Gasnąc wśród świateł - Aneta Grabowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gasnąc wśród świateł ebook i audiobook

Aneta Grabowska

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

57 osób interesuje się tą książką

Opis

Skrywane tajemnice, krzywdy sprzed lat i wybory, które mogą kosztować więcej, niż ktokolwiek jest w stanie zapłacić.

 

Życie Wiktorii, studentki otoczonej przyjaciółmi i kochającą rodziną, wydaje się bezpieczne i przewidywalne. Do czasu – jedno spotkanie sprawia, że jej świat wywraca się do góry nogami, odsłaniając nieznane dotąd oblicze dziewczyny.

Michał stanowi zagadkę. Zachowuje dystans, ma w sobie potrzebę ucieczki – od uczuć, ludzi i wspomnień. Przypadkowa rozmowa na ławce w parku z nieznajomym staruszkiem staje się dla niego początkiem drogi do zrozumienia siebie – obecnego oraz tego z przeszłości.

W tle Nowa Huta – surowa, pełna kontrastów, dopełniająca historię o miłości podszytej lękiem i milczeniu głośniejszym niż słowa.

 

Wzruszająca opowieść o tym, że miłość ma niejedno oblicze i nigdy nie jest zbyt późno na wybaczenie. Polecam z całego serca.

Edyta Świętek – pisarka, autorka serii „Spacer Aleją Róż” i „Sandomierskie wzgórza”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 241

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 56 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Michał Klawiter

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



***

Obudził się pierwszy i od razu spojrzał w bok. Przy nim spała dziewczyna, która już dawno rozgościła się w jego myślach. Na początku nieśmiało po nich krążyła, stąpając po zakamarkach umysłu niemal niepostrzeżenie. Cwana bestyjka najwyraźniej miała świadomość, że gdyby tylko za bardzo dawała o sobie znać, natychmiast by ją stamtąd wyprosił, nie pytając nawet o zdanie. Nie zamierzał się zakochiwać, nie w głowie mu były randki, kwiaty i te inne pierdoły, którymi raczą się zakochani na pokaz, jak zawsze uważał. Dlaczego zatem był tu z nią teraz? Dlaczego nie miał ochoty ulotnić się, korzystając z okazji, że jeszcze spała? Dlaczego przyglądał się rozsypanym na poduszce orzechowym włosom i czekał, aż dziewczyna otworzy i przetrze zaspane oczy, a on ponownie zatopi się w głębi jej spojrzenia? Czyli jednak się zakochałem – przemknęło mu przez myśl. Zrobiła to taktycznie. Siedziała po cichu w moim zakutym łbie, a kiedy już przywykłem do jej obecności, wylazła na powierzchnię z tym swoim uroczym uśmiechem i postulatem, by ją kochać. Tak, kocham cię, do cholery, ale nie wiem, gdzie to nas zaprowadzi… – kontynuował.

Właśnie zamierzał uraczyć samego siebie wiązanką soczystych i całkiem oryginalnych wulgaryzmów, ale spostrzegł, że dziewczyna otwiera oczy, przeciągając się leniwie. Prawy kącik jej ust powędrował w górę, gdy tylko spojrzała w jego kierunku. Najpierw po prostu patrzyli na siebie, nie mówiąc ani słowa.

W końcu postanowił przerwać tę pełną napięcia i intymności chwilę.

– Co teraz? – zapytał.

– Może śniadanie? Nie wzgardzę ciepłą jajecznicą na bekonie, podaną prosto do łóżka. – Uśmiechnęła się figlarnie.

– Nie o to chodzi. – Zmierzył ją uważnym spojrzeniem, jakby nie do końca rozumiał wesołość swojej towarzyszki.

– A o co? – udała zdziwienie.

– Wiesz, że będziemy mieli cały świat przeciwko sobie?

– Świat właśnie przestał dla mnie istnieć, jesteś tylko ty – powiedziała, przyciągając go do siebie i łącząc ich usta w czułym pocałunku.

Rozdział 1

„Napierdala” – przeczytała pierwsze zdanie książki, której akcja toczyła się w Nowej Hucie, i pomyślała, że autor musiał być całkiem nieźle obeznany z tutejszymi realiami. Nie żeby jakoś specjalnie demonizowała dzielnicę, w której przyszło jej mieszkać, po prostu znała kilka osób z osiedla i raczej nikt z nich nie powiedziałby o takiej pogodzie, że pada deszcz. „Napierdala” było odpowiednie, zawierało w sobie wszystko, co niezbędne w komunikacie, wskazując w dodatku na emocjonalny stosunek autora wypowiedzi do obserwowanego zjawiska.

Wiktoria siedziała na parapecie w mieszkaniu, które odziedziczyła po babci. Mieściło się w samym sercu Nowej Huty, na osiedlu Centrum B. Trzy pokoje, każdy innej wielkości, drewniana boazeria w korytarzu, która pamiętała czasy, gdy policja była jeszcze milicją, łazienka wyłożona małymi, kwadratowymi płytkami w mało gustownym kolorze, oscylującym między różem i brzoskwinią, kuchnia, której podłogę zdobił jeszcze mniej gustowny gumolit, oraz kilka pawlaczy, wypchanych nie wiadomo czym i nie wiadomo po co. Wiktoria kochała swoje nowohuckie gniazdko za ten niepowtarzalny, peerelowski klimat. Czasem śmiała się, że ma to po babci, bo starowinka także nie wyobrażała sobie życia poza Hutą. Utyskiwała za każdym razem, gdy syn i synowa chcieli ją zabrać w inny rejon Krakowa, nieważne, w jakim celu. Babcia Honorata Nową Hutę traktowała jako odrębne miasto, a nie dzielnicę czegoś większego, więc zawsze podkreślała w rozmowach, że jej syn z żoną i córką mieszkają w Krakowie, a ona w Hucie. Wiktoria przejęła to od niej. Ona także, początkowo umyślnie, później już bezwiednie, mówiła, że jedzie do miasta lub do Krakowa, gdy wsiadała w tramwaj mający dowieźć ją na uczelnię czy na krakowski Kazimierz.

Studiowała filologię polską. Wybrała specjalność nauczycielską, choć wcale nie miała pewności, czy to właściwa ścieżka. Znajdowała się na tym etapie życia, kiedy tak na dobrą sprawę człowiek nie wie jeszcze, co chciałby robić w przyszłości, ale musi podjąć decyzje, które na tę przyszłość rzutują. Wiele osób przechodzi to wcześniej, zazwyczaj pod koniec liceum, gdy stają przed wyborem kierunku studiów, ale Wiktorię ten stan dopadł później. Polonistyka była dla niej, od dawna zdeklarowanej humanistki, wyborem oczywistym, problemem pozostawało pytanie: co dalej? Na nie odpowiedzi jak na razie nie znajdowała. Nie miała pojęcia, czy widzi się w roli kogoś, kto recytuje codziennie: „lekcja, temat, data dzisiejsza”, wiedząc, że ci po przeciwnej stronie biurka mają przewagę liczebną. Nie wierzyła, by miała taką siłę przebicia, aby rozkrzyczane towarzystwo ją usłyszało, a co dopiero zastosowało się do jej próśb. W chwilach, gdy dopadały ją takie wątpliwości, aby dodać sobie otuchy, wracała pamięcią do różnych zdarzeń na przestrzeni życia, o których nikomu nie opowiadała, choć bezsprzecznie dowodziły jej odwagi i… nuty szaleństwa. Czasami zastanawiała się, dlaczego nie zwierzyła się z nich nawet bliskim, jednak ostatecznie dochodziła do wniosku, że w sumie nie zdarzały się one zbyt często, i traktowała raczej jako epizody, a nie coś, co ją opisuje.

Wydawała się krucha i delikatna, w środku i na zewnątrz. Gładka buzia o jasnej karnacji, usiana kilkoma ledwo dostrzegalnymi piegami, okolona gęstą czupryną włosów, które farbowała na orzechowy brąz, nie znosząc ich naturalnego odcienia, określanego mianem mysiego. Duże piwne oczy spoglądały na świat zza szkieł okularów w spiczastych oprawkach. Usta przeciętnej wielkości, w jej odczuciu zbyt wąskie, malowała najczęściej na intensywne kolory, by choćby w taki sposób sugerować światu, że jest odważniejsza, niż wszyscy uważają. Uwielbiała buszować w lumpeksach, przez wielu znajomych nazywanych ładniej second handami, znajdując tam ciuchy, których próżno szukać w galeriach handlowych. To kolejna rzecz, której nie mogli zrozumieć jej bliscy.

Gwoli ścisłości, rodzice Wiktorii nie potrafili zrozumieć wielu jej wyborów, włącznie z zamieszkaniem w nowohuckim bloku, który lata świetności miał już dawno za sobą. Dziewczyna pochodziła z tak zwanego dobrego domu. Jej tata to szanowany w gronie lekarskim chirurg, mama – biotechnolożka w dużym koncernie produkującym kosmetyki z wyższej półki. Mieli tylko jedną córkę. Myliłby się jednak ten, kto z góry założył, że wybory życiowe Wiktorii stanowiły przejaw buntu. Raczej wynikały z tego, co od małego wpajali jej bliscy – że każdy człowiek ma prawo do bycia sobą i stanowienia o sobie. Kupione na osiemnaste urodziny mieszkanie na nowo wybudowanym, strzeżonym osiedlu, z dobrym połączeniem komunikacyjnym do centrum Krakowa, zostało niemal od razu wynajęte lokatorom. Dziewczyna nie potrafiła się tam odnaleźć, zdecydowanie wolała przytulne lokum po babci, z jego nieporównywalnie niższym standardem. Pudłem okazałoby się także przypuszczenie, że Bobrowscy, zajęci robieniem karier, nie mieli czasu dla córki, poświęcali bowiem Wiktorii więcej uwagi, niż zwykle otrzymywali jej koledzy i koleżanki od swoich rodziców. Matka dziewczyny nazywała to wdrażaniem w życie koncepcji work-life balance, ojciec po prostu czasem spędzanym z rodziną. Ich zainteresowanie sprawami jedynaczki nie miało jednak w sobie nic z rodzicielskiej kontroli. Stawiali na jej decyzyjność, nawet kiedy była jeszcze dzieckiem. I choć nie zawsze popierali jej wybory, akceptowali je i nigdy nie pożałowali, że właśnie w taki sposób wychowali córkę.

Gdyby zapytać przechodnia o to, jak widzi Wiktorię Bobrowską, ten zapewne odparłby, że to dziewczyna przeciętna – ani „żyleta”, ani nieurodziwa panna. Ktoś inny zwróciłby uwagę na to, że często ucieka wzrokiem, gdy dostrzeże, że ktoś na nią patrzy, a przyglądając się dłużej, dodałby jeszcze, że mało się odzywa w większej grupie. Z pewnością znaleźliby się i tacy, którzy uznaliby ją za nudziarę, która siedzi z nosem w książce i często bywa w bibliotece, na co wskazywały naklejki na okładkach i mocno sfatygowane egzemplarze trzymane w szczupłych dłoniach, których palce zdobiły duże pierścionki, każdy w innym kolorze. Je także odziedziczyła po babce i nie rozstawała się z nimi.

Ci wszyscy ludzie mieliby rację, ale tylko częściowo, bo Wiktoria Bobrowska miała także drugie oblicze. W towarzystwie osób, które znała i lubiła, stawała się gadatliwa, a bywało i tak, że robiła za duszę towarzystwa. Kiedy akurat odkładała na półkę jakiś klasyk lub romansidło, koniecznie z happy endem, sięgała po książki, gdzie trup ściele się gęsto, a ulicami spływają rzeki krwi. Przez te najchętniej zarywała noce, siedząc w fotelu owinięta grubym kocem zakończonym syrenim ogonem i śmiejąc się w duchu, że w tylu warstwach ubrań przypomina raczej rozdymkę, którą morze wyrzuciło na brzeg, aniżeli syrenę. Z pewnością czytanie przy świetle latarki, co uwielbiała robić od dziecka, nie było najmądrzejszym posunięciem, skoro na co dzień i tak przemierzała Kraków i okolice w okularach, ale gdy trafia się do świata, który pochłania bez reszty i mocno trzyma mackami wyobraźni, kusząc kojącym szeptem, że jeszcze tylko jeden rozdział, rozsądek ustępuje ekscytacji i ciekawości, co wydarzy się dalej.

Kolejną jej cechą, ukrytą głęboko, bo z zasady niczego nie robiła dla poklasku i uznania, była potrzeba niesienia pomocy.

Gdy dostrzegła kogoś pokrzywdzonego, obojętnie: człowieka czy zwierzę, Wiktoria zmieniała się tak bardzo, że nie poznałaby jej nawet rodzona matka. Z nieśmiałej i wycofanej osóbki stawała się zdeterminowaną kobietą, gotową wdać się w bójkę.

Jej rodzice nigdy się nie dowiedzieli, że rozbita w szóstej klasie warga nie była wynikiem niefortunnego potknięcia, a efektem tego, że postanowiła wyrwać bezpańskiego kota z łap dwóch starszych chłopaków. Nastoletni dręczyciele zwabili głodnego zwierzaka jakąś przekąską i zamierzali przywiązać mu do ogona odpaloną petardę. Wiktoria nie namyślała się długo, zadziałała instynktownie. Rzuciła się na młodocianych bandziorów, niemal ich taranując. Choć była niewysoka i drobna, to miała po swojej stronie element zaskoczenia. Kot wyrwał się i po kilku sekundach zniknął w krzakach, a Wiktoria zarobiła fangę w twarz. Na szczęście w okolicy pojawił się jakiś dorosły przechodzień, bo przygoda mogłaby się dla niej skończyć zdecydowanie gorzej. Ta dziewczyna posiadała w sobie gen wojowniczki, ale nikt z jej otoczenia tego się nie domyślał.

Jedną z osób, którym udało się zaskarbić sobie sympatię Wiktorii Bobrowskiej, była Baśka, jej współlokatorka w nowohuckim mieszkaniu. Poznały się zaraz na początku pierwszego roku studiów w sposób banalny i właściwy wielu początkom uczelnianych znajomości – Wiktoria przytrzymała drzwi w windzie, widząc, że jakaś dziewczyna biegnie na złamanie karku, by zdążyć, zanim ta ruszy w górę. Kiedy Barbara wpadła do środka i przestała dyszeć, zlustrowała wzrokiem nieznajomą, po czym przeniosła wzrok na przyciski.

– Ja też na piąte! Jesteś na biologii? – zapytała z uśmiechem.

– Nie, ja do Instytutu Filologii Polskiej – odparła cicho Wiktoria.

– No to będziemy sąsiadkami!

Tak niepozornie zaczęła się przyjaźń, która niejedno już przeszła. Głównie za sprawą Baśki, która bardziej od imprezowania w miasteczku studenckim i na krakowskim Kazimierzu lubiła tylko pakowanie się w kłopoty. Przede wszystkim te sercowe, kiedy źle lokowała uczucia. Na szczęście miłostki Barbary szybko ulatywały z jej pamięci, a to za sprawą brania na celownik kolejnej ofiary, która miała uleczyć zbolałe serce. Wiktoria za każdym razem wspierała Baśkę całą sobą, choć nieraz zastanawiała się, jak to możliwe, że jej przyjaciółka tak szasta miłością na prawo i lewo. Sama chyba jeszcze nigdy tak naprawdę nie była zakochana i choć bardzo chciała poznać ten słodki stan, gdy człowiek patrzy na świat niewidzącym wzrokiem, to wiedziała, że nie ma na to wpływu i po prostu musi poczekać, aż na jej drodze stanie właściwa osoba. Miała też świadomość, że jest zupełnie inna niż przyjaciółka, i zakładała, że jeśli już komuś odda serce, to na zawsze – taka pozostałość po zaczytywaniu się w powieściach Jane Austen i jej podobnych.

Wiktora Bobrowska, siedząc na parapecie w odziedziczonym po babci i dziadku mieszkaniu, nie miała pojęcia, że już wkrótce sama stanie się bohaterką wydarzeń mogących posłużyć za dobry materiał na książkę, a jej uporządkowany świat legnie w gruzach.

– Napierdala.

Uśmiechnęła się, słysząc krótki komunikat Baśki, która wparowała do jej pokoju, jak zwykle bez pukania. Witamy w Hucie – pomyślała, zanim odłożyła książkę.

Rozdział 2

Michał wyszedł przed blok, rozejrzał się i zaczął zastanawiać, w którą stronę skierować kroki. Chwilę wcześniej został prawie siłą wypchnięty za drzwi, gdyż jego współlokator miał randkę i nie zamierzał ryzykować, że wybranka zainteresuje się nie tym facetem, którym powinna, co już raz się zdarzyło. Poprzednia dziewczyna Jarka była nią krótko, bo gdy przyprowadził ją do mieszkania, zwróciła szczególną uwagę na małomównego typa, który na wszystkie pytania odpowiadał co najwyżej jednym zdaniem. Michał wcale nie prosił się o tę atencję i nie zamierzał jej wykorzystywać, więc nie czuł się winny, ale rozumiał obawy kumpla. Jarek ponoć nagle odkrył, że koleżanka z dzieciństwa, której wiecznie dokuczał, na przykład strzelając gumką od stanika, wyrosła na piękną kobietę. Michał życzył mu powodzenia, choć nie sądził, by to mogło się udać. Zresztą jemu w ogóle trudno było uwierzyć w miłość. Nie widział jej ani między rodzicami, ani między bratem i jego żoną. Zakładał, że istniała, ale zapewne zdarzała się wybranym i w zdecydowanie bardziej sprzyjających warunkach, więc dlaczego nagle Jarkowi miałoby się coś takiego przytrafić? Nie tu, nie w takich okolicznościach.

Popatrzył na „blok szwedzki”, w którym od kilku lat mieszkał, i uśmiechnął się na myśl, że nazwa osiedla rzeczywiście pasuje, choć z jednym zastrzeżeniem. Szklane domy zapewniały mieszkańcom równość, na siłę dałoby się pod to podciągnąć także sprawiedliwość społeczną, ale do dobrobytu było daleko. Sam stanowił tego całkiem niezły przykład, podobnie jak wielu innych mieszkańców długiego na kilkanaście klatek schodowych bloku.

Głośne szczekanie psa wyrwało go z zamyślenia. Pogoda nie rozpieszczała, więc ktoś najwyraźniej skrócił spacer swojemu czworonogowi, aby nie zmoknąć. Jemu deszcz nie przeszkadzał. Potrzebował czegoś, co ostudzi głowę. Ruszył w kierunku parku Ratuszowego. To było miejsce, w którym spędzał niemal każdą wolną chwilę. Na co dzień stronił od ludzi, lubił ich jednak obserwować, a park biegnący wzdłuż alei Róż dawał ku temu wiele sposobności. Małolaty szwendające się bez celu w nadziei, że któryś w końcu wpadnie na pomysł, co robić, żeby było „grubo”. Starsi panowie, którzy uciekli ze swoich klitek od małżonek, by mieć chwilę spokoju i rozegrać partyjkę na betonowych szachownicach. Korposzczury, których brzydziła sama myśl o tym, że mieszkają w Hucie, ale znajdowali się jeszcze za nisko w hierarchii organizacji, by mogli sobie pozwolić na wynajem przy Mogilskim czy Grzegórzeckim. Typki chcące uchodzić za towarzystwo spod ciemnej gwiazdy, zwykle sępiące fajki od kogo popadnie. Przekrój społeczeństwa był w tym miejscu naprawdę szeroki. Ale nie tego dnia. Deszcz skutecznie odwodził od spacerowania.

Michał usiadł na wolnej ławce i wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, prawie nie czując, że duże krople torpedują jego ciało. Myślami znajdował się w zupełnie innym miejscu – planował, jak pogodzić zbliżający się zjazd z weekendową zmianą w robocie. Nie sądził, żeby ktoś w pracy chciał zrezygnować z wolnej soboty tylko dlatego, że taka zamiana ułatwiłaby życie mrukliwemu znajomemu – bo tak po prawdzie, to nawet trudno go nazwać kumplem.

Nagle poczuł na sobie czyjś wzrok. Odwrócił się i ujrzał siwego mężczyznę w nieco już sfatygowanym garniturze, który siedział na pobliskiej ławce i przyglądał mu się badawczo. W ręku trzymał duży parasol starej daty. Nie znał go, zupełnie nie kojarzył jego twarzy, nawet z przelotnych spotkań na osiedlu. W parku też go nigdy nie widział albo nie zwrócił na niego wcześniej uwagi. Michał nie miał pojęcia, dlaczego staruszek tak mu się przypatruje ani dlaczego siedzi tutaj samotnie w deszczu. Przez głowę przemknęło mu, że być może mężczyzna potrzebuje pomocy. Powoli podniósł się i nie zrywając kontaktu wzrokowego, podszedł bliżej.

– Wszystko w porządku? – zapytał starca z twarzą poprzecinaną wieloma bruzdami, co dostrzegł dopiero teraz.

– Ty mi to powiedz, młody człowieku – odparł chrypliwym głosem.

– Ja? – zdziwił się Michał. – Przecież to pan mi się przypatrywał, nawet trochę bezczelnie, ale pomyślałem, że może potrzebuje pan pomocy czy coś.

– Przyglądam ci się, bo wyglądasz, jakby bolało – wyjaśnił enigmatycznie.

– Bolało? Co niby ma mnie boleć?

– Życie – stwierdził krótko, a następnie zacisnął starcze usta w wąską kreskę. Kiedy popatrzył w przepełnione pustką oczy chłopaka, wiedział już, że trafił w sedno.

Michał nie odpowiedział. Patrzył przez dłuższą chwilę na nieznajomego, który zdawał się znać jego myśli, a następnie odwrócił się na pięcie i bez słowa pożegnania odszedł w kierunku swojego bloku. Przestało liczyć się, że Jarek sprowadził tam dziewczynę i miał nadzieję na trochę prywatności. Nie czuł już deszczu, choć ten przybrał na sile. Wszystko przestało się liczyć, bo wspomnienia zaczęły bombardować jego głowę.

Pokonywał po dwa stopnie naraz, a gdy tylko znalazł się na trzecim piętrze, szybko dopadł do drzwi, nie pukając i zupełnie nie zastanawiając się, czy nie przeszkodzi Jarkowi w odnawianiu znajomości z koleżanką sprzed lat. Wparował do mieszkania, rzucił chłodne „cześć” w kierunku kuchni, skąd spoglądały na niego dwie pary zaskoczonych oczu, a następnie zamknął się w swoim pokoju i opadł na łóżko. Przymknął powieki i marszcząc brwi, starał się oddychać głęboko. Miał nadzieję, że uda mu się uspokoić emocje i odegnać niechciane myśli. Niestety, obrazy z przeszłości wciąż, jeden po drugim, stawały mu przed oczami niczym kadry z filmu. Filmu, w którym był tylko statystą, choć sceneria do złudzenia przypominała jego dom rodzinny. Znów czuł się niewidzialny, zupełnie jak przez te wszystkie lata, gdy jako dzieciak miał się tylko uśmiechać do zdjęć, recytować wierszyki, gdy ktoś przyszedł w odwiedziny, i mówić grzecznie „dzień dobry”. Odnosił wrażenie, że gdyby ten chłopak, którego widział teraz w swojej głowie, zniknął wtedy, nikt nie zwróciłby na to szczególnej uwagi. Był przecież jak element wystroju, tylko na pokaz, jak szczeniak na wystawie – z odpowiednim rodowodem, zdyscyplinowany, wytresowany.

Był chłopakiem z dobrego domu. Chłopakiem, który przedwcześnie rzucił się w wir życia, bo pragnął zostać zauważony. Stał się kimś, kim gardziliby jego matka i ojciec. Ale gdyby zdecydował się żyć jak oni, gardziłby sam sobą.

– Dość… Kurwa, dość… Nie wytrzymam tego… – wysyczał, zaciskając powieki z całych sił.

Po chwili zerwał się na równe nogi i pewnym krokiem podążył w stronę kuchni. Przelotnie zerknął na towarzyszkę swojego współlokatora, ale to wystarczyło, by dostrzegł błysk zainteresowania w jej spojrzeniu. Nie umknął on także Jarkowi, który odchrząknął znacząco i powiedział:

– Nie miałeś czasem być gdziekolwiek indziej, byle nie tu? – Uniósł brew, co pozwalało przypuszczać, że jest trochę wkurzony przez niespodziewany powrót przyjaciela.

– Pogoda nie sprzyja myślom i samotności – wyjaśnił Michał, a Jarek pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Nie wyglądasz na filozofa. – Zachichotała dziewczyna. – Cześć, Karolina jestem – rzuciła, uśmiechając się zalotnie.

Już wiedzieli. Nic z tego. Miłość po raz kolejny ominęła szerokim łukiem „szklany dom”, dumę Ingardenów.

Rozdział 3

Michał siedział na łóżku i delikatnie muskał struny starej gitary, po którą sięgał, ilekroć nawiedzały go obrazy z przeszłości, z dzieciństwa ponoć usłanego różami. Pech chciał, że jako jedyny dostrzegał też kolce. Nucił cicho ulubioną melodię, z zamkniętymi oczami wsłuchując się w brzmienie własnego głosu, którego szersza publika nigdy miała nie usłyszeć. Przecież brzdąkanie na gitarze i śpiewanie smętnych kawałków to nie jest zajęcie dla chłopaka, nawet jeśli ma on tylko dziesięć lat i marzenie, by zostać znanym na całym świecie muzykiem. Wspomnienia, znowu te cholerne wspomnienia – pomyślał i mocniej zacisnął powieki.

Gitara to pierwsza rzecz, którą kupił za samodzielnie zarobione pieniądze. Nie od razu mógł sobie na nią pozwolić, długo oszczędzał na ten cel. Stanie za barem w podrzędnej osiedlowej knajpie nie obfitowało ani w wysoką stawkę godzinową, ani w zbytki w postaci napiwków. To był czas, kiedy odkładał każdy grosz, a wszystkie wydatki, te minione i planowane, zapisywał w zeszycie, by wiedzieć, czy w danym miesiącu łapać się jeszcze prac dorywczych, czy uda się dotrwać do wypłaty. Starał się brać wszystko, co rynek pracy oferował dla takich jak on – roznosił ulotki, był pomocnikiem na budowie, wypakowywał towar w galeriach handlowych, przygotowywał śmieciowe żarcie na zapleczu restauracji jednej z sieciówek. Czasem na rozmowach kwalifikacyjnych pytano go, jak to możliwe, że chłopak po najlepszym liceum w mieście nie zdał matury, nie poszedł na studia. Odpowiadał krótko, że ma inny plan na życie, a potem po prostu robił swoje.

To właśnie przy okazji jednej z takich dorywczych prac poznał Jarka. Chłopak pochodził, jak sam to określał, z patologii, w ich życiu nie było dnia bez libacji. Wychowywał go ojciec, o matce niewiele wiedział, bo wiecznie pijany ojczulek na samo jej wspomnienie wybuchał gniewem i wrzeszczał, że to „stara rozpustnica i kurwa”. Uciekł z domu krótko przed osiemnastką, bo nie chciał się stoczyć, a czuł, że właśnie to by się stało, gdyby dłużej został w domu, który był nim tylko z nazwy.

Michał słuchał go i myślał o tym, że choć pozornie tak wiele ich różni, to jednak są do siebie w pewien sposób podobni – obaj uciekli przed życiem, jakie chciały im zafundować własne rodziny, i pragnęli odciąć się od przeszłości grubą czerwoną kreską.

Szybko złapali wspólny język, choć mówił głównie Jarek, akceptując milczący charakter nowego kumpla, którego szczerze polubił.

To właśnie ta akceptacja, to branie go takiego, jaki był, sprawiły, że gdy Jarosław Olszański zaproponował, by wspólnie coś wynajęli, nie wahał się, choć wiedział, że finansowo będzie trudniej. Do tej pory Michał mieszkał na stancji u starszej kobiety, która podsłuchiwała jego nieliczne rozmowy i – prawdopodobnie – grzebała w rzeczach, gdy nie było go w domu. Najem całego mieszkania jawił się wówczas jako luksus, na jaki nie mógł sobie pozwolić, ale wesoła paplanina Jarka i jego optymistyczne scenariusze dotyczące przyszłości sprawiły, że po raz kolejny postawił wszystko na jedną kartę.

Długo trwało, zanim Michał zdołał się otworzyć przed kumplem, ale kiedy już to nastąpiło, wiedział, że podjął dobrą decyzję, postanawiając mu zaufać. Jarek był jedyną osobą, która znała jego przeszłość i która wiedziała, jak bardzo stara się przed nią uciec. To przy nim rozwiązywał mu się język podczas długich rozmów, które czasem im się zdarzały. Jednak gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiał się ktoś obcy, Michał na powrót stawał się skryty i milczący.

Z zamyślenia chłopaka wyrwał cichy śmiech i słowa Jarka:

– Co, znów cię przeszłość dopadła?

– Taa… Dopadła, przeżuła i wypluła – westchnął, pocierając dłonią zmęczone oczy.

– Nie chciałbym przerywać tej sentymentalnej podróży do czasów, gdy mieszkałeś na willowym osiedlu, a kanapki do szkoły robiła ci służąca, ale przypominam, że one minęły, więc o prowiant do roboty musimy zadbać sami. A tak się składa, że chlebak świeci pustkami, jeśli nie liczyć zeschniętej piętki, ale ona zaczyna być już zielona, więc nie polecam. – Skrzywił się. – To co, skoczysz do sklepu?

Michał pokiwał głową, zarzucił na siebie bluzę z kapturem, po czym opuścił mieszkanie. Postanowił pójść do piekarni mieszczącej się przy alei Róż. Gdy zbliżał się do parku Ratuszowego, przypomniała mu się dziwna wymiana zdań ze starcem, który siedział tam samotnie w strugach deszczu. Mimowolnie zerknął w kierunku ławki, przy której doszło do tego osobliwego spotkania. Zatrzymał się gwałtowanie i wstrzymał oddech. Mężczyzna w sfatygowanym garniturze w mało gustownym odcieniu brązu znów tam był. Patrzył na Michała tak, jakby spodziewał się, że przyjdzie. W końcu chłopak ocknął się z odrętwienia i ruszył w jego kierunku. Aby dotrzeć do piekarni, musiał przejść obok. Planował minąć go bez słowa, udając, że w ogóle go nie poznaje, ale gdy znalazł się na tej samej wysokości, zatrzymał się i usiadł obok. Nie miał pojęcia, ile tak siedzieli w milczeniu, ale gdy pierwsze słowa wypłynęły z jego ust, sam był zdziwiony ich treścią.

– Skąd pan wiedział?

– O czym, młodzieńcze? – zapytał starzec.

– Że… że życie boli… – szepnął Michał, starając się ukryć własne zmieszanie. Nie wiedział, czemu w ogóle przysiadł się do mężczyzny i zaczął tę dziwną rozmowę. Czuł jednak, że gdyby tego nie zrobił, myśli znowu zaczęłyby bombardować jego umysł, nie pozwalając zasnąć.

– Masz to wypisane na twarzy – odrzekł staruszek, po czym po chwili zamyślenia dodał powoli, jakby ważąc słowa: – Chociaż nie, masz to na niej wyryte. Widać, że to nie jest świeża sprawa, to siedzi w tobie i dusi od lat.

Michał milczał i zastanawiał się nad tymi zdaniami.

Ten nieznajomy człowiek z pooraną zmarszczkami twarzą miał rację – to, co w nim siedziało, dusiło i nie pozwalało odetchnąć pełną piersią.

– Co teraz? – zapytał chłopak, nie mając pomysłu, co innego mógłby powiedzieć.

– Mów – odparł jego niecodzienny rozmówca.

– O czym? – zdziwił się.

– O tym, co boli.

– Przecież ja nawet pana nie znam! – Zaśmiał się, ale nie było w tym śmiechu ani odrobiny wesołości.

– Właśnie dlatego – odpowiedział staruszek. – Rozmowa oczyszcza, a to, że się nie znamy, pozwoli ci się otworzyć.

Michał nie wiedział, jaką decyzję podjąć – choć pomysł rozmowy z tym dziwnym, zupełnie obcym mężczyzną wydawał mu się irracjonalny, to jednocześnie z niezrozumiałych dla niego powodów kuszący. Nie był typem człowieka, który wywleka swoje sprawy przed byle kim, ale słowa o oczyszczeniu, wypowiedziane tak pewnym tonem, sprawiły, że potrzeba wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, co gromadziło się w nim przez lata, zaczęła narastać.

– Nie wiem, od czego zacząć – przyznał.

– Od początku – zasugerował starzec.

Chłopak w zamyśleniu potarł brodę i narzucił na głowę kaptur, jakby to miało zapewnić mu większą anonimowość.

– Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Nie mam pojęcia, gdzie jest początek. – Odchylił się do tyłu i wpatrzył w niebo.

– Zamknij oczy i opowiedz o tym, co widzisz – poinstruował go nieznajomy.

Posłusznie przymknął powieki i czekał, co się wydarzy. Nie miał pojęcia, ile tak trwał, ale gdy sądził już, że nic z tego, że tym razem wspomnienia się nie pojawią, stanął mu przed oczami znajomy obraz.

– Jesteśmy na lodach, gdzieś na Kazimierzu. Kolejka jest długa… – zaczął opowiadać.

– Co czujesz?

– Jestem szczęśliwy. Jeszcze. Ale zaraz to się zmieni…

– Dlaczego? – dopytywał staruszek.

– Przychodzi nasza kolej. Mówię, że chciałbym czekoladowe, ale ojciec mnie nie słyszy. Zamawia dla każdego waniliowe, bo sam takie lubi. – Michał zmarszczył brwi, jakby ujrzał coś, co mu się nie spodobało. – Zauważyli nas, machają, idą, są już blisko…

– Kto?

– Znajomi ojca. Już wiem, że zaraz się zacznie… – Przełknął głośno ślinę, czując, że w gardle zaczyna rosnąć gula, zupełnie jak wtedy. Dobrze pamiętał to uczucie, towarzyszyło mu często.

– Co się zacznie?

– Stają przy nas. Witamy się. Już nie jestem szczęśliwy… – Chłopak zamilkł na chwilę. – Pada pierwsze pytanie. O szkołę. – Zaśmiał się smutno i otworzył oczy. – Wie pan, co rodzice wtedy robili? Odpowiadali za mnie. A jaki najbardziej przedmiot lubisz? Nawet nie zdążyłem dojść do głosu, a już słyszałem, że jestem dobry ze wszystkiego, ale najbardziej pasuje mi matematyka, że to mój konik. I już wtedy, jako mały dzieciak, wiedziałem, że moje zdanie gówno znaczy…

Rozdział 4

Piwo w knajpce usytuowanej naprzeciwko stadionu, w pobliżu miasteczka studenckiego, pod koniec tygodnia należało do punktów obowiązkowych w harmonogramie zajęć wielu studentów. Zazwyczaj w piątki było tam gwarno i tłoczno, ale nikt nie myślał o zmianie lokalu, bo klimat miejsca i zniżki za okazanie legitymacji skutecznie od tego odwodziły.

Wiktoria, co zdarzało się raczej rzadko, miała wielką ochotę na odrobinę rozrywki, więc ochoczo przystała na propozycję Baśki, by po zajęciach wyskoczyć całą paczką na piwo lub kilka. O umówionej godzinie spotkały się przed uczelnią, gdzie postanowiły poczekać na resztę.

– Wojtek spóźni się kilka minut – powiedziała Wiktoria po odczytaniu wiadomości.

– Jakoś nie jestem specjalnie zaskoczona. Zdziwiłabym się, gdyby zjawił się punktualnie – westchnęła Baśka i sięgnęła do torby po swój telefon. – O, a Kama właśnie napisała, że przyjdzie też przyszły ojciec jej dzieci i jego kolega. – Zaśmiała się. – Ciekawe, czy nieszczęśnik wie już, jaki los przypadł mu w udziale.

Wiktoria uśmiechnęła się, choć nie do końca cieszyła się z obecności nieznajomych osób. Nie potrafiła wyluzować się w takim gronie, bo należała do typu obserwatora – wolała najpierw się poprzyglądać, a dopiero później w czymś uczestniczyć. O ile w ogóle, bo miała trudność, by przełamać się i powiedzieć cokolwiek wśród nowo poznanych ludzi.

W końcu na horyzoncie pojawił się wysoki blondyn w skórzanej kurtce, która nie wydawała się odpowiednia na tę pogodę.

– Patrz, jak chce ci zaimponować. Kiedyś pochwaliłaś tę kurtkę, to ją dzisiaj włożył, chociaż nie wiadomo, kiedy deszcz lunie. Ale dobrze mu tak, niech mu dupa zmarznie za te wieczne spóźnienia! – Barbara zachichotała.

Wiktoria przewróciła oczami, ale powstrzymała się od komentarza. Jej twarz na widok przyjaciela rozświetlił uśmiech.

Poznali się z Wojtkiem przez jakichś wspólnych znajomych, nie do końca pamiętała towarzyszące temu okoliczności, zapewne całkiem zwyczajne. Chłopak zrobił na niej dobre wrażenie, a z czasem ich relacja zacieśniała się i teraz z powodzeniem mogła zostać określona mianem przyjaźni. Był czas, gdy Wojtek sugerował, że chciałby od niej czegoś więcej, ale delikatnie i taktowanie dała mu wówczas do zrozumienia, że to nie wyjdzie. Chyba dotarło do niego, że mówiła poważnie, bo więcej nie podejmował prób rozmowy na ten temat.

– Wiki, tęskniłem! – Wziął ją w ramiona i okręcił się z nią wokół własnej osi.

Dziewczyna zaśmiała się i przyznała w duchu, że ona także bardzo cieszy się, że go widzi. Bardzo lubiła Wojtka i ceniła go jako człowieka – zawsze pomocny, dbający o to, by ich paczka się nie rozsypała, nawet wtedy, gdy sesja odbierała siły i ochotę na towarzyskie spotkania.

– Przypominam, że też tutaj jestem. – Baśka, gdy już postawił Wiktorię na ziemi, pomachała mu ręką przed samym nosem.

– Widzę, Barbaro, i przede wszystkim słyszę. Ciebie nie sposób przegapić – powiedział, po czym zamknął w uścisku drugą z przyjaciółek. – Idziemy czy czekamy jeszcze na kogoś?

– Ruszamy – odparła Baśka. – Kama jest już na miejscu i wypatruje przybycia ojca swoich przyszłych dzieci, czy jakoś tak.

– Kolejnego? – Wojtek uniósł brew z powątpiewaniem. – Kilku się już przewinęło przez naszą paczkę.

– Chyba kilkunastu – stwierdziła Wiktoria, gdy ruszyli w stronę ulubionego lokalu, i wybuchnęła śmiechem.

***

W mieszkaniu, w długim na kilkanaście klatek bloku, usytuowanym w samym sercu Nowej Huty, od kilku minut trwała burzliwa wymiana zdań.

– Nigdzie nie idę – oznajmił Michał, na co jego współlokator westchnął głośno.

– Idziesz – zapewnił Jarek.

– Zapomnij.

– Nie zrobisz tego kumplowi. Zwłaszcza po tym, jak spieprzyłeś mi sprawę z Karoliną – przypomniał.

– Nic ci nie spieprzyłem, sprawa sama się spieprzyła. Widocznie nie była poważnie zainteresowana.