Odzyskana - Sylwia Bies - ebook + książka

Odzyskana ebook

Bies Sylwia

4,7

Opis

Aneta Bogusz w popłochu ucieka z lasu, w którym przed momentem doszło do dramatycznych wydarzeń, zmieniających całe jej dotychczasowe życie. Musi zapewnić bezpieczne schronienie sobie oraz czteroletniej podopiecznej.

Kaja Tomczyk uporała się z traumą po tragicznej śmierci męża, ale z trudem wypracowany spokój niespodziewanie burzy anonimowa wiadomość. Jej nadawca twierdzi, że Wojtek zataił przed żoną pewne ważne informacje na swój temat. W poszukiwaniu prawdy Kaja wraca do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.

Krystian Kaczmarek próbuje pogodzić się z nową rzeczywistością. Półtora roku wcześniej jego ukochana zniknęła bez wieści. Mężczyzna traci już nadzieję na szczęśliwe zakończenie, gdy niespodziewanie odbiera telefon z informacją, że w stołecznym szpitalu wybudziła się ze śpiączki kobieta, wyglądająca jak jego zaginiona żona.

Co wyniknie, gdy losy tych trojga bohaterów nagle się splotą? Czy powroty okażą się trudniejsze niż rozstania? Pozwól wciągnąć się w wir dalszych losów bohaterek „Fikcji” oraz „Ludzi niczyich”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (19 ocen)
16
2
0
1
0
Sortuj według:
Bursikowa35

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie skonstruowana historia, której zakończenia absolutnie nie przewidziałam.
00
Wet_czyta

Nie oderwiesz się od lektury

. Ciekawi Was co dzieje się u Kai, Nadii czy Anety? To dobrze trafiliście. Oczywiście nie zabraknie nowych bohaterów którzy skrywają swoją własna mroczna tajemnice. Jaka ona jest? Czy coś łączy te osoby ze sobą? . . Niejednokrotnie pisałam i mówiłam, że książki @sylwia.bies.autor biorę w ciemno. Gdy tylko nadarzyła się okazja przeczytania przedpremierowo nowej powieści Sylwii byłam zachwycona i od razu się za nią zabrałam. Po raz kolejny się nie zawiodłam. . Ba! Po raz kolejny Sylwia zrobiła mi wodę z mózgu!! . . Książkę przeczytałam w kilka godzin. Nie mogłam się od niej oderwać. To co tutaj się wydarzyło aż ciężko opisać słowami. Sylwia idealnie połączyła obie powieści, tworząc jedna spójna historie i powiem Wam, że zrobiła to w sposób mistrzowski! . . Czy książki można czytać osobno? Jasne, że się da aczkolwiek ja nie polecam. Zacznijcie od Fikcji i Ludzi Niczyich, a zdecydowanie łatwiej będziecie mogli połapać się w co chodzi znając historie tych bohaterów. Jak dla mnie - musi...
00
margaret12

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo przyjemnie i szybko się czyta jak wszystkie pani Sylwii
00

Popularność




Redakcja i korekta

Robert Ratajczak

Projekt okładki, skład i łamanie

Natalia Jargieło

Fotografia na okładce

© Photographee.eu — stock.adobe.com

Fotografia autorki

Przemysław Ożóg

© Copyright by Sylwia Bies

© Copyright by Wydawnictwo Vectra

Druk i oprawa

WZDZ Drukarnia Lega, Opole

ISBN 978-83-673334-02-0

Wydawca

Wydawnictwo „Vectra”

Czerwionka-Leszczyny 2022

www.arw-vectra.pl

Moim Czytelniczkom i Czytelnikom

PROLOG

To miała być czysta formalność.

Sprawa była przesądzona. Klienci zdecydowali się na zakup nieruchomości. Prawdę mówiąc, byliby prawdziwymi głupcami, gdyby zrezygnowali z takiej okazji. Bartosz Studnicki pracował w tej branży już od dwunastu lat, więc doskonale wiedział, kiedy ofertę naprawdę należy określać mianem wyjątkowo atrakcyjnej. Dotychczasowe sytuacje tego typu mógł policzyć na palcach jednej ręki, a i tak żadna z nich nie mogła równać się z tą, którą właśnie zamierzał sfinalizować.

Zdecydowani na podpisanie umowy małżonkowie poprosili o możliwość złożenia jeszcze jednej wizyty w tym domu. Chcieli się upewnić, że stan techniczny nieruchomości jest bez zarzutu. Studnicki nie dziwił się im. Tak niska cena w stosunku do oferowanego metrażu oraz doskonałej lokalizacji mogła budzić obawy. Sam kilkukrotnie pytał u źródła o powód zaniżonej, jego zdaniem, wartości nieruchomości. Za każdym razem otrzymywał dokładnie taką samą odpowiedź — dotychczasowy właściciel zostaje na stałe za granicą i zależy mu na jak najszybszej sprzedaży.

Mężczyzna przekręcił klucz w zamku, otworzył drzwi, a następnie nonszalanckim ruchem zaprosił stojącą za nim parę do środka.

— Antywłamaniowe. Bardzo solidne, jak zapewne państwo pamiętają z naszej poprzedniej wizyty.

— Studnicki postukał dłonią w drewnianą powierzchnię, a potencjalni nabywcy domu zgodnie pokiwali głowami.

Przeszli do kuchni. Klienci rozglądali się po znajomym już wnętrzu. Otwierali szafki i szuflady, upewniając się co do ich nienagannej jakości, zgrabna blondynka przejechała dłonią po kuchennym blacie z litego drewna.

— Czy całe wyposażenie na pewno jest zawarte w cenie? — zapytał mężczyzna.

— Tak, wszystko, co państwo widzicie, zostaje tutaj — odpowiedział agent nieruchomości. — I uprzedzając kolejne pytanie: tak, nie dalej jak wczoraj rozmawiałem o tym z właścicielem. Możecie być państwo spokojni. Lepszej oferty nie znajdziecie na rynku, zapewniam.

Wysoki, dobrze zbudowany szatyn odpowiedział Studnickiemu uśmiechem, po czym chwycił żonę za rękę i poprowadził do salonu, oddzielonego od kuchni wąskim korytarzem. Bartosz nie mógł powstrzymać się od wodzenia za kobietą nachalnym wzrokiem.

Miał świadomość, że to nieprofesjonalne, ale raz po raz zawieszał spojrzenie na krągłych pośladkach i wąskiej talii klientki. Zazdrościł jej mężowi. To musi być wspaniałe uczucie, budzić się każdego ranka obok prawdziwej piękności. Gdyby kiedykolwiek udało mu się upolować taką laskę, za żadne skarby nie wypuściłby jej z rąk.

Póki co życie miłosne Studnickiego dalekie było od satysfakcjonującego. Miał nadzieję, że wkrótce się to zmieni. Jeszcze tego wieczora miał spotkać się na kolacji z kobietą poznaną przez aplikację randkową. Jego myśli krążyły już wokół planowanej randki, chciał więc jak najszybciej pokazać klientom dom, upewnić się, że nie zmienią w ostatniej chwili zdania, a następnie zająć się poszukiwaniem własnego szczęścia.

Klientka tymczasem podeszła do okna zajmującego niemal całą ścianę. Nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w zaniedbany ogród.

