Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
NAJGORĘTSZA KSIĄŻKA 2026 ROKU! MIŁOŚNICZKA PŁOMIENNYCH ROMANSÓW ZOSTAJE UWIĘZIONA NA KARTACH POWIEŚCI KRYMINALNEJ, A POTENCJALNY KOCHANEK ZAMIAST DO ŁÓŻKA, CHCE JĄ ZACIĄGNĄĆ DO… GROBU. Roxy rozmyśla nad namiętną fabułą ostatniej powieści Anny Matthews i fantazjuje o jej głównym bohaterze – gorącym strażaku – skrycie pragnąc, by jej życie choć trochę przypominało to z książek ulubionej autorki. Nie przypuszcza jednak, że wrzucając dolara do kapelusza ulicznego żebraka, zapoczątkuje lawinę zdarzeń, które zamienią jej rozczarowującą codzienność w nieprawdopodobną – i mocno ryzykowną – romantyczną przygodę. Wygląda na to, że życzenie Roxy właśnie się spełnia, choć nie całkiem tak, jak by tego oczekiwała… Bo nowa powieść Anny Matthews to najwyraźniej nie urocza komedia romantyczna, a krwawy thriller. Roxie desperacko potrzebuje pomocy, jeśli ma poradzić sobie z gatunkiem, po który nigdy nie sięgała. Nieoczekiwanie u jej boku pojawia się idealny sprzymierzeniec – przystojny profesor literatury, który specjalizuje się w powieściach kryminalnych. UWAŻAJ, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ – TO OSTRZEŻENIE MOGŁOBY BYĆ MOTTEM SZALONEJ DEBIUTANCKIEJ POWIEŚCI KATE EBERLE, DZIENNIKARKI, KTÓRA ULUBIONE WĄTKI MIŁOŚNICZEK KOMEDII ROMANTYCZNYCH WPLOTŁA W COSY MYSTERY W STYLU RICHARDA OSMANA. ZWARIOWANA I ZASKAKUJĄCA HISTORIA, W KTÓREJ ZACIERAJĄ SIĘ GRANICĘ MIĘDZY RZECZYWISTOŚCIĄ A FIKCJĄ, PEŁNA GWAŁTOWNYCH ZWROTÓW AKCJI. SPODOBA SIĘ CZYTELNICZKOM EMILY HENRY, LEONIE SWANN, I KAŻDEMU, KTO… SZUKA W KSIĄŻKACH ROZRYWKI.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 410
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału
IF BOOKS COULD KILL
Copycenter © Katerine Eberle 2026
Polish edition copycenter © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2026
Polish translation copycenter © Maria Gębicka-Frąc 2026
All centers reserved
Redakcja
Marzena Wasilewska
Korekta
Dorota Jakubowska, Sabina Raczyńska
Projekt okładki oryginalnej
© Susanna Gentili
Opracowanie graficzne okładki polskiej
Aneta Skwara
Projekt typograficzny
H. Meszka
ISBN 978-83-8439-392-5
2026. Wydanie I
Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.
Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa
wydawnictwoalbatros.com
Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana ani w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [t.j. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI
Jan Żaborowski
Dla wszystkich, którzy się boją, a mimo to się pojawiają
Nieodżałowanej pamięci Mary Elizabeth Eberle, najwspanialszej Mamy-Mamy, jaka kiedykolwiek istniała
Mason, najprzystojniejszy – w klasyczny sposób – mężczyzna, jakiego widziałam poza tymi z reklam wody kolońskiej, nawiązuje ze mną intensywny kontakt wzrokowy. Unosi kąciki ust, tak że w jego policzkach pojawiają się dołeczki, pochyla głowę w prawie niedostrzegalnym skinieniu, po czym rzuca się w stronę mojej turkusowej skórzanej torebki.
– NIE! – krzyczę, odsuwając się, i jednocześnie wyciągam rękę, żeby go zablokować.
Próbuje zastosować dźwignię na głowę, ale robię unik, wykręcam mu rękę i go powalam. Uwalnia się i wstaje, zwinnie chwytając torebkę. Ja też się podnoszę i przez chwilę ciągniemy ją każde w swoją stronę. Gdy Mason najmniej się tego spodziewa, zaczynam pchać, zamiast ciągnąć, i walę go torebką po głowie.
Zamiera, gdy z jej wnętrza dobiegają dźwięki piosenki Beyoncé.
– O cholera. Czekaj – mówię zadyszana. Znajduję telefon i wyciszam sygnał KLUB KSIĄŻKI. – Muszę lecieć.
– Dobra robota, Mitchell – rzuca Mason i przybija ze mną piątkę.
Gdy idę do drzwi, moje bose stopy kleją się do niebieskich mat.
O framugę opiera się Uri. Gwiżdże cicho i kiwa łysą głową.
– Zdajesz sobie sprawę – odzywa się chropawym głosem – że gdybyś miała uprawnienia do prowadzenia kursów, płaciłbym ci za wspólnie spędzany tu czas?
Przechodząc obok niego, klepię go po ramieniu.
– Tak, ale kto wtedy opłaciłby studia twoich dzieci?
W opustoszałej szatni przerywam nierówną walkę z rękawami swetra, bo dzwoni moja zawsze punktualna przyjaciółka Steph.
– Przepraszam – mówi, kiedy odbieram. – Myślałam, że wyrobię się na spotkanie klubu książki, ale nie dam rady przez pęknięty wyrostek robaczkowy. No… nie mój. Jakiemuś dzieciakowi pękł wyrostek i muszę go usunąć. Mam tylko dziesięć minut, ale naprawdę muszę pogadać o tej książce, zanim będę musiała zająć się wyrostkiem.
Wydaję taki odgłos, jakbym wymiotowała, przetrząsając torbę w poszukiwaniu spodni. Rock z lat dziewięćdziesiątych, który leciał z głośników w szatni, cichnie i zastępuje go stłumione ogłoszenie Uriego, że sala treningowa zaraz zostanie zamknięta.
– Cholera. Zły moment? – pyta Steph.
– Nie, nie, w porządku. – Zmagam się z limonkowymi legginsami i przy okazji przewracam butelkę z wodą. – Zostałam do późna na treningu. I jeśli nigdy więcej nie powiesz przy mnie „pęknięty wyrostek”, nie znienawidzę cię.
To dla nas typowe. Możemy umawiać się na rozmowy przez telefon czy na FaceTimie, ale Steph i tak zawsze będzie zależna od kaprysów chirurgii dziecięcej, a ja zawsze będę śpieszyć z miejsca na miejsce w kompletnym chaosie. Poza specjalnymi okazjami i wakacyjnymi spotkaniami w domku letniskowym rodziny Steph nasza przyjaźń trwa i rozkwita dzięki okazjonalnym esemesom i krótkim pogawędkom przez telefon.
– Więc co myślisz o tej książce? – pytam, przyciskając komórkę ramieniem do ucha i zapinając dżinsy.
Rzewne westchnienie mówi mi, że trafiłam w dziesiątkę z wyborem lektury. Płomienna miłość, podobnie jak każda inna powieść Anny Matthews, ma taki wpływ na ludzi.
– Mój logiczny ludzki mózg wie, że nie jestem gotowa na nowy związek – mówi Steph. – Ale mój gadzi mózg w sekundę rzuciłby wszystko dla seksownego, wrażliwego strażaka jak Elijah Green.
– Pewnie.
Oczywiście, w tym cały urok, dlatego po rozpadzie związku Steph wystąpiłam z propozycją założenia klubu książki. Nie można rzucić wszystkiego dla fikcyjnego mężczyzny. Bohaterowie romansów pozostają tam, gdzie ich miejsce, między okładkami książek, i rozniecają iskrę w sercu nawet wtedy, gdy oficjalnie ogłosisz, że twoje życie jest strefą wolną od związków. Podczas lektury możesz wzdychać i omdlewać, ale gdy książka się kończy, twoje życie raczej nie rozsypuje się na kawałki.
A jeśli chodzi o ucieczkę w romantyczny świat fantazji, Anna Matthews nie ma sobie równych. Jej historie miłosne są współczesne, ale w ponadczasowy sposób – jest w nich więcej listów niż esemesów z pytaniami typu Nie śpisz? Wywołują te same emocje niezależnie od tego, czy zostały napisane w latach dziewięćdziesiątych, czy wczoraj. Mogę przyczepić się tylko do tego, że żadna nie została napisana wczoraj. Minęły trzy lata, odkąd ukazała się najnowsza książka Anny Matthews, a już zaliczyłam prawie wszystkie wcześniejsze.
Uri wraca do mikrofonu, by po raz drugi ogłosić, że sala zostanie zamknięta, i mniej więcej sekundę później powtarza ten sam komunikat.
– Do ciebie mówię, Roxie!
Przewracam oczami i wołam w stronę drzwi, że już wychodzę. Zgarniam z ławki płaszcz i torbę i idę do wyjścia, wlokąc za sobą sznurowadła. Chwilę później zawracam po klucze, które zapomniałam zabrać z szafki.
– A jak ci się podoba to wyznanie miłosne? – pytam przyjaciółkę. – Twój ogień to jedyny, z którym nie mogę walczyć. Jaki facet w prawdziwym życiu rzuciłby takim tekstem?
