresowania wyraz, z którym rozglądał się po tamtej sali? Winna, bo kiedy się uśmiechnął, wszystko w nim zapowiadało kłopoty i dobrą zabawę, więc nie mogła już tego tak zostawić. Winna, ponieważ jasno dał do zrozumienia, że jest nieosiągalny. Ale ona również.

Tylko on po prostu tego nie wiedział.

Boże!

Powinna była zostawić Giovanniego Marcello w spokoju.

***

Niczego nie żałuję.

Niedawne słowa Giovanniego nadal kotłowały się z tyłu głowy Kim, mimo że od czasu, gdy się rozstali, minęły dwadzieścia cztery godziny. Czuła się zbyt oszołomiona, by myśleć o czymś więcej.

Ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, był powrót do domu w Vegas.

Tam czekały na nią decyzje.

– Jak dobrze będzie wrócić do domu, nie sądzisz?

Ech.

Gdzie się podziała ta stewardessa z jej winem?

Kim miała nadzieję, że słuchawki iPoda w uszach i odwrócona do okna głowa będą wystarczającym sygnałem dla jej ojca, że nie ma ochoty na pogaduszki. Czy ona kiedykolwiek przyszła z nim porozmawiać? Ledwo się nawzajem tolerowali. Pięć i pół godziny w samolocie z ojcem mogło wystarczyć, żeby któreś z nich przypłaciło to życiem. Kim liczyła na to, że stewardessa przyniesie wino w jakimś plastikowym naczyniu, bo inaczej szansa, że to po jej ojca przyjdzie śmierć, drastycznie wzrośnie.

Nunz Abella może i pomógł swojej żonie w zmajstrowaniu dwójki dzieci, ale na tym kończyły się jego zasługi jako ojca. No, przynajmniej jeśli chodziło o Kim. Nunz uwielbiał jej starszego brata, Cody’ego. Fakt, że przy urodzeniu miał odpowiednie genitalia, na pewno robił różnicę.

Kim westchnęła, gdy ojciec nieco za mocno trącił ją łokciem w ramię.

– Kimberlynn?

Ech, znowu.

Nie znosiła swojego pełnego imienia. Było stanowczo zbyt pretensjonalne.

Gdy znów ją trącił, wyciągnęła słuchawki z uszu.

– Mamie spodobałaby się ceremonia. Kościół był piękny.

Nunz się uśmiechnął. Była to najbardziej autentyczna emocja, jaką Kim u niego widziała przez ostatni tydzień. Wydawało się, że osobowość ojca zmienia się równie często jak stojący przy nim mafiosi… A raczej konkretny mafioso.

– Myślę, że pewnie zakochałaby się w miejscu, które wybrali na przyjęcie – dodała Kim, by zaspokoić potrzebę rozmowy ojca. – Tak czy inaczej na pewno było dostatecznie duże, by pomieścić wszystkich gości.

– Wiem. Ale ta wystawa sztuki była zbyt dobra, żeby ją opuścić.

Kim jęknęła na słowa ojca.

– Miałam na myśli moją matkę, nie twoją żonę. Crystal nie umiałaby niczego docenić, chyba że ktoś by jej to kupił.

– Kimberlynn, okaż trochę szacunku. To moja żona.

Onie.

W tym temacie trudno było przesadzić.

Jej macocha, Crystal, była ohydna. Stanowiła szczególną mieszankę baby traktującej faceta jak bankomat, równocześnie zbyt głupiej, by mieć własne zdanie. Czy może być gorzej? Cóż, ojciec Kim nie odczekał nawet ośmiu miesięcy od chwili, gdy jej matka zmarła w czwartym stadium raka piersi, nim poślubił tę szmatę. Szacunek? Kochanki nie zasługują na szacunek.

Ojciec zmienił temat na jeszcze gorszy.

– Rozmawiałaś z Fr…

– Nie – przerwała mu Kim ostro. – Po co? Ten jeden raz mogłam się znaleźć od niego tak daleko, jak to tylko możliwe. Bóg jeden wie, na jak długo.

– Spytałem tylko, żeby zagaić. Jezu. Twój brat nie dał ci czegoś, żebyś w czasie lotu była miła? Weź jedną, Kimberlynn. A może nawet kilka.

Jasne. Leki przeciwlękowe stanowiły dokładnie to, czego teraz potrzebowała.

Kim znów odwróciła się do okna, ignorując ojca.

