Bursa - Katarzyna Wolwowicz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Bursa ebook i audiobook

Wolwowicz Katarzyna

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Olga Balicka i Kornel Murecki powracają w czwartym tomie serii. Mrocznym, zaskakującym i wywołującym zimny dreszcz na karku…

Na terenie starej bursy szkolnej zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Została uduszona, rozebrana do naga i pozbawiona rzeczy osobistych, a w pobliżu leżał jedynie różaniec. Czy jest on przesłaniem od zabójcy?

W tym samym czasie z domu niedaleko bursy znika nastoletni Tomasz, ale jego rodzice nie spieszą się ze zgłoszeniem sprawy na policję. Ojciec chłopaka ewidentnie coś ukrywa i miesza się w zeznaniach, a matka nie ma już chęci do życia.

Jak odkryć prawdę, jeżeli jedynym potencjalnym świadkiem w śledztwie jest mały, autystyczny chłopczyk? Jak rozmawiać z dzieckiem, z którym nie ma kontaktu?

W komendzie zachodzi wiele zmian personalnych, a Olga Balicka rozpoczyna kolejne śledztwo, pełne zaskoczeń, tajemniczych zdarzeń i niewyjaśnionych zjawisk. Czy da radę zgrać się z nowym zespołem i odkryć prawdę? Czy Kornel, który odszedł z policji, będzie w stanie jej pomóc, a co najważniejsze, czy uda mu się uchronić ją przed zabójcą?

Kluczem do rozwiązania zagadki mogą być odkopane niedawno na terenie bursy trzy szkielety. Jednak sprawa niespodziewanie zostaje uznana za przedawnioną. Być może komuś zależy, żeby pewne rzeczy nigdy nie wyszły na jaw…

Katarzyna Wolwowicz

urodzona w 1983 roku. Magister stosunków międzynarodowych i psychologii klinicznej. Absolwentka studiów podyplomowych z mediacji. Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości – Szklarskiej Porębie. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański. Mama dwóch wspaniałych synów, których imionami obdarowała swoich pierwszych książkowych bohaterów. Autorka serii o komisarz Oldze Balickiej (Niewinne ofiary, Fałszywe tropy i Toksyczne układy) oraz thrillera W otchłani.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 15 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,6 (1866 ocen)
1313
443
92
13
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ewkaj

Nie oderwiesz się od lektury

Dobry ,wielowątkowy kryminał, kolejny tom serii z komisarz Olgą Balicką.Świetna seria, świetna Katarzyna Wolwowicz ! Oczekując na kolejny tom serii, gorąco polecam!
50
Izek79

Nie oderwiesz się od lektury

Jak każda książka z komisarz Olgą jest niepowtarzalna, niesamowita, trzymająca w napięciu. Gorąco polecam całą serię.
40
Truskawka2

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejny rewelacyjny kryminał z komisarz Olgą no i czytał Pan Kosior . Błagam o lektora do następnej części !!! Gorąco polecam !!!
20
Dobronika

Nie oderwiesz się od lektury

Super ksiażka
20
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
20

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Bursa
© Co­py­ri­ght by Ka­ta­rzyna Wol­wo­wicz, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o., War­szawa 2023
Re­dak­cja i ko­rekta: Jo­anna Wy­słow­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Kusz, Ma­graf s.c., Byd­goszcz
Zdję­cie okład­kowe: Leah Flo­res/Stocksy.com
Pro­jekt okładki: Eliza Luty
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blanka Woś­ko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bień­stwa zda­rzeń, in­sty­tu­cji i osób są przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone. Opo­wieść sta­nowi li­te­racką fik­cję.
Wy­daw­nic­two nie po­nosi żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­alne szkody wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w książce.
Wy­da­nie I, 2023
ISBN: 978-83-8132-493-9
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­szawa tel. 603-798-616
Dział han­dlowy:han­dlowy@gru­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Cichy dźwięk alarmu do­cho­dzący z le­żą­cej na sto­liku noc­nym ko­mórki po­mału do­cie­rał do jego świa­do­mo­ści. Tego ranka zmę­czony był bar­dziej niż zwy­kle. Po­mimo to dziel­nie wy­nu­rzył rękę spod koł­dry i prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie w prawą stronę, wy­łą­cza­jąc bu­dzik. Cho­ciaż ro­dzice sta­rali się, by wczo­raj wie­czo­rem nie sły­szał kłótni, ich stłu­mione, ale sta­now­cze głosy prze­do­stały się przez ściany, po­ko­nały ba­rierę be­to­no­wego stropu i do­tarły do jego sy­pialni na gó­rze strzę­pami, z któ­rych nie­wiele mógł zro­zu­mieć, ale które nie po­zwa­lały mu za­snąć. Spoj­rzał na wy­świe­tlacz. Piąta. Za oknem pa­no­wała to­talna ciem­ność. Ich dom stał na końcu ulicy, przy le­sie. Od pierw­szych la­tarni miej­skich dzie­liło go ze sto me­trów, dla­tego przed wscho­dem słońca w oknach można było wi­dzieć je­dy­nie mrok. Wzdry­gnął się i pod­sko­czył lekko na łóżku, kiedy o dach za­dud­niła spa­da­jąca z drzewa ga­łąź. Je­sienny sze­lest ko­ły­sa­nych na wie­trze drzew zda­wał się te­raz ko­jący, choć by­wały ta­kie po­ranki, że przy­pra­wiał go o gę­sią skórkę. Cza­sem, kiedy szedł na po­ranny au­to­bus, ten od­głos wy­da­wał mu się pod­kła­dem mu­zycz­nym do cza­ją­cego się w mroku zła, za­kap­tu­rzo­nej po­staci po­dą­ża­ją­cej za nim lub wy­śmie­wa­ją­cych się z niego ko­le­gów ze szkoły. Wie­dział, że jego wy­obraź­nia i wraż­li­wość na ze­wnętrzne bodźce były więk­sze niż u ró­wie­śni­ków. A przy­naj­mniej tak po­wie­działa mu pani psy­cho­log, z którą się spo­ty­kał, gdy nie da­wał już so­bie rady ze swo­imi my­ślami.

– To tylko ga­łąź – uspo­ka­jał się, ra­cjo­na­li­zu­jąc gło­śno.

Wstał z łóżka, po­szedł do ła­zienki zro­bić siku i umyć zęby, ubrał się. Scho­dząc po scho­dach, sta­rał się nie wy­da­wać żad­nego dźwięku, żeby nie obu­dzić mamy. Nie, żeby nie za­le­żało mu na do­brym śnie ojca, ale on za­wsze spał twardo, za to mama lekko. Czę­sto się o niego mar­twiła. Nie chciała, żeby je­sie­nią na­dal pra­co­wał w tym ho­telu. Mu­siał do niego do­jeż­dżać do Szklar­skiej Po­ręby, pięt­na­ście ki­lo­me­trów. Gdyby tam miesz­kali, mama by się nie sprze­ci­wiała, ale wsta­wa­nie o pią­tej rano i sa­motny marsz na przy­sta­nek, kiedy na dwo­rze pa­nuje ciem­ność, nie wy­da­wały jej się do­brym po­my­słem dla nie­spełna szes­na­sto­latka. On jed­nak bar­dzo tego pra­gnął i ja­koś ją prze­ko­nał. Zbie­rał na mo­tor i mu­siał week­en­dami za­ra­biać, je­żeli chciał ku­pić go na na­stępne wa­ka­cje. Prze­cież to wła­śnie ro­dzice od za­wsze wpa­jali mu prze­świad­cze­nie, że męż­czy­zna musi umieć za­ra­biać, utrzy­mać ro­dzinę. On był za młody na ro­dzinę, ale miał swoje pa­sje i ma­rze­nia, do któ­rych mama z tatą chęt­nie do­kła­dali po­łowę po­trzeb­nych środ­ków, drugą część po­le­ca­jąc mu za­pra­co­wać sa­memu. Tak uczyli go przed­się­bior­czo­ści. Nie sta­no­wiło to dla niego żad­nego wy­rze­cze­nia. Od dwóch lat do­ra­biał jako po­moc ku­chenna, kel­ner czy ogrod­nik i bar­dzo to lu­bił. Gdyby mógł, rzu­ciłby szkołę w cho­lerę i po­szedł do nor­mal­nej, re­gu­lar­nej pracy, z któ­rej po­tra­fił wy­cią­gnąć cał­kiem do­bre pie­nią­dze. Ro­dzice jed­nak po­sta­wili mu wa­ru­nek. Może za­ra­biać, o ile nie do­sta­nie w szkole żad­nych je­dy­nek, a je­żeli ja­kąś zła­pie, ma dwa ty­go­dnie na po­pra­wie­nie oceny, ina­czej nici z pracy. Dla­tego sta­rał się cią­gnąć ten edu­ka­cyjny wó­zek, choć by­wało ciężko. Przed wyj­ściem na au­to­bus wy­pro­wa­dził jesz­cze psa na po­ranną to­a­letę. Po­tem wziął torbę i za­mknął za sobą drzwi.

Po­wie­trze oka­zało się cie­plej­sze niż w ostatni week­end. Wiatr za to o wiele sil­niej­szy. Na­gły po­dmuch rzu­cił mu w twarz kilka li­ści, po­de­rwa­nych z pod­łoża, a może ze­rwa­nych z drzewa? Nie za­sta­na­wiał się nad tym. Sku­pił się na do­zna­niu, że ten cie­pły wiatr na jego skó­rze przy­wie­wał mu ob­raz Magdy, ko­le­żanki, którą po­znał ostat­nio w pracy. W ho­telu, gdzie pra­co­wał, dużo dziew­czyn do­ra­biało jako po­ko­jówki, ale Magda była wy­jąt­kowa. De­li­katna i nie­śmiała. Przy niej czuł się zu­peł­nie ina­czej niż przy po­zo­sta­łych. Uśmiech­nął się na myśl, że nie­długo znowu ją zo­ba­czy. Miał na­dzieję, że dziew­czyna zej­dzie do kuchni na śnia­da­nie pra­cow­ni­cze, które robi im za­wsze pani Irena – Ukra­inka za­trud­niona w ho­telu jako ku­charka. Ją też bar­dzo lu­bił, wy­da­wała mu się taką cie­płą cio­cią, za­wsze go­tową go wy­słu­chać. Ona pierw­sza za­uwa­żyła, że za­uro­czył się Magdą, i udzie­liła mu kilku wska­zó­wek, jak spra­wić, żeby dziew­czyna spoj­rzała na niego przy­chyl­niej.

Z za­my­śle­nia wy­rwał go ja­kiś dźwięk. Nie był w sta­nie przy­pi­sać go do żad­nego zja­wi­ska at­mos­fe­rycz­nego, więc jego szybko pra­cu­jący umysł zi­den­ty­fi­ko­wał go jako od­głos upa­da­ją­cego czło­wieka, któ­remu wy­le­ciało z rąk coś me­ta­lo­wego. Od­dech mu przy­śpie­szył. Ob­raz uśmiech­nię­tej Magdy ulot­nił się jak kam­fora. To­mek za­trzy­mał się i ro­zej­rzał do­okoła. Z po­wodu dra­stycz­nie ro­sną­cej ceny ener­gii co drugą la­tar­nię na ulicy wy­łą­czono, ale i po­łowa z nich wy­star­czyła, by zo­ba­czył, że nie ma tu ni­kogo. Może mu się zda­wało, może mózg spła­tał mu fi­gla? Mimo to na­szedł go ja­kiś dziwny lęk, któ­rego nie czuł ni­gdy przed­tem. Pierw­szy raz droga na sta­cję, skąd od­jeż­dżał za­stęp­czy au­to­bus TLK, wy­da­wała mu się praw­dzi­wie zło­wiesz­cza i nie­bez­pieczna. Ru­szył po­now­nie, szyb­szym kro­kiem. Sze­lest drzew sta­wał się co­raz gło­śniej­szy, wiatr wył ja­kąś okropną me­lo­dię, a szcze­ka­jący za ogro­dze­niem pies do­peł­nił dzieła. To­mek za­czął biec, co chwilę oglą­da­jąc się go­rącz­kowo za sie­bie. Je­sienne po­wie­trze zda­wało się na­gle du­szące i lep­kie. Skrę­cił w lewo i przy­warł ple­cami do ściany ja­kie­goś bu­dynku.