– Mam nadzieję, że są tacy. – Wzdycha. Cała Steph. Może jestem niepoprawną romantyczką, w szerokim znaczeniu słowa „niepoprawna”, ale ją cechuje nieuleczalny optymizm, jeśli chodzi o sprawy miłości.
Podczas gdy rozpływa się nad książką, wychodzę z szatni i macham ręką do boga seksu przy recepcji.
– Do zobaczenia w poniedziałek – mówi.
– Dobranoc, Mason.
Od razu żałuję, że użyłam jego imienia.
Zgodnie z moimi przewidywaniami Steph dyszy w telefon.
– Seksowny Mason? On cię kocha.
Nie kocha. Kiedyś spojrzał z żarem w moim kierunku, gdy próbowałam obrony z frontalnym atakiem, co zostało nagrane i opublikowane na instagramowej Combat Zone.
Steph dostrzegła w jego wzroku zauroczenie.
Wyjaśniłam jej, że takie spojrzenie oznacza: „Nie daj się skopać po jajach”.
Nadal nazywa go Seksownym Masonem i pozostaje niezachwiana w przekonaniu, że jesteśmy dla siebie stworzeni.
– Wracaj i zaproś go na randkę! – Mówi tak głośno, że on prawdopodobnie słyszy ją z drugiego końca holu.
Uciszam ją i patrzę przepraszająco na Uriego, który ostentacyjnie postukuje nogą. Nie może się doczekać, by zamknąć salę na noc, mimo to pierwszy unosi rękę do żółwika, gdy wychodzę.
– Nie umawiam się z ludźmi, których znam z prawdziwego życia – oznajmiam w chwili, kiedy zamykają się za mną drzwi. Krzywię się, bo podmuch lodowatego powietrza uderza w moją odsłoniętą szyję. Uwielbiam Boston przez trzy pory roku. Czwarta sprawia, że po wyjściu na zewnątrz od razu marzę o tym, żeby jakiś samochód wpadł w poślizg i wpędził mnie w trwającą trzy miesiące śpiączkę.
– Nie mówię o seksie – zastrzega Steph pogodnym tonem, typowym dla osoby dzwoniącej z San Diego, gdzie temperatura wynosi teraz dwadzieścia stopni. – Mówię o tym, żeby zakochać się po uszy, kupić dom, mieć dwa i pół dziecka…
Znów udaję, że wymiotuję do telefonu, no bo przecież mam dopiero trzydzieści lat.
– No dobra – prycha Steph. – Niech będą bliźniacze tatuaże i legwan.
– Dziękuję. – Ta opcja też odpada. – A wracając do Płomiennej miłości. Pięć gwiazdek?
– Może cztery i trzy czwarte. Po pierwsze, „aczkolwiek” jest zbyt głupim słowem, żeby używać go tak często, jak robi to Anna Matthews. A po drugie: zakończenie. Wiem, że Sophie musiała przyciągnąć uwagę Elijaha, żeby mu w końcu powiedzieć, co czuje. Ale żeby celowo wzniecać pożar w kuchni? To lekka przesada. Moim zdaniem mogła osiągnąć cel bez angażowania publicznych służb ratunkowych.
– Nie będę się z tobą kłócić o „aczkolwiek”. Ale fikcyjne dylematy wymagają odważnych fikcyjnych działań. – Wzruszam ramionami.
Skręcam za róg i chronię się w zadaszonym wejściu. Stoi już tam brodacz z dwoma kapeluszami fedora – jeden ma na głowie, a drugi trzyma w rękach, żeby wrzucać mu pieniądze. Jest w nim coś niezwykłego. Pociąga nosem i przestępuje z nogi na nogę, ale nic poza jego ciałem się nie rusza. Jakby wiatr omijał jego długą siwą brodę, czarny płaszcz, a nawet banknoty w kapeluszu. Stojąca przed nim tekturowa tabliczka z odręcznym napisem WYpowiedz ŻYCZENIE nawet nie drży w podmuchach. Można odnieść wrażenie, że wszystkie akcesoria mężczyzny bez jego wiedzy zadecydowały, że on jest żywym posągiem, i nie raczyły go o tym powiadomić.
– Pewnie taki dramatyzm sprawdza się w książce – przyznaje Steph. – Zwłaszcza że wiesz, że skończy się happy endem, a nie aresztowaniem za podpalenie.
– No właśnie. W romansach wszystko zawsze się układa. Mężczyźni są dobrzy, mili, seksowni i gotowi w imię miłości przymknąć oko na drobne przestępstwo z kategorii ciężkich.
Opieram się o ścianę, żeby zawiązać sznurowadło. Szorstkie odchrząknięcie uświadamia mi, że naruszam terytorium Faceta w Fedorze. Unoszę wzrok, by na niego spojrzeć, i trafia mnie piorun. W każdym razie w przenośni. Mężczyzna patrzy na mnie najbardziej nieprawdopodobnymi oczami, jakie w życiu widziałam. Okolone srebrem tęczówki niemal się jarzą białym błękitem oślepiającego, choć zasnutego chmurami nieba. Na tym nie koniec: wokół ciemnych źrenic widać migotanie, jakby tęczówki wirowały. Mam wrażenie, że unoszę się nad ziemią, patrząc prosto w dół, w lej tornada.
Dziwne.
– Święte słowa – mówi Steph, przyciągając moją uwagę dramatycznym westchnieniem. – Nie miałabym nic przeciwko, gdyby kilku bohaterów Anny Matthews wyskoczyło z książek i trafiło do prawdziwego świata.
– Zapomnij – rzucam, mierząc się z kolejnym uderzeniem lodowatego wiatru. – Chciałabym być następną bohaterką Anny Matthews. Zdobyć faceta, a do tego ładne mieszkanie i fajną pracę. I może mieszkać w mieście, które nie będzie chciało za wszelką cenę zamrozić mnie żywcem. – Zawiązując sznurówki, tracę równowagę i wpadam na Faceta w Fedorze.
Znowu odchrząkuje, wyciągam więc z kieszeni banknot na przeprosiny i wrzucam do kapelusza. Jego grymas przemienia się w chytry uśmieszek.
– Spełnienie twojego życzenia jest moim darem dla ciebie – mówi, sięgając do kieszeni. Wyjmuje garść fioletowego brokatu i zamaszyście ciska w moją stronę.
Brokat ląduje w rozczarowującej kupce na chodniku przed moimi stopami. Oboje wpatrujemy się w niego przez chwilę.
– Okej – mówię, omijając smutną kałużę drobinek. – Hm… dzięki...
– Kto to był? – pyta Steph z szelmowską nutką w głosie. – Mason? W końcu ci się oświadcza?
– Nie – odpowiadam, idąc dalej ulicą. – To tylko jeden z moich licznych adoratorów.
– No to każ mu stanąć w kolejce. I idź powiedzieć Masonowi, że masz wolny wieczór.
– Dobra. Zaczekaj. – Odsuwam telefon od ucha i liczę w myślach do trzech. – Ten facet mówi, że możemy wziąć ślub na wiosnę. Nie wiem… to chyba ten jedyny.
– Uuu… Powinnaś być z Masonem.
– Przykro mi, za późno. Już jestem po ślubie z tym.
– No nie! – Steph się śmieje.
– Co? Nie słyszę cię. Kupujemy apartament w Cedar Rapids. Ale muszę kończyć, jestem w ciąży. Pogadamy później?
– Nienawidzę cię. – Niemal słyszę uśmiech przyjaciółki.
– Ja też cię kocham.
Gdy wpadam na stację metra, policzki pieką mnie od zimna. Wyobrażam sobie siebie taką jak w powieści romantycznej: żyjącą według rad Steph, wracającą i zapraszającą Masona na drinka. Może on odmówi i będę musiała znaleźć nową szkołę samoobrony, najlepiej w innym kraju. Albo powie „tak”, ale okaże się dupkiem. Albo powie „cholera, tak” i spędzimy miło kilka godzin, a potem jeszcze parę razy kilka miłych godzin, aż pewnego dnia obudzę się i zrozumiem, że Mason nieodwracalnie zmienił moje życie.
Przechodzą mnie ciarki na samą myśl o tym.
Zdążyłam wtoczyć swoje ciało okryte kurtką puchową do mojej ukochanej nędznej kawalerki, gdy telefon zasygnalizował napływające jedna po drugiej wiadomości. Po jednej od każdego z rodziców, którzy niewątpliwie piszą z przeciwległych kątów tego samego domu.
Od taty: zrzut ekranu, na którym widnieją dwa świeżo kupione sezonowe karnety do parków rozrywki Six Flags, z podpisem Tylko dla autentycznych fanów i kilkoma emotikonami przedstawiającymi złożone jak do modlitwy dłonie.
Od mamy: „Powiedz tak”. Kanał 413. Prawdziwa miłość! Czemu nie ma więcej takich mężczyzn jak Matthew Mcdonahey? XO
Nie mam serca po raz tysięczny powtarzać, że nie mam kablówki ani że to jest McConaughey, ani że słowa „prawdziwa miłość” nijak się mają do hollywoodzkiej komedii romantycznej. Nalewam sobie solidną porcję taniego wina i wysyłam rodzicom po trzy emotki (kolejki górskie dla taty, różowe serduszka dla mamy), ignorując ich subtelne przytyki pod adresem drugiej połowy.
Pod koniec dnia rodzice są dwojgiem moich ulubionych ludzi na świecie.
Są także dwojgiem najmniej pasujących do siebie osób, jakie znam.
Nigdy nie mogłam pojąć, jak się w ogóle zeszli – mama, romantyczka o czułym sercu, i tata uzależniony od adrenaliny. Nigdy do końca się nie rozumieli ani nie czuli się rozumiani. Przynajmniej dopóki ja się nie pojawiłam. Wtedy każde z nich znalazło we mnie bratnią duszę, a może umyślnie tak mnie wychowali z braku podobnie myślącego towarzystwa. Teraz tata nie musi siedzieć obok nieznajomej osoby w wagoniku kolejki Wicked Cyclone, a mama wie, do kogo zadzwonić, gdy Hallmark zaczyna puszczać filmy o tytułach w rodzaju Jesienny sweter dla ukochanego, Królewskie Boże Narodzenie albo Królewski sweter na jesienne Boże Narodzenie.
I tak oto kończę dzień na mojej kanapie z drugiej ręki, zajęta oglądaniem Powiedz tak na streamingu, jedzeniem zimnej pizzy i szukaniem wycieczek ze skokami na bungee z terminami od przyszłego tygodnia, bo w przyszłym tygodniu wygasa moja umowa o tymczasową pracę. Jestem wyluzowana, zadowolona i całkowicie pogodzona ze swoimi decyzjami życiowymi.
Powszechnie funkcjonuje błędny stereotyp miłośniczki romansów: to kobieta beznadziejnie zakochana i nieszczęśliwa, desperacko próbująca nadrobić coś, czego jej brakuje. Nikt nie przypisuje niezadowolenia z życia wielbicielom innych gatunków literackich. Czy ktoś, widząc mężczyznę czytającego literaturę faktu o wojnie secesyjnej, myśli: „Jakie to smutne, że nigdy nie zazna dreszczyku emocji bycia ogorzałym mężczyzną w czapce konfederatce, piszącym listy do najdroższej Marthy przed śmiercią na gangrenę na błotnistym polu. Musi się czuć taki niespełniony”. Albo czy mówimy zaprzysięgłym fanom fantasy: „Jesteście rozgoryczeni, bo nie możecie być władcami wszystkich tych pierścieni czy czego tam jeszcze”?
A przecież niektóre z nas, miłośniczek romansów, uważają ten gatunek po prostu za miły dodatek do prawdziwego życia, małą, przyjemną ucieczkę na koniec długiego dnia. Niektóre z nas nie potrzebują niczego więcej i potrafią wytyczyć zdrowe granice między fikcją a rzeczywistością i ich nie przekraczać. Jak ja.
W każdym razie na trzeźwo.
Po kilku kieliszkach wina, gdy Matthew McConaughey właśnie rzucił narzeczoną dla Jennifer Lopez, wszystko się może zdarzyć.
On chce tańczyć tylko z nią, piszę do mamy i dodaję płaczącą emotkę.
Mama odpowiada równie rzęsistymi łzami, tyle że ze śmiechu. Postanawiam nie ujawniać, że po policzkach spływają mi prawdziwe łzy, gdy tuląc do piersi pusty kieliszek, patrzę na napisy końcowe i – pochlipując – nucę piosenkę Love Don’t Cost a Thing, która nie ma nic wspólnego z tym filmem, ale i tak wzrusza mnie do głębi.
To jest minus fikcyjnego życia miłosnego. Romanse i komedie romantyczne wystarczają, dopóki nie nadchodzi ta krótka, surowa – zwykle podlana alkoholem – chwila. Wtedy przestają wystarczać.
Właśnie w takich chwilach – kiedy jestem sama i nikt od wieków mnie nie całował, a wino Two-Buck Chuck prawdopodobnie zabarwiło moje zęby na bordowo – opuszcza mnie zdrowy rozsądek i podejmuję koszmarną decyzję o ponownym pobraniu aplikacji randkowych.
Zwykle korzystam z nich tylko wtedy, gdy jestem poza miastem. Najlepiej poza krajem. To świetny sposób na zdobycie darmowego przewodnika (albo przewodnika z dodatkowymi korzyściami) w nowym mieście. Moja historia miłosna przypomina listę odcinków serialu Przyjaciele – Ten, który uczył nurkowania, Ten z całowaniem się na tyrolce, Ten w centrum handlowym Mall of America – i to mi pasuje. Po prostu nie ma na tej liście miejsca dla Tego, który mieszka w moim mieście i może chcieć czegoś więcej niż przelotnego romansu.
Ale czasami, w rzadkich momentach pijackiej desperacji, chwilowo o tym zapominam. Zastanawiam się, co mi szkodzi nawiązać rozmowę z miłym tubylcem. Może spróbuję prawdziwej randki. Może tym razem będzie inaczej.
A potem nieuchronnie odzyskuję sprawność umysłową, a wraz z nią napływa dojmujący strach, który nie ustąpi, dopóki nie powiem facetowi „Przepraszam, coś mi wypadło” i nie usunę aplikacji.
Na szczęście tym razem trwa to tylko jakieś dziesięć minut. Bo szukam bohatera komedii romantycznej, a zamiast tego znajduję Bretta, konsultanta do spraw zarządzania, bohatera tylko dla tych, które pragną zobaczyć jego genitalia.
Nie otwieram od razu okna i nie wrzucam telefonu do rzeki Charles nie z powodu powściągliwości, ale dlatego, że nie stać mnie na mieszkanie nad rzeką. Wpycham telefon pod poduszkę, opadam na kanapę i w końcu odpływam przy serialu Złotka.
Tak właśnie powinno być: żadnych aplikacji, żadnych Brettów, nikogo, kto by mnie wkurzał. Muszę o tym pamiętać.
Budzę się dotkliwie świadoma dwóch rzeczy: po pierwsze, coś mi ucieka z pamięci. Może sen albo blaknące wspomnienie, słowo na końcu języka. Im bardziej próbuję to sobie przypomnieć, tym głębiej zapada się w głąb mojej podświadomości.
A po drugie, zasnęłam na pilocie od telewizora i mam odciśnięte guziki na policzku.
Jest wcześnie; jasna biel późnozimowego poranka wdziera się przez cienkie zasłony, podczas gdy samotny ptak świergocze piskliwie na pobudkę. Moja zdolność do bycia skowronkiem jest ściśle powiązana z radościami nadchodzącego dnia, a dziś czeka mnie ból głowy i osiem godzin pracy w HillCare Health.
Popełniam błąd nowicjusza i próbując oprzytomnieć, przewijam wiadomości w telefonie (powtarzam ten błąd codziennie rano). Nie wiem, co mam nadzieję znaleźć – może mail z informacją, że budynek mojego biura spłonął, albo artykuł dowodzący, że bita śmietana prosto z puszki naprawdę jest zdrowa. Zamiast tego czytam: LUDZIE U WŁADZY ROBIĄ ZŁE RZECZY… W TWOIM MIEŚCIE GRASUJĄ MORDERCY… MUSISZ DZIŚ IŚĆ DO PRACY, ROXIE…
Wiem, że swoje pełne przygód słoneczne dni opłacam z nudnej roboty w świetle jarzeniówek, a chciałabym, żeby moja praca była odrobinę bardziej ekscytująca i nie sprowadzała się do stukania w klawiaturę i korporacyjnego żargonu. Miałoby to jednak pewne minusy. Gdyby praca sprawiała mi przyjemność, trudniej byłoby z niej zrezygnować. Teraz może dni są nudne, bure i zatęchłe, ale będzie to trwało tylko kilka tygodni lub miesięcy. Potem tymczasowa umowa się kończy i świat znów stoi przede mną otworem. Mogę pogodzić się z tą mordęgą, skoro daje szansę na skakanie z klifu albo pływanie z rekinami.
Wstaję więc – a raczej zsuwam się z kanapy jak skacowany makaron – łykam Ibuprofen, próbuję rozmasować policzek z odciskami po guzikach pilota i zaczynam dzień.
Wczorajszy maraton romansów nie wyszedł mi na dobre. W porównaniu z nim moje życie wygląda jak fragment sprzed czołówki. Jeden wielki czarno-biały montaż rozlanego soku pomarańczowego, lawina plastikowych pojemników Tupperware, ulicznej brei i wagonów z pasażerami stłoczonymi jak śledzie w beczce. W pewnym momencie w drodze do pracy tłum wbija mnie w przystojnego mężczyznę w eleganckim garniturze. Nie odrywając orzechowych oczu od telefonu, facet otwiera usta, cicho beka prosto w moją twarz i odwraca się do mnie plecami.
Chciałabym, żeby Anna Matthews to napisała.
W biurze nie jest lepiej; akcja niewielu komedii romantycznych rozgrywa się w dziale marketingu firmy działającej w sferze opieki geriatrycznej, i nie bez powodu. Nieszczególnie przepadam za osobami, z którymi pracuję, ale wynika to nie tyle z głębokiej antypatii, ile z mojej niechęci do słuchania, jak Mitch i Derek w pokoju socjalnym narzekają na „baby”. Mój szef nie jest napakowanym biznesmenem; mam szefową, Mirandę, która chronicznie pstryka długopisem i patrząc na mnie, znacząco kiwa głową, zirytowana fatalnymi statystykami HillCare w mediach społecznościowych. Jakby to była moja wina, że ludzie nie gromadzą się stadnie na Instagramie, by szukać treści o zapobieganiu upadkom seniorów.
To dzień pełen spotkań, zamiast których doskonale sprawdziłyby się maile. Udaję, że słucham ludzi ględzących o „kluczowych wskaźnikach”, „współczynnikach klikalności” i „wynikach”, o KPI, CTR i LMNOP. Kiwam głową, gdy oni kiwają, unoszę brwi, gdy oni unoszą, i robię notatki, które nieuchronnie przechodzą w esy-floresy. Siedzę przy biurku. Odliczam czas do przerwy na lunch. Staram się ignorować nieustanne klikanie myszą, brzęczenie jarzeniówek i ostry zapach, gdy ktoś postanowił podgrzać tilapię w mikrofali.
Pod koniec dnia ledwie panuję nad pragnieniem ucieczki. Kiedy w końcu o piątej wywlekam się z biura, robię jedyną rozsądną rzecz: wsiadam do pociągu i taszczę swoje zmęczone życiem ciało do biblioteki.
Bostońska Biblioteka Publiczna jest moim ulubionym miejscem w mieście i myślę, że byłaby nim nawet wtedy, gdyby nie zapełniały jej książki. Wszystko, co przynoszę z zewnątrz, znika w chwili, gdy przekraczam próg. Zawsze łapię się na lekkiej zadyszce, kiedy wchodzę po schodach do holu i chłonę wzrokiem kamienne lwy, pokryte mozaikami sufity, marmurowe kolumny, wszystko złociste w blasku miękkiego światła.
Jest też dziedziniec – duża przestrzeń z ogrodem – po którym chętnie przechadzałabym się w sukni w stylu regencji z wyeksponowanymi cyckami. Bardzo wygodne, że dział romansów historycznych jest zaledwie kilka pomieszczeń dalej.
Wybrałam cztery, buszując po półkach, plus sześć komedii romantycznych w kolorowych okładkach. Układam je w chybotliwy stosik na jednej ręce i przytrzymuję podbródkiem, a drugą ręką dokładam wszystko, co różowe, liliowe lub miętowozielone. Gdy stos jest wystarczająco kolorowy, by przełamać ponurość mojego dnia, zabieram go ze sobą do domu.
– Proszę pani, obowiązuje limit pięciu książek.
Odwracam się, żeby zaprotestować, bo osobiście wcześniej sprawdziłam, że obowiązujący w bibliotece limit wynosi siedemdziesiąt pięć. W następstwie mojego manewru stos rozsypuje się w kolorowej kaskadzie wokół mnie.
Mężczyzna mruży z rozbawieniem zielone oczy za szkłami w modnych okrągłych oprawkach i asymetryczny uśmiech rozjaśnia jego twarz. Ma potargane rudozłote włosy, piegi i luzacką postawę. Przyglądam się jego dwurzędowej kurtce marynarskiej, bluzie z kapturem i książkom, które trzyma nonszalancko.
– Nie pracuje pan tutaj – mówię.
– Winny. Tylko się z panią droczę. – Mężczyzna odkłada swoje książki i schyla się, żeby pomóc mi zebrać moje. Podnosi jedną w pudroworóżowej miękkiej okładce i patrzy na nią spod przymrużonych powiek. – Być może będę musiał z panią o nią powalczyć.
– To dla klubu książki – rzucam, wyrywając mu Ty, ja i Paryż. Nienawidzę tego, że to robię: że odruchowo dystansuję się od mojego ulubionego gatunku, żeby mężczyźni traktowali mnie poważnie. Jakby jedynym sposobem na bycie inteligentną i szanowaną było czytanie książek, które wybrał on: ponurych i poważnych przez duże P, z tytułami w stylu Heroina, okrutna kochanka i Och, być smutnym, myślącym białym mężczyzną z myślami. – Reese Witherspoon powiedziała, że lektura tej powieści była rozkoszą.
– Tak, wiem. Tak jest napisane na okładce. Większymi literami niż tytuł. – Jakimś cudem mówi to bez cienia osądu. Ma łagodny, miły głos. Mógłby być lektorem w reklamach społecznych.
Poprawia okulary, a ja czuję dziwne trzepotanie w piersi, pewnie bez związku z sytuacją.
– Pomóc pani zanieść to do wypożyczalni?
Oceniam prawdopodobieństwo, że próbuje coś ode mnie wyłudzić. Może zacznie od książek, a potem przyjdzie kolej na numer ubezpieczenia społecznego.
– Chce pan nosić moje książki? Jak w szkole w latach pięćdziesiątych?
– Pewnie. I jak pójdzie dobrze, może przejdziemy do... – pochyla się i zniża głos do zmysłowego, konspiracyjnego szeptu – rock and rolla.
Dociera to do mnie z opóźnieniem grzmotu po błyskawicy: on ze mną flirtuje. W bibliotece. I jest niesamowicie przystojny. Co jest grane? Takie rzeczy dzieją się na stronach powieści i na ekranach, nie w moim prawdziwym życiu. To niepokojące zderzenie światów, jak spotkanie swojego nauczyciela biologii w kinie albo dermatologa w Tajlandii.
No dobra, okej: to jest trochę bardziej urocze.
Patrzę na niego kpiąco.
– Rock and roll? Czy wyglądam na czcicielkę diabła?
Śmieje się i ten niespodziewany ciepły dźwięk wywołuje dreszczyk na moim kręgosłupie.
– Jestem Jack – przedstawia się, patrząc na mnie z uśmiechem.
– Roxie.
– Jak Roxie Hart? – Nieufnie mruży oczy. – Nie zabijesz mnie, prawda?
Moje usta same układają się w uśmiech.
– Tylko jeśli na to zasłużysz.
Pozwalam, żeby wziął kilka moich książek, bo jest ich sporo i mam na oku jeszcze więcej tytułów. Jego silne ramiona, dołeczki w policzkach i śmiech, przywodzący mi na myśl rozgrzane słońcem lniane prześcieradła łagodnie falujące na sznurku w letni dzień, oczywiście nie mają wpływu na moją decyzję.
Mówi, że sam chciał dołączyć do klubu książki. Kiedyś zaczytywał się w beletrystyce, ale po czterech latach studiów licencjackich i trzech latach studiów prawniczych wyszedł z wprawy.
– Trudno mi było znaleźć na to czas – wyjaśnia. – Tym bardziej kiedy zacząłem pracować w ochronie praw młodzieży.
Rany. Miłośnik książek i obrońca bezbronnych dzieci? Zaraz mi powie, że po godzinach ratuje zbłąkane szczeniaki.
– A resztę czasu zajmuje mi wolontariat w Towarzystwie Opieki nad Zwierzętami – dodaje.
Hm… to dziwne.
Dodaje, że postanowił wskrzesić swój zapał do czytania.
Unoszę brew, patrząc na opasłe tomiszcza, które trzyma pod moimi książkami.
– I myślisz, że Wielka szara nicość jest dobrą drogą do celu?
– Co? – Marszczy brwi. Nawet kiedy to robi, uśmiecha się. – Słyszałem, że jest dobra.
– Słyszałam, że rozwali ci serce i zostawi po sobie skorupę dawnego ciebie. No ale każdego kręci co innego.
Gdy idziemy przez krużganek dziedzińca, łagodny blask wiszących lamp złoci jego twarz.
– Może więc powinnaś dać mi jedną ze swoich powieści. Pokaż mi, co tracę. – Stuka palcem w jaskrawożółtą okładkę książki na czubku mojego stosu, Farsa, z którą należy się liczyć. – Ta wygląda ciekawie.
Uśmiecham się i defensywnie odsuwam się nieco w bok.
– Możesz ją wyrwać z moich zimnych, martwych rąk. Czekałam na nią od miesięcy. – Zatrzymuję się przy kamiennej ławce, żeby poprzekładać książki, i podaję mu podniszczony egzemplarz Dwojga nad morzem. – Spróbuj tej. Przeczytałam ją już dwa razy. Na tym etapie chyba powinnam po prostu ją kupić.
Przygląda się okładce, kiedy idziemy w stronę holu.
– Anna Matthews. Brzmi znajomo.
– Moja ulubiona autorka. Rzucam ci wyzwanie. Przeczytaj którąkolwiek z jej książek bez zrywania boków ze śmiechu.
Ostrożnie kładzie moje książki przy okienku wypożyczalni, pochyla się i cichym głosem, który przyprawia mnie o te cholerne ciarki, mówi:
– Zawsze przyjmuję wyzwania.
Kiedy przychodzi kolej na jego książki, ślę mu uśmiech typu „Dzięki, miło cię było poznać” i podchodzę do biurka informatorium, żeby ogarnąć swoje rzeczy. Gdy wyciągam z kieszeni kurtki zwiniętą w kulkę płócienną torbę, mija mnie pracowniczka biblioteki.
– Ach, bratnia dusza – szczebiocze, zerkając znad okularów w turkusowych oprawkach na mój egzemplarz Tak między nami. – Uwielbiam Annę Matthews. Słyszała pani, że w końcu pisze nową powieść?
– Co? – Wyjmuję telefon i zaglądam na długo uśpiony Instagram Anny. I rzeczywiście, jest nowy post: czerwony kwadrat z napisem NIESPODZIANKA! TRZYMAJCIE RĘKĘ NA PULSIE… A poniżej emotka książki i buźka z palcem na ustach.
Robię zrzut ekranu, żeby wysłać go Steph, i w myślach układam lawinę tekstów pisanych wielkimi literami. Upycham resztę książek do torby i idę do wyjścia.
Zatrzymuję się na widok Jacka w drzwiach westybulu. Patrzy na moją torbę z otwartymi ustami.
– Miałaś tę sakwę przy sobie? – Kręci głową, cmokając z dezaprobatą. – A ja myślałem, że tolerowałaś moje towarzystwo tylko dlatego, że robiłem za tragarza.
Parskam śmiechem.
– Nie pakuje się książek przed wypożyczeniem, chyba że chcesz wyjść na złodzieja – wyjaśniam. Jack przytrzymuje drzwi i wychodzimy na zimne powietrze. – Zapewniam cię, że kierowała mną tylko niechęć do łamania prawa.
– Rozumiem. – Kiwa głową z udawaną powagą. – I wybrałaś dłuższą drogę, bo...
– Bo dziedziniec to najlepsza część biblioteki i zawsze tamtędy przechodzę.
– Rozumiem. – Na jego policzku znów pojawia się dołeczek. Uśmiechanie się w taki nieco krzywy sposób powinno być opatentowane. – Nie dlatego, że cieszyłaś się moim towarzystwem.
– Tak! – Ta odpowiedź brzmi jak defensywne kwaknięcie, ale iskierki humoru w jego oczach łamią mój opór. – W sumie jako towarzystwo nie byłeś najgorszy.
Uśmiecha się szeroko, a potem strzela oczami i na jego twarzy pojawia się coś jakby nieśmiałość.
– Myślisz, że kiedyś znowu mógłbym być nienajgorszym towarzystwem, aczkolwiek już nie dzisiaj? – pyta. – Może jutro wieczorem?
„Aczkolwiek”. Ulubione słowo Anny Matthews. To naprawdę dziwne.
Wpatruję się w niego, jakby właśnie zagadał do mnie w starożytnej grece. Jak to możliwe, że przez ostatnie dziesięć godzin porównywałam swój żałosny dzień z akcją romansu, a teraz podrywa mnie ten niemal idealny nieznajomy, niebezpiecznie przypominający bohaterów z powieści Matthews? Mój stan ducha graniczy z niepokojem, jak wtedy, gdy w pokoju pełnym obcych ludzi myślisz dla zabawy: „Kaszlnij, jeśli odczytałeś moje myśli”, i nagle ktoś to robi.
Odchrząkuję.
– Hm… naprawdę nie...
Jack mruży powieki, patrząc nie w moje oczy, ale gdzieś w okolice ramienia, i przerywa mi, pochylając się.
– Masz coś... – Jego głos cichnie, gdy muska dłonią moje ramię, a ja natychmiast dostaję gęsiej skórki pod czterema warstwami ubrań.
Moje spojrzenie przyciąga drobinka fioletowego brokatu, która spada z mojej kurtki, migocząc w blasku latarni.
Serce, które jeszcze przed chwilą galopowało, teraz mi zamiera.
Urywki wspomnień przelatują przed moimi oczami, zmieniając się jak w kalejdoskopie, a w uszach rozbrzmiewa echo słów.
Lodowaty wiatr. Niesamowite oczy. Dolarówka.
Chciałabym być następną bohaterką Anny Matthews.
„Spełnienie twojego życzenia jest moim darem dla ciebie”.
„Słyszała pani, że w końcu pisze nową powieść?”
Nie.
Nie. Oczywiście, że nie.
Facet w Fedorze jest mężczyzną, który ma dwa kapelusze i udaje, że spełnia życzenia. To wszystko. A nawet jeśli on i jego dziwaczne wirujące oczy miały jakąś nieprawdopodobną moc, to tylko żartowałam. To się nie liczy. Nie może się liczyć.
– Coś ci powiem – mówi Jack. Sięga po telefon, który wciąż ściskam w dłoni, a ja, oszołomiona, pozwalam mu go wziąć. – Wpiszę ci mój numer. Prześpij się z tym i daj znać, czy chcesz się tu spotkać jutro wieczorem. Ósma pasuje?
Nie mogę mówić ani się ruszyć. Nie, kiedy stuka w mój telefon, a słaby blask ekranu pełga po jego twarzy. Nie, kiedy chce mi go oddać i trzyma w powietrzu między nami przez dobre pięć sekund. I nie, kiedy śmieje się z mojego braku reakcji, bierze mnie za rękę i zaciska moje palce na telefonie.
Czy istnieje coś takiego jak paraliż senny na jawie? Jeśli tak, to właśnie go doświadczam.
Jack unosi brwi, czekając na odpowiedź.
– Okej – rzucam, siląc się na chłód i obojętność, ale brzmi to tak, jakbym połknęła kilka motyli.
Jego ręka nadal spoczywa na mojej, zaciśniętej na telefonie. Mój puls z pewnością siniaczy mu dłoń.
– Tak czy inaczej – wpatruje mi się w oczy – naprawdę miło było cię poznać.
„Naprawdę miło…” W jego ustach te słowa brzmią jak coś więcej niż wyświechtany frazes. Jakby był pierwszą osobą, która je wypowiedziała.
– Hm… – mamroczę. Nie jestem w stanie skupić się na czymkolwiek poza pewnym uściskiem jego palców.
Wciąż trzyma moją rękę i już zaczynam czuć się z tym prawie komfortowo, gdy nagle przerywa kontakt, zostawiając moją rękę zimną i głupio zawieszoną w powietrzu.
– Dobranoc, Roxie – mówi z szerokim uśmiechem. Odwraca się i odchodzi tam, skąd przyszedł.
Życzę mu dobrej nocy, ale możliwe, że robię to tylko w myślach. Patrząc na jego oddalającą się sylwetkę, wybałuszam oczy jak postać z kreskówki.
Kiedy wreszcie dochodzę do siebie, ruszam w stronę stacji metra. Przyświeca mi jeden cel.
Jutro znajdę tego cholernego Faceta w Fedorze.
Spacerując po Bostonie w dowolny dzień, człowiek widzi wiele barwnych postaci ulicznych – artystów, żebraków, kaznodziejów lub kombinację tych trzech rodzajów. Jest facet, który za drobny datek improwizuje krótkie piosenki o przechodniach. Rekonstruktor w czerwonym mundurze, który z gniewną miną i koszmarnym brytyjskim akcentem patroluje Szlak Wolności. Albo niezmordowany człowiek orkiestra, który gra na mniej więcej sześćdziesięciu instrumentach jednocześnie.
Znalezienie konkretnej z tych znanych postaci jest jednak wyzwaniem, w moim przypadku tym większym, że mam tylko półgodzinną przerwę na lunch i dziwne, mgliste wspomnienie za przewodnika. Przy drzwiach, gdzie spotkałam Faceta w Fedorze, nikogo nie ma i nie widać go na ulicy. Jeśli ktoś w zasięgu wzroku ma kapelusz, to nie więcej niż jeden. Kieruję się do Ogrodu Publicznego, popularnego wśród turystów i ulicznych grajków. Bez powodzenia. Zwykle tętniące życiem alejki są dziś ciche, bez jednego artysty w zasięgu wzroku. Tylko elegancka starsza pani z blond fryzurą i znudzonym wyrazem twarzy siedzi przy moście na walizce w stylu vintage. Mijając ją, dostrzegam lśniący krowi dzwonek, który trzyma w idealnie wypielęgnowanej dłoni, i kryształową miskę pełną monet. Wygląda na to, że to kolejna artystka uliczna.
Nie mam pojęcia, czy istnieje jakaś profesjonalna sieć kontaktów między tymi ludźmi, czy też są zaciekłymi rywalami, którzy nawet nie wymawiają imion konkurencji, ale zaraz się tego dowiem.
– Przepraszam – mówię, podchodząc do szykownej kobiety. Nie zwraca na mnie uwagi. – To zabrzmi nieprawdopodobnie, ale szukam kogoś, kto spełnia życzenia...
– W sumie jak my wszyscy – odpowiada ze słowiańskim akcentem.
– Ale ja szukam kogoś konkretnego. Wpadłam na niego ostatnio na ulicy. Kapelusz, długa broda, dziwne oczy. Nie widziała go pani przypadkiem?
Wzdycha.
– Jejgo.
– Słucham?
– Jejgo, skarbie. Widziałaś jągo. Nie bierz niczego za pewnik. – Pełna uroku i charyzmy kobieta unosi palec, żeby opuścić efektowne okulary przeciwsłoneczne.
Widok omal nie zwala mnie z nóg. Z całkowicie obojętnej twarzy patrzy na mnie dwoje szokujących, wirujących lodowatych oczu.
– Ta-da!
To nie może być ta sama osoba. Nawet najbardziej utalentowany zespół makijażystów nie byłby w stanie dokonać takiej przemiany. Kolor włosów, cera, struktura kości – wszystko jest inne. Wszystko oprócz tych nieziemskich oczu. Gdy tak stoję, unieruchomiona przez ich hipnotyzujące spojrzenie, coś mi mówi, że pociąg logiki i rozumu odjechał dawno temu beze mnie.
– To... ty? – jąkam się. – Ty spełniasz życzenia?
– Nie dzisiaj – odpowiada rzeczowo, nasuwając okulary na miejsce. Unosi dzwonek w stronę nadciągającego tłumu zwiedzających. – Dzisiaj zajmuję się pogodą.
Krzywię się, gdy głośne dzwonienie rani mi uszy. Zaraz po nim kobieta krzyczy do wszystkich i do nikogo w szczególności.
– Zaraz... – Wzdryga się, delikatnie dotyka czerwonym paznokciem wyraziście zarysowanej kości policzkowej, gdzie spadła kropelka deszczu, uśmiecha się kpiąco i wzdycha z irytacją. – Już pada. – Patrzy na mnie bez wyrazu. – Cholera. Pogodowanie sprawia mniejsze wrażenie, kiedy deszcz mnie wyprzedza, jak teraz.
Znowu wzdycha.
– Masz jakieś pytanie, skarbie? Za pół godziny lunie jak z cebra. Chciałobym być w tym czasie gdzieś pod dachem z margaritą w ręce.
Odchrząkuję, jakby to mogło mi pomóc w wymyśleniu, od czego zacząć. Nawet ujmowanie tego w słowa wydaje się absurdalne.
– Więc niedawno życzyłam sobie, żeby...
– …być następną bohaterką Anny Matthews – mówi ta dziwna osoba, przesuwając okulary na czubek głowy. – I zanim się obejrzałaś, Anna ogłosiła swój nowy projekt, a tobie zawrócił w głowie przystojny weterynarz, księgarz albo książę z wymyślonego europejskiego kraju. I stało się to w sposób zbyt piękny, żeby było prawdziwe. Więc teraz zastanawiasz się: jak to możliwe, co się dzieje? Potrzebujesz odpowiedzi. Zgadłom?
Jestem prawie pewna, że moje tętno stało się niewyczuwalne.
– On chyba jest prawnikiem – wyduszam z siebie.
Wzdycha ciężko i z entuzjazmem pracownika parku rozrywki recytującego mowę o bezpieczeństwie mówi:
– Spełniło się twoje życzenie. Jesteś nową bohaterką Anny Matthews. Nad czymkolwiek ona teraz pracuje… fabułą, postaciami, dialogami… wszystko to ożywa wokół ciebie. Jeśli pisze ci historię miłosną, dostaniesz historię miłosną. Jeśli pisze ci wygraną na loterii, gratulacje, będziesz tymczasowo bogata.
– Tymczasowo?
Prycha.
– Nie na stałe, laleczko. Nie czytałaś Kopciuszka? Kiedy Anna wystuka KONIEC, twoja kareta z powrotem zamieni się w dynię. Historia będzie się toczyć aż do końca, a potem wszystko zniknie i twoje życie wróci do normy. Ta-da! – Zerka na swoje paznokcie i jakby po namyśle dodaje: – Chyba że umrzesz. To jak sen: jeśli umierasz we śnie, umierasz naprawdę.
Deszcz robi się lodowaty.
– Chyba że umrę?
– Wyluzuj, słonko. Anna Matthews pisze romanse, prawda? Ale muszę to mówić każdemu. Zdziwiłabyś się, ilu marzy o Parku Jurajskim albo o wielkiej powodzi melasowej.
– Nie rozumiem. Jak mogę być postacią z powieści, skoro jestem żywą osobą? Czy moje prawdziwe życie zostało zawieszone? Czy wszystko, co mówię, jest tylko dialogiem w książce?
Przewraca nieziemskimi oczami, odkłada krowi dzwonek i wyjmuje z kieszeni płaszcza już zapalonego papierosa.
– Uspokój się – rzuca. – Fikcja nie przesłania twojego prawdziwego życia, biegnie równolegle. Nadal jesteś sobą i nadal masz wolną wolę. Stuprocentowe trzymanie się fabuły jest mało prawdopodobne. Opowieść po prostu dostosowuje się do twoich decyzji. Pewna pani zażyczyła sobie, żeby być w Dumie i uprzedzeniu, i podała panu Darcy’emu Xanax. Skończyło się na zupełnie innej wersji tej historii. – Gapi się w pustkę, jakby to wspomnienie nie było straszne.
Serce wali mi jak młotem po zderzeniu z tą nową rzeczywistością. Według Obłędnych Oczu Anna Matthews właśnie pisze opowieść o mnie i Jacku. Jeśli jej nie przechytrzę, moje życie stanie się polem minowym wielkich gestów i wyznań miłosnych.
Absurdem byłoby w to uwierzyć. Lecz równie absurdalne byłoby nie wierzyć we własne odczucia albo je zignorować. To tak, jakby ktoś stał prosto i zastanawiał się, czy wierzy w grunt pod nogami.
Co jednak nie oznacza, że musi mi się to podobać.
– Jak to możliwe... – odzywam się. – Jak możesz...? Kim ty jesteś?
Wzrusza ramionami, zaciągając się głęboko papierosem.
– Czasami jestem takie. Czasami inne. Raz w miesiącu dorabiam kelnerowaniem w Dick’s Last Resort. Gdziekolwiek idę, rozdaję ludziom dary. Życzenia, przekleństwa. Swoją obecność. To, na co akurat mam ochotę. – Leniwie zakłada okulary przeciwsłoneczne i zerka w moją stronę. – Uważaj się za szczęściarę, skarbie. Twoje życzenie zostało spełnione przez... Darczyńcze. – Mówi to z dramatycznym gestem, szeroko rozkładając ręce, jakby rzucało zaklęcie.
Mrugam ze zdziwienia.
– Przez kogo?
– No mnie przecież.
Narasta we mnie nie wdzięczność, ale oburzenie. Nawet jeśli ta osoba ma jakieś magiczne moce, nie daje jej to prawa, by mieszać w ludzkim życiu.
– Dlaczego? – pytam. – Dlaczego tak się stało?
– Proste. – Strzepuje popiół z papierosa. Popiół, który w locie zamienia się oczywiście w fioletowy brokat. – Bo wypowiedziałaś życzenie, a ja miałom ochotę je spełnić.
– Prawie na pewno życzyłam też sobie lepszego mieszkania i fajniejszej pracy.
Lekceważąco macha ręką.
– Mieszkanie i praca… Nuda. Miałaś porządne życzenie. Po co narzekać? Nie patrzy się koniowi w darowane zęby, prawda? Przecież nie musiałom spełniać twojego życzenia. Mogłom ci zażyczyć, żeby twoje życie zamieniło się w niemy film. I co wtedy? Przede wszystkim nie brzęczałabyś mi nad uchem. Może popełniłom błąd.
Riposta więźnie mi w gardle. Lepiej nie gryźć ręki, która ciska w ciebie magicznym fioletowym brokatem.
– Ja... – Próbuję potrząsnąć głową, żeby mi się w niej rozjaśniło. Wdech. Wydech. – No dobrze. Ale... co mam teraz zrobić?
Ucisza mnie cmokaniem i uniesionym palcem.
– Słuchaj. Jestem Darczyńcze. Nie jestem rozwiązywaczom problemów. Nie jestem planiszczem logistyki życzeń. Idź i pozwól dziać się twojej komedii romantycznej. Szczerze mówiąc, nie potrzeba wszechwiedzącego mistycznego bytu, żeby to rozkminić, a mimo to odwalam za ciebie całą robotę. A teraz... – Przepędza mnie ruchem dłoni i sięga po krowi dzwonek.
Niechętnie odchodzę, jednocześnie przepełniona jasnością i bardziej pogubiona niż kiedykolwiek. W głowie mi się kręci; rzeczy niemożliwe, realne i absurdalne zderzają się ze sobą. Gdzieś w tym bałaganie kołacze się irytacja, że skoro jestem bohaterką aktualnie pisanej powieści Anny Matthews, to stracę przyjemność z jej czytania. A gdzie indziej czai się dręczące uczucie, że powinnam zadać więcej pytań.
– Czekaj! – wołam, odwracając się.
Ale nikogo tam nie ma.
Nagle dobiega mnie głośny śmiech. Darczyńcze wyłania się zza pobliskiego drzewa, ramiona jejmu podrygują, gdy ściska walizkę i krowi dzwonek.
– Żałuj, że nie widziałaś swojej miny! Ta sztuczka nigdy mi się nie nudzi. W każdym razie tak. Przyjmuję datki przez Cash App, skarbie. Ta-da!
Minuta po minucie zbliża się ósma. W moim mieszkaniu na około czterdziestu metrach kwadratowych piętrzą się stosy przymierzonych i odrzuconych ubrań. Powoli zaczynam świrować.
W drodze powrotnej z popołudniowego spotkania z Darczyńczem w stanie niepełnej poczytalności napisałam do Jacka: Będę.
Resztę dnia pracy spędziłam na wyszukiwaniu w Google’u, jak cofnąć wysłanego esemesa.
Cały wieczór miotałam się na przyprawiającej o mdłości huśtawce podejmowania decyzji, krążąc w kółko i mamrocząc pod nosem.
Nie mogę iść. To głupota.
Muszę iść. Ile miłośniczek romansów zabiłoby za taką okazję? Jestem to winna gatunkowi. Fanom. Światu.
Przymierzyłam każdą jedną sztukę odzieży będącej w moim posiadaniu i pomiędzy kolejnymi przymiarkami buntowniczo wciągałam spodnie dresowe.
Odświeżyłam Instagram Anny Matthews tyle razy, że być może go zepsułam. Nie ma żadnych nowych aktualizacji, nic poza tymi filuternymi emotkami i drwiącym TRZYMAJCIE RĘKĘ NA PULSIE...
Jak przez mgłę pamiętam mój wrzask do telefonu:
– TRZYMAM RĘKĘ NA PULSIE! NIE MOGŁABYM BARDZIEJ!
Co się stanie, jeśli nie pójdę na spotkanie z Jackiem? Czy nasze ścieżki będą się krzyżować? Czy wszystko zepsuję, ściągnę na siebie gniew Darczyńcza i przemienię się w kurczaka albo coś podobnego? Czy życie kurczaka naprawdę byłoby takie złe?
A jeśli pójdę? Jak przygotować się na randkę, która jest fikcyjna, ale zarazem prawdziwa? W co się ubrać? Czy powinnam ufarbować włosy? Przynajmniej je przyciąć? Bohaterki komedii romantycznych zawsze mają urocze fryzury.
– UCH! – krzyczę przed lustrem w łazience, gdy w przypływie jasności umysłowej uświadamiam sobie, że jestem pół milimetra od ścięcia ciemnego, falistego loka z głowy. Rzucam nożyczki do umywalki i ochlapuję twarz zimną wodą. Wtedy przypominam sobie, że już zrobiłam makijaż i teraz będę musiała malować się na nowo.
No cóż, to koniec. Nie pójdę. Nie można po mnie oczekiwać, że będę się malować dwa razy.
W udręce osuwam się po ścianie, myśląc: Rany, to takie dramatyczne, naprawdę jestem główną postacią. I właśnie tam, w łazience, na kafelkowej podłodze, w końcu łapię drugi oddech i mogę wszystko przemyśleć na spokojnie.
Z reguły nie pozwalam sobie na takie nakręcanie się z powodu facetów. Ale widziałam, jak to się zdarza. Pozwalałam przyjaciółkom wypłakiwać się na moim ramieniu w akademikowych łazienkach. Dwa razy próbowałam odwieść Steph od porozstaniowej terapeutycznej zmiany fryzury, a potem musiałam kłamać, mówiąc jej, że ta nowa idealnie pasuje do kształtu jej twarzy. Są jeszcze te mamine rady romansowe, czyli kiepsko zawoalowane przestrogi, na przykład: znajdź kogoś, kto naprawdę będzie kupować ci kwiaty, albo: jeśli masz jakieś wątpliwości co do ślubu, to dłużej się nie zastanawiaj i po prostu uciekaj.
Jeśli czegoś nauczyłam się o miłości w prawdziwym życiu, to tego, że się kończy. Źle się kończy. Jasne, jest piękna na początku. Tylko co potem? Nie chodzi jedynie o to, że zostajesz sama. Wiem, jak to jest być samą: wcale nie tak źle. Kiedy jednak dodasz do tego wspomnienia z czasu, gdy byłaś zakochana, wtedy zaczyna się samotność. Albo wikłasz się w związek z kimś, z kim i tak czujesz się samotna, co może być jeszcze gorsze.
Ale ta znajomość z Jackiem... Nie może się tak skończyć. Ma datę ważności, strukturę narracyjną z obiecanym zakończeniem. Załóżmy, że pójdę dziś wieczorem na spotkanie z Jackiem, poddam się i pozwolę opowieści się rozwijać. Spotkają mnie wszystkie te fikcyjne słodkie drobiazgi, za którymi wzdychałam. Będzie romantycznie i idealnie przewidywalnie, a potem skończy się bez szkody dla którejś ze stron. Jak romantyczny plaster nikotynowy albo trzydziestodniowy darmowy okres próbny, który nie wymaga podawania danych z karty kredytowej.
Mogę tego wszystkiego doświadczyć – tylko raz, żeby raz na zawsze mieć to z głowy. Żeby dowiedzieć się, jak to jest.
Nigdy więcej nie musiałabym się nad tym zastanawiać.
Szybko wstaję i idę do lustra, żeby poprawić makijaż, zanim stracę odwagę. Przetrząsam zwały ubrań w poszukiwaniu dżinsów, topu i mojego ulubionego luźnego żakietu. Upycham niezbędne rzeczy po kieszeniach, nie zawracam sobie głowy torbą czy płaszczem i nie pozwalając sobie na żadne myśli, wychodzę za drzwi.
Właściwie spodziewam się, że schody biblioteki będą puste, kiedy dotrę na miejsce. Będę tam stać, głupia i sama, upokorzona własną naiwnością. A potem nagle skądś wyskoczą Jack i to całe Darczyńcze, i najpewniej jeszcze ekipa filmowa, śmiejąc się histerycznie z tego, jaka ze mnie idiotka.
Ale kiedy skręcam za róg, jest tam, zgodnie z zapowiedzią. Opiera się o jeden z posągów przed wejściem; para z jego oddechu unosi się w powietrzu. Dostrzega mnie, macha ręką i o to chodzi. Ostatni cień wątpliwości znika bez śladu i zaczyna mi się kręcić w głowie.
– No, no, no – mówi, gdy podchodzę. – Czy to nie Książkowa Dziewczyna?
Śmieję się zaskoczona. Gdyby tylko wiedział...
Przyciąga mnie do siebie w swobodnym uścisku powitalnym. Staram się go nie wąchać, ale nic na to nie poradzę. Pachnie jak... nie mam pojęcia, jak co, ale dobrze. Korzenna nuta? Trochę ziemista? Nagle chcę się dowiedzieć, jak Anna Matthews to opisze. Jej bohaterowie zawsze są spowici takimi zapachami jak dymny cedr, drewno sandałowe czy ciepła flanela.
Przerywam ten ciąg myśli i odsuwam się od Jacka, żeby nie zacząć go aktywnie obwąchiwać. Muszę zachować spokój. Wyobrażam sobie, że to trochę jak wyjście z celebrytą, w którym się podkochujesz, i udawanie, że nigdy nie miałaś na ścianie jego plakatu.
– Dokąd? – pytam najlżejszym tonem, na jaki mogę się zdobyć. – Sushi? Indyjska knajpka? Dziwny lokal z rzemieślniczymi corn dogami?
W jego oczach pojawia się psotny błysk, gdy sięga po coś za posąg.
– Kuszące – mówi. – Ale wpadłem na lepszy pomysł.
– Czy może być lepszy pomysł niż rzemieślniczy corn dog?
Uśmiecha się do mnie leniwym uśmiechem i wyciąga staromodny kosz piknikowy. Z wikliny, płótno w czerwoną kratkę i tak dalej.
– Gotowa na małą przygodę?
Och, dobry jest.
– Zawsze – odpowiadam.
Zapraszająco przechyla głowę i idzie po schodach w stronę ciemnej biblioteki. Ciemnej, zamkniętej, nieczynnej biblioteki. Już zaczynam się zastanawiać, czy ma urojenia, gdy z łatwością otwiera żelazne kraty w drzwiach, a potem wystukuje kod do wewnętrznych drzwi.
– Znam pewnego gościa – rzuca, zerkając na mnie.
Drzwi otwierają się z jękiem, pociągnięte przez chudego, siwowłosego mężczyznę z porozumiewawczym uśmiechem i bibliotecznym identyfikatorem na smyczy.
– Dzięki, stary. – Jack klepie go po ramieniu.
Zastanawiam się, jak często trzeba bywać w bibliotece, żeby wyrobić sobie takie znajomości. A może jest utajonym miliarderem? Czy to jedna z tych książek?
Kiedy starszy mężczyzna zamyka za nami drzwi, patrzę z nabożnym podziwem w głąb wielkiego holu, który jest mroczny i cichy jak grobowiec. Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego. Jack podchodzi i staje obok mnie.
– Uwielbiam to miejsce. – Wzdycham. – Jest jak kościół dla miłośników książek.
– Hm. – Jego oddech omywa moją skórę niczym łagodna bryza.
– Poza tym, że nigdy nie odczuwałam wielkiej chemii między sobą a ludźmi w kościele.
– To do mnie nie przemawia. Czy nastoletnia Roxie nigdy nie spotkała ministranta, którego lubiła? – Uśmiecha się i trąca mnie ramieniem, po czym prowadzi w głąb holu.
Gdybym miała jakiekolwiek złudzenia, że to prawdziwe życie, rozproszyłby je widok czekający nas na dziedzińcu. Stolik i krzesła, mrugające świece, z boku minimalistyczny grzejnik. Światła są wyłączone, więc odnoszę wrażenie, że nocne niebo pędzi na spotkanie z nami.
To wszystko jest zbyt idealne, nawet jak na romans. Bohaterowie nigdy nie zaczynają od idealnej randki, by potem płynnie przejść do idealnego związku – zawsze jest jakiś haczyk. Będziemy mieli magiczny wieczór, a potem zacznę nową pracę i dowiem się, że on jest szefem. Albo jest gwiazdą filmową, która uwodzi mnie, by przygotować się do nowej roli metodą Stanisławskiego, lecz przypadkiem się zakochuje. Tak czy inaczej, wszystko musi się trochę rozsypać, zanim się ułoży.
Ale, cholera, to naprawdę spektakularny początek.
– Możemy wejść do środka, jeśli zrobi się za zimno – oznajmia Jack. – Mamy do dyspozycji całą bibliotekę. Pomyślałem jednak, że tu będzie zabawniej. Wziąłem też koce.
Powietrze może jest zimne, ale to nic wobec otulającego mnie ciepła.
– To szaleństwo – mówię bez tchu. Wciąż czuję, że nie mogę tego przyjąć. Jakby to był zbyt kosztowny prezent i powinnam się wycofać. Nie wiem tylko, czy dałabym radę, nawet gdybym chciała.
A poza tym gdy Jack wyciąga do mnie rękę, dochodzę do wniosku, że nie chcę.
– Idziemy?
Biorę go za rękę.
– Tak, myślę, że tak.
Jestem rozedrgana od wina i śmiechu, gdy bronię Dwojga nad morzem przed bezlitosną krytyką Jacka.
– Nie, mylisz się! – rzucam. – To jak wrogowie, którzy stali się kochankami. Chodzi o potęgę chwili, kiedy ludzie zakochują się, choć widzą w tym drugim najgorsze cechy. Poza tym to seksowne. Granica między nienawiścią a pociągiem seksualnym jest cienka, bardzo cienka.
Rozmawiamy o powieści Anny Matthews, będąc w powieści Anny Matthews. Nie wiem, jak to działa, ale świetnie się bawię i przestałam kwestionować ten stan rzeczy. Jack śmieje się, nakładając brie na krakersa.
– Ale przecież musiała zdawać sobie sprawę, że się w nim zakochuje. Musiała, skoro nie mogła się opędzić myślom typu: „Fuj, nienawidzę tego seksownego uśmieszku. Zaraz mu go zetrę z twarzy. Ustami”.
– „Chcę go poślubić, żeby zniszczyć mu życie” – dodaję, wznosząc toast kieliszkiem. – To jest dobre.
Jack znowu się śmieje, po czym wzrusza ramionami.
– Po prostu uważam, że warto już na samym początku pokazać komuś, że się go lubi – mówi.
Pociągam łyk wina, delektując się tym, jak rozgrzewa mnie od środka.
– Na przykład przeczytać jej ulubioną książkę w dwadzieścia cztery godziny, żeby móc się o nią kłócić na randce? – pytam.
Patrzy na mnie z szelmowskim błyskiem w oku.
– Tak, ma to swoje plusy – przyznaję.
Pochyla się i szepcze:
– Przeczytałem ją w dziesięć godzin.
W tym momencie uświadamiam sobie, że to wszystko – deska z wędlinami i serem, blask świec, tajemniczy dostęp do biblioteki późnym wieczorem – blednie w porównaniu z tym. Oczywiście, przebywanie w tym magicznym miejscu też robi swoje. Podziwiam rozświetlone łuki dziedzińca i blade kamienne ściany, a potem spoglądam na Jacka.
– Mówiłeś, że mamy całą bibliotekę dla siebie?
Kiwa głową.
– A co? O czym myślisz?
Uśmiecham się szeroko.
– Kiedy ostatnio bawiłeś się w chowanego?
Dokładne przeczesywanie najwyższego piętra, choć jak dotąd bezowocne, jest ekscytujące. Noc przemienia bibliotekę w zakazany labirynt, katakumby książek i pustych biurek. Światło z ulicy wpada przez wysokie okna i przeplata się z cieniami. Dramatyzm atmosfery jest tak gęsty, że mogłabym w nim pływać.
Z rozmysłem zostawiłam najlepsze na koniec, więc dopiero teraz zbliżam się do wielkiej czytelni ze sklepionym sufitem. Słyszę dochodzący stamtąd cichy szelest i po plecach przebiega mi dreszcz oczekiwania.
Otwieram poskrzypujące ciężkie drewniane drzwi i wchodzę.
– Halooo... – Mój głos tnie ciszę i odbija się od ścian, muskając majestatyczne drewniane stoły i zielone lampki do czytania.
Potykam się o coś i wytężam wzrok w ciemności. Na podłodze leży książka. Tuż za nią druga, a dalej kolejne – szlak tomów tworzy krętą ścieżkę ku wnęce z rzeźbionymi drewnianymi regałami, które oddzielają drugi koniec pomieszczenia. Podążam za książkami do półki w kącie, gdzie księżycowa poświata oświetla kilka rzędów identycznych grzbietów – i jeden nieco różniący się od pozostałych. To książka w miękkiej oprawie, wciśnięta między solidne tomy. Sięgam po nią. Dwoje nad morzem.
– Twój podręcznik do zabawy w chowanego jest o wiele bardziej skomplikowany niż mój! – wołam.
Gdy czuję na ramieniu jego dłoń, odwracam się, zaskoczona i uradowana. Jack stoi jak odziany w sweter biblioteczny sen; srebrzyste światło łagodzi jego kontury. Nie jestem pewna, czy widzę jego nieśmiały uśmiech, czy raczej go czuję.
– Cześć.
– Cześć – mówię. – Wiesz, nie ty byłeś szukającym. Powinieneś się chować.
Podchodzi bliżej.
– Cóż, cieszę się, że cię znalazłem.
Przypiera mnie do dębowych półek, tak że grzbiety książek wciskają się w moje plecy. Zaczynam oddychać szybciej, kiedy Jack kładzie ręce po obu stronach moich ramion i więzi mnie z porozumiewawczym uśmiechem. Jestem pewna, że czuje bicie mojego serca, wibrujące w tej odrobinie powietrza między nami.
– Ja też się cieszę – mówię cicho.
Pochyla się tak powoli, że ledwie mogę to znieść, ale to uczucie, gdy muska wargami moje usta, warte jest każdej chwili dręczącego oczekiwania. Delikatnie unosi mój podbródek, a ja wyciągam rękę, by przyciągnąć go bliżej i pogłębić pocałunek. To mroczna fantasy, czysta magia skacze ze strony powieści prosto do mojego krwiobiegu.
Nigdy w życiu nie byłam całowana tak namiętnie. Dreszcz emocji przenika moje ciało, nerwy strzelają w laserowym paintballu. Tracę poczucie czasu, przestrzeni, wszystkiego, gdy jego wargi chłoną moje usta. Tracę poczucie siebie. Do tego stopnia, że nagle dzieje się ze mną coś beznadziejnie banalnego: dosłownie miękną mi kolana. Nie sądziłam, że zdarza się to w rzeczywistości. Właściwie cała mięknę.
Osuwam się po regale tak gwałtownie, że zaskoczona, dostaję ataku śmiechu. Odgłos ciężkiego łupnięcia odbija się echem w moich uszach. A potem zapada cisza. Spoglądam na Jacka.
Jego ocienione oczy patrzą na mnie z góry z czymś, co można opisać tylko jako niedowierzanie.
Mój wzrok podąża w dół mocnej linii jego szyi, prześlizguje się po szerokim barku i wzdłuż umięśnionego ramienia, aż dociera do dłoni zaciśniętej przy półce nade mną.
I do noża, który tam wbił, dokładnie w miejscu, gdzie pół sekundy wcześniej była moja klatka piersiowa.
ZAINTERESOWANI TYM, CO BĘDZIE DALEJ?
Pełna wersja książki do kupienia m.in. w księgarniach:
KSIĘGARNIE ŚWIAT KSIĄŻKI | EMPIK
Oraz w księgarniach internetowych:
swiatksiazki.pl | empik.com | bonito.pl | taniaksiazka.pl
Zamów z dostawą do domu lub do paczkomatu – wybierz taką opcję, jaka jest dla Ciebie najwygodniejsza!
Większość naszych książek dostępna jest również w formie e-booków. Znajdziecie je na najpopularniejszych platformach sprzedaży:
Virtualo | Publio | Nexto
Posłuchajcie również naszych audiobooków, zawsze czytanych przez najlepszych polskich lektorów.
Szukajcie ich na portalu Audioteka lub pozostałych, wyżej wymienionych platformach.
Zapraszamy do księgarń i na stronę wydawnictwoalbatros.com, gdzie prezentujemy wszystkie wydane tytuły i zapowiedzi.
Obserwuj nas na:
OKŁADKA
KARTA TYTUŁOWA
KARTA REDAKCYJNA
SPIS TREŚCI
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
