Niewinne ofiary - Wolwowicz Katarzyna - ebook + książka
NOWOŚĆ

Niewinne ofiary ebook

Wolwowicz Katarzyna

4,3

143 osoby interesują się tą książką

Opis

Jelenią Górą wstrząsają makabryczne wiadomości – w pobliskim lesie odnaleziono ciała dwojga dzieci.

Kiedy Olga Balicka, komisarz wydziału kryminalnego, przyjeżdża na miejsce zbrodni, nie może powstrzymać odruchu wymiotnego. Doświadczona policjantka nieraz widziała ofiary zbrodni, ale to, co zobaczyła teraz, przerosło jej wyobraźnię. Czy był to mord rytualny? Czy uda się zidentyfikować dziewczynki?

Droga z Warszawy do Jeleniej Góry nie była wcale krótka, a na dodatek, kiedy Kornel Murecki dojechał na miejsce, nie miał czasu na odpoczynek. Natychmiast został przydzielony do śledztwa prowadzonego przez Olgę. Oboje muszą zmierzyć się z własną przeszłością i ze sprawą, w której nic nie jest takie, jak się wydaje. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczyna się długie i kontrowersyjne śledztwo, jakiego Jelenia Góra od lat nie doświadczyła.

Co łączy zaniedbane dzieci z najbiedniejszej dzielnicy Jeleniej Góry z miejscową elitą? Kto próbuje zmylić detektywów? Czy dziewczynki to jedyne ofiary? Dlaczego tajemniczy poszkodowany w wyniku wypadku samochodowego boi się swojego lekarza? Kim tak naprawdę jest Kornel Murecki i po co przyjechał z Warszawy?

Katarzyna Wolwowicz

ur. w 1983 roku. Absolwentka studiów magisterskich na kierunku Stosunki Międzynarodowe na Akademii Ekonomicznej (teraz Uniwersytet Ekonomiczny), studiów magisterskich na kierunku Psychologia Kliniczna w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej ( obecnie Uniwersytet Humanistycznospołeczny ) oraz studiów podyplomowych na kierunku Mediacje w Biznesie w Wyższej Szkole Bankowej. Pracowała jako stewardesa w liniach lotniczych, instruktor fitness (po fakultecie Instruktora Sportu i Rekreacji na AWF we Wrocławiu), ekonomistka, przedstawiciel medyczny oraz psycholog. Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości - Szklarskiej Porębie. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański. Pisaniem pasjonowała się w młodości. Początkowo były to romantyczne opowiadania, które jednak nigdy nie zostały opublikowane. Książki pisze dla przyjemności, ponieważ pozwalają wyrażać emocje w zaciszu domowego ogniska. Mama dwóch wspaniałych synów, których imionami obdarowała swoich pierwszych książkowych bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 377

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (21 ocen)
13
2
5
1
0
Sortuj według:
Ewolda

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny, trzymający w napięciu kryminał.Polecam do przeczytania.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu: Nie­win­ne ofia­ry
© Co­py­ri­ght by Ka­ta­rzy­na Wol­wo­wicz, 2022 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło sp. z o.o., War­sza­wa 2022
Re­dak­cja i ko­rek­ta: Jo­an­na Wy­słow­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Kusz, Ma­graf s.c., Byd­goszcz
Zdjęcia okład­ko­we: © Fi­lip Zrn­ze­vić/unsplash.com (las); iStock/Mi­chal Oska (dziew­czyn­ki)
Pro­jekt okład­ki: Eli­za Luty
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blan­ka Wo­śko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bie­ństwa zda­rzeń lub osób są przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne. Opo­wie­ść sta­no­wi li­te­rac­ką fik­cję
Wy­daw­nic­two nie po­no­si żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­al­ne szko­dy wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w ksi­ążce.
Wy­da­nie I, 2022
ISBN: 978-83-8132-401-4
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­sza­wa tel. 22 312 37 12
Dział han­dlo­wy:han­dlo­[email protected]­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urządze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stąpie­niach pu­blicz­nych tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Emi­lia Bor­kow­ska prze­bu­dzi­ła się, gdy usły­sza­ła dziw­ny od­głos do­bie­ga­jący z ni­ższe­go po­zio­mu miesz­ka­nia. Jej sy­pial­nia mie­ści­ła się na pi­ętrze. Z jed­nej stro­ny było to wy­god­ne roz­wi­ąza­nie. Mia­ła bo­wiem całą prze­strzeń dla sie­bie, od­dzie­lo­ną od in­nych do­mow­ni­ków – wła­sny azyl, do któ­re­go chęt­nie uda­wa­ła się po tru­dach dnia co­dzien­ne­go. Z dru­giej stro­ny, scho­dze­nie po nocy do to­a­le­ty kręty­mi drew­nia­ny­mi scho­da­mi nie na­le­ża­ło do naj­bez­piecz­niej­szych. Zwłasz­cza że były już moc­no wy­śli­zga­ne przez jej dwóch urwi­sów, któ­rzy za dnia ro­bi­li tu so­bie zje­żdżal­nię. Unio­sła gło­wę znad po­dusz­ki. Na­słu­chi­wa­ła. Ale wko­ło pa­no­wa­ła ci­sza. Ze­ga­rek na jej sto­li­ku noc­nym po­ka­zy­wał trze­cią. Świet­nie!, po­my­śla­ła z sar­ka­zmem. Za­wsze, gdy bu­dzi­ła się w nocy, przy­po­mi­na­ła so­bie sło­wa swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ció­łki Ka­śki, że wszyst­kie na­pa­dy i mor­der­stwa w nocy dzie­ją się w oko­li­cy go­dzi­ny trze­ciej, bo wte­dy wi­ęk­szo­ść lu­dzi śpi naj­moc­niej. Nie lu­bi­ła więc bu­dzić się o tej po­rze. Ale jako sa­mot­na mat­ka dwóch sy­nów była przy­zwy­cza­jo­na do za­rwa­nych no­cek. Zda­rza­ło się, że bu­dzi­ła się, sły­sząc ha­ła­sy, któ­re oka­zy­wa­ły się tyl­ko echem z prze­rwa­ne­go kosz­ma­ru. Cza­sem jej star­szy syn cho­dził po miesz­ka­niu i lu­na­ty­ko­wał. Kie­dy pew­ne­go razu ze­szła do sa­lo­nu w środ­ku nocy, sie­dział przy re­ga­le z ksi­ążka­mi i ukła­dał je jed­na na dru­giej na podło­dze. Oświad­czył, że zom­bi za­raz tu będą. Po­cząt­ko­wo pró­bo­wa­ła go wy­bu­dzać, ale tyl­ko po­gar­sza­ła sy­tu­ację. Brał ją za ko­lej­ne­go po­two­ra i ucie­kał przez całe miesz­ka­nie, ska­cząc po me­blach. Te­raz już do tego przy­wy­kła, a same „noc­ne ak­cje”, jak je na­zy­wa­ła, zda­rza­ły się co­raz rza­dziej. Po­dob­no dzie­ci z nich wy­ra­sta­ją. Cho­ciaż nie wszyst­kie. By­wa­ją prze­cież lu­na­ty­ku­jący do­ro­śli. Mia­ła na­dzie­ję, że on jed­nak wy­ro­śnie.

