Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
55 osób interesuje się tą książką
Klara Lemańska, ceniona w Rzeszowie stomatolog, zdaje się prowadzić idealne życie: piękny dom, zamożny mąż, niesprawiająca większych kłopotów siedemnastoletnia córka. Jednak pod pozornie gładką powierzchnią kryją się pęknięcia. Uporządkowany świat Klary zaczyna się rozpadać, gdy podczas zakupów w galerii handlowej dokonuje makabrycznego odkrycia. Przeszłość, którą starannie pogrzebała, wraca ze zdwojoną siłą.
Dagmara od początku miała pod górkę. Wychowana w domu dziecka kobieta nauczyła się, że utrzymanie się na powierzchni wymaga twardych wyborów i milczenia wówczas, gdy inni krzyczą. Każda z jej decyzji jest przejawem walki o przetrwanie, a każdy krok stanowi próbę ucieczki przed własnym przeznaczeniem. W akcie desperacji po utracie kolejnej pracy wkracza do świata, który zmusza ją do bolesnego powrotu do tego, co na zawsze miało pozostać zapomniane.
Dramatyczna opowieść o winie, strachu, granicach miłości i skrywanych głęboko sekretach, które nie dają o sobie zapomnieć. Kłamstwa odbijają się głośnym echem, a największe zagrożenie okazuje się skrywać nie w nieznanym, lecz w tym, co próbujemy ukryć przed sobą samymi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 348
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Niepotrzebnie odkładałam zakup prezentu dla Tośki na ostatnią chwilę. Nie wiem, na co liczyłam. Ciągle mi się wydawało, że jutro będę miała na to więcej energii, czasu i zapału, a przede wszystkim wpadnę wreszcie na jakiś sensowny pomysł i znajdę odpowiedź na pytanie: „Co uszczęśliwiłoby moją córkę?”. Kolejne jutra mijały, dzień urodzin zbliżał się nieubłaganie, a ja na samą myśl o konieczności wyprawy do galerii czułam, jak uchodzą ze mnie wszystkie siły i chęci.
Na szczęście pacjent w ostatniej chwili odwołał wizytę, więc zostawiłam na godzinę gabinet pod opieką recepcjonistki i ruszyłam na piechotę do centrum handlowego z wątłą nadzieją, że zakupy nieco poprawią mi humor.
Od wielu tygodni jestem rozdrażniona, przybita, przemęczona, źle sypiam i coraz częściej mam problemy z koncentracją, ale składam to na karb zbliżającego się przesilenia wiosennego. Co prawda dzisiejsza aura nie zwiastuje rychłego odwrotu zimy, ale kartki kalendarza nie kłamią. Czas płynie nieubłaganie. Już nadszedł marzec, a dopiero co w sylwestrową noc z kieliszkiem szampana w dłoni patrzyłam na rozbłyskujące za oknem fajerwerki i bezgłośnie wypowiadałam tylko jedno życzenie: Niech ten nowy rok będzie lepszy od mijającego.
Staram się nie dopuszczać do siebie myśli, że powodów spadku nastroju powinnam upatrywać gdzie indziej. Wolę wierzyć, że najgorsze mam już za sobą, a mroczne podszepty są tylko efektem dawnych traum. Z jakiegoś powodu jednak codzienne, banalne wyzwania momentami urastają do rangi gór nie do zdobycia, a obowiązki, którym do tej pory bez problemu potrafiłam sprostać, piętrzą się, przybierając złowrogie kształty. Liczę na to, że zorganizowanie prezentu dla Tośki przyniesie mi pewną ulgę, pozwoli odzyskać poczucie kontroli nad własnym życiem.
Mocny podmuch wiatru uderza mnie prosto w twarz. Na niebie kłębią się gęste czarne chmury. Zanosi się na ulewę. Prognozy pogody ostrzegają przed opadami śniegu z deszczem i trudnymi warunkami na drogach na całym Podkarpaciu.
Przyspieszam kroku, bo zapomniałam zabrać ze sobą parasola, a nie chciałabym przemoknąć. Obcasy markowych botków wystukują rytm. Kobieta, którą właśnie mijam, uśmiecha się do mnie, więc odwzajemniam uśmiech. Może to któraś z moich nowych pacjentek albo matka jakiejś koleżanki Tośki. Albo zwyczajnie z kimś mnie pomyliła.
Wchodzę do galerii. Tuż za przeszklonymi drzwiami otula mnie przyjemne ciepło, więc luzuję szalik i rozpinam płaszcz.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz udało mi się wyjść na zakupy przed południem. Zwykle zamykam gabinet dopiero po osiemnastej. Cieszę się, że załatwię sprawę już teraz i od razu po pracy będę mogła wrócić do domu, żeby wspólnie z córką uczcić ten ważny dla niej dzień.
Jest dość wcześnie, a jednak w centrum handlowym panuje spory ruch. Ciasno zbite grupki nastolatek niespiesznie suną od wystawy do wystawy, raz po raz trącają się łokciami i wybuchają głupkowatym śmiechem. Pewnie przyszły tutaj na wagary. Wiem, że moja córka nigdy samowolnie nie opuściłaby lekcji, ale ciągle noszę w sobie obawę, czy i Tośka któregoś dnia nie wpadnie w złe towarzystwo i dla przypodobania się rówieśnikom nie zacznie łamać zasad, które wpajaliśmy jej z Feliksem od małego.
Odganiam tę ponurą myśl. Nie wszystkie czarne scenariusze muszą doczekać się realizacji. Nasze życie nareszcie biegnie zwyczajowym torem. Odzyskaliśmy równowagę. Nie mogę pozwolić, by projekcje przepełnionego irracjonalnym lękiem umysłu odebrały mi upragniony spokój.
Rozglądam się dookoła. Omiatam wzrokiem szyldy sieciowych sklepów i bardziej kameralnych butików. Nie mam pojęcia, dokąd tak naprawdę powinnam się skierować. Dochodzące zewsząd dźwięki dekoncentrują mnie, nie mogę się skupić i stworzyć w głowie jakiegokolwiek planu.
Nie mam nawet zalążka pomysłu na prezent dla córki. Prawda jest taka, że Tośka ma właściwie wszystko, o czym tylko może zamarzyć dziewczyna w jej wieku. Trudno ją zaskoczyć, a tym bardziej wywołać szczerą radość. Każdy element komfortowego życia, jakie staramy się jej zapewnić, uznaje za pewnik: modne ciuchy, markowe buty, najnowszy model telefonu, elektroniczne gadżety, dodatkowe zajęcia w szkole językowej, zagraniczne wakacje dwa razy do roku.
Kiedy była młodsza, wszystko wydawało się o wiele łatwiejsze. Wolałam spędzać czas z rozkoszną, choć jednocześnie nieporadną, podążającą za mną krok w krok dziewczynką niż krnąbrną, pyskatą, wiecznie naburmuszoną i zblazowaną nastolatką. Zdarzają się dni, gdy pomimo całego oceanu miłości, jakim chciałabym zalać Tośkę, zwyczajnie jej nie lubię. Wstydzę się tych myśli, więc nie dzielę się nimi z nikim, nawet z Feliksem. A może zwłaszcza z nim. Nie sądzę, bym spotkała się ze zrozumieniem.
W takich momentach uświadamiam sobie, jak bardzo odsunęłyśmy się od siebie. W codziennym zabieganiu nie zauważam tego, że w gruncie rzeczy niewiele wiem o zainteresowaniach czy marzeniach córki. Tyle razy próbowałam się do niej zbliżyć, zapewnić o swoim wsparciu, gdy przechodziła przez trudne chwile, zwyczajnie być obok, lecz ona tego nie chciała. Dawała mi odczuć, że nie jestem jej potrzebna. To bolało, nadal boli, ale zaciskam zęby i niestrudzenie staram się usuwać wszystkie kłody spod jej nóg.
Zerkam na zegarek. Najpóźniej za czterdzieści minut powinnam wrócić do gabinetu, by zdążyć przygotować się na przyjęcie kolejnego pacjenta. Muszę w końcu podjąć jakąś decyzję.
Zwracam uwagę na szyld sieciowego salonu z biżuterią. Postanawiam wejść do środka i obejrzeć świecidełka. Im dłużej przebywam wśród pierścionków, łańcuszków i bransoletek, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że to dobry kierunek poszukiwań. Tosia jest już na tyle dojrzała, aby docenić taki prezent i nie zgubić go przy pierwszej możliwej okazji. Poza tym Feliks również powinien być zadowolony z mojego wyboru. Złoto to doskonała inwestycja, w ostatnich latach metale szlachetne tylko zyskują na wartości.
– Czy mogę jakoś pomóc? – pyta młoda ekspedientka, ubrana w prostą czarną sukienkę. Ma dyskretny makijaż i jasne włosy spięte w gładki kok. Przymierza się do wyrecytowania formułki, której zapewne wysłuchać musi każdy potencjalny klient: – Widzę, że przygląda się pani naszej najnowszej kolekcji. To doskonałe połączenie klasyki z nowoczesnością. Kilka modeli mamy w promocji. Chętnie opowiem o nich coś więcej.
– Szukam złotego łańcuszka dla nastoletniej dziewczyny. Ponadczasowego, a jednocześnie pasującego do codziennych stylizacji.
Kobieta zgrabnym ruchem wyjmuje z gablotki kolejne modele i układa je na przeszklonej ladzie. Oczy aż mi się świecą na widok tylu pięknych przedmiotów. Uśmiecham się do myśli, że już za kilka godzin jeden z tych łańcuszków zawiśnie na szyi mojej córki.
– Proponuję splot Singapur. To kwintesencja elegancji w nowszym, uwspółcześnionym wydaniu. Jak pani widzi, Singapur jest bardzo subtelnym, a jednocześnie niezwykle finezyjnym splotem. Łańcuszki są dostępne w różnych długościach. Czternastokaratowe złoto – dodaje z uśmiechem, kiedy biorę do ręki wybrany model.
– Doskonale. Poproszę ten. – Podnoszę krótszy z łańcuszków i przykładam go do swojej szyi. Przeglądam się w lusterku, upewniając się, że dokonuję właściwego wyboru. Tośka nie nosi głębokich dekoltów, więc taka długość będzie dla niej doskonała. Biżuteria świetnie sprawdzi sią zarówno jako dodatek do zwykłego T-shirtu, jak i studniówkowej kreacji.
Dobieram jeszcze do kompletu zawieszkę w kształcie litery T z małym diamencikiem. Ekspedientka z wyraźnym zadowoleniem pakuje prezent do eleganckiego pudełeczka. Pewnie właśnie przelicza w myślach, jak wysoka premia wpadnie na jej konto po sfinalizowaniu transakcji.
Kiedy wsuwam kartę do terminala i wklepuję PIN, czuję, jak ogarnia mnie poczucie ulgi. Szalejące dotąd niczym wzburzony ocean myśli zaczynają płynąć spokojnym nurtem. Udało mi się zapanować nad chaosem. To tylko zakup urodzinowego prezentu, a ja mam wrażenie, że wykonałam właśnie jakąś tytaniczną pracę.
W drodze powrotnej z gabinetu odbiorę jeszcze tort, który kilka dni temu zamówiłam w ulubionej cukierni Tośki. Dbam o to, by tworzyć i podtrzymywać małe rodzinne tradycje. Śmietankowy tort z Niebiańskich Wypieków jest jedną z nich.
W pełni usatysfakcjonowana wychodzę z salonu jubilerskiego i stwierdzam, że mam jeszcze chwilę dla siebie. Postanawiam wypić w spokoju kawę. Wyjeżdżam na wyższy poziom i ustawiam się przy ladzie włoskiej kafeterii, żeby zamówić latte z syropem karmelowym. Zazwyczaj staram się trzymać zdrowych nawyków, ale dziś chcę sprawić sobie małą przyjemność. Przede mną jeszcze kilka godzin przy fotelu dentystycznym, więc przyda mi się takie energetyczne doładowanie w postaci cukrowej i kalorycznej bomby.
Siadam przy jednym ze stolików, z którego mam dobry widok na pozostałych gości. Dyskretnie przyglądam się modnie ubranemu brodaczowi ze wzrokiem utkwionym w ekranie laptopa oraz grupie roześmianych studentek wymieniających się notatkami i spostrzeżeniami na temat przystojnego wykładowcy.
Zatrzymuję spojrzenie na młodej matce pijącej w pośpiechu kawę. Niemowlę w wózku smacznie śpi, jednak w ruchach tej kobiety dostrzegam pewną nerwowość. Bez przerwy buja gondolą i co kilka sekund spogląda na dziecko. Pewnie obawia się, że maleństwo zaraz się obudzi, by w miejscu publicznym dać pokaz swoich wokalnych umiejętności. Wciąż pamiętam to uczucie zażenowania, gdy kilkumiesięczna Tosia darła się wniebogłosy w trakcie zakupów w markecie albo podczas pierwszej podróży samolotem, więc doskonale rozumiem tę nieznajomą kobietę. Zapewne liczyła na chwilę odpoczynku, chciała nacieszyć się smakiem ciepłej kawy poza domem, a tymczasem stres – nieodłączny towarzysz życia każdej młodej matki – nie ominął jej również tutaj.
Ten widok automatycznie przywołuje wspomnienia sprzed siedemnastu lat. Wracam myślami do dnia, gdy Tośka pojawiła się na świecie. Znów widzę wyraźnie wijące się różowiutkie ciałko, wykrzywioną grymasem czerwoną od krzyku buzię. Wydawała się tak krucha, że bałam się wziąć ją na ręce w obawie, by niechcący jej nie skrzywdzić.
Myśli o tamtym marcowym dniu mają słodko-gorzki smak. Staram się pamiętać tylko to, co dobre. Początek naszej wspólnej historii umiejscawiam dopiero w momencie, gdy wróciłyśmy razem do domu, a wizja wspólnej przyszłości była mieszanką strachu, niepewności i nadziei. Nie jestem w stanie odtworzyć kolejnych sekwencji wydarzeń, rozmazują się i przenikają wzajemnie, sprawiają wrażenie, jakbym oglądała stary, nagrany na wideo, niezbyt dobrze zmontowany film. Po latach szpitalne wspomnienia pokrywa jeszcze gęstsza mgła. Te dni zostawiły w pamięci głębokie wyrwy, przypominam sobie tylko poszarpane urywki emocji, słów, zapachów. I niech tak zostanie. Nie każde macierzyństwo musi zaczynać się eksplozją brokatu i fontanną lukru.
Zerkam na zegarek i z zaskoczeniem stwierdzam, że spędziłam w kawiarni więcej czasu, niż sądziłam. Wstaję od stolika. Powinnam pędzić prosto do gabinetu, by umówiona wizyta rozpoczęła się o czasie, ale nagle odzywa się mój pęcherz. Nie przepadam za korzystaniem z toalety w miejscach publicznych, jednak tym razem raczej tego nie uniknę. Nie uda mi się oszukać fizjologii. Ogromna porcja mlecznej kawy zrobiła swoje.
Wyjeżdżam ruchomymi schodami na wyższą kondygnację. W toalecie na drugim piętrze, tuż obok pijalni czekolady i palarni, zazwyczaj nie jest zbyt tłoczno. Klienci galerii chętniej wybierają ubikacje położone na niższych poziomach lub zlokalizowane w pobliżu food courtu, kina i najpopularniejszych sieciówek.
Pociągam ciężkie drzwi do siebie i wchodzę do środka. Szybko przekonuję się, że intuicja mnie nie myliła. W damskiej toalecie nie ma nikogo oprócz mnie. Nawet panie z serwisu sprzątającego nie zaglądają tu zbyt często. Według rozpiski na ścianie ostatnia kontrola czystości miała miejsce ponad dwie godziny temu.
Staję przed zachlapanym lustrem i przeczesuję dłonią włosy. Albo sztuczne światło tak niekorzystnie wpływa na wygląd mojej skóry, albo jestem dziś wyjątkowo blada. Pod oczami prześwitują mi sinoniebieskie żyłki. Spogląda na mnie zmęczona kobieta grubo po czterdziestce. Problemy ze snem coraz bardziej odbijają się na mojej twarzy. Staram się o tym zbyt często nie myśleć, żeby się nie dołować, ale przecież doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że młodsza już nie będę. Chyba niebawem powinnam umówić się na wypełnienie zmarszczek kwasem hialuronowym. Od ostatniego zabiegu minęło już kilka miesięcy. Kolejna pozycja na niekończącej się liście rzeczy do zrobienia.
Miałam się pospieszyć, a tymczasem znów się rozpraszam. Przywołuję się do porządku. Wystarczy, że tracę kontrolę nad swoim prywatnym życiem. Nie mogę dopuścić do tego, by moje kiepskie samopoczucie rzutowało również na pracę. Od wielu lat jestem postrzegana jako doskonała specjalistka w swoim fachu, zbieram wyłącznie pozytywne opinie na medycznych portalach. Nie wolno mi tego zaprzepaścić. Spóźnienie i usprawiedliwianie się tanimi wymówkami byłoby wysoce nieprofesjonalne.
Kieruję się do kabiny najbardziej oddalonej od wejścia. Kiedy już muszę skorzystać z publicznej toalety, zawsze wybieram właśnie tę. Mam złudne poczucie, że przewija się przez nią mniej osób niż przez pozostałe, a tym samym jest nieco czystsza. Mimo racjonalnego, a wręcz pragmatycznego podejścia do życia czasem karmię się iluzją. Bywają sytuacje, gdy okazuje się to nawet konieczne, by nie zwariować.
Zielony znaczek przy zamku sygnalizuje, że kabina jest wolna, ale na wszelki wypadek i tak pukam. Nikt się nie odzywa, więc pociągam za klamkę.
Świat wokół mnie na moment przestaje istnieć. Zapominam o pośpiechu, pacjentach, urodzinach Tośki. Tkwię w tej przerażającej stop-klatce, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Próbuję krzyczeć, ale z moich ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Stoję jak zamrożona, choć wiem, że powinnam działać. Być może, choć wcale na to nie wygląda, ta kobieta jakimś cudem jeszcze żyje. W takiej sytuacji sekunda może mieć znaczenie. Jestem lekarzem, teoretycznie wiem, jak uratować ludzkie życie, adrenalina i wyuczone odruchy też powinny zrobić swoje. Tymczasem stoję jak słup soli i wpatruję się w nieruchome ciało.
W głowie trwa gonitwa myśli. Niech ktoś wreszcie wejdzie do tej cholernej toalety, podzieli ze mną tę odpowiedzialność, o którą wcale nie prosiłam, przejmie inicjatywę. Nic takiego jednak się nie dzieje. Chciałabym uciec, udawać przed całym światem i samą sobą, że nigdy nie było mnie w tym miejscu, nie znalazłam upiornej sylwetki z głową ściśle owiniętą plastikową reklamówką. Nadal jednak tkwię tu zupełnie sama i muszę coś zrobić, jeśli jeszcze kiedyś chciałabym móc spojrzeć na swoje odbicie w lustrze.
W końcu udaje mi się zmusić własne ciało do współpracy.
Na drżących nogach podchodzę dwa kroki bliżej. Przez chwilę siłuję się z uchwytami reklamówki wrzynającymi się w szyję kobiety. Dostrzegam pod nimi podbiegnięte krwią, sine smugi. Plastikowe paski są zbyt ciasno owinięte wokół tkanek, by próbować je rozwiązać, więc ostatecznie mocnym szarpnięciem rozrywam ściśle przylegającą do jej twarzy siatkę z logo popularnej sieci handlowej.
Denatka najwyraźniej walczyła o każdy oddech, plastik przyklejał się do jej skóry, wpełzał do nosa i ust tak długo, aż pod śmiercionośną kopułą zabrakło powietrza. Upiorna maska opada, a ja nie mam już żadnych wątpliwości, że kobieta nie żyła na długo, zanim tu weszłam.
Już na pewno nie zdołam jej pomóc.
Cała się trzęsę, a mimo to jasność myślenia niespodziewanie wraca. Odwracam się, by nie karmić umysłu makabrycznym widokiem dłużej, niż to konieczne. Sięgam do torebki po komórkę i wybieram numer alarmowy. Rzeczowo wyjaśniam, gdzie jestem i co się stało. Podaję też swoje dane. Zaskakują mnie spokój i opanowanie we własnym głosie, trzeźwy ton, precyzyjne komunikaty, które udaje mi się sformułować. Jakby fakt, że za moimi plecami znajdują się ludzkie zwłoki, w ogóle nie miał znaczenia.
Po zakończeniu rozmowy dzwonię do Soni i proszę, aby odwołała umówionych na dzisiaj pacjentów. Zdaję sobie sprawę, że nie zdołam już wrócić do pracy. Zapewne czeka mnie przesłuchanie przez policję. Nie mam pojęcia, ile mogą trwać takie czynności.
Recepcjonistka jak zawsze zachowuje się profesjonalnie i na szczęście nie dopytuje, dlaczego przekładam wizyty. Wiem, że nie jest zachwycona wizją rozmów ze zdenerwowanymi nagłą zmianą planów pacjentami, choć nie daje mi tego odczuć. Cóż, życie jednak bywa nieprzewidywalne. Sama wolałabym dziś zakładać wypełnienia, borować i wybielać zęby niż odnaleźć ludzkie zwłoki w publicznej toalecie.
Jeszcze raz rzucam okiem na martwą kobietę. Sonia coś do mnie mówi, ale nie rejestruję już żadnego z jej słów. Głębsze spojrzenie w puste oczy powoduje, że uświadamiam sobie przerażającą prawdę.
Znam tę kobietę. Wiem, kim jest.
Nikt, absolutnie nikt, zwłaszcza policja, nie może się o tym dowiedzieć. W przeciwnym wypadku będę skończona, a moje misternie ułożone życie rozpadnie się na kawałki, których już nigdy nie będę w stanie posklejać.
Maluję górną wargę matową pomadką w odcieniu krwistej czerwieni, przeglądając się w lusterku wstecznym. Linia ust musi być idealna.
Zauważyłam, że mój szef lubi wyrazisty, a jednocześnie klasyczny i elegancki makijaż, dlatego postanowiłam obrać inną strategię. Wyzywającą skórzaną minispódniczkę zamieniłam na nieco dłuższy model o ołówkowym kroju, zamiast bluzki z głębokim dekoltem wybrałam prostą błękitną koszulę, w której rozpięłam właśnie jeszcze jeden guzik, by wzrok pana Lemańskiego miał się na czym zawiesić. Wczoraj specjalnie udałam się na zakupy po biały koronkowy biustonosz. Liczę na to, że nareszcie nadarzy się okazja, aby dyrektor regionalny mógł zobaczyć mnie w samej bieliźnie.
Zanim wysiądę z auta, upewniam się, czy w tym samym momencie żadna z dziewczyn, z którymi dzielę biuro, nie opuszcza swojego samochodu. Nie mam ochoty na przymusowe pogaduszki w drodze do budynku. Nie jestem i nigdy nie byłam mistrzynią small talku. Mam za to mnóstwo innych umiejętności, które, mam nadzieję, zostaną wkrótce dostrzeżone i odpowiednio wynagrodzone.
Pracuję w dziale marketingu dużej firmy farmaceutycznej od kilku tygodni. Bardzo zależało mi właśnie na tej posadzie. Przeszłam wieloetapową rekrutację i pokonałam sporo kandydatek. Kiedy mi na czymś zależy, wykazuję się ogromną determinacją oraz systematycznością. Uparcie dążę do celu i nie zniechęcam się drobnymi niepowodzeniami. Znam swoją wartość, choć nie zawsze tak było.
Janek przez lata wmawiał mi, że jestem zerem i bez niego niczego nie osiągnę, a ja – idiotka – wierzyłam w każde kąśliwe słowo, które wypowiedział na mój temat. Początkowo nasze życie przypominało bajkę, ale kiedy nie dałam mu upragnionego dziecka, zmienił się nie do poznania. Mimo wszystko wciąż za nim tęsknię. W pamięci nadal mam zbyt wiele pięknych chwil, choć to te rzucone w gniewie słowa najmocniej wpłynęły na utratę pewności siebie.
Ostatnio sporo nad sobą pracowałam i teraz nareszcie będę miała okazję udowodnić mu, jak bardzo się mylił. Pokażę mu, że rozstanie z nim okazało się najlepszym, co mogło mnie spotkać. Dzięki temu nauczyłam się polegać na samej sobie. Przeprowadzka do Rzeszowa oddziela grubą kreską to, co za mną, od nowego, ekscytującego etapu życia. Teraz to ja rozdaję karty. Do gry wraca Martyna sprzed lat, o której istnieniu zdążyłam zapomnieć przygnieciona prozą codzienności.
Idę do biurowca z wysoko podniesioną głową. Obiecuję sobie, że to będzie dobry dzień. Dziś nareszcie zwrócę na siebie uwagę Lemańskiego. Jeśli tylko uda mi się nawiązać z nim jakikolwiek kontakt, przełamać pierwsze lody, szybko owinę sobie tego mężczyznę wokół palca. Początkowo przyjęłam złą strategię, ale już wiem, jak naprawić swój błąd.
– Idziesz z nami po lekcjach do Maka?
– Nie tym razem. Mam dzisiaj wizytę u alergologa. Muszę wracać prosto po lekcjach – mówię z udawanym żalem w głosie. Liczę na to, że dziewczyny nie wyłapią kłamstwa.
– Ostatnio ciągle się spieszysz do domu – zauważa Iga. – Jeśli nie chcesz spędzać z nami czasu, to powiedz.
– No właśnie – wtóruje jej Żaneta. – Wiecznie ortopeda, okulista, alergolog. Nie wyglądasz na schorowaną staruszkę.
– Rany, laski. Wiecie przecież, jak bardzo moja matka jest przewrażliwiona na punkcie zdrowia. Obiecuję, że jutro gdzieś wyskoczymy razem. Może kino? – Składam propozycję, choć wcale nie zamierzam spędzać z koleżankami jutrzejszego popołudnia.
– Odpada. W czwartek mamy sprawdzian z biologii. Nie wiem jak wy, ale ja jutro zamierzam zakuwać. Rodzice mnie zabiją, jeśli przyniosę kolejną pałę.
– Rel – przytakuje Żaneta wpatrzona w Igę jak babcia w święty obrazek. Nieważne, co tamta powie, ona i tak się z nią zgodzi. Gdyby stwierdziła, że musi powitać chlebem i solą delegację z Marsa, która przybyła na naszą planetę z misją pokojową, dziwnym trafem okazałoby się, że i Żaneta dostała zaproszenie na tę nietypową uroczystość. Prycham pod nosem, wyobrażając sobie tę scenę. Dziewczyny rzucają mi pytające spojrzenie.
– Dziś naprawdę nie mogę, sorki. Nadrobimy innym razem. Nie gniewajcie się.
Dzwonek na lekcję ratuje mnie przed kontynuowaniem tej niekomfortowej rozmowy. Cała się spociłam. Nie sądziłam, że kiedyś przyjdzie taki moment, gdy będę miała przed Igą jakąś tajemnicę. Ukrywanie prawdy okazuje się ogromnym ciężarem. Wymyślanie nowych wiarygodnych wymówek staje się coraz trudniejsze. Nie chcę, by nasza przyjaźń zawisła na włosku. Jeśli ona odkryje mój sekret, może definitywnie zakończyć tę relację. Ja na jej miejscu właśnie tak bym postąpiła.
Wchodzimy do klasy. Zajmuję swoje stałe miejsce w czwartej ławce obok Igi. Kątem oka widzę, jak Żaneta Wacławek rzuca mi wyzywające spojrzenie. Nie lubię jej. Przykleiła się do nas jakiś czas temu i nie odstępuje na krok. Dobrze wiem, że tej lasce chodzi wyłącznie o Igę i tak naprawdę chciałaby zająć moje miejsce. Jeśli pozna tajemnicę, którą skrywam, nie będzie miała skrupułów i nic jej nie powstrzyma przed rozbiciem naszej przyjaźni. Zachowuje się tak, jakby tylko czekała na moment, kiedy będzie mogła mnie skompromitować.
Muszę zachowywać się naturalnie, aby nie dawać Żanecie powodów do snucia podejrzeń. Stale mam się na baczności.
Robi mi się gorąco na myśl, że Dominik siedzi w sąsiednim rzędzie, ale pamiętam o tym, żeby nawet nie zerkać w jego kierunku. To wyjątkowo trudne i obawiam się, czy któregoś dnia nie pęknę. Nie chciałabym dokonywać wyboru pomiędzy przyjaciółką a chłopakiem, dla którego straciłam głowę.
Iga trąca mnie ramieniem.
– Coś mówiłaś? – pytam.
– W ogóle mnie nie słuchasz. – Jej głos zdradza irytację. – Pytałam, czy było jakieś zadanie domowe.
– Tak. Przepisz sobie. – Przesuwam otwarty zeszyt w stronę przyjaciółki, nim sama zdąży o to poprosić. W końcu Iga Daniłko zawsze dostaje to, czego chce. Prawie zawsze, poprawiam się w myślach.
Próbuję się skupić na zapisywanych na tablicy obliczeniach i podążać za tokiem rozumowania nauczycielki, ale moje myśli uciekają w zupełnie innym kierunku.
Czuję się jak bohaterka jakiejś książki. Mam swoją tajemnicę, której nikomu nie mogę zdradzić, nawet najlepszej przyjaciółce. Zwłaszcza jej.
– Proszę za mną. – Ton głosu kierowniczki nie zwiastuje niczego dobrego.
Spodziewałam się wezwania na dywanik, chociaż jakaś część mnie chciała wierzyć w to, że klient nie złoży skargi. Przecież go przeprosiłam. Nie wyglądał na mściwego chama, ale nigdy do końca nie wiadomo, czego się można po człowieku spodziewać. Już nieraz się pomyliłam w ocenie i później musiałam ponieść dotkliwe konsekwencje. Zresztą to wcale nie musiał być on. Wystarczyło, żeby jakiś inny klient albo ktoś z personelu postanowił zagrać w „Uprzejmie donoszę…”.
Nie jestem tu szczególnie lubiana. Zdaję sobie sprawę, że jeśli za chwilę wylecę, nikomu nie będzie mnie brakowało. Nie integruję się z zespołem, trzymam się na uboczu, nie mówię zbyt wiele o sobie. Pewnie wszyscy uważają mnie za dziwaczkę, ale mam to gdzieś. Przychodzę tu wyłącznie po to, żeby zarabiać pieniądze. Nie szukam przyjaciół. Zwyczajnie walczę o przetrwanie w tym parszywym świecie. Sama.
Nerwowo przełykam ślinę i karnie drepczę za szefową do jej biura. Czuję na sobie pogardliwe spojrzenia pracowników w błękitnych koszulkach z żółtym napisem CHĘTNIE POMOGĘ, takich samych jak moja. Oby to nie był ostatni dzień, kiedy mogłam włożyć ten znienawidzony służbowy uniform. Stanowi mimo wszystko pewną stałą w moim życiu, a ja potrzebuję stabilnego gruntu, by kolejny raz nie spaść na samo dno.
Ciężko oddycham, kiedy Kostecka zamyka drzwi. Kusi mnie, by zacząć się bronić, nim rozpocznie się atak, próbować wyjaśnić niezręczną sytuację, przepraszać i prosić o kolejną szansę. Staram się przekonać samą siebie: Nie panikuj, nie podkładaj się. Może kierowniczka wezwała cię tutaj z zupełnie innego powodu. Oddychaj. Nie daj po sobie poznać, jak bardzo jesteś zdenerwowana, bo jeśli wcale nie chodzi o tamtego gościa, to Kostecka zaraz wywęszy, że coś jest nie tak, i zacznie drążyć.
Chociaż chciałabym się zachowywać racjonalnie, to i tak nie udaje mi się zapanować nad reakcjami własnego organizmu. Pocę się jak w gorączce, a na dekolcie pojawiają się czerwone plamy. Chciałabym się wreszcie dowiedzieć, dlaczego zostałam wezwana na rozmowę, choć przecież się tego domyślam.
Kostecka, jakby napawała się władzą i czerpała satysfakcję z narastającego w pomieszczeniu napięcia, specjalnie przedłuża tę niezręczną ciszę. Zajmuje miejsce za biurkiem, wskazuje dłonią krzesło naprzeciwko i w końcu wydobywa z siebie głos. Oschły i stanowczy.
– Proszę siadać.
Posłusznie wykonuję polecenie. Pilnuję się, by złączyć nogi, a obie ręce położyć z gracją na kolanach. Za wszelką cenę próbuję udowodnić, że mimo wszystko mam jakieś maniery i potrafię się odpowiednio zachować, kiedy wymaga tego sytuacja.
Kostecka chrząka, zaplata palce w koszyczek, cmoka z dezaprobatą, robi minę, która prawdopodobnie ma wyrażać zniesmaczenie moją osobą. Jeśli jeszcze przed chwilą łudziłam się, że nie spełnią się te najgorsze przypuszczenia, to właśnie tracę resztki nadziei.
– Nawet nie wiem, od czego zacząć. – Rozkłada bezradnie ręce. Zachowuje się, jakbym była upośledzona i nie rozumiała wypowiadanych słów, więc konieczne jest wzmocnienie werbalnego przekazu odpowiednimi gestami. Przypomina mi się wychowawczyni z bidula, która bez końca katowała nas kupioną na bazarze od ruskich płytą Arki Noego i z wielkim przejęciem kręciła palcem nad głową kółka w rytm refrenu: „Taki duży, taki mały może świętym być”. Kiedy nie widziała, my rysowaliśmy okręgi w powietrzu w nieco innym miejscu, dając upust emocjom i pokazując, że pani Celinka jest trochę nie teges. Siłą woli powstrzymuję się od głośnego prychnięcia, choć w obecnej sytuacji wcale nie jest mi do śmiechu. – Jestem głęboko oburzona i rozczarowana pani zachowaniem. To niedopuszczalne, by takie wydarzenia miały miejsce w naszym markecie. Napaść na klienta?! Co pani sobie myślała?
