Toksyczne układy - Katarzyna Wolwowicz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Toksyczne układy ebook i audiobook

Wolwowicz Katarzyna

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

62 osoby interesują się tą książką

Opis

Trzecia część cyklu z komisarz Olgą Balicką.

Olga Balicka wraca do pracy po urlopie macierzyńskim. Czeka na nią milion spraw niecierpiących zwłoki. Jednak pani komisarz chce się przyjrzeć śledztwu, które już dawno zostało umorzone. Ktoś zabił Barbarę Muszyńską na klatce schodowej kamienicy Olgi, ale z powodu braku śladów nie wykryto sprawcy. Najpierw jednak trzeba rozwikłać zagadkę śmierci Beaty Nowak–kontrowersyjnej kierowniczki w koncernie farmaceutycznym BigPharma.

Czy to przypadek, że obie zamordowane kobiety pracowały w tej samej firmie? Olga czuje niepokój, wiedząc, że jej siostrę też tam zatrudniono. Jakie tajemnice ukrywa prezes BigPharmy? Czy jest to firma działająca dla dobra ludzkości? Czy raczej nie liczy się z chorymi, a stawia wyłącznie na własne zyski?

Do śledztwa dołącza prokurator Kalina Talarek. Współpraca z małżeństwem śledczychnie jest usłana różami. Pani prokurator nie lubi Olgi, ale interesuje się Kornelem. Jak bardzo uda jej się namieszać?

Duet Olga Balicka i Kornel Murecki wracają w trzeciej części serii. A razem z nimi do akcji dołącza ktoś jeszcze…Ktoś, kto nie został ujęty podczas ich pierwszego wspólnego śledztwa.

Kiedy do głosu dochodzi strach o najbliższych, gra toczy się o najwyższą stawkę.

Katarzyna Wolwowicz

ur. w 1983 roku. Absolwentka studiów magisterskich na kierunku Stosunki Międzynarodowe na Akademii Ekonomicznej (teraz Uniwersytet Ekonomiczny), studiów magisterskich na kierunku Psychologia Kliniczna w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej ( obecnie Uniwersytet Humanistycznospołeczny ) oraz studiów podyplomowych na kierunku Mediacje w Biznesie w Wyższej Szkole Bankowej. Pracowała jako stewardesa w liniach lotniczych, instruktor fitness (po fakultecie Instruktora Sportu i Rekreacji na AWF we Wrocławiu), ekonomistka, przedstawiciel medyczny oraz psycholog. Dorastała w malowniczej górskiej miejscowości - Szklarskiej Porębie. Kocha przestrzeń, wolność i naturę, ale także ogień trzaskający w kominku, saunę i morsowanie w górskich wodospadach. Uwielbia sport, zwłaszcza narciarstwo alpejskie, a także taniec towarzyski i latynoamerykański. Pisaniem pasjonowała się w młodości. Początkowo były to romantyczne opowiadania, które jednak nigdy nie zostały opublikowane. Książki pisze dla przyjemności, ponieważ pozwalają wyrażać emocje w zaciszu domowego ogniska. Mama dwóch wspaniałych synów, których imionami obdarowała swoich pierwszych książkowych bohaterów.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 4 min

Lektor: Katarzyna Wolwowicz

Oceny
4,6 (1554 oceny)
1107
344
88
12
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Kushemsky

Nie oderwiesz się od lektury

Zgrabny kryminał, który pochłonia się w jeden wieczór kosztem innych aktywności ;⁠-⁠) Wątki miłosne nie są nadmiernie wyeksponowane i ckliwie, żeby razić faceta, który to czyta. Zresztą autorka potrafi kwestie okołoerotyczne podać w dość mocny i dosadny sposób, co udowodniła w poprzednich książkach. Jak dla mnie proporcje kryminał/wątki matrymonialne zachowane - polecam!
61
kotRico

Z braku laku…

i żyli długo i szczęśliwie. i sami byli zaskoczeni, że tak dobrze im poszło. nie wiem co to za gatunek, to nie jest kryminał, to opowieść o kryminale. prosto, pomysł choć oczywisty był dobry, ale rozwiązanie podane w godzinę, nie. pan Kosior, czytacz, jak zawsze ratuje odbiór
40
AnnaC1998

Nie oderwiesz się od lektury

oj jakie to dobre !
40
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

uwielbiam serię o Oldze Balickiej. Świetna książka
40
domi_drag
(edytowany)

Z braku laku…

Zachęcona pozytywnymi opiniami tutaj sięgnęłam po książkę. Dużo wątków, które na koniec trzeba było szybko przyspieszyć. Wątek główny totalnie mało porywający. Tak samo jak urwany wątek z wielbicielem Elwiry. Ktoś chciał dużo i przesadził. Książka się rozwlekala. Plus napotkałam kilkanaście literówek, czy nikt nie czytał tej książki przed składem?

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Tok­syczne układy
© Co­py­ri­ght by Ka­ta­rzyna Wol­wo­wicz, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło sp. z o.o., War­szawa 2023
Re­dak­cja i ko­rekta: Jo­anna Wy­słow­ska
Skład i ła­ma­nie: Syl­wia Kusz, Ma­graf s.c., Byd­goszcz
Zdję­cie okład­kowe: Mi­ma­deo/iStock.com, Koen Van Damme/Stocksy.com
Pro­jekt okładki: Eliza Luty
Re­dak­tor ini­cju­jąca: Blanka Woś­ko­wiak
Dy­rek­tor pro­duk­cji: Ro­bert Je­żew­ski
Wszel­kie po­do­bień­stwa zda­rzeń, in­sty­tu­cji lub osób są przy­pad­kowe i  nie­za­mie­rzone. Opo­wieść sta­nowi fik­cje li­te­racką
Wy­daw­nic­two nie po­nosi żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wo­bec osób lub pod­mio­tów za ja­kie­kol­wiek ewen­tu­alne szkody wy­ni­kłe bez­po­śred­nio lub po­śred­nio z wy­ko­rzy­sta­nia, za­sto­so­wa­nia lub in­ter­pre­ta­cji in­for­ma­cji za­war­tych w książce.
Wy­da­nie I, 2023
ISBN: 978-83-8132-474-8
Wy­daw­nic­two Zwier­cia­dło Sp. z o.o. ul. Wi­dok 8, 00-023 War­szawa tel. 22 312 37 12
Dział han­dlowy:han­dlowy@gru­pa­zwier­cia­dlo.pl
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie, w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw au­tor­skich.
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Teo­rie spi­skowe Big Pharma (Big Pharma con­spi­racy the­ories – Wi­ki­pe­dia, wolna en­cy­klo­pe­dia, tłu­ma­cze­nie Go­ogle)

Teo­rie spi­skowe Wiel­kiej Pharmy to teo­rie spi­skowe, które twier­dzą, że spo­łecz­ność me­dyczna w ogóle, a firmy far­ma­ceu­tyczne w szcze­gól­no­ści, zwłasz­cza duże kor­po­ra­cje, dzia­łają w zło­wro­gich ce­lach i prze­ciwko do­bru pu­blicz­nemu, że ukry­wają sku­teczne me­tody le­cze­nia, a na­wet po­wo­dują i po­gar­szają sze­roki za­kres cho­rób w ce­lach za­rob­ko­wych lub z in­nych nie­go­dzi­wych po­wo­dów.

Big Pharma (https://dic­tio­nary.cam­bridge.org)

Llarge phar­ma­ceu­ti­cal com­pa­nies (= com­pa­nies pro­du­cing me­di­cal drugs), espe­cially when these are seen as ha­ving a po­wer­ful and bad in­flu­ence – duże kor­po­ra­cje far­ma­ceu­tyczne (firmy pro­du­ku­jące leki), zwłasz­cza te uwa­żane za ma­jące wład­czy i ne­ga­tywny wpływ (na lu­dzi).

Drogi Czy­tel­niku!

Wszyst­kie moje książki, choć osa­dzone są w re­al­nie ist­nie­ją­cych mia­stach i kra­jo­bra­zach, sta­no­wią wy­łącz­nie fik­cję li­te­racką. Wszel­kie opi­sy­wane w nich in­sty­tu­cje, firmy oraz osoby są wy­łącz­nie wy­two­rem mo­jej wy­obraźni i w ża­den spo­sób nie po­winny być utoż­sa­miane z re­al­nie ist­nie­ją­cymi.