Prze­ci­ągnęła się w łó­żku i na­słu­chi­wa­ła jesz­cze przez chwi­lę. Ci­sza. Wtu­li­ła się w mi­ęk­ką sa­ty­no­wą po­ściel, chcąc wró­cić do swo­je­go snu. Tym ra­zem był ca­łkiem przy­jem­ny. Ale nic z tego. Sen nie po­wra­cał. Po­czu­ła, że chce jej się siku, ale tak bar­dzo nie lu­bi­ła scho­dzić w nocy po scho­dach. Dla­cze­go nie zro­bi­ła ła­zien­ki na gó­rze?, wy­po­mi­na­ła so­bie. Za­mknęła oczy i zmu­si­ła się do le­że­nia po­mi­mo co­raz moc­niej­sze­go na­ci­sku na pęcherz. Po chwi­li stwier­dzi­ła, że nie da rady. Pod­da­je się. Pod­nio­sła ko­łdrę i na cie­le po­czu­ła chłod­ne po­wie­trze. Po­ża­ło­wa­ła, że nie mia­ła na so­bie gru­bej, zi­mo­wej pi­ża­my, a je­dy­nie ba­we­łnia­ną ko­szul­kę noc­ną na ra­mi­ącz­kach. Wło­ży­ła kap­cie i po­ma­łu ze­szła po krętych scho­dach pro­wa­dzących do sa­lo­nu i da­lej do ła­zien­ki. Sie­dząc na to­a­le­cie usły­sza­ła, jak syn cho­dzi po miesz­ka­niu. A przy­naj­mniej tak jej się wy­da­wa­ło.

– Ty­mon? – za­py­ta­ła ci­cho, nie chcąc obu­dzić dru­gie­go dziec­ka. Nikt nie od­po­wie­dział.

Być może się jej zda­wa­ło, po­my­śla­ła. Pew­nie to kwe­stia zbyt buj­nej wy­obra­źni, po obej­rza­nym wie­czo­rem hor­ro­rze. Przy­si­ęgła so­bie w my­ślach, że już ni­g­dy, ale to ni­g­dy nie obej­rzy nic strasz­ne­go sama. De­li­kat­nie po­pchnęła drzwi ła­zien­ki, nie wy­szła jed­nak od razu. No, da­lej, dziew­czy­no, cze­go się bo­isz, do­da­wa­ła so­bie otu­chy. Ro­zej­rza­ła się do­oko­ła, ale ni­ko­go nie było. W miesz­ka­niu pa­no­wa­ła ci­sza i wszyst­ko zda­wa­ło się być na swo­im miej­scu, co znacz­nie ją uspo­ko­iło. Wła­ści­wie była już pew­na, że żad­nych kro­ków nie sły­sza­ła. Mu­sia­ło jej się zda­wać. We­szła do po­ko­ju Ty­mo­na. Spał jak za­bi­ty. Żad­ne­go ci­ężkie­go od­de­chu, ru­chu ga­łek ocznych pod po­wie­ka­mi, ni­cze­go. Żad­nych zom­bi, ode­tchnęła z ulgą. Wy­cho­dzi­ła od nie­go, po­ma­łu, na pal­cach, nie chcąc go obu­dzić. Nie­mal bez­sze­lest­nie we­szła do po­ko­ju obok, gdzie spał młod­szy syn. Szy­mon miał czte­ry lat­ka. Le­do­wy, nie­bie­ski miś wci­śni­ęty do gniazd­ka le­d­wo oświe­tlał jego drob­ną twa­rzycz­kę. Blond wło­ski nie­dba­le opa­da­ły na po­dusz­kę. Jej mały anio­łek. Roz­ko­pał się tro­chę. Po­pra­wi­ła mu ko­łder­kę, na któ­rej uśmie­cha­ły się słod­ko le­śne zwie­rząt­ka, po­ca­ło­wa­ła go w po­li­czek i wy­szła z po­ko­ju. Wszyst­ko było tak, jak po­win­no być.

Prze­cho­dząc koło przed­po­ko­ju, po­czu­ła chłód do­cho­dzący od drzwi. Była pew­na, że je za­mknęła. Po jej cie­le prze­bie­gł szyb­ki dreszcz i mi­mo­wol­nie po­ta­rła się po od­sło­ni­ętych ra­mio­nach. Wi­docz­nie tem­pe­ra­tu­ra na dwo­rze spa­dła po­ni­żej zera i mróz prze­do­sta­wał się szcze­li­na­mi. Ile to już razy obie­cy­wa­ła so­bie, że przy­klei od­ry­wa­jący się próg.

Wcho­dząc po scho­dach, po­my­śla­ła ze śmie­chem, że zno­wu dała się prze­stra­szyć od­gło­som „ży­jące­go domu”. Tak za­wsze mó­wi­ła jej bab­cia – dom żyje, pra­cu­je, wy­da­je od­gło­sy. A drew­nia­ne ele­men­ty w szcze­gól­no­ści, więc nie ma się cze­go bać. Zwłasz­cza gdy pa­li­ła wie­czo­rem w ko­min­ku – a te­raz pa­li­ła pra­wie co­dzien­nie – wy­so­ka tem­pe­ra­tu­ra roz­cho­dzi­ła się po miesz­ka­niu i scho­dy pod jej wpły­wem wy­da­wa­ły spe­cy­ficz­ne dźwi­ęki. Wśli­znęła się z po­wro­tem na pu­sty, mi­ęk­ki ma­te­rac i owi­nęła ko­łdrą. Za­nim za­snęła, po­my­śla­ła jesz­cze, ja­kie ma szczęście, miesz­ka­jąc w tak pi­ęk­nym miej­scu, z dwo­ma zdro­wy­mi, re­zo­lut­ny­mi sy­na­mi, z dala od kon­flik­tów i awan­tur do­mo­wych, na któ­re ska­za­ni by byli, gdy­by parę lat temu nie ode­szła od męża.

– – –

Być może, gdy­by w po­ko­ju młod­sze­go syna le­piej się ro­zej­rza­ła... Gdy­by skon­cen­tro­wa­ła uwa­gę na dłu­giej, gru­bej, gra­na­to­wej za­sło­nie przy­sła­nia­jącej ogrom­ne okno, usa­do­wio­ne od podło­gi do su­fi­tu... Być może spo­strze­gła­by, że jed­nak coś jest nie tak, jak być po­win­no. Być może wte­dy wszyst­ko po­to­czy­ło­by się zu­pe­łnie ina­czej. Może zda­ła­by so­bie spra­wę z tego, że za­sło­na przy­bra­ła nie­na­tu­ral­ny kszta­łt. Może zaj­rza­ła­by za nią i zo­ba­czy­ła tego, któ­ry tam stał. Może za­częła­by krzy­czeć, bu­dząc tym sa­mym dzie­ci i da­jąc im ja­kąkol­wiek szan­sę na uciecz­kę i po­wia­do­mie­nie sąsia­dów. A może po pro­stu ofiar by­ło­by jesz­cze wi­ęcej...