– Ja…
– Proszę mi nie przerywać! – Podnosi głos. Na końcu języka mam: „To po chuj pytasz, skoro nie pozwalasz mi odpowiedzieć?”, ale powstrzymuję się od komentarza. Nie powinnam się pogrążać. Może istnieje jeszcze cień szansy, abym mogła się jakoś wybronić i uniknąć dyscyplinarki. Jeśli Kostecka wpadnie w szał, z pewnością wylecę stąd na zbity pysk.
– Przepraszam… – szepczę tak cicho, że nawet ja ledwo słyszę samą siebie.
– Ma pani szczęście, że klient nie zamierza wnieść przeciwko nam oskarżenia. Udało mi się go przekonać, aby tego nie robił. Rozumie pani? – rzuca, a ja kiwam głową, w napięciu czekając na najważniejsze słowa, jakie padną podczas tego spotkania. – Nadstawiłam karku i nieźle się musiałam przy tym nagimnastykować, żeby ochronić pani tyłek. Taka sytuacja nigdy więcej nie może się powtórzyć.
Kierowniczka przerywa swój wywód, aby nabrać powietrza, więc postanawiam wykorzystać tę szansę, wyrazić skruchę i pokajać się trochę.
– Przepraszam. Oczywiście, to się więcej nie powtórzy.
– Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Czyżby jeszcze nie wszystko było stracone?
Kostecka szybko jednak gasi rozpalającą się na nowo nadzieję. Otwiera jedną z leżących na stole teczek i wyjmuje, a następnie podaje mi zadrukowaną kartkę formatu A4.
– Co to jest? – pytam, choć doskonale znam odpowiedź.
Zaschło mi w ustach. Próbuję przełknąć ślinę, ale to nie pomaga.
– Wypowiedzenie umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym. Zostaje pani zwolniona dyscyplinarnie za rażące naruszenie ustalonych zasad oraz podstawowych obowiązków pracownika. Proszę podpisać odbiór dokumentu. O, tam. Na dole.
– Ja wszystko wyjaśnię…
– Nie interesują mnie pani wyjaśnienia. Decyzja jest ostateczna i niepodlegająca dyskusji. W przypadku jakichkolwiek zastrzeżeń ma pani prawo wnieść odwołanie do sądu pracy.
– I co ja mam teraz zrobić? – Za punkt honoru przyjmuję, żeby się nie rozpłakać. Czuję cisnące się do oczu łzy, ale nie pozwalam im wypłynąć. Mrugam kilka razy, a pod biurkiem zaciskam dłonie w pięść. Nie dam tej małpie satysfakcji.
– Podpisać dokument, zdać służbowy uniform, zabrać swoje rzeczy i opuścić budynek.
Na widok jej tryumfalnego uśmieszku chce mi się rzygać. Przynajmniej już nigdy więcej nie będę musiała oglądać Kosteckiej. Są jakieś plusy tej sytuacji.
Zamaszystym ruchem składam podpis na wypowiedzeniu. Wybiegam do szatni i czym prędzej się rozbieram. Pozbywam się tej cholernej koszulki, bo niemal czuję, jak mnie parzy, zwijam ją w kulkę i z odrazą wrzucam do metalowej szafki. Wciskam się w obcisłe, wytarte na kolanach dżinsy i czarny, spłowiały już T-shirt z wielkim napisem Korn, a potem wychodzę z marketu budowlanego, nie oglądając się za siebie.
Chciałabym opuścić to miejsce z podniesioną głową i pewnym krokiem maszerować przez miasto. Zamiast tego wielkie jak grochy łzy spływają mi po policzkach.
Kolejny raz pozwoliłam, by przeszłość mnie dopadła i doprowadziła do miejsca, z którego nieustannie próbuję po omacku uciec, chociaż głosy w mojej głowie bez końca powtarzają: Jesteś nikim. Znowu mają rację.
Stoję przed przejściem przez ulicę Kozienia i patrzę na przejeżdżające samochody. Wystarczyłby jeden krok w odpowiednim momencie. Pisk hamulców, huk, krzyki przechodniów, syrena ambulansu, którego przyjazd i tak zda się na nic. Mogłabym to wszystko już teraz zakończyć.
Ta wizja wydaje się tak kusząca, zbyt piękna, by mogła być prawdziwa. W moim życiu proste rozwiązania nie istnieją. Jeśli los nagle zsyła mi coś, na co nie zasłużyłam, muszę mieć się na baczności, bo najprawdopodobniej właśnie zastawia na mnie pułapkę. Wpadłam w nią wystarczająco wiele razy, bym zdążyła wyleczyć się z naiwności. Jeszcze trochę przyjdzie mi się pomęczyć z moim największym wrogiem – samą sobą.
Po godzinnym spacerze, podczas którego w głowie kłębiły mi się wyłącznie czarne myśli, docieram do mieszkania, choć ta nora właściwie nie zasługuje na takie miano. Nienawidzę tego miejsca, ale nie mam perspektyw na jakąkolwiek zmianę.
Ceny za wynajem są kosmiczne. Do tej pory z trudem opłacałam czynsz za tę zagrzybioną kawalerkę na Baranówce, przeznaczając na ten cel sporą część pensji. Nie wiem, jak teraz sobie poradzę. Moja sytuacja finansowa jest fatalna. Straciłam właśnie jedyne źródło utrzymania i jeszcze to do mnie w pełni nie dociera.
To nie pierwszy raz, kiedy coś bezpowrotnie tracę. Nie pierwszy, kiedy jestem zdana całkowicie na siebie. Fakt, że wcześniej jakoś dawałam sobie radę i ostatecznie cudem wybrnęłam z tarapatów, powinien podnieść mnie na duchu. Efekt jest jednak odwrotny. Pewnie wyczerpałam już swój limit „pożal się Boże” szczęścia. Mam dość i najchętniej zwyczajnie bym się poddała. Chciałabym zasnąć i się już nie obudzić, ale to nie takie łatwe.
Mimo niezliczonych wojen z losem nigdy nie wyszłam na prostą. Zawsze balansowałam gdzieś na granicy walki o przetrwanie i nie mogłam poczuć się komfortowo we własnej skórze. Jestem już zmęczona ciągłym ścieraniem się z losem. To cholernie niesprawiedliwe. Od zawsze miałam pod górkę. Nie wiem, czy to jakiś rodzaj pokuty za wyjątkowo grzeszne poprzednie wcielenie, którego nie pamiętam, czy po prostu Bóg albo jakiś inny gość rządzący tym światem zwyczajnie mnie nie lubi. Właściwie mu się nie dziwię. Raczej w nikim nie wzbudzam ciepłych uczuć.
Siadam na fotelu, w którym poprzedni lokator wypalił papierosem kilka dziur. Wpatruję się w pustą ścianę, próbując zapanować nad chaosem w głowie. Nie mam pojęcia, co dalej. Im dłużej gapię się w poszarzałą powierzchnię, tym większe przygnębienie mnie ogarnia.
Wracają niechciane wspomnienia. Kiedy już myślę, że pozbyłam się ich na dobre, upchnęłam je gdzieś głęboko w podświadomości i choć pokaleczona, idę dalej, koszmar odżywa na nowo w najmniej spodziewanym momencie. Znów czuję uścisk tłustych łapsk na moich biodrach, oddech śmierdzący przetrawionym alkoholem i wymiocinami, wielkie cielsko dociskające mnie do ściany, przyspieszone bicie serca, strach i obrzydzenie, świadomość, że jestem na przegranej pozycji i nie uda mi się już uciec.
Ponad rok temu zostałam zgwałcona. Na początku wolałam udawać, że mnie to w ogóle nie ruszyło, wmawiałam sobie, że to był tylko zły sen, a nie brutalna rzeczywistość. Przez jakiś czas całkiem nieźle mi to wychodziło. Doskonale potrafiłam oszukiwać samą siebie. Lata praktyki. Zresztą nigdy nie prowadziłam się jak dama. Tłumaczyłam sobie, że to kolejny przygodny seks z przypadkowym gościem. Nic wyjątkowego.
Aż nagle koszmar tamtej nocy zaczął o sobie przypominać w najmniej spodziewanych momentach. Wszędzie widziałam jego obleśną twarz, słyszałam charczący oddech, czułam obezwładniający strach, chociaż nic mi nie groziło. Dziś znów wspomnienia przejęły nade mną kontrolę, pozbawiły mnie umiejętności racjonalnej oceny sytuacji, wyzwoliły reakcję, przez którą Kostecka wylała mnie z roboty.
Minęło tyle czasu, ale tamto wydarzenie nadal jest bardzo wyraźne. Im usilniej próbuję wyrzucić je z pamięci, tym ostrzejsze stają się jego kontury.
Wracałam wtedy z imprezy pracowniczej, na której puściły mi wszystkie hamulce i upiłam się w sztok. Poszłam tam tylko dlatego, by kolejny raz nie wyjść na dzikuskę. Wcale nie miałam ochoty na integrację z ludźmi, dla których nic nie znaczyłam. Z wzajemnością. Nie potrafiłam się wyluzować. Patrzyłam na te nieprzyjazne twarze i wlewałam w siebie kolejne kieliszki wódki z nadzieją, że może zaimponuję tym któremuś z facetów albo przynajmniej zacznę się bawić równie dobrze jak reszta towarzystwa. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Czułam się winna, bo nigdy nie potrafiłam stać się częścią grupy, zawsze stałam gdzieś obok i nic nie zapowiadało, aby kiedykolwiek miało się to zmienić.
Chciałam opuścić knajpę jak najszybciej i znaleźć się w tym obskurnym wynajmowanym mieszkaniu. Sama, z daleka od tych ludzi, dla których stanowiłam zbędne ogniwo, i ich oceniających spojrzeń.
Stwierdziłam, że nie będę bezmyślnie wydawać pieniędzy na taksówkę, a spacer na Baranówkę dobrze mi zrobi, przy okazji może choć trochę wytrzeźwieję. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła pierwsza. W przebłysku przytomności szybko policzyłam, że za pięć godzin będę musiała usiąść na kasie. Klasyka. Etatowa frajerka, której wciska się wszystkie zmiany w Wigilię, sylwestra i długie weekendy, a także bladym świtem tuż po firmowej imprezie.
Zaczęłam się obawiać kaca mordercy. Coraz mocniej upewniałam się w przekonaniu, że powrót piechotą to doskonały pomysł.
Zataczałam się, a każdy krok w niewygodnych, tanich szpilkach sprawiał mi ogromny ból. Wspomnienie momentu, w którym zdecydowałam się zdjąć buty i dalszą część trasy pokonać boso, jest niezwykle wyraźne. Od tej chwili wydarzenia potoczyły się błyskawicznie.
Nie wszędzie świeciły uliczne latarnie. Stan mocnego upojenia alkoholem też nie ułatwiał dostrzeżenia leżącego na chodniku odłamka szkła. Stanęłam na nim bosą stopą, a nocną ciszę przeciął mój krzyk wzmocniony siarczystym przekleństwem.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że rozcięta skóra będzie najmniej dotkliwą konsekwencją decyzji o samotnym przemierzaniu miasta.
Nie wiem, czy ten gnój już wcześniej mnie obserwował, czy jego uwagę przykuł dopiero mój wrzask, ale od tamtej chwili zaczęłam czuć na sobie czyjeś spojrzenie. Włożyłam buty i kulejąc, ruszyłam przed siebie. Od bloku, w którym mieszkałam, dzieliła mnie już niewielka odległość. Trzeźwa pokonałabym ten dystans w zaledwie dziesięć minut, ale kiedy tak kuśtykałam, usiłując utrzymać równowagę, miałam wrażenie, że mimo stawianych z trudem kolejnych kroków wciąż jestem w tym samym miejscu.
Wybrałam drogę na skróty przez wyłożony betonowymi płytami plac, na którym w latach dziewięćdziesiątych zbudowano kilka rzędów garaży. Wyraźnie słyszałam czyjeś kroki. Z każdą sekundą ktoś był coraz bliżej mnie. Miałam złe przeczucia. Błagałam w myślach, by ten człowiek jak najszybciej mnie minął i poszedł w swoją stronę. Próbowałam się obejrzeć, sprawdzić, kto podąża moim śladem, a wtedy zachwiałam się i upadłam.
Syknęłam. Poczułam przeszywający ból, a kolana zapłonęły żywym ogniem. Moje serce waliło jak szalone, szumiało mi w uszach. Wytrzeźwiałam natychmiast. Czułam, że nie mogę się teraz nad sobą użalać. Powinnam biec, ale nie byłam w stanie się podnieść. Nie liczyłam na pomoc idącego za mną człowieka. Nie miał wobec mnie dobrych zamiarów. Po prostu to wiedziałam.
Był coraz bliżej. Wydawał z siebie jakieś dziwne dźwięki, coś na granicy mlaskania i sapania. Te odgłosy zmobilizowały mnie do walki.
Podniosłam się resztkami sił, ale niemal natychmiast straciłam równowagę. Rana na stopie piekła i szczypała, jakby ktoś posypał ją solą. Do oczu napłynęły mi łzy. Już wiedziałam, że właśnie poniosłam porażkę, której konsekwencji nie byłam jeszcze w stanie przewidzieć.
Poczułam na biodrach ciężar wielkich obcych dłoni. Próbowałam się wyrwać, ale byłam bez szans. Piszczałam i młóciłam kończynami powietrze, jednak on nic sobie z tego nie robił. Podniósł mnie jak szmacianą lalkę, przeciągnął kilka metrów i popchnął na chropowatą ścianę garażu.
– Nie, błagam. Nie – jęczałam, przeczuwając, co się wydarzy.
Jedną ręką ściśle mnie obejmował na wysokości podbrzusza. Drugą złapał moją twarz i obrócił w swoją stronę. Cicho pisnęłam.
– Nooo – wycharczał. – Ładniutka buźka. Nie będę przecież ruchał jakiejś paskudy.
Wątpliwej wartości komplement sprawił, że nie miałam już żadnych wątpliwości co do zamiarów tego typa. Od tego momentu mój umysł wypełniła ciemność, jakaś pustka, jakby wyparowały z niego wszystkie myśli. Chciałam tylko, by to, co jeszcze nie zdążyło się zacząć na dobre, nareszcie się skończyło.
Kolejne minuty były jednymi z najgorszych, jakich dane mi było kiedykolwiek doświadczyć.
Potrząsam głową i przerywam tę koszmarną podróż do przeszłości. Policzki mam mokre od łez, a ciało drży niczym w gorączce.
Kiedy dziś ten otyły mężczyzna w markecie złapał mnie za ramię, zareagowałam szybciej, niż zdążyłam pomyśleć. Nie mam pojęcia, dlaczego nagle znów poczułam się zagrożona. W swojej wyobraźni znowu stałam przyciśnięta do ściany garażu, świadoma tego, że moje ciało zaraz stanie się bezwartościową kupą mięsa.
Zanim odepchnęłam klienta, który jak później się okazało, chciał tylko zapytać o dostępność wybranego modelu lampy, zdążyłam uderzyć go w twarz. Przeraziła mnie własna reakcja. Sama nie rozumiałam tego, co właśnie się wydarzyło. Od razu zaczęłam przepraszać tego człowieka, kajać się przed nim i błagać o wybaczenie, choć i tak przeczuwałam, jak się to skończy.
Nie myliłam się.
Jestem zdruzgotana tym, jak mocno naznaczyła mnie ta sytuacja. Wolę myśleć o tym, co wydarzyło się przed rokiem w ten sposób, bo słowo „gwałt” wydaje mi się zbyt brutalne, dosadne, stygmatyzujące.
Nie mogę pozwolić, by to przejęło kontrolę nad moim życiem. Nie wolno mi dopuścić do tego, by dzisiejsze zajście kiedykolwiek się powtórzyło. Muszę znaleźć nową pracę, a jeśli to się powiedzie, czeka mnie kolejna, z góry skazana na porażkę, próba przystosowania się do nowego otoczenia i konieczność ponownego wejścia w grę pozorów, w której usiłuję przekonać innych, że jestem zwyczajną trzydziestosześciolatką.
Muszę zmierzyć się z tą traumą sama. Nikomu nie powiedziałam, co mnie spotkało. Nie ma w moim otoczeniu żadnej osoby, której mogłabym zaufać. Profesjonalna terapia? Na taki luksus mnie nie stać. Na specjalistę na NFZ musiałabym pewnie czekać do czterdziestki, a i tak okazałby się gówniany. Poza tym gdybym zaczęła grzebać w przeszłości, mogłabym dotrzeć do rejonów, w które nie powinnam się zapuszczać. Nauczyłam się zamykać pewne drzwi i zapominać o ich istnieniu. To chyba mój największy życiowy sukces.
Na myśl o tym, że jutro przyjdzie kolejny dzień, po nim kolejny i kolejny, robi mi się słabo. Nagle zdaję sobie sprawę, jak ważny element mojego życia stanowiła praca w markecie budowlanym, której wcale nie lubiłam. Wyznaczała określony rytm, dawała zajęcie, pozwalała opłacić rachunki. Chciałabym cofnąć czas, ale to przecież niemożliwe. Muszę iść przed siebie, jednak nie czuję się na siłach, by zaplanować pierwszy krok.
Kiedy zaczyna mi burczeć w brzuchu, uświadamiam sobie, że dziś zjadłam tylko drożdżówkę z serem. Pusty żołądek coraz donośniej dopomina się posiłku. Wstaję z fotela i przechodzę wąskim korytarzem do ślepej kuchni. Zamierzam sprawdzić, czy znajdę tam coś, z czego uda mi się przygotować posiłek. Dziś po pracy miałam zrobić zakupy, ale przez to, jak potoczyły się sprawy, kompletnie o tym zapomniałam. Zresztą w portfelu zostało mi niewiele pieniędzy, a nie wiem, kiedy znów uda mi się coś zarobić. Muszę wejść w tryb intensywnego oszczędzania, aby jakoś przetrwać.
Otwieram lodówkę. Jej zawartość mnie nie zaskakuje. W szufladzie na warzywa leży jedynie nadpsuta marchewka, na dnie otwartego przed kilkoma dniami opakowania z wędliną znajduje się ostatni plasterek. Wyjmuję go, zwijam w rulon i wkładam do ust. Wygląda na to, że na inną kolację nie mam dziś co liczyć.
Na półce w drzwiach widzę butelkę piwa. Kupiłam ją sobie na czarną godzinę. Oby jeszcze czarniejsza niż obecna nie nadeszła – myślę, sięgając po zimny napój. Należy mi się odrobina przyjemności w tym parszywym dniu. Zamierzam się nią rozkoszować. Zmartwienia od tego nie znikną, ale i uporczywe myślenie o problemach wcale ich nie rozwiąże.
Otwieram butelkę. Kapsel odskakuje, do moich uszu dobiega przyjemne syknięcie.
Pociągam łyk i gorycz rozlewa mi się po ustach. Tak, właśnie tego potrzebowałam. Na chwilę zapominam o wydarzeniach sprzed kilku godzin, o tym, jak cholerny gwałt wpłynął na moje zachowanie.
Alkohol trafia do niemal pustego żołądka. Z zaskoczeniem zauważam, że zaczyna szumieć mi w głowie. Poddaję się temu uczuciu.
Beztroski stan nie trwa jednak długo. Zerkam na leżącą na stoliku komórkę i martwię się, czy niebawem nie braknie mi pieniędzy na opłacenie abonamentu. W przypływie paniki biorę telefon do ręki i postanawiam znaleźć rozwiązanie swoich problemów teraz, już, natychmiast. Zastanawiam się, czy bardziej palącą potrzebą jest znalezienie pracy, czy uporanie się z traumą, przez którą mogłabym stracić kolejną posadę.
Szybko uznaję, że, przynajmniej na razie, ważniejsze jest zarobienie pieniędzy. Na popularnym portalu z ogłoszeniami wyszukuję oferty pracy z Rzeszowa. Nie ograniczam się do jednej branży ani wybranego rejonu miasta. Jestem gotowa przyjąć każdą propozycję, byle tylko przetrwać.
Wiele razy zmieniałam pracę. Często moje umowy nie zostawały przedłużone. Nigdy nie podawano oficjalnych powodów, ale domyślałam się, że to przez brak umiejętności współpracy z innymi oraz specyficzny, raczej chłodny sposób bycia. Czasem sama rezygnowałam, gdy robota okazywała się wyjątkowo parszywa, ale zawsze wtedy miałam już na oku inną ofertę. Teraz Kostecka zwolniła mnie dyscyplinarnie. Zaczyna do mnie docierać, że ta okoliczność może stać się przeszkodą nie do pokonania. Jeśli mój przyszły pracodawca dowie się, za co zostałam wylana, nie zechce ryzykować, że sytuacja się powtórzy.
Muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Wpisuję w wyszukiwarkę frazę: „Jak szybko zarobić duże pieniądze?”. Wiele wyświetlających się na ekranie propozycji odrzucam od razu. Nie mam pojęcia o kryptowalutach, tworzeniu treści na media społecznościowe czy funduszach inwestycyjnych. Nie zamierzam też łazić po domach jak świadek Jehowy z Thermomixem albo odkurzaczem piorącym pod pachą zamiast Biblii. Po przejrzeniu dziesiątek stron trafiam w końcu na forum, gdzie dziewczyny, które oferują płatny seks, chwalą się swoimi zarobkami. Kwoty są imponujące.
Zdaję sobie sprawę, że bez odpowiedniego wykształcenia, umiejętności czy pieniędzy na start nie mam zbyt dużego pola manewru. Choć sprzedawanie swojego ciała brzmi obrzydliwie, zaczynam realnie zastanawiać się nad tą możliwością. Pewnie to wpływ wypitego na pusty żołądek alkoholu, jednak myśl, że w kilka dni mogłabym zarobić więcej niż przez cały miesiąc w markecie, zdaje się wyjątkowo kusząca.
Głosy w mojej głowie zaczynają krzyczeć: Chyba oszalałaś! Zobacz, jak gwałtownie zareagowałaś dziś na dotyk tego mężczyzny. To szalony pomysł!
Staram się nie dopuszczać ich do siebie, choć wiem, że w tych słowach kryje się sporo sensu. Natychmiast przypominam sobie inną, zasłyszaną gdzieś mądrość: „Czym się strułeś, tym się lecz”.
Kiedyś oglądałam reportaż telewizyjny o grupie ludzi walczących ze swoimi fobiami pod okiem specjalistów poprzez intensywną ekspozycję na czynnik wyzwalający strach. W pamięć szczególnie zapadła mi młoda dziewczyna, która panicznie bała się pająków. Po kilku sesjach z psychologami nakłoniono ją, aby spędziła godzinę w pokoju, gdzie umieszczono terrarium wypełnione włochatymi stawonogami. Miała im się tylko przyglądać. W kolejnym etapie brała jednego z nich na rękę i pozwalała mu przemieszczać się po swoim ciele. Ostatecznym wyzwaniem było wejście do pojemnika wypełnionego pająkami. Sama miałam wtedy ciarki, choć nie mierzę się z arachnofobią. Bohaterka reportażu wyszła z tej próby zwycięsko. W ostatniej scenie przyznała, że dzięki telewizyjnemu eksperymentowi udało jej się nie tylko pokonać strach, ale też na tyle polubić pająki, aby zdecydować się na zakup własnego ptasznika.
Wspomnienie tej historii utwierdza mnie w przekonaniu, że i ja dam radę. W markecie zareagowałam tak gwałtownie, ponieważ w tamtym momencie nie spodziewałam się dotyku. Podczas spotkania z klientem będę przygotowana na to, co się wydarzy. Nic mnie nie zaskoczy.
Z każdą chwilą pomysł, na który wpadłam, wydaje się coraz lepszy. Nareszcie będę niezależna, stanę się panią własnego losu. Przed gwałtem lubiłam seks, po nim – jeszcze nie miałam okazji tego sprawdzić. Jestem dobrej myśli. Może się okazać, że to najlepsza praca, jaką miałam.
Zamierzam działać od razu, aby do głosu nie doszły wątpliwości, które pewnie się pojawią, gdy alkohol przestanie krążyć w moich żyłach.
Wyrzucam z szuflady komody skromny zapas bielizny i szukam czegoś, w czym będę wyglądała seksownie i kusząco. Decyduję się na komplet z cienkiego czarnego materiału imitującego koronkę. Wyjmuję z tego stosu również czerwone body obszyte białym futerkiem. Postanawiam, że zrobię też bardziej prowokujące zdjęcie, na którym będę w samych stringach, a biust zasłonię ręką.
Wchodzę na portal polecany na forum i przeglądam fotki innych użytkowniczek w poszukiwaniu inspiracji. Większość fotografii została wykonana w profesjonalnym studio, z niewielu z nich zawiewa amatorszczyzną. Widzę, że przekłada się to na ceny. Rozbieżności są ogromne. Niektóre dziewczyny życzą sobie nawet kilka tysięcy za noc. Ich klienci w zamian za to dostają do dyspozycji piękne, wysportowane ciała. Z tych zdjęć bije klasa, kobiety kuszą w wyrafinowany sposób. Kto wie, może i mnie uda się kiedyś osiągnąć taki poziom i zarabiać kwoty, o jakich nawet nie śniłam.
Dochodzę do wniosku, że żadne miejsce w wynajmowanym mieszkaniu nie nadaje się jako tło. Nie stać mnie na wizytę u fotografa. Muszę sobie jakoś poradzić.
Postanawiam zapozować w łóżku. Kraciastą pościel zmieniam na gładką, kiedyś białą, teraz pożółkłą. Może zdołam ją rozjaśnić w jakiejś darmowej aplikacji do obróbki zdjęć.
Przebieram się w seksowne fatałaszki, włączam dodatkowe światło i zaczynam sesję. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pstrykałam selfie, więc znalezienie odpowiedniej pozycji zajmuje mi sporo czasu. Czuję się dziwnie, układając usta w dzióbek i wystawiając pośladki do obiektywu. Staram się jak najlepiej wyeksponować swoje atuty. Jestem dość szczupła, ale natura nie poskąpiła mi krągłości we właściwych miejscach. Obejmuję przedramieniem biust i cykam sobie fotkę z góry. Muszę zrobić wszystko, aby zachęcić potencjalnego klienta do skorzystania z moich usług, zdjęciem i odpowiednim opisem złożyć obietnicę niezapomnianych doznań.
Po niemal dwóch godzinach przebieranek i prężenia się do aparatu w telefonie uznaję, że mam dość materiału do stworzenia anonsu. Z jednej strony czuję się jak idiotka, a z drugiej towarzyszy mi coś na kształt ekscytacji. Zaczynam nowy rozdział i wiążę z nim pewne nadzieje. Mogą nazywać mnie dziwką. Mam to gdzieś. Chcę tylko nareszcie zacząć żyć na godnym poziomie, a nie ciągle lawirować na granicy nędzy.
Obrabiam fotki zadowolona z efektu. Wyszło lepiej, niż się spodziewałam. Wybieram kilka najlepszych ujęć i biorę się do założenia profilu.
Dość długo główkuję nad właściwym opisem. Wzoruję się na tym, co piszą o sobie inne dziewczyny. Samymi słowami niełatwo rozbudzić zmysły, ale się nie poddaję. Szlifuję tekst do momentu, aż uznaję, że jest wystarczająco dopracowany.
Decyduję się ustalić ceny na średnim poziomie. Skoro mam sprzedawać własne ciało, chciałabym uzyskać za to odpowiednie wynagrodzenie. Jeśli szybko nie trafi mi się pierwszy klient, obniżę stawkę.
Patrzę na swój profil i nie mogę uwierzyć, że to moje nowe wcielenie.
Mara.
Tak się teraz nazywam.
Krew. Wszędzie widzę krew. Brunatnoczerwone lepkie plamy znaczą poduszkę i kołdrę. Mam wrażenie, że cały czas się powiększają. Pęcznieją. Otaczają mnie z każdej strony jak wzburzone morze wokół bezbronnego rozbitka.
Wybudzam się z drzemki zlana potem. Pościel klei mi się do ciała. Nienawidzę tego uczucia.
Serce jeszcze długo nie może wrócić do normalnego rytmu. Robię głęboki wdech, żeby trochę się uspokoić. Nie pomaga.
To tylko sen – powtarzam sobie. Głupi sen, który prześladuje mnie od jakiegoś czasu. Ilekroć wydaje mi się, że zdołałam się już od niego uwolnić, wraca i jeszcze mocniej łapie mnie w swoje objęcia. Za każdym razem przeżywam go intensywniej. Obrazy stają cię coraz wyraźniejsze, bardziej plastyczne. Dziś niemal poczułam ten metaliczny zapach krwi wdzierający się do nosa.
Przypominam sobie omawianą niedawno na polskim lekturę – Zbrodnię i karę Dostojewskiego. Łuczkowska opowiadała o roli snów w powieści oraz analizowała, co mówią one o bohaterach i ich kondycji psychicznej. Zastanawiam się, jak polonistka zinterpretowałaby mój powracający koszmar, gdybym była postacią z książki. Ciekawe, czy choć trochę zbliżyłaby się do prawdy.
Jest mi słabo i mam zawroty głowy. Sięgam po stojącą na szafce nocnej butelkę z colą i duszkiem wypijam wygazowany już napój.
Kładę dłoń na czole i oceniam, że jest gorące. Nie chce mi się schodzić na dół po termometr, by upewnić się, czy rzeczywiście mam wysoką temperaturę. Pewnie zaraziłam się grypą od Dominika.
Możliwość spędzenia kilku dni w łóżku byłaby mi bardzo na rękę. W tej sytuacji każdy powód, żeby nie iść do szkoły, wydaje się atrakcyjny. Zazwyczaj nie opuszczam zajęć, bo to jedyna okazja do spędzenia całego dnia w pobliżu mojego chłopaka. Teraz i tak Dominika całkiem rozłożyło, jest bardzo słaby, ciągle gorączkuje, przesypia niemal całą dobę. Pewnie przynajmniej do końca przyszłego tygodnia nie wróci na lekcje. Nie zobaczymy się wcześniej niż za kilka dni.
Kiedy myślę, że jeszcze tego ranka wydawało mi się to wielkim dramatem, chce mi się śmiać. Co za ironia losu. Nagle jego choroba okazuje się moim sprzymierzeńcem. Zanim wszystko ułożę sobie w głowie, wolałabym unikać Dominika.
Na samo wspomnienie tego, o czym się dowiedziałam, przechodzi mnie dreszcz. To wydaje się zbyt nierzeczywiste i nieprawdopodobne, więc nadal jeszcze nie dopuszczam do siebie myśli, że świat, który znałam, przestaje istnieć.
Do oczu napływają mi łzy. Kolejna tego dnia porcja łez. Dotąd nie miałam pojęcia, że potrafię ich w sobie aż tyle pomieścić.
Nie chcę znać prawdy. Teraz to do mnie dociera. Wbrew tym wyświechtanym frazesom wolę żyć w kłamstwie. Ono pozwala uniknąć zmian, jakie często niesie za sobą prawda. A ja nie chcę wykonywać żadnych ruchów, bo wiem, że kiedy upadnie pierwsza kostka domina, nic nie będzie w stanie zatrzymać zachodzącego w błyskawicznym tempie procesu destrukcji. Choć moje życie nie jest idealne, chcę, by pozostało właśnie w takim kształcie. Zrobię wszystko, aby zachować to, co mam.
Zaciskam powieki, zapraszam pod nie sen. Wolę ten powracający koszmar o łóżku zalanym krwią od konieczności mierzenia się z rzeczywistością, która niespodziewanie stała się tak przerażająca, iż samo myślenie o niej wywołuje gęsią skórkę.
Na dźwięk skrzypnięcia drzwi otwieram oczy. W progu pokoju stoją rodzice. Mama jest blada jak ściana, twarz ojca pokrywają purpurowe plamy.
A więc już wiedzą…
Robi mi się gorąco. Chyba zaraz ze stresu zemdleję.
Może to i dobrze, że się wydało. Może powinniśmy już mieć za sobą tę rozmowę. Pewnie i tak jej nie uniknę, ale w ogóle nie czuję się gotowa na konfrontację. Na coś takiego raczej nie da się w żaden sposób przygotować.
Mama robi krok do przodu i wyjmuje coś zza pleców.
– Wszystkiego najlepszego, córeczko – mówi i podaje mi torebkę z logo znanej marki biżuteryjnej. – Mam nadzieję, że prezent ci się spodoba.
Dopiero teraz zauważam, że tata trzyma przed sobą tort śmietankowy. Od kilku lat co roku ten sam. Z tej samej cukierni. Na środku płoną świeczki z cyframi jeden i siedem.
Nie znajduję słów, które mogłyby opisać chwilowe poczucie ulgi. To jeszcze nie ten moment. Jeszcze nie teraz. Nadal mogę zachowywać pozory, że nic się nie zmieniło.
Z nadmiaru wrażeń zapomniałam o swoich siedemnastych urodzinach. Wcale nie mam nastroju do świętowania. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten dzień.
– Dziękuję – odpowiadam z trudem, bo głos więźnie mi w gardle. Coś zaciska się na moich strunach głosowych i nie pozwala dźwiękom wydostać się na zewnątrz. To chyba strach.
– Tosiu, co jest? – Mama przysiada na brzegu łóżka. Staram się ukryć przed rodzicami to, jak bardzo jestem roztrzęsiona, ale najwyraźniej nie idzie mi najlepiej. – Źle się czujesz?
– Trochę – przyznaję cicho. W tej sytuacji choroba będzie jedyną skuteczną wymówką.
– Masz gorączkę? – pyta, a kiedy wzruszam ramionami, kładzie dłoń na moim czole. – Jesteś rozpalona. Zaraz przyniosę termometr.
Nie potrafię spojrzeć jej w oczy. Przenoszę wzrok na ojca, potem znów na mamę, a w mojej głowie ponownie kiełkuje niechciana myśl: Jak zareagują, kiedy się dowiedzą? Będą zdruzgotani, a prawda złamie im serce. Choć chciałabym wierzyć, że to nigdy nie wyjdzie na jaw, jednak nie jestem aż tak naiwna.
– Chodzi o Igę? – Mama nie odpuszcza. Na samo brzmienie tego imienia dostaję gęsiej skórki. Zbiera mi się na płacz, a po plecach przebiega zimny dreszcz. – W takie dni jak dziś, urodziny czy inne święta, częściej zastanawiamy się nad tym, co uległo zmianie od ubiegłego roku. Wspominamy ważnych dla nas ludzi, szczególnie tych, których z jakiegoś powodu nie ma już w naszym życiu.
Chciałabym coś odpowiedzieć, zaprzeczyć, jednak boję się, w jakim kierunku mogłaby podążyć ta rozmowa. Dlatego uparcie milczę. Wbrew pozorom milczenie czasem okazuje się o wiele trudniejsze niż wylewanie z siebie potoku słów.
– Tęsknisz za nią? Chciałabyś pewnie móc spędzić z Igą swoje urodziny? – Kolejne pytanie przypomina mi o koszmarze trwającym od kilku miesięcy. Przytakuję, ocierając rękawem łzy. – Świetnie sobie radzisz, Tosiu. Z czasem ból staje się słabszy, łatwiejszy do zniesienia. Czas leczy rany.
– Mhm – pomrukuję.
Chcę skończyć ten temat, ale nie potrafię zakomunikować tego wprost. Mama łapie mnie za rękę.
– Wiem, córeczko… Domyślam się, co czujesz. To w ogóle nie powinno się wydarzyć. Policjanci pewnie dalej działają, szukają odpowiedzi. Kiedy winny śmierci Igi stanie przed sądem i zostanie mu wymierzona kara, będzie ci lżej. Przypuszczam, że to jedno z twoich marzeń. Pora zatem, żebyś przywołała swoje pragnienia, zdmuchując świeczki.
Ojciec podchodzi kilka kroków bliżej. Wysuwa tort w moją stronę.
– Żyj nam sto lat.
Robi mi się na przemian zimno i gorąco.
Wypuszczam z ust strumień powietrza, a rozedrgane płomyki gasną. Dobrze, że tradycja nakazuje, by nie wypowiadać głośno życzeń podczas zdmuchiwania świeczek. Zostawiam te myśli wyłącznie dla siebie. Rodzice przeżyliby prawdziwy szok, gdyby dowiedzieli się, czego teraz pragnę najmocniej na świecie.
– Zejdę do kuchni i pokroję go na kawałki – proponuje mama.
– Nie chcę – mówię agresywniej, niż planowałam. – Boli mnie brzuch.
– Ja też dziękuję. Trener kazał mi ograniczyć cukry proste.
Odkąd ojciec zaczął regularnie chodzić na siłownię, zachowuje się jak jakiś maniak. Zamówił dietę pudełkową, zrezygnował z picia alkoholu i co chwilę raczy nas kazaniami na temat zdrowego stylu życia.
– Sama też nie będę jadła. Zostawię ci kawałek w lodówce, Tosiu. Zjesz, jak się lepiej poczujesz. A resztę zaniosę pani Helence. Ucieszy się.
W pokoju zapada niezręczna cisza, przerywana tylko tykaniem zegara.
– No, zobacz, co dostałaś – ponagla mnie ojciec głosem sugerującym, że chciałby jak najszybciej mieć za sobą te urodzinowe formalności, odhaczyć kolejne obowiązkowe punkty programu i wrócić na dół do swoich zajęć, ale skarcony wzrokiem matki dodaje: – Ode mnie też oczywiście najlepsze życzenia.
– Bardzo cię z tatą kochamy. Nie możemy uwierzyć, że jesteś już prawie dorosła.
W przypływie nagłego rozczulenia mama niezdarnie próbuje mnie objąć, ale unikam bliskości. Niby przypadkiem w tym samym momencie się pochylam, by wyjąć z leżącej obok torebki ukryty na jej dnie prezent.
Podobnie jak ojciec wyczekuję momentu, kiedy ta urodzinowa farsa wreszcie się skończy. Nie jestem w nastroju do świętowania, a wykrzesanie z siebie choćby odrobiny sztucznego entuzjazmu przychodzi mi z dużą trudnością. Próbuję jednak nad sobą zapanować, zrobić to, czego oczekują ode mnie rodzice. Dopiero wtedy dadzą mi spokój.
Trzymam w dłoni niewielkie pudełeczko. Otwieram je i moim oczom ukazuje się złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie litery T. Sunę palcem po powierzchni inicjału. Prezent jest naprawdę śliczny. Z przyjemnością będę nosić ten łańcuszek. Mama ma niezły gust. Jestem przekonana, że to ona stoi za tym wyborem. Ojciec nigdy nie angażuje się w takie sprawy, wymawiając się brakiem czasu. Woli go spędzać na siłowni w towarzystwie innych spoconych gości, którzy jak i on przechodzą właśnie kryzys wieku średniego, choć za nic w świecie by się do tego nie przyznali.
Silę się na delikatny uśmiech. Pierwszy szczery tego dnia, a jednocześnie najprawdopodobniej ostatni na długi, długi czas. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zdołam się czymś prawdziwie cieszyć. Przyszłość rysuje się wyłącznie w ciemnych barwach.
– Zapniesz? – pytam, podając łańcuszek mamie. Wiem, że właśnie na to czekała.
– Podoba ci się?
– Tak. Bardzo.
Uderza mnie myśl, jak przyjemne jest mówienie prawdy. Czuję trudną do opisania lekkość, kiedy szczerze odpowiadam na pytanie. Na taki luksus pewnie nieprędko będę mogła sobie znowu pozwolić.
Spirala kłamstw, którą wprawiłam w ruch, wiruje coraz szybciej i podrywa do tańca wszystko, co stanie na jej drodze.
Przypominam sobie o prezencie urodzinowym dla Tośki dopiero wtedy, gdy Klara wchodzi do domu, niosąc pudełko z logo jednej z popularniejszych rzeszowskich cukierni. Robi mi się głupio. Chciałem kupić też coś od siebie, ale w natłoku dzisiejszych emocji zupełnie wyleciało mi to z głowy.
Nie wiem, jak Klara to robi, że zawsze pamięta o takich sprawach. Może zwyczajnie nie jest tak zabiegana jak ja. Nie musi sprzątać i gotować. Ja od jakiegoś czasu korzystam z cateringu dietetycznego, a dwa razy w tygodniu przychodzi do nas Iryna – pięćdziesięcioletnia Ukrainka, która ogarnia cały dom i przygotowuje dla dziewczyn obiady, które później wystarczy tylko odgrzać.
W pracy Klara też nie musi się mierzyć z nowymi wyzwaniami. Od lat prowadzi swój gabinet stomatologiczny, zakłada plomby, wyrywa zęby albo leczy je kanałowo. Ci sami pacjenci, te same schematy działania. Dlatego między borowaniem a utwardzaniem wypełnienia może układać w myślach listę zakupów, zastanawiać się, czy nie zbliża się jakaś uroczystość rodzinna, planować kolejne wizyty u fryzjera albo kosmetyczki.
Moja praca jest o wiele bardziej wymagająca, wymusza ciągłą kreatywność, elastyczność oraz umiejętność reagowania na kryzysowe sytuacje. Nie umniejszam zawodowi mojej żony. Stomatologia to prestiżowa i przynosząca spore dochody branża, jednak kierownicze stanowisko w dziale marketingu międzynarodowej korporacji jest wyjątkowo obciążające.
Zresztą jakie to ma znaczenie, które z nas zorganizowało prezent urodzinowy dla Tośki? Mamy wspólny budżet.
Sam sobie udzielam rozgrzeszenia.
Klara ma chyba inne zdanie. Nie odpowiada na moje powitanie, a kiedy podrywam się z kanapy, żeby odebrać od niej pakunek, komentuje:
– Pewnie sam się nie domyśliłeś, żeby przygotować coś dla Tosi.
– Ustaliliśmy przecież lata temu, że to ty kupujesz dla niej prezent i ciasto. Wiem dobrze, kiedy ma urodziny. Po co nam dwa różne torty? I tak jest wystarczająco rozpieszczona.
Podświadomie oczekuję z jej strony ataku, który zostanie wyprowadzony za pomocą frazy: „ty nigdy, ja zawsze”, a stąd już krótka droga do sprzeczki. Moja żona zaskakuje mnie tym razem, bo zwyczajnie odpuszcza, odwiesza płaszcz do szafy, a potem bez słowa odbiera z moich rąk pudełko z tortem i zanosi je do kuchni.
Przyglądam się jej i stwierdzam, że wygląda inaczej niż zwykle. Najpierw w oczy rzuca mi się kolor jej cery – blady i niezdrowy, a dopiero po chwili dostrzegam smugi rozmazanego tuszu na dolnej powiece i policzkach. Chyba próbowała w pośpiechu zetrzeć niedoskonałości, ale czarne plamy nadal ją szpecą. Wydaje się jakaś taka nieobecna, zrezygnowana.
– Coś się stało? – pytam, choć tak naprawdę nie wiem, czy chcę poznać odpowiedź.
Po kilkunastu latach małżeństwa znam Klarę doskonale, z dużą skutecznością potrafię przewidywać jej reakcje. Ta myśl mnie uspokaja. Gdyby się dowiedziała, co dziś zrobiłem, urządziłaby karczemną awanturę i poprzysięgła, że zgotuje mi piekło na ziemi. Dopiero później pozwoliłaby sobie na łzy. Zresztą ja też na wszelki wypadek trzymam asa w rękawie, a mimo wszystko towarzyszy mi nuta niepokoju w oczekiwaniu na jakieś słowa wyjaśnienia.
Klara nie odpowiada. Jej ciałem wstrząsa szloch. Zastanawiam się, czy istnieje ryzyko, że dostanę w twarz, jeśli spróbuję wziąć ją w ramiona. Jaki może być powód tych łez? Gdyby coś złego stało się z Tośką, moimi rodzicami albo ojcem Klary, zadzwoniłaby od razu.
Obejmuję żonę, a ona się nie wzbrania. To dobry znak. Czuję się nieco uspokojony. Nie chodzi o mnie.
– Już dobrze… Jestem tutaj. Powiedz, co się stało.
– Miałam koszmarny dzień – łka. – Wydarzyło się coś okropnego.
– Co takiego, kochanie?
Mówię to, co każda kobieta chciałaby w tej chwili usłyszeć, choć jestem już pewny, że chodzi o jakąś błahostkę, która w jej odczuciu urosła do rangi gigantycznego problemu. Awanturujący się pacjent? Awaria sprzętu? Obcas się jej złamał? Co takiego mieści się w definicji koszmarnego dnia według Klary Lemańskiej? Ach, ta kobieca tendencja do wyolbrzymiania. Uspokajam się zupełnie, chce mi się śmiać z wcześniejszych obaw, a wtedy żona zrzuca na mnie prawdziwą bombę.
– Wracam prosto z policji. Przesłuchiwali mnie.
Zanosi się płaczem, więc trudno mi ją zrozumieć. Wyłapuję słowa „policja” i „przesłuchiwali”, a stres na nowo zaczyna się panoszyć w moim ciele.
Przesuwam barowy stołek stojący przy kuchennej wyspie. Sięgam po szklankę i napełniam ją wodą z dzbanka filtrującego.
– Usiądź, proszę. Napij się. Oddychaj. Z jakiego powodu przesłuchiwała cię policja? Mają coś nowego w sprawie śmierci Igi?
Klara sztywnieje.
– Feliks, znalazłam dziś trupa w toalecie.
– O czym ty mówisz?
Moja żona brzmi, jakby postradała zmysły. Jej histeryczny płacz powoli zmienia się w przytłumione łkanie.
– Wypadł mi pacjent, więc poszłam do Millenium kupić prezent Tośce. – Nagle urywa i pokazuje palcem na sufit. – Tosia jest u siebie?
– Tak. Pewnie znowu scrolluje TikToka w słuchawkach i zapomniała o bożym świecie.
Właściwie to nie jestem pewny, czy nasza córka rzeczywiście jest w domu. Kiedy wróciłem, jej ulubione Air Maxy stały przy wejściu, więc zakładam, że cały czas siedzi w swoim pokoju.
– Zrobiłam zakupy i poszłam do toalety. – Choć głos Klary jest już spokojniejszy, jej ręce i nogi coraz mocniej drżą. Dawno nie widziałem żony aż tak roztrzęsionej. – Otworzyłam kabinę. Na sedesie siedziała kobieta z foliową reklamówką ściśle przylegającą do twarzy. Wyglądała upiornie. Ja… Ja nie miałam pojęcia, co robić, więc stałam tam jak słup soli i po prostu się na nią gapiłam. Nie chciałam na to patrzeć, a jednocześnie nie mogłam oderwać wzroku.
Klara chowa twarz w dłoniach. Pewnie ten makabryczny widok będzie śnił się jej teraz co noc. Martwię się, czy kiedykolwiek zdoła się od niego uwolnić i jak to wpłynie na nasze codzienne życie.
– I co dalej?
– W końcu się przełamałam i podeszłam. Wydawało mi się to nielogiczne, ale coś mi podpowiadało, że jeśli ta kobieta jakimś cudem jeszcze żyje, mój brak reakcji zmniejsza jej szanse. Dosłownie wbiłam palce w tę reklamówkę i rozdarłam ją na strzępy w przypływie szału. Zobaczyłam ją… Była martwa. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. – Znów zaczyna się trząść. – Nigdy tego nie zapomnę. Nigdy… Jej twarz, rozsypane na niej rude loki. Nie chcę tego pamiętać. Chcę wymazać to wspomnienie, udawać, że to w ogóle się nie zdarzyło.
Wzmianka o rudych kręconych włosach przyspiesza mi puls.
Nie, to niemożliwe. Zwykły zbieg okoliczności. Mało to rudowłosych kobiet mieszka w tym mieście?
Mimo wszystko zadaję żonie to pytanie. Kolejne z gatunku tych mogących nieść za sobą katastrofalne skutki.
– Co to za kobieta? Znałaś ją?
– Nie! Skąd niby miałabym ją znać? – zaprzecza od razu, wydaje mi się, że nazbyt gwałtownie, ale może jestem zanadto przeczulony. Kiedy coś ukrywasz przed najbliższymi, sam stajesz się bardziej podejrzliwy, wszędzie węszysz podstęp. Próbujesz wyłapać tę ledwo słyszalną nutę fałszu. – Nie zadaję się z takimi ludźmi.
Sposób, w jaki wypowiada słowo „takimi”, wywołuje u mnie ciarki. Moja pierwsza myśl może okazać się najbliższa prawdzie.
– Jakimi? – ciągnę, choć ten temat nie jest przyjemny dla Klary. Muszę to wiedzieć.
Odpowiedź poprzedza głośne westchnienie mojej żony.
– Nie mówi się źle o zmarłych, ale ona wyglądała jak prostytutka. Miała na sobie skórzane legginsy, bluzkę z czarnej tkaniny imitującej koronkę z bardzo głębokim dekoltem, sztuczne futerko i kozaki na wysokim obcasie. Na ustach zastygła jej skorupa z bordowej matowej pomadki, wokół oczu połyskiwał brokat. Ta twarz tak mocno wbiła mi się w pamięć. Nie chcę tego, rozumiesz? Nie chcę! – Uderza pięścią w moje udo. – I jeszcze ten tatuaż na szyi.
– Tatuaż?
– Taki tandetny, niestarannie wykonany skorpion. Obrzydliwy.
Krew uderza mi do głowy. Nie, to nie może być prawda.
Sięgam po szklankę z wodą, której nie dopiła Klara, i opróżniam ją jednym haustem. Mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Zapieram się dłońmi o blat kuchennej wyspy. Mimowolnie zaczynam się zastanawiać, kiedy policja zapuka do naszych drzwi.
– Feliks! Felek! – Reaguję dopiero na znienawidzone zdrobnienie. Klara dobrze wie, że nie znoszę, gdy mnie tak nazywa. – Mówię do ciebie, ale gdzieś odpłynąłeś. Dziwnie się zachowujesz. Znasz tę kobietę, którą opisuję?
– No wiesz!? – oburzam się. – Przecież żadne z nas nie zadaje się z takimi ludźmi.
– Niech to szlag trafi! – Z wściekłością wypuszczam eye--liner z ręki, a kleksy czarnego tuszu rozbryzgują się i pstrzą powierzchnię pożółkłej umywalki.
Wszystko dziś idzie nie tak. Najpóźniej za pół godziny powinnam podjeżdżać w umówione miejsce, a ciągle nie jestem gotowa do wyjścia. Od kwadransa usiłuję namalować równe kreski na powiekach, ale przegrywam tę walkę. Ręce trzęsą mi się jak w delirce.
Urywam listek papieru toaletowego i na szybko staram się zetrzeć plamy z umywalki. W efekcie rozmazuję je jeszcze bardziej. Trudno. Olewam to. Później kupię jakieś mleczko do czyszczenia i spróbuję to doszorować, żeby właściciel mieszkania nie miał pretensji. Zresztą możliwe, że nawet nie zauważyłby nowych zabrudzeń w tym wszechobecnym syfie.
Muszę trochę podkręcić tempo przygotowań. Podejmuję jeszcze jedną próbę wymalowania oka. Jeśli teraz się nie uda, zmyję wszystko i tylko pociągnę rzęsy maskarą.
Chwytam kosmetyk i w pełnym skupieniu przykładam pędzelek do powieki. Efekt nie jest idealny, ale jestem w stanie go zaakceptować. Na usta nakładam czerwoną pomadkę, włosy zostawiam w nieładzie. Ta dzika, nieujarzmiona fryzura ma być w końcu moim znakiem rozpoznawczym, zapowiedzią niezapomnianej przygody.
Przeglądam się w lustrze, aby ocenić swój nowy wizerunek. Nie podobam się sobie w tym wydaniu, zwykle nie noszę makijażu, a od obcisłych, lekko przyciasnych już ciuchów, które kupiłam jeszcze w ubiegłym dziesięcioleciu, wolę luźne dresowe spodnie i T-shirty. Jeśli chcę tak zarabiać na życie, muszę się przyzwyczaić do tego stylu i, kiedy się trochę odkuję, zainwestować w nowe, seksowne ubrania we właściwym rozmiarze.
Miałam iść na piechotę, żeby trochę zaoszczędzić, lecz ostatecznie decyduję się zamówić ubera na poczet przyszłego honorarium. Jednak nie mam w sobie aż tyle odwagi, by przez pół miasta paradować w stroju ladacznicy w biały dzień.
Byłam przekonana, że najwięcej zleceń będzie wpadać wieczorami lub w nocy, ale pierwszy klient poprosił o spotkanie wczesnym popołudniem. Na internetowym forum, gdzie spędzam ostatnio długie godziny, przygotowując się do nowej roli, wiele dziewczyn pisało, że swoje usługi najczęściej świadczą w ciągu dnia. Faceci podobno chętnie wyskakują na szybki numerek w przerwie na lunch. Brzmi logicznie, jeśli się nad tym dobrze zastanowić. Najwyraźniej ja też trafiłam na typa, który do łóżkowych figli nie potrzebuje osłony nocy.
Kiedy na ekranie wyświetla się informacja, że kierowca za dwie minuty dotrze na miejsce, schodzę przed blok. Staram się na razie nie myśleć o tym, dokąd jadę, kto tam na mnie czeka i co będę zmuszona zrobić, aby przytulić kilka stów. Nie mogę pozwolić sobie na zwątpienie. Moje konto zaczyna świecić pustkami, a termin płacenia czynszu zbliża się nieubłaganie.
Wsiadam do białej Toyoty. Gość za kierownicą chyba nie mówi po polsku, więc nawet nie próbuje mnie zagadywać, co jest mi na rękę. Nie chce mi się z nikim gadać. Usiłuję się skoncentrować, powtórzyć w ciszy wszystko, co układałam w głowie przez ostatnie dni.
Wyobrażam sobie, że jestem aktorką w drodze na plan filmowy. Nauczyłam się już kilku kwestii, które zamierzam wypowiedzieć. Czuję się dobrze przygotowana, a jednak z każdą chwilą dopada mnie coraz większy stres. Żołądek zaciska się w supeł, zaczyna mnie mdlić. Mogę przecież świetnie opanować swoją rolę, wydać z siebie serię zaplanowanych dźwięków udających rozkosz, ale nie zdołam przewidzieć tego, czy ciało zechce ze mną współpracować.
Przestań – upominam się w myślach. Jedziesz do roboty. Zrobisz swoje, zgarniesz hajs. Nic złego nie może się stać.
Samochód zatrzymuje się pod jednym z mrówkowców z wielkiej płyty na Osiedlu Nowe Miasto. Wysiadam z taksówki. Jestem tak zdenerwowana, że nie mówię nawet kierowcy „do widzenia”. Trudno, przecież i tak by mnie nie zrozumiał.
Drżą mi nogi, a skurcz w dole brzucha przybiera na sile. Obym tylko z nerwów się nie zrzygała. W mojej wyobraźni wszystko wydawało się zdecydowanie łatwiejsze niż w rzeczywistości. Trochę się cykam. Robię kilka wdechów i wydechów. To podobno pomaga się uspokoić i złagodzić stres.
Gówno prawda. Żadne oddechy na mnie nie działają. Do wzięcia się w garść mobilizuje mnie dopiero myśl o pieniądzach, a właściwie ich braku. Jestem tu w jednym, bardzo konkretnym celu. Muszę się przemóc i nacisnąć w końcu guzik domofonu.
Wyjmuję telefon, aby jeszcze raz przeczytać wiadomość z adresem. Znam go już właściwie na pamięć, lecz i tak się upewniam, czy klatka, przed którą stoję, ma taki sam numer jak ten podany w SMS-ie od klienta.
Szumi mi w uszach, gdy dzwonię pod dwunastkę.
