Gdy zgaśnie nadzieja - Joanne Kormylo - ebook + audiobook + książka

Gdy zgaśnie nadzieja ebook i audiobook

Kormylo Joanne

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wojna odebrała jej wszystko. Teraz ryzykuje życie, by ocalić innych.

Polska, rok 1942.

Anna zdruzgotana upadkiem ukochanej Warszawy postanawia dołączyć do polskiego ruchu oporu. Otrzymuje niebezpieczne zadanie: przemycać dzieci z warszawskiego getta kanałami i zapewniać im bezpieczne schronienie.

Podczas jednej z akcji poznaje Johnniego – pilota RAF, który uciekł z niemieckiego obozu jenieckiego. W mieście grozi mu śmierć, więc Anna ryzykuje wszystko, by wyprowadzić go z Warszawy.

Gdy zostaje schwytana przez SS i trafia do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, poznaje prawdziwe oblicze piekła. Słynąca z brutalności strażniczka – zwana Bestią – obiera Annę za swój cel.

Niespodziewanie Anna zostaje przeniesiona do innego obozu, gdzie ponownie spotyka Johnniego. Oboje snują desperacki plan ucieczki – ryzykowny krok, który może ich kosztować życie.

Czy zdołają odnaleźć wolność i przetrwać wojnę razem?

Poruszająca, inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść o odwadze, poświęceniu i miłości w czasach największego mroku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 373

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 53 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Hanna Chojnacka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mojej córce Andrei

1942

ROZDZIAŁ 1

Północ

1 września 1942 r.

Polska

Pięć jaśniejących latarni ułożonych było w kształt krzyża i na mokrej od rosy polanie oświetlało miejsce zrzutu. Anna Kowalska kryła się w sosnowym lesie nieopodal Warszawy, zwrócona plecami do drzew, ściskając w ręku latarnię.

Kiedy złowrogą ciszę nocy przerwało dudnienie i huk silników, jej brat Michał zaczął błyskać latarką, aby za pomocą kodu Morse’a nakierować pilota na odpowiednie miejsce. Samolot – bombowiec wellington – leciał zbyt nisko. Anna wyskoczyła na polanę, uniosła latarnię najwyżej, jak sięgała drżącą, zmarzniętą ręką, i zaczęła machać, tak by pilot dojrzał ją wśród drzew.

Powietrzem poruszyły wibracje. Samolot uniósł się w ostatniej chwili, a ją zalała fala gorących spalin. Śmigła siekły sosny nad jej głową, a na ziemię spadły ciężkie gałęzie.

Stała urzeczona i przyglądała się, jak samolot wzbija się ostro, by zyskać odpowiednią wysokość, a potem krąży nad miejscem zrzutu. Komora bombowa się rozchyliła i posypały się z niej skupiska zasobników. Spadochrony otworzyły się, ładunek poszybował na ziemię.

Bombowiec zawrócił ostatni raz i lekko przechylił skrzydła. Annie wydawało się, jakby w ten sposób się żegnał. Uniosła rękę wysoko i znów zamachała latarnią, a samolot pogrążył się w mroku wśród cichnącego huku silników.

Tata wyjechał z lasu zdezelowaną furgonetką. Wyskoczył ze środka, nie zamykając drzwi ani nie gasząc silnika fiata.

Anna wybiegła mu naprzeciw, czując, jak mokra trawa muska ją po kostkach. Tata wyglądał na bardziej steranego niż jego auto. Michał, wykapany ojciec – z kwadratowym podbródkiem i jasnymi włosami, choć bez śladów siwizny – walczył w szeregach konspiracji codziennie, od samego początku niemieckiej okupacji.

Mężczyźni przeciągnęli do furgonetki po trawie cylindryczne, metalowe pojemniki.

– Pomogę – zaproponowała Anna.

– Za ciężkie – zaoponował tata.

– Nie jestem dzieckiem, mam już siedemnaście lat.

– Zrobiłaś swoje.

Nie było czasu na spory, więc Anna wspięła się na otwartą klapę, popełzła po pace i wtuliła w tył kabiny. Sięgnęła po wełniany koc zwinięty w rogu i rozłożyła go sobie na kolanach. Zdjęła przemoczone buty i podkuliła stopy, żeby je rozgrzać.

Tata i Michał otwierali zasobniki i ładowali jutowe worki z ciasno spakowanym ładunkiem na pakę. Anna nie musiała zaglądać pod jutę – wiedziała, co się tam znajduje: steny i materiały wybuchowe.

– Mama byłaby bardzo dumna z tego, jaka byłaś dzisiaj dzielna – powiedział tata, pokrywając broń snopami siana.

Anna wsunęła dłoń do kieszeni spodni i dotknęła paciorków różańca, który zawsze ze sobą nosiła. Był to jej największy skarb, należał niegdyś do jej matki.

Całe jej życie legło w gruzach podczas obrony Warszawy. 25 września 1939 roku. W „lany poniedziałek”. Tego dnia Niemcy nalotami dywanowymi zrównali z ziemią jej dzielnicę.

Dzisiaj odpowiedziała atakiem na atak. Miała czekać sama w domu, lecz w ostatniej chwili zgarnięto ją do lasu, by zastąpiła członków rodziny Weissów, którzy zaginęli. Może niewiele zdziałała – stała na polu i machała latarnią – ale pomogła pilotowi wyminąć drzewa i namierzyć miejsce zrzutu. Było to satysfakcjonujące uczucie. Wręcz upajające.

Tata wsiadł do ciężarówki, a za nim podążył Michał. Drzwi trzasnęły, koła zabuksowały i wyjechali z łąki na leśną drogę. Mknęli doliną Wisły w centralno-wschodniej Polsce, mijając wierzby i topole zdobiące piaszczysty brzeg rzeki. Wracali do Warszawy, wymijając punkty kontrolne.

Anna, opierając się o tył kabiny, wpatrywała się w konstelacje na niebie. Wyobrażała sobie, jak wellington śmiga między gwiazdami, i zastanawiała się, jak to jest siedzieć w samolocie.

ROZDZIAŁ 2

Godzina 4:00 rano

2 września 1942 r.

Johnnie Nowak z kokpitu swojego wellingtona spojrzał w dół, w ciemność spowijającą Holandię. Choć nie było widać świateł, wiedział, że poniżej znajdują się zabudowania. Nakaz zaciemnień miał na celu zdezorientować przelatujących pilotów. Bez wzrokowego punktu odniesienia Johnnie musiał polegać na swoim nawigatorze Tubbym Edwardsie. Wciśnięty w malutkie stanowisko w dolnej części kadłuba nawigator wytyczał kurs za pomocą map, kompasu oraz gwiazd. Lada moment miną holenderskie wybrzeże i przelecą nad Zuiderzee ku Morzu Północnemu. Upłynęło dziewięć godzin misji, a Nowak już prawie dowiózł swoją załogę, złożoną z trzech Brytyjczyków i Jankesa, bezpiecznie z powrotem do bazy.

Prawie.

Niewielu załogom udałoby się to, czego dokonali cztery godziny wcześniej, zapuściwszy się daleko za linię wroga. Było to pierwsze zadanie Nowaka powierzone mu przez Zarząd Operacji Specjalnych – brytyjską agencję powołaną w celu niesienia pomocy podziemnemu ruchowi oporu. Księżycową nocą wystartowali dwusilnikowym bombowcem z tajnego lotniska RAF w angielskim Tempsford, które zakonspirowano tak, by wyglądało jak stara farma. Przebyli dwa tysiące mil tam i z powrotem. Współrzędne strefy zrzutu były tak tajne, że znali je tylko Nowak i jego nawigator, na wypadek gdyby zostali zestrzeleni i pojmani.

Diabelną satysfakcję dawało dostarczanie skrzyń broni i amunicji Armii Krajowej – zbrojnemu ramieniu Polskiego Państwa Podziemnego. Armia Krajowa, w skrócie AK – mężczyźni, kobiety i dzieci za wszelką cenę chcący bronić się przed nazistowskimi łajdakami niszczącymi kraj, w którym dwadzieścia lat temu Johnnie przyszedł na świat. Po śmierci ojca razem z mamą i siostrą wyjechał w dzieciństwie z Polski i zaczął nowe życie w Kanadzie. Dziadkowie jednak nadal mieszkali w Warszawie.

Czuł więź z ludźmi, którzy z narażeniem życia pokierowali go do strefy zrzutu. Ruchy latarni przestrzegły go przed gałęziami sosen. Poderwał samolot w ostatniej chwili, ocierając się o korony drzew.

Po udanym zrzucie czterech członków załogi wpadło w radość, lecz teraz od kilku godzin milczeli. Nowak wiedział, że podobnie jak on odliczali minuty do chwili, gdy miną Linię Kammhubera – łańcuch wrogich posterunków, wyposażonych w radary, reflektory i działa przeciwlotnicze 88 mm Flak – i powita ich z powrotem widok ujścia Tamizy na angielskim wybrzeżu. Poruszył szerokimi barkami i wyciągnął szyję, by rozluźnić napięcie, czekając, aż nawigator poinformuje go, że dotarli na wybrzeże.

– Pilot do załogi. – Nowak mówił do interkomu, bo wśród grzmiącego ryku silników tylko tak się dało komunikować. – Kto stawia, kiedy już wylądujemy?

– Tu bombardier – odezwał się Freddie Yates, który obecnie miał za zadanie kierować zasobniki wypadające z komory bombowej. – Ty, szefie. Już ci wczorajszy poker wyleciał z głowy?

– Liczyłem, że zapomnicie – odparł Nowak. – Mamy co oblewać. To twój ostatni wieczór wolności. – Po powrocie do bazy Nowak planował zjeść śniadanie – zgodnie z tradycją po operacjach serwował sobie jajka z bekonem – przespać się parę godzin, a potem udać się do miejscowego pubu. Od miesiąca planował przyjęcie-niespodziankę na wieczór kawalerski Freddiego.

– Nawigator do pilota – wtrącił się Tubby. – Mijamy wybrzeże nieprzyjaciela.

– Roger Wilco. – Nowak popatrzył na tablicę przyrządów. Dzięki zainstalowaniu dodatkowego zbiornika wystarczy mu paliwa, żeby przelecieć nad morzem. Poklepał się po kieszeni kamizelki, gdzie znajdowała się królicza łapka. Siostra wcisnęła mu ją do torby na szczęście, kiedy wybierał się za ocean, by wstąpić do czynnej służby.

Tuż przed nim prosto z ziemi wystrzeliły olśniewające słupy światła, które rozjaśniły nocne niebo. Oślepił go intensywny snop światła reflektora padający na bombowiec.

– Cholera! – Nowak zrobił unik w prawo, wychylając drążek sterowy do przodu i zmuszając nos bombowca do stromego nurkowania. Smugi białych pocisków zapalających i eksplodujących otaczały ich ze wszystkich stron.

Działa na ziemi pluły czerwono-żółto-pomarańczowym ogniem, tworząc zasłonę ostrzału przeciwlotniczego, wybuchającego tysiącami metalowych odłamków. Z całej siły pociągnął za drążek i zaczął gwałtownie wznosić się w lewo.

Przyszły mu na myśl słowa, które Freddie wymalował czerwoną farbą na drzwiczkach ich wellingtona: Nil bano panico. „Przede wszystkim bez paniki”. W tej chwili liczyło się tylko to, by dowieźć załogę do bazy. Musiał wznieść się wyżej, spróbować wydostać się poza zasięg śmiercionośnych armat. Wzbijali się tak mocno, że pęd wbił go w siedzenie. Wpatrywał się w wysokościomierz, zaciskając palce na dźwigni. Dwanaście tysięcy stóp. Dwanaście i pół. Trzynaście. Trzynaście i pół.

Trach.

W samolot wbił się pocisk odłamkowy. Maszyna poderwała się, a bark i klatkę piersiową Nowaka przeszył ból. Fala lodowatego powietrza wdarła się do kokpitu. Na lewym skrzydle rozgorzał ogień, który objął farbę na impregnowanym pokryciu z tkaniny. Płomienie sunęły do tylnej części samolotu.

– Zawory paliwa! – krzyknął Nowak do mikrofonu, rozkazując załodze odciąć dopływ do płonącego silnika. – Lewy silnik się pali.

– Tu bombardier – odkrzyknął Freddie. – Trzymaj kurs, szefie. Zajmę się tym.

Nowak szarpnął za dźwignię uruchamiającą gaśnicę, cofnął przepustnicę płonącego lewego silnika, a drugi ustawił na pełen gaz. Wykonali ostry skręt w prawo. Wychylił ster kierunku i mocował się z drążkiem sterowym, by utrzymać poziom.

Freddie wcisnął się z dziobu samolotu do kokpitu. Bombowcem wstrząsnęła kolejna eksplozja i bombardier osunął się na podłogę.

– Freddie? Freddie?

Brak odpowiedzi.

– Zawory! Zawory! – powtórzył Nowak. W żyłach krążyła mu adrenalina. – Niech ktoś odetnie dopływ paliwa. Prędko, do diabła.

– Tu tylny strzelec. Ja to zrobię, szefie – włączył się Edwin Branch. Chłopak zwany Badylkiem miał ledwie osiemnaście lat i raptem dwa tygodnie wcześniej skończył szkolenie. Musiał teraz obrócić wieżę i w ciemności przeczołgać się wąskim przesmykiem wiodącym do kadłuba, aby zakręcić przewody paliwowe.

– Pilot do nawigatora: jak daleko do lądu?

Cisza.

Nowak odezwał się drugi raz:

– Tubby, jesteś tam?

Bez odpowiedzi.

– Radiooperator, co się tam dzieje? Zobacz, co u Tubby’ego. Sprawdź, czy jest podpięty.

– Tubby oberwał – odparł Raymond Taylor, przeciągając po wschodnioteksańsku. Dobre dwa lata przed tym, jak Stany Zjednoczone zaangażowały się w wojnę, razem z rodziną przeprowadził się do Kanady, żeby wstąpić do RCAF. Stół nawigatora znajdował się bezpośrednio za jego stanowiskiem. Ray miał dwadzieścia trzy lata, był więc najstarszym członkiem załogi. – Mamy pożar.

W słuchawce Nowak słyszał, jak Ray na radiostacji alfabetem Morse’a wystukuje sygnał SOS. Kropka, kropka, kropka, kreska, kreska, kreska, kropka, kropka, kropka.

– Zapnij Tubby’ego – zalecił pilot.

Mierzący prawie dwa metry wzrostu, szczupły, acz muskularny Ray bez trudu przeniesie masywnego Tubby’ego zza stołu na składane nosze. Zapnie mocowania i zabezpieczy kolegę, potem uruchomi butlę z powietrzem w kamizelce ratunkowej, a w końcu zapełni ją, dmuchając w ustnik. Nowak liczył, że się mu to uda.

W powietrzu unosił się dym i przenikliwy smród materiałów wybuchowych. Od podłogi bił intensywny żar. Kątem oka pilot spostrzegł ruch. Freddie dźwignął się na nogi, z czoła broczył krwią.

– Wyrwij kable. Przerwij obwód. Zgaś płomienie! – krzyknął Nowak.

Freddie wyjął gaśnicę zza fotela pilota i odbezpieczył ją. Pompował prędko, w drodze do kokpitu rozlewając środek gaśniczy.

Ostrzał przeciwlotniczy ustał gdzieś nad Morzem Północnym. Bez nawigatora Nowak nie był pewien ich położenia, ale wiedział, że stracą co najmniej godzinę, nim dolecą do najbliższego punktu na angielskim wybrzeżu. W życiu tam nie dotrą. Jego ludzie nie mogą skakać ze spadochronem do zimnej wody tak daleko od brzegu. Zakrawałoby to na samobójstwo. Wszyscy poumierają z wyziębienia.

Jako pilot i dowódca statku Nowak ponosił odpowiedzialność za bezpieczeństwo załogi. Nazywali go „szefem” – szczycił się tym mianem – i mu ufali. Nie zamierzał ich zawieść. Ani teraz, ani wcale. Mógł ich ratować tylko w jeden sposób: wylądować awaryjnie na wodzie z żarliwą nadzieją, że gumowy ponton napełni się wówczas powietrzem.

– Szykujcie się na wodowanie, panowie. Lądujemy – rzekł Nowak najspokojniej, jak tylko umiał.

Członkowie załogi znali procedurę wodowania. Przed ewakuacją usunąć astrowieżyczkę. Zabezpieczyć pasy naramienne pilota. Wyrzucić luźny sprzęt. Zniszczyć tajne dokumenty. Spakować zapasy awaryjne. Nadać współrzędne ich pozycji do bazy. Przyjąć pozycję do wodowania: skulić się, przywrzeć plecami do dźwigara skrzydła, ręce spleść za głową.

Wysokościomierz zawirował w lewo, więc Nowak skierował samolot ku wzburzonemu morzu bez dokładnego odczytu wysokości. Musiał wylądować na grzbiecie fali, równolegle do jej dolin. Włączył światła lądowania, żeby ocenić wysokość. Nie zadziałały. Jeśli uderzy dziobem we wzbierające fale, wellington rozpadnie się na miejscu.

Zdarł skórzane rękawiczki, by wytrzeć spocone dłonie o spodnie, po czym zrzucił paliwo, opuścił klapy i zmniejszył przepustowość. Siłował się z drążkiem, by kontrolować dziób i skrzydła dygocącego bombowca. Za przewodnika miał tylko odbicie księżyca na wodzie. Jeżeli końcówka skrzydła dotknie powierzchni oceanu jako pierwsza, samolot przekoziołkuje jak listek na wietrze.

– Na rany Chrystusa, chłopaki, trzymajcie się – ryknął Nowak wśród ogłuszającego huku. Bombowiec pikował. Pilot przeżegnał się w myślach. Przez głowę przemknęły mu matka i siostra czekające w Kanadzie, zaplanowane na sobotę wesele Freddiego, dzieci Raya.

Najpierw uderzył w morze ogon maszyny. Potem brzuch. Sekundę później dziób grzmotnął w fale z impetem. Do kokpitu wdarła się woda i samolot zatrzymał się gwałtownie.

Mieli minutę, może dwie, nim uszkodzony samolot zatonie. Nowak pociągnął zawleczkę zabezpieczającą uprząż i wyskoczył z fotela, zdzierając gogle oraz skórzany kask. Freddie i Badylek wparowali do kokpitu i przeleźli lukiem ewakuacyjnym nad siedzeniem pilota. Ray spieszył tuż za nimi, dźwigając przez ramię Tubby’ego. Przepchnął nawigatora przez luk, a Freddie i Badylek go wyciągnęli. Ray przecisnął się jako następny.

Nowak wypełzł za Rayem. Gdy tylko znalazł się na zewnątrz, pociągnął za sznurek, by uruchomić kamizelkę ratunkową. Z ulgą zauważył, że Freddie i Badylek kucają już na zanurzonym częściowo skrzydle, starając się utrzymać równowagę wśród bijących wokół fal. Ray zsuwał się pomału z Tubbym w ramionach.

Nowak, gramoląc się na szczyt bombowca, poślizgnął się na mokrej powierzchni. Odzyskał równowagę, z całej siły przebijając materiał stopą. Dzięki przeplatanej konstrukcji geodetycznej kratownicy kadłuba, która dawała oparcie butom, cofał się stopniowo, odliczając w głowie sekundy. Upłynęło już pół minuty.

Zsunął się na skrzydło. Dwa rozgrzane silniki trzeszczały, zalewane morską wodą, wzbijając tumany syczącej pary.

Gumowy ponton napełnił się powietrzem w chwili uderzenia, lecz unosił się na wodzie do góry dnem, przytwierdzony liną do prawej burty. Musieli jakimś cudem ułożyć go jak trzeba, wejść do środka i odciąć linę, która mocowała ich do samolotu oraz niechybnej śmierci.

Nowak głęboko zaczerpnął tchu i dał nura do słonej wody. Z zimna zachłysnął się i łyknął parę haustów. Freddie w ślad za nim wczołgał się na przewrócony ponton i pociągnął za uchwyt, podczas gdy Nowak pchał od spodu. Ponton opadł gwałtownie i wepchnął go pod wodę. Wychynął na powierzchnię ponownie, krztusząc się. Choć piekły go oczy, widział, że ponton szarpie za linę mocującą go do samolotu, którego roztrzaskany dziób zatapiał się pod powierzchnią. Za parę sekund bombowiec pociągnie na dno morza ich jedyny środek ratunku.

Razem z Freddiem ponowili próbę i tym razem udało im się odwrócić ponton. Ustabilizowali go, by Ray i Badylek mogli ściągnąć Tubby’ego ze skrzydła.

– Gdzie ten cholerny nóż?! – ryknął Freddie. – Nie ma go w kaburze.

– Kto ma nóż? – krzyknął Nowak.

Ray wyjął z kieszeni nóż sprężynowy, rozłożył go, wychylił się za burtę i przeciął linę.

Nowak przypatrywał się z ulgą i żalem, jak jego wellington tonie w ciemnej wodzie. Przylgnął do krawędzi pontonu i walcząc z naporem fal, usiłował się unieść, lecz uchodziły z niego siły. Ręce ślizgały mu się po śliskiej gumie, ale Ray złapał za uchwyty w jego kamizelce ratunkowej i wciągnął go na pokład.

Załoga skupiła się przy sobie. Tubby leżał między nimi z głową na kolanach Edwina.

– Tubby jest w złym stanie. – Ray odwiązał jedwabny szalik i otarł nim krew z twarzy nawigatora. – Prawie odstrzelili mu nos.

– Jasny szlag – skwitował Freddie.

– Uciskaj. Spróbuj zahamować krwotok – zalecił Nowak. – Freddie, znajdź apteczkę.

Freddie przetrząsnął zawartość znajdującej się w pontonie metalowej apteczki. Wyjął strzykawkę i ampułkę morfiny, zakasał Tubby’emu rękaw, dziabnął go igłą i nacisnął tłok. Nowak przeniósł uwagę na resztę załogi.

– Ray, jesteś ranny?

– To nic poważnego.

– Badylek?

– Oberwałem trochę w rękę.

– Freddie?

– Tylko to skaleczenie. – Freddie dotknął czoła. – A ty, szefie?

– Nic mi nie jest – odparł Nowak, po czym spytał Raya: – Wysłałeś do bazy nasze współrzędne?

– W przybliżeniu. Tyle mogłem bez Tubby’ego.

Nowak musiał wystrzelić racę, by oznaczyć ich położenie, potrzebował więc pistoletu sygnałowego i pocisków.

– Gdzie rakietnica?

Ray zawahał się, potem przyznał:

– Miałem ją w torbie. Zmyła ją fala. Musiałem wybierać, szefie, czy ratować Tubby’ego, czy rakietnicę.

– Nie przejmujcie się. Służba morska nas zgarnie – zapewnił swoich ludzi Nowak. Nie chciał tego przyznać, ale sam się martwił. Drżał, podciągając mokrą kurtkę pod brodę. Krew brocząca z ran na jego piersi była ciepła w dotyku.

Ponton kołysał się pod wpływem zawodzącego wiatru, a szalejące fale chlustały do środka wodą. Freddie wylewał ją, gdy tylko się wdzierała. Badylek wychylił się przez burtę i wymiotował, a Ray trzymał go za kark, żeby nie wypadł. Nowak nie spuszczał oczu z horyzontu na zachodzie i zaciskał palce na króliczej łapce z nadzieją na ratunek. Tubby nie odzyskiwał przytomności.

O świcie pojawił się statek. Badylek dmuchał w gwizdek i wymachiwał rękami, a reszta załogi wiwatowała.

Dopóki ich oczom nie ukazała się czarna swastyka na czerwono-białej nazistowskiej fladze.

ROZDZIAŁ 3

Mieszkanie rodziny Kowalskich

Warszawa, Stare Miasto, Polska

Na dachu błękitnej kamienicy przy ulicy Piwnej spoczywał kamienny gargulec. Anna zawsze zerkała na niego, wychodząc, i modliła się w duchu, by odstraszył złe duchy, lecz dziś zapomniała rozemocjonowana.

Jej ulubiony poeta, Krzysztof Kamil Baczyński, student polonistyki na tajnych kompletach, miał przyjść na odczyt do jej szkoły, wstała więc wcześniej, by doszyć do końca jedwabną bluzkę, którą wykroiła ze spadochronu pozyskanego podczas zrzutu. Wypucowała następnie swoje jedyne buty i wybiegła z domu, by wstąpić po Ewę Jeską.

Od domu rodziny Jesków dzieliło ją raptem parę brukowanych przecznic – mieszkali na Rynku, zaraz za gotycką bazyliką świętego Jana Chrzciciela i kościołem jezuitów. Anna, starsza o pięć lat od dwunastoletniej Ewy, zaoferowała, że będzie ją odprowadzać do szkoły, po tym, jak kilkoro jasnowłosych i niebieskookich dzieci z sąsiedztwa zaginęło.

Na ogół chodziła do Ewy okrężną drogą, aby nie widzieć kwartału zniszczonego podczas tygodni nieustannych bombardowań, lecz dziś poszła na skróty, mijając drewniane krzyże rozsiane wśród zgliszczy i walcząc ze wspomnieniami z „lanego poniedziałku”. Błąkała się wśród wypalonych ruin godzinami, spanikowana i zagubiona, aż w końcu rozpoznała wystający z rumowiska słupek od łóżka z sypialni rodziców. Gołymi rękami grzebała w gruzach, nawołując do matki, i drapała palcami aż do krwi, targając cegły, rury, belki i odłamki szkła w poszukiwaniu jej ciała.

Otarła oczy, po czym weszła głównymi drzwiami żółtej kamienicy na Rynku. Jak zwykle zastała Ewę za drewnianym biurkiem w gabinecie jej ojca na piętrze i ze stetoskopem na szyi.

– Tu masz receptę, guzdrało. – Ewa nabazgrała coś w receptowniku i teatralnym gestem podała jej kartkę.

Anna zaśmiała się, czytając: „Dwie kostki cukru i kosteczka czekolady”.

Ewa wyszła zza biurka. Ubrana była w sukienkę w niezapominajki i eleganckie nowe buty. Obie dziewczyny związywały pszenicznozłote włosy w warkocz, lecz Ewa zawsze wplatała w niego fioletową wstążkę. Wyglądały tak podobnie do siebie, że często brano je za siostry.

Odkąd naziści zakazali kształcenia powyżej czwartej klasy, Anna i Ewa uczęszczały na tajne lekcje zorganizowane przez Polskie Państwo Podziemne w prywatnym domu na Nowym Mieście, jakieś dwa kilometry stąd. Przechodziły ramię w ramię przez spiczastą arkadę w ceglastoczerwonym murze obronnym otaczającym Stare Miasto, a potem przemierzały cichą, boczną uliczkę, której naziści na ogół nie patrolowali. Po obu jej stronach rosły lipy, których gałęzie sięgały tak nisko, że tworzyły tunel, a kiedy dziewczęta szły pod nimi, sercowate liście niemal muskały Annę po twarzy. Na końcu uliczki skręcały w lewo, gdzie rósł olbrzymi dąb.

Gdy szły, Ewie nie zamykała się buzia.

– Fioletowy to mój ulubiony kolor – oświadczyła. – A twój?

– Niebieski. Jak niebo – odparła Anna, spoglądając w górę.

Ewa przystanęła przy kępce dzikiej gipsówki. Zniżyła głos i szepnęła:

– Podsłuchałam, jak siostra rozmawiała z rodzicami. Zofia mówiła, że Samuel i jego rodzina zniknęli. Boi się, że ktoś doniósł Niemcom, że to Żydzi.

Anna pomasowała gęsią skórkę na ramionach, wracając myślami do nocy zrzutu. Martwiła się o kolegę z dzieciństwa, Samuela Weissa. Cichy, nieśmiały chłopak prawie codziennie ćwiczył z nią po szkole taniec na konkursy w studiu jego mamy, zanim Niemcy je zamknęli. Ich matki się przyjaźniły od dzieciństwa, kiedy to poznały się w szkole baletowej.

– Niewykluczone. Gestapo nagradza za informacje o ukrywających się Żydach – przyznała.

– Dlaczego Niemcy tak bardzo ich nienawidzą? – zapytała Ewa.

– Zdaniem Hitlera każdy powinien mieć blond włosy i niebieskie oczy.

– To nie ma sensu. Sam Hitler nie ma blond włosów. – Ewa szarpnęła za warkocz i dotknęła fioletowej wstążki. – Ale my mamy, a nas też nienawidzi.

– Hitler nienawidzi wszystkich Polaków. Polskich chrześcijan, takich jak my, nazywa Untermenschen. – „Podludzie”.

– Sami są Untermenschen.

Anna zerknęła na zegarek.

– Lepiej się pośpieszmy. Nie chcemy się spóźnić. – Chwyciła Ewę za rękę, kiedy przechodziły przez zatłoczoną ulicę, rozejrzawszy się w obie strony za niemieckimi żołnierzami. – Prędko – nakazała Ewie, przyśpieszając kroku.

Skręciły w żwirową drogę prowadzącą w dół. Na końcu stała kobieta w ciężkim, czarnym płaszczu, a chociaż wyglądała raczej niepozornie, coś w niej budziło niepokój. Gdy się zbliżały, Anna zauważyła, że spod rozpiętego płaszcza wystaje szara sukienka oraz biały fartuch. Przypominało to mundurek Brunatnych Sióstr – nazistowskich pielęgniarek. Zacisnęła dłoń na palcach Ewy mocniej.

– Idź dalej – szepnęła – i nie podnoś głowy. – Przez moment Anna sądziła, że przejdą bez przeszkód, lecz nagle kobieta zastąpiła im drogę.

– Guten Morgen – odezwała się.

– Guten Morgen – odparła Anna, najlepiej jak umiała po niemiecku, rozglądając się po ulicy.

– Dokąd idziecie? – zapytała pielęgniarka.

– Na spacer. Taki ładny dzień – odpowiedziała Anna.

Następne pytanie pielęgniarka skierowała do Ewy:

– Ile masz lat?

Dziewczynka nie odpowiedziała.

– Nie bój się, skarbie. Nie zrobię ci krzywdy – zapewniła łagodnym tonem kobieta. Wsunęła rękę do kieszeni i wygrzebała zapakowany batonik. – Lubisz czekoladę?

Ewa pokiwała głową.

– Masz ochotę?

Anna cofnęła się, ciągnąc Ewę ze sobą. Ewa wyrwała się jej i zrobiła krok naprzód, wyciągając dłoń.

Anna obróciła się jak fryga, słysząc szelest wśród drzew. Serce jej załomotało, gdy zauważyła człowieka w czarnym mundurze, który trzymał na krótkiej smyczy przerażającego owczarka niemieckiego z naderwanym uchem. Podwójne runy i Totenkopf – insygnia przedstawiające trupią czaszkę nad skrzyżowanymi piszczelami – zdradzały, że to członek Schutzstaffel, budzącego grozę niemieckiego SS.

Zacisnęła zęby. Mignął jej złoty ząb, gdy esesman podniósł rękę do pistoletu maszynowego MP-40, który miał przerzucony przez ramię. Na broni znała się jak na polskich pisarzach.

– Nie bierz, Ewa. Patrzy na nas esesman z psem. Uciekaj! – krzyknęła Anna.

Dziewczęta pognały ulicą. Przemknęło Annie przez myśl, czy nie udać się po pomoc do szkoły, ale w ten sposób wyjawiłyby jej tajne położenie i naraziły wszystkich tam obecnych na niebezpieczeństwo.

Słyszała za sobą oficera i dyszącego psa. Przecięły pustą parcelę i przecisnęły się pod płotem. Tuż przed nimi stromy uskok prowadził ku głównej drodze. Śmigały tam samochody i ciężarówki. Jeżeli dotrą na tę ruchliwą ulicę, może uda im się pozyskać pomoc albo ukryć się w tłoku i zgubić pościg.

Dziewczyny gramoliły się po piaszczystym zboczu, chwytając się rozsianych gdzieniegdzie kępek trawy i kamieni. Anna dotarła na szczyt i przelazła przez barierkę, Ewa była parę kroków za nią. Wyciągnęła rękę, by pomóc młodszej przyjaciółce przejść przez metalową balustradkę, lecz Ewa poślizgnęła się i osunęła na sam dół.

Anna patrzyła z przerażeniem, jak oficer spuszcza psa. Owczarek skoczył na Ewę, napierając przednimi łapami na jej klatkę piersiową. Czarny nos przysunął jej pod samą twarz i warczał, obnażywszy zęby.

– Anno! Pomocy. Proszę, pomóż! – krzyczała Ewa.

Anna zsunęła się po zboczu do Ewy leżącej w bezruchu, z zaciśniętymi oczami i pięściami. Zamachnęła się torbą na warczącego psa i krzyknęła, by go spłoszyć. Esesman wziął zamach pistoletem i uderzeniem przewrócił ją na ziemię.

– Nie rób jej krzywdy. To tylko mała dziewczynka – błagała Anna.

Wymierzył z broni prosto w nią, kładąc palec na spuście.

– Zostaw ją albo cię zastrzelę – powiedział, mrużąc piwne oczy.

Zerwała się na nogi, unosząc ręce. Nie miała szans w starciu z oficerem, jego bronią i psem. Musiała znaleźć tatę. I to szybko.

Wczołgała się z powrotem na nasyp. Przelazła przez barierkę i przebiegła całą drogę do arkady w sypiącym się murze, wiodącej w stronę Starego Miasta, przez Rynek, brukowanymi ulicami obok zbombardowanych domów. W tej chwili wszystko wydawało się groźne, nawet znajome, kolorowe kamienice na Piwnej.

Wparowała frontowymi drzwiami do domu ze steranym gargulcem na dachu. Tata i Michał siedzieli przy kuchennym stole.

– Anno, kochanie. Co się stało? – Tata zerwał się na równe nogi.

Ledwie zdołała wykrztusić:

– Oni… mają Ewę!

– Kto ma Ewę?

– SS… SS ją porwało. – Anna szarpnęła ojca za rękę, ciągnąc go ku drzwiom. – Nie ma czasu na gadanie. Musimy wracać i jej pomóc!

– Powoli. Opowiedz mi wszystko. – Odgarnął jej z oczu pasma włosów, które wyplątały się z warkocza.

Wciąż starając się złapać oddech, zrelacjonowała, co się wydarzyło.

– Lebensborn. – „Źródło Życia”. Michał walnął pięścią w stół i wstał, biorąc stena i pudełko z amunicją.

– Wygląda na to, że Brunatne Siostry pomagają im w brudnej robocie. – Tata pchnął Annę lekko w stronę brata i powiedział do niego: – Ty tu zostań z Anną. Pójdę sam.

– To wszystko moja wina. Miałam ją chronić. Byłam taka bezradna. – Anna zacisnęła powieki, by powstrzymać łzy. – Proszę, mogę iść z tobą?

– Nie.

– Ale…

– Anno. Powiedziałem nie.

Ostry ton jego głosu dał jej do zrozumienia, że ma się nie kłócić. Tata wyjął z kabury swój pistolet Vis i wysunął magazynek, by upewnić się, że jest pełen. Zdecydowanym gestem załadował go ponownie i chwycił filcowy kapelusz, ten z piórkiem kuropatwy, który mama zatknęła za zdobinę w dniu, kiedy zginęła.

– Michał, pilnuj siostry. Zarygluj za mną drzwi. – Wypadł z domu z impetem.

Michał zasunął zasuwkę i wcisnął ostrze rzeźnickiego noża między ścianę a drewnianą framugę drzwi.

– Ktoś cię śledził? – zapytał, otwierając pudełko z amunicją i wkładając naboje kalibru 9 mm do magazynka swojego pistoletu.

Pokręciła głową.

– Co to Lebensborn?

– Niewiele wiemy. Tylko to, co ustalili nasi kryptolodzy z rozszyfrowanych nazistowskich przekazów. To jakiś tajny program.

– Co jej zrobią?

– Ocenią jej czystość rasową. Porównają ze swoim ideałem. Starają się stworzyć rasę panów złożoną z blondwłosych, błękitnookich dzieci.

– Ona jest Polką!

– Zmienią jej akt urodzenia.

– Ale Niemcy nazywają nas Untermenschen. – Skoro zdaniem nazistów Polacy są podludźmi, dlaczego porywają ich dzieci i udają, że to Niemcy? – A jeżeli nie sprosta temu ideałowi?

Michał się zawahał.

– Módlmy się, żeby sprostała.

– Powiedz.

– Wyślą ją do obozu koncentracyjnego i eksterminują.

Czy ona się nie przesłyszała? Życie Ewy zależy od pomiaru rysów jej twarzy. Anna kopnęła w ścianę z odrazą na myśl o rządach terroru, które naziści zaprowadzili nad jej rodakami.

Weszła na górę do swojego pokoju. Nic już nie miało sensu. Zupełnie nic. Przyjrzała się w lustrze swojemu zapłakanemu odbiciu: pszenicznozłote blond włosy, migdałowate, niebieskie oczy… i przyrzekła sobie, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by wesprzeć ruch oporu.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Resistance Daughter

Copyright © Joanne Kormylo 2025

Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA

Published by arrangement with Bill Goodall Literary Agency through Rights People, London

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2025

Projekt okładki: © The Brewster Project

Zdjęcia na okładce: © Matilda Delwes/Arcangel, Depositphotos&Shutterstock

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Magdalena Kraszewska & Andżelika Wojtkiewicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

eISBN: 978-83-8402-552-9

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszyscy bohaterowie występujący w tej publikacji są fikcyjni, a wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

1942

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

Reklama 1

Reklama 2

Reklama 3

Spis treści

Karta redakcyjna