– W czasie przyjęcia szukałem cię po całym kompleksie i nie mogłem znaleźć – powiedział cicho Nunz, nagle zainteresowany swoimi paznokciami. – Chciałem cię przedstawić kilku naszym przyjaciołom. Rzadko się zdarza, by córka znajdowała się w jednym pomieszczeniu z tak wieloma spośród nich jednocześnie. Ale zniknęłaś. – Miał na myśli mafiosów. Kim czytała między wierszami. – Pytanie gdzie, Kimberlynn?

Kim się spięła, ale na szczęście ojciec tego nie zauważył.

– Było za dużo ludzi. Czułam się przytłoczona.

– Twój brat mówił, że widział cię, jak rozmawiałaś z kimś przy stole do blackjacka.

Jebany Cody.

Gnojek miał szczęście, że się nie obróciła i czymś w niego nie rzuciła. Kim kochała swojego brata, ale był zdecydowanie zbyt mocno uczepiony ojca, żeby dostrzec, jakim ten człowiek w istocie był manipulantem. Mając dwadzieścia trzy lata, Cody nadal uważał, że jego ojciec jest cholernym panem wszechświata.

Kim nie tkwiła w iluzji jak jej brat.

– Grałam. A co? – zapytała Kim.

– Tylko grałaś.

– Liczyłam karty, w ramach sztuczki, żeby zabawić ludzi przy stole.

– Wiesz, kochanie, że w Vegas kazaliby ci za to obciąć palce – odparł Nunz, śmiejąc się.

Kim miała świadomość, co może dla człowieka oznaczać przyłapanie go na liczeniu kart w Vegas. Doprawdy, ucięcie palców mogło być lepsze niż zobowiązanie, jakiego po niej teraz oczekiwano. Ojciec niech się buja do piekła i z powrotem za strojenie sobie z tego żartów.

– Było okej. Przez wzgląd na uczciwość pozwoliłam im zatrzymać swój zakład. To było tylko dla zabawy.

– Ale z kimś rozmawiałaś – naciskał Nunz. – Tak mówił twój brat. Nie okłamałby mnie, Kimberlynn.

– Mam dwadzieścia jeden lat. Od kiedy to potrzeba mi przyzwoitki?

Usta Nunza uformowały się w cienką kreskę.

– Doskonale wiesz od kiedy. Nie rób ze mnie idioty, dziewczyno. Mów tu zaraz, z kim rozmawiałaś przy stole.

– To chyba najmłodszy z braci Marcello. Zachowywał się… z szacunkiem.

– Chodzi ci o Giovanniego? – upewnił się Nunz, wzdychając.

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to mówią mu Gio. – Za ich plecami zjawił się jej brat.

Świetnie. Wszyscy przysłuchiwali się ich rozmowie.

– Numer jego buta też znasz? – zapytała Kim, nie siląc się nawet na ukrywanie, że jej uwaga ocieka sarkazmem. – A może gdzie chodził na studia? Jego grupę krwi?

– Wzruszające. Ktoś tu chyba potrzebuje tabletki „zgiń-przepadnij-wiedźmo”.

– Znasz zasady, Kimberlynn – kontynuował jej ojciec, nie zwracając najmniejszej uwagi na uszczypliwości rodzeństwa. – Musisz teraz uważać na to, jak cię ludzie widzą. Wiele osób przybyło na ten ślub z Vegas. To było wielce niefortunne, że coś nagle wyskoczyło i Franco był w ten weekend zajęty i nie mógł być na miejscu, żeby cię obserwować.

Kim zadrżała. Jej gniew momentalnie stopniał, przemieniając się w pełzający strach. Jej życie zostało zredukowane do bycia niańczonym dzieckiem. Głaskano ją po głowie, jakby była szczeniakiem, gdy zrobiła coś dobrego, a karcąco machano przed oczami palcem, gdy zrobiła coś złego. Jej wartość określano według tego, jak się zachowywała publicznie, a wyrzuty sumienia oceniały to, co robiła prywatnie.

To była tylko głupia pomyłka. Coś, by zaimponować przyjaciołom w swoje dwudzieste pierwsze urodziny. Skąd mogła wiedzieć, że właścicielem tego właśnie kasyna jest jedna z największych rodzin przestępczych w Vegas?

Co z tego, że liczyła karty w dziesiątkach gier? To było zaledwie kilka z kilkuset tysięcy. Nic w porównaniu z tym, co kasyno zwykle traciło co noc. Prawdopodobnie nikt by nawet tego nie zauważył, gdyby Franco Sorrento nie rozpoznał jej w kasynie swojego ojca. Obserwował ją całą noc. Kim nie wiedziała, kim jest, ale sprawiało jej przyjemność, że zwraca na nią uwagę.

Węże zawsze są czarujące. A potem skurwysyny duszą ofiarę, zanim ją pożrą.

Kim szybko połapała się, że jej błędy tej nocy nie miały nic wspólnego z pieniędzmi. Jej działania były naznaczone brakiem szacunku. Okradała rodzinę z Cosa Nostry. Żadne przeprosiny nie mogły jej z tego wyratować. Wpływy jej ojca nie miały znaczenia. Nie żeby w ogóle próbował jej pomóc.

– Nie zrobiłam nic złego – powiedziała Kim z twardym wyrazem twarzy. – Zostawiłam go przy stole, tato.

– Dobrze. Tak trzymać. Musisz tylko wytrzymać do końca weekendu. Potem czas na podjęcie decyzji się skończy. – Ojciec się zaśmiał. – Cóż, nie do końca jest to kwestią wyboru, czyż nie?

– To nie jest zabawne – powiedziała cicho Kim. – Nie znoszę tego człowieka.

– Podobno z nienawiści rodzi się namiętność. Może twoje uczucia ulegną zmianie.

Kim poczuła, jak z tyłu języka zbiera jej się żółć. Cuchnęła niemożliwie i smakowała wstydem. W zainteresowaniu Franco Sorrento nie chodziło o to, że liczyła karty, a on to zauważył. Rzecz w tym, że lubił na nią patrzeć. Podobało mu się, że pochodziła z podobnej do niego rodziny, przez co będzie musiała postępować i zachowywać się, jak należy. Podobało mu się to, że nie trzeba jej będzie szkolić.

To było ohydne.

Kim stała przed prostym wyborem. Poślubi Franco albo poniesie konsekwencje, takie jak każdy, kto okrada rodzinę mafijną. Zapłacić za jej błąd będzie musiała nie tylko ona. Ucierpi też cała jej rodzina.

Temat małżeństwa ciążył Franco bardzo mocno. Niedawno skończył dwadzieścia dziewięć lat. La Cosa Nostra była jego życiem, a to oznaczało, że musiał robić wszystko zgodnie z oczekiwaniami ojca. Na ile Kim pojmowała to wszystko, małżeństwo stanowiło właśnie jedno z nich. Kim wiedziała, że Franco nie był zainteresowany prawdziwym związkiem, tylko takim, w którym będzie mógł manipulować i kontrolować.

Chciał jedynie dobrze wytresowanej lalki. Ładnej, ale mało się odzywającej buźki. Ciała w łóżku, którego będzie używał, kiedy tylko poczuje taką potrzebę, i odpowiednią figurantkę u swego boku, potrzebną do rozmaitych, koniecznych funkcji.

Franco był dla Kim odpychający. Dobry wygląd, bogactwo i koneksje nic nie znaczyły wobec faktu, jak okropnym był mężczyzną. Teraz to nie miało znaczenia. Kim nie miała już wyboru. Jej czas na jego dokonanie się skończył.

Rozdział trzeci

Gio doskonale pamiętał pierwszy raz, gdy po jego ciele rozszedł się narkotyk. Nie był to błąd ani nawet wybór buntowniczego nastolatka. Nie, powód był inny. Wokół niego pełno było okazji, by ulec złym wpływom, ale narkotyki… Na nie zdecydował się, bo po prostu tego chciał. Głównie z ciekawości. Potem zażywał, by zaspokoić własne potrzeby.

Najpierw spróbował zioła. Szybko się zorientował, że nie podoba mu się przymulający efekt, jaki wywoływało. On wolał być na wyżynach. Wysoko latać. Wysoko się wdrapywać. Nie miało większego znaczenia, jak te wyżyny osiągał, o ile sprawiało to, że jego nadpobudliwy umysł śpiewał.

Zdarzyło się, że zaraz po swoich szesnastych urodzinach, Gio odkrył, że jego ojciec, Antony, dowiedział się o nadużywaniu przez syna substancji psychotropowych. Podejrzewał, że to za sprawą któregoś ze starszych braci ojciec nabrał podejrzeń, a w końcu przyłapał go na gorącym uczynku. Mając za ojca szefa mafii, nie miało się zbyt dużej swobody w dokonywaniu niebezpiecznych wyborów.

– Jesteś gotowy, Skip? – zapytał Craig, wyrywając go z rozmyślań.

Gio wepchnął w usta podany mu ochraniacz na zęby i uśmiechnął się w odpowiedzi. Było zaledwie kilka rzeczy, które w życiu sprawiały mu autentyczną przyjemność: pieprzenie, walka, sprzedawanie narkotyków na ulicach, strzelanie i bycie skiperem. Capo w Cosa Nostrze jego ojca.

Ostatnio miał sporo na głowie. Po ślubie Luciana, który odbył się trzy miesiące temu, priorytety wszystkich uległy przesunięciu. Znów pojawiły się pytania i oczekiwania. Cecelia, jego matka, chciała, żeby się ustatkował. Ojciec pragnął, żeby stał się bardziej zrównoważony. Wszyscy się martwili. I to nieustannie, co stawało się nieznośne.

Gio to kontrolował, do kurwy nędzy! Potrafił się kontrolować w trakcie zażywania. Panował nad sobą. Wszystko z nim było w porządku. Naprawdę. Jego życie było dobre w tej właśnie postaci, jaką przybrało. Tylko jakoś nikt inny nie potrafił tego dostrzec.

Gdzieś z tyłu głowy, gdy był trzeźwy, Gio wyraźnie czuł wibracje, jakie trzy miesiące wcześniej piękna blondynka pozostawiła w jego żyłach. To była jedyna rzecz, nad którą nie lubił zbytnio się rozwodzić. Jeszcze nie udało mu się odtworzyć tego naturalnego odczucia, które w nim wywoływała.

Zorganizowana na szybko walka bokserska stanowiła dokładnie to, czego Gio potrzebował, żeby jego głowa wróciła do gry, zanim nadejdzie kolejny tydzień. Spotkanie Komisji ze wszystkimi większymi rodami przestępczymi mogło przyprawić człowieka o migrenę. W najlepszym razie.

– Skip? – zapytał Craig przez zęby. – Gotów?

Chryste panie!

Przecież zawsze był.

Gio nakręcał się od ciosu i dragów, konkretnie Molly, którą zażył wcześniej.

Taaak, był gotowy jak cholera.

***

– Czy mama nie zatrudniła ci przypadkiem sprzątaczki?

Ostatnią osobą, którą Gio chciał usłyszeć w niedzielny poranek, był jego starszy brat. Czy potworny ból głowy nie był wystarczającą karą za to, co wyprawiał ze swoim ciałem poprzedniej nocy?

Najwyraźniej nie.

– Poważnie, masz tu bajzel, jakich mało – powiedział Dante.

Kiedy tylko skończył mówić, coś zaszurało po podłodze. Dante kopnął przedmiot, który przeleciał przez pokój. Nic bardziej nie wkurwiało Gio niż to, jak ludzie ruszali jego rzeczy.

– Nie dotykaj mojego gówna.

– Z tym „gównem” to przynajmniej ująłeś sprawę, jak należy.

Gio otworzył oko i natychmiast tego pożałował. Jego głowę przeszył ból jeszcze gorszy niż wcześniej. Jęknął, po czym skrył się z powrotem pod koc i obrócił na kanapie, próbując znowu zasnąć.

– Nie powinienem był ci dawać kluczy.

Dante parsknął.

– Mówisz, jakby ich brak mógł mnie powstrzymać przed dostaniem się do środka, jeśli tylko bym zechciał.

Gio właśnie znienawidził swojego brata nieco bardziej, bo wiedział, że to prawda.

– Wynoś się z mojego mieszkania.

– Nie mogę.

– Dlaczego, kurwa, nie? – warknął Gio.

– Bo jest niedziela.

– Mam świadomość, jaki jest dzień. No i?

– Kościół, chłopie. W tym tempie spóźnimy się na mszę z pół godziny. Jeśli nie będziesz siedział w ławce, Gio, mama zleje ci dupsko.

Gio zmarszczył czoło pod kocem.

– Czy ona nie czyta tych cholernych papierów?

– Hmm?

– Papież ekskomunikował mafiosów, Dante.

Gio nie mógł się doczekać, aż w niedzielę wyśpi się za wszystkie czasy. Dla jego rodziny bycie katolikami oznaczało religijność, a także wizerunek, jaki zapewniała ona publicznie. Byli dobrymi, bogobojnymi ludźmi. W żadnym razie nie rodziną przestępczą Marcello w ramach Cosa Nostry, która żelazną ręką dzierżyła sześćdziesiąt procent Nowego Jorku.

– Powtarza sobie, że to się nie odnosi do nas – odparł Dante nonszalancko.

To beztroskie, radosne nastawienie jego brata sprawiało, że Gio miał ochotę wyciągnąć rękę i walnąć Dantego prosto w jaja. Nikt nie powinien być tak zadowolony w jebany niedzielny poranek.

– Jezusie, braciszku. – Dante zdarł z niego koc. – Coś ty sobie zrobił?

Gio zmrużył oczy, pragnąc całym sercem, by światło znów zniknęło, a w zamian by wróciła mu pamięć. Nic nie przychodziło mu do głowy.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Mama cię zakatrupi – dodał Dante jakby po namyśle.

– Za co? Za spanie?

– Nie. Za to podbite oko i rozciętą wargę. Za pójście do kościoła, wyglądając, jakbyś zaliczył kilka rund w ringu, i co najmniej tak samo śmierdząc.

Gio znów jęknął, przypominając sobie wreszcie mecz bokserski późno w nocy, na sali treningowej, i poprzedzającą go imprezę.

– Nie pomyślałem, że będę szedł na mszę.

– Gdzie Cain? – zapytał Dante.

Cain, wierny rottweiler Gio i równocześnie kochający go całym sercem towarzysz, był jedyną istotą, która mogła skłonić najmłodszego Marcellego do ruszenia się z łóżka. Dzień dzisiejszy nie stanowił tu wyjątku mimo potwornego kaca.

Gio gwizdnął, siadając na kanapie. Przejechał palcami po swoich ciemnobrązowych, krótkich włosach, na których wyczuwał resztki potu i ślady walki. Obrzydliwie – tak właśnie się czuł. Zdecydowanie potrzebował prysznica.

Niecałe dwie sekundy później czarnobrązowy kształt usiadł na podłodze obok Gio. Cain chuchnął gorącym oddechem. Wielkie, czarne oczy wpatrywały się w swojego pana wyczekująco. Gio był niemal pewien, że za tym spojrzeniem kryło się lekkie poczucie winy. Jego zdaniem ten rottweiler był inny niż jakikolwiek pies, czy zwierzę w ogóle, jakiego Gio w życiu spotkał. Nosił swoje serce na umięśnionej, owłosionej łapie. Jasne, kiedy Gio tego chciał, potrafił być też ostrym skurwysynem, ale ogólnie Cain był jak duże dziecko.

– Znów, kurwa, spałeś w moim łóżku, nie?

Cain sapnął w odpowiedzi, pakując nos w dżinsy Gio.

– Pewnie pachną tak samo jak ty, sukinkocie.

Dante parsknął pod nosem.

– Przynajmniej on twojego gówna nie zrujnuje.

Na razie.

Tylko kwestią czasu było, zanim pies zacznie domagać się uwagi swojego pana w bardziej destrukcyjny sposób.

– Jeśli nie podniesiesz swojej dupy z kanapy i nie ogarniesz się do mszy, to wpakujesz się w jeszcze większe gówno niż to, w którym siedzisz teraz – ostrzegł Dante.

Kurwa, co za dzień.

***

– Nie bądź taka nadopiekuńcza – burknął Gio, odsuwając się przed mokrym kciukiem swojej rodzicielki. O co chodziło z włoskimi matkami i ich dziećmi? Nieważne, czy masz cztery czy czterdzieści lat, zawsze traktują cię jak dziecko. Nie miał pojęcia, jak jego bracia radzą sobie z tym nonsensem. – Nic mi nie jest, mamo.

Cecelia Marcello cmoknęła karcąco.

– Przestań, Giovanni. Twoje nieszczęsne oko potrzebuje lodu. Jaką bym była matką, gdybym się nie martwiła. Buon Dio, czy ty nie możesz się trzymać z dala od kłopotów choć przez jeden dzień?

Nie.

Kurwa. Chciał, żeby wreszcie opuściły go te cholerne mdłości. Przetrwanie kościoła bez wymiotowania graniczyło z cudem. Narkotyki i cios w głowę nie za dobrze się komponowały z destylatami, jakie wlewał w siebie po walce. Gio doskonale wiedział, że tego kurestwa nie miesza się z alkoholem.

Kontrola – powiedział sobie w myślach. Miał to gówno pod kontrolą.