Kiedy Olga Ba­lic­ka roz­bi­ja­ła szó­ste jaj­ko na pa­tel­ni, na któ­rej sma­ży­ła się już ce­bu­la z bocz­kiem, za oknem deszcz wal­czył o prze­trwa­nie z nad­cho­dzącym ze­wsząd mro­zem. Z ra­dia w sa­lo­nie le­cia­ła ja­kaś gło­śna, ryt­micz­na mu­zy­ka, któ­ra aku­rat była na cza­sie i do któ­rej tak­tu mo­żna było ca­łkiem nie­źle po­dry­gi­wać. Aro­ma­tycz­ny za­pach roz­prze­strze­niał się po miesz­ka­niu, li­czącym za­le­d­wie czter­dzie­ści dwa me­try kwa­dra­to­we, w sta­rej, za­byt­ko­wej ka­mie­ni­cy w cen­trum Je­le­niej Góry. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy ja­jecz­ni­ca z sze­ściu jaj to nie za dużo jak na jej mo­żli­wo­ści, ale szyb­ko do­szła do wnio­sku, że sko­ro i tak się dziś ni­g­dzie nie wy­bie­ra, le­piej mieć wi­ęcej przy­go­to­wa­ne­go je­dze­nia niż mniej. Dzień za­mie­rza­ła spędzić, nie wy­cho­dząc na­wet z pi­ża­my. Ja­jecz­ni­ca była jej ulu­bio­nym śnia­da­niem w dniach, kie­dy mo­gła po­zwo­lić so­bie na go­to­wa­nie. Za­zwy­czaj Olga wsta­wa­ła wcze­śnie rano i bez żad­ne­go je­dze­nia, wy­piw­szy tyl­ko szklan­kę wody, szła po­bie­gać uli­ca­mi za­spa­ne­go jesz­cze mia­sta. A gdy wra­ca­ła, bra­ła szyb­ki prysz­nic, w bie­gu ro­bi­ła kawę i le­cia­ła na ko­mi­sa­riat. Dziś mia­ła dzień wol­ny i w ko­ńcu mo­gła się zre­lak­so­wać, pich­cąc w swo­jej cia­snej, ale wła­snej kuch­ni, któ­rą sama nie­daw­no za­pro­jek­to­wa­ła i któ­ra przy­je­cha­ła do niej nie­spe­łna dwa mie­si­ące temu. Za­sta­na­wia­ła się, kie­dy prze­sta­nie czuć eks­cy­ta­cję z tego po­wo­du. W ko­ńcu wszyst­ko z cza­sem po­wsze­dnie­je. Ale na ra­zie spra­wia­ło jej to nie­sa­mo­wi­tą przy­jem­no­ść.

Zresz­tą nie tyl­ko ta­kich przy­jem­no­ści tu­taj do­zna­wa­ła. Mi­mo­wol­nie ob­li­za­ła usta na wspo­mnie­nie nie­daw­ne­go go­rące­go sek­su na ku­chen­nym sto­le, z mężczy­zną, któ­ry jak nikt inny za­do­wa­lał ją fi­zycz­nie i na któ­re­go punk­cie jej cia­ło mia­ło już chy­ba ja­kąś ob­se­sję. Wy­star­czy­ło, że ktoś wspo­mniał tyl­ko o pro­ku­ra­to­rze Pa­włow­skim, a od razu czu­ła, że robi się mo­kra mi­ędzy uda­mi i puls jej za­czy­na przy­spie­szać jak sza­lo­ny. Za­śmia­ła się, nie­ma­lże wi­dząc, jak leży na sto­le, a Adam po­chy­la się nad jej roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi i wy­li­zu­je to­pi­ące się na jej ło­nie lody śmie­tan­ko­we. Po­tem wcho­dzi w nią na­mi­ęt­nie i do­pro­wa­dza do ta­kiej eks­ta­zy, że może tyl­ko bła­gać o wi­ęcej. Musi się opa­no­wać. Nie może po­zwo­lić na to, żeby ja­ki­kol­wiek mężczy­zna za­wład­nął jej my­śla­mi. Na­wet tak uta­len­to­wa­ny jak Adam.

Po­mi­mo gło­śnej mu­zy­ki usły­sza­ła bur­cze­nie i po­czu­ła, jak gra­ją jej kisz­ki. Wró­ci­ła więc do przy­rządza­nia po­si­łku. Kie­dy jed­ną ręką in­ten­syw­nie mie­sza­ła skład­ni­ki, a dru­gą naj­pierw so­li­ła, a po­tem pie­przy­ła ja­jecz­ni­cę, kątem oka spo­strze­gła de­li­kat­ne prze­su­wa­nie się słu­żbo­we­go te­le­fo­nu. Cho­le­ra! Wi­bra­cje sy­gna­li­zo­wa­ły po­łącze­nie z ko­men­dan­tem. Przez chwi­lę za­sta­no­wi­ła się, czy ode­brać. Nie mia­ła dy­żu­ru i nikt nie mó­głby wy­ci­ągnąć wo­bec niej żad­nych kon­se­kwen­cji. Była ca­łko­wi­cie roz­le­ni­wio­na i wca­le nie uśmie­cha­ło jej się iść do pra­cy. A ten dzwo­nek wła­śnie to za­po­wia­dał. Na­wet nie ma co się oszu­ki­wać, że ja­kąkol­wiek spra­wę słu­żbo­wą mo­żna za­ła­twić przez te­le­fon. Chwi­lę wal­czy­ła sama ze sobą, jed­nak jej wro­dzo­ne po­czu­cie obo­wi­ąz­ku, dzi­ęki któ­re­mu za­pew­ne wstąpi­ła do po­li­cji, prze­wa­ży­ło. Wy­łączy­ła pło­mień i ra­dio, wy­ta­rła ręce w no­gaw­kę od pi­ża­my i po­de­szła do sto­li­ka, na któ­rym le­żał jej nowy, zło­ty hu­awei. Do tej pory nie mo­gła uwie­rzyć, że po­li­cja szarp­nęła się na ta­kie cac­ka dla swo­ich de­tek­ty­wów. Za­zwy­czaj do­sta­wa­ła sta­re ce­gły z od­zy­sku po prze­ło­żo­nych. Pew­nie ku­pi­li je tyl­ko dla­te­go, że ten te­le­fon ro­bił świet­ne zdjęcia i nie trze­ba było in­we­sto­wać w apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne do do­ku­men­to­wa­nia miej­sca zbrod­ni. Ale mniej­sza o to. Grunt, że coś zmie­ni­ło się na plus.

– – –

– Le­piej niech to będzie coś wa­żne­go, sze­fie, bo na dziś mam już pla­ny – po­wie­dzia­ła, my­śląc o za­le­ga­niu pod ko­łdrą z Net­fli­xem. Nie mia­ła ani siły, ani ocho­ty iść dzi­siaj na po­ste­ru­nek. Do­pie­ro co za­ko­ńczy­ła duże śledz­two i wy­cho­dzi­ła na pro­stą z pa­pie­ro­lo­gią.