Sama na­zwa Big­Pharma, którą w tym kry­mi­nale nada­łam przed­się­bior­stwu far­ma­ceu­tycz­nemu, za­po­ży­czona zo­stała z wy­żej wy­mie­nio­nych źró­deł, a wszel­kie po­do­bień­stwa do in­nych firm, czy to w na­zwie, czy w struk­tu­rze or­ga­ni­za­cji, są zu­peł­nie przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone.

Przez wiele lat pra­co­wa­łam dla kor­po­ra­cji far­ma­ceu­tycz­nych i z ca­łym prze­ko­na­niem mogę stwier­dzić, że firmy te dzia­łały za­wsze zgod­nie z pra­wem, etyką i tro­ską o pa­cjenta, a hi­sto­ria przed­sta­wiona w tej książce jest fik­cyjna i stwo­rzona wy­łącz­nie na po­trzeby roz­rywki czy­tel­ni­ków.

Ży­czę mocy wra­żeń!

Trzask tłu­czo­nego szkła roz­legł się po kuchni, kiedy Ma­ria Za­toń­ska upu­ściła szklankę. Resztki her­baty z ka­wał­kami szkła utwo­rzyły nie­bez­pieczny ko­laż. Nie za­mie­rzała jed­nak te­raz sprzą­tać, bo wszyst­kie siły opu­ściły ją mo­men­tal­nie. Le­dwo trzy­mała się na no­gach. Chwy­ciła się blatu. Wie­działa, że se­kundy dzielą ją od upadku i ude­rze­nia głową w zimne, ce­ra­miczne płytki na pod­ło­dze. Zlę­kła się. Nie chciała, żeby jej głowa roz­trza­skała się jak ta szklanka. Tylko nie to, po­my­ślała i wzięła głę­boki od­dech, a po­tem po­wol­nym kro­kiem, pod­trzy­mu­jąc się me­bli, po­wle­kła się do krze­sła przy stole w po­koju. Kiedy usia­dła, ode­tchnęła z ulgą, choć tylko na chwilę. Od dawna cho­ro­wała na serce, co­dzien­nie ły­kała sie­dem ta­ble­tek, by móc w miarę nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, kilka razy dzien­nie mie­rzyła so­bie ci­śnie­nie. Mimo mi­go­ta­nia przed­sion­ków i aryt­mii do tej pory mo­gła żyć w miarę nor­mal­nie, choć nie było mowy o moż­li­wo­ści kom­plet­nego wy­le­cze­nia. Te­raz czuła, że dzieje się z nią coś złego. Z każdą se­kundą opa­dała z sił i od­pły­wała w nie­byt. Czy to już ko­niec, czy los tylko tyle ma jej do za­ofe­ro­wa­nia? To prawda, że swoje już prze­żyła – sie­dem­dzie­siąt trzy lata, do­ro­słe dzieci pra­cu­jące w Nor­we­gii i wnuki, na któ­rych wspo­mnie­nie za­krę­ciła jej się łza w oku. Może i nie­któ­rzy uzna­wali ją za starą i nie dra­ma­ty­zo­wa­liby, gdyby dziś ode­szła, ale na Boga! Dla niej to nie był jesz­cze czas, by umie­rać! Drżą­cymi rę­koma chwy­ciła le­żący na stole te­le­fon ko­mór­kowy i wy­brała nu­mer do są­siadki. Znała ją od trzy­dzie­stu trzech lat, czyli od chwili kiedy jej świę­tej pa­mięci matka przy­nio­sła ją w be­ciku ze szpi­tala do domu obok.

– Dzień do­bry, pani Ma­rio. – Roz­brzmiał dźwięczny głos ra­do­snej jak za­wsze dziew­czyny.

– Au­re­lio... – wy­szep­tała star­sza pani zu­peł­nie bez ener­gii. Da­lej nie miała siły mó­wić. Jakby mu­siała od­po­czy­wać po każ­dym sło­wie.

– Halo? – Głos ko­biety w słu­chawce za­brzmiał te­raz po­waż­niej. – Pani Ma­rio, coś się dzieje? Halo?!

– Mo­żesz... przyjść... Ja... Coś... jest... nie tak... – wy­du­siła z wy­sił­kiem. Na­wet sama sie­bie le­dwo sły­szała.

– Już lecę!

Po dwóch mi­nu­tach, które, o dziwo, nie cią­gnęły się jak go­dziny, pani Ma­ria zo­ba­czyła w progu prze­stra­szoną są­siadkę. Po­dzię­ko­wała so­bie w my­ślach, że była na tyle prze­zorna, by trzy­mać u Au­re­lii za­pa­sowy klucz. Gdyby coś jej się stało, a drzwi po­zo­stały za­mknięte, nikt nie zdo­łałby jej po­móc. Ma­ria Za­toń­ska le­dwo trzy­mała się w po­zy­cji sie­dzą­cej, gar­biąc się i chwie­jąc nie­bez­piecz­nie na krze­śle.

– Pro­szę się prze­nieść na ka­napę i oprzeć. Po­mogę pani. – Dłu­go­włosa blon­dynka wzięła star­szą ko­bietę pod ręce i nie­mal prze­nio­sła na drugi ko­niec po­koju. – A te­raz zmie­rzymy ci­śnie­nie. Pani Ma­rio, sły­szy mnie pani? – za­py­tała gło­śniej, bo po­wieki go­spo­dyni zda­wały się być co­raz cięż­sze i na co­raz dłu­żej opa­dały. – Pani Ma­rio, nie może pani spać, sły­szy mnie pani?! – nie­mal krzy­czała, choć prze­cież sta­rała się za­cho­wać spo­kój. Usi­ło­wała przy­po­mnieć so­bie po­stę­po­wa­nie, któ­rego uczyła się nie­dawno na szko­le­niach z pierw­szej po­mocy, gdyby ktoś przy niej stra­cił przy­tom­ność, do­stał za­wału czy udaru. Wtedy wszystko wy­da­wało się ja­sne i pro­ste. A te­raz? Cho­lera! Cho­lera ja­sna, jak to tłu­ma­czono? Gdyby to był za­wał, to po­ło­żyć i nogi do góry czy jed­nak po­sa­dzić i po­de­przeć plecy? Au­re­lia go­rącz­kowo ła­mała so­bie głowę, ale zna­la­zła tylko jedno słowo: Po­mocy!

– Sto dwa­dzie­ścia na sie­dem­dzie­siąt, można po­wie­dzieć książ­kowe, ale tętna nie ła­pie – po­wie­działa, kiedy elek­tro­niczna ma­szyna wy­dała jesz­cze raz ci­chy pisk i za­bu­czała, pom­pu­jąc po­now­nie po­wie­trze do rę­kawa umiesz­czo­nego na ra­mie­niu ko­biety. Au­re­lia wy­cią­gnęła te­le­fon i w po­śpie­chu za­dzwo­niła do Se­ba­stiana. Skoń­czył wpraw­dzie psy­chia­trię i z pew­no­ścią nie zaj­mo­wał się pa­cjen­tami kar­dio­lo­gicz­nymi, ale prze­cież stu­dia me­dyczne to stu­dia me­dyczne. Mu­siał umieć jej po­móc! Długi prze­ry­wany sy­gnał zda­wał się trwać wiecz­ność i kiedy w końcu usły­szała ci­che trza­śnię­cie, po­my­ślała, że Se­ba­stian wła­śnie ode­brał.

– Se­buś, je­stem u pani Ma­rii, mam tu pod­bram­kową sy­tu­ację, mo­żesz mi po­móc i po­in­stru­ować, co mam ro­bić? – przed­sta­wiła jed­nym tchem, jed­nak jej po­cząt­kowa ulga zmie­niła się w jesz­cze więk­szą pa­nikę, kiedy usły­szała głos swo­jego part­nera in­for­mu­ją­cego, że nie może w tej chwili ode­brać, prosi o zo­sta­wie­nie nu­meru i po­stara się od­dzwo­nić w pierw­szej moż­li­wej chwili.

Spoj­rzała na ko­bietę ze stra­chem. Pani Ma­ria wy­glą­dała jak oaza spo­koju. Jakby błogo za­sy­piała po przy­jem­nie spę­dzo­nym dniu. I ten wi­dok prze­ra­ził Au­re­lię bar­dziej, niż gdyby zo­ba­czyła otwarte zła­ma­nie z wy­sta­jącą ko­ścią udową i le­jącą się krew. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa, jak ktoś umiera. Ale prze­cież umie­ra­nie było na­tu­ralną ko­leją rze­czy w ży­ciu czło­wieka. Po­my­ślała, że to jest wła­śnie śmierć i że można zro­bić już tylko jedno. Być z ko­na­jącą. Trzy­mać ją za rękę i nie po­zwo­lić, żeby pani Ma­ria od­cho­dziła sama. Ale naj­pierw spró­buje ją ura­to­wać.

– Pani Ma­rio, ile to dwa plus dwa? – za­py­tała, przy­po­mi­na­jąc so­bie, żeby spraw­dzić lo­giczne my­śle­nie.

– Czte... Cztery – ci­cho od­parła ko­bieta.

– Bar­dzo do­brze. A gdzie pani mieszka? W ja­kim mie­ście?

Ko­bieta po­pa­trzyła na nią ze zdzi­wie­niem, tro­chę tak, jakby chciała ją wy­śmiać za te nie­do­rzeczne py­ta­nia, ale nie miała na to siły.

– No? W ja­kim mie­ście? – Au­re­lii trzę­sły się nogi ze zde­ner­wo­wa­nia, kiedy po­na­glała mdle­jącą, sto­jąc przy sta­rej, czar­nej, skó­rza­nej ka­na­pie w sa­lo­nie, którą pa­mię­tała jesz­cze z dzie­ciń­stwa.

– Je-le-nia Gó... ra. – Każda sy­laba kosz­to­wała pa­nią Ma­rię wiele wy­siłku. Chora stała się zimna i lepka od potu. I per­ga­mi­nowo blada. Au­re­lia po­my­ślała, że to dziwne, ale jej są­siadka wy­gląda te­raz tak młodo. Wszyst­kie zmarszczki z jej twa­rzy znik­nęły, a cera przy­po­mi­nała skórę nie­mow­laka.

– Znowu nic – po­wie­działa do sie­bie, kiedy na ekra­nie za­miast war­to­ści tętna wy­sko­czyły tylko li­terki HI. – Pani Ma­rio, ma pani za wy­so­kie tętno. Przy­rząd nie jest w sta­nie za­re­je­stro­wać go na skali. Dzwo­nię po ka­retkę.

– Nie... – Na twa­rzy ko­biety po­ja­wił się gry­mas bólu i prze­ra­że­nia. – Nie chcę... Bła... gam... – Reszt­kami sił chwy­ciła Au­re­lię za ra­mię, ale choć chciała ści­snąć je mocno, nie była w sta­nie tego zro­bić. Jej oczy z prze­ra­że­nia otwo­rzyły się za to sze­rzej. Pró­bo­wała po­de­rwać się z miej­sca. Mózg funk­cjo­no­wał spraw­nie, ale ciało od­ma­wiało po­słu­szeń­stwa na­wet w naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych czyn­no­ściach. Au­re­lia jej nie słu­chała. Mu­siała we­zwać ka­retkę, sama nie miała po­ję­cia, co zro­bić da­lej.

