Fikcja - Bies Sylwia - ebook + książka

Fikcja ebook

Bies Sylwia

4,1

Opis

Kiedy doświadczona bolesną przeszłością Kaja nareszcie odnajduje bezpieczną przystań u boku kochającego męża, los zakpił z niej kolejny raz. Nagła śmierć Wojtka to dopiero początek dramatu, z jakim przyjdzie się jej zmierzyć. Niespodziewana propozycja pomocy okazuje się śmiertelnie niebezpieczną pułapką. Kaja nikomu nie może ufać. Nawet samej sobie i własnym wspomnieniom. A może przede wszystkim im Gdy już tylko cienka linia dzieli ją od obłędu, postanawia zawalczyć o prawdę za wszelką cenę. Czy dotychczasowe życie Kai to wyłącznie Fikcja? Jak bolesna okaże się rzeczywistość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (94 oceny)
43
27
17
7
0
Sortuj według:
annlegimi92

Nie oderwiesz się od lektury

Zbierający się pod powierzchnią niepokój, objawiający się gęsią skórką, towarzyszył mi wielokrotnie w trakcie czytania "Fikcji", debiutanckiej powieści Sylwii Bies. Stopniowe poznawanie nieznanego, potrafi intrygować, prawda? Na początku autorka nakreśla podstawę budowli, zwanej fabułą, która ocieka emocjami. Ciężarna kobieta, tracącą w wypadku męża, wywołuje najczęściej współczucie, a w najgorszym przypadku litość. Kaja to postać, której los boleśnie wbił odłamki złych zdarzeń w dusze. Przyznam, że długo nie mogłam wyrobić sobie o niej zdania. Współczucie i sympatia zderzały się z ochotą potrząśnięcia tą kobietą! Tak, wiem, że to fikcyjna postać. Sylwia Bies szkicuje obraz bólu, który kryje się w zakamarkach ludzkiej podświadomości. Ile ciosów jest w stanie znieść jeden człowiek? Jak wiele batów trzeba dostać od życia, by paść lub powiedzieć "dość" i się podnieść? Przez całą powieść ciężko było mi stwierdzić, co było prawdą, a co kłamstwem. Zastrzeżenie mam jedynie do końca. "Za...
30
justyf

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita historia, w ktorej do końca nie wiadomo co jest prawdą a co fikcją . Kaja po nagłej śmierci małżonka nie może się odnaleźć w ponurej rzeczywistości. Nie cieszy jej nawet fakt, że pod sercem nosi największy skarb i pamiątkę po Wojtku. Nagle w jej domu pojawia się brat ukochanego , który obiecuje że zaopiekuję nią i jej nienarodzonym dzieckiem. Wdzięczna losowi zgadza się na wszystko co Filip jej proponuje. Czy to jest dobre posunięcie? Czy kolejne małżeństwo z następnym Tomczykiem to jest dobry pomysł? Co się jeszcze musi wydarzyć, aby zrozumieć co jest realne a co fikcyjne? Sylwia Bies w niezwykłym stylu opisuje losy głównej bohaterki, tak, że nie można oderwać się od powieści. Historia przedstawiona z punktu widzenia Kaji wpływa tak na czytelnika , że od razu chce się znać dalsze losy a także pomóc postaci w dość zadziwiającej oraz absurdalnej sytuacji . Opowiesc przedstawiona w dość sugestywny sposób powoduje drżenie serca, silne emocje jak złość, niedowierzan...
10
IceFlowers

Dobrze spędzony czas

Książka „Fikcja” autorstwa Sylwii Bies to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki. No nie powiem, było ciekawie. Kiedy miałam już jakieś swoje wizje na temat tego co i jak, nagle się okazywało, że to jednak nie tak. Sporo rzeczy okazywało się być tytułową fikcją. Główną bohaterką tej książki jest Kaja. Szczęśliwa żona i przyszła matka. Jednak kiedy pewnego dnia w wypadku samochodowym ginie jej mąż Wojciech zmiana się wszystko. Co jest granicą pomiędzy prawdą, a fikcją i jak gruba jest ta granica? W jak wiele rzeczy jesteśmy w stanie uwierzyć? Czy istnieje coś takiego jak alternatywny bieg wydarzeń? Czy zrozpaczony człowiek może stworzyć swój własny świat? Czy właśnie taki świat stworzyła dla siebie główna bohaterka? Co najważniejsze, podczas lektury tej książki od początku do końca towarzyszą nam emocje i rosnące napięcie. Wszystko to sprowadza się do pytania co jest prawdą, a co fikcją?
00
slonko218

Dobrze spędzony czas

Kasia105

Z braku laku…

Książka miała potencjał na dobrą historię, ale pomimo tak naprawdę niewielkiej ilości stron, Autorka nie uniknęła przedłużających się opisów. Zakończenie było dla mnie zaskakujące, ale wyłącznie swoją naiwnością.
01

Popularność




Spis treści

Strona redakcyjna

Dedykacja

PROLOG

CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ DRUGA

CZĘŚĆ TRZECIA

EPILOG

Autorka

RedakcjaRobert Ratajczak

KorektaNatalia Jargieło

Fotografia na okładce© lassedesignen – stock.adobe.com

© Copyright Sylwia Bies© Wydawnictwo „Vectra”

Projekt okładkiNatalia Jargieło

Skład, łamanie, realizacja okładkiprzygotowanie publikacji elektronicznejArtur Kaczor, PUK KompART

Druk i oprawaWZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-65950-39-0(wydanie elektroniczne)

ISBN 978-83-65950-31-4(wydanie papierowe)

WydawcaWydawnictwo „Vectra”Czerwionka-Leszczyny 2020

www.arw-vectra.pl

Rodzicom – dziękuję, że nie pozwoliliście mi zgasnąć.

PROLOG

Pani Aniela raz po raz zerkała na pognieciony kawałek papieru, na którym nieodwołalnie zapisany został na nią wyrok. Zamykała i znów otwierała oczy, jakby ten gest, niczym magiczne zaklęcie mógł sprawić, że ustawione w szeregu litery i cyfry zmienią szyk, a tym samym okaże się nieprawdą, że do końca zostało już tak niewiele. Na cud nie miała co liczyć. Przeszło trzydziestoletnie doświadczenie pracy z chorymi na nowotwory krwi nie pozostawiało jej żadnych złudzeń.

Właściwie nie było jej żal umierać. I tak przez większość czasu tkwiła samotnie w tym wielkim pustym domu. Odkąd przeszła na emeryturę, a Elka i Ala wyprowadzili się na swoje, wnuczki poszły do szkoły i to z rówieśnikami spotykały się chętniej niż ze starą babcią, straciła poczucie bycia potrzebną komukolwiek.

Szacując czas, jaki jej jeszcze pozostał, przypomniała sobie ostatni list od Romana. Wiedziała, że nadszedł właściwy moment, by spełnić jego prośbę. Sięgnęła do najwyższej szuflady komody po kartkę z zapisanym numerem telefonu. Niepotrzebnie. Często powtarzała go w myślach aż wbił się w jej pamięć tak mocno, że palce intuicyjnie naciskały kolejne klawisze.

W słuchawce zabrzmiał pierwszy sygnał oczekiwania na połączenie. Nerwowo przełknęła ślinę i w napięciu oczekiwała na chwilę, gdy usłyszy głos siostrzeńca…

CZĘŚĆ PIERWSZA

1.

Dlaczego nikt nie uprzedził mnie, że na zawsze to w istocie będzie tak krótko, zbyt krótko… Całe życie, które mieliśmy spędzić razem skończyło się właśnie dzisiaj, w ten pogodny czerwcowy dzień, który mógłby być jednym z tych dni, gdy człowiek całym sobą krzyczy: CHCE SIĘ ŻYĆ! Nie chce się, bez Wojtka nie da się żyć. A przynajmniej ja nie potrafię.

Obok mnie na kanapie siedzi Kama i jak mantrę powtarza, że będzie dobrze. Nie wiem, czy próbuje okłamać samą siebie, czy po prostu bezwiednie powtarza to, co ludzie zwykli mówić osobom zrozpaczonym po śmierci kogoś bliskiego. Na sam dźwięk słowa śmierć przeszywa mnie chłód, tak namacalny, że zaczynam znów się trząść.

Kama przytula mnie i okrywa kocem. Kraciasty pled pachnie Wojtkiem, podobnie jak poduszka i każdy centymetr sześcienny naszego dwupokojowego mieszkania. Wszystkie moje myśli pachną Wojtkiem, a ta, że już nigdy go nie zobaczę, nagle wydaje się być zupełnie abstrakcyjna. Przecież mój mąż lada chwila tu wejdzie i powie, że ten wypadek to był tylko głupi żart, próba, taki mało śmieszny test na to, jak bardzo się kochamy. Ja na niego nakrzyczę, by nigdy więcej nie denerwował mnie i nie żartował w tak okrutny sposób, zwłaszcza teraz, kiedy spodziewam się dziecka.

Z odrętwienia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Od teraz już zawsze będzie brzmiał złowieszczo, bezduszny posłaniec złych wiadomości… Dzwoni matka Wojtka i w kilku żołnierskich słowach, tonem nieznoszącym sprzeciwu, oznajmia, że samodzielnie zajmie się organizacją pogrzebu. Nawet nie pyta jak się czuję. Rozłącza się, nim wydobywający się z mojego gardła cichy pisk zdąży przerodzić się w histeryczny krzyk.

Pogrzeb. Wojtka. Mojego Wojtka. Wojtek nie żyje, a ja nawet nie pomyślałam, że trzeba wyprawić mu pogrzeb. Dobrze. Niech jego matka się tym zajmie. Ja tymczasem zwinę się w kłębek, policzę do dziesięciu i też spróbuję umrzeć.

2.

– Kaja, obudź się, proszę. Jest już południe. Powinnaś coś zjeść. Dla dziecka – Kama potrząsa delikatnie moim ramieniem.

Słyszę jej głos. Spod półprzymkniętych powiek widzę niewyraźnie jej sylwetkę. To oznacza, że żyję. Nie umarłam. To jednak nie takie proste, a Wojtkowi jakoś się udało.

– Nie chcę.

– Kajuś, wiesz, że powinnaś…

Mam ochotę coś odburknąć, nakrzyczeć na Kamę, żeby dała mi spokój i się stąd wyniosła, ale w głębi serca czuję wdzięczność, że jest tu przy mnie i próbuje się mną zaopiekować. Oprócz niej nie mam nikogo. Rodzice i babcia nie żyją, z nikim więcej się nie przyjaźnię, teściową od dnia ślubu widziałam raptem kilka razy. Łzy znów napływają mi do oczu. Z nową siłą wracają do mnie ostatnie wydarzenia.

Jest coś nieodgadnionego w tym, że najtragiczniejsze dni naszego życia jesteśmy w stanie odtworzyć minuta po minucie, wszystkie te zupełnie nieistotne szczegóły, niczym niechciane tatuaże wyryte zostają w ludzkim umyśle i pozostają tam już do końca. Jak stopklatki z upiornego filmu klasy B. Nie przypomnę sobie, co jadłam na śniadanie 14 marca 2014, w jaką sukienkę byłam ubrana na weselu koleżanki z podstawówki w 2015, ani jaką książkę czytałam w poprzednie Boże Narodzenie. Nigdy za to nie zapomnę jak przebiegał dzień śmierci mojego męża. Jestem przekonana, że nawet za kilkanaście lat będę w stanie odtworzyć go w pamięci minuta po minucie, uwzględniając każdy, najdrobniejszy nawet detal.

*

Obudziła mnie przyjemna myśl, że już piątek i nareszcie spędzę razem z Wojtkiem leniwe dwa dni. Może pojedziemy na piknik za miasto, pójdziemy na Grodzką na dobry obiad albo do kina, a może w ogóle nie wyjdziemy z łóżka i będziemy cały dzień objadać się czekoladą, zastanawiając się nad właściwym imieniem dla naszego syna, który przyjdzie na świat jesienią. Wstałam, odsunęłam rolety, wzięłam szybki prysznic, a następnie zjadłam jogurt naturalny z płatkami owsianymi i świeżymi owocami, szczęśliwa, że poranne mdłości jakiś czas temu ustały i znów mogę cieszyć się smakiem ulubionych rzeczy. Zrobiłam sobie luźny koczek na czubku głowy i lekki makijaż, włożyłam kwiecistą sukienkę i pasujące do niej sandałki. Zamknęłam za sobą mieszkanie i wybiegłam z klatki schodowej, pełna entuzjazmu, że już za kilka chwil zobaczę moją Kamę.

Z Kamilą Raczek poznałyśmy się na studiach. Obie wybrałyśmy bankowość i finanse na krakowskim Uniwersytecie Ekonomicznym. Ja bardziej ze względów pragmatycznych, babcia tyle razy powtarzała, żebym podjęła takie studia, po których ukończeniu będę miała szansę na stabilną pracę, zaś Kama od zawsze upatrywała swojego miejsca w świecie wielkich pieniędzy. Mierzyła wysoko – jej marzeniem było zostać dyrektorem oddziału banku, najlepiej w którejś z europejskich stolic. Tak też się stało, od trzech lat Kamila mieszkała i pracowała w Londynie, piastując tam wymarzone stanowisko. Nic dziwnego, bo była nie tylko przebojowa, odważna i zdeterminowana, ale też skrupulatnie pracowała na swój sukces. Była najlepsza w naszej grupie zajęciowej, zawsze świetnie przygotowana do egzaminów.

Wiele razy przeszło mi przez myśl, że to wprost niemożliwe, by ta rudowłosa piękność wybrała na swoją przyjaciółkę właśnie mnie – niegrzeszącą urodą szarą myszkę w zwyczajnych ciuchach, nieco zagubioną i nieśmiałą sierotę z prowincji.

Wbrew pozorom stanowiłyśmy bardzo zgrany duet. Na drugim roku wyprowadziłam się z pokoju w akademiku i zamieszkałyśmy razem w wynajmowanym mieszkaniu, opłacanym przez jej zamożnych rodziców. Wspólnie przygotowywałyśmy się do kolejnych sesji, razem przeżywałyśmy pierwsze dorosłe miłosne wzloty i upadki. To właśnie Kama była moim świadkiem na cichym i skromnym ślubie z Wojtkiem. Nie mogło być inaczej.

Chociaż od momentu, gdy ją poznałam, wiedziałam, że wybierze któregoś dnia karierę za granicą, serce mało mi nie pękło, kiedy w klimatycznej knajpce na Kazimierzu oznajmiła mi o wyjeździe do Londynu. Dotrzymała obietnicy o regularnych wizytach w kraju, przyjeżdżała do Krakowa przynajmniej dwa razy w roku.

Poprzedniej nocy samolot Kamy wylądował w Balicach i właśnie tego felernego dnia umówiłyśmy się na kawę w naszej ulubionej kawiarni. Śmiałyśmy się, oglądałyśmy zdjęcia z ostatniego wyjazdu Kamy na Lazurowe Wybrzeże i moje wydruki z zeszłotygodniowego USG, popijając karmelowe latte. Nie mogłyśmy się nagadać i nacieszyć swoim towarzystwem, kiedy nagle zadzwonił mój telefon. To Wojtek. Nie zdziwiło mnie, że jego imię pojawiło się na wyświetlaczu. Często w przerwie pomiędzy kolejnymi spotkaniami z klientami znajdował czas na krótką rozmowę. Pytał czy dobrze się czuję, czy ma zrobić jakieś zakupy w drodze z pracy albo po prostu… mówił, że mnie kocha.

– Jak mija dzień, skarbie? Właśnie jestem z Kamą i…

– Dzień dobry – obcy głos w słuchawce brutalnie przerwał mój radosny świergot. – Nazywam się Dariusz Wasiela. Dzwonię pod numer zapisany jako ICE, żeby poinformować, że właściciel tego telefonu uległ wypadkowi samochodowemu.

Zamarłam. Zdążyłam tylko wyszeptać przyjaciółce, że Wojtek miał wypadek, zanim komórka wyślizgnęła mi się z ręki. Kama złapała ją szybkim ruchem i natychmiast przyłożyła sobie do ucha:

– Przepraszam, jestem przyjaciółką Kai. Proszę powiedzieć, co się stało – poważna mina Kamy przeraziła mnie. Kiwała głową, zapisywała coś na papierowej serwetce i przytrzymując ramieniem telefon, jednocześnie uruchamiała nawigację na swoim iPhonie.

Chwilę później siedziałyśmy w samochodzie, który Kama wypożyczyła na lotnisku. Gnałyśmy zatłoczonymi o tej porze Alejami w kierunku Zakopianki, gdzie zdaniem niejakiego Dariusza Wasieli zdarzył się wypadek. W mojej głowie przewijały się różne pytania… Co się stało? Jak to się stało? Dlaczego Wojtek jechał wkierunku Rabki? Czy miał tam spotkać się zjakimś klientem? Czemu nie wspomniał otym rano? Wjakim jest stanie? Na czele z najważniejszym: czy mój mąż wogóle żyje?

Całą drogę milczałyśmy. Żadna z nas nie znajdowała odpowiednich na taką okoliczność słów. Już od Głogoczowa jeden pas jezdni był całkiem zakorkowany, drugim powoli udawało nam się poruszać do przodu. Denerwowałam się na korek uniemożliwiający nam szybkie dotarcie do miejsca zdarzenia, choć paradoksalnie to właśnie wypadek Wojtka musiał spowodować ten zator.

Kilka kilometrów przed Myślenicami nawigacja kobiecym głosem oznajmiła, że dotarłyśmy do celu. I bez jej pomocy nie miałybyśmy wątpliwości, że jesteśmy niedaleko miejsca wypadku. Wokół migotały światła policyjnego radiowozu i karetki pogotowia, a jeden pas jezdni zastawiał wóz strażacki. Kama dojechała do ostatniego pojazdu unieruchomionego w korku i w asyście nerwowego trąbienia klaksonów zjechała na pobocze. Nie czekając aż przyjaciółka wyłączy silnik, wysiadłam z auta, by jak szalona pędzić przed siebie w kierunku wraku służbowego samochodu Wojtka. Nadludzkim wysiłkiem przebiegłam jakieś 500 metrów dzielących mnie od miejsca tragedii.

Pojazd dosłownie wbił się w przydrożne drzewo. Zmiażdżona maska, rozbite szyby, wszędzie ślady krwi. Widok ten być może pozostanie mi przed oczami już na zawsze, a może moja podświadomość za jakiś czas wyprze go w sferę niebytu i wracać będzie tylko w sennych koszmarach. Wokół panował kompletny chaos, cały czas ktoś biegał, ktoś inny krzyczał, jacyś łowcy sensacji pstrykali zdjęcia telefonami komórkowymi.

Podeszłam do stojącego najbliżej policjanta i wysapałam, że jestem żoną ofiary i muszę jak najszybciej zobaczyć mojego męża. Kątem oka zarejestrowałam, jak do biegnącej za mną Kamy podchodzi jakiś otyły, spocony facet, pewnie ten Dariusz, który powiadomił nas o wypadku. Jakaś część mnie podpowiada, że go nie lubię, ale taki los zazwyczaj spotyka tych, co przynoszą złe wiadomości.

Następne minuty pamiętam jak przez mgłę. Głos tego lekarza, który mówi jak bardzo mu przykro. Pełne współczucia oczy policjantki, która instruuje mnie jak załatwić formalności z odholowaniem rozbitego samochodu. Przerażoną twarz Kamy, która pierwszy raz w życiu nie ma gotowego scenariusza na to, jaki powinien być jej dalszy krok. Mój krzyk, który echem odbija się od wzgórz.

3.

– Czy ktoś ma ochotę na coś do picia? – Kama zgrabnie przejmuje rolę gospodyni i jestem jej za to ogromnie wdzięczna.

Siadamy przy niewielkim stole. Ja, Kama, moja teściowa i szwagier. Jakimś cudem udało mi się przekonać matkę Wojtka, żeby nie organizowała wystawnej stypy. Wiem, że pewnie było jej to nie w smak, co ludzie powiedzą i tak dalej, ale ku mojemu zdziwieniu, nawet nie próbowała przekonać mnie, bym zmieniła zdanie i zgodziła się chociaż na obiad w eleganckiej restauracji.

Nienawidzę styp, przerobiłam ich w życiu już kilka. Żałobnicy, którzy chwilę wcześniej zalewali się łzami na widok trumny spuszczanej w głąb ziemi i spieszyli z bardziej lub mniej szczerymi kondolencjami do najbliższych zmarłego, nad talerzem gorącego rosołu zaczynają rozprawiać nad smakowymi walorami tejże zupy. Kiedy na stół wjeżdża kotlet, rozmowy stają się coraz śmielsze. Co uCiebie słychać, Krysiu? Ależ ten Wasz Marcinek wyrósł! Co tam uMariana, jak wpracy? Widziałam na Facebooku, że byliście na Majorce. All inclusive, czy tylko HB? Na tym etapie ktoś jeszcze czasem reflektuje się, że wypada uczcić pamięć zmarłego chociażby dygresją dobry był zniego człowiek albo przynajmniej nie będzie już cierpieć. Poziom żenady sięga zenitu, kiedy kelner przynosi butelkę wódki. Wszelkie konwenanse idą w zapomnienie, impreza rozkręca się na całego. Prawie nikt już nie pamięta, z jakiego powodu znalazł się w tym miejscu: imieniny, jubileusz, chrzciny czy stypa.

Wojtek sobie na to nie zasłużył. Za nic nie pozwoliłabym, by z jego ostatniej drogi zrobiono podobny cyrk. Śmierć najbliższego mi człowieka to nie pretekst do darmowego napitku dla dawno niewidzianych wujków i źródłem nowych plotek dla ich znudzonych własnym życiem żon.

Kamila krząta się w maleńkiej kuchni, wlewa wodę do czajnika, z zawieszonej nad zlewem szafki wyciąga kubki i wrzuca do nich torebki owocowej herbaty. Niezastąpiona Kama. W całej tej koszmarnej sytuacji jej przyjazd do Polski w czasie, gdy zginął Wojtek, to naprawdę pomyślny zbieg okoliczności. Wzięła na siebie bez wahania wszystkie przykre obowiązki, na wypełnienie których ja nie znalazłabym siły. Najbardziej wdzięczna jestem jej za leki uspokajające. Dalsza kuzynka Kamy, kończąca właśnie specjalizację z psychiatrii, przepisała mi pigułki, które uśmierzają ból psychiczny i podobno nie powinny zaszkodzić mojemu synowi.

Szczerze mówiąc, w tym momencie jest mi wszystko jedno. Wcale nie zależy mi na utrzymaniu ciąży, bez Wojtka wszystko straciło sens. Gotowa byłabym połknąć cokolwiek, nie zważając na ewentualne konsekwencje, by tylko choć przez chwilę przestać czuć. Nie byłabym jednak w stanie nawet zebrać się do lekarza, nie mówiąc już o konieczności opowiedzenia obcemu człowiekowi w kitlu o tym, co wydarzyło się cztery dni temu.

Dzięki pigułkom przyniesionym przez Kamę udało mi się jakoś przetrwać ostatnie dni i noce. Choć właściwszym byłoby raczej słowo przespać. Dzisiejszy pogrzeb Wojtka też był jak niewyraźny sen. Otumaniony umysł nie zarejestrował zbyt wielu szczegółów. Wiem, że na cmentarzu nie zgromadziło się szczególnie dużo osób. Wojtek nie miał zbyt licznej rodziny, widziałam zbitych w grupę jego kolegów z pracy i najbliższych znajomych ze studiów. Oprócz nich kilka zupełnie obcych mi osób, być może nawet przypadkowych gapiów. W końcu nie codziennie chowa się trzydziestolatka, przed którym życie stało otworem. Dziś już tylko głębokim otworem w mokrej ziemi. Mszę pogrzebową odprawił chyba ten sam ksiądz, który udzielał nam ślubu, a może to tylko moje mylne wrażenie. Nigdy nie miałam zbyt dobrej pamięci do twarzy.

Matka i brat Wojtka z wielką godnością przyjmowali kondolencje, a ja, podtrzymywana pod ramię przez Kamę, stałam kilka metrów dalej i pustym wzorkiem wpatrywałam się w miejsce wiecznego odpoczynku mojego męża. Zapewne dla kogoś niezaznajomionego z sytuacją, wyglądałam bardziej jak przechodzień, który zaciekawiony przystanął na chwilę, aniżeli młoda wdowa. Na cmentarzu obecna byłam tylko ciałem, moje serce zostało tam, przy nim, w dębowej trumnie, wybranej i opłaconej przez jego matkę.

A teraz, we czworo, siedzimy przy stole i milczymy. Skoro nawet Kama nie potrafi podjąć jakiegokolwiek tematu, by przerwać tę krępującą ciszę, ja nie zamierzam próbować. Myślę, co tak naprawdę wiem o najbliższych mojego męża. Teść zmarł niemal trzy lata temu, półtora roku po naszym ślubie. Wojtek był z nim bardzo związany, więc śmierć ojca po kilkumiesięcznej walce z rakiem trzustki, okazała się ogromnym ciosem. Taka tragedia często spaja rodzinę opłakującą odejście bliskiej osoby, jednak w tym przypadku było zupełnie inaczej. I tak chłodne relacje Wojtka z matką rozluźniły się jeszcze bardziej, a Filip już następnego dnia po pogrzebie wrócił do Berlina, gdzie studiował i pracował.

Prawda jest taka, że to dla mnie zupełnie obcy ludzie. Nigdy nie odwiedzaliśmy się na rodzinnych obiadach, nie umawialiśmy na wspólne wyjazdy, a o mojej ciąży Wojtek poinformował matkę telefonicznie, mimo że mieszkaliśmy na dwóch krańcach tego samego miasta. Szwagra widziałam dziś czwarty, może piąty raz w życiu. O ile z teściową zdarzyło mi się zamienić od czasu do czasu kilka zdań, nie byłam w stanie przypomnieć sobie dłuższej rozmowy z Filipem. Był skryty i cichy, a w jego spojrzeniu kryło się coś tajemniczego. Mogłam przypuszczać, że gdyby nie moja ciąża, pewnie już nigdy więcej byśmy się nie spotkali. Jeżeli mój syn się urodzi, będę musiała utrzymywać te iluzoryczne więzi z jego babcią i wujkiem. Poza mną są jego jedyną rodziną, żywym wspomnieniem ojca, którego nie będzie dane mu poznać.

Nagle czuję się bardzo zmęczona. Nie mam siły siedzieć nad zimną już herbatą i nadal trzymać fason. Mam ochotę położyć się i wypłakać w poduszkę ten cały nagromadzony przez ostatnie dni ból. Chyba leki przestają działać. Nie zamierzam łykać już dzisiaj kolejnej tabletki, nie chcę więcej sztucznie hamować łez, tęsknoty i tego dojmującego poczucia pustki. Przepraszam wszystkich i usprawiedliwiając się bólem głowy, wychodzę do drugiego pokoju i zamykam za sobą drzwi.

Płaczę bezgłośnie, bo nie chcę, żeby ktokolwiek z nich wparował tutaj z nic nie wartymi słowami pocieszenia. Dobrze wiem, że teraz ludzie będą sobie uzurpować prawo do nieustannego powtarzania mi: jesteś jeszcze młoda, masz dla kogo żyć, ułożysz sobie na nowo życie, Wojtek chciałby, żebyś żyła normalnie, a ci bardziej egzaltowani wysilą się na: pamiętaj, że wiele najpiękniejszych chwil wciąż jest przed tobą albo on opiekuje się tobą znieba. Nie wiem, czy niebo w ogóle istnieje. Świetnie zdaję sobie za to sprawę z realnego wymiaru piekła, bo doświadczam go tutaj, na ziemi.

Nawet nie wiem, kiedy udało mi się zasnąć. Kama musiała w międzyczasie do mnie zajrzeć bo jestem równo przykryta kocem, a drzwi do pokoju są uchylone. Nie mam pojęcia ile czasu upłynęło, ale mam nadzieję, że wystarczająco długo, by matka i brat Wojtka zdążyli już opuścić mieszkanie. Wsłuchuję się w pozorną ciszę i wtedy dobiegają mnie szepty dochodzące z drugiego pokoju. Rozpoznaję głosy Kamy i teściowej, ale nie jestem w stanie wyodrębnić żadnych słów. I wtedy nadchodzi kolejna fala zbawiennego snu.

Kiedy się budzę, za oknem jest już zupełnie ciemno, a na brzegu łóżka siedzi Kamila i głaszcze mnie po głowie. Zaczerwienione oczy i smugi tuszu pod oczami wyraźnie wskazują, że też przed chwilą płakała. Kiedy orientuje się, że wpatruję się w jej twarz, mówi szeptem:

– Śpij Kajka, śpij. To był dla nas wszystkich trudny dzień…

Próbuję zasnąć, ale przed oczami przewijają mi się sceny z małżeńskiego życia. Nie rozumiem, dlaczego obraz zatrzymuje się na wspomnieniu dnia, kiedy Wojtek postanowił przedstawić mnie rodzicom. Doskonale pamiętam serdeczny uścisk jego ojca oraz wyciągniętą w moim kierunku lodowatą dłoń Zofii Tomczyk. Kiedy podaję jej swoją ze słowami Kaja, miło mi Panią poznać, w odpowiedzi słyszę tylko: Phi… Kaja, Kaja. Cóż to za dziwaczne imię… Ani tego zdrobnić, ani nic.

Ojciec Wojtka próbuje to obrócić w żart, ale już wtedy wiedziałam, że bynajmniej nie z powodu imienia nie przypadłam tej kobiecie do gustu.

4.

Kama tymczasowo wprowadziła się do mnie. Mam wyrzuty sumienia, że zniszczyłam jej tak długo wyczekiwany urlop w Polsce. Miała spotykać się ze znajomymi, imprezować, pojechać do Kołobrzegu na festiwal muzyczny, a zamiast tego tkwi w mieszkaniu, gotując obiadki wiecznie zapłakanej przyjaciółce. Tak bardzo chciałabym umieć okazać jej wdzięczność, powiedzieć, że doceniam absolutnie każdą, najdrobniejszą nawet rzecz, jaką dla mnie robi, lecz nie potrafię. Zdaję sobie sprawę jak bardzo jest to irracjonalne, ale czuję, że z każdym kolejnym dniem narasta we mnie niczym nieuzasadniona agresja wobec niej.

Podczas kolejnej z niekończących się prób nakłonienia mnie do jedzenia, wybucham:

– Kobieto, odwal się ode mnie. Zajmij się swoim życiem, a mi daj wreszcie święty spokój. Kto w ogóle cię tutaj zapraszał?

Widzę jak w kącikach oczu zbierają jej się łzy. Mam ochotę wtulić się w nią, podziękować i przeprosić za ten chamski warkot, ale robię coś zupełnie innego. Wpadam w dziką furię, zrzucam talerz z nietkniętym nawet spaghetti, wrzeszcząc:

– No i czego ryczysz?

– Ale…

– No co? Może jeszcze mi powiesz, że wiesz co czuję. Gówno wiesz. Nigdy nikogo nie straciłaś, jesteś dzieckiem szczęścia. Pieprzona Matka Teresa z Londynu. Siedzisz tu, gapisz się na mnie i zatruwasz mi życie tą swoją udawaną troską, bo dzięki temu możesz poczuć się lepiej. Wrócisz do Anglii i będziesz mogła opowiedzieć swoim wymuskanym koleżankom, jaka jesteś szlachetna. Nie potrzebuję twojej litości. Chcę być sama!

Widzę, że przyjaciółka jest bliska tego, by przestać hamować wzbierający już od jakiegoś czasu gniew i nagadać mi od niewdzięczników. Tak pewnie byłoby o wiele łatwiej, zaczęłybyśmy się kłócić, rzucać okrutne słowa, których żadną siłą nie można by już cofnąć. Wolałabym usłyszeć od Kamy, że ma mnie dość, łatwiejsza do zniesienia byłaby jej wyartykułowana złość niż to pełne godności milczenie.

Nigdy nie przyznam się do tego głośno, ale jestem pełna podziwu, gdy Kamila mimo wszystko zachowuje spokój i bez słowa nalewa wodę do pustej butelki, żeby podlać kwiaty. A właściwie to, co z nich zostało. Gdzieś mam jakieś badyle, wszystko mam gdzieś. Chcę po prostu zostać sama i w spokoju zakończyć tę nędzną imitację życia.

Kiedy Kama zasypia, wertuję Internet, przeczesując fora i strony poświęcone tematyce samobójstwa. Wniosek jest tylko jeden: niestety nie istnieje żaden stuprocentowo skuteczny, szybki i bezbolesny sposób zabicia się. Za najbardziej pewne podobno uznaje się powieszenie bądź rzucenie pod pociąg. Jestem przekonana, że na to nie wystarczy mi odwagi. Najchętniej połknęłabym magiczną pigułkę, dzięki której nie obudziłabym się nigdy więcej. Mieszanka leków i alkoholu? Podcięcie żył? Skok z mostu do Wisły?

Moje życie skończyło się wraz z chwilą, gdy serce Wojtka zabiło po raz ostatni. Nawet jeżeli nie ma żadnego potem, jeśli śmierć jest kresem wszystkiego i więcej nie spotkamy się w jakichś zaświatach, sama nie chcę, nie potrafię już żyć, a jedyne, czego naprawdę pragnę, to umrzeć. Rzuciłabym się w tę nieznaną otchłań bez zawahania, gdybym miała pewność, że się uda.

Najmocniej przeraża mnie wizja nieudanego samobójstwa. Ciarki przechodzą mi po plecach na samą myśl, że mogłabym skończyć jak roślina: uwięziona w bezwładnym ciele, niemogąca wydusić choćby słowa, bez szans na kolejną próbę. Dopóki mam sprawne ręce, nogi i umysł, muszę wszystko dokładnie zaplanować i przemyśleć, nie mogę pozwolić sobie na pochopny ruch, który zaprowadziłby mnie prosto do psychiatryka albo na intensywną terapię, a nie do grobu.

Pragnienie śmierci staje się moją obsesją. Snucie planów na temat możliwych scenariuszy zakończenia tego niewyobrażalnego cierpienia paradoksalnie daje mi poczucie ulgi, uspokaja mnie. Po odstawieniu leków udaje mi się zasnąć tylko dzięki myślom o śmierci, które stały się swoistą kołysanką. Zdaję sobie sprawę, że muszę dopracować plan w najdrobniejszych szczegółach, bowiem debiutu w roli samobójczyni nie będzie poprzedzać żadna próba generalna.

Pod skórą czuję, że Kama w jakiś sposób przejrzała moje myśli i dlatego stara się nie zostawiać mnie bez nadzoru zbyt długo. Nie mówi tego na głos, ale obawiam się, że zastanawia się nad rezygnacją ze zbliżającego się wielkimi krokami powrotu do Londynu ze względu na to, co dzieje się w moim życiu. Życiu? Właściwszym będzie powiedzieć: tym, co z niego pozostało.

Nie mogę dopuścić do tego, by Kama zrezygnowała ze swoich planów, a tym samym pokrzyżowała moje. Muszę uśpić jej czujność, przekonać, że dam sobie radę, zresztą nie pierwszy raz tracę kogoś bliskiego i podnoszę się z kolan. Tym razem już się nie podniosę, ale wiem to tylko ja. Ona nie musi.

Z tego, że na świecie nie ma ani równowagi, ani sprawiedliwości, zdaję sobie sprawę już od dawna, nie jestem przecież naiwnym dzieckiem. Nie mam pojęcia co lub kto decyduje o przydziale nieszczęść i strat dla danej jednostki ludzkiej, ale czuję się w pewnym sensie jakimś anty-wybrańcem losu. Ciągle kogoś tracę, a gdy wydawać by się mogło, że nareszcie nabieram wiatru w żagle i zaczynają się dla mnie tłuste lata, znów śmierć bezczelnie odbiera mi całą nadzieję.

Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałam dwa lata. Mimo że ich nie pamiętam, całe życie tęskniłam za samym faktem posiadania mamy i taty. Śmierć rodziców to dla każdego dziecka niewyobrażalna tragedia, ale w związku z tym, że nigdy świadomie nie doświadczyłam rodzicielskiej miłości, przedmiotem mojej tęsknoty nie były realne postacie, a raczej ich abstrakcyjne wyobrażenie. Tak wczesna strata rodziców to swego rodzaju błogosławieństwo. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal – tak zawsze to sobie tłumaczyłam. I chyba dzięki temu całkiem nieźle radziłam sobie z faktem bycia sierotą.

Babcia Stasia była moją nagrodą pocieszenia za ten niezbyt udany życiowy start. Jej zaangażowanie w moje wychowanie było godne podziwu. Robiła wszystko, co w jej mocy, bym nigdy nie czuła się gorsza od dzieci dorastających w pełnych rodzinach. Poświęciła mi cały swój czas i uwagę, a kiedy zdrowie zaczęło odmawiać posłuszeństwa, sama zaproponowała, że zamieszka w domu opieki, a ja będę mogła spokojnie kontynuować studia.

Początkowo nie chciałam się na to zgodzić, ostatecznie to właśnie Wojtek przekonał mnie, iż decyzja babci jest przejawem bezgranicznej miłości i troski o przyszłość jedynej wnuczki. Odwiedzałam ją w każdy weekend i widziałam wyraźnie, jak z tygodnia na tydzień gaśnie w niej życie. I chociaż jej śmierć była dla mnie ogromnym ciosem, zdecydowanie większym niż strata rodziców, których tak naprawdę nie znałam, to mogłam się na nią choć trochę przygotować. Kiedy umiera starsza, schorowana kobieta, nie kłóci się to z porządkiem świata, chociaż i tak jest niezwykle bolesne.

Gdy odchodziła moja ukochana babcia, był przy mnie Wojtek. Wsparcie narzeczonego pomogło mi uporać się ze stratą. Miłość Wojtka pozwoliła mi uwierzyć, że jestem w stanie nie tylko poradzić sobie z brakiem jedynej krewnej, ale też z optymizmem i nadzieją spojrzeć w przyszłość. Nie byłam sama.

Nagłego i niespodziewanego odejścia Wojtka nie potrafię objąć rozumem. Tragiczna śmierć młodego małżonka, przyszłego ojca, zdrowego jak ryba trzydziestolatka, przeczy wszelkim prawom logiki. Kiedy serce Wojtka przestało bić, po raz pierwszy w życiu poczułam, że i mnie brakuje oddechu. Minęło kilka dni, a ja nadal nie jestem w stanie nabrać w płuca powietrza. Bez niego u boku i tak umieram, więc zamierzam tylko przyspieszyć to, co i tak nieodwołalne.

Któregoś wieczoru zmuszam się do przygotowania kolacji. Proszę Kamę, żeby wzięła relaksującą kąpiel i pozwoliła, żebym chociaż ten jeden raz to ja dla odmiany mogła zaopiekować się nią. Spogląda na mnie niepewnie, nie wiedząc, czy cieszyć się z nagłej poprawy nastroju, czy wręcz przeciwnie – odczytać to jako niepokojący sygnał.

– Nie potnę się, kiedy będziesz w wannie. Słowo harcerza – unoszę wskazujący i środkowy palec do góry, siląc się przy tym na uśmiech.

Pół godziny później siedzimy razem na kanapie, jemy lekko przypalony ryż, gapiąc się bezmyślnie w telewizor. Wiem, że lepszego momentu, by wybadać Kamę co do jej dalszych planów już nie będzie. Muszę zostać zupełnie sama, by bez wyrzutów sumienia odebrać sobie życie. Nie zamierzam nikogo krzywdzić. Nie chciałabym narażać Kamy na ryzyko znalezienia moich zwłok, poczucie winy i wyrzucanie samej sobie, że mnie nie upilnowała. Muszę zrobić wszystko, żeby wróciła do swojego poukładanego życia w Wielkiej Brytanii i dopiero wtedy pomyśleć o sobie.

Trącam przyjaciółkę łokciem i mówię:

– Wiem, że dzisiejsza kolacja nie jest popisem na miarę masterchefa, ale chciałam w ten sposób podziękować za wszystko, co dla mnie zrobiłaś od kiedy… No wiesz…

– Nie musisz dziękować, przecież to normalne. Przecież ty zachowałabyś się tak samo, gdyby mnie spotkało nieszczęście. Możesz i zawsze będziesz mogła na mnie liczyć – odpowiada, łapiąc mnie za rękę.

– Wiem. Zdaję sobie sprawę, że bywałam nieznośna. To wszystko mnie przerosło – wypowiadam te słowa i reflektuję się nagle, by nie brzmieć zbyt rozpaczliwie. Chwytam się za delikatnie wypukły brzuch i kontynuuję. – Za kilka miesięcy będę mamą. Muszę wziąć się w garść. Wracam do normalnego życia.

Kama nie bardzo wie jak powinna zareagować na moją deklarację. Na jej twarzy maluje się poczucie ulgi, ale w oczach widzę jednocześnie strach i niedowierzanie. Zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, mój głos znów przerywa ciszę:

– Ty masz swoje sprawy, ja też muszę zacząć wszystko układać. Wiem, że twój urlop powoli dobiega końca i sama nie wiesz, co teraz zrobić. Czujesz się zobowiązana mną zająć, choć powinnaś niedługo wrócić do pracy. Kama, nie możesz zrezygnować z kariery w Londynie. Jeśli zostaniesz w Polsce, nigdy nie będę mieć wystarczającej motywacji do ogarnięcia swojego życia. Dlatego proszę cię, wracaj do Anglii zgodnie z planem.

– Ale jesteś pewna, że sobie poradzisz?

– Ja nie mam innego wyjścia. Muszę sobie poradzić… – znów teatralnie łapię się za brzuch. – Dla niego.

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Kamę. Każdy z nas w głębi serca jest egoistą i dąży do osobistej wygody. Liczę na to, że i u mojej przyjaciółki ta egocentryczna część natury wygra nad świeżo odkrytym altruizmem. Na najbliższe dni muszę przykleić sztuczny uśmiech do twarzy i radośnie szczebiotać na temat cudu macierzyństwa, jaki wkrótce stanie się moim udziałem. Wtedy Kama z poczuciem dobrze spełnionej misji wsiądzie na pokład samolotu, a ja nareszcie się zabiję.

5.

Od pogrzebu Wojtka minęły trzy tygodnie. Dwadzieścia jeden podobnych do siebie, bezbarwnych dni. Godziny, minuty i sekundy przepełnione bezbrzeżnym smutkiem i tęsknotą. Mieszkanie wygląda tak, jakby nadal trwało w oczekiwaniu na jego powrót – na biurku pod oknem leżą niedbale rzucone umowy kredytowe, nad którymi pracował wieczór przed śmiercią, z wiecznie niedomkniętej szuflady wystają skarpety w szkocką kratę, a na lodówce nadal wisi sporządzona w pośpiechu lista spraw do załatwienia w tym miesiącu.

Tak trudno mi uwierzyć, że Wojtek już nie zapuka do drzwi, nie stanie w progu. Już nigdy nie zdenerwuję się, że znów zapomniał kluczy, a on nie rozbroi mnie wtedy uśmiechem. Teraz uśmiechać będzie się do mnie tylko z naszych ślubnych zdjęć, zawieszonych na ścianie w przedpokoju.

Nagle czuję, że duszę się w tym mieszkaniu, przywołującym setki wspomnień na sekundę. Obrazy, które miały być ukojeniem i radosnym promieniem rozświetlającym naszą wspólną starość, przytłaczają mnie i potęgują poczucie osamotnienia. Postanawiam wyjść na zewnątrz, odetchnąć rytmem wielkiego miasta, wtopić się w tłum.

Nie zwracam uwagi na to jak wyglądam, nie ma znaczenia co mam na sobie. Liczy się tylko to, by jak najszybciej zaczerpnąć powietrza, zamknąć drzwi i anonimowo snuć się bez celu ulicami Krakowa. Byle dalej od wszystkiego, co wiąże się ze wspomnieniem naszego szczęśliwego życia.

Wybiegam na ulicę i przez kilka minut pędzę przed siebie. Dla mijających mnie przechodniów wyglądam pewnie, jakbym przed czymś lub przed kimś uciekała. Poniekąd to prawda. Uciekam jednocześnie przed swoją przeszłością i niepewną przyszłością, przed samotnością, przed odpowiedzialnością za decyzję, jaką lada dzień zamierzam podjąć.

Kama, przeprowadziwszy wcześniej kilka poważnych rozmów ze mną, po wysłaniu mnie na spotkanie z psychologiem i opłaceniu trzech sesji na skypie ze znanym ze śniadaniówek (i potwornie drogim) terapeutą drugo- i trzecioligowych gwiazd, dała się wreszcie przekonać do powrotu do Londynu. Na razie na próbę kilka dni temu wyprowadziła się ode mnie i zamieszkała u rodziców, żebym mogła przekonać się, czy na pewno dam sobie radę bez jej pomocy.

Chociaż jestem emocjonalnym wrakiem, w towarzystwie przyjaciółki oraz podczas telefonicznych rozmów udaje mi się zachować pozory. Zapewniam ją, że nadal łykam pigułki przepisane przez jej kuzynkę i nie pozwalam, by przygnębienie mną zawładnęło. Kiedy któregoś dnia przyniosła torbę ubranek dla mojego synka, ścisnęło mnie w gardle na myśl, że przecież on nigdy się nie urodzi. Podziękowałam jednak i ze sztucznym entuzjazmem przejrzałam maleńkie śpioszki, skarpeteczki i kaftaniki.

– Kiedy przyjadę następnym razem maluszek będzie już na świecie – zawołała Kama. – Ciocia będzie go nosić, tulić i śpiewać kołysanki.

– Taaa… – przytaknęłam, składając w kostkę niebieski pajacyk w dinozaury.

I wtedy Kamila powiedziała coś, co bardzo mnie zabolało. Gdyby nie to, że musiałam przy niej bardzo ważyć swoje słowa i reakcje, gotowa byłam uderzyć ją w twarz i wykrzyczeć, że zwyczajnie zazdrości mi cudownego męża, podczas gdy ona wciąż musi zadowalać się przelotnymi romansami, bo jak widać żaden z jej dotychczasowych partnerów nie był skłonny do stworzenia z nią stałego związku.

– Wiesz Kajka, cieszę się, że zrozumiałaś, że naprawdę masz teraz dla kogo żyć. Twój synek będzie najważniejszym mężczyzną w twoim życiu i już nigdy nie będziesz sama. On cię nie zrani i nie opuści. Wojtek… Wiem, że cierpisz i tęsknisz za nim, ale nie ma ideałów. Prędzej czy później pewnie by cię skrzywdził… Nie od dziś wiadomo, że facetom nie można ufać na sto procent.

– Mhm – mruknęłam tylko, choć wszystko we mnie buzowało. Co ona, do cholery, insynuuje?

Chwilę później Kama chyba zreflektowała się, że mogły dotknąć mnie jej słowa, bo nagle zapadła między nami niezręczna cisza. W milczeniu pomogła mi schować przyniesione ubranka do komody, pożegnała się i na odchodne jeszcze raz zapewniła, jak bardzo cieszą ją moje próby powrotu do normalności.

Teraz przemierzam ulice mojego miasta, ale to w czym upatrywałam nadziei na choćby chwilową ulgę od wspomnień, które bolą, okazuje się być źródłem jeszcze większej udręki. Mijane witryny sklepów, kawiarniane stoliki, muzyka sącząca się przez otwarte okno przejeżdżającego samochodu – zdaje się, że nie ma w Krakowie choćby jednego miejsca, które nie kojarzyłoby się w jakiś sposób z Wojtkiem. Wszędzie go widzę, słyszę, czuję.

Przystanek autobusowy – stąd odbierał mnie co wieczór, gdy wracałam od babci ze szpitala w jej dni przedostatnie. Osiedlowa Żabka – tu wpadaliśmy na szybkie zakupy. Kafejka na Grodzkiej – miejsce naszej pierwszej randki. Kino Kijów – sobotnie seanse, bo Wojtek uwielbiał polskie i francuskie komedie, obowiązkowo na dużym ekranie. Planty – spacery bez pośpiechu. Bulwary wiślane – rowerowe przejażdżki w pogodne, letnie dni.

Od nadmiaru bodźców zaczyna kręcić mi się w głowie. Do oczu napływają mi łzy. Nagle uświadamiam sobie, że nie byłam na cmentarzu od dnia pogrzebu. Przez trzy tygodnie nie odwiedziłam mojego najukochańszego, najdroższego Wojtusia. Co ze mnie za żona? Choć zdaję sobie sprawę jak absurdalnie to brzmi, zapomniałam, że ciało Wojtka znajduje się na cmentarzu. Tak mocno doskwiera mi jego nieobecność, świadomość jego odejścia już na zawsze sprawiła, że zapomniałam o możliwości odwiedzenia jego grobu. To odkrycie wywołuje we mnie histeryczny śmiech. Wyglądam jak szaleniec, kiedy stoję zapłakana na chodniku, a dźwięk, jaki z siebie wydaję, równie dobrze wyrażać może bezbrzeżną rozpacz, jak i wariacki rechot.

Mam to wszystko gdzieś. Nie zważając, że do przejścia jest ponad pięć kilometrów, ochoczo ruszam przed siebie. Jak tonący brzytwy, ja czepiam się myśli o ukojeniu, jakie zapewne spłynie na mnie nad grobem Wojtka. Jakimś cudem mój rozszalały od rozpaczy umysł pozwala mi odetchnąć, koncentruję się wyłącznie na kolejnych odcinkach drogi do pokonania. Nie wiem ile czasu zajęło mi dotarcie do bramy cmentarza. Bolą mnie nogi, piekące uda i łydki okazują się przyjemna odmianą od nieustannie obolałej duszy.

O tej porze przed cmentarną bramą otwarty jest już tylko jeden stragan. Starsza, zmęczona życiem kobieta siedzi na rozkładanym wędkarskim krzesełku i dyskretnie przelicza dzisiejszy utarg. Podchodzę do niej i spośród niewielkiego asortymentu wybieram duży znicz w kształcie serca.

– Dorzucić zapałki? – pyta rutynowo sprzedawczyni.

– Tak, bardzo proszę.

– Piętnaście złotych się należy, kochaniutka.

Wyciągam z torebki portfel, otwieram go i kiedy zdaję sobie sprawę, że nie mam w nim żadnej gotówki, do oczu znów napływają mi łzy. Nie jestem przyzwyczajona do robienia zakupów na przycmentarnym straganie, a tutaj przecież nie zapłacę kartą. Nie chcę rozpłakać się jak skończona idiotka, ale im bardziej staram się powstrzymać od płaczu, tym głośniej zaczynam łkać.

– Ja… ja… przepraszam – próbuję zabrzmieć jak najbardziej beztrosko, ale zdaję sobie sprawę, jak piskliwie musi brzmieć teraz mój głos. – Muszę zrezygnować, wrócę jutro. Zapomniałam zabrać pieniędzy.

W tym momencie wzbierający płacz napiera z taką siłą, że nie jestem już w stanie go pohamować. Czuję się beznadziejnie. Przez trzy tygodnie nie przyszło mi do głowy, żeby odwiedzić grób Wojtka, a kiedy już tu jestem, nie będę mogła nawet zapalić dla niego znicza. Nie zasługiwałam na takiego męża, dlatego los mi go odebrał, a teraz nawet właściwie nie potrafię uczcić jego pamięci.

– Nie płacz, kochanieńka. To dla ukochanego lampka ma być? – kobieta lekko zaciąga, pewnie pochodzi ze Wschodu.

– Tak, dla męża. Zginął niedawno w wypadku – nie wiem dlaczego, ale kobieta budzi we mnie ogromne zaufanie, a bijące od niej ciepło sprawia, że opowiadam jej swoją historię. Pierwszy raz od śmierci Wojtka mówię o swoich uczuciach. Nazywam po imieniu ból, poczucie niesprawiedliwości i tęsknotę. Nie przynosi to oczekiwanej ulgi, a chwilami mam nawet wrażenie, jakbym opowiadała o obejrzanym wieczorem filmie, a nie najbardziej traumatycznym doświadczeniu w moim życiu.

– To smutne, kochanieńka – staruszka podaje mi chusteczkę. – Takie to życie okrutne, że tracimy to, co najcenniejsze. Weź ten znicz, złotko. Trzeba sobie pomagać. Weź.

Słowa grzęzną mi w gardle. Wzruszenie gestem tej nieznajomej kobiety w połączeniu z ogromną tęsknotą za Wojtkiem powoduje, że całkiem się rozklejam. Przytulam kobietę jak najbliższą osobę na świecie.

– Dziękuję. To takie miłe – łkam.

Chwilę później idę cmentarną aleją. Mijam dziesiątki nagrobków nieznanych mi osób, a każdy z nich jest realnym dowodem czegoś tak nieuchwytnego jak rozpacz osieroconych dzieci, tęsknota owdowiałych mężów i żon, bezsilność osamotnionych przyjaciół. Daty życia precyzyjnie wymierzyły dany im czas, przez większość zapewne niedoceniony, ale taka już ludzka natura. Po część z nich, tak jak i po Wojtka, śmierć przyszła nagle, przerywając ich życie w pół kroku. Zginął śmiercią tragiczną – jakby nie każde odejście było tragedią, nagłe czy spodziewane. Nawet ta wyczekiwana śmierć, ta której tak bardzo pragnę, podszyta jest dramatem. Nikt przecież nie targa się na własne życie w entuzjastycznym przypływie radości.

Mimo że za murami cmentarza toczy się codzienny rytm wielkiego miasta, tutaj słychać jedynie ciszę. Inny świat – świat martwych ludzi, gdzie ci żyjący są tylko gośćmi.

Wojtek został pochowany w tym samym grobie, co jego ojciec. Uświadamiam sobie, że gdyby nie to, nie potrafiłabym odnaleźć miejsca jego pochówku. Na pogrzebie byłam zbyt otumaniona lekami, żeby móc zapamiętać trasę z kaplicy.

Po kilku minutach marszu stoję nad granitowym pomnikiem Wojtka i teścia. Na nagrobku wyryte jest jedynie imię i nazwisko, daty urodzenia i śmierci Romana Tomczyka. O tym, że spoczywa tu również mój mąż świadczą jedynie zwiędnięte wieńce z wyblakłymi napisami Ostatnie pożegnanie