— Zdaję sobie sprawę, że będzie trzeba włożyć trochę pracy, aby doprowadzić tę część działki do porządku. Od dawna nikt nie korzystał z ogrodu — odezwał się Studnicki, próbując odgadnąć myśli kobiety. — Niewątpliwym plusem jest to, że zaaranżujecie państwo teren zgodnie ze swoim gustem i potrzebami.

Blondynka nie zareagowała na wypowiedź Bartosza. Nagle jej podbródek zaczął drżeć, a usta wykrzywił dziwny grymas. Przypominała postać z najsłynniejszego obrazu Edvarda Muncha. Zaniepokojony mąż natychmiast doskoczył do niej i objął w pasie, kiedy zaczęła przeraźliwie krzyczeć:

— Krew! Wszędzie tutaj widzę krew!

KRYSTIAN

Na początku telefony wprost się urywały. Bombardowano mnie dziesiątkami połączeń, SMS-ów, wiadomości na internetowych komunikatorach. Dzwonili znajomi i nieznajomi, dziennikarze lokalnej prasy, dawno zapomniani kumple oraz poszukiwacze taniej sensacji. Z wiadomych względów nie mogłem tego zrobić, ale wielokrotnie walczyłem ze sobą, by nie cisnąć komórką o ścianę i z satysfakcją obserwować, jak urządzenie rozbija się na kawałki.

Mniej więcej po dwóch tygodniach próby kontaktu ze mną stawały się coraz rzadsze. Tylko członkowie rodziny oraz najbliżsi znajomi dzwonili przynajmniej raz dziennie, by zapytać, czy nic się nie wyjaśniło i jak sobie radzę. Moja odpowiedź pozostawała niezmienna.

Z czasem wibrujące urządzenie odzywało się już tylko sporadycznie. Najwytrwalsi odzywali się pro forma, wiedząc z góry, że nie usłyszą ode mnie niczego nowego. Co ciekawsi sami poszukiwali informacji w sieci, z upływem kolejnych miesięcy sprawa przestała jednak kogokolwiek interesować. Dziennikarskie hieny zajęły się bardziej aktualnymi tematami.

Zapanowało swoiste status quo. Wszyscy przyzwyczaili się do zaistniałego stanu rzeczy.

Wszyscy, oprócz mnie.

Starałem się nie pokazywać, jak bardzo cierpię. Udawałem, że życie toczy się dalej — z nią, czy bez niej. Zajmowałem myśli pracą, stale szukałem sobie nowych zajęć, byle tylko nie pozwolić przytłoczyć się dojmującej tęsknocie. Nie pogodziłem się ze stratą, chociaż uparcie twierdziłem, że z każdym dniem jest mi lżej.

Widziałem ją krzątającą się w kuchni.

Słyszałem jej głos, kiedy podśpiewywała podczas sprzątania.

Czułem jej zapach, gdy kładłem się do łóżka.

Była ciągle obecna, tuż obok, na wyciągnięcie ręki, choć wszyscy dookoła twierdzili, że już nigdy jej nie odnajdę. Bałem się życia w świecie własnych urojeń. Bałem się, że popadnę w obłęd i stracę kontakt z rzeczywistością, więc jakieś dwa miesiące temu zdecydowałem się na terapię. Stopniowo zacząłem dopuszczać do siebie tę wyjątkowo bolesną myśl: Nic się nie zmieni. To już koniec. Zostanę sam.

I właśnie wtedy, niemal półtora roku od dnia zero, odebrałem telefon, który zmienił wszystko.

KOBIETA

Chce mi się pić. Za chwilę język przyschnie mi do wysuszonego na wiór podniebienia. Marzę o kilku kroplach wody. Ze wszystkich sił skupiam się na tym pragnieniu, byle tylko odwlec w czasie moment uświadomienia sobie, jak bardzo jest ze mną źle.

Nie wiem, co to za miejsce. Nie mam pojęcia, jak tutaj dotarłam.

Próbuję rozejrzeć się dookoła, ale paraliżujący ból szyi zupełnie mi to uniemożliwia. Dostrzegam jedynie przeżartą rdzą drabinkę w bliżej niezidentyfikowanym kolorze, rozpadającą się piaskownicę i coś, co kiedyś zapewne było zjeżdżalnią. Mogę zatem przypuszczać, że jestem pośrodku jakiegoś zdezelowanego placu zabaw.

Kątem oka wyłapuję niewielką kałużę w odległości mniej więcej kilkunastu metrów ode mnie. Pomimo rozlewającego się po całym ciele bólu, zmuszam się do podjęcia walki o przetrwanie. Klatka piersiowa pali żywym ogniem, a na głowie zaciska się niewidzialne imadło. Muszę być silna. Jeśli nie zaspokoję czym prędzej pragnienia, umrę.

Pełznę po piaszczystym podłożu w kierunku starej zjeżdżalni. Płytki dół wypełniony deszczówką u jej podnóża to moja prywatna ziemia obiecana. Nadludzkim wysiłkiem przesuwam się zaledwie kawałek. Co kilka sekund trę twarzą po ziemi. Przedostający się pomiędzy zęby piasek jeszcze bardziej potęguje wrażenie okropnej suchości w ustach.

Jęczę, w ślimaczym tempie pokonując kolejne metry. Mięśnie ramion i nóg drżą z wyczerpania. Czuję rozpalające uderzenie gorąca, choć zapada już zmrok i temperatura powietrza znacznie się obniża.

Pochylam się nad mętną powierzchnią wody. Bezskutecznie próbuję złapać w niej swoje odbicie. Być może jest już zbyt ciemno albo kałuża jest zbyt brudna. To nieistotne. Najważniejsze, by natychmiast ugasić pragnienie.

Wysuwam język jak pies i zanurzam go w brunatnej cieczy. Odzywa się we mnie pierwotny instynkt przetrwania. Łapczywie chłepczę wodę, chociaż jej smak jest paskudny. Razem z życiodajnym płynem pochłaniam zapewne mnóstwo bakterii i innych drobnoustrojów, ale nie dbam o to. Spierzchnięte usta nareszcie czują upragnioną wilgoć. Nic innego się nie liczy.

— Ej, lala. Teraz mnie posmyraj tak języczkiem!

Nim zdążę zlokalizować źródło tego męskiego głosu, czuję mocne szarpnięcie za włosy. Moja głowa gwałtownie odchyla się, wydając przy tym nieprzyjemny trzask. Wyję z bólu, a sekundę później ląduję twarzą w kałuży. Woda wlewa się do nosa, uszu i ust. Zaczynam tracić dech, ale wówczas ktoś ciągnie mnie za nogi i wynurzam się na powierzchnię.

Czuję się jak szmaciana kukła, kiedy zostaję przewrócona na plecy. Głośno dyszę, widząc nad sobą dwóch młodych, łysych mężczyzn. Mają na sobie identyczne bluzy z logo jakiejś drużyny sportowej.

— Nie, błagam. Nie... — szepczę z wysiłkiem, chociaż nie wiem jeszcze, co mnie czeka. Z trudnością uwalniam słowa, zupełnie jakby moje gardło przygniatał ogromny głaz.

— Patrz, Rychu, jaką zajebistą rybeńkę wyłowiłem w osiedlowym stawie — rechocze jeden z nich, a po chwili drugi zaczyna mu wtórować. — Spełnisz nasze trzy życzenia, złociutka?

Powinnam czym prędzej poderwać się do biegu, ale ciało odmawia mi posłuszeństwa. Jestem jak sparaliżowana.

— Jakaś niemrawa ta nasza rybka. Musimy ją trochę rozruszać. — Towarzysz Rycha pochyla się nade mną.

Czuję jego śmierdzący papierosami oddech na swoim policzku i doskonale wiem, co zaraz się wydarzy. W normalnych warunkach nie miałabym z tym dwojgiem szans, a tym bardziej teraz, kiedy każdy milimetr mojego ciała rozrywa ostry ból.

Jedyne, na co potrafię się zdobyć, to chaotyczne wierzganie nogami. Nie czuję, bym chociaż raz trafiła w któregoś z napastników. Widzę nad sobą czerwoną z podniecenia twarz mężczyzny. Wiedziona jakąś nadprzyrodzoną siłą, wbijam paznokcie w jego szyję.

— Rychu, trzymaj ją, do kurwy nędzy! — Krzyczy, sycząc z bólu.

Mięśniak unieruchamia moje biodra żelaznym uściskiem. Drugą ręką wyprowadza cios i precyzyjnie uderza mnie w sam środek twarzy. Słyszę trzask łamanych kości i metaliczny smak krwi, wypełniający usta.

Chwilę później czuję ulgę.

Unoszę się na fali błogości.

Nareszcie. Tak jest dobrze.

KRYSTIAN

— Dlaczego się nie cieszycie? — krzyczę, widząc obojętną reakcję matki i ojczyma. — Co z wami jest nie tak?

Zaczynam żałować, że w ogóle tutaj przyjechałem. Mogłem od razu pędzić do Warszawy, ale buzująca we mnie euforia podpowiadała, by najpierw podzielić się dobrą nowiną z ludźmi, którzy byli przy mnie w najmroczniejszym okresie życia. Naiwnie wierzyłem, iż podzielą mój entuzjazm. Zamiast łez wzruszenia i okrzyków radości otrzymałem jedynie niewyrażające emocji spojrzenie od powściągliwego zazwyczaj ojczyma oraz nieprzystający do sytuacji komentarz z ust mojej matki:

— Byłabym spokojniejsza, gdybyś pojechał do stolicy pociągiem, a nie samochodem. Nie wiesz, w jakim stanie będziesz wracał. Władek podrzuci cię na dworzec, jeśli chcesz.

Siedzimy przy stole z marsowymi minami. Zaciskam dłonie w pięści. Mam ochotę uderzyć nimi w blat, ale powstrzymuję się. Ostatnie, czego mi teraz potrzeba, to rodzinna awantura. Faceci nie płaczą, więc siłą woli zatrzymuję napływające pod powieki łzy. Czujne oko matki i tak pewnie je dostrzega, bo po chwili jej twarz łagodnieje. Wysuwa rękę w kierunku mojej dłoni.

— Synu, to nie tak, że się nie cieszymy — mówi. — My po prostu zwyczajnie martwimy się o ciebie. Pamiętamy doskonale, jak wiele krzywdy potrafi wyrządzić złudna nadzieja.

— Tym razem będzie inaczej. — Nie wiem, czy bardziej próbuję przekonać ją, czy samego siebie. — Czuję to.

— Niczego bardziej dla ciebie nie pragniemy. Oboje z Władkiem wspieraliśmy cię i nadal będziemy to robić. Proszę cię tylko o jedno. Zachowaj czujność i choć odrobinę dystansu. Unikniesz kolejnego rozczarowania.

— Ile razy mam wam tłumaczyć, że nie będzie żadnego rozczarowania? — podnoszę głos. — Ten policjant brzmiał bardzo przekonywująco. To wszystko ma sens.

Matka ciężko wzdycha, a Władek dyskretnym gestem pokazuje jej, by powstrzymała się od dalszych komentarzy. I tak to zauważam.

— Ty też nie wierzysz, że to ona? — wykrzykuję w kierunku ojczyma. Wstaję od stołu z impetem. Zanim krzesło się przewróci, zdejmuję kurtkę z jego oparcia.

— Poczekaj! Nie powinieneś jechać w takich nerwach. Wypij spokojnie herbatę, zjedz kanapkę przed drogą. Jeśli to, co twierdzi ten policjant jest prawdą, ta godzina lub dwie już niczego nie zmienią. — Matka próbuje mnie zatrzymać, ale ignoruję ją.

Wkładam w pośpiechu kurtkę. Jakaś część mnie zdaje sobie sprawę, że ich obawy są w pewien sposób uzasadnione. Nie mogę jednak dopuścić do siebie tych wątpliwości. To nadzieja trzymała mnie przy życiu przez długie miesiące, teraz tym bardziej nie powinienem pozwolić jej sobie odebrać. Jeśli czym prędzej nie wyruszę w drogę, stracę pewność, że oto jadę w kierunku swego przeznaczenia.

— Uważaj na siebie! Krystek, błagam cię, nie załamuj się, jeśli ten sygnał okaże się fałszywy. — Głos mojej matki niesie się echem po klatce schodowej. Nie dba o to, że sąsiedzi ją usłyszą i sami dopowiedzą sobie dalszą część tej historii. Przywykła już do tego stanu, gdy nasza rodzina jest na językach całej dzielnicy. Nauczyła się ignorować złośliwe podszepty: co ludzie powiedzą...

Zbiegam po schodach i wsiadam do zaparkowanego pod blokiem citroëna. Otwieram schowek, z którego wyjmuję złożoną na pół kartkę. Zapisałem na niej adres podany przez policjanta. Wprowadzam dane do nawigacji, a po chwili urządzenie wyszukuje najszybszą trasę. Powinienem dotrzeć do Warszawy za niecałe cztery godziny. Liczę na to, że nie utknę w korku na wylotówce z miasta.

W drodze do stolicy towarzyszyć mi będzie stacja radiowa, na antenie której usłyszeć można wyłącznie mocne, hardrockowe brzmienia. Potrzebuję takiej muzyki, by zagłuszyć napływające myśli.

Wsuwam kluczyk do stacyjki i już mam go przekręcić, kiedy czuję krótkie wibracje telefonu w kieszeni spodni. Wyciągam komórkę. Na ekranie miga powiadomienie o nowej wiadomości tekstowej, której nadawcą jest Władek.

Nie denerwuj się na mamę. Ona bardzo przeżywa każdy Twój upadek. Mamy nadzieję, że doczekamy wraz z Tobą szczęśliwego finału, nawet jeśli nie nastąpi on dzisiaj, na co bardzo liczysz. Jedź ostrożnie i napisz, jak będziesz na miejscu, bo Teresa już umiera z niepokoju. W

Nie zamierzam odpisywać. Nadal jestem ogromnie rozczarowany ich reakcją. Nienawidzę, kiedy traktują mnie jak małe dziecko, które za wszelką cenę należy chronić przed porażką. Skoro tyle razy nie rozsypałem się na kawałki, teraz również mi to nie grozi.

Przeżyłem trzykrotną identyfikację zwłok. Przed pierwszą z nich straciłem przytomność, na dwie kolejne jechałem już z przeświadczeniem, iż na sekcyjnym łóżku zobaczę obcą kobietę. Uczucia ulgi po wyjściu z prosektorium nie da się porównać z niczym innym. Odebrałem dziesiątki wiadomości od ludzi, którzy rzekomo mają informacje na temat tego, co stało się z moją żoną. O życiu w ciągłym napięciu, sinusoidzie wzlotów i upadków wiem chyba wszystko.

Dziś jednak jest inaczej. Podskórnie czuję, że ten dzień przyniesie przełom. Muszę tylko nareszcie uwierzyć w happy end. Jeśli jednak matka i ojczym mają rację, obiecuję sobie raz na zawsze pogrzebać nadzieję. Zmienię numer telefonu, będę kontynuował terapię i stosował się do wszystkich zaleceń. Jeżeli nie odnajdę w Warszawie tego, czego szukam, raz na zawsze zamknę te drzwi. Przysięgam.

Pokonuję kolejne kilometry. Mniej więcej w połowie drogi ogarnia mnie niepokój. Głośne dudnienie wypełnia szczelnie każdy centymetr sześcienny przestrzeni, ale i tak nie udaje mi się zagłuszyć wewnętrznego głosu, który próbuje uświadomić mi, że ta wyprawa to tylko wierzchołek góry lodowej. Nawet jeśli wydarzył się cud, czeka nas niewątpliwie trudny czas.

Dam radę. Udźwignę wszystko, co konieczne.

Zmienię się, jeżeli tylko dane będzie mi ją odzyskać.

ANETA

Wstępuje we mnie jakaś nadludzka siła. Niosę zawiniętą w koc Anastazję, tuląc ją do siebie, i staram się utrzymywać równe tempo energicznego marszu. Podświadomie czuję, że mam niewiele czasu na podjęcie odpowiednich działań. Kiedy wspólnicy Michała zorientują się, co zaszło, musimy być daleko stąd. Inaczej nie uda się nam ujść z życiem.

To wszystko wydaje się tak nierealne, że trudno mi uwierzyć, jak drastycznie moja rzeczywistość zmieniła się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut. Problemy, z jakimi borykałam się wczoraj o tej porze, wydają się niedorzeczne. W obliczu tego, z czym przychodzi mi teraz się zmierzyć, okazują się błahostką.

Nowakowie nie żyją, a przetrwanie tej małej dziewczynki jest teraz wyłącznie w moich rękach.

Wiele bym dała, by obudzić się z tego koszmaru. To niemożliwe, bo wcale nie śnię. Na własne oczy widziałam, jak potężne audi Michała Nowaka wbija się w bok mojego samochodu, a wskutek wypadku uchodzi życie z jego żony.

Chwilę później odkryłam, że Nadia nie kłamała. Michał istotnie stwarzał tylko pozory, perfekcyjnie wchodził w rolę zapracowanego biznesmena, by zatuszować swoją prawdziwą naturę. Naturę przemytnika, handlarza ludźmi i brutalnego mordercy. Na samą myśl o tym, że spędziłam pod jego dachem kilka miesięcy, nie dostrzegając żadnych sygnałów ostrzegawczych, dostaję gęsiej skórki. Jeszcze bardziej przerażające jest to, że dopiero w sytuacji zagrożenia własnego życia, kiedy Michał przyłożył do mojej skroni przeraźliwie zimną lufę pistoletu, odkryłam, z kim naprawdę mam do czynienia. Prawda była na wyciągnięcie ręki, a ja pozostawałam na nią ślepa.

W oczach pracodawcy dostrzegłam znajomy błysk. Odkryłam w Michale mojego zaginionego przed niespełna trzydziestu laty szkolnego kolegę — Straszka. Nie zdążyłam poznać jego dramatycznych losów, zadać wszystkich tych pytań, domagających się odpowiedzi, bo wystrzał z glocka podczas szamotaniny śmiertelnie go ranił.

Nim Michał wydał z siebie ostatnie tchnienie, zdążył jeszcze potrącić Wiktora, nastoletniego chłopca, którego przedstawiał jako swojego syna z wcześniejszego związku. Chłopak zginął, próbując ostrzec mnie przed niebezpieczeństwem. Nie mogę pozwolić, by jego śmierć poszła na marne. Za wszelką cenę muszę ocalić siebie i córkę Nadii.

Mięśnie nóg palą żywym ogniem przy każdym stawianym kroku, pod żadnym pozorem nie wolno mi się jednak zatrzymywać. Trzeba iść. Muszę jak najszybciej dostać się do domu na Moniuszki, a następnie czym prędzej zabrać Anastazję z dala od tego miasteczka. Co jakiś czas wsuwam dłoń do kieszeni, by upewnić się, czy nie zgubiłam portfela zabranego z samochodowego schowka. Nie miałam czasu przeliczyć znajdującej się w nim gotówki, ale liczę na to, że wystarczy jej chociaż na kilka dni skromnego życia. Jestem bowiem odpowiedzialna już nie tylko za siebie, lecz także za tę małą sierotę, moją słodką podopieczną, która jeszcze nie zdaje sobie sprawy z końca pewnej epoki.

Docieram w końcu do głównej drogi. Powoli opadam z sił. Logika podpowiada mi, by nie rzucać się nikomu w oczy, pozostać niezauważoną tak długo, jak to tylko możliwe. Staram się jednak realnie ocenić swoje szanse. Jazda z Michałem do lasu z miejsca wypadku trwała dobrych kilka minut. Koncentrowałam się na walce o przetrwanie, zamiast skupiać się na pokonywanej drodze, więc teraz nie tylko nie jestem pewna, w którym kierunku powinnam pójść, to jeszcze szacuję, że do pokonania mam przynajmniej parę kilometrów.

— Ciociu, chcę do mamy! — Z każdą mijającą minutą Anastazja płacze coraz głośniej. — Gdzie jest moja mama?

— Cichutko, kochanie. Zabiorę cię do niej, ale musisz być grzeczna.

To, co robię, kłóci się z wszelkimi zasadami, jakie wpajano mi w procesie kształcenia pedagogicznego. Nie wolno okłamywać dziecka — doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Czuję jednak, że w tej sytuacji nie mam innego wyjścia. Na wyjaśnienia przyjdzie jeszcze czas. Na razie muszę zadbać o bezpieczeństwo dziewczynki.

— Chce mi się jeść! — marudzi.

— Niedługo będziemy w domu. Obiecuję.

Kolejne kłamstwo na moim koncie. Anastazja nie ma już domu, ja także. Przygniata mnie ciężar odpowiedzialności. To na moich barkach spoczywać będzie zadanie stworzenia miejsca, które obie kiedyś nazwiemy domem. Niczego bowiem nie jestem w tym momencie tak niezachwianie pewna, jak tego, że chcę zatrzymać córkę Nadii przy sobie. Nie oddam jej żadnej bezdusznej instytucji. To dziecko nie ma nikogo oprócz mnie.

Przez głowę przetacza mi się tsunami myśli. Jestem wyczerpana i przerażona, ale przybierający na sile płacz dziewczynki mobilizuje mnie do działania. Niebawem ktoś znajdzie zwłoki Michała i Wiktora w lesie, mój rozbity samochód, stojący na środku ulicy, też z pewnością wzbudza już zainteresowanie. Nie wierzę, aby do tej pory uszkodzone auto nie zdążyło przykuć czyjejś uwagi. Tym bardziej, że na fotelu pasażera znajduje się martwa kobieta. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, iż Nadia nie wzięła ze sobą żadnych dokumentów i nim uda się ustalić jej tożsamość, minie trochę czasu. Zanim ktokolwiek zdoła połączyć kropki, odkryć zależność łączącą mnie z Nowakami, powinnyśmy być z Anastazją daleko stąd. Tylko wtedy uda mi się zatrzymać dziewczynkę.

Golf jest zarejestrowany na moje nazwisko. Na szczęście oficjalnie nadal zameldowana jestem w mieszkaniu ojca, co uznaję za dobrą monetę. Policja pewnie ustaliła już, że jestem właścicielką samochodu, ale niełatwo będzie określić im moje aktualne miejsce pobytu. Nawet gdyby poddano ojca wymyślnym torturom, nie piśnie ani słowa z najprostszego z możliwych powodu. Nawet on nie wie, dokąd pojechałam. Przezorność i chorobliwa wręcz ostrożność opłaciły się. Dzięki temu, przynajmniej przez jakiś czas, pozostanę nieuchwytna. Kilka miesięcy temu Aneta Bogusz przepadła jak kamień w wodę. Lepiej, by ten stan rzeczy nie uległ zmianie.

Żałuję, że nie mam przy sobie chociaż jednej tabletki xanaxu. Potrzebuję jej teraz bardziej niż kiedykolwiek. To, co planuję zrobić, wymagać będzie ode mnie opanowania i spokoju, mimo że wewnątrz cała drżę.

— Kochanie, posłuchaj mnie uważnie — zwracam się do Anastazji, którą stawiam na ziemi. Ręce mi mdleją. Nie dam rady dłużej nieść czterolatki. — Bierzemy udział w takiej grze. Musimy wykonać różne zadania, a kiedy się nam to uda, dostaniesz wyjątkową nagrodę.

— Ja nie chcę nagrody. Chcę do mamy — protestuje dziewczynka.

— Spotkanie z mamą to część nagrody. Musisz obiecać, że od tej pory będziesz wykonywać wszystkie polecenia w grze. Najważniejsza zasada jest taka, żeby nie odzywać się ani słowem. Rozumiesz?

Anastazja potakuje, choć wcale nie jestem pewna, czy mogę liczyć na jej pełną współpracę.

— Niezależnie od tego, co powiem albo zrobię, ty musisz trzymać buzię na kłódkę. Jasne?

— Mhm.

— Kochanie, to bardzo ważne. Wiem, że jesteś głodna i chcesz zobaczyć mamę. Postaram się, żebyśmy jak najszybciej ukończyły tę grę.

Czuję się paskudnie, ale to nie najlepsza chwila na poddawanie się refleksjom, tym bardziej że dostrzegam nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Niewiele myśląc, wysuwam rękę i macham nią energicznie.

— Co robisz, ciociu? — pyta Anastazja.

— Kochanie, tracimy punkt. Miałaś się nie odzywać.

Dziewczynka łapie się za buzię, a ja tracę nadzieję na powodzenie stworzonego naprędce planu. Czego się spodziewałam? To tylko czteroletnie dziecko. Nie mogę oczekiwać cudów.

Ku mojemu zaskoczeniu stary, czerwony ford na lokalnych tablicach rejestracyjnych zatrzymuje się. Za kierownicą siedzi kobieta, na oko dobiegająca sześćdziesiątki, i z troską przygląda się nam. Po chwili uchyla okno, pytając:

— Wszystko w porządku?

Ostatnie miesiące nauczyły mnie trudnej sztuki konfabulowania, więc muszę teraz jak najlepiej wykorzystać te umiejętności. Nie miałam okazji przejrzeć się w lustrze, ale przypuszczam, że moja twarz oraz ubranie upstrzone są plamami krwi Michała. Wykorzystam to, by wzbudzić litość w tej nieznajomej kobiecie i nakłonić ją do pomocy.

— Wybrałyśmy się z córką autobusem na wycieczkę do lasu — kłamię z nadzieją, że tą trasą kursują jakieś PKS-y. — Miałyśmy mały wypadek. Natknęłyśmy się na dzika i w panice uciekłyśmy na drzewo. Zwierzę na szczęście sobie poszło, ale gałąź, na którą się wspięłyśmy, nie wytrzymała naszego ciężaru i pękła. Trochę się poraniłam, ale nie wygląda to poważnie. Z tego wszystkiego zgubiłam telefon i nie mam jak zadzwonić po męża, przed chwilą się zorientowałam. No ale komórka rzecz nabyta. Dziękuję Bogu, że córeczce nic się nie stało, chociaż biedactwo do tej pory trzęsie się z przerażenia. Ja zresztą też.

— Rany boskie! — Kobieta łapie się za serce. — Niech pani wsiada. Odwiozę was do ośrodka zdrowia w miasteczku. Mimo wszystko powinien obejrzeć panią lekarz.

— Jeśli byłaby pani tak miła. Dziękujemy.

Otwieram tylne drzwi i po chwili obie z Anastazją zajmujemy miejsca na poplamionej kanapie. Dyskretnie przykładam palec do ust, by przypomnieć dziewczynce o panującej zasadzie.

— Rozpanoszyły się te zwierzęta po lesie. Strach się bać. Odstrzelić nie wolno, bo pod ochroną, bo przyrodę trzeba szanować, a człowiek, droga pani, to się już w ogóle nie liczy. Ładnych czasów doczekałyśmy — mówi kierująca fordem. — Na pewno dobrze się pani czuje?

— Tak. Po prostu ciągle jestem w szoku.

Początkowo zamierzałam poprosić kobietę o podwózkę pod dom na Moniuszki, ale teraz zmieniam zdanie. Skoro sama zaproponowała, że zawiezie nas pod ośrodek zdrowia, niech tak będzie. W głowie rodzi mi się kolejny pomysł, prawdopodobnie o niebo lepszy od poprzedniego.

— A jak tobie na imię, ślicznotko? — Niespodziewanie nasza dobrodziejka zwraca się bezpośrednio do Anastazji.

Wolę nie musieć przekonać się, ile dziewczynka zapamiętała z moich pouczeń, więc natychmiast wchodzę kobiecie w słowo.

— Przepraszam, nie chciałabym nadużywać pani grzeczności, ale czy mogłabym na moment pożyczyć komórkę? Napisałabym tylko wiadomość do męża.

— Oczywiście. To żaden problem. Proszę sobie nawet zadzwonić. Mam darmowe minuty. Córka mi załatwiła.

— Jej ręka ląduje w kieszeni bezrękawnika. Po chwili wyjmuje jeden ze starszych modeli smartfonów i podaje mi go, nie odblokowując wcześniej ekranu odpowiednią kombinacją cyfr. Odczuwam wielką ulgę. To oznacza, że mój plan ma spore szanse powodzenia.

— Dziękuję. Wyślę tylko SMS-a. Mąż zazwyczaj nie odbiera w pracy, nie chcę, żeby później oddzwaniał i panią niepokoił. Już wystarczająco namieszałyśmy w pani planach.

— Trzeba sobie przecież pomagać. To drobiazg.

Skłamałabym, twierdząc, że nie mam wyrzutów sumienia. Nie czas jednak na refleksję. Sytuacja, w jakiej się znalazłam, zmusza mnie do wybrania mniejszego zła.

Przez chwilę bębnię opuszkami palców o ekran. Pozoruję pisanie wiadomości, a tak naprawdę sprawdzam w Internecie, jaka odległość dzieli ośrodek zdrowia od domu Nowaków. Kolejny raz doceniam zalety małego miasteczka. W niecały kwadrans dotrzemy piechotą na Moniuszki. Regeneruję nieco siły, więc powinno mi się udać pokonać przynajmniej część dystansu biegiem, niosąc Anastazję na barana.

Wyglądam przez szybę i dostrzegam znajomy pejzaż. Wjeżdżamy w centralną część miejscowości, zza zakrętu wyłania się ratusz. Lada moment miniemy zakład fryzjerski, w którym niedawno poddałam się metamorfozie, objedziemy dookoła rynek i będziemy zmierzać w kierunku ośrodka zdrowia. Muszę zacząć działać, bo już za chwilę opuścimy wypełnione ciepłym powietrzem wnętrze forda.

Przechodzę do najtrudniejszego do tej pory wyzwania, choć doskonale zdaję sobie sprawę, że w obliczu tego, co zamierzam zrobić w nadchodzących godzinach, to i tak dopiero zupełnie niewinny początek.

Uderzam stopą o gumowy dywanik, a jednocześnie wsuwam komórkę w rękaw kurtki.

— Przepraszam. Straszna ze mnie niezdara. Telefon wysunął mi się z ręki i wpadł pod pani fotel. Proszę się zatrzymać, zaraz spróbuję go wyciągnąć. — Wyrzucam z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego. Czuję, jak moje policzki płoną ze zdenerwowania. W duchu liczę na to, że kobieta odpuści teraz poszukiwanie smartfona, a moje kłamstwo wyjdzie na jaw dopiero, gdy wraz z Anastazją zdążymy się już wystarczająco oddalić.

— Proszę się nie przejmować. Rzadko z niego korzystam. Niech się pani nie forsuje po tym upadku. Dojadę do domu, odsunę fotel i sama dosięgnę komórkę.

— Jest pani aniołem — odpowiadam. To pierwsze zdanie od dłuższego czasu, które wypowiadam z całkowitą szczerością.

Wjeżdżamy na wąski parking pod ośrodkiem zdrowia. Chwytam Anastazję za rękę i ściskam jej dłoń, by dać dziewczynce sygnał, że wszystko będzie dobrze, jeśli całkowicie mi zaufa. Tak naprawdę nie jestem pewna, czy w ten sposób nie próbuję sobie samej dodać otuchy.

— Ślicznie dziękujemy — mówię, chwytając za wewnętrzną klamkę. — Uratowała nam pani życie.

— Bez przesady. — Kobieta odpowiada szerokim uśmiechem.

Pomagam Anastazji wysiąść z pojazdu, a następnie z głośnym trzaśnięciem zamykam za nami drzwi. Odprowadzam wzrokiem czerwony samochód.

— Pomachaj pani na pożegnanie — zachęcam czterolatkę, która posłusznie wykonuje polecenie, ale po chwili znów zaczyna zanosić się płaczem i rozpaczliwie wzywać swoją mamę.

Serce pęka mi na pół.

KOBIETA

Próbuję wziąć gwałtowny oddech, ale coś blokuje moje drogi oddechowe. Krztuszę się.

W panice wpatruję się nieruchomym wzrokiem w biały sufit, upstrzony niesymetrycznie rozłożonymi halogenami. Słyszę kroki, całe mnóstwo kroków, pisk podeszew trących tępo o podłogę. Dosięga mnie kilka podniesionych głosów — zarówno kobiecych, jak i męskich. Chciałabym zapytać, co się tutaj dzieje, lecz z wielu powodów nie mogę.

— Spokojnie. Jest pani bezpieczna.

Kilka centymetrów nad moją głową pojawia się twarz brodatego, pucołowatego mężczyzny w zielonym ubraniu.

Muszę uciekać. Nogi nie współpracują z wydawanymi im przez umysł poleceniami, więc tylko rzucam nimi na boki do momentu, gdy nie poczuję owijających się dłoni wokół kostek. Poczucie klęski wyciska z oczu pojedyncze łzy, które swobodnie spływają mi po policzku.

— Nic pani nie grozi — powtarza ten sam brodacz. — Jesteśmy tutaj, żeby pomóc.

Nie ufam mu. Nie znam tego człowieka. Nie znam tego miejsca.

Pochyla się nade mną, a ja zaciskam powieki. Cokolwiek się teraz wydarzy, chcę odciąć się od tego na tyle, na ile to możliwe.

— Zrobię to najdelikatniej, jak się da. Proszę się nie bać.

Coś wyrywa mi przełyk. Wpadam w bezdech, a po chwili kaszlę z całych sił. Ku mojemu zaskoczeniu, po krótkiej chwili udaje mi się nabrać powietrza.

— Już dobrze.

Decyduję się otworzyć oczy i spojrzeć na pochylającego się nade mną mężczyznę. Nie udaje mi się obrócić głowy, więc wykonuję jedynie nieznaczny ruch gałkami ocznymi. Mój wzrok napotyka jego dłoń. Brodacz trzyma w niej plastikową rurkę. A zatem to znajdowało się w moim gardle, uniemożliwiając wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa.

Natłok pytań w mojej głowie wymaga uzyskania natychmiastowych odpowiedzi. Nie umiem jednak wydobyć z siebie głosu. Ten, który słyszę, nie należy do mnie.

— Nazywam się Beata Winnicka i jestem pani lekarzem prowadzącym. Czy pani mnie słyszy i rozumie?

Kiwam lekko głową, bo sztywność karku nie pozwala na większy zakres ruchu. Kobieta podchodzi bliżej, tak, abym mogła utrzymać z nią kontakt wzrokowy. Jest dość wysoka, lecz masywne uda powodują, że sylwetka lekarki wydaje się nieco bardziej przysadzista. Ma okrągłą twarz, a jej proste włosy w miodowym kolorze sięgają do szyi. Okulary w czerwonych oprawkach dodają wizerunkowi zadziorności. Doktor Winnicka rzuca mi zza szkieł kontrolne spojrzenie i kontynuuje:

— Na skutek licznych obrażeń oraz konieczności przeprowadzenia kilku zabiegów chirurgicznych została pani wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej. Dziś, po upływie czterech tygodni, konsylium lekarskie podjęło decyzję o wybudzeniu pacjentki. Proszę wypoczywać. W najbliższym czasie poddamy panią szeregowi badań. Zrobimy, co w naszej mocy, by wróciła pani do zdrowia.

Ledwo nadążam za wywodem lekarki. Zasypuje mnie gradem zaskakujących informacji: śpiączka, operacje, konsylium.

— Czy może nam pani powiedzieć, jak się nazywa? — pyta Winnicka.

To proste pytanie. Z pewnością potrafię na nie odpowiedzieć. Wytężam pamięć, ale wypełnia ją pusta przestrzeń. Nie udaje mi się odnaleźć informacji, jaką szukam.

— Spokojnie. Proszę się skupić. Na początek wystarczy samo imię.

Każdy wie, jakie nosi imię. Banał. A jednak ja nie zdołam wypowiedzieć własnego. Nie znam go. Wytrzeszczam z wysiłku oczy, lecz to nie przynosi żadnego efektu. Lekarka prawdopodobnie dostrzega moje bezskuteczne starania, bo chwyta mnie za rękę i mówi:

— Niech się pani nie denerwuje. To normalne. Z czasem pamięć wróci. — Chciałabym jej uwierzyć, ale nie umiem. — Wielu pacjentów nie pamięta, w jaki sposób do nas trafiło. Nie potrafią przypomnieć sobie chwil bezpośrednio przed wypadkiem, ale często też amnezja sięga jeszcze głębiej. W większości przypadków to proces odwracalny. Teraz najważniejsze jest sprawdzenie, czy w pani mózgu nie zaszły trwałe uszkodzenia i zmiany.

Nie przeraża mnie ta medyczna terminologia. Nie przeraża mnie szpital, obce wnętrze i nieznani ludzie. A przynajmniej nie w takim stopniu jak fakt, że nie wiem, kim jestem.

Wysuwam swoją dłoń spod ręki lekarki. Niewiele wiem o sobie, ale prawdopodobnie nie lubię dotyku obcych osób. Jest dla mnie niekomfortowy. Potrzebuję własnej przestrzeni.

Beata Winnicka odczytuje ów niewerbalny przekaz. Wsuwa rękę do kieszeni, prostując się. Odchrząkuje, a następnie wraca do swego typowego, nieco protekcjonalnego tonu.

— W najbliższych godzinach zapewne pojawią się pewne dolegliwości bólowe. Będziemy odpowiednio dawkować leki uśmierzające je. Leczenie urazów wielonarządowych wymaga czasu.

Kiedy tylko lekarka wspomina o bólu, niemal natychmiast zaczynam go odczuwać każdą komórką swojego ciała. Z jednej strony mam ochotę zapytać, co mi jest, z drugiej — czuję, że to całkowicie zbędne. Do czego ta wiedza ma być mi potrzebna, skoro nawet nie wiem, kim jestem? To nie kwestia samej tożsamości. Nie wiem niczego na swój temat, zupełnie jakbym dopiero co przyszła na ten świat i na nowo musiała poznawać prawdę o samej sobie, nauczyć się siebie. Niemowlęciu w tej trudnej i naszpikowanej niebezpieczeństwami drodze towarzyszą rodzice, ja nie wiem nawet, czy mam kogoś bliskiego.

Staram się nie rozkleić, ale na próżno powstrzymuję płacz. Próbuję pociągnąć nosem, ale coś sztywnego uniemożliwia mi to. Przenoszę dłoń na środek twarzy. Wyczuwam zgrubienie, przebiegające przez całą długość nosa. Nie zdołam przez nie dotknąć skóry.

Coraz głośniej oddycham. W panice wciągam powietrze.

Ktoś coś mówi, ale słowa innych do mnie nie docierają. Jestem we własnym świecie. Eksploruję swoją twarz, bo jej również nie pamiętam, tak jak i imienia. Przenoszę rękę wyżej, by dotknąć włosów. Nie mam pojęcia, jaki powinny mieć kolor, ale za moment zamierzam się o tym przekonać.

Z przerażeniem odkrywam, że moją głowę pokrywają bandaże.

— Poryatunku! — krzyczę. — Moye volossya!

ANETA

— Tato, to ja, posłuchaj mnie uważnie i nie zadawaj żadnych pytań — dyszę do telefonu, nie mogąc złapać tchu. Nic dziwnego, przebiegłam chyba najdłuższy w życiu dystans, na dodatek niosąc cały czas czterolatkę na barana. Wydaje mi się, że oddaliłyśmy się już na wystarczająco bezpieczną odległość i nawet jeśli kobieta z forda zorientuje się, co zrobiłam, i wróci pod ośrodek zdrowia, nie uda jej się nas namierzyć.

— Idź czym prędzej na najbliższy komisariat policji, żeby zgłosić kradzież mojego samochodu. Weź coś do pisania, podyktuję ci numer rejestracyjny.

— Ale jak to, Anetko? Ukradli ci samochód?

— Kiedyś ci wszystko wyjaśnię, ale teraz zrób, o co cię proszę. Wziąłeś kartkę i długopis?

Odgłosy po drugiej stronie słuchawki sugerują, że ojciec właśnie przegląda zawartość szuflady w przedpokoju. Kiedy jest gotowy, podaję numery i upewniam się, czy podczas notowania nie popełnił błędu.

— A teraz się skup, bo mam naprawdę mało czasu. Zgłoś kradzież samochodu. Kiedy będą cię o mnie pytać, odpowiedz, że wyjechałam do pracy za granicę i nie utrzymujemy regularnego kontaktu. Rano wyszedłeś ze śmieciami i zauważyłeś zniknięcie samochodu. Nadążasz?

— Tak, tak, chociaż nic z tego nie rozumiem. — Zrezygnowany głos ojca każe mi wątpić w powodzenie tego planu. Niestety nie mam innych opcji, muszę całkowicie polegać na nim. Może nie zawiedzie mnie, przynajmniej ten jeden raz.

— Zapamiętaj, tato. Nie znasz mojego miejsca pobytu, to ja zawsze do ciebie dzwonię na numer stacjonarny. Wyjechałam kilka miesięcy temu i od tej pory mnie nie widziałeś.

— Przecież my nie mamy stacjonarnego już od lat, córuś.

— Nieważne. Tak im powiesz. Zapamiętałeś wszystko?

— Tak, chyba tak. Dziecko, czy... Czy ty masz jakieś kłopoty?

Rozłączam się, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Im mniej wie, tym lepiej. Przysięgam sobie, że odezwę się do niego, kiedy obie z Anastazją będziemy już bezpieczne. Oby nastąpiło to jak najszybciej.

Z każdym kolejnym krokiem czterolatka coraz bardziej ciąży mi na ramionach. Na szczęście dziewczynka przestała płakać, kiedy zaczęła rozpoznawać okolicę.

— Idziemy do mamusi, prawda? — pyta, a ja znów czuję to znajome ukłucie w klatce piersiowej, gdy kolejny raz karmię ją kłamstwem.

— Mhm. Pokażesz mi, jaką dużą dziewczynką już jesteś? Pójdziesz dalej sama na nóżkach?

— A daleko?

— Niedaleko — zapewniam.

— To pójdę.

Staram się zagadywać Anastazję, by odwrócić jej uwagę od tego, co zamierzam zrobić. Po chwili walki z obudową komórki, udaje mi się wyjąć kartę SIM z telefonu pożyczonego od kobiety, po czym wrzucam ją do otworu w mijanej studzience kanalizacyjnej. Łatwiej byłoby pozbyć się urządzenia w całości, ale dochodzę do wniosku, że działający smartfon z pewnością jeszcze mi się przyda.

Docieramy pod dom na Moniuszki. Dopiero pod bramką zdaję sobie sprawę, że nie mam przy sobie kluczy. Liczę jednak na łut szczęścia. Jeśli Wiktor w panice wybiegł z domu, prawdopodobnie nie zamknął za sobą drzwi na zamek.

Wchodzimy po schodkach na ganek. Anastazja kurczowo ściska moją dłoń, aż bieleją mi kłykcie, jakby czuła, iż pozostałam jej jedyną deską ratunku.

Opieram rękę na klamce. Drzwi ustępują. Nie umiem jednak cieszyć się szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo moja aktualna sytuacja jest jak najdalsza od jakiejkolwiek uznawanej przeze mnie definicji szczęścia. Napędza mnie adrenalina i wrodzony instynkt samozachowawczy oraz coś na kształt miłości do córeczki Nadii.

Zdaję sobie sprawę, że trzeba działać bardzo szybko. Śmierć Michała wielu osobom będzie nie na rękę, z całą pewnością już wkrótce jakieś typy spod ciemnej gwiazdy zjawią się w domu na Moniuszki w poszukiwaniu kosztowności oraz dowodów obciążających wspólników Nowaka. Zrobią wszystko, by chronić własne interesy, a ja muszę być o krok przed nimi.

Trudno mi przewidzieć kolejny ruch tego bliżej nieokreślonego wroga, więc działam na oślep.

Za wszelką cenę muszę znaleźć jakąś gotówkę, zebrać kilka cennych przedmiotów, które zapewnią nam finansowy wentyl bezpieczeństwa.

— Jestem głodna — marudzi znów Anastazja. Zazdroszczę jej tego, że nie ma świadomości, w jak dramatycznym położeniu jesteśmy i potrafi skupić się na pragnieniu zaspokojenia tej pierwotnej, fizjologicznej potrzeby. Mój żołądek skręcił się w ciasny supeł, nie byłabym w stanie czegokolwiek teraz przełknąć. — Obiecałaś, że w domu dasz mi śniadanko i pójdę do mamy.

— Zaraz zrobię ci coś do jedzenia.

— A mama?

— Mama czeka na nas gdzie indziej. Daleko stąd. To dalszy etap tej gry.

— Ta gra jest głupia. Chcę już do mamy!

— Przykro mi, kochanie. Musimy wykonać wszystkie zadania. — Kucam, by nasze spojrzenia się skrzyżowały. — Przygotuję ci teraz śniadanie, a ty w tym czasie pójdziesz do swojego pokoju i wybierzesz trzy ulubione zabawki, a następnie położysz je na środku pokoju. Dokładnie trzy, ani jednej więcej. Pokaż, jak pięknie liczysz do trzech.

— Raz, dwa, trzy. — Dziewczynka dumnie prezentuje trzy uniesione palce.

— Świetnie. Następnym krokiem będzie zjedzenie tego, co przygotuję. Bez marudzenia.

Mała wykrzywia buzię, ale nie pozwalam jej na grymaszenie. Wykrzesując z siebie odrobinę sztucznego entuzjazmu, zachęcam ją do jak najszybszego rozpoczęcia poszukiwań ulubionych przedmiotów. Jeszcze nie wie, że to jedyne, co pozwolę jej zabrać z tego domu. To będą jej pamiątki po dawnym życiu, które już nigdy nie wróci.

Nie mogę tracić czasu, więc sięgam po wczorajsze pieczywo, by zrobić kanapki z szynką i serem. Część z nich układam na talerzyku, pozostałe pakuję na drogę. Wykorzystuję moment, gdy Anastazja jest zajęta i nie zadaje żadnych pytań, na przeszukanie zakazanego pokoju — małżeńskiej sypialni Nowaków, do której nie wolno było mi wchodzić. Jeśli coś uda mi się znaleźć w domu, to jedynie w tym pomieszczeniu. Nadia upierała się, że wszystkie dowody przestępczej działalności jej męża znajdują się w nagle opustoszałym garażu na obrzeżach miasteczka. Gdybym wiedziała, dokąd je wywiózł, byłoby mi o wiele łatwiej. Nie mam jednak wyboru, muszę wierzyć w to, że uda mi się tutaj znaleźć cokolwiek, co ułatwi mi nowy start.

Zachowuję się jak ścigający się z czasem włamywacz. Nie dbam o utrzymanie porządku ani niepozostawienie śladów. Otwieram szafki, wysuwam szuflady i zawartość każdej z nich wyrzucam na podłogę. Do eleganckiej walizki, znalezionej w szafie, wrzucam to, co uznaję za cenne: nieco biżuterii należącej do Nadii, zegarki Michała, stos dokumentów w zupełnie niezrozumiałym dla mnie języku ukraińskim, pudełko z nieużywanymi kartami SIM. Za złożonymi w równą kostkę swetrami Michała znajduję kilkanaście grubych plików banknotów. Na oko to jakieś kilkadziesiąt tysięcy złotych. Owijam znalezisko w jedną z męskich koszul i wciskam na dno bagażu.

Dokładne spenetrowanie sypialni nie zajmuje mi więcej niż pięć minut. Ciągnę za sobą wypełnioną niemal po brzegi walizkę. Przeglądam jeszcze zawartość szaf w salonie, ale z zaskoczeniem odkrywam, że są niemal puste. Stanowią coś w rodzaju dekoracji. W każdym zwyczajnym domu miejsce do przechowywania rzeczy zazwyczaj wypełnione jest całkowicie, tu jednak szybko przekonałam się, iż dom i rodzina Nowaków dalekie są od normalności. Powinnam była posłuchać anonimowych ostrzeżeń i wynieść się stąd, zanim doszło do tragedii. Na przekór wszystkiemu i wszystkim chciałam udowodnić swoją determinację. I dokąd mnie to zaprowadziło?

Zabieram talerz z kanapkami. Wchodzę na piętro po skrzypiących schodach. Od razu kieruję się do pokoju Anastazji. Na środku dywanu piętrzy się stos składający się z lalek, maskotek, klocków, flamastrów oraz kilku opakowań puzzli — miniatura bałaganu, jaki zostawiłam po sobie na parterze.

— Przyniosłam ci śniadanko. Wybrałaś już swoje ulubione zabawki?

— Tak. Tutaj.

— Miałaś zdecydować się na trzy rzeczy — mówię stanowczo. — Tutaj leżą przynajmniej trzydzieści trzy.

— Przecież możemy bawić się nimi na zmianę. — Dziewczynka nie rozumie mojego uporu. — Wszystkie je lubię. A najbardziej Katię.

Miękną mi kolana, kiedy Anastazja podaje mi laleczkę z papieru, którą niedawno wycięłam dla niej. Później przygotowałyśmy papierową kolekcję ubrań i bawiłyśmy się w pokaz mody. Przeniosłam się wtedy pamięcią ponad trzydzieści lat wstecz, kiedy sama byłam małą dziewczynką i spędzałam czas z mamą, której obraz zdążył się już zatrzeć w mojej pamięci.

Powstrzymuję napływające do oczu łzy. Nie mogę się rozkleić. Muszę być silna. Dla niej.

— Możesz wybrać tylko trzy zabawki, bo więcej nie zmieści się do walizki. Zabierzemy je do naszego nowego domku.

— Nie chcę! Chcę zostać tutaj. Z mamusią! — krzyczy dziewczynka i wściekle tupie nogami.

— Mamusia też już tu nie będzie mieszkać — tłumaczę, a w gardle rośnie mi coraz większa klucha. Z trudem przedostają się przez nią nie tylko słowa, ale i powietrze. Duszę się tymi niewypowiedzianymi jeszcze kłamstwami i ciężarem czynów, które dopiero zamierzam popełnić. — Ona na nas czeka. Właśnie w tym nowym domu.

— A gdzie ten domek? — pyta szczerze zainteresowana.

— Jeszcze nie wiem...

KRYSTIAN

Nawigacja informuje mnie, że za pół godziny dotrę do celu. Dopada mnie nagłe zwątpienie. A jeśli to nie ona? Co zrobię, jeżeli obawy matki i Władka okażą się zasadne?

Nie. Nie wolno mi tak myśleć. Moja żona mnie potrzebuje. Poruszyłem niebo i ziemię, aby ją odnaleźć. Gotów byłem zaprzedać duszę diabłu, byle tylko wróciła. Nie mogę stracić nadziei. Nie teraz, gdy jestem już tak blisko.