– Jesz­cze mi po­dzi­ęku­jesz – rzu­cił szyb­ko roz­mów­ca. Ewi­dent­nie nie dzwo­nił z ko­men­dy. Nie był też sam. Z od­da­li do­bie­ga­ły gło­sy in­nych lu­dzi. Zda­wa­ło jej się, że nie­któ­rych roz­po­zna­je.

– Oho! Czy­żbym sły­sza­ła wy­dy­cha­ne na mro­zie opa­ry z pa­pie­ro­sa? – zga­ni­ła go, jak umia­ła naj­grzecz­niej. – Zda­je się, że mia­łeś rzu­cić to cho­ler­stwo.

– Jak tu przy­je­dziesz, sama za­czniesz pa­lić – brzmiał po­wa­żniej niż zwy­kle. – Zbie­raj się, jest spra­wa. Ad­res wy­sy­łam na te­le­fon. – Usły­sza­ła ko­lej­ne za­ci­ągni­ęcie się i wy­dech. – Aha. I jesz­cze jed­no.

– No? – Nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, czy w tym mo­men­cie była bar­dziej za­cie­ka­wio­na, czy zi­ry­to­wa­na, że szlag tra­fił jej słod­kie le­ni­stwo.

– Mam na­dzie­ję, że nie ja­dłaś śnia­da­nia – rzu­cił na od­chod­ne i się roz­łączył.

No do­bra, chy­ba jed­nak była bar­dziej za­cie­ka­wio­na. Może na­wet po­czu­ła lek­ki dresz­czyk emo­cji. Sko­ro mia­ła być mu wdzi­ęcz­na, mu­sia­ło cho­dzić o coś gru­be­go. Usły­sza­ła pik­ni­ęcie i na ekra­nie wy­świe­tlił się ad­res. A wła­ści­wie po­ma­ra­ńczo­wa pi­nez­ka z na­wi­ga­cją, pro­wa­dzącą gdzieś do lasu w Prze­sie­ce. Ca­łkiem nie­źle zna­ła te te­re­ny. Spo­ro jej zna­jo­mych cho­dzi­ło tam re­gu­lar­nie mor­so­wać przy wo­do­spa­dzie. Dwa­dzie­ścia mi­nut au­tem. Spo­ko, może jed­nak zdąży coś zje­ść. Ale naj­pierw po­sta­no­wi­ła się ubrać.

Roz­grze­ba­ła le­żącą na ka­na­pie ster­tę ciu­chów do pra­so­wa­nia. Już daw­no obie­cy­wa­ła so­bie, że pil­niej przy­ło­ży się do obo­wi­ąz­ków do­mo­wych. Tym­cza­sem z dnia na dzień ster­ta tyl­ko ro­sła, a kurz co­raz wi­docz­niej za­le­gał na me­blach. Nie to, żeby się sama przed sobą uspra­wie­dli­wia­ła, ale to na ten week­end mia­ła w pla­nach sprząta­nie. Tym­cza­sem za­po­wia­da się nowa spra­wa i zno­wu brak cza­su na ży­cie pry­wat­ne. Po­pa­trzy­ła za okno. Wła­ści­wie nie wia­do­mo, co to było. Śnie­go­deszcz? Wiatr roz­bry­zgi­wał to coś o szy­bę, spra­wia­jąc, że ob­raz za oknem był ca­łko­wi­cie roz­ma­za­ny. Bez­na­dziej­nie. Mo­kro i wil­got­no, a do tego wietrz­nie. Zna­la­zła czar­ne, ob­ci­słe dżin­sy i wci­ągnęła je na chu­de nogi. Gru­by, sza­ry swe­ter prze­rzu­ci­ła przez gło­wę. Jej szczu­pła syl­wet­ka ca­łkiem w nim gi­nęła. Ale prze­cież w le­sie o tej po­rze roku będzie cho­ler­nie zim­no, po­my­śla­ła.

W po­śpie­chu wy­ci­ągnęła z pie­kar­ni­ka go­rącą grzan­kę i po­ło­ży­ła na nią tyle ja­jecz­ni­cy, ile uda­ło jej się zmie­ścić. Resz­ta musi po­cze­kać. Wzi­ęła du­że­go gry­za i prze­wró­ci­ła ocza­mi w eks­ta­zie. Py­cha! Zja­da­jąc ka­nap­kę do ko­ńca, szu­ka­ła klu­czy­ków do auta, któ­rych jak zwy­kle nie zna­la­zła ani w to­reb­ce, ani w miej­scu, gdzie po­win­na je była po­ło­żyć, czy­li na ko­mo­dzie w przed­po­ko­ju. Za­klęła w my­ślach. Za­wsze to samo. W ko­ńcu za­uwa­ży­ła je na podło­dze przy pral­ce. Na­wet nie chcia­ła się za­sta­na­wiać, co one tam ro­bi­ły. Po­rząd­ki ni­g­dy nie były jej moc­ną stro­ną, cho­ciaż nie wy­ni­ka­ło to z za­mi­ło­wa­nia do ba­ła­ga­nu. Ra­czej z no­to­rycz­ne­go bra­ku cza­su na sprząta­nie. Jako pra­co­ho­licz­ka rzad­ko by­wa­ła w domu na dłu­żej. A na­wet jak już się zda­rza­ło, za­zwy­czaj zmęcze­nie tak da­wa­ło jej się we zna­ki, że wo­la­ła po­świ­ęcić czas na po­rząd­ny re­laks albo po­rząd­ną za­ba­wę.

– Lufa! Jak wró­cę, ma tu być błysk. – Uca­ło­wa­ła ru­de­go, pu­cha­te­go kota, któ­ry prze­ci­ągał się le­ni­wie na pa­ra­pe­cie w kuch­ni. – Nie­któ­rym to do­brze, co? Mogą się wy­le­gi­wać w cie­pe­łku. – Po­tar­mo­si­ła go po lek­ko przy­dłu­ga­wej grzy­wie na gło­wie. – Moja ty lwi­co!

Zbie­ra­jąc się do wy­jścia, spo­strze­gła swo­je od­bi­cie na szkle mi­ędzy szaf­ka­mi w kuch­ni. Cho­le­ra. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy nie po­win­na się ja­koś ogar­nąć. Jest w ko­ńcu ko­bie­tą, „wi­zy­tów­ką ich ko­mi­sa­ria­tu”, jak żar­to­wał so­bie Sta­ry. Dłu­gie, ciem­ne wło­sy upi­ęła wy­so­ko i nie­dba­le. Gru­be ko­smy­ki wy­my­ka­ły się z koka, któ­ry spra­wiał wra­że­nie, jak­by miał się za­raz roz­pa­ść. Oczy pod­krążo­ne i lek­ko opuch­ni­ęta jesz­cze z nie­wy­spa­nia bu­zia. Za­bra­kło jed­nak cza­su, by coś z tym zro­bić. Szef by się wku­rzył, gdy­by nie przy­je­cha­ła naj­szyb­ciej jak się da. Zresz­tą niby dla kogo mia­ła­by się stro­ić? Pa­włow­ski wy­je­chał do War­sza­wy na ja­kieś szko­le­nie dla wa­żnia­ków. Pod czap­ką i tak fry­zu­ry nie będzie wi­dać. Wrzu­ci­ła do słu­żbo­wej tor­by dwa te­le­fo­ny i chwy­ta­jąc pu­cho­wą kurt­kę za ko­la­no, wy­bie­gła na klat­kę scho­do­wą.