– Halo? Dzień do­bry, mam tu ko­bietę, która mi mdleje, nie jest w sta­nie mó­wić, cho­dzić, nic. Leży i jakby za­sy­pia. Jest po sie­dem­dzie­siątce i z tego, co wiem, cho­ruje na serce. Ci­śnie­nie w nor­mie, tętno tak wy­so­kie, że ma­szyna nie wy­chwy­tuje. Po­daję ad­res: Je­le­nia Góra, ulica Księ­ży­cowa 7 – mó­wiła jed­nym tchem, chcąc prze­ka­zać jak naj­szyb­ciej naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje, na wy­pa­dek gdyby po­łą­cze­nie na­gle się ze­rwało z nie­wia­do­mych przy­czyn. – Pro­szę? Nie, nie wiem, ja­kie leki bie­rze ani na co do­kład­nie cho­ruje. Wiem, że miała ja­kieś za­biegi na serce, ale nie wiem ja­kie. Niech pani wy­śle ka­retkę jak naj­szyb­ciej. Pro­szę! Przed chwilą jesz­cze lo­gicz­nie kon­tak­to­wała, ale te­raz za­sy­pia. Dzwo­niła do mnie chwilę wcze­śniej, mó­wiąc, że źle się czuje. Nie wiem, co ro­bić, ona chyba umiera. Tak, do­brze. Do­brze, cze­kamy. – Roz­łą­czyła się. Po­kle­pała pa­nią Ma­rię po ręce. – Bę­dzie do­brze, spo­koj­nie, za­raz przy­jadą, tylko niech mi pani nie za­sy­pia. Za­raz bę­dzie ka­retka i za­bie­rze pa­nią do szpi­tala. – Nie była pewna, kogo bar­dziej chciała uspo­koić tymi sło­wami, ją czy sie­bie. Miała wra­że­nie, że obie po­trze­bują po­cie­sze­nia. Serce wa­liło jej jak mło­tem, za­częła się po­cić. Oby tylko zdą­żyli, po­wta­rzała w my­ślach.

– Nie... – Po po­licz­kach pani Ma­rii po­pły­nęły nie­spo­dzie­wa­nie łzy. Cała drżała. – Nie... Nie po... jadę...

– Dla­czego? – Au­re­lia po­chy­liła się nad le­żącą. Czyżby za­czy­nała bre­dzić? – Musi pani je­chać. Dla­czego pani nie chce?

– Oni... mnie... tam... za-bi-ją...

Choć Au­re­lia wie­działa, że starsi lu­dzie czę­sto boją się szpi­tali, w to­nie głosu są­siadki i jej sło­wach wy­czuła coś po­twor­nie zło­wiesz­czego. Po karku prze­le­ciał jej zimny dreszcz.

Zma­sa­kro­wane zwłoki Be­aty No­wak le­żały na pod­ło­dze w sa­lo­nie jej oka­za­łego domu w Szklar­skiej Po­rę­bie. No­wego na­bytku, na który mo­gła so­bie po­zwo­lić dzięki ogrom­nym pre­miom, ja­kie przez ostat­nie dwa lata otrzy­my­wała w kor­po­ra­cji far­ma­ceu­tycz­nej. Nie zdą­żyła się nim na­cie­szyć. Ciało, ob­wą­chi­wane wła­śnie przez kota – je­dy­nego jej współ­lo­ka­tora, znaj­do­wało się w po­kracz­nej po­zy­cji, jakby każdy czło­nek skie­ro­wano w inną stronę świata. Z kil­ku­dzie­się­ciu ran kłu­tych, go­łym okiem wi­docz­nych na­wet z da­leka, jesz­cze przed chwilą są­czyła się krew, któ­rej pełno było wszę­dzie wo­kół. Gę­sta, lepka maź za­sty­gała na par­kie­cie i me­blach. Męż­czy­zna ob­ró­cił się na bok i przyj­rzał uważ­nie zwło­kom. Miał wra­że­nie, że te­raz z tych dziur ula­tuje coś w ro­dzaju wą­tłej pary, jakby w wy­niku schło­dze­nia albo jakby du­sza się uno­siła i ula­ty­wała pro­sto do nieba. Za­śmiał się pod no­sem. Ja­kiego, kurwa, nieba? Ta suka pój­dzie pro­sto do pie­kła! Duża rę­ko­jeść noża wbi­tego w brzuch wy­sta­wała w oko­licy pępka. To było miej­sce ostat­niego pchnię­cia. Da­lej nie miał już siły dziu­ra­wić.

Czy Be­ata No­wak się bro­niła? A jakże! Ale tylko na po­czątku. Kiedy wbił w nią ostrze po raz pierw­szy, wpa­dła w pa­nikę i rzu­ciła się do ucieczki. Ro­biła to nie­po­rad­nie, spa­ra­li­żo­wana stra­chem i ogra­ni­czona ru­chowo z po­wodu prze­rwa­nych mię­śni, a być może i uszko­dzo­nych na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Po­ty­kała się i upa­dała, ale pchana wolą ży­cia oraz wy­twa­rza­nymi w nad­mia­rze przez nad­ner­cza ad­re­na­liną, hor­mo­nem stresu, walki i ucieczki, a także kor­ty­zo­lem, hor­mo­nem stresu, co rusz wsta­wała i bie­gła w stronę drzwi. Wszę­dzie zo­sta­wiała czer­wone ślady krwi. Pró­bo­wała uci­skać ranę, by za­ta­mo­wać krwa­wie­nie, ale było to trudne, gdyż dziura w ciele oka­zała się bar­dzo głę­boka.

Pa­trzył na nią, sto­jąc nie­ru­chomo. Po­zwo­lił jej tro­chę po­ucie­kać, sy­cił się jej prze­ra­że­niem. Po raz pierw­szy to nie on był za­szczuty, to nie na niego z góry pluli tacy jak ona. Po­my­ślał, że to dziwne uczu­cie, wi­dzieć ko­goś tak po­zba­wio­nego uczuć i gar­dzą­cego in­nymi te­raz prze­ra­żo­nego i bła­ga­ją­cego o li­tość. Nie­rze­czy­wi­ste, nie­re­alne, zu­peł­nie nie­pa­su­jące do tego, do czego przy­wykł. Nie po­tra­fił na­wet zli­czyć, ile razy to on był na skraju wy­czer­pa­nia, kiedy łzy za­le­wały mu oczy, kiedy my­ślał, że nie da już rady zno­sić tego, co zgo­to­wał mu los i tacy lu­dzie jak Be­ata No­wak. Ale w ży­ciu nic nie trwa wiecz­nie i karty cza­sem się od­wra­cają. Wie­dział, że na­wet gdyby darła się wnie­bo­głosy, i tak nikt jej nie usły­szy, bo dom znaj­duje się na od­lu­dziu.

Nie­trudno było ją zła­pać. Wbił w nią nóż po raz ko­lejny i spoj­rzał głę­boko w oczy. Chciał, żeby na niego pa­trzyła, żeby wi­działa go do końca. A po­tem stało się coś, co go za­sko­czyło. Umarła. Za szybko. Tak po pro­stu. Jakby ucie­kła od cier­pie­nia i spra­wie­dli­wo­ści, jakby znowu nie wzięła od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne czyny. Wy­peł­niło go uczu­cie za­wodu, przy­no­sząc ze sobą złość i fru­stra­cję. Może na­wet i fu­rię. Jak mo­gła! Jak mo­gła tak szybko umrzeć? Bez cier­pie­nia, bez skru­chy, bez żalu za wła­sne winy! Suka! Dźgał ją na oślep raz za ra­zem, wy­ła­do­wu­jąc sku­mu­lo­wany gniew. Krew try­skała po ścia­nach, jemu na twarz, ale to prze­cież bez zna­cze­nia. Gdy się zmę­czył, chwy­cił nóż obu­rącz i ra­ził, aż opadł z sił. Prze­wró­cił się bez­wład­nie na pod­łogę koło jej cie­płego jesz­cze ciała. Nie miał na­wet na tyle mocy, by wy­cią­gnąć nóż.

Sa­pał ciężko, pró­bu­jąc uspo­koić od­dech i my­śli. Czy po­czuł ulgę? Tylko czę­ściową. Zro­bił to, co za­pla­no­wał, zro­bił to, na co ta wiedźma za­słu­gi­wała, ale nie od­czuł wszech­ogar­nia­ją­cego ciało i umysł spo­koju, o któ­rym tak ma­rzył i który spo­dzie­wał się od­na­leźć. Może i spra­wie­dli­wo­ści stało się za­dość, ale wcale nie przy­nio­sła ze sobą lek­ko­ści bytu. No cóż, bę­dzie mu­siał ja­koś z tym żyć. Grunt, że ona już nie żyła. Ta­kie ścierwa nie za­słu­gują na to, by od­dy­chać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki