55,90 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 658
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: By Any Other Name
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Magdalena Moltzan-Małkowska, 2026 All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purposeof training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790).
This edition published by arrangement with Ballantine Books, an imprint of Random House, a division of Penguin Random House LLC.
Redaktorka inicjująca • Paulina Surniak
Redaktorka prowadząca • Weronika Jacak
Marketing i promocja • Agata Gać
Redakcja • Katarzyna Dragan
Korekta • Agnieszka Śliz, Anna Zientek, Katarzyna Kusojć
Projekt wnętrza • Mateusz Czekała
Łamanie • Grzegorz Kalisiak
Projekt okładki • Sarah Horgan
Grafika na okładce • Burakova Stocksy, Somerset Grace Shutterstock
Adaptacja projektu strony tytułowej • Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-90-6
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Elyssy Samsel i Kate Anderson:adoptowanych córek, ukochanych współpracowniczek,zdolnych piosenkopisareki, co najważniejsze,zawziętych kobiet
Rozdziały o Emilii usiane są nawiązaniami do sztuk i poematów Shakespeare’a.
Wyszczególniono je na końcu powieści, w razie gdybyście chcieli sprawdzić, ile wychwyciliście.
Zlećcie się, Duchy, które wykarmiacie
W mózgach zbrodnicze plany, weźcie precz
Moją kobiecą naturę.
– lady Makbet, Makbet1
O mój Boże, gdybym była mężczyzną! Wyrwałabym mu serce z piersi gołymi rękami!
– Beatrycze, Wiele hałasu o nic2
Do kogóż teraz skargę mą poniosę?
Kto mi uwierzy, gdy mu prawdę powiem?
– Izabela, Miarka za miarkę3
Język wypowie gniew, co wzbiera w sercu:
Gniew ukrywany serce by rozerwał.
– Kasia, Poskromienie złośnicy4
Niech wiedzą mężowie:
Ich żony także mają po pięć zmysłów.
– Emilia, Otello5
Przedmiotem, który po ukończeniu Bard College na lata zapadł Melinie w pamięć, nie było seminarium z dramaturgii ani intensywny kurs teatrologii, lecz zajęcia z antropologii. Któregoś dnia wykładowczyni pokazała im slajd przedstawiający kość z dwudziestoma dziewięcioma nacięciami wzdłuż całej długości. „Kość z Lebombo została znaleziona w latach siedemdziesiątych w Suazi i jest datowana na około czterdzieści trzy tysiące lat”, powiedziała. „To kość strzałkowa pawiana, przez lata uważano ją za pierwszy kalendarz. Ale odpowiedzcie mi na pytanie: który mężczyzna używa dwudziestodziewięciodniowego kalendarza?” Zdawała się patrzeć prosto na Melinę. „Historię”, dodała, „piszą ci u władzy”.
Wiosną na ostatnim roku Melina udała się jak co tydzień na dyżur promotora. Profesor Bufort napisał w latach osiemdziesiątych sztukę zatytułowaną Wanderlust, wyróżnioną Drama Desk Award, przeniesioną na Broadway i nominowaną do Tony Award. Twierdził, że zawsze chciał uczyć, i gdy Bard College powierzył mu kierowanie teatrologią, spełniło się jego marzenie – choć zdaniem Meliny pewną rolę odegrał tu również fakt, iż żadna z jego pozostałych sztuk nie doczekała się podobnego uznania.
Kiedy zapukała i weszła, stał odwrócony tyłem. Siwe włosy chłopięco opadały mu na oczy.
– Moja ulubiona seminarzystka – rzucił na powitanie.
– Jedyna seminarzystka. – Melina zdjęła gumkę z nadgarstka i związała czarne włosy luźno na czubku głowy, po czym wyszperała z plecaka dwie szklane buteleczki mleka czekoladowego z lokalnej mleczarni. Kosztowały majątek, ale co tydzień przynosiła jedną profesorowi Bufortowi. Leki na nadciśnienie ograbiły go z dawnych słabości – alkoholu i papierosów – i żartował, że to jedyna przyjemność, jaka mu została. Melina podała mu buteleczkę i stuknęła o nią własną.
– Moja wybawicielka – oznajmił i pociągnął tęgi łyk.
Podobnie jak większość licealistów, którzy mieli na koncie udział w Czarownicach z Salem i Śnie nocy letniej, Melina poszła do Bard z zamiarem studiowania aktorstwa. Dopiero zajęcia z dramaturgii uświadomiły jej, że większą moc niż znakomity występ na scenie ma tworzenie kwestii wypowiadanych przez aktora. Zaczęła pisać jednoaktówki wystawiane przez grupy studenckie. Studiowała Moliera i Mameta, Marlowe’a i Millera. Rozkładała na części pierwsze język i strukturę ich dramatów z zacięciem arcymistrza szachowego, którego zrozumienie gry przesądza o sukcesie.
Napisała współczesną wersję Pigmaliona: rzeźbiarzem była matka uczestniczki dziecięcego konkursu piękności, a posągiem – JonBenét Ramsey. Uwagę profesora Buforta zwróciła jednak dopiero jej polityczna reinterpretacja Czekając na Godota, w której wszyscy bohaterowie na próżno czekają na mesjańskiego kandydata na prezydenta. Zachęcił ją do wysłania sztuki na różne festiwale; chociaż nie doczekała się odzewu, wszyscy na wydziale, łącznie z nią samą, uważali, że znajdzie się wśród niewielu, którym uda się zaistnieć w zawodzie.
– Melino – zagaił Bufort. – Co zamierzasz robić po studiach?
– Jestem otwarta na propozycje – odparła w nadziei, że mentor zaraz złoży jej intratną ofertę pracy. Nie łudziła się, że przetrwa w Nowym Jorku bez etatu, a Bufort już wcześniej pomagał jej w tym zakresie. Któregoś lata odbyła staż u sławnego reżysera – człowieka, któremu zdarzyło się rzucić mrożoną latte w kostiumolożkę za krzywy rąbek i który zabierał nieletnią Melinę do barów, gdyż wolał lunch w płynnej postaci. Innym razem pracowała na kasie w kawiarni Signature Theatre i w sklepiku w Second Stage. Profesor Bufort miał znajomości.
Cała branża jechała na znajomościach.
– To nie jest propozycja – oznajmił, wręczając jej ulotkę. – Bardziej rozkaz.
Bard College był gospodarzem studenckiego konkursu dramaturgicznego. Zwycięzca miał zaprezentować swoją sztukę na off-off-broadwayowskim festiwalu krótkich form.
Profesor oparł się o biurko, z nogami kilka centymetrów od nóg Meliny. Odstawił mleko czekoladowe, skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się do niej.
– Myślę, że mogłabyś wygrać – dorzucił.
Napotkała jego wzrok.
– Ale...?
– Ale. – Uniósł brew. – Muszę to mówić? Znowu?
Melina potrząsnęła głową. Jedynym mankamentem jej czystego, frapującego stylu była jego zdaniem emocjonalna sterylność. Jakby wznosiła mur między dramaturgiem i sztuką.
– Jesteś dobra – oświadczył Bufort. – Ale mogłabyś być wspaniała. Nie wystarczy manipulować uczuciami widzów. Musisz sprawić, aby uwierzyli, że istnieje powód, dla którego właśnie ty opowiadasz tę historię. Musisz zostawić w niej kawałek siebie.
I w tym tkwiło sedno: nie sposób dokonać tego bez bólu.
Melina zmięła skraj koszulki, żeby uniknąć jego wzroku. Bufort odsunął się od biurka i stanął za jej plecami.
– Znam Melinę Green od trzech lat – rzekł, przysuwając się bliżej. – Ale tak naprawdę nie znam jej wcale.
W dramatopisarstwie najbardziej kochała to, że mogła być każdym prócz siebie, żydowskiej dziewczyny z Connecticut, która dorastała jako najmniej ważna osoba w rodzinie. Kiedy była nastolatką, jej matka zachorowała na nowotwór, a ojciec pogrążył się w przedwczesnej żałobie. Nauczyła się siedzieć cicho i być samowystarczalna.
Nikt nie chciał poznać Meliny Green, a już najmniej sama Melina.
– Dobre pisarstwo tnie głęboko, zarówno dramaturga, jak i publiczność. Masz talent, Melino. Chcę, żebyś napisała na ten konkurs coś, co sprawi, że poczujesz się... bezbronna.
– Spróbuję – odpowiedziała.
Dłonie Buforta opadły i zacisnęły się na jej barkach. Wmówiła sobie, jak zawsze w podobnych sytuacjach, że nie miał nic złego na myśli, że w ten sposób okazywał jej wsparcie, tak jak wykorzystywał znajomości, aby zapewnić jej pracę. Był w wieku jej ojca; postrzegał granice inaczej niż młodzi ludzie. Nie powinna się niczego dopatrywać.
Nagle przestał jej dotykać, jakby na potwierdzenie. Ponownie uniósł mleko czekoladowe.
– Pokaż mi, czego się boisz – uzupełnił.
W tamtym okresie mieszkała nad tajską restauracją ze swoim najlepszym kumplem Andrem. Poznali się na drugim roku zajęć z dramatopisarstwa, a zbliżyły ich opinie, że Nasze miasto jest przereklamowane, musical Carrie niedoceniony, oraz przekonanie, iż można uwielbiać Upiora w operze i jednocześnie uważać go za krępująco niestosownego.
Jak tylko weszła do pokoju, Andre oderwał wzrok od telewizora, w którym leciały Żony Beverly Hills.
– Mel! Głosujemy, co na kolację – oznajmił.
Andre był jedyną osobą, która zwracała się do niej w ten sposób. Imię „Melina” znaczy po grecku „słodka”; twierdził, że za dobrze ją zna, by kłamać jej w żywe oczy, ilekroć się do niej zwraca.
– A co mam do wyboru? – spytała.
– Majonez, herbatniki lub tajskie na wynos.
– Znowu?
– Sama chciałaś mieszkać nad Golden Orchid, bo ładnie pachnie.
Wymienili spojrzenia.
– Tajskie – rzucili chórem.
Andre wyłączył telewizor i ruszył za Meliną do jej pokoju. Mimo że zajmowali mieszkanie od dwóch lat, wciąż stały tam kartony, nie wspominając już o powieszeniu jakichś obrazków czy lampek przy łóżku, tak jak zrobił to Andre.
– Nic dziwnego, że doprowadzasz sprawy do końca – mruknął. – Mieszkasz w celi.
Podobnie jak ona Andre robił specjalizację z dramaturgii. W przeciwieństwie do niej nigdy nie dokończył żadnej sztuki. Dobijał do końca drugiego aktu, po czym stwierdzał, że najpierw musi przejrzeć pierwszy, i koło się zamykało. Przez ostatni semestr pracował nad nową wersją Króla Leara, o czarnej matriarchini rozważającej, której spośród trzech córek powierzyć sekretny przepis na zupę gumbo. Wzorował główną bohaterkę na swojej babci.
Wręczył Melinie szarą kopertę zaadresowaną niedbałym pismem jej ojca. Podczas choroby matki ich relacja się pogorszyła, lecz na swój ujmujący, powściągliwy sposób ojciec podejmował różne próby ich podtrzymania. Ostatnio zainteresował się genealogią; Melina dowiedziała się już, że jest spokrewniona z generałem Unii, hiszpańską królową Izabelą i Adamem Sandlerem.
Dziewczyna otworzyła kopertę. „Właśnie znalazłem przodkinię ze strony mamy. Pierwsza poetka, której wiersze ukazały się w Anglii drukiem w 1611 roku. Może masz we krwi to pisanie!”
Do liściku dołączono cienki plik kartek. Melina prześliznęła się wzrokiem po skserowanym portrecie elżbietańskiej damy w białej kryzie, po czym dorzuciła przesyłkę do rupieci na biurku.
– Moja przodkini była poetką – oznajmiła bez entuzjazmu.
– A ja pochodzę od Thomasa Jeffersona i spójrz, do czego mnie to doprowadziło. – Andre podparł się łokciem. – Jak było u Buforta?
Wzruszyła ramionami.
– Co zgłosisz na konkurs?
Melina potarła ćmiące czoło.
– Na jakiej podstawie sądzisz, że coś zgłoszę?
Andre przewrócił oczami.
– Konkurs dramaturgiczny w Bard byłby bez ciebie jak Szkocja walcząca bez Mela Gibsona.
– Nawet nie wiem, co to znaczy.
– Trzeba mu oddać, że maluje się lepiej od ciebie, co zakrawa na zbrodnię, bo te twoje dziwne srebrne oczy aż proszą się o tusz do rzęs. Ty nawet nie wiesz, co to jest. – Andre zlustrował ją od zwichrzonego koczka po bojówki z dziurami i niechlujne tenisówki. – Skąd ty masz ciuchy, z kosza na śmieci?
Zawsze suszył jej głowę, że nie przywiązuje wagi do wyglądu. Fakt, czasami w ferworze pisania zapominała o prysznicu lub myciu zębów. Wybierała legginsy i puchowe swetry, wiedząc, że czeka ją długi wieczór przy komputerze.
– A co ty zgłosisz? – spytała, by zmienić temat.
– Chyba nie będę miał nic gotowego – odpowiedział wymijająco.
– A mógłbyś – stwierdziła, patrząc mu prosto w oczy.
– Przecież i tak wygrasz – skwitował bez cienia urazy. Był to jeden z powodów, dla których go uwielbiała. Uczęszczali na to samo seminarium, lecz zamiast rywalizować, wspierali się nawzajem. Melina wiedziała, że Andre uciąłby – i ucinał – wszelkie spekulacje, jakoby zawdzięczała swoje sukcesy na studiach romansowi z Bufortem zamiast ciężkiej pracy. To byłoby wręcz śmieszne, gdyby tak nie bolało: od czterech lat nawet się nie całowała, o romansie ze znacznie starszym facetem nie wspominając.
Westchnęła.
– Ja... nie wiem, o czym napisać.
– Hm. Co powiesz na wybryk, który wymknął się spod kontroli?
– Czuję, że komedia nie zostałaby wzięta poważnie – odpowiedziała Melina.
– A przypadkiem nie o to chodzi?
– Bufort chce, żebym napisała coś osobistego – rzekła z naciskiem na ostatnie słowo. – Coś bolesnego.
– W porządku – skwitował Andre. – Napisz o czymś, co cię boli.
Napisała sztukę pod tytułem Reputacja, w której żadna z postaci nie miała imienia. Dziewczyna. Chłopak. Najlepszy Kumpel. Nemezis. Ojciec.
Dziewczyna miała czternaście lat i była niewidzialna. Z upływem czasu płowiała, wprost proporcjonalnie do choroby Matki. Po pogrzebie znikła zupełnie, wymazana przez ból Ojca. Aż pewnego dnia zagadnął ją Chłopak, lat osiemnaście.
Była pewna, że zaszła pomyłka, ale nie. Dostrzegł ją. Odezwał się do niej. A kiedy jej dotknął, ponownie ujrzała siebie – jak przez mgłę, ale chociaż zarysowaną.
Chłopak stanowił jej przeciwieństwo: wypełniał przestrzeń, znał wszystkich, rzucał się w oczy. W jego obecności czuła się większa, namacalna i widzialna.
Zaczęło się od pocałunków. Ilekroć dotykał ustami jej warg, czuła się nieco konkretniejsza. Ilekroć kładł na niej ręce, wyraźniej dostrzegała zarys swego ciała. Ale kiedy zadarł jej spódnicę i przystąpił do rozpinania spodni, odepchnęła go i powiedziała „nie”.
Następnego dnia w szkole Najlepszy Kumpel Chłopaka rozmawiał o niej z ludźmi, których nie znała. „Chłopak mówił, że lazła na niego jak na drzewo. Była ciasna jak pięść”.
Minęła ją Nemezis z koleżanką. „Wiedziałam, że musi być zdzirą, skoro się nią zainteresował”.
Dziewczynę zapiekła twarz; była pewna, że ludzie wyczuwają jej zakłopotanie, nawet jeśli go nie widzą. Odszukała Chłopaka i zapytała, dlaczego skłamał.
„Nie chcesz ze mną być?”, zwrócił się do niej.
„Tak, ale”.
„Moja reputacja zobowiązuje”, oznajmił jej. „Czy to ważne, co myślą, jeśli oboje znamy prawdę?”
Chciała odejść, lecz wtedy złapał ją za rękę i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stała się widzialna.
Jej reputacja także zobowiązywała. Gdy niewidoczna stała w kolejce po obiad, mówili o niej, że jest łatwa. W szatni przed wuefem słyszała, jak nazywają ją desperatką.
Spędzała coraz więcej czasu z Chłopakiem, gdyż był jedynym człowiekiem, który zdawał się wiedzieć, jaka jest naprawdę. Kiedy byli tylko we dwoje, ujmował ją dobrocią i wdziękiem. Uznała, że może widzi jego wersję niewidoczną dla innych.
Któregoś wieczoru ponownie zadarł jej spódnicę i rozpiął rozporek. „Wszyscy myślą, że to robisz”, stwierdził. „Co ci szkodzi?”
Tym razem nie odmówiła.
Dokonała wyboru? Czy ustąpiła pod presją?
A czy to ma znaczenie?
W chwili gdy Chłopak w nią wszedł, objawiła się w pełni i na stałe – choć jako niechlujny, drażliwy przypis w cudzej opowieści.
Profesor Bufort był zachwycony sztuką. Nazwał ją mocną, przemyślaną i prowokatorską. Melina znalazła się w gronie finalistów konkursu, obok studentów z Middlebury i Wesleyan. W dniu ogłoszenia zwycięzcy, przed czytaniem scenicznym w wykonaniu studentów wydziału aktorskiego, Melina od rana wymiotowała z nerwów. Po raz pierwszy napisała sztukę, której była główną bohaterką, choć ukrytą pod warstwami języka.
Jeśli sztuka nie spełni oczekiwań, czy to oznacza, że ona sama też jest wybrakowana? Nie potrafiła oddzielić się od tekstu, patrzeć na aktorów grających Chłopaka i Dziewczynę, nie widząc siebie w wieku czternastu lat, zagubionej po śmierci matki, lgnącej do jedynej osoby, która zdawała się łaknąć jej towarzystwa. Nie potrafiła słuchać własnych słów, nie wspominając tamtej straconej jesieni, kiedy nie miała głosu, a inni wypełnili ciszę kłamstwami o niej, które stały się prawdą.
Jakby stresu było mało, wprowadziła drobną zmianę przed finałowym czytaniem, o której nie wiedział profesor Bufort. Mogli ją za to zdyskwalifikować. Ale sztuka nie była gotowa – nie bez epilogu, który scalał ją z teraźniejszością.
Na widowni był komplet. Andre zajął dla niej miejsce nazbyt widoczne jak na jej gust, tylko kilka rzędów od sceny. Przeciskała się, mamrocząc przeprosiny.
– Musiałem mówić, że mam mononukleozę, żeby nikt cię nie podsiadł – oznajmił.
Przewróciła oczami.
– Spóźniłam się z klasą.
Omiótł wzrokiem jej niedbałą fryzurę i Crocsy.
– Nie. Tylko się spóźniłaś.
Na scenę wyszedł profesor Bufort.
– Dziękuję wszystkim za udział w czytaniach performatywnych, będących podsumowaniem naszego konkursu. Wiele nas kosztowało, aby utrzymać w tajemnicy nazwisko tegorocznego jurora głównego – oznajmił. – Znacie go z ciętych recenzji oraz innych branżowych tekstów. Powitajcie, proszę, krytyka teatralnego Jaspera Tolle’a z „The New York Times”.
Andre i Melina wymienili spojrzenia.
– Czy ja śnię? – szepnęła. – Jasper Tolle będzie oceniał moją sztukę?
Znali go wszyscy, nawet ludzie spoza branży. Kiedy w wieku dwudziestu sześciu lat dostał etat w „The Times”, obwołano go cudownym dzieckiem. Jego dosadne, zjadliwe teksty zapewniły mu szeroką publiczność, jedni go uwielbiali, inni nienawidzili. W ciągu trzech lat przeszedł od recenzowania lokalnych spektakli w New Jersey i na Off-Off-Broadwayu do pisania o hitach dla millennialsów, takich jak The Agony and the Ecstasy of Steve Jobs czy Murder Ballad. Jasper Tolle był o połowę młodszy od starszego krytyka w swojej gazecie. Miał fanpage na Facebooku i Instagramie. Dzięki niemu teatr, kojarzony zwykle z posiwiałą publiką, znów stał się cool.
– A niech to – syknął Andre. – Jest niezły.
Zapewne, przyznała w duchu Melina, jak na kogoś tuż po trzydziestce. Był bardzo jasnym blondynem z wicherkiem na potylicy, a jego intensywnie niebieskie oczy za okularami w rogowych oprawkach lśniły jak odłamki szkła. Wysoki i chudy sprawiał wrażenie poirytowanego, jakby jego obecność tutaj była podyktowana dawnym zobowiązaniem, którego żałował.
– Roztacza aurę seksownego Voldemorta – mruknął Andre.
– Nigdy więcej tego nie mów.
Bufort podsunął krytykowi mikrofon; ten poczerwieniał lekko i odchrząknął.
Ciekawe, pomyślała Melina. Oto krytyk, który woli się chować za słowami.
Prawie tak samo jak dramaturg.
Sztuka Meliny miała być odczytana jako trzecia. Po każdym czytaniu Tolle miał stanąć na scenie i się wypowiedzieć, a na końcu ogłosić zwycięzcę. Pierwsza sztuka, napisana i zagrana przez studenta z Wesleyan, była monodramatem o multiwersum. W drugiej, autorstwa studenta Middlebury, marvelowscy Avengersi uczestniczyli w terapii grupowej.
Kiedy weszli studenci mający odegrać Reputację, każdy z krzesłem i pulpitem na tekst, serce Meliny zatrzepotało w klatce piersiowej. Jeśli zemdleje, Andre będzie musiał ją ocucić; inaczej nie usłyszy, co Jasper Tolle powie o jej dziele. Już miała poprosić o to przyjaciela, gdy dostrzegła, że profesor Bufort nachyla się do krytyka i coś mu szepcze.
Pewnie zdradzał mu, że Melina jest jego studentką, może nawet protegowaną.
Przełknęła ślinę i splotła palce z palcami Andrego.
Na próbach jej sztuka trwała dwadzieścia osiem minut, dwie minuty poniżej czasu przewidzianego na każde czytanie. Ale było to, zanim na wczorajszej próbie generalnej wręczyła aktorom dwustronicowy epilog.
Śledząc to, co działo się na scenie, Melina miała wrażenie, jakby wyszarpywano jej dialogi z gardła: bolesne, znajome, urywane. Publiczność śmiała się w odpowiednich momentach. Zamilkła, gdy narrator opisywał, jak Chłopak szarpie ubranie Dziewczyny. Po ostatniej kwestii zgłoszonego na festiwal tekstu w pierwszym rzędzie rozległy się pojedyncze, gorące brawa. Profesor Bufort próbował zainicjować aplauz.
Nie wiedział, że spektakl jeszcze się nie skończył.
– Osiem lat później – powiedział narrator.
Aktorzy usiedli, oprócz Dziewczyny i narratora.
Ten stanął za krzesłem Dziewczyny.
– Różni się od twoich pozostałych utworów – oznajmił figlarnie, już nie jako obserwator, ale uczestnik.
– Tak – przyznała Dziewczyna.
– Znamy się od trzech lat, ale nie znam cię wcale.
Narrator położył ręce na barkach Dziewczyny i je pomasował.
Aktorka zamarła.
– Profesorze? – szepnęła.
Narrator nachylił się do jej ucha.
– Pokaż mi, czego się boisz.
Koniec spektaklu.
– Cholera – mruknął Andre.
Zabrzmiały niemrawe, rozproszone oklaski – jak oklaskiwać molestowanie? – lecz Melina ledwo je odnotowała. Skupiła się na profilu profesora Buforta, jego zaciśniętej szczęce.
Przepraszam, chciała powiedzieć.
To Bufort chciał, żeby przelała krew na papier. Gdy odkopała licealne wspomnienie tego, jak została omotana przez drania, który przekonał ją, że jest bohaterem, zrozumiała, że historia się powtarza.
Jasper Tolle wszedł na scenę i zakołysał się na piętach, kompletnie nieświadomy, że ostatnia dramaturżka właśnie storpedowała swoją karierę akademicką.
– Okej – rzekł, zaglądając do czarnego notesiku. – Melino Green? Pokaż się.
Kiedy nie drgnęła, Andre złapał ją za nadgarstek i uniósł jej rękę.
– Ach – westchnął Tolle. – No cóż. To było... coś. Największy feler jest taki...
Melinie pociemniało przed oczami.
– ...że to opowieść o dojrzewaniu, co plasuje ją w kategorii TMW.
Teatr Młodego Widza, innymi słowy. Teatr dla dzieci. Twarz Meliny zapłonęła. W jakim świecie utrata cnoty w wątpliwych moralnie okolicznościach uchodzi za dziecinny problem?
– Nieprawda – wypaliła.
Jasper Tolle dosłownie cofnął się o krok, jakby go zdzieliła.
– Słucham?
– B-brighton Beach Memoirs – wyjąkała. – Billy Elliot. Jeździec. Przebudzenie wiosny. Wszystkie są opowieściami o dojrzewaniu.
– Owszem, ale te utwory mają walory artystyczne – wbił jej szpilę, a Melinie aż opadła szczęka. – Mają jakiś... wydźwięk.
– Bo głównymi bohaterami są mężczyźni? – spytała. Dotarło do niej, że jest jedyną kobietą wśród finalistów. Nie spodziewała się, że jej płeć stanie się największą przeszkodą w tym biegu.
– Bo główni bohaterowie nie wzbudzają antypatii. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: to kawał solidnego rzemiosła, ale czy rzeczywiście mamy do czynienia z opowieścią o wymiarze uniwersalnym?
Melina zgrzytnęła zębami. Na litość boską, jedna z pozostałych sztuk traktowała o superbohaterach w szpitalu psychiatrycznym.
– Spektakl ma budzić dyskomfort – zaznaczyła.
– No i wzbudził, ale z innych powodów, niż ci się zdaje. Preludium do ostatniej sceny, które zdaje się doklejone przypadkiem, nasuwa pytanie, czy Dziewczyna wyciągnęła jakiekolwiek wnioski.
Melina zatrzęsła się ze złości. Poczuła na kolanie opiekuńczą dłoń Andrego.
– W tym rzecz – wycedziła.
Tolle zastygł, mierząc ją wzrokiem.
– Mogę spytać, czy oparłaś sztukę na własnych doświadczeniach?
Nie chciała odpowiadać, ale potwierdziła.
– Na przyszłość – podjął – trzymaj się z daleka od takich tematów. Jeśli nazbyt osobisty wymiar sztuki uniemożliwia ci przyjęcie krytyki, niewiele osiągniesz jako dramaturg.
Otworzyła usta, lecz on uniósł rękę.
Dosłownie, jakby mógł zablokować słowa, które miała wypowiedzieć.
– Masz... ile lat? Dwadzieścia jeden? – spytał Tolle. – Przed tobą jeszcze wiele nauki. Kłótliwość nie zrobi z ciebie prowokatorki. Raczej osobę... trudną we współżyciu.
Melina chwyciła torbę i przecisnęła się przez gąszcz kolan, nóg i plecaków ku wyjściu. Wypadła z widowni do holu dokładnie w chwili, gdy Jasper Tolle ogłaszał, że zwycięzcą tegorocznego konkursu dramaturgicznego zostaje student z Middlebury, za nowatorską wizję Iron Mana z zaburzeniami przywiązania.
Nie obchodziło jej, że wyjdzie na kogoś, kto nie umie przegrywać. Ani że Jasper Tolle uzna ją za zołzę. Próbowała umieścić się w jednej ze swoich sztuk, lecz najwyraźniej nie nadała temu dostatecznie fikcyjnego wymiaru. I dostała nauczkę.
Po chwili widownię zaczęli opuszczać pogrążeni w rozmowach ludzie. Melina odwróciła się, gdy minęli ją Jasper Tolle i profesor Bufort. Przeszli obok, nie zwracając najmniejszej uwagi na dziewczynę, która właśnie podpaliła lont i wysadziła własną przyszłość.
Czyjeś ramię objęło ją w pasie.
Przytuliła się do Andrego, wreszcie pozwalając sobie na łzy.
– Nie seksowny – powiedział, klepiąc ją po plecach. – Tylko Voldemort.
Śmiech wezbrał jej w gardle.
– Uważam, że to było niesamowite, Mel – dorzucił Andre, przytrzymując ją na odległość ramienia, by spojrzeć jej w oczy. – I bardzo mi przykro, jeśli spotkało cię choćby w ułamku.
Dlatego to napisała. Może dziś na sali siedziała inna dziewczyna, która odważy się odmówić, gdy będą ją naciskać. Albo ktoś u władzy, kto nie odważy się przekroczyć granicy.
Może powinno istnieć więcej takich opowieści, a nie mniej.
– W dupie z Jasperem Tolle’em – oznajmiła Melina.
Andre poprowadził ją w stronę wyjścia.
– Z ust mi to wyjęłaś – odpowiedział.
W następnym tygodniu napisała do profesora Buforta z prośbą o spotkanie. Nie odpowiedział, więc poszła do niego w porze dyżuru. Zastała drzwi zamknięte na klucz, a na nich kopertę ze swoim nazwiskiem, przylepioną taśmą klejącą.
W środku znalazła ocenę swojej pracy, na którą składało się pięć sztuk, w tym Reputacja. Przez całe seminarium zbierała same piątki.
„Trzy plus. Wymaga nadmiernego zawieszenia niewiary”.
Po powrocie zastała puste mieszkanie. Andre pewnie był na zajęciach, odetchnęła z ulgą. Poszła do swojego spartańskiego pokoju i padła twarzą na łóżko.
Skończy studia bez rekomendacji promotora. Pozostali wykładowcy przypną jej łatkę mącicielki. Studenci, których uważała za przyjaciół, będą jej unikać, by ostracyzm nie okazał się zaraźliwy. Stała się persona non grata.
Z całej uczelni tylko Andre jej bronił. Utrzymywał, że nic się nie zmieniło: zgodnie z planem przeniosą się do Nowego Jorku i spróbują zaistnieć jako dramaturdzy. Ale Melina nie była pewna, czy starczy jej odwagi na kolejne publiczne baty. Nie chcesz trafić pod gilotynę, nie wchodź na szafot.
Było tylko jedno „ale”. Jak powiedział jej kiedyś Bufort: „Prawdziwi pisarze nie mogą nie pisać”.
Spojrzała na stertę papierów na biurku. Sięgnęła po stronę tytułową nieszczęsnej sztuki i napędzana wściekłością zmięła ją w dłoniach. Potem chwyciła kolejne kartki, darła je jedną o drugą i rozrzucała jak confetti, aż usłały całą podłogę.
Wreszcie spojrzenie Meliny padło na czarno-białą kserokopię portretu kobiety, która zdawała się śledzić ją wzrokiem. W rogu wciąż przypięty był liścik od ojca.
Emilia Bassano. Jej przodkini. Poetka.
W 1973 roku historyk A.L. Rowse nazwał Emilię Bassano czarną damą z sonetów Shakespeare’a – czarnowłosą Żydówką wątpliwej cnoty. Wprawdzie zostało to podważone, lecz Emilia zasługuje na uznanie jako pierwsza publikowana poetka w Anglii w czasach, gdy kobiety miały zakaz pisania dla szerszego odbiorcy.
Zelżało jej w piersi na myśl, że nie jest pierwszą kobietą w rodzinie walczącą o swoje miejsce jako pisarka.
Prześledziła wykres drzewa genealogicznego od Emilii Bassano do siebie.
GDYBYŚ MIAŁA INNE IMIĘPLENER, OGRÓD W WESTMINSTERZE
Emilia siedzi na rzeźbionej ławce w objęciach bujnej, szmaragdowej wierzby. U stóp ma dom wróżek. (wchodzi KOBIETA)
KOBIETA
Teatr.
EMILIA
Widownia.
KOBIETA
Komedia.
EMILIA
Tragedia.
KOBIETA
Była sobie kiedyś dziewczyna, która stała się niewidzialna, aby jej słowa nie musiały.
EMILIA
Była sobie kiedyś dziewczyna. Początek i koniec.
(EMILIA staje się swoją młodszą wersją)
KOBIETA
Opowieść o tym, czy słuchano, czy nie słuchano.
EMILIA
(stawia w domku wróżek szachowego króla)
Witaj Oberonie, królu elfów.
KOBIETA
Emilia nadała mu imię króla elfów z francuskiego wiersza, który przetłumaczyła.
EMILIA
(stawia w domku hetmana)
A ty będziesz jego królową.
KOBIETA
W wierszu nie ma ani słowa o królowej. Była za mało istotna, by doczekać się wzmianki.
EMILIA
Jak nazwać potężną królową elfów?
EMILIA, KOBIETA
Tytania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Przeł. Stanisław Barańczak ↩
2 Przeł. Stanisław Barańczak. ↩
3 Przeł. Leon Ulrich. ↩
4 Przeł. Stanisław Barańczak. ↩
5 Przeł. Stanisław Barańczak. ↩