– Nic mi nie jest – powtórzył, gdy Cecelia znów polizała kciuk, żeby wytrzeć mu kość policzkową. Poważnie, to było obrzydliwe.

– Naprawdę? Bo przybrałeś tak zielony kolor, że…

– Giovanni David Marcello!

Opanował się, by się nie wzdrygnąć na dźwięk swojego pełnego imienia wypowiedzianego przez ojca. Znajdowali się w miejscu publicznym – na schodach przed głównym wejściem do kościoła – a rodziciel raczej nie miał zamiaru zrobić mu awantury przy wszystkich tych bogobojnych ludziach. Jak by nie było, widywali ich co niedziela, a Marcellowie mieli reputację, którą należało podtrzymywać.

Gdy jednak zostaną sami, sprawa będzie się przedstawiać diametralnie inaczej.

Kurwa.

Dante skrzywił się na widok młodszego brata, a następnie delikatnie wziął matkę pod ramię, żeby sprowadzić ją po kościelnych schodach. Odwrócił się jednak i bezgłośnie powiedział:

– Uśmiechaj się i kiwaj głową.

Jasne…

– Do mojego samochodu, natychmiast – warknął ściszonym głosem Antony.

Gio się wzdrygnął.

– Dante mnie przywiózł. Mam telefon u niego w aucie. I marynarkę.

– Odbierzesz je dzisiaj na kolacji.

Wzrok, jakim Antony przewiercał syna, nie wskazywał, by rozkaz podlegał dyskusji.

– Nie przyjechałeś z mamą? – Gio spróbował mimo wszystko.

– Dante zabierze ją do domu. Przynajmniej dwaj moi synowie są na tyle odpowiedzialni, że mogę na nich liczyć, nie musząc o nich nieustannie pytać ani sprawdzać, co robią w każdej jebanej sekundzie, nie wspominając już nawet o zamartwianiu się o nich, kiedy nie mogę tego zrobić.

Ja pierdolę. Ten dzień miał się okazać jeszcze gorszy.

– Tato…

– Idź-do-mojego-samochodu-Gio.

Każde słowo zostało wypowiedziane przez zaciśnięte zęby. Nie miał do czynienia z Antonym – swoim ojcem, tylko Antonym – swoim szefem. Nie wróżyło to nic dobrego. Antony był wyluzowany, jeśli chodzi o Gio i interesy. Syn był dobrym capo, jednym z przynoszących najwyższe dochody w ich należącej do Cosa Nostry rodzinie. Antony miał swoje nastroje i potrafił w mgnieniu oka zamienić się w zimnego szefa zorganizowanej przestępczości, którego wszyscy się bali. Gio nie stanowił tutaj wyjątku.

– Dobrze – odparł Gio, schodząc długimi stopniami prowadzącymi do kościoła, a za nim, wściekły jak cholera, szedł ojciec.

W samochodzie panowała ogłuszająca cisza. Antony nie odpalał silnika. Zamiast tego trzymał kierownicę i wyglądał na zewnątrz, jakby chciał się zapaść pod ziemię.

Gio połapał się, że sam musi się odezwać albo gniew ojca będzie narastał, póki nie eksploduje.

– Nie wiedziałem, że pójdziemy dziś do kościoła po całej tej sytuacji z papieżem.

– Oczywiście, że tak – mruknął Antony kpiąco. – Wiesz, ile moich pieniędzy, które wpłacam na ten kościół, idzie do Watykanu? Dużo, Gio. Może i trafiają na cele dobroczynne, ale papież też dostaje swoją pierdoloną działkę. Kościół zawsze tak działał. Jest skorumpowany tak samo jak wszystko inne na tym przeklętym świecie. Jesteśmy katolikami. Zawsze nimi będziemy, niezależnie, czy jesteśmy mafiosami, czy nie. Będziemy chodzić do kościoła, tak jak to zawsze robiliśmy, niezależnie od opinii docierających z Włoch. – Antony spojrzał z boku na Gio, po czym westchnął. – Twoje oko wygląda fatalnie. Naucz się, jak korzystać z korektora, żeby matka się nie martwiła. Wygrałeś przynajmniej?

Rozdział czwarty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział piąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział szósty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział siódmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział ósmy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziewiąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziesiąty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział jedenasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwunasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział trzynasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział czternasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział piętnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział szesnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział siedemnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział osiemnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dziewiętnasty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty drugi

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział dwudziesty trzeci

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Epilog

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.