– Pani Olgo! – za­trzy­ma­ła ją sąsiad­ka z trze­cie­go pi­ętra, któ­ra do­kład­nie, nie­mal z na­masz­cze­niem sprząta­ła scho­dy. – Dziś ze­bra­nie lo­ka­to­rów. Pa­mi­ęta pani?

– Tak, pani Zo­siu. Pa­mi­ętam. Jak tyl­ko dam radę, to będę. – Ni­g­dy nie skła­da­ła obiet­nic bez po­kry­cia. Na­praw­dę za­le­ża­ło jej, żeby tym ra­zem się zja­wić. Mia­ła wy­rzu­ty su­mie­nia, że opu­ści­ła kil­ka ostat­nich spo­tkań. Pani Zo­sia za­wsze go­to­wa była sta­nąć na scho­dach i jej to wy­po­mnieć.

– Do­brze, gdy­by pani przy­szła, mamy wie­le pil­nych spraw do omó­wie­nia. No i będą też nowi lo­ka­to­rzy, któ­rych trze­ba przy­wi­tać. – Zła­pa­ła się za bo­lące już ze sta­ro­ści ple­cy i za­częła je roz­ma­so­wy­wać. – Sta­ro­ść nie ra­do­ść, wi­dzi pani, co to się ze mną po­ro­bi­ło?

– Pani Zo­siu, bar­dzo do­brze się pani trzy­ma – rzu­ci­ła, zbie­ga­jąc po scho­dach. – Ko­men­dant za­wsze to po­wta­rza. – Wie­dzia­ła, że ten kom­ple­ment był nie­co na wy­rost, ale kątem oka zdąży­ła jesz­cze do­strzec, że mo­men­tal­nie od­jął ko­bie­cie z dzie­si­ęć lat z wy­glądu, do­da­jąc za to ru­mie­ńce na obu po­licz­kach.

Kiedy Olga do­je­żdża­ła na miej­sce, za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go zo­sta­ła we­zwa­na. W su­mie ko­men­dant nie po­wie­dział jej przez te­le­fon, cze­go będzie do­ty­czy­ła spra­wa, ale samo stwier­dze­nie, że jesz­cze będzie mu wdzi­ęcz­na, zwia­sto­wa­ło prze­jęcie do­cho­dze­nia nad po­ten­cjal­nym mor­der­stwem.

Jako mło­da pani de­tek­tyw była żąd­na ta­kich za­dań. Wie­dzia­ła jed­nak, że na ko­men­dzie mie­li kil­ku bar­dziej do­świad­czo­nych śled­czych. Spra­wa pro­wa­dze­nia tego mor­der­stwa, o ile ja­kieś się tu wy­da­rzy­ło, nie wy­da­wa­ła się więc taka oczy­wi­sta. Może przy­dzie­lą ją jako po­moc do Mi­cha­li­ka lub Za­grob­ne­go. Ale wte­dy sło­wa ko­men­dan­ta by­ły­by ra­czej na wy­rost. Za­trzy­ma­ła swo­je­go pi­ęt­na­sto­let­nie­go opla naj­bli­żej miej­sca do­ce­lo­we­go, jak tyl­ko mo­gła. Da­lej trze­ba iść na pie­cho­tę. Mro­źne po­wie­trze da­wa­ło się jej we zna­ki, a wiatr pi­zgał nie­mi­ło­sier­nie, za­ci­na­jąc to śnie­giem, to desz­czem. Po­mi­mo wcze­snej, przed­po­łu­dnio­wej go­dzi­ny z po­wo­du kom­plet­ne­go bra­ku sło­ńca i gęste­go za­le­sie­nia dzień był ciem­ny, a aura przy­gnębia­jąca. Przez pe­wien czas sły­sza­ła tyl­ko kra­ka­nie pta­ków i szum wia­tru. O tej po­rze roku drze­wa li­ścia­ste nie mia­ły już li­ści, a igla­ste zmie­ni­ły od­cień na brud­ną, głębo­ką zie­leń i cały kra­jo­braz zda­wał się bar­dzo zło­wiesz­czy. Ide­al­na sce­ne­ria do po­rząd­ne­go thril­le­ra.

Po kil­ku mi­nu­tach mar­szu do­strze­gła po­ru­sza­jące się syl­wet­ki i do­ta­rły do niej od­gło­sy pra­cu­jących po­li­cjan­tów. Bły­ski apa­ra­tów świad­czy­ły o tym, że tech­ni­cy z kry­mi­na­li­sty­ki wzi­ęli się już do ro­bo­ty. Je­dy­ni funk­cjo­na­riu­sze ma­jący te wszyst­kie dro­gie za­baw­ki, na­szpi­ko­wa­ne no­wo­cze­sną tech­no­lo­gią, na któ­rych nikt nie oszczędzał i któ­rych nie do­ty­czy­ły ci­ęcia bu­dże­to­we, tak do­brze zna­ne de­tek­ty­wom. W wi­ęk­szo­ści zgru­po­wa­li się w jed­nym miej­scu, za­pew­ne przy po­ten­cjal­nej ofie­rze. Dwóch od­da­li­ło się na spo­rą od­le­gło­ść w po­szu­ki­wa­niu tro­pów. Spo­strze­gła, że szef wy­sze­dł jej na­prze­ciw.

– Je­steś wresz­cie – po­wie­dział, po­da­jąc jej ni­try­lo­we ręka­wicz­ki. Spoj­rzał na ze­ga­rek na le­wej ręce. – Trzy­dzie­ści mi­nut – skwi­to­wał. – Zwie­dza­łaś oko­li­cę?

Był mężczy­zną po­nad­prze­ci­ęt­nie wy­so­kim, ale przy­gar­bio­nym. Zmarszcz­ki ukła­da­jące się na jego twa­rzy w wi­ęk­sze bruz­dy świad­czy­ły o za­awan­so­wa­nym wie­ku. Miał sze­śćdzie­si­ąt dwa lata. Jed­nak mimo to spra­wiał wra­że­nie krzep­kie­go, twar­de­go fa­ce­ta, któ­ry nie­jed­no w ży­ciu wi­dział i wie­le jest w sta­nie zdzie­rżyć.

– Dzi­ęki. – Wło­ży­ła ręka­wicz­ki, po­sta­na­wia­jąc zi­gno­ro­wać jego zło­śli­wo­ść. – Co mamy? – Wy­chy­li­ła się zza nie­go, chcąc wstęp­nie oce­nić sy­tu­ację, jed­nak nie zdo­ła­ła nic do­strzec.