– Opa­nuj się – wy­dał so­bie sta­now­czy roz­kaz.

Prze­cze­kał chwilę, pró­bu­jąc uspo­koić od­dech. Po­ło­żył dło­nie w oko­licy mostka, gdzie po­czuł kłu­jący ból. Serce dud­niło mu pod rę­koma tak gło­śno, że za­głu­szało my­śli. Wyj­rzał zza win­kla na po­grą­żoną we śnie ulicę. Ci­sza. Oko­lica wy­glą­dała spo­koj­nie i błogo. Po­ma­rań­czowe świa­tło la­tarni pa­dało na ko­lo­rowe, po­roz­rzu­cane po chod­ni­kach li­ście. Zro­bił głę­boki wdech i wy­pu­ścił z ulgą po­wie­trze. Może mama miała ra­cję. Może nie po­wi­nien je­sie­nią wy­cho­dzić tak wcze­śnie do pracy. Po­sta­no­wił po­roz­ma­wiać z me­ne­dżerką ho­telu, czy bę­dzie mógł za­mie­nić się z kimś na zmiany. Weź­mie ob­sługę obia­dów za­miast śnia­dań, co sprawi, że w ciągu dnia nie zo­sta­nie mu wiele czasu dla sie­bie, ale przy­naj­mniej unik­nie nie­po­trzeb­nych eks­cy­ta­cji rano. Tak zrobi!

Uspo­ko­jony i z kon­kret­nym pla­nem na przy­szłość po­sta­wił ko­lejny krok w stronę sta­cji. I wtedy po­czuł ból. Silny, prze­szy­wa­jący do szpiku ko­ści ból, któ­rego nie da się do ni­czego po­rów­nać. Za­krę­ciło mu się w gło­wie, a w ustach po­czuł me­ta­liczny po­smak. Ostat­nie, co zo­ba­czył, to ciemne buty zbyt bli­sko swo­jej twa­rzy. Po­tem nie wi­dział już nic.

– – –

W tym sa­mym cza­sie w domu sto­ją­cym kilka ulic da­lej za­pa­liło się świa­tło. Ka­lina Ro­ko­szyn po­czuła prze­cho­dzący po karku dreszcz i trze­po­czące z lęku serce. Czy miała kosz­mar? Spoj­rzała na po­chra­pu­ją­cego koło niej męża, od­su­nęła koł­drę i wy­szła z cie­płego łóżka. Mo­men­tal­nie po­czuła chłód. Mimo to po­de­szła do okna i otwo­rzyła je na oścież. Wyj­rzała. Na­gły, nie­da­jący się opa­no­wać przy­pływ roz­pa­czy nie­mal zgiął ją wpół i rzu­cił na ko­lana. Jej cia­łem szarp­nęły kon­wul­sje i nie­mal zwy­mio­to­wała na pod­łogę. Do oczu na­pły­nęły łzy. Wie­działa, że stało się coś bar­dzo złego...

Boże, jaki mia­łam kosz­marny sen – po­wie­działa z prze­ję­ciem Olga, wi­dząc, że jej mąż otwo­rzył w końcu oczy.

Nie chciała go wcze­śniej bu­dzić, ale nie mo­gła się już do­cze­kać, kiedy wsta­nie. Przy­je­chał wczo­raj późno i wie­działa, że był wy­koń­czony. Ale na Boga! Ile można spać? Zwłasz­cza że noc upły­nęła im spo­koj­nie, bo dziew­czynki prze­by­wały u El­wiry. Wtu­liła się w niego mocno i nie miała za­miaru go pusz­czać. Na szczę­ście i jemu te przy­tu­lanki przy­pa­dły do gu­stu, choć chyba myl­nie je zin­ter­pre­to­wał. Zsu­nął rękę z ple­ców na jej udo i za­czął je gła­dzić.

– To mó­wisz, że dzieci nie ma, zwie­rzaki wy­pu­ści­łaś na dwór – szep­tał na­mięt­nie – a ty po­trze­bu­jesz sen­nego po­cie­szy­ciela? – Uśmiech­nął się de­li­kat­nie, po czym po­ca­ło­wał ją w usta.

– Kor­nel! – Wzdry­gnęła się i spoj­rzała na niego, jakby wi­działa go pierw­szy raz w ży­ciu.

– No co? – Za­śmiał się, choć nie do końca zro­zu­miał, o co jej cho­dzi. – A, do­bra, już wiem. – Wy­sko­czył i nie­mal rzu­cił się bie­giem do ła­zienki. Kiedy do­kład­nie wy­szo­ro­wał zęby, wró­cił pod cie­płą koł­drę. Po­ranny seks bez my­cia zę­bów moż­liwy jest tylko na fil­mach.

– Ha, ha, wa­ria­cie! – Chwy­ciła się za czoło. – Nie o to mi cho­dziło, ale miło, że po­my­śla­łeś.

– Hmmm... – Przy­tu­lił ją mocno. – Wy­gląda na to, ko­cha­nie, że tym ra­zem na­prawdę mia­łaś zły sen i nie są to żadne po­ranne za­bawy... – po­wie­dział po­waż­niej.

Jego cie­pło da­wało jej uko­je­nie i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Wtu­lali się w sie­bie nadzy i spra­gnieni bli­sko­ści. Ostat­nie dwa ty­go­dnie spę­dzili osobno. Po pod­pi­sa­niu dwa mie­siące temu umowy na za­kup domu w So­bie­szo­wie od­byli po­ważną dys­ku­sję. Kor­nel nie wy­obra­żał so­bie na­dal utrzy­my­wać się z pen­sji po­li­cjanta. Sam może ja­koś dałby radę, ale chcąc za­pew­nić ro­dzi­nie do­statni byt, wie­dział, że musi pod­jąć dra­styczną de­cy­zję. Od­szedł ze służby. Już od ja­kie­goś czasu do­sta­wał od swo­ich war­szaw­skich ko­le­gów pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, z któ­rych wcze­śniej nie de­cy­do­wał się sko­rzy­stać. Cią­gle coś mu prze­szka­dzało. Naj­pierw wy­pa­dek Oli, po­tem śledz­two w sze­re­gach CBŚ, póź­niej za­ko­chał się w Ol­dze i ra­zem prze­cho­dzili przez wiele pro­ble­mów zwią­za­nych z jej za­gro­żoną ciążą i Paw­łow­skim – oj­cem dziecka, a kiedy Zu­zia się uro­dziła, po pro­stu nie chciał zo­sta­wiać ich na dłu­żej niż to ko­nieczne. Ale te­raz, kiedy za­miesz­kała z nimi jego je­de­na­sto­let­nia córka Ola, wie­dział, że musi pod­jąć tę de­cy­zję. Od­szedł z po­li­cji i za­trud­nił się w nie­miec­kiej fir­mie szko­lą­cej ochro­nia­rzy dla za­moż­nych oby­wa­teli. Zo­stał wy­kła­dowcą, na­uczy­cie­lem lub men­to­rem – jak kto woli. Ta praca wią­zała się z czę­stymi wy­jaz­dami, ale kiedy prze­by­wał w domu, mógł się po­świę­cać ro­dzi­nie w stu pro­cen­tach, a co naj­waż­niej­sze, nie mu­sieli się już mar­twić o pie­nią­dze.

– Chcesz po­ga­dać o tym, co ci się śniło? – za­py­tał cie­płym gło­sem.

– Nie. – Pod­nio­sła głowę znad jego klatki pier­sio­wej i spoj­rzała mu głę­boko w oczy. – Te­raz chcę się z tobą ko­chać. – Uśmiech­nęła się za­lot­nie. – I tak, by­łam już rano w ła­zience umyć zęby. – Ro­ze­śmiała się, a on do niej do­łą­czył.

Tego ranka nie mu­sieli się spie­szyć. Ko­chali się po­wol­nie, może na­wet lekko le­ni­wie, roz­ko­szu­jąc każ­dym cen­ty­me­trem swo­ich ciał, każ­dym do­ty­kiem i każdą piesz­czotą. Upa­jali się wła­sną obec­no­ścią, uważ­no­ścią na po­trzeby part­nera, do­zna­wali speł­nie­nia, pa­trząc so­bie w oczy. Ta­kie chwile by­wały rzad­ko­ścią, od­kąd za­miesz­kali w czwórkę. Dla­tego sta­rali się je ce­le­bro­wać.

– Tak bar­dzo cię ko­cham – wy­szep­tała mu do ucha, kiedy po sek­sie le­żała na nim. – Bar­dzo tę­sk­ni­łam.

– Ja cie­bie bar­dziej... – Przy­krył ich koł­drą i ra­zem za­snęli jesz­cze na chwilę.

Śnia­da­nie przy­go­to­wali do­piero koło dwu­na­stej, a na obiad pla­no­wali wy­brać się do re­stau­ra­cji ra­zem w dziećmi.

– Może na rybę? Do Za­cheł­mia albo So­snówki? – za­pro­po­no­wała, obie­ra­jąc skórkę z po­mi­dora. Od­kąd za­częła po­da­wać Zuzi wa­rzywa, ten na­wyk wszedł jej tak w krew, że dla nich też obie­rała.

– Czemu nie – przy­tak­nął, wy­cią­ga­jąc z wody go­tu­jące się cien­kie kieł­ba­ski, białe dla Olgi, ciemne dla sie­bie.

– Jak było? Opo­wia­daj – po­le­ciła, sia­da­jąc do stołu.

– W po­rządku – pod­su­mo­wał krótko.

– W po­rządku? – zdzi­wiła się. – Nie ma cię dwa ty­go­dnie i tylko tyle masz mi do po­wie­dze­nia? – obu­rzyła się.

Spoj­rzał na nią spode łba i się za­śmiał.

– Prze­cież co­dzien­nie roz­ma­wia­li­śmy na Te­am­sie. – Po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem głową.

– No, niby tak, ale może nie mo­głeś mó­wić wszyst­kiego. – Jej zie­lone oczy zwę­ziły się, kiedy ob­ser­wo­wała go uważ­nie.

– Że niby ktoś trzy­mał mi pi­sto­let przy skroni i ka­zał ze­zna­wać, że Niemcy to kraj mle­kiem i mio­dem pły­nący? – Za­re­cho­tał.

Klep­nęła go z na­ganą w ra­mię i udała na­bur­mu­szoną.

– Do­bra, nie chcesz mó­wić, nie mów. Tak się wła­śnie roz­pa­dają mał­żeń­stwa – rzu­ciła, uda­jąc po­ważny ton.

– Chodź, to po­każę ci, jak się go­dzą. – Przy­cią­gnął ją do sie­bie, po­sa­dził na ko­la­nach i za­czął opo­wia­dać. – To na­prawdę bar­dzo do­bra praca. Ale nie mam tam czasu na nic in­nego. Od rana do wie­czora szko­le­nia. Strzel­nica, orien­ta­cja w te­re­nie, za­sady bez­pie­czeń­stwa, no­wo­cze­sne tech­no­lo­gie, lo­gi­styka wy­stą­pień pu­blicz­nych i dzie­siątki te­ma­tów, które trzeba ogar­nąć. Jak chcesz, to może przy na­stęp­nym wy­jeź­dzie przy­je­dzie­cie mnie od­wie­dzić z dziew­czyn­kami? – za­pro­po­no­wał, choć do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę z tego, że nie jest to naj­lep­szy po­mysł, bo trudno bę­dzie mu wy­go­spo­da­ro­wać dla nich czas.

– Zo­ba­czymy... – Wstała i za­częła sprzą­tać po śnia­da­niu.

– Le­piej po­wiedz, co cię tak mę­czyło w nocy. Rzu­ca­łaś się po łóżku jak ryba wy­jęta z wody.

– Sie­dzą mi w gło­wie ro­dzice. Po tym, jak nie­po­trzeb­nie – pod­kre­śliła z wy­rzu­tem ostat­nie słowo – da­łam się prze­ko­nać El­wi­rze do od­no­wie­nia kon­tak­tów, cią­gle mam kosz­mary senne.

– Skoro to dla cie­bie taki wy­si­łek, może trzeba to prze­rwać?

– Nie mogę. Obie­ca­łam i do­trzy­mam słowa. Zresztą, wiesz, w ja­kim była złym sta­nie po ak­cji z Nie­dziel­skim. Wia­do­mość, że je­stem go­towa wy­ba­czyć ro­dzi­com i stwo­rzymy jedną, wielką, szczę­śliwą ro­dzinę, pod­nio­sła ją na du­chu. Zu­peł­nie tej dziew­czyny nie ro­zu­miem. Nie wiem, dla­czego tak do tego dąży.

– Może po­trze­buje po­czu­cia sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa – za­su­ge­ro­wał. – Nie, że­bym się glo­ry­fi­ko­wał, ale mam na­dzieję, że ty do­szłaś w ży­ciu ze mną do mo­mentu, kiedy czu­jesz się bez­piecz­nie, ona chyba na­dal szuka spo­koju.

– Masz ra­cję i dla­tego mu­szę to dla niej zro­bić – po­wie­działa zde­cy­do­wa­nym gło­sem. – Choć ja­koś nie wy­daje mi się, żeby nasi sta­rzy mo­gli dać ko­mu­kol­wiek sta­bi­li­za­cję i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

– Mó­wi­łaś, że na­prawdę prze­stali pić i od roku mają stałą pracę, tak?

Nie chciała już o nich roz­ma­wiać. Ski­nęła je­dy­nie głową i prze­szła do mil­szego te­matu.

– Jest na­dzieja, że i dla mo­jej sio­stry za­świeci słońce mi­ło­ści... – Uśmiech­nęła się zna­cząco.

– To zna­czy? – za­cie­ka­wił się.

– Spo­tyka się z kimś. A żeby było bar­dziej nie­sa­mo­wi­cie i wcią­ga­jąco, to po­wiem ci, że uważa go za tego je­dy­nego, któ­rego wy­brał dla niej los.

– Ooo! A na czym opiera tę hi­po­tezę? – Kor­nel wziął się do zmy­wa­nia garnka po kieł­ba­sie.

– Oka­zało się, że ten chło­pak, na któ­rego kie­dyś wpa­dła przy osie­dlo­wej żabce, na­prawdę ma na imię Leon i że od ja­kie­goś czasu był nią za­uro­czony.

– Po­waż­nie? No to su­per­wia­do­mość – uznał, wy­cie­ra­jąc ręce w ręcz­nik. – Co to za bu­cze­nie?

– Co?

– Nie sły­szysz? – Po­szedł do sy­pialni, skąd przy­niósł jej wi­bru­jący te­le­fon.

– Cho­lera, Mi­cha­lik – prze­klęła, pa­trząc na wy­świe­tlacz. – Wiesz, że je­żeli od­biorę, po­mimo że mam wolny dzień, to może się oka­zać, że prze­sta­nie być wolny? – Spoj­rzała mę­żowi w oczy, jakby py­ta­jąc o zgodę. Apa­rat ucichł, by po chwili znów za­brzę­czeć w jej dłoni.

– No, od­bierz – po­le­cił. – Prze­cież wiem, że nie wy­ba­czy­ła­byś so­bie, gdyby ja­kaś gruba sprawa prze­szła ci koło nosa. – Za­śmiał się i po­szedł pod prysz­nic.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki