Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Czy możliwe jest, aby pewni ludzie i miejsca dostąpili odkupienia?
Łódź, rok 1914.
Pewnej mroźnej, lutowej nocy, do drzwi Łucji puka zbłąkana dziewczyna i prosi ją o schronienie, twierdząc, że na łożu śmierci wysłała ją do niej jej matka. To u niej, według jej słów, ma odnaleźć bezpieczną przystań. Łucja, teraz już stateczna matka i babka, otwiera przed nią drzwi, nie wiedząc, że wraz z dziewczyną wpuszcza do środka przeszłość, o której wolałaby zapomnieć.
,,Echa przeklętych” to mroczna, wielojęzyczna Łódź u schyłku belle époque, z ulicami oświetlonymi pierwszymi elektrycznymi latarniami, na które nocami wychodzą rzezimieszki ze scyzorykami w kieszeniach. To Hotel Grand ze swoimi sekretnymi przejściami, który widział już wszystko i zobaczy jeszcze więcej, fabryki i rodzące się marzenia o niepodległości, ale także podróż przez ogarniętą Wielką Wojną i rewolucją Europę, która później nigdy nie była już taka sama. To jeszcze więcej tajemnic i niewyjaśnionych spraw sprzed lat. Proroczych snów, ale też powoli rozkwitającej miłości, która z wojenną zawieruchą w tle, nieubłaganie zbliżającą się do Łodzi, będzie musiała stawić czoła wielu przeszkodom, uprzedzeniom, urażonej dumie i zazdrości tak silnej, że mogłaby zniszczyć każde uczucie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 371
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Luty 1914 roku
Dziewczyna szła szybko jedną z bocznych dróg prowadzących do miasta. W ręku ściskała niewielką walizkę mieszczącą dobytek całego jej życia. To było wszystko, co pozostało jej po matce. Nie było tego za wiele. Odkąd pamiętała, żyły raczej skromnie, w niewielkim pokoiku na poddaszu szkoły dla panien Elżbiety Żulskiej pod Warszawą.
Był środek lutowej nocy. Mróz skrzył się w nieruchomym powietrzu. Księżyc wisiał tuż nad jej głową, pękaty jak kobieta w ciąży. Przypominał zamrożone, szeroko otwarte oko, które stale ją obserwowało, czekając na każdy jej kolejny krok. Cichy obserwator tego, co za chwilę miało się wydarzyć.
Szła w stronę miasta, którego nie znała, do domu ludzi, u których miała znaleźć schronienie. Tak przynajmniej zapewniała ją na łożu śmierci matka, kiedy drżącą ręką zapisywała na skrawku papieru pewien adres.
– Musisz ją odnaleźć, Elizo – wyszeptała wtedy matka, wciskając go do jej ręki. – Obiecaj mi to – dodała gorączkowo, ostatkiem sił unosząc się na łóżku i wpatrując się w nią z napięciem. – Obiecaj – powtórzyła ciszej.
– Obiecuję. Zrobię wszystko, co tylko zechcesz – odparła Eliza, całując ją w mokre od potu czoło. – A teraz odpoczywaj, mamo.
Matka, zanosząc się kaszlem, opadła z powrotem na poduszki, jakby ta krótka rozmowa do reszty ją wyczerpała.
Po chwili jednak znowu się odezwała:
– List… – wychrypiała. Z jej piersi wydobył się nieprzyjemny bulgot. – Jest w walizce. Zaszyty. Będzie ci potrzebny, kiedy już… – Nie dokończyła tego zdania. – Strzeż go jak oka w głowie – podjęła po chwili. – Jego… – Zaczerpnęła gwałtownie powietrza. – …i tego adresu. Ona… ona będzie wiedziała, co robić.
Potem zasnęła i nie odzyskała już przytomności. Dwa dni później zmarła. Za tanią, zbitą z desek trumną, w kondukcie pogrzebowym podążała wśród śnieżnej zamieci tylko jedna drobna figurka, która teraz, powłócząc już ze zmęczenia nogami, szła w stronę majaczącego w oddali miasta.
Cienie gałęzi drzew rosnących przy drodze, przesuwały się jej po twarzy. Wreszcie dotarła na miejsce.
Klucząc pomiędzy uliczkami, ściskając w zgrabiałej z zimna dłoni skrawek papieru, podarowany jej przez matkę, szukała tego jednego, jedynego domu. I kiedy dzwony w pobliskim kościele rozdzwoniły się na jutrznię, znalazła to, czego szukała.
Stała naprzeciwko małego domku z niewielkim ogródkiem. Pchnęła furtkę i zataczając się ze zmęczenia podeszła do drzwi, po czym zapukała, sama nie wierząc w to, że ktoś o tej porze jej otworzy. Rosnąca w ogrodzie duża jabłoń zaskrzypiała na wietrze nagimi o tej porze roku gałęziami, jakby witała dawno zbłąkaną przyjaciółkę.
Po chwili zza drzwi doszło ją ciche szuranie, stłumione przekleństwo i dźwięk czyichś zbliżających się kroków. Oparła się o ścianę budynku, czując, że jeszcze chwila a upadnie.
Wtedy jednak drzwi otworzyły się z impetem, a na progu ujrzała starszą kobietę w samej koszuli nocnej, z posiwiałymi włosami zaplecionymi w luźny warkocz przerzucony przez ramię, trzymającą w ręku słabo świecącą lampę naftową. Nikły blask oświetlił twarz dziewczyny. Starsza kobieta była mniej więcej w wieku jej matki.
– Słucham – burknęła nieznajoma, ale na widok bladej twarzy dziewczyny, nieco złagodniała. – Co… – zaczęła, jednak nie było dane jej skończyć.
– Pani Szczerbińska? Łucja Szczerbińska? Mam na imię Eliza. Moja mama… Matka kazała mi panią odnaleźć. Powiedziała… Powiedziała: ,,Znajdź Łucję, a ona już będzie wiedziała, co dalej robić”.
I wtedy dziewczyna zemdlała.
Październik 1983 roku
Było słoneczne, jesienne południe, kiedy pociąg z gwizdem wtoczył się na łódzką stację. Filip drgnął, wyrwany z płytkiego półsnu, w którym zanurzył się w trakcie podróży. Potarł zaspane oczy, w pierwszej chwili nie wiedząc, gdzie się znajduje. Dopiero po chwili sobie przypomniał. To było czyste szaleństwo. To, że w ogóle tu teraz był, a nie siedział w szkolnej ławce, było szaleństwem.
Ale nie potrafiłby inaczej.
Od kiedy przestąpił próg mieszkania swojej babki i usłyszał opowieść o Kościeszance – dworku zamieszkanym przez blade cienie ludzi, którzy kiedyś tam żyli – nie umiał o tym zapomnieć. Dlatego teraz tu był. W mieście, w którym Łucja znalazła schronienie po tym, jak dwór spłonął.
Od kiedy Stefania opowiedziała mu historię jego praprababki, minęło kilka miesięcy, ale on nie potrafił myśleć o niczym innym. To miasto go przyzywało. Czuł podskórnie, że w tej historii jest coś jeszcze, coś czego babka mu już nie powiedziała.
Wiedział, że opowieść, jaką Łucja rozpoczęła na pastwiskach sąsiadujących z Kościeszanką, nie zakończyła się na zakopaniu ciała Edmunda wiele lat później, w ogródku na tyłach jej domu, pod starą jabłonią. Nie chodziło już o sen, o mężczyznę w bieli i to wszystko, co pchnęło go w stronę babki, a później w kierunku Kościeszewskich. Chciał poznać dalszy ciąg tej historii, bo stale czuł przy sobie ich obecność.
Filip, przyciskając do piersi plecak, pospiesznie wyszedł ze swojego przedziału i skierował się do wyjścia, po drodze mijając konduktora, który przyglądał mu się podejrzliwie od chwili, kiedy tylko postawił stopę w pociągu.
– Nie powinieneś być w szkole, młody człowieku? – Doszedł go zza pleców jego zachrypnięty głos. Skrzywił się, poirytowany, po czym powoli się do niego odwrócił, mocniej przyciskając do siebie plecak i przywdziewając jedną z najbardziej obojętnych min, na jakie było go stać.
– Nie – odparł, patrząc konduktorowi prosto w oczy. – Mam wolne z decyzji dyrektora. Zbieram materiały do pewnego bardzo ważnego referatu.
– Do referatu, mówisz?
Filipowi nawet nie drgnęła powieka.
– Mogę pokazać panu upoważnienie, jeśli jest pan aż tak ciekawy.
Na tak postawioną sprawę konduktor nieco się zmieszał.
– Nie, nie… Nie trzeba – wymamrotał, obciągając mankiety swojego munduru. – To nie moja sprawa. Skoro tak jak mówisz, to decyzja dyrektora…
Chłopiec wyszczerzył się do niego z satysfakcją.
– Tak myślałem – odparł, zarzucając plecak na ramię. Odwrócił się do niego plecami i ruszył w stronę wyjścia. – Miłego dnia – rzucił przez ramię, kiedy już wysiadał z pociągu. W miarę, jak się od niego oddalał, powracała jego pewność siebie.
Nie wiedział, co zrobiłby, gdyby konduktor jednak chciał zobaczyć to upoważnienie od dyrektora.
*
Nie znał Łodzi. Nigdy tu nie był. Miasto kojarzył jedynie z mętnych opisów Stefanii – przedwojennych, należało zaznaczyć – którymi uraczyła go, kiedy dwa dni temu oznajmił jej, że planuje się tam wybrać. Babka zmierzyła go wtedy przeciągłym, uważnym spojrzeniem, po czym zaciągając się papierosem, rzuciła:
– Oszalałeś. Ale ja cię rozumiem. Jedź, jeśli musisz, tylko żebyś wrócił tego samego dnia, bo inaczej matka ci tego nie wybaczy. I mnie też przy okazji. – Skrzywiła się nieznacznie. – Ciekawa jestem, ile sam odkryjesz – dodała z figlarnym błyskiem w oku, po czym zaczęła mu opowiadać o Łodzi, jaką zapamiętała z dziewczęcych lat, żeby miał choć niewielkie pojęcie o tym, gdzie ma się udać.
Dlatego teraz szedł względnie pewnym krokiem, udając przed samym sobą, że wie, dokąd zmierza i co chwilę zaglądał w plan miasta.
– Jeśli od Rynku Fabrycznego skręcisz tutaj, a później pójdziesz w dół tej ulicy i skręcisz dwukrotnie w lewo, powinieneś odnaleźć dom, w którym mieszkała Łucja – tłumaczyła mu dzień wcześniej Stefania, stukając palcem w mapę. Pochylali się nad rozłożonym na kuchennym stole planem miasta, jakby były to plany ruchu wojsk nieprzyjaciela. – Albo przynajmniej to, co z niego zostało – dodała z przekąsem.
Echo głosu Stefanii rozbrzmiewało mu stale w uszach, kiedy szedł przed siebie miarowym krokiem. W tle towarzyszyły mu teraz dźwięki kościelnych dzwonów. Te same, które odmierzały czas Łucji i jej dzieciom. I dzieciom ich dzieci.
Kiedy skręcił w ulicę, na której wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinien znaleźć dom Łucji, jedną z bocznych ulic, na której stały tylko jednorodzinne domy i drzewa rosnące po obu stronach drogi, poczuł, jakby czas na chwilę stanął w miejscu. W sercu rozlał mu się niesamowity, trudny do opisania spokój. Słońce przebijało przez ozłocone korony drzew, muskając mu twarz. W powietrzu unosił się zapach jesieni. Gdzieś z daleka docierały do niego odgłosy miasta – pokrzykiwania ludzi, zgrzyt tramwajów i syk autobusów, ale dźwięki te były dziwnie stłumione.
Są takie chwile w życiu, kiedy czujemy, że powietrze jest gęstsze, wypełnione oczekiwaniem i obietnicą czegoś, co dopiero się wydarzy, ale równocześnie wiemy, że jesteśmy właśnie tu, gdzie powinniśmy być. Tak właśnie czuł się teraz Filip. Żył tą historią od ponad kilku miesięcy i wreszcie miał poczucie, że dwa końce tej samej nitki, jaką przędzie los, spotkały się i odetchnęły z ulgą, zadowolone z wykonanej pracy. Dlatego zdecydowanie ruszył przed siebie, stawiając krok za krokiem, z liśćmi plączącymi mu się pod stopami.
Zmierzał ku swoim korzeniom.
Dom Łucji miał być piętnastym na tej ulicy, stojącym po prawej stronie, nieco w głębi. Dotarł do tego miejsca. Stał właśnie przed nim. Był tego niemal pewien, ale równocześnie czuł, że to nie jest ten sam dom.
Skrzypiąca furtka, z odłażącą zieloną farbą. Drzewo, chyba orzech, z szerokim pniem. To pod nim stała Łucja tamtej nocy, czekając na Edmunda z pogrzebaczem w dłoni. I niewielki, skromny ogródek. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to duża, stara jabłoń wychylająca się zza domu.
Filip poczuł, jak z ekscytacji szybciej bije mu serce. Jeśli trafił tam, gdzie powinien, to w tym ogrodzie, gdzieś w okolicach tego drzewa, pochowany był Edmund, który w jego wyobraźni na zawsze pozostał chłopcem o czarnych lokach i bladej twarzy.
A ten, kto teraz tutaj mieszkał, nawet nie miał o tym pojęcia.
Tyle że dom wyglądał inaczej niż ten z opowieści Stefanii. Był większy, odnowiony, nie odpadał z niego tynk, a dach wyglądał na położony kilka lat temu.
Drgnął na dźwięk dzwonka roweru i odsunął się na bok. Mijająca go kobieta przyglądała mu się z ciekawością, z jaką zawsze przygląda się obcemu. Postanowił zatem wykorzystać okazję.
– Przepraszam panią – zagadnął ją grzecznie, zanim zdążyła się oddalić.
Kobieta, skonsternowana, że ten nieznajomy młody człowiek coś od niej chce, obejrzała się na niego, po czym pojechała dalej. Filip pobiegł za nią.
– Halo, proszę pani! – zawołał. – Chciałbym tylko o coś zapytać. Zajmę pani dosłownie minutę.
Kobieta wreszcie się zatrzymała. Zsiadła z roweru, przyglądając mu się spod oka.
– Nie powinieneś być w szkole?
Zbył to pytanie milczeniem, uważając, że tłumaczenie wszystkiego od nowa kolejnej już osobie mija się z celem.
– Mieszka pani tutaj? – spytał zamiast odpowiedzieć, podchodząc do niej. – Na tej ulicy?
Powoli skinęła głową.
– Od przeszło czterdziestu lat – odparła, wyżej unosząc głowę, jakby był to powód do dumy. A może faktycznie był. – A dlaczego pytasz? – spytała, mrużąc oczy.
Filip poczuł, że ze zdenerwowania pocą mu się dłonie, więc wytarł je dyskretnie o spodnie.
– Znała pani ludzi mieszkających w tym domu? – Wskazał ręką w stronę zielonej, obdrapanej furtki. – Szczerbińskich? Łucja i Tadeusz Szczerbińscy. Oni i ich dzieci. Helena, Irena. Czasem też przyjeżdżał najstarszy, Julian. Mieszkał za granicą. Chyba w Niemczech.
Spojrzenie kobiety z podejrzliwego zmieniło się w zaciekawione. Przestała mrużyć oczy.
– Nie słyszałam o nich za wiele. Byłam mała, kiedy starzy Szczerbińscy pomarli, a ta Helena potem gdzieś się wyniosła, z córką. Niby opuściła ten dom. Tak mówili, ale ja tam nie wiem. Czemu o nich pytasz? Znasz ich?
Filip poczuł, jak w gardle rośnie mu twarda gula, której nie umiał się pozbyć.
– To moja rodzina – odparł cicho. – Łucja i Tadeusz byli moimi prapradziadkami.
Nieznajoma gwizdnęła cicho.
– O, no to pięknie. Skąd się o nich dowiedziałeś?
– To… – chłopiec zawahał się przez chwilę. – …To dość długa historia. – Na chwilę zamilkł, po czym zaczął drążyć to, co najbardziej go nurtowało. – To nie jest już ten sam dom, prawda?
Kobieta przekrzywiła na bok głowę. Przypominała teraz ciekawskiego ptaka.
– I tak, i nie. Rozbudowali go i odnowili. Kiedy Helena się stąd wyniosła, dom przez wiele lat stał pusty. Potem jak większość takich budynków przeszedł na własność państwa. Aż wreszcie ktoś go wykupił. Teraz mieszkają tu jedni tacy. Małżeństwo po czterdziestce. Ale za bardzo to z nikim nie rozmawiają. On chyba wykłada gdzieś na uczelni.
Przerwała na chwilę i uważniej mu się przyjrzała.
– Co masz taką smętną minę, synku? Chyba nie myślałeś, że znajdziesz tu tamtych? – Zażartowała. – Ich prędzej to spotkasz tam. – Machnęła ręką w nieokreślonym kierunku.
Filip podążył za jej wyciągniętym ramieniem.
– A co tam jest?
– Cmentarz, synku. Przy Ogrodowej i Srebrzyńskiej.
Uśmiechnął się niemrawo na ten słaby żart.
– Chodź. Zaprowadzę cię, jeśli chcesz. Ale tylko do bramy. Nie lubię takich miejsc.
Nie pytał o nic więcej. Zobaczył, że nie oglądając się na niego, ruszyła przed siebie, prowadząc rower. Podążył za nią. Rzadko się do siebie odzywali. Od czasu do czasu wymieniali tylko mało znaczące uwagi o pogodzie, mieście, wreszcie, że niedługo pewnie przyjdą jesienne deszcze.
Wreszcie zamilkli. Po chwili jednak kobieta znowu się odezwała.
– Dlaczego tak bardzo cię to interesuje? To zamierzchła przeszłość. Mało którego chłopaka w twoim wieku obchodzą jego prapradziadkowie.
Filip spojrzał na nią z ukosa.
– To dla mnie bardzo ważne. Poznałem tę historię przez przypadek, z powodu pewnego snu, który… Zresztą, za długo by opowiadać. Może był to przypadek, a może nie. Ale ja czuję, gdzieś głęboko w środku, że tak właśnie miało być i że bez tego nie będę kompletny. – Urwał na chwilę, zawstydzony własną gadatliwością. – Zna pani to uczucie? Bycia niekompletną? – spytał już ciszej, uważnie jej się przyglądając.
Powoli skinęła głową.
– Każdego dnia, synku. Każdego dnia…
Kiedy skręcili za róg, już z daleka zobaczył murowane, białe wejście, z figurą chyba jakiegoś świętego na szczycie, dzierżącego krzyż. Zatrzymali się.
– Dalej musisz już iść sam – odezwała się po chwili. – Powodzenia, synku. Mam nadzieję, że odnajdziesz to, czego szukasz. – Poklepała go po ramieniu i Filip się odwrócił, żeby jej podziękować, ale kobieta zniknęła. Nie widział nigdzie nawet jej oddalającej się na rowerze sylwetki.
*
Cmentarze zawsze budziły w nim osobliwe uczucia. To były najcichsze miejsca, jakie znał, oczywiście, poza kościołami. Ale bez względu na to, jak puste by były, nigdy nie czuł się w takich miejscach samotny. I może faktycznie nie był sam. Może ktoś zawsze obserwował go zza cokołu i szeptał coś do siebie pod nosem.
A może to z nim coś było nie tak. Nigdy nie wiadomo.
Na cmentarzu takim jak ten łatwo było się zagubić. Alejki zakręcały, krzyżowały się pod kątem prostym i prowadziły w takie rejony, z których przenigdy nie umiałby sam wrócić, ale, o dziwo, dość szybko odnalazł tę starszą część cmentarza.
Z każdej strony obserwowały go z kamiennych cokołów płaczące anioły, wznoszące oczy ku niebu, albo te milczące, przycupnięte na nagrobkach, głęboko nad czymś zamyślone. Mijał małe, nadgryzione zębem czasu kapliczki, zwieńczone kopułami, stawiane pewnie przez zamożniejszych łodzian i te niepozorne groby, niektóre pozarastane trawą i zapomniane.
Nie wiedział, dlaczego jego wzrok powędrował akurat w tamtą stronę. Być może był to kolejny przypadek, a może był przy nim duch Łucji, który prowadził go za rękę. Ważne, że w ostatniej chwili zdecydował się skręcić w prawo, w jedną z bocznych alejek, gdzie, jak zauważył, było dużo starszych grobów.
– Szukasz kogoś konkretnego, młody człowieku? – Podskoczył na niespodziewany dźwięk czyjegoś głosu, po czym powoli się odwrócił. Przed nim stał starszy mężczyzna w przetartej flanelowej koszuli i bezrękawniku, dzierżący w dłoniach grabie, w które zaplątało się kilka liści.
– Nie martw się – mruknął nieznajomy. – Ja na razie jestem z tych żywych. – Zaśmiał się cicho, podkręcając wąsa. – Dozorca – rzucił, dźgając się palcem w pierś. – No więc jak? Szukasz kogoś konkretnego czy tylko się szwendasz?
– Szukam… – zaczął niepewnie Filip, po czym wyżej uniósł głowę i z nową pewnością siebie, której wcześniej w ogóle w sobie nie czuł, dodał: – Szukam grobu państwa Szczerbińskich. To stary grób, jeszcze przedwojenny, albo z początku wojny, nie jestem pewien. Zna… zna ich pan? Wie pan, gdzie jest ten grób?
W oczach starszego mężczyzny błysnęło jakby zrozumienie. Popatrzył na Filipa z uwagą.
– Szczerbińscy… Tak, chyba faktycznie kojarzę. Leżą niedaleko grobowca Hoffmannów. – Wskazał ręką w stronę niewielkiej, pojedynczej kapliczki, wyrastającej spomiędzy poukrywanych w długiej trawie grobów. – Chodź, pokażę ci – mruknął, po czym ruszył przed siebie, poruszając się pomiędzy grobami z gracją kota.
Filip odetchnął z ulgą. Czuł, że ktoś albo coś, jakaś siła wyższa, prowadzi go tego dnia i przekazuje z rąk do rąk, aby dotarł bez większych problemów na miejsce. To, że natrafił aż na dwie życzliwe osoby tego samego dnia, które mu pomogły, było niewiarygodne. Naprawdę czuł w tym robotę Łucji.
– A ty w ogóle nie powinieneś być w szkole, młody człowieku? – zagadnął go w pewnej chwili dozorca.
Chłopiec westchnął. Jak jeszcze raz usłyszy dzisiaj to pytanie, to zacznie krzyczeć. Jednak z jakiegoś powodu nie chciał kłamać, mówić bzdur o referacie i pozwoleniu dyrektora.
– Powinienem – odparł zamiast tego. – Ale to jest ważniejsze, jeśli rozumie pan, co mam na myśli.
– Rozumiem. – Dozorca pokiwał głową. – Ja też muszę czasem podejmować takie decyzje. Na ten przykład, jakie kwiaty posadzić na tych zapomnianych przez wszystkich nagrobkach. Jedne kwiaty są ważniejsze od drugich i tak samo jest z ludźmi, zawsze tak było. Wiesz, co chcę powiedzieć?
– Chyba tak – stwierdził po chwili namysłu Filip.
– A ile ty masz w ogóle lat, młody człowieku?
– W grudniu skończę czternaście.
Dozorca podrapał się po siwej głowie i obejrzał się na niego przez ramię.
– No to jesteś bardzo mądry jak na czternastolatka. Mówił ci to już ktoś? – Mężczyzna mrugnął do niego, po czym potknął się i zatoczył szeroki łuk ramionami w powietrzu, w ostatniej chwili odzyskując równowagę. – O proszę, to tutaj – zauważył wesoło, patrząc na grób. – Prawie na nich wlazłem. Są odgrodzeni barierką. A tam kawałek dalej masz Hoffmannów.
Filip zaczął się zastanawiać, czy dozorca aby na pewno jest przy zdrowych zmysłach.
– Dlaczego mówi mi pan ciągle o jakichś Hoffmannach? – spytał nagle poirytowany.
– Zaraz zobaczysz, dlaczego.
Chłopiec go wyminął i ruszył w stronę nagrobków, przesłoniętych pożółkłą trawą, które wskazywał mu dozorca. Kiedy podszedł bliżej, wreszcie był w stanie odczytać wyblakłe, pokryte mchem napisy.
Łucja i Tadeusz Szczerbińscy. Wziął drżący oddech. Wreszcie ich odnalazł.
Na tym samym, odgrodzonym niewysoką metalową barierką, terenie znajdowały się jeszcze dwa groby, ale tylko jeden z nich miał tablicę. Z tej odległości nie widział jednak wyrytych na nim napisów. Drugi, nieco mniejszy, z prostym, białym krzyżem, i kopczykiem ziemi, wyglądał na grób dziecka.
Powoli otworzył obrośniętą bluszczem furtkę, która zaskrzypiała na wietrze i zbliżył się do mogił. Przykucnął przy tej większej i ostrożnie przetarł kamienną tablicę rękawem kurtki. Spod nagromadzonego tam od lat kurzu i brudu wyłoniły się niewyraźne, zaśniedziałe litery.
Eliza Hoffmann
Odskoczył jak oparzony.
– Co to ma znaczyć? Kto to jest? – Odwrócił się gwałtownie do dozorcy, który uśmiechał się z satysfakcją.
– Mówiłem ci, że jeszcze usłyszysz o Hoffmannach.
– Kto to jest? – powtórzył Filip piskliwym głosem, na co dozorca tylko wzruszył ramionami, nadal delikatnie się uśmiechając.
– Sam chciałbym wiedzieć. Hoffmannowie wszyscy leżą tam, w tej małej kapliczce. Swego czasu byli ponoć dość wpływową rodziną w Łodzi. Jedna z tych szlacheckich rodzin, co to po wojnie wszystkie poznikały. Wszyscy leżą tam… – powtórzył starszy mężczyzna, jakby w zamyśleniu. – Tylko ta jedna jest tutaj. Ale kim była, to nie mam pojęcia.
Chłopiec nadal kucając, przeniósł wzrok na drugą, mniejszą mogiłę.
– A to? – Wskazał na niewielki kopczyk z pobielonym wapnem krzyżem, który cały obrośnięty był bluszczem, jakby miał pretensje do samego dozorcy, że na niego tu natrafił. – Taki mały… To chyba grób jakiegoś dziecka. Kogo?
Odpowiedziała mu cisza. Filip zwiesił głowę.
– Przyjechałem tu, żeby poznać lepiej swoją rodzinę, poczuć ich obecność, ale wyjadę, mając jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.
– Czasem właśnie tak powinno być, młody człowieku. Pytania się mnożą, jest ich coraz więcej i więcej, aż wreszcie dostajesz na nie odpowiedzi i cała historia zaczyna nabierać sensu. Zakładam, że Szczerbińscy to jakaś twoja rodzina?
Filip powoli skinął głową.
– Prapradziadkowie.
– No to jakiś początek już masz. Coś już wiesz. Teraz tylko musisz sobie dopowiedzieć resztę. – Dozorca postukał się palcem w skroń. – I znaleźć odpowiedzi na swoje pytania.
Chłopiec jeszcze chwilę postał nad grobami, rozmyślając. Wpatrywał się w litery układające się w imiona Łucji i Tadeusza i zastanawiał się nad tym, jak dziwne jest życie. Gdyby dziewiętnastoletniej Łucji Kolebowskiej, żyjącej na wsi pod Łodzią, biegającej do starej zielarki po radę i zakochanej w hrabim, ktoś powiedział, gdzie poniesie ją los i z kim ją zwiąże, pewnie zaśmiałaby mu się prosto w twarz i popukała w czoło.
Potem z powrotem przeniósł spojrzenie na grób nieznajomej.
Eliza Hoffmann. Nic mu to nie mówiło.
– Kim jesteś? – wyszeptał do siebie pod nosem, wodząc wzrokiem od jej grobu do niewielkiej mogiły kawałek dalej. Czuł, że coś, jakaś myśl, mu umyka. Później, kierowany ponaglającymi spojrzeniami dozorcy, skierował się w stronę grobowca Hoffmannów, niewielkiej kapliczki, z kopulastym sklepieniem. Liście zaszeleściły mu pod stopami. Wtedy akurat przez chmury przebiło się jesienne słońce i rozświetliło grobowiec.
Teodora i Wiktor Hoffmannowie i ich syn, Gerard. To była kapliczka bogaczy. A przynajmniej ludzi zamożnych, dobrze sytuowanych. Takich, którzy nie muszą odkładać każdego grosza i mogą pozwolić sobie na zbytek nawet po śmierci. W jaki sposób ci ludzie i tajemnicza Eliza byli powiązani z jego rodziną? Dlaczego pochowali ją tuż obok Łucji? I co robiła tam mogiła dziecka?
Podziękował niemrawo dozorcy, rzucił ostatnie spojrzenie na nagrobki, po czym ruszył w stronę wyjścia z cmentarza.
– Młody człowieku! – Doszedł go zza pleców głos starszego mężczyzny. Zatrzymał się, ale nie odwrócił. – Tutaj co roku ktoś przychodzi. Oporządza grób, zamiata liście i zostawia kwiaty. Nie wiem, kto. Nigdy nie spotkałem tej osoby. Jeśli w jakiś sposób ci to pomoże, to…
Filip odwrócił się do niego i skinął głową.
– Dziękuję. Bardzo mi pan pomógł. Naprawdę.
Dozorca uśmiechnął się szelmowsko.
– Niczego nie robię za darmo. Liczę, że tu wrócisz, młody człowieku. I że opowiesz mi tę historię w całości. Niech mnie piorun strzeli, jeśli nie dowiem się, jak to było z tymi Szczerbińskimi i Hoffmannami.
*
Do domu wracał pociągiem jak oniemiały. Pogrążył się w swoich myślach, zastanawiając się, ile jeszcze tajemnic skrywa ta rodzina. Miał wrażenie, że gdyby wystarczająco długo drążył, dokopałby się do kolejnych i kolejnych. To było wykańczające i fascynujące równocześnie.
Wrócił koło dziewiętnastej. Na pytający, pełen wyrzutu, wzrok matki, powiedział, że musiał dłużej zostać w szkole, że potem poszedł z kolegami grać w piłkę, że boli go głowa i nie chce mu się rozmawiać. Zaszył się w swoim pokoju, na ulubionym parapecie, i stamtąd obserwował ulicę.
Źle spał tej nocy. Śniły mu się płaczące kamienne anioły i niewyraźna postać kobiety – a może dziewczyny – idącej pospiesznie drogą. W jednej dłoni ściskała walizkę, w drugiej jakiś skrawek papieru.
Rano wstał w zdecydowanie lepszym nastroju, gotowy do działania i uzyskania odpowiedzi na swoje pytania. Jako że była sobota, zaraz po śniadaniu udał się do Stefanii. Wspiął się po rozchwianych schodach jej kamienicy i z całą frustracją, jaka od wczoraj się w nim nagromadziła, przycisnął dzwonek. Po chwili usłyszał ciche człapanie i drzwi otworzyły się na oścież. Spomiędzy kłębów dymu wyłoniła się jego babka.
– No i jak? – spytała z szelmowskim uśmiechem, mocno się zaciągając. – Dowiedziałeś się czegoś ciekawego?
Filip popatrzył na nią spode łba.
– Eliza Hoffmann – mruknął. – Mówi ci to coś?
Nie pytając jej o pozwolenie, wyminął ją w drzwiach i wszedł do mieszkania, od razu kierując się do kuchni. Wstawił wodę na herbatę. Odkąd przyszedł tu parę miesięcy temu, przestraszony i właściwie nieznający swojej babki, wiele się zmieniło. On się zmienił, ale zmieniła się też i Stefania.
Oparł się o kredens, zakładając ręce na piersi.
– Okłamałaś mnie. Znowu.
Stefania przewróciła oczami, krzywiąc się nieznacznie. Mocniej owinęła się w zwisający jej z ramion czarny, włóczkowy szal.
– Nie bądź taki melodramatyczny. Pytałeś przecież tylko o człowieka w bieli. Nie okłamałam cię, tylko nie powiedziałam ci wszystkiego. Po prostu chciałam, żebyś do pewnych rzeczy doszedł sam. – Popatrzyła na niego uważnie, mrużąc oczy. – I jak widzę, udało ci się.
Stefania z woreczka zwisającego jej na piersi wyjęła kolejnego papierosa, zapaliła go i mocno się zaciągnęła, z zamyśleniem wpatrując się w okno. – Usiądź – rzuciła niedbale, nie patrząc nawet w jego stronę. – Mamy wiele do omówienia.
Łódź, 1914 roku
Eliza była nieprzytomna aż do południa. Przez wiele godzin trwała w dziwnym stanie zawieszenia pomiędzy dwoma światami. Dusza kołatała jej się w piersi, jakby chciała wyrwać się na wolność, uwolnić z umęczonego, mimo młodego wieku, ciała. Po szyi spływały jej strugi potu, kiedy rzucając się w gorączce w pościeli, zrzucała z siebie kolejne warstwy koców. Majacząc, kwiliła cicho i raz po raz wzywała matkę.
Łucja ulokowała ją w starym pokoju Juliana, który teraz, od czasu do czasu zajmował jego syn, Szymon, kiedy przyjeżdżali w odwiedziny. Przez pewien czas była pewna, że dziewczyna nie przeżyje. Całym jej ciałem targały gwałtowne dreszcze, nie reagowała na żadne wlewane jej do gardła przez Łucję mikstury, a włosy stale kleiły jej się do spoconego, rozpalonego czoła. Gorączka się zawzięła i nie chciała ustąpić.
Około dziesiątej rano, drzwi do pokoju skrzypnęły cicho, a na progu stanęła zmieszana Helena, teraz już osiemnastoletnia, dorosła panna. Tuż za nią zaglądał Tadeusz, drapiący się nerwowo po brodzie.
– Co z nią? – spytała cicho córka.
– Nadal bez zmian. Jest nieprzytomna. Stale majaczy – odparła Łucja, delikatnie gładząc chorą dziewczynę po dłoni.
– Może trzeba wezwać do niej medyka? – odezwał się zza pleców córki Tadeusz, spoglądając podejrzliwie na leżącą w pościeli drobną figurkę, która teraz wydawała się jeszcze mniejsza, niż kiedy stanęła na progu ich domu. – I przy okazji milicję – dodał z przekąsem.
Łucja odwróciła się do niego z groźnym błyskiem w oczach.
– Ani mi się waż – rzuciła półgłosem, chociaż równie dobrze mogłaby krzyknąć, bo mąż od razu cofnął się o pół kroku.
Czasem, kiedy tak reagował, albo kiedy wychodził po pracy na miasto i spacerował przez długie godziny, chcąc przeczekać gniew żony, przypominał Łucji ojca, Stanisława, który w podobny sposób reagował na ponure nastroje i groźne miny jej matki i wtedy po trosze pękało jej serce.
Opuszczając wtedy Kościeszankę, z dworem płonącym za jej plecami i złotą łuną odbijającą się na nocnym niebie, wiedziała, że godzi się na to, iż nigdy więcej nie zobaczy rodziców ani ukochanego brata. Wiedziała o tym, ale równocześnie nadal, nawet pomimo upływu tylu lat, bolało ją to tak samo.
Nie miała jednak wtedy innego wyjścia. Musiała odejść.
Później, po latach, próbowała ich odszukać, znaleźć jakikolwiek ślad ich życia w małej wsi pod Łodzią, chociażby po to, żeby wiedzieć, co się z nimi stało, gdzie poniósł ich los, ale na nic się to nie zdało. To już nie był ten sam świat ani ta sama wieś. Zresztą po ich chacie, przed którą Stanisław zawsze rzeźbił swoje drewniane figurki koników i ptaszków, nie pozostał żaden ślad. Kilka twarzy wydawało jej się jakby znajomych, tylko nieco pobrużdżonych przez czas, ale niczego nie była już pewna. Uciekła wtedy stamtąd, zanim ktoś by ją rozpoznał, zapłakana i z podwójnie złamanym sercem.
– Nie wiadomo, kim jest ta dziewczyna ani czego chciała na progu naszego domu – podjęła Łucja po zdającej się trwać w nieskończoność ciszy. – Ale szukała mnie. Wymieniła moje imię – dodała z zaciętym wyrazem twarzy i wzięła jeden długi, drżący oddech. – Jej matka, kimkolwiek była, kazała jej mnie odnaleźć.
– Może to jakaś pomyłka – zauważyła niepewnie Helena, pocierając nerwowo ramiona i spoglądając z troską na chorą dziewczynę. – Może chodziło o kogoś innego. Pomyślała mama o tym?
Łucja obdarzyła ją twardym spojrzeniem.
– Ona wymieniła nasze nazwisko, Heleno. Nie wierzę w takie pomyłki – odparła, po czym odwróciła się z powrotem do dziewczyny, która cicho pojękiwała przez sen i po raz kolejny otarła jej spocone czoło, uważając rozmowę za zakończoną. – Nie mam zamiaru nasyłać na nią milicji ani żandarmerii. Nie wiemy, przed czym albo przed kim uciekła ta dziewczyna.
– Ale lekarz, Łucjo… – Nie ustępował Tadeusz. – Może być potrzebny. Sama powiedziałaś, duszko, że nie wiesz, czy ona w ogóle przeżyje.
– Jeśli będzie już naprawdę źle, wtedy go wezwiemy, ale dopóki radzę sobie sama, nie chcę widzieć w moim domu nikogo obcego. W tych czasach nikomu nie można ufać – odparła Łucja z zacięciem w głosie. – Idźcie stąd teraz, pozwólcie jej wypocząć.
Tadeusz wycofał się po cichu, ale Helena jeszcze chwilę postała w drzwiach, spokojnie obserwując krzątającą się przy chorej matkę. Łucja co jakiś czas zmieniała nieprzytomnej dziewczynie okład i ocierała jej spływającą potem szyję.
– Domyśla się mama, kto to może być? – spytała się jej niemal szeptem. – Kim jest ta dziewczyna? I dlaczego szukała akurat mamy?
Łucja nieznacznie pokręciła głową.
– Chciałabym wiedzieć, kochanie.
– Ten sen, który ostatnio miałam… – bąknęła niepewnie Helena. – Ten, o którym mamie mówiłam. Śniła mi się pusta droga, w środku zimy. Słyszałam wtedy pukanie i…
– Wiem – przerwała jej ostro matka. – Wiem – powtórzyła już łagodniej. – Nie myśl o tym teraz. Mam przeczucie, że to wszystko nie ma akurat nic wspólnego z tobą, dzięki Bogu. To po mnie po raz kolejny upomniała się przeszłość – wymamrotała Łucja, marszcząc w zatroskaniu czoło.
Ale tego już Helena nie usłyszała.
*
Kiedy Eliza wreszcie się ocknęła, słońce stało już wysoko na niebie i zaglądało z ciekawością do tego malutkiego pokoiku, znacząc ściany i podłogę delikatnym złotym poblaskiem.
W pierwszej chwili, po otwarciu oczu, zerwała się na łóżku jak spłoszone zwierzę, nieufnie rozglądając się wokół siebie. Jednak po chwili, osłabiona długą wędrówką i gorączką, osunęła się z powrotem na poduszki, przesuwając niespokojnym wzrokiem po pokoju. Dopiero kiedy dotarło do niej, że chyba znajduje się tam, gdzie powinna, u kobiety, do których siłą ostatniej woli wysłała ją matka, nieco się uspokoiła.
Pierwszą rzeczą, jaką wtedy zobaczyła, była spokojnie siedząca przy jej łóżku Łucja Szczerbińska, którą jej matka znała jako Łucję Kolebowską. Starsza kobieta na pozór zajęta była rozłożoną na kolanach książką, jednak spod oka bacznie przyglądała się nieznajomej dziewczynie, która zemdlała na progu jej domu.
Kiedy oddech Elizy nieco się uspokoił i przestała strzelać oczami na boki, Łucja podniosła się i wyszła z pokoju, po chwili wracając z talerzem parującego rosołu. Przysunęła sobie krzesło bliżej łóżka i usiłowała nakarmić dziewczynę, która niechętnie odwracała głowę.
– Jedz. Musisz, jeśli chcesz odzyskać siły – namawiała ją cierpliwie, przysuwając do ust dziewczyny łyżkę z gorącym wywarem. Wreszcie Eliza się poddała i zaczęła powoli, łyczek po łyczku, pochłaniać rosół, między jedną łyżką a drugą co chwilę odpoczywając. Łucja delikatnie dotknęła czoła i policzków dziewczyny. – Gorączka nieco spadła, całe szczęście. Przez chwilę naprawdę się o ciebie martwiliśmy – zagadnęła ją cicho. – Masz szczęście, że trafiłaś do nas w poniedziałek, inaczej nie miałabym dla ciebie rosołu. A tak został jeszcze po niedzieli… – paplała, co jej ślina na język przyniesie, byle tylko zapełnić czymś ciszę. Bała się, co usłyszy od tej dziewczyny, kiedy ta zdecyduje się wreszcie przemówić.
Po raz pierwszy od wielu lat naprawdę znowu się bała.
– Moja córka bardzo się o ciebie martwiła. Jesteście chyba w podobnym wieku. No, może ona jest kilka lat młodsza. Mąż chciał wzywać do ciebie nawet medyka, ale stwierdziłam, że pewnie nie chciałabyś widzieć jeszcze jednego obcego i odpowiadać na niewygodne pytania.
Eliza nadal milczała. W końcu rosół się skończył i Łucja nie miała czym dłużej zająć rąk. Z cichym stukotem odstawiła na nocny stolik pusty talerz. Poprawiła nieznajomej poduszkę pod głową i wyżej podciągnęła jej koc pod brodę, strzepując z niego przy okazji niewidzialny pyłek. Odchrząknęła znacząco, składając dłonie na kolanach.
– No więc jeszcze raz. Masz na imię Eliza, tak?
Dziewczyna z wahaniem skinęła głową.
– W takim razie, Elizo, kim jesteś, moja droga, i czego szukałaś na progu mojego domu?
Na tak postawione pytanie w oczach dziewczyny znowu pojawił się niespokojny błysk.
– Nie obawiaj się. Nikt cię tutaj nie ma zamiaru bić ani trzymać pod kluczem – zażartowała Łucja. – Widzisz chyba, że nie mam też w planach biec na posterunek carskiej policji. Ale musisz przyznać, że gdyby to na progu twojego domu pojawiła się nieznajoma dziewczyna, słaniająca się na nogach i wymieniła twoje nazwisko, byłabyś pewnie nieco zaintrygowana. No więc?
Dziewczyna uniosła się na poduszkach, bacznie przyglądając się Łucji.
– Nazywam się Eliza… – zaczęła słabym, roztrzęsionym głosem. – …Eliza Kościeszewska – dodała z wahaniem. – Moją matką była Cecylia, córka Henryka i Rozalii Kościeszewskich.
Łucja zmartwiała. Poczuła, mimo że siedziała, jakby ziemia uciekła jej spod stóp. Chwyciła się ręką za mały stolik nocny, bojąc się, że za chwilę spadnie z krzesła.
– Słucham? – wydusiła wreszcie z siebie. – Jakim cudem…
– Mama zawsze mówiła o pani w jak najlepszych słowach. – Dziewczyna zaczęła szybko mówić. – Opowiadała o tym, jak razem żyłyście w tym dworku pod Łodzią, że pani była prawie jak rodzina.
Łucja chrząknęła znacząco. Gdyby tylko Cecylia wtedy wiedziała…
– No cóż… – zaczęła nieco zmieszana, bezwiednie przykładając dłoń do czoła, które miała wrażenie, że stało się nagle rozpalone. – Tak bym tego nie nazwała, ale…
– Przez całe życie wspominała, jak w jej piętnaste urodziny zabrała ją pani na wiejską zabawę, na obchody Nocy Kupały i że jakaś starsza kobieta jej wtedy wróżyła. Lokalna szeptucha czy ktoś podobny.
Nagle dziewczyna odzyskała głos i kiedy to się stało, nie umiała już przestać mówić.
– Pamięta to pani? – Eliza spojrzała na nią z dziecięcą nadzieją w oczach. Dla niej były to tylko opowieści, stare baśnie ukryte pomiędzy paprociami i przysypane kurzem, jak z zupełnie innego świata. Ostatnia nić łącząca ją z matką. Łucja zaś czuła, jakby coś za chwilę miało rozsadzić jej pierś od środka. W głowie wirowało jej od natłoku wspomnień i myśli, przez dziesiątki lat odpychanych w najciemniejszy kąt pamięci, a które teraz powróciły, krążąc wokół niej i kąsając ją.
Nagle znowu zobaczyła strzelające pod niebo iskry z ognisk, młodziutką, rumianą twarz Cecylii i siedzącą na trawie Starą Martę, szepczącą coś do siebie pod nosem, w języku, który tylko ona rozumiała, nacierającą wódką nogi. Usłyszała szczekanie wyżła i stukot porcelany.
Zobaczyła twarz Henryka.
Obrazy wirowały wokół niej, głosy ludzi, którzy do tej pory byli już tylko cieniami przeszłości, nagabywały ją, nakładały się na siebie i mieszały w jedno. Zalała ją fala gorąca.
– Przepraszam na chwilę – wydusiła.
Łucja zerwała się z krzesła i wybiegła z pokoju, uciekając do kuchni, gdzie dopadła do okna i otwarła je na całą szerokość, głęboko wdychając mroźne, kłujące w płucach powietrze. Kątem oka dostrzegła martwą o tej porze roku jabłoń, z poskręcanymi, jakby wyciągniętymi w stronę nieba w błagalnym geście gałęziami, i poczuła, jak żółć podchodzi jej do gardła.
Przypomniała sobie inną zimę, jeszcze mroźniejszą niż ta. Zimę sprzed dwunastu lat, kiedy o najciemniejszej godzinie nocy razem z synem kopali w ziemi dół dla człowieka, który kiedyś zniszczył jej życie.
Jęknęła cicho, przyciskając pięść do ust.
Henryk. Nieżyjąca już od kilku lat Rozalia, jedyna powiernica jej sekretów. Cecylia. Wreszcie Edmund, który zniknął z Kościeszanki wiele lat temu i pozwolił myśleć wszystkim, że zginął w tamtym pożarze. Pozbył się wtedy brzemienia, jakim był ten dwór. Nikt nigdy nie odkrył, że leży w jej ogrodzie, że codziennie widzi przez okno jego grób.
Zobaczyła cały korowód martwych dusz i poczuła, jak po policzkach spływają jej gorące łzy.
– Dobrze się mama czuje?
Drgnęła nerwowo na dźwięk głosu Heleny. Nie zauważyła jej, siedzącej w ciszy przy kuchennym stole nad książką. Ostatnio stale czytała. Odetchnęła głęboko i zamknęła okno. Czuła, że serce powoli jej się uspokaja, wracając do swojego normalnego rytmu.
– Tak, wszystko w porządku. – Uśmiechnęła się niemrawo do córki. – Po prostu… – Machnęła niedbale ręką w stronę zamkniętych drzwi, za którymi znajdowała się Eliza. – Ta dziewczyna przypomniała mi o kimś, kogo znałam dawno temu.
– To ona tak cię zdenerwowała? – Oburzyła się Helena, nieznacznie unosząc się na krześle, jakby chciała rozmówić się z intruzem, który zagnieździł się w ich domu.
– Nie! – Czym prędzej uspokoiła ją Łucja. – Ona tylko przywołała wspomnienia – dodała, ocierając ostatnią zabłąkaną łzę.
Helena przyjrzała jej się uważnie.
– Tak mało o tobie wiemy, mamo. My wszyscy. Ja, Irena, Julian. Nic nigdy nam nie mówisz, kiedy pytamy o twoją przeszłość, o twoje życie. Czasem mam wrażenie, że w ogóle cię nie znamy.
– Moje życie się zaczęło, kiedy urodziłam was.
Córka przekrzywiła głowę, uśmiechając się nieznacznie.
– Proszę cię, mamo. Starczy już tych wymówek. Kiedyś będziesz musiała nam powiedzieć. Prędzej czy później.
Łucja, unikając jej spojrzenia, wygładziła na sobie suknię.
– Kiedyś, ale na pewno nie teraz. Na razie mam chorą, którą muszę się zająć – odparła, po czym ruszyła z powrotem do pokoju, w którym leżała Eliza.
Kiedy weszła, dziewczyna drzemała, ale natychmiast się rozbudziła, usłyszawszy Łucję. Uśmiechnęła się do niej przepraszająco.
– Mam nadzieję, że w niczym pani nie uraziłam? Nie chciałam być natrętna. Po prostu jest tyle rzeczy, o których opowiadała mi matka…
Łucja poklepała ją uspokajająco po ręce.
– Nie przejmuj się, moja droga. Niczym mnie nie uraziłaś. Powiedzmy, że po prostu nie byłam gotowa na taką wizytę z przeszłości w moim domu. – Westchnęła głęboko. – Powiedz mi, jak to w ogóle możliwe, że nic o tobie nie wiedziałam? W ciągu tych wszystkich lat wymieniłyśmy kilka listów, ale Cecylia nigdy nie wspominała, że ma córkę.
Dziewczyna poruszyła się nerwowo na łóżku.
– Mama wyjechała na pensję dla panien, mając szesnaście lat, pewnie pani pamięta? Uczyła się tam przez jakiś czas, ale później, z tego, co zrozumiałam, zamordowano jej ojca, mojego dziadka, a dwór, w którym mieszkała od dziecka, spłonął w niejasnych okolicznościach. Ale to też zapewne pani wiedziała? – Eliza z napięciem przyglądała się Łucji, która była pewna, że gdyby teraz przejrzała się w lustrze, jej twarz byłaby trupio blada. Tylko ona wiedziała, co teraz dzieje się w jej sercu.
Tymczasem dziewczyna kontynuowała swoją opowieść, nie zauważając, jakie wrażenie wywarły na starszej kobiecie jej słowa.
– W pożarze zginął wtedy jej brat, Edmund, mój wuj. To była straszna tragedia. Z dworu nie został podobno kamień na kamieniu. W ten sposób matka straciła wszelkie źródło utrzymania. Nie miała już za co opłacać szkoły, więc po niecałych dwóch latach straciła wszelką szansę na dalszą naukę. Nie wyrzucili jej na ulicę tylko dlatego, że zaoferowała się, że będzie pomagać w codziennych obowiązkach. Pracowała w kuchni, szorowała podłogi… – Dziewczyna delikatnie wzruszyła ramionami. – Musiała schować dumę do kieszeni. Zapomnieć, czyją jest córką, jakie nosi nazwisko. Po prostu przetrwać.
Eliza przerwała na moment, głęboko nabierając powietrza.
– I tak to trwało przez wiele lat. Z panienki z dobrego domu stała się posługaczką. W zamian za służbę, bo jak to inaczej można nazwać, miała wyżywienie i dach nad głową oraz niewielką pensję. Później… – Głos załamał jej się nieznacznie. – …Później poznała pewnego mężczyznę. Nigdy nie powiedziała mi, kim on był, nie poznałam go, nie widziałam ani razu i cieszę się, że tak się stało. Zresztą to teraz nieważne. – Eliza uśmiechnęła się z goryczą. – Urodziła mnie dość późno, miała ponad czterdzieści lat. Niestety, mój… – Eliza zawahała się na moment. – …Człowiek, który był odpowiedzialny za jej stan, nie miał zamiaru się z nią ożenić ani w żaden sposób ją wspomóc. Wyjechał niedługo po tym, jak matka powiedziała mu, że jest przy nadziei i nikt więcej o nim nie słyszał. Przez resztę życia mieszkała na poddaszu szkoły. Tam mnie wychowała. Inne nauczycielki, na czele z dyrektorką, traktowały ją jak trędowatą. – Uśmiechnęła się z goryczą. – Była panną z bękartem. – W oczach dziewczyny błysnęła złość. – Mówiły, że powinna się cieszyć, że nie wyrzuciły jej na ulicę, że nie musiała iść do przytułku. – Głos nieco jej stwardniał. – Nikt już nie pamiętał, że kiedyś była najbogatszą panienką wśród uczennic, której nawet dyrektorka kłaniała się na korytarzu. Tamtej Cecylii już nie było. Później, kiedy podrosłam, we wszystkim jej pomagałam, razem z nią szorowałam podłogi i obierałam ziemniaki w szkolnej kuchni. W zamian za to dyrektorka była na tyle łaskawa, że czasem pozwalała mi siedzieć z tyłu w klasie podczas niektórych lekcji. Matka też czasem pod koniec dnia poświęcała trochę czasu na to, aby mnie czegoś nauczyć. Później, kiedy zaniemogła, przejęłam na siebie już wszystkie jej obowiązki.
Kiedy Eliza skończyła, w pokoju zapanowała gęsta cisza, w której gromadziły się tylko kolejne pytania.
– Co się stało z twoją matką? – spytała Łucja, przyglądając się dziewczynie z napięciem. – Gdzie teraz jest?
– Nie żyje – odparła Eliza, patrząc jej prosto w oczy. – Zmarła na suchoty jakiś czas temu. Na łożu śmierci kazała mi obiecać, że panią odnajdę i dała mi ten adres. Miała go jeszcze z czasów, kiedy do siebie pisałyście. Jest też… – zaczęła Eliza, ale zaniosła się kaszlem tak silnym, że z trudem mogła nabrać powietrza. Na policzki wystąpiły jej rumieńce. Oczy znowu zaczęły błyszczeć niepokojąco. Długa opowieść wyczerpała jej nadwątlony organizm. Gorączka znowu wracała.
– Spokojnie, dziecko. – Łucja podała jej szklankę z wodą i z troską pogłaskała po głowie. – Resztę opowiesz mi później.
Ale Eliza tylko pokręciła z uporem głową. Odetchnęła głęboko i z powrotem opadła na poduszki.
– Jest jeszcze list. Do pani – odparła, teraz znacznie słabszym głosem. Zatrzepotała powiekami, znajdując się już na krawędzi snu, ale uniosła drżącą rękę i wskazała swoją walizkę, stojącą pod ścianą. Łucja postawiła ją tam, kiedy Tadeusz wnosił nieprzytomną dziewczynę na rękach do domu. – Jest zaszyty w podszewce walizki. Może pani ją śmiało rozerwać. Nie jest wiele warta. – Eliza uśmiechnęła się słabo.
Łucja spojrzała na niepozorny bagaż, w którym prawdopodobnie kryły się odpowiedzi na jej pytania. Chciała jeszcze o coś zapytać dziewczynę, ale kiedy się do niej odwróciła, Eliza oddychała już miarowo, pogrążona w głębokim śnie.
*
Łucja długo krążyła po kuchni, ściskając w dłoni mały nożyk. Serce boleśnie obijało jej się o żebra, przestraszone i drżące. Zastanawiała się, czy w ogóle chce przeczytać ten list i czy ma odwagę to zrobić. Wreszcie podjęła decyzję.
Na palcach weszła do pokoju i starając się nie zbudzić oddychającej głęboko Elizy, przykucnęła przed niewielką walizką. Otworzywszy ją, delikatnie wzięła się do rozpruwania podszewki, nie chcąc uszkodzić jej bardziej, niż to było konieczne. Ta walizka to wszystko, co miała ta dziewczyna.
W pewnym momencie list, uwolniony spod materiału, wysunął się i niemal spłynął jej na kolana. Łucja ujęła go ostrożnie i poczęła obracać w dłoniach, gładząc opuszkami szorstki papier. Bała się tego, co w nim odnajdzie. Bardzo się bała. Bała się, że natrafi w nim na wymówki i żale Cecylii. I na pytania, które mogła przynieść ze sobą jej śpiąca tuż obok córka.
Równocześnie nie wyobrażała sobie, że miałaby go nie przeczytać albo nie otworzyć. Była to winna Cecylii. Była to winna Henrykowi. Na Boga, ta dziewczyna była przecież jego wnuczką!
Wreszcie, przeklinając w duchu własne tchórzostwo, ostrożnie rozerwała kopertę i wyjęła z niej pojedynczą, cienką kartkę papieru, pokrytą nierównym, drżącym pismem.
Kochana Łucjo!
Kiedy piszę ten list, za oknem wstaje zimowy świt, a moja córka śpi tuż obok. Oddycha miarowo i głęboko. Kiedy śpi, wygląda niemal jak mała dziewczynka. To najlepsza rzecz i największe błogosławieństwo, jakie spotkały mnie w życiu. Właśnie ona.
Kolejnego świtu już pewnie nie doczekam. Człowiek czuje takie rzeczy, prawda? Dlatego wybacz mi, proszę, jeśli moje pismo jest nieco drżące albo nieczytelne. Nie mam już siły dbać o takie bzdury. Ważne, abym przekazała Ci to, na czym mi zależy.
Moja córka to prawdziwy anioł w ludzkiej skórze. Jest mądra i szanuje innych ludzi, bez względu na status. Jej ojciec nigdy się o tym nie przekonał, porzucając nas jeszcze przed jej narodzeniem, ale skoro czytasz ten list, to zakładam, że już o tym wiesz, że Eliza wszystko ci opowiedziała. A przynajmniej prawie wszystko.
Nie współczuj mi, moja droga, nie ma takiej potrzeby. Już dawno pogodziłam się ze swoim losem i tego samego nauczyłam moją córkę. Nie jestem pierwszą i zapewne też nie ostatnią kobietą, którą rozczarował jakiś mężczyzna.
W chwilach największego smutku, kiedy nie potrafiłam już poradzić sobie ze swoimi myślami i płakałam bezgłośnie w poduszkę, tak żeby Eliza nie widziała, wracałam zawsze do szczęśliwych chwil w Kościeszance. Ten dwór, mimo iż nie do końca radosny, był mimo wszystko moim domem i to tam spędziłam najlepsze lata swojego życia.
Pamiętasz mojego ukochanego wyżła, Ramzesa? Będąc małą dziewczynką, jeździłam na nim jak na kucyku. I tę noc moich urodzin, Noc Kupały, kiedy zabrałaś mnie na wiejską zabawę z ogromnymi ogniskami? I tę starszą kobietę, która wtedy mi wróżyła? Nie wiem dlaczego, ale nigdy jej nie zapomniałam. Do dzisiaj mam jej twarz wyrytą pod powiekami. Do tej pory zastanawiam się czasem, dlaczego tak dziwnie na mnie patrzyła. Może już wtedy znała moją przyszłość i mi współczuła? A może po prostu wiedziała o mnie coś, czego nigdy nie powiedzieli mi inni? Chociaż Ty pewnie wiedziałaś.
Przez długi czas, kiedy tam żyłyśmy, patrzyłam na Ciebie z podziwem. Obserwowałam Cię z daleka, najpierw jako dziecko (pamiętasz ten dzień, kiedy pogryzłam filiżankę i pokaleczyłam sobie usta, a Ty zaprowadziłaś mnie do Marianny, żebym przepłukała usta szałwią?), a później jako panienka, i wyobrażałam sobie, że jesteś moją sekretną siostrą albo chociaż kuzynką. Delikatną, ale silną i mądrą. Widziałam w Tobie tę siłę i bardzo Ci jej zazdrościłam.
Dlatego teraz powierzam Ci swoją córkę, Łucjo. Dbaj, proszę, o nią jak o własną. Okaż jej miłosierdzie i podaruj schronienie, bo nie znam nikogo innego, komu mogłabym zaufać w tej kwestii. Nie pozwól, proszę, żeby ten świat ją zniszczył. Nie pozwól, żeby obudziły się w niej te same mroczne demony, które dręczyły Edmunda. Wiem, że on nie żyje, że zginął w tym pożarze. Teraz, po latach, jestem już w stanie mu współczuć, mimo że był dla mnie wyjątkowo okrutny i niejednokrotnie zamieniał moje życie w piekło. Myślę jednak, że z nas wszystkich to właśnie on był najbardziej nieszczęśliwy i tą goryczą starał się zatruć świat dookoła.
Ale mniejsza o mojego przyrodniego brata. (Tak, domyśliłam się z tych wszystkich wysłuchiwanych przez lata docinków, że moją matką nie była Rozalia. Zresztą, nie mogła nią być. Byłyśmy tak różne…)
Zaopiekuj się moją córką, Łucjo. Błagam Cię o to, przez wzgląd na dawne czasy. Bądź dla niej drugą matką, nie pozwól jej się smucić, daj jej tyle swojej miłości, ile tylko zdołasz, a wiem, że zawsze miałaś jej w sobie bardzo dużo. Zadbaj o to, aby kiedyś odnalazła własne szczęście i nie pozwól, żeby za bardzo po mnie rozpaczała. To jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego.
A więc jeszcze raz – powierzam Ci Elizę, kochana przyjaciółko, z przeświadczeniem, że moja córka odnajdzie bezpieczną przystań, żegnam się z tym światem. Od Ciebie zależy, co zrobisz dalej, jednak ufam, iż podejmiesz właściwą decyzję.
Zawsze Ci oddana,
Cecylia Kościeszewska, luty 1914 roku
Łucja, przysiadłszy na piętach, wpatrywała się przed siebie jak oniemiała. List wysunął się jej z rąk i z szelestem upadł na podłogę. Pozostawił więcej pytań niż odpowiedzi.
Dlaczego Cecylia nigdy wcześniej nie wspomniała w swoich listach o córce? Wymieniły ich, co prawda, niewiele, ale to była raczej rzecz warta wzmianki, czyż nie? I dlaczego przez tyle lat Edmund pozwolił myśleć swojej siostrze, że nie żyje? Mógł uciec przed całym światem, ale w żyłach jego i Cecylii płynęła częściowo ta sama krew. Dlaczego jej nie wsparł w biedzie, nie pomógł jej? Przecież wiedział, że po śmierci Henryka jej oszczędności będą topnieć, aż wreszcie nie zostanie z nich już nic. Świadomie i pewnie z cichą satysfakcją skazał ją na życie w nędzy.
To wszystko jednak nie miało już teraz znaczenia. Edmund i tak od lat nie żył. Czy mimo wszystko, gdyby Cecylia wiedziała, co tak naprawdę go spotkało, wysłałaby do niej Elizę? Łucja nie umiała odpowiedzieć sobie na to pytanie. I tak niemal każdej nocy, od przeszło dwunastu lat, dręczyły ją koszmary, w których widziała bladą twarz Edmunda. Młodą, taką jak ta, którą widywała każdego dnia w Kościeszance, ale z raną po uderzeniu łopatą na głowie. Pochylał się nad nią i coś szeptał, a czasem tylko stał w progu sypialni i patrzył na nią, uśmiechając się kpiąco.
Wyrzuty sumienia już nigdy nie miały jej opuścić. Kiedy zamykała oczy, widziała krew na śniegu. Krew Edmunda. Czasem widziała ją na swoich rękach, chociaż to nie ona zadała przecież cios. Ale nauczyła się z tym walczyć, spychać w głąb podświadomości. Teraz musiała skupić się na czymś innym. Cecylia zaufała jej na tyle, że powierzyła jej swoją córkę.
A Łucja musiała podjąć jakąś decyzję.
Redakcja
Beata Gołkowska
Korekta
Janusz Sigismund
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Sandra Nikoniuk, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384301401
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum
Okładka
Strona tytułowa
CZĘŚĆ I. ZBŁĄKANE DUSZE
Prolog
Duchy powiedzą ci prawdę
Cienie na progu domu
Listy zza grobu
Strona redakcyjna
Spis treści