– Dwa cia­ła... – Wstrzy­mał od­dech. – Zna­le­zio­ne o szó­stej rano przez przy­pad­ko­we­go bie­ga­cza. Oka­le­czo­ne. Wy­gląda, jak­by zro­bił to ja­kiś pier­do­lo­ny psy­chol. – Wy­ci­ągnął z kie­sze­ni pacz­kę Marl­bo­ro i wło­żył so­bie pa­pie­ro­sa w usta. Za­pal­nicz­ka jed­nak nie za­dzia­ła­ła. Po­czuł na­gły chłód i po­sta­wił na bacz­no­ść ko­łnierz od płasz­cza. Całe szczęście, że wło­żył dziś kasz­kiet. Ły­si­na nie po­ma­ga­ła w utrzy­ma­niu cie­pła.

– To co? Mogę już to zo­ba­czyć czy będziesz mi za­gra­dzał dro­gę cały dzień?

Wy­da­wa­ło jej się, że jest ja­kiś dziw­ny, jak­by bled­szy niż zwy­kle. Po­my­śla­ła, że to pew­nie od prze­by­wa­nia zbyt dłu­go na mro­zie. On jed­nak na­wet nie drgnął. Pa­trzył jej w oczy i nie ru­szał się, jak­by nie chciał jej tam do­pu­ścić. Wy­czu­ła, że robi to dla jej do­bra, że chce ją przy­go­to­wać na to, co może tam zo­ba­czyć. Od pi­ęciu lat, kie­dy zo­sta­ła wci­ągni­ęta do wy­dzia­łu za­bójstw, on – Sta­ry, jak go na­zy­wa­ła – pro­wa­dził ją za rącz­kę jak wła­sną cór­kę. Pa­tro­no­wał jej i wie­le ją na­uczył. Ale nie była już żó­łto­dzio­bem i mia­ła kil­ka roz­wi­ąza­nych spraw za sobą. Tak więc in­tu­icja pod­po­wia­da­ła jej, że to, co tu się wy­da­rzy­ło, mu­sia­ło być prze­ra­ża­jące.

– OK. Idź. Ale... Olga! – Za­trzy­mał ją w pół kro­ku.

– No, co? – zi­ry­to­wa­ła się.

– To są dzie­ci.

Dzie­ci. Przez jej cia­ło prze­bie­gł zim­ny dreszcz. Wi­dzia­ła już małe, bez­bron­ne cia­łka po­zba­wio­ne ży­cia po wy­pad­kach sa­mo­cho­do­wych. Ale jesz­cze ni­g­dy nie pro­wa­dzi­ła spra­wy o za­bój­stwo dziec­ka. Wie­dzia­ła, że pew­ne ob­ra­zy na za­wsze po­zo­sta­ją w pa­mi­ęci, a to, co za chwi­lę zo­ba­czy, z pew­no­ścią do ta­kich na­le­ży. Trze­ba się na to przy­go­to­wać psy­chicz­nie. Od­po­wied­nio na­sta­wić. Mi­nęła chwi­la, za­nim ru­szy­ła po­now­nie w stro­nę miej­sca zbrod­ni.

Zie­mia była zmar­z­ni­ęta. O tyle do­brze, że cho­dze­nie wo­kół nie za­trze śla­dów. Po­go­da uła­twia­ła im cho­ciaż to. Wiatr za­wył w ko­ro­nach drzew i Olga mia­ła wra­że­nie, że po­de­rwa­na od zie­mi sza­dź ukła­da się w dwie małe po­sta­cie. Po­de­szła, po­wo­li, pa­trząc uwa­żnie, żeby nie na­dep­nąć na coś, co może być po­ten­cjal­nym śla­dem, wska­zów­ką. Na zie­mi roz­ło­żo­no kar­tecz­ki z nu­me­ra­mi – tak tech­ni­cy kry­mi­na­li­stycz­ni ozna­cza­li praw­do­po­dob­ne do­wo­dy lub miej­sca, któ­re na­le­ża­ło sfo­to­gra­fo­wać.

– Ja pier­do­lę... – Po­czu­ła od­ruch wy­miot­ny i zła­pa­ła się ręką za usta. Nie­daw­no zje­dzo­na ka­nap­ka z ja­jecz­ni­cą po­de­szła jej do gar­dła, pod­ra­żnia­jąc jego tyl­ną ścia­nę. Za­kręci­ło jej się w gło­wie, a przed ocza­mi zo­ba­czy­ła bia­łe, mi­ga­jące plam­ki na sza­rym tle. Chwy­ci­ła się ręką ro­snące­go obok drze­wa.

Na zie­mi znaj­do­wa­ły się dwa cia­ła, z od­ci­ęty­mi gło­wa­mi, le­żące w mo­rzu krwi. Prze­cież wie­dzia­ła, że mówi się w ka­łu­ży, ale tej krwi było tyle, że ni­jak nie pa­so­wa­ło to do tego wy­ra­że­nia. Wy­gląda­ła tro­chę jak za­schni­ęty ki­siel. Dzie­ci – dłu­go­wło­se blon­dyn­ki o nie­bie­skich, wy­ba­łu­szo­nych w kie­run­ku nie­ba oczach – były na­gie i mia­ły na so­bie śla­dy wy­ko­rzy­sta­nia sek­su­al­ne­go oraz bla­do­nie­bie­skie si­ńce na ca­łym cie­le. Za­sta­na­wia­jące, że po­mi­mo rze­zi, jaką im za­fun­do­wa­no, ich skó­ra po­zo­sta­ła czy­sta. Jak­by ktoś do­kład­nie umył je wodą z my­dłem ze wszyst­kie­go, co mo­gło­by je ubru­dzić.

– Mó­wi­łem ci, że­byś nie ja­dła śnia­da­nia. – Sta­ry pod­sze­dł do niej od tyłu. – Nie mamy jesz­cze po­twier­dzo­nych na­zwisk. Wie­my tyl­ko, że ofia­ry to dwie dziew­czyn­ki w wie­ku oko­ło pi­ęciu lat. Z tego, co mo­żna się zo­rien­to­wać, choć nie­wie­le mo­żna, są do sie­bie bar­dzo po­dob­ne, być może to sio­stry. Na do­da­tek były iden­tycz­nie ubra­ne. – Po­ka­zał jej wo­rek z za­krwa­wio­ny­mi szma­ta­mi.

– To chy­ba nie są zi­mo­we ciu­chy? – Po­ma­łu wra­ca­ła jej trze­źwo­ść umy­słu i zmy­sł rów­no­wa­gi tak moc­no przed chwi­lą za­chwia­ny.

Wo­rek nie był duży, a mie­ścił odzie­nie dla dwóch osób. Wzi­ęła go do rąk.

– Ra­cja. To su­kien­ki. Ra­czej let­nie. Albo ko­szu­le noc­ne. Trud­no po­wie­dzieć. Gdy je zna­le­zio­no, le­ża­ły obok ciał. Pe­dan­tycz­nie po­skła­da­ne w ko­stecz­kę, a jed­no­cze­śnie za­la­ne krwią. Od­da­my je do ana­li­zy, może spraw­ca zo­sta­wił ja­kiś ślad.

– Więc albo ktoś je za­brał z domu w po­śpie­chu, albo spe­cjal­nie tak ubrał, wie­dząc, że na dwo­rze jest zero stop­ni. A wła­ści­wie ro­ze­brał. – Do­pie­ro do­ta­rły do niej sło­wa o ubra­niach zna­le­zio­nych koło dzie­ci, a nie na nich.

Kuc­nęła przy ma­lut­kich cia­łkach.

– Wy­gląda na to, że zro­bił im do­kład­nie to samo. Co wy­da­je się do­syć dziw­ne, je­że­li mia­łby dzia­łać w afek­cie lub w jemu tyl­ko zna­nym ak­cie de­spe­ra­cji.

– Zro­bił albo zro­bi­li – po­pra­wił ją.

– Po­dej­rze­wasz kil­ku spraw­ców?

Wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi.

– Uło­że­nie wska­zu­je, że nie jest to ra­czej dzie­ło przy­pad­ku. Ten po­jeb wie­dział, co robi, miał ja­kiś plan – kon­ty­nu­owa­ła. – Ja­kim trze­ba być skur­wy­sy­nem – za­klęła pod no­sem.

– Olga, po­wstrzy­maj emo­cje. Do ni­cze­go cię w śledz­twie nie za­pro­wa­dzą, a je­dy­nie za­śle­pią lo­gicz­ne ro­zu­mo­wa­nie.

– Masz na my­śli lo­gicz­ne ro­zu­mo­wa­nie o gwa­łce­niu dzie­ci i od­ci­na­niu im głów? – Spoj­rza­ła na nie­go z wy­rzu­tem.

– Do­brze wiesz, o co mi cho­dzi.

Miał ra­cję. Do­sko­na­le o tym wie­dzia­ła.

– OK. Czy wia­do­mo, jak uma­rły? – Jesz­cze kie­dyś ta­kie py­ta­nie, za­da­ne wo­bec ta­kie­go wi­do­ku, uzna­ła­by za dziw­ne. Ale z cza­sem na­uczy­ła się, że bar­dzo często nic nie jest ta­kie, ja­kie się wy­da­je. Przy­czy­ną śmier­ci wca­le nie mu­sia­ło być wy­krwa­wie­nie, ale na przy­kład tru­ci­zna albo uprzed­nie skręce­nie kar­ku czy udu­sze­nie po­dusz­ką. Ni­g­dy nie mo­żna brać tego, co się wi­dzi, za oczy­wi­sto­ść.

– Masz na my­śli, czy żyły, gdy od­ci­nał im gło­wy?

– Ow­szem. Wia­do­mo coś?

– Po­cze­kaj­my na ra­port ko­ro­ne­ra. – Wstał i ro­zej­rzał się do­oko­ła. – Do­bra. Po­wiedz mi, co my­ślisz.

Ona zro­bi­ła to samo. Tech­ni­cy w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach ko­ńczy­li już pra­cę i cho­wa­li ze­bra­ne ma­te­ria­ły do sa­mo­cho­du.

– My­ślę, że mor­der­ca był je­den. Nic nie wska­zu­je na udział wi­ęk­szej licz­by lu­dzi. Poza tym dziew­czyn­ki, zda­je się, prze­szły przez to samo sta­ran­nie od­wzo­ro­wa­ne pie­kło, a to trud­no osi­ągnąć, je­że­li mamy kil­ku spraw­ców. Nie wiem, czy naj­pierw je uśpił, czy nie i czy ka­zał im pa­trzeć na to, co im robi. Tego pew­nie do­wie­my się z ba­dań tok­sy­ko­lo­gicz­nych. Si­nia­ki mo­gły­by świad­czyć o wal­ce, ale na ta­kich drob­nych cia­łkach po­wsta­ły­by i pod ci­ęża­rem do­ro­słe­go, któ­ry je gwa­łcił. Nie wiem, co sądzić o od­ci­ętych gło­wach. Po wszyst­kim uło­żył cia­ła sta­ran­nie, gło­wy zwró­co­ne do góry, ale kor­pu­sy do sie­bie, trzy­ma­jące się za ręce. Oczy­ścił je do­kład­nie z li­ści i pa­ty­ków. Ob­mył z krwi. My­ślę, że zro­bił to tu­taj. Zbyt da­le­ko je­ste­śmy od szos, któ­ry­mi do­je­cha­ło­by auto, a przy­nie­sie­nie ich tu­taj, w do­dat­ku w ka­wa­łkach, by­ło­by lo­gi­stycz­nie trud­ne. Na­ra­zi­łby sie­bie na to, że kie­dy wra­ca­łby po dru­gie cia­ło, ktoś mó­głby zo­ba­czyć już to pierw­sze, a prze­cież za­le­ża­ło mu na tym, aby zo­sta­ły zna­le­zio­ne w od­po­wied­nim uło­że­niu. Poza tym wi­ęk­sze ry­zy­ko zo­sta­wie­nia po dro­dze śla­dów.

– Mógł je prze­cież nie­ść ra­zem. Są lek­kie.

– Być może. Dla mnie jed­nak bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że szły same, a on nió­sł tyl­ko swo­je, na­zwij­my to, na­rzędzia. Ale po­cze­kaj­my z wnio­ska­mi, aż nasi tech­ni­cy przed­sta­wią nam naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ną wer­sję, opar­tą na śla­dach, a nie do­my­słach.

– Nie ma bu­tów ani śla­dów cho­dze­nia boso – kon­tro­wał.

– Ani też, jak wi­dzę – kuc­nęła jesz­cze raz przy cia­łach – bru­du za pa­znok­cia­mi.

– Co su­ge­ru­jesz?

– Tyl­ko tyle, że nie je­ste­śmy te­raz w sta­nie po­wie­dzieć nic na pew­no. Mógł za­brać ich buty jako tro­feum albo ob­myć ich sto­py tak do­kład­nie jak resz­tę cia­ła. Prze­cież to są dzie­ci. Wi­dzia­łeś kie­dyś dzie­ci z tak czy­sty­mi pa­znok­cia­mi? My­ślę, że spraw­ca zo­sta­wił je do­kład­nie w ta­kim sta­nie, w ja­kim chciał, i nic nie po­zo­sta­wił przy­pad­ko­wi. Nie wiem, czy znaj­dzie­my co­kol­wiek, cze­go nie chcia­łby, że­by­śmy zna­le­źli.

– OK. Wy­star­czy. – Pod­nió­sł do góry dłoń.

– Czy mamy na­rzędzie?

– Co? – Sta­ry się za­my­ślił.

– Na­rzędzie. Piłę, sie­kie­rę, co­kol­wiek, czym do­ko­nał roz­człon­ko­wa­nia?

– Nie.

– Kto zna­la­zł cia­ła?

Spo­strze­gła, że za­nim od­po­wie­dział, za­wa­hał się. – Za­wadz­ki. – Pa­trzył na nią prze­ni­kli­wie, spraw­dzał re­ak­cję.

– Co, kur­wa?!!! – Unio­sła brwi ze zdzi­wie­nia – Ten Za­wadz­ki?

– Taaa.

– No, te­raz to do­pie­ro robi się cie­ka­wie. I cze­ka­łeś z tą in­for­ma­cją, aż sama za­py­tam? – Czu­ła, że krew zno­wu za­czy­na krążyć w jej ży­łach i że twarz na­bie­ra ru­mie­ńców. Jesz­cze przed chwi­lą mu­sia­ła być bla­da jak ścia­na. – A co Za­wadz­ki ro­bił wcze­śnie rano w le­sie w taką po­go­dę?

– Bie­gał.

– Weź nie pier­dol. Bie­gał, w le­sie, tak da­le­ko od domu? – zde­ner­wo­wa­ła się. Wie­dzia­ła, że tak nie było, że to wy­ja­śnie­nie śmier­dzi na ki­lo­metr. Za­sta­na­wia­ła się tyl­ko, czy Sta­ry w nie wie­rzy, czy może tyl­ko chce wie­rzyć.

– Nie mu­szę chy­ba do­da­wać, że spra­wa jest de­li­kat­na i nie prze­ka­zu­je­my tej in­for­ma­cji me­diom.

– A w ogó­le ja­kieś prze­ka­zu­je­my? – zi­ry­to­wa­ła się. – Wiesz, że będę mu­sia­ła go prze­słu­chać?

– Wiem. Cze­ka na cie­bie na Mic­kie­wi­cza. Wy­ślę ci do­kład­ne na­mia­ry.

– Już nie miesz­ka przy Krót­kiej?

– Nie. Prze­pro­wa­dził się, ale to tyl­ko kil­ka ulic da­lej. Ro­zu­miem, że bie­rzesz tę spra­wę?

– Bio­rę. – Mia­ła świa­do­mo­ść, że to będzie dla niej wy­zwa­nie. Pew­nie, że ana­li­zo­wa­ła, czy da radę, ale z dru­giej stro­ny bar­dzo tego chcia­ła. Dla ta­kich spraw wła­śnie przy­szła do wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go. – Kto jest pro­ku­ra­to­rem?

W du­chu cie­szy­ła się, że Pa­włow­ski wy­je­chał. Mie­sza­nie do­świad­czeń pry­wat­nych z za­wo­do­wy­mi, zwłasz­cza tak ci­ężkich, nie przy­słu­ży­ło­by się ni­ko­mu.

– Do­łęga. I jesz­cze jed­no... – zro­bił pau­zę. Umiał bu­do­wać na­pi­ęcie. Do­my­ślał się też, że nie spodo­ba jej się to, co po­wie.

– Da­waj. – Po­my­śla­ła, że te­raz ni­czym już jej nie może za­sko­czyć. A jed­nak się my­li­ła. Ze Sta­rym ni­g­dy nie wia­do­mo.

– Przy­dzie­li­łem ci part­ne­ra.

Par­sk­nęła i kop­nęła bu­tem le­żący koło niej pa­tyk.

– A ja, głu­pia, sądzi­łam, że w ko­ńcu za­cząłeś mi ufać i że je­stem do­sta­tecz­nie do­bra, by sama to po­pro­wa­dzić – pod­nio­sła głos. Mia­ła wra­że­nie, że leci z nią w kul­ki. Że nią ste­ru­je. Za­rzu­cił przy­nętę, po­ka­zał, że może pod­jąć śledz­two, któ­re za­pew­ne będzie jed­nym z naj­gło­śniej­szych w tym re­jo­nie od... Wła­ści­wie nie pa­mi­ęta od kie­dy. Za jej ka­den­cji nie zda­rzy­ły się jesz­cze ta­kie spra­wy. A po­tem ła­pie ją na ha­czyk, mó­wi­ąc, kto zna­la­zł cia­ła, i ka­żąc pra­co­wać z part­ne­rem.

– Je­steś do­bra. I ufam ci. Ale to duży ka­li­ber. Cze­goś ta­kie­go jesz­cze nie mia­łaś. A co dwie gło­wy, to nie jed­na.

– Nie uwa­żasz, że to tro­chę nie­sto­sow­ne po­wie­dze­nie, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści? – Wie­dzia­ła, że jest wred­na, ale wkur­wił ją tym part­ne­rem.

Nie od­po­wie­dział. Dał jej chwi­lę na opa­no­wa­nie emo­cji.

– Któ­ry to będzie? Mi­cha­lik czy Za­grob­ny? I dla­cze­go, do cho­le­ry, nie ma ich jesz­cze na miej­scu zbrod­ni?

– Ża­den. Obaj są za­jęci. A pro­ku­ra­tor Do­łęga już był. Przy­je­chał, po­pa­trzył i po­je­chał. Cze­ka na ra­port. Za to ty się spó­źni­łaś – przy­wo­łał ją do po­rząd­ku. – Ten, któ­re­go ci przy­dzie­li­łem, jest nowy w na­szym wy­dzia­le, ale to do­świad­czo­ny śled­czy. O pi­ęt­na­stej wi­dzi­my się na ko­men­dzie. Wte­dy go po­znasz. Poza tym nie mamy wy­bo­ru i mu­si­my go przy­jąć. Po­le­ce­nie przy­szło z góry.

– – –

Nowy. Wła­ści­wie to nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, czy to do­brze, czy źle. Z jed­nej stro­ny tam­tych już zna­ła, wie­dzia­ła, jak pra­cu­ją. Z dru­giej, oni na bank chcie­li­by grać pierw­sze skrzyp­ce w do­cho­dze­niu, a ją trak­to­wa­li­by jak po­ma­gie­ra. Z tym no­wym będzie mo­gła bu­do­wać za­sa­dy wspó­łpra­cy na wła­snych wa­run­kach. Ta myśl po­zwo­li­ła jej opa­no­wać wzbu­rze­nie. Może nie będzie wca­le tak źle.

– Oby on też się nie spó­źnił, bo o sie­dem­na­stej mam spo­tka­nie w ra­dzie osie­dla – rzu­ci­ła.

– Po­wa­żnie, kur­wa? – Przez chwi­lę nie wy­czuł jej in­ten­cji. Wy­lu­zo­wał, gdy za­ła­pał, że żar­tu­je. – Sądzę, że pani Zo­sia da ci dys­pen­sę, zwłasz­cza że po­mo­gę ci zre­ali­zo­wać je­den z punk­tów tego spo­tka­nia.

Tak to jest, po­my­śla­ła, jak ku­pu­je się miesz­ka­nie od swo­je­go sze­fa, któ­ry zna wszyst­kich sąsia­dów. Pew­nie ko­men­da po­da­ru­je wspól­no­cie ja­kieś środ­ki do de­zyn­fek­cji. Szef za­wsze lu­bił się przy­po­do­bać jej do­zor­czy­ni.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki