52,99 zł
Kornel Sawicki w uwielbianym przez siebie lesie spotyka wystraszoną dziewczynę. Silnie rozwinięta empatia sprawia, że wyciąga do niej pomocną dłoń. Daje jej schronienie na noc, a rano odkrywa, że uciekła. Z czasem wokół Sawickiego nasilają się niepokojące wydarzenia, które wpływają na życie jego i pozostałych mieszkańców jak dotąd spokojnej, mazurskiej wioski. Kiedy los po raz kolejny stawia na drodze Kornela nieznajomą, mężczyzna postanawia się nią zaopiekować, zwłaszcza, że przeraża ją wizja kontaktu z kimkolwiek innym. Okolica przestaje być bezpieczna, a największe zagrożenie czyha na mężczyznę na jego własnym podwórku. Sawicki nie ma pojęcia, kto i co chce na nim wymusić, ale działania prześladowcy uderzają nie tylko w niego, ale i w bliskie mu osoby. Czy Kornelowi uda się zrozumieć zasady gry, zanim będzie za późno? I jaką cenę zapłaci za przygarnięcie pod swój dach dziewczyny, która nie pamięta nawet swojej tożsamości, a z każdym dniem znaczy dla niego coraz więcej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 399
Rok wydania: 2026
Copyright © by Karolina Bujak, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio
PR & marketing: Sławomir Wierzbicki
ISBN: 978-83-8441-605-1
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Nie lubił tego pomieszczenia. To nie tak, że wywoływało w nim obrzydzenie. To uczucie już dawno minęło. Nie wiedział, który raz przekroczył ten próg z zamiarem odebrania komuś życia.
Już nie robiło to na nim wrażenia. Ostatni oddech. Odruchy obronne. Przerażenie.
Tak. Przerażenia nie lubił najbardziej. Wydawało mu się, że wypełnia sterylną przestrzeń, oblepia jego skórę, wsiąka w ubrania.
Zazwyczaj mordował parami. Rzadko zdarzało się, żeby śmierć zabierała z tego miejsca tylko jedno istnienie. Nie było w tym niczego romantycznego, chociaż lubił sobie wyobrażać, że dusze tych stworzeń nadal błądzą razem w pozaziemskiej wędrówce. Może byli kochankami, może przyjaciółmi? O ile jeszcze można spotkać wyższe uczucia w tym bestialskim, codziennym życiu.
Odrzucił te myśli na bok. Filozofowanie nie miało tu sensu. Liczyła się skuteczność i precyzja podczas wykonywania zadania, a nie gdybanie na temat relacji łączących jego dzisiejsze ofiary.
Spojrzał na parę, która rozpaczliwie się do siebie tuliła. Zastanawiał się, co czuli. Czy rzeczywiście był to tylko strach, który powodował, że powietrze nabierało charakterystycznego, namacalnego ciężaru? Czy tliło się w nich coś na kształt nadziei?
Nawet jeżeli, to zaraz zdepcze ją doszczętnie. Odbierze wszelkie szanse na szczęśliwe zakończenie tej historii.
Przeskakiwał wzrokiem między nią a nim, zastanawiając się, kogo wybrać najpierw. Zawsze sobie wyobrażał, że większy ból zadaje temu, kto zajmuje drugie miejsce na liście. Myślał też, że ta istota doświadcza innego rodzaju strachu. Pierwsza ofiara była nieświadoma. Nie wiedziała, co ją czeka. Ból? Cierpienie? Szybka śmierć? Czy w ogóle cały ten proces doprowadzi do zakończenia jej żywota? Kilkanaście godzin izolacji od świata, zamknięcie w sterylnie czystym pomieszczeniu, dokładne wyczyszczenie ciała przez oprawcę. To nie mogło prowadzić do niczego dobrego.
Uważał jednak, że większy strach ogarniał drugą istotę. Przeszła przecież identyczny proces. Co z tego, że żyła dłużej o kilka minut? Przez ten czas musiała patrzeć na śmierć swojego kompana. Nieświadomość ustępowała miejsca pewności, że umrze w tym miejscu.
Wziął ostatniego łyka kawy, nie spuszczając wzroku ze swoich ofiar. Był spokojny, jego serce biło w równym rytmie. Organizm nie reagował już stresem na to, co miało się za chwilę wydarzyć, i była to zasługa doświadczenia. Nauczył się nie tylko precyzji, ale także panowania nad emocjami.
Odstawił kubek na blat i podszedł do zlewu. Starannie umył dłonie mydłem antybakteryjnym, po czym osuszył je ręcznikiem. Zrobił to z niebywałą dokładnością, żeby założenie lateksowych rękawiczek nie sprawiło mu większego problemu. Spokojnym krokiem podszedł do klatki. Kucnął przed nią i spojrzał najpierw w ciemnobrązowe tęczówki, a następnie przeniósł wzrok na błękitne. To spojrzenie, mimo że dominował w nim smutek i strach, wywiercało w nim dziurę.
Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Pogłaskał po głowie właścicielkę nietuzinkowych oczu. Nie zdarzyło mu się jeszcze gościć w tym miejscu kogoś o tak intensywnym i bystrym spojrzeniu.
– Dlaczego mam wrażenie, że będą z tobą problemy, Mariko? – mruknął pod nosem.
Silnymi ruchami wyszarpał z klatki właściciela ciemnych oczu. Był większy, silniejszy od niej i stawiał opór, ale nie robiło to na nim wrażenia. Wiedział, że ma przewagę. Kilka wyćwiczonych gestów wystarczyło, żeby pozbawić go życia. Charakterystyczny dźwięk skręcanego karku skutecznie uciszył rozpaczliwy pisk i zakończył szamotaninę. Bezwładne ciało ułożył na stoliku, żeby zająć się jego dalszym oporządzeniem.
Dla niego zabawa się zaczynała, gdy życie tej istoty się kończyło.
Nagle odwrócił się za siebie, ponieważ zrozumiał, że popełnił jeden, ale jakże istotny błąd. Było już jednak za późno, klatka świeciła pustkami. Przeklął w myślach i rozejrzał się po pomieszczeniu.
– Kurwa – rzucił już głośno, kiedy dotarło do niego, że drzwi wejściowe były uchylone.
Spojrzał raz jeszcze na zwłoki swojej ofiary. Wszystko wskazywało na to, że jedynej tego dnia. Kroki skierował ku wyjściu, ale nie liczył na to, że ona tam będzie. Nie związał jej niczym, więc jeżeli dobrze wykorzystała zamieszanie i wrzaski, oddaliła się już na tyle, że musiałby za nią biec. Mógł też sięgnąć po broń i zakończyć jej żywot z odległości, ale to nie miało dla niego większego sensu. Nie stanowiła zagrożenia, nikomu nie zdradziłaby, co widziała, a przestrzelenie jej głowy było w złym guście, to niehumanitarne. Jeżeli by nie trafił, jej męczarnie nawiedzałyby go w snach, bo nie należał do bezdusznych zabójców.
Wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Ślady na resztce śniegu, który pozostał po zimie, wskazywały, że udała się w kierunku lasu.
– Głupia – mruknął po raz kolejny pod nosem. – Nie przeżyjesz tam nawet tygodnia.
Zaśmiał się ironicznie, kiedy zrozumiał, że każda upływająca minuta, to dla niej kilka dodatkowych wdechów, których już nie powinna zrobić. Spojrzał na zegarek na nadgarstku i stwierdził, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, właśnie teraz oddałaby swój ostatni oddech.
Wszedł do pomieszczenia obok i sięgnął po lornetkę. Kiedy ponownie znalazł się na dworze, zaczął skanować wzrokiem okolicę. Skupił się na lesie. Dostrzegł, jak Marika przekracza jego granicę, i zaśmiał się głośno, szyderczo.
Jeszcze nikt nigdy nie uciekł z tego miejsca. Nikt nie uciekł spod jego ręki, spod ręki kata. Zrozumiał, że mu się to podoba. Teraz to on czuł niepewność. Musiał znów wcielić się w rolę łowcy i sprawić, że jego ofiara wróci do klatki. Opuścił lornetkę i uśmiechnął się zadziornie.
– Polowanie czas zacząć.
Wziął głęboki oddech, wypełniając płuca świeżym powietrzem. Kornel, od kiedy pamiętał, czuł się w tym lesie lepiej niż we własnym domu. To tutaj ojciec przyprowadzał go na spacery, tutaj się bawił, zdobywał wiedzę o funkcjonowaniu tego środowiska. Tutaj też tata uczył go strzelać z wiatrówki, chociaż z perspektywy czasu wiedział, że nie było to rozsądne z jego strony.
Kochał te tereny bezgraniczną miłością. Każde drzewo, gałązkę, każdy liść i igłę. Fakt, że był to las mieszany, sprawiał, że nawet tak wczesną wiosną, jaka teraz panowała, dało się tu znaleźć wiele zielonych elementów. Kornel twierdził, że natura nigdy nie śpi. Nawet w momencie, kiedy na części drzew można dostrzec tylko korę, inne pozostają pełne życia. Być może ich kolor nie był w szczytowej formie swojego nasycenia, ale nadal cieszył oko.
Znał każdy zakamarek tego lasu, wszystkie tajemnice, jakie skrywał. Bywał w nim codziennie i jeżeli cokolwiek się zmieniało, wiedział o tym. Złamana gałąź pod naporem warstwy mokrego śniegu? Odnotowana. Pierwszy przebiśnieg, zwiastujący zmianę pory roku? Zapisany w pamięci. Poziom wody w strumyku? Sprawdzany każdego dnia, choć jedynie na oko.
Przystanął przy potoku. Przez roztopy cieczy było na tyle dużo, że spokojnie mógł go teraz nazwać rzeką. Rwącą, budzącą respekt, ale nieprzekraczającą żłobionych przez lata granic. Był szczęściarzem, że przez kilka ostatnich lat nie zadomowiły się tutaj bobry. Wyniosły się na dobre dokładnie pięć wiosen temu, a on odetchnął z ulgą, ponieważ jego las stał się bezpieczny. Do dziś pamiętał widok zalanego runa leśnego po wybudowaniu tamy, która spowodowała rozlew wody poza koryto.
Wiele razy zastanawiał się nad wybudowaniem kładki, która umożliwiłaby przejście na drugą stronę. Pamiętał jednak słowa ojca, że to zbyt duża ingerencja w naturę, a przewrócone od dziesiątków lat drzewo sprawdzało się idealnie w roli mostu. Buk został wyrwany z korzeniami przez szalejącą burzę, zanim Kornel pojawił się na świecie. Jego ojciec Ignacy był wtedy dzieckiem i nieraz opowiadał mu o owej wichurze. Las ucierpiał, więc i jego rodzina mocno odczuła jej skutki.
Zerknął na prowizoryczny mostek i uśmiechnął się pod nosem. Powoli postawił na nim stopę i przeniósł na nią ciężar ciała. Rozłożył lekko ręce na boki i próbował utrzymać pion na nierównym podłożu. Kiedy stał już stabilnie, przeszedł na środek powalonego konaru. Spojrzał w dół na wodę, która w tym miejscu mierzyła około dwóch metrów głębokości. W okresie skrajnej suszy ta rzeka zmieniała się w strumyk, który dało się pokonać, stawiając większy krok.
Kornel zszedł z konaru i przeszedł wydeptaną ścieżką między brzozami. Dotarł na skraj lasu stanowiący jego najmłodszą część. Objął wzrokiem sosny i klony, które posadził z ojcem, oraz modrzewie, które wkopał w ziemię już po jego śmierci. Skontrolował ich stan i ocenił, że po nocy nie uległy żadnemu zniszczeniu.
Las co prawda należał do państwa, ale odkąd Sawicki pamiętał, jego rodzina była z nim związana. Zarówno dziadek, jak i ojciec byli leśniczymi. On nie podjął się tej funkcji. Nie zmieniało to jednak faktu, że czuł z tym miejscem emocjonalną więź i tak naprawdę to on czuwał nad tym, co się działo na tym terenie.
Wstrzymał oddech, kiedy zauważył ruch między drzewami. Zmrużył delikatnie oczy, próbując wyostrzyć wzrok. Promienie słońca gdzieniegdzie przebijały się przez nagie gałęzie, usiłowały znaleźć drogę do gleby również przez gęste, zielone igły. Oprócz delikatnie falujących na wietrze najdrobniejszych gałązek nie zauważył jednak niczego, co by się w jakikolwiek sposób poruszało.
Spojrzał z utęsknieniem i lekką dezaprobatą w kierunku starych drzew, które rosły za młodym zagajnikiem. To już nie był jego las, choć nawet w głowie Kornela brzmiało to absurdalnie – przecież nie był właścicielem ziemi, na której stał. Tamta część nigdy nie była pod nadzorem rodziny Sawickich. Uważał ją za dziką i nieokiełznaną, ale nie obcą. Bywał tam często, ponieważ ten obszar należał do Koła Łowieckiego „Mrówka”, którego był jednym z założycieli i obejmował funkcję prezesa.
Za czasów starego Sawickiego niemożliwe było połączenie tych dwóch obszarów. Terenem zarządzał Zwolski, a Ignacy się z nim nie dogadywał. Dopiero po śmierci znienawidzonego, byłego przyjaciela ojca koło łowieckie na tamtym terytorium lasu zostało rozwiązane, co pozwoliło Kornelowi działać po swojemu. Tata nie popierał jego decyzji, chociaż tęsknił za miejscami, w których jako dziecko spędzał czas na beztroskich zabawach ze Zwolskim. Ich przyjaźń jednak zmieniła się w nienawiść już w okresie nastoletnim i aż do śmierci nie zdołali naprawić swoich relacji. Kornel również nie utrzymywał kontaktów z tamtą rodziną.
Wziął kolejny głębszy wdech i obrócił się w kierunku, z którego przyszedł. Uważnie stawiając stopy, dotarł do prowizorycznej kładki i w skupieniu przeszedł po konarze na drugą stronę rzeki. Kiedy od wyjścia z lasu dzieliło go zaledwie kilka kroków, poczuł, że nie jest sam. Dziwne uczucie czyjejś obecności nie chciało go opuścić, dlatego bardzo ostrożnie się odwrócił.
Stał tam i patrzył na niego przeszywającym wzrokiem. Serce Kornela przyspieszyło, ale mężczyzna szybko nad tym zapanował, regulując płytki oddech. Nie odrywał wzroku od wilka, od którego dzieliło go zaledwie kilkanaście metrów. Wiedział, że właśnie na tej polanie można go spotkać najczęściej. Pomiędzy drzewami nie byłby w stanie dostrzec go z takiej odległości, a już na pewno nie w całej okazałości.
Chwilę przypatrywał się zwierzęciu, które u większości osób wzbudziłoby panikę. On czuł respekt przed każdą zwierzyną, zwłaszcza przed tak niebezpieczną, ale nie czuł zagrożenia z jego strony. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale miał wrażenie, że zawarł pakt z tym jednym, konkretnym wilkiem. Nie wchodzili sobie w drogę. Kornel dbał o zagajnik, który zwierzę zamieszkiwało, a ono zdawało się to doceniać i nie przejawiało żadnych oznak agresji.
Przez chwilę studiował jego posturę. Był niewątpliwie królem tego lasu, władcą. Stał przednimi łapami na kamieniu, z dumnie podniesioną głową, i nie zrywał kontaktu wzrokowego z mężczyzną. Kornel nigdy w życiu nie widział wilka, który miałby tak łagodne spojrzenie. Nie był jednak na tyle głupi, żeby nie dostrzec w nim instynktu łowcy i jednego z najgroźniejszych drapieżników, jakie grasowały w polskich zaroślach.
Często zastanawiał się, jak to możliwe, że tak stadne zwierzę żyje w odosobnieniu od innych przedstawicieli swojego gatunku. Słyszał o niewielu przypadkach, gdy spotyka się pojedynczego wilka, a nie całą watahę. Temu osobnikowi jednak samotność zdawała się nie doskwierać. Gdyby tak było, zapewne zmieniłby terytorium w poszukiwaniu zaginionych członków rodziny. Może został wygnany ze stada? A może sam się odłączył? Człowiek, nawet pomimo tylu lat obserwacji i badań, nadal nie był w stanie zrozumieć natury w stu procentach.
Wilk uniósł głowę jeszcze wyżej, na co Sawicki lekko się uśmiechnął. Miał wrażenie, że wiele go łączy z tym zwierzęciem. Duma, honor oraz niepohamowane poczucie bycia panem tego miejsca. On też miał w sobie coś z samotnika, a jednocześnie cechowała go pewna bezkompromisowość, która sprawiała, że w obliczu zagrożenia stawał się drapieżnikiem.
Uśmiechnął się szerzej i powoli odwrócił w kierunku wyjścia z lasu, zostawiając za sobą wilka. Nie bał się stanąć do niego plecami. Nie był tchórzem, chociaż respekt przed naturą i zwierzętami leśnymi nie pozwoliłby mu na tak luźną postawę podczas spotkania z innym osobnikiem.
Kiedy wyszedł spośród drzew, poczuł na sobie ciepłe promienie słońca. Była dopiero końcówka marca, ale na łące pomiędzy lasem a jego domem zostało już niewiele śniegu. Trzymał się ścieżki wiodącej do posiadłości. Wielokrotnie zastanawiał się nad ogrodzeniem swojego obszaru chociaż siatką, ale ostatecznie się na to nie zdecydował. Zadbane podwórko z dwóch stron otaczały łąki. Tylko w kierunku, w którym biegła polna droga prowadząca do Laskowca, nie rozciągały się rzędy drzew. Cenił sobie to, że w promieniu dwóch kilometrów nie znajdowały się żadne inne zabudowania, a żeby dotrzeć do wsi, trzeba było najpierw pokonać niemal kilometrową, nieutwardzoną drogę, a potem jeszcze podobny odcinek asfaltu.
Zastanawiał się przez chwilę, czy wstąpić do biura, ale ostatecznie zrezygnował, kiedy zobaczył, że Audi nadal stoi zaparkowane pod domem. Nie powinien tego przedłużać. Wziął głęboki wdech i nacisnął na klamkę. Spojrzał na swoje ubłocone buty i postanowił je zostawić na werandzie, żeby nie ubrudzić chodnika. Odwiesił kurtkę i czapkę na wieszak, po czym skierował kroki do kuchni.
Przy stole siedziała kobieta, od razu podniosła na niego wzrok znad ekranu telefonu. Odłożyła urządzenie i uśmiechnęła się nieśmiało.
– Jesteś – wyszeptała.
– Ty też jeszcze jesteś – zauważył głupio, po czym dodał: – Miałem nadzieję, że cię zastanę.
– Nie wyjechałabym bez pożegnania. – Podniosła się z krzesła i podeszła do mężczyzny. – Kornel, ja… – urwała w połowie.
– Wiem, mnie też jest przykro, ale dobrze wiesz, że to najlepsze wyjście.
– Nie mogę tu zostać – przyznała smutno.
– A ja nie mogę stąd wyjechać. Nie mogę i nie chcę. Ale ty powinnaś to zrobić, Emilio.
– W tym miejscu nie ma dla mnie przyszłości. Nie chcę rezygnować z fotomodelingu tylko dlatego, że na każdą sesję muszę dojeżdżać do Warszawy. Zbyt wiele to dla mnie znaczy. – Przygryzła lekko dolną wargę i chciała opuścić wzrok, ale mężczyzna złapał za jej podbródek i uniósł ponownie.
– To dla ciebie ogromna szansa. Nie pozwoliłbym, żebyś ją zmarnowała.
– Jak zaczęliśmy się spotykać, to miałam nadzieję, że nasze uczucie będzie silniejsze niż moje uwielbienie do aparatu, a twoje do tego lasu – zachichotała.
– Też miałem taką nadzieję. – Również się zaśmiał i przeniósł dłoń na jej policzek. Wtuliła się w nią z ufnością i na chwilę przymknęła powieki. – Prawda jest taka, że pochodzimy z dwóch różnych światów i nasz związek od początku był skazany na niepowodzenie.
– Nie mów ta… – Nie dokończyła, bo kciuk mężczyzny wylądował na jej ustach.
– Jedno z nas musiałoby zrezygnować z pasji. Poświęcić ją w imię miłości, która kiedyś bez wątpienia była między nami. Podjęliśmy taką próbę, ty podjęłaś. Ale jak mieliśmy być szczęśliwi, skoro każdego dnia widziałem coraz większą pustkę w twoich oczach? Któregoś ranka znienawidziłabyś mnie za to, że porzuciłaś dla mnie marzenia, a tego bym nie zniósł.
Widok jej załzawionych oczu sprawił, że Kornela ścisnęło w żołądku. Decyzja o rozstaniu nie była pochopna. Od kilku miesięcy próbowali poukładać ich relację tak, żeby nie rezygnować z niczego. Ona wyjeżdżała na kontrakty do stolicy oddalonej od Laskowca o ponad trzysta kilometrów, ale zżerała ich tęsknota.
Starał się ją odwiedzać, ale nie mógł pojechać do wielkiego miasta na dłużej niż jedną noc, bo to oznaczałoby, że opuści codzienny obchód po lesie. Emilia to rozumiała. W efekcie kobieta zrezygnowała na jakiś czas z pracy przed obiektywem, ale kiedy ponownie zamieszkała w jego domu na stałe, nie potrafili już funkcjonować ze sobą tak, jak kiedyś. Oddalili się od siebie. Pomimo długich, spokojnych rozmów i prób znalezienia złotego środka nie udało im się wymyślić innego wyjścia z tej sytuacji.
– Byłam z tobą naprawdę szczęśliwa, Kornel. – Położyła dłoń na jego klatce piersiowej. – Żałuję, że nam nie wyszło.
– Ja też żałuję. – Pocałował ją w czoło i zamknął w szczelnym uścisku. Wydawało mu się, że jest taka mała i krucha w jego ramionach. – Mam nadzieję, że ułożysz sobie życie tak, żebyś nie musiała z niczego rezygnować.
– Boże, czy ty musisz być taki idealny? – Zaśmiała się i szturchnęła go w ramię. – Zawsze mi imponowałeś dojrzałością, ale jak się zaraz nie uspokoisz, to znowu mnie w sobie rozkochasz i rozpalisz ten przygaszony płomień.
Mężczyzna roześmiał się w głos. Te słowa przyjemnie połechtały jego ego. Rozstanie nie było łatwe, ale doskonale wiedzieli, że uczucie między nimi wygasło. Może gdyby oboje chcieli i się postarali, przywróciliby żar miłości, jaki połączył ich cztery lata temu. Byli jednak świadomi, że Emilia miała wtedy zaledwie dwadzieścia lat i nie stawiała aż tak bardzo na karierę. Nie wiedziała, czego chce od życia, i była ślepo wpatrzona w sześć lat starszego mężczyznę, który oczarował ją swoją urodą i wdziękiem. Decyzję o zakończeniu związku podjęli wspólnie i obojgu im zależało, żeby przebiegło ono w przyjaznej atmosferze.
– Powodzenia, Emilio – szepnął w jej skroń i wypuścił z objęć.
– Powodzenia, Kornelu.
Wymienili ostatnie uśmiechy, zanim kobieta opuściła dom, zamykając tym na dobre etap ich wspólnej drogi.
Kornel zgarnął przedramieniem przyklejone do czoła trociny. Był już zmęczony, ale uparł się, żeby skończyć figurkę tego dnia. Na realizację zlecenia miał jeszcze ponad dwa tygodnie, jednak nienawidził odkładać pracy na ostatnią chwilę. Przyjrzał się krytycznie prawemu skrzydłu, w którym ciągle coś mu nie pasowało. Wziął do ręki najmniejsze dłuto i delikatnie przyłożył do drewna. Zanim jednak wystrugał kolejne wgłębienie, zrezygnował.
Odstawił anioła na blat i po raz kolejny otarł czoło. Zdjął ochronne okulary i odłożył je na miejsce. Przyglądał się małej rzeźbie z niezadowoleniem. Przesunął się o kilka kroków w lewo, żeby spojrzeć na nią pod innym kątem. Westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Ostatnio nie był w najlepszej formie. Niby realizował kolejne zlecenia, niby spełniał się zarówno w drobnej, precyzyjnej pracy, jak i w dużych projektach, na których brak również nie narzekał, a jednak ciągle nie czuł stuprocentowej satysfakcji z efektów.
– Siema, stary! – Głos przyjaciela wyrwał go z zamyślenia. Ściągnął rękawicę i podał mu rękę. – Ja pierdolę. Co to jest? – zapytał z zachwytem, wskazując na figurkę.
– Nie wyszło mi najlepiej – mruknął Kornel pod nosem.
– Nie wyszło? Pogięło cię? Przecież ten anioł wpatruje się we mnie tak przenikliwie, że aż mi się wszystkie grzechy przypomniały. – Wzdrygnął się i odwrócił wzrok od efektu pracy przyjaciela. – Ty się, chłopie, ogarnij, bo mam ochotę cię trzepnąć w pysk, jak słyszę takie gadanie.
– Zobacz. – Kornel wziął do ręki swoje dzieło i podstawił prawe skrzydło pod twarz Marcela. – Widzisz to? Mam wrażenie, że ten fragment jest odrobinę grubszy niż ten. – Obrócił rzeźbę o sto osiemdziesiąt stopni.
– Grubszy to będzie od tego jedynie twój portfel. Nie świruj.
– Marcel, mówię poważnie.
– Stary, nikt oprócz ciebie nie ma suwmiarki w oczach. Nawet jeżeli tak jest, to nikt, podkreślam nikt, tego nie zauważy. – Wyszczerzył się nienaturalnie, co ostatecznie zniechęciło Sawickiego do ciągnięcia tego tematu. – Długo jeszcze zamierzasz dzisiaj pracować?
– Właśnie skończyłem.
Ostrożnie odstawił figurkę na stół i chwycił za miotłę. Zaczął zamiatanie, ignorując narzekanie przyjaciela. Marcel nigdy nie rozumiał jego zamiłowania do porządku w miejscu pracy. Uważał, że skoro Kornel pracuje w ciągłym pyle i wśród rozrzuconych wszędzie trocin, sprzątanie po każdej dniówce zwyczajnie nie ma sensu. Nie dla niego.
– Ogarnij się, Kornik. Tu można jeść z podłogi – mruknął Klarowski, kiedy Sawicki po raz kolejny kazał mu się przesunąć, żeby zamieść ostatnie trociny. – A skoro już o tym mowa, co dzisiaj na obiad?
Kornel powoli podniósł na niego wzrok. Przyjaźnili się od dziecka, ale czasami zastanawiał się, jak ta relacja przetrwała tak długo, skoro dzieliło ich tak wiele. Chwilami miał wrażenie, że Marcel mentalnie zatrzymał się w nastoletnim wieku i wcale nie chciał dorosnąć. Było mu tak dobrze, był szczęśliwy. Dlatego mężczyzna nie wtrącał się w jego tryb życia, chociaż nieraz głośno wypominał mu szczeniackie zachowanie. Klarowski nie pozostawał mu dłużny, wyzywając go od sztywniaków. Mimo to nie wyobrażali sobie życia bez siebie.
– Nie masz własnej chaty, gnoju? Nie zapraszałem cię na obiad.
– Dobra tam. – Machnął ręką. – U ciebie zawsze jest coś dobrego do jedzenia. Wiesz, jak jest z moją siostrą. Baśka siedzi całymi dniami w sklepie, a ja mam dwie lewe ręce do gotowania.
– Jesteś dużym chłopcem, Klarowski, a nadal jak nie na garnuszku u mamusi, to u siostry. Albo u mnie – mruknął pod nosem i wrócił do zamiatania, ale na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
– Eee, Sawicki! – Oburzył się Marcel. – Przyniosłem browara, nie wbijam na krzywy ryj.
– Trzeba było tak od razu. – Odstawił miotłę i kiwnął głową w kierunku wyjścia.
– A dałeś paprykę do tej zapiekanki? – zapytał Klarowski z rozmarzeniem.
Kornel zignorował pytanie przyjaciela, jak i to, że najprawdopodobniej, zanim Marcel przyszedł do pracowni, pozwolił sobie zajrzeć nie tylko do domu, lecz także do piekarnika.
Kornik stanął w progu, a jego wzrok zatrzymał się na postaci. Na skraju lasu majaczyła czerwona plama, która od razu skojarzyła mu się z sukienką. Co prawda świeciło słońce, ale było zdecydowanie zbyt zimno, żeby pozwolić sobie na spacer w takim stroju. O ile to była właśnie ta część garderoby – przez rażące go promienie słoneczne i odległość nie miał pewności. Zmrużył oczy i skupił wzrok, ale nadal nie był w stanie dostrzec szczegółów.
– Masz jeszcze ten ostry sosik? – wyszeptał Marcel wprost do jego ucha, co wybudziło go z transu. Spojrzał na przyjaciela, a kiedy przeniósł wzrok ponownie na las, czerwona plama zniknęła. – Czyli zeżarłeś. Dobra, niech stracę.
– Boże, za jakie grzechy? – mruknął pod nosem.
Zamknął za nimi drzwi do pracowni i jeszcze raz zerknął w kierunku drzew. Nic nie wskazywało na to, że ktoś mógłby się kręcić w tamtej okolicy. Miał jednak dziwne przeświadczenie, że to nie był omam wzrokowy. Potrząsnął głową i wrócił do rzeczywistości. Kiedy wszedł do kuchni, Marcel otworzył już dwie butelki piwa i właśnie sięgał po talerze.
– Nie tak szybko, głodomorku. Nasz obiad potrzebuje jeszcze dobre pół godziny. – Zgasił zapał Klarowskiego i po umyciu rąk usiadł przy stole.
– Skąd wiesz, skoro nawet tam nie zajrzałeś? – drążył Marcel, ale zasznurował usta, kiedy mężczyzna wskazał mu palcem minutnik na piekarniku. – Mądruś – sarknął.
– Jak Baśka cię kiedyś wykopie z chaty i nie znajdziesz sobie kobiety, to umrzesz z głodu i nieogarnięcia – podsumował Kornel.
– Kiedy Emilia wraca ze stolicy? – Zignorował przytyk Sawickiego i usiadł na krześle.
– Sądzę, że nigdy.
Marcel spoważniał. Upił łyk piwa prosto z butelki i wbił w mężczyznę przeszywający wzrok.
– Pokłóciliście się?
– Rozstaliśmy.
– Pierdolisz? – zapytał z niedowierzaniem. – Co się stało?
– Nic. – Wzruszył ramionami. – Ludzie czasami się rozchodzą.
– Stary… – Westchnął i przetarł twarz dłońmi, zmazując z niej pozostałości dobrego humoru. – Mów.
– Co mam ci powiedzieć? Taką podjęliśmy decyzję i tyle. – Przez chwilę milczał, ale to raczej cisza ze strony Marcela była dla niego czymś dziwnym, dlatego kontynuował: – Emi kocha to miejsce, ale jeszcze bardziej kocha swoją pracę.
– A ciebie?
– Mnie chyba już nie. – Pociągnął kilka łyków trunku, po czym oparł łokcie na stole. – Coś się między nami wypaliło. Odkąd wróciła ze stolicy, nie mogliśmy się dogadać. Nie kłóciliśmy się, a chyba już bym wolał awantury niż ustępowanie sobie na siłę.
– Było aż tak kiepsko?
– Nie. Z Emi nigdy nie było kiepsko, ale ona się tu dusiła. Była rozdarta, nieszczęśliwa.
– Jesteś debilem, Sawicki. Naprawdę wybrałeś ten durny las, zamiast jechać za nią na koniec świata?
– Między nami było coś nie tak, Marcel. Nie wiem, coś się zmieniło.
– Myślisz, że Emi miała kogoś na boku? – Uniósł jedną brew.
– Nie, to nie to. Zawsze była mi wierna.
– No to w czym rzecz? – Klarowski rozłożył ręce na boki w geście niezrozumienia. – Tylko mi nie mów, że ty odje…
– Zwariowałeś? – przerwał mu zirytowany.
– Urwałbym ci jaja, przysięgam. Emilia to naprawdę cud natury i nie wiem, jak ty mogłeś ją z rąk wypuścić. Jedź do Warszawki i przepraszaj ją na kolanach, póki masz szansę to jeszcze odkręcić, Kornik.
Kornel upił łyk piwa i starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że przyjaciel ma trochę racji. Ten las i przywiązanie do niego stały się jego przekleństwem. Jednak nie wyobrażał sobie siebie w miejskiej dżungli. Prędzej wybrałby życie w samotności. Może kiedyś pozna kogoś, kto, tak jak on, zauroczy się tym miejscem. Może nawet Emilia, jak już zakończy karierę, zechce do niego wrócić. Teraz nie widział dla nich wspólnej drogi. Ich priorytety zupełnie się różniły i nie miał na myśli jedynie miejsca zamieszkania.
– Stary, ta dziewczyna jest jak anioł zesłany z nieba – kontynuował Klarowski. – Te jej blond włosy, jasne oczy, kształty. – Wyłapał zniesmaczone spojrzenie Sawickiego, dlatego dodał prędko: – Wiesz, że Emi nie jest w moim typie, ale obiektywnie rzecz biorąc, jest naprawdę piękną kobietą. I do tego mądrą, inteligentną.
– Marcel, ja to wszystko wiem – odparł spokojnie. – Byłem z nią cztery lata. Cudowne cztery lata.
– No i tak po prostu z tego zrezygnujesz? Ciężko teraz spotkać taką wartościową kobietę, która na dodatek olśniewa urodą.
– Może jak trochę odpoczniemy od siebie, to…
– To będzie już za późno – dokończył. – Ty naprawdę odpuściłeś.
Kornel mruknął niechętnie. Dopił piwo i zerknął na minutnik wbudowany w piekarnik. Mieli jeszcze pięć minut i wiedział, że dopóki nie postawi przed Marcelem talerza z jedzeniem, ten nie zmieni tematu.
– Czasami, kiedy patrzę, jakie ty głupoty robisz z miłości do tego lasu, to mam ochotę go spalić.
– Udam, że tego nie słyszałem! – warknął Kornel, chociaż na jego usta cisnął się uśmiech. Wiedział, że przyjaciel nigdy by tego nie zrobił. – Wystrugałbym ci wtedy kurewsko niewygodną trumnę.
– Jesteś świrem, Kornik.
– Wiem. Nikt inny by nie wytrzymał z tobą tyle lat.
Ich przekomarzanki słowne przerwało charakterystyczne pikanie. Kornel odetchnął z ulgą, kiedy po posiłku i kolejnej ciężkiej rozmowie Klarowski wrócił do siebie. Uwielbiał spędzać z nim czas. Kochał go jak brata, ale nie lubił tego, że zawsze celnie uderzał w jego czuły punkt. Od wyjazdu Emilii minął tydzień i kiedy już zaczął oswajać się z myślą, że ten związek naprawdę dobiegł końca, Marcel zasiał w nim kolejne ziarno niepewności.
Jeżeli właśnie stracił miłość życia?
Jeżeli nigdy już nie pokocha nikogo tak, jak kochał Emilię?
Jeżeli do końca swoich dni będzie żałował tego, że nie zawalczył o nią jeszcze ten jeden raz?
Westchnął ciężko i pomimo późnej godziny wyszedł na werandę. Zimne powietrze przeszyło go do kości. Spojrzał na zachmurzone niebo i ocenił, że jeszcze tej nocy spadnie śnieg. Miał nadzieję, że sezon na mróz i biały puch już się skończył, ale najwidoczniej natura miała inne plany.
Przymknął powieki, a wyobraźnia podsunęła mu obraz czerwonej sukienki. Jakie było prawdopodobieństwo, że ktoś spacerował w takim stroju po jego lesie ostatniego dnia marca? Bliskie zeru. A jednak kogoś widział. Stała na skraju zagajnika w jaskrawym materiale i miał wrażenie, że czuje na sobie jej wzrok.
Może był już na tyle zmęczony i przebodźcowany, że zwyczajnie mu się przywidziało? A może to był czerwony płaszcz, nie sukienka, a on szuka dziury w całym? Przecież ludzie spacerują po lesie. Często spotyka w nim kogoś z okolicy i nie tylko. Postanowił, że jutro na obchodzie dokładnie sprawdzi, czy nikt nie zostawił po sobie śmieci lub nie wyrządził żadnych szkód.
Uchylił powoli powieki, kiedy do jego uszu dobiegł dźwięk silnika. Auto było daleko, ale nie poruszało się po asfalcie. Słyszał wyraźnie, że zbliża się w jego kierunku – ta droga prowadziła tylko do niego. Przebiegała po skraju podwórka i można było nią podjechać bliżej lasu, ale nadal nie widział powodu, dla którego ktoś miałby to robić o godzinie dwudziestej drugiej.
Ostrożnie wycofał się do domu i nacisnął włącznik. Ciepłe, żółte światło rozlało się po drewnianej werandzie, ale on nie wyszedł z budynku. Nie ruszał się i nasłuchiwał. Tak jak się spodziewał, warkot silnika przez chwilę stał się jednostajny, a po kilkunastu sekundach zaczął słabnąć. Ktoś się wycofał.
Kornel wziął głębszy wdech i założył kurtkę. Czapkę sobie odpuścił. Zgarnął z szafki jeszcze latarkę i udał się do drugiej części domu. Upewnił się, że wejście do pracowni jest zamknięte na klucz, tak samo jak drzwi do pozostałych pomieszczeń. Dom posiadał również nieużytkowane poddasze, ale można się było do niego dostać jedynie przez stolarnię. Jeszcze raz upewnił się, że dostęp do miejsca jego pracy jest na pewno zabezpieczony. Dopiero wtedy mógł spokojnym krokiem wrócić do mieszkania.
Do listy swoich jutrzejszych zajęć dopisał jedno. Zastanowić się nad tym, kto od kilku tygodni, co kilka dni, próbuje po zmroku zbliżyć się do jego domu i wycofuje się za każdym razem, kiedy zapala się w nim światło.
Kornel wrócił z lasu wyjątkowo zmęczony i zziębnięty. Przeczucie go nie zawiodło i w nocy całą okolicę przykryła warstwa śniegu. Z jednej strony utrudniało mu to dotarcie do zagajnika, z drugiej jednak sprawiło, że przeczesanie terenu stało się łatwiejsze. Świeży puch na zmarzniętej ziemi miał ogromną zaletę – był czystą kartą.
Obszedł cały las wzdłuż i wszerz, ale nie znalazł w nim obecności innego człowieka. Nie był przekonany do jednego miejsca, w którym ślady zadeptały dziki i sarny. Wydawało mu się, że dojrzał tam odbity kawałek podeszwy, ale nie miał pewności. Zrobił dokładne zdjęcia i postanowił, że pochyli się nad tym w domu.
Spokoju nie dawały mu również pułapki kłusownicze, które znalazł na zalesionym terenie. W takich chwilach doceniał to, że jednym z myśliwych „Mrówki” był Król – policjant, który w kwestiach bezpieczeństwa w zagajniku ufał mu na tyle, że pozwalał mu się tym zajmować osobiście. Kornel skrupulatnie fotografował wszystkie szczęki, wnyki oraz inne nielegalne przedmioty i usuwał je ze swojego terenu. Niezwłocznie informował o wszystkim Grzegorza, dołączając do tego aż nazbyt obszerną notatkę. Wywiązywał się wtedy z obowiązku zgłaszania policji lub służbie leśnej działań kłusowniczych bez konieczności ich wizyty.
Przetarł lustro z pary wodnej, która podczas długiego prysznica pokryła całą łazienkę. Założył jedynie bokserki i chwycił za suszarkę, a chwilę później jego brązowe, krótkie włosy były już suche. Przez kilka minut przyglądał się swojemu odbiciu w szklanej tafli. Przyjaciel wielokrotnie namawiał go na wspólne wypady do siłowni. Kornel odmawiał nie tylko z powodu braku czasu na dojazdy do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasta, ale i ze względu na swoją pracę.
Wykonywanie zawodu stolarza wiązało się z dość dużym wysiłkiem fizycznym. Był w tej dziedzinie staromodny i w większości pracował manualnymi narzędziami, jedynie wspomagał się elektrycznymi. Rzeźbienie w drewnie małych figurek wymagało precyzji i sprawnego oka, ale to większe projekty pozwoliły mu wyrobić mięśnie przedramion i bicepsów na tyle, że nie potrzebował rozbudowywać ich bardziej. Jego sztangą było dłuto, a bieżnią odległość do lasu, którą nieraz pokonywał truchtem lub nawet sprintem.
Przeczesał włosy palcami i wytężył wzrok. Przybliżył twarz do lustra i zaczął powoli kręcić głową na wszystkie strony. Odetchnął z ulgą, ale tylko na chwilę, bo jego spojrzenie znowu zawiesiło się na jednym punkcie.
– Nie, no kurwa – mruknął pod nosem. – To są chyba jakieś jaja.
Przybliżył się jeszcze bardziej i sapnął zirytowany swoim odkryciem. Otworzył szufladę pod zlewem i przetrząsnął jej zawartość. Nie znalazł tego, czego szukał, dlatego przejrzał dokładnie kolejną szafkę. Kiedy otworzył trzecią, na chwilę wstrzymał oddech, ale szybko na jego usta wpłynął szeroki uśmiech.
Najwidoczniej Emilia podczas pakowania się zapomniała o tym, że ostatnio udostępnił jej półkę w tym meblu, i nie zabrała wszystkich swoich rzeczy. Był pewny, że nie zostawiłaby specjalnie swoich najdroższych perfum, których używała jedynie na specjalne okazje, a już tym bardziej zapasu maseczek na twarz i specyfików, o działaniu których Kornel nie miał zielonego pojęcia.
Przez głowę przemknęła mu myśl, że może jednak kobieta nie zabrała tego specjalnie, żeby mieć powód do odwiedzin. Sam się skarcił za takie teorie. Emilia wiedziała, że jest mile widziana w tym domu, a właściciel zawsze chętnie zaprosi ją na kawę. Spodziewał się, że sama niedługo stanie w jego drzwiach, bo od jej ostatniej wizyty u babci minęło trochę czasu.
Staruszka mieszkała dwie wsie dalej i to właśnie dzięki niej była para się poznała. Emilia wychowywała się w Warszawie i pomimo że jako dziecko często odwiedzała krewną, to jednak nigdy nie wpadła na Sawickiego. Dopiero jako dorosła kobieta wybrała się z kuzynką na spacer i przez żywą rozmowę zupełnie straciły orientację w terenie. Dotarły aż do lasu, gdzie znalazł je Kornel, a później odwiózł do domu i poprosił Emilię o numer telefonu. Napisał jeszcze tego samego dnia, następnego zjedli wspólnie kolację, a miesiąc później nie widzieli poza sobą świata.
Teraz zostały mu po niej wspomnienia i flakonik francuskich perfum.
Sawicki otrząsnął się z niechcianych wspomnień. Nie widział sensu w rozpamiętywaniu przeszłości. Jego wzrok trafił na pęsetę, której tak zawzięcie szukał. Kiedy konkretny włos znalazł się między metalowymi elementami, a mężczyzna pewnym ruchem wyrwał go ze swojej głowy, usłyszał głos Marcela, który próbował opanować rozbawienie.
– Co ty, kurwa, robisz?
– Pytanie powinno brzmieć: co ty robisz? W moim domu – dodał po chwili.
– Emi cię tego nauczyła? – Wskazał palcem na przedmiot, który Kornel nadal trzymał w palcach.
– Widzisz to? – Sawicki podszedł do przyjaciela i podstawił mu pod oczy pęsetę, co wywołało na jego twarzy zniesmaczenie. – Siwy. Pierwszy siwy włos. Musiałem się go pozbyć – wyjaśnił spokojnie.
Marcel przez chwilę próbował się powstrzymać, ale kiedy już wybuchnął śmiechem prosto w jego twarz, Kornel pokręcił głową z dezaprobatą.
– Stary, wiesz, ile ja mam siwych włosów? Mamy trzydzieści lat, przypominam.
– Ja jeszcze nie mam! – oburzył się w odpowiedzi.
– Twoje „jeszcze”skończy się za niecałe dwa miesiące. Jadłeś już śniadanie?
Sawicki spojrzał na kumpla ze znudzoną miną. Zapewne odpyskowałby mu, gdyby nie fakt, że rzeczywiście zgłodniał. Zbliżało się południe i myślał co prawda bardziej o obiedzie niż drugim śniadaniu, ale kiedy Klarowski podniósł siatkę ze świeżym pieczywem, odpuścił.
– Spóźniłeś się na wspólny prysznic, kociaku, ale śniadanko możesz mi zrobić – rzucił rozbawiony przesłodzonym tonem i z satysfakcją obserwował, jak szeroki uśmiech przyjaciela zamienia się w grymas obrzydzenia.
– Jesteś ohydny.
– Tak samo jak pasztecik z królika, który stoi na drugiej półce po lewej stronie w mojej piwnicy? – Posłał mu wyzywające spojrzenie.
– Wezmę też ogórki kiszone, dobra?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Marcela już nie było w łazience. Wiedział, że mężczyzna niczego tak w życiu nie kochał, jak tego pomieszczenia wypełnionego po brzegi przetworami, które Kornel własnoręcznie przygotowywał. To również zawdzięczał ojcu – wszystkiego go nauczył i zaszczepił w nim potrzebę samodzielności oraz pasję do gotowania.
Sawicki, już w pełni ubrany, zajął miejsce przy małym stole w kuchni. Położył na nim laptop i podłączył do niego telefon. Zgrał zdjęcia i otworzył te, które najbardziej go interesowały.
– Nie pomożesz mi? – zapytał z oburzeniem Marcel, który kroił chleb.
– Nie – odparł krótko.
Powiększał fotografie i bawił się filtrami, żeby wydobyć z nich jak najwięcej. Mimo to nadal nie nabrał pewności, czy są to odciski podeszwy. Zamknął laptop i spojrzał na krzątającego się po jego kuchni przyjaciela.
– Dzisiaj znowu przytargałem do domu szczęki. Spisałem wszystko szczegółowo i wysłałem Królowi. Dobrze, że mam w „Mrówce” policjanta, który przyjmuje moje zgłoszenia bez przeprowadzania dodatkowych kontroli w lesie.
– Kolejni kłusownicy? – dopytał Marcel. – Czy może ci sami?
– Nie wiem, stary. Do tej części lasu da się dostać autem tylko przez moje podwórko. Gdybyś chciał podjechać od innej strony, to czekałyby cię jakieś dwie godziny spaceru. Pułapki znalazłem w dwóch miejscach, a jedna z nich była zaraz na wejściu.
– Zabiłbym takich zwyrodnialców, serio – oburzył się Klarowski, wkładając coraz więcej siły w krojenie ogórków. – Masz jakieś podejrzenia?
– Myślę, że to te same osoby, co dwa lata temu. Wtedy nie udało nam się nikogo złapać, ale sprzęt wygląda bardzo podobnie.
– Któryś Zwolski? – spekulował Marcel.
– Nie, Franek ma gdzieś ten las i zwierzynę, a Janek sam poluje, nie dopuściłby się czegoś takiego. – Kornel oparł przedramiona o stół. – Sądzę, że to ktoś z „Mrówki”.
– Z koła łowieckiego? Stary, przecież to konflikt interesów.
– Najciemniej pod latarnią. Muszę się lepiej przyjrzeć temu nowemu, Dominikowi. Coś mi nie gra w tym chłopaku.
Marcel postawił na stoliku gotowe kanapki, których zapach dotarł do nozdrzy Kornela. Od razu złapał za jedną i wgryzł się w pieczywo, nie czekając na przyjaciela.
– Kawę zrób – mruknął z pełnymi ustami i zignorował niezadowoloną minę Klarowskiego. – Mocną.
Po posiłku Marcel pojechał pomóc siostrze w sklepie spożywczym, który wspólnie prowadzili, a Kornel ruszył do pracowni. Poprawił skrzydło anioła i odstawił go na dobę. Zawsze tak robił, żeby spojrzeć na swoje dzieło z dystansem. Otworzył zeszyt z zamówieniami i przejrzał wyznaczone przez siebie terminy odbiorów.
Uśmiechnął się, kiedy dotarło do niego, że pora na toaletkę z orzecha włoskiego. Wyjątkowo lubił pracować na tym surowcu. W dodatku taki mebel był dla niego wyzwaniem, bo w zamyśle miał on służyć kobiecie, a Kornel twierdził, że płeć przeciwna zawsze patrzy na jego pracę bardziej krytycznym okiem. Założył rękawice oraz ochronne okulary, włożył ołówek za ucho i przeszedł do pomieszczenia, które nazywał magazynem. Odszukał w nim kupkę drewnianych elementów oznaczonych kartką z napisem toaletka p. Mirowska i mruknął pod nosem:
– No, Kornik, do roboty.
Zupełnie zatracił się w pracy. Nucił pod nosem wymyślone melodie i błądził myślami gdzieś daleko. Dopiero po trzech godzinach najbardziej wzmożonego wysiłku postarał się skupić. Dostał od Mirowskiej wolną rękę co do zdobień i kształtów. Tak naprawdę miał tylko wytyczne od jej męża dotyczące wysokości, powierzchni blatu, ilości szuflad i maksymalnych wymiarów, dlatego mógł spuścić swoją wyobraźnię ze smyczy.
Ściągnął rękawice oraz okulary i wyszedł zaczerpnąć świeżego powietrza. Zarzucił na ramiona kurtkę, bo obawiał się, że spocone z wysiłku ciało nie przyjmie najlepiej chłodu. Westchnął z nostalgią, zerkając w kierunku lasu. Domniemany odcisk buta i czerwona sukienka nie dawały mu spokoju.
– Niech to szlag!
Zamknął drzwi pracowni i przeszedł do części mieszkalnej. Dziesięć minut później był już po szybkim prysznicu, ubrany w gruby sweter i kurtkę. Nie pominął nawet czapki i rękawiczek. Spojrzał na zegarek i ocenił, że ma około godziny, zanim zacznie się ściemniać. Przeklął pod nosem swoją dociekliwą naturę i skierował szybkie kroki w stronę lasu.
Podczas marszu zastanawiał się, kto właściwie próbuje co kilka nocy zbliżyć się do jego domu. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Nie sądził, żeby ktokolwiek z okolicy był na tyle bezczelny, by korzystając z jego podwórka, ułatwiać sobie kłusownictwo. Poza tym szczęki pojawiły się przed opadami śniegu, a wczoraj samochód wycofał się z jego drogi. Być może pułapki nie były rozstawione poprzedniego wieczoru – ostatnio nie przeczesywał lasu metr po metrze. Nie widział takiej potrzeby, skoro wszystko wydawało się w porządku, ale jak widać, wiele go omijało.
Im dłużej to analizował, tym miał więcej wątpliwości, czy na pewno komuś chodzi o dostęp do drzew. Być może miał do czynienia ze zwykłymi złodziejami? W końcu do niedawna dość często odwiedzał Emilię w stolicy i zostawał tam na noc. Wtedy dom stał zupełnie pusty. Zostawiał w nim wszystko: materiały w pracowni, broń oraz wyposażenie myśliwskie, gotówkę i pamiątki rodzinne. Nie był zamożnym człowiekiem, ale jednak zbierał na konkretny cel i nie wyobrażał sobie stracić tych pieniędzy.
Może prowokacja będzie tutaj najlepszym rozwiązaniem? – pomyślał. Następnym razem po prostu nie włączy światła, poczeka. Zobaczy, co się wydarzy. W końcu to on jest na swoim terenie, dlaczego miałby się obawiać intruza? Gdyby chcieli go zabić lub skrzywdzić w jakiś inny sposób, nie odstraszałaby ich jego obecność w domu. Poza tym ma broń, co prawda myśliwską, ale w ostateczności może mu służyć również do obrony. Teraz kiedy Emilia już z nim nie mieszkała, ryzykował jedynie swoim bezpieczeństwem.
– Robimy to, Kornel – powiedział głośno sam do siebie.
Zanim przekroczył linię drzew, wziął głęboki wdech. Tak bardzo skupił się na własnych myślach, że nie zauważył padającego śniegu. Pociągnął zmarzniętym nosem i wyciągnął zza paska latarkę. Dzień dobiegał końca i między drzewami widoczność była już lekko ograniczona. Skupiał się na ziemi. Świecił pod nogi na wypadek, gdyby rano pominął jakąś kłusowniczą pułapkę. Co jakiś czas podnosił głowę i rozglądał się na boki, ale wtedy nie ruszał się z miejsca.
Dotarł do okolic polany, kiedy coś przebiegło za jego plecami. Odwrócił się w kierunku hałasu, którym okazała się wystraszona sarna. Szybko zniknęła mu z oczu, a dźwięk jej kolejnych kroków rozpłynął się w otchłani lasu. Ponownie skierował strumień światła na ziemię i wyszedł spomiędzy drzew.
Jego uwagę przykuło wgłębienie w śniegu. Przełknął głośniej ślinę i odcisnął obok swoją stopę. Porównał wielkość i był niemal pewny, że poprzedni odcisk należał do kobiety, ewentualnie kogoś młodego. Wodził snopem światła po kolejnych śladach, a kiedy zorientował się, że układają się w wydeptaną prosto ścieżkę, podniósł głowę i skierował latarkę wyżej.
Dziesięć metrów od niego stała ona. Dziewczyna w czerwonej sukience.
Kornel wstrzymał na chwilę oddech. Zanim się odezwał, skierował światło latarki niżej, żeby nie oślepiać dziewczyny. Nie umknęło jego uwadze, że twarz miała brudną, a oczy szeroko otwarte z przerażenia. Sukienka sięgała jej do połowy łydek, a materiałowe trampki zapewne już przemokły od śniegu.
– Wszystko w porządku? – zapytał odruchowo, ale nie doczekał się odpowiedzi. – Mam na imię Kornel, opiekuję się tym lasem. Nie zrobię ci krzywdy.
Ponownie nie zareagowała w żaden sposób. Podszedł o krok bliżej, na co się cofnęła. Ewidentnie się go bała. Nawet go to nie dziwiło. Niezależnie od tego, co się stało oraz dlaczego wylądowała w lesie w takim stanie i ubiorze, spotkanie dorosłego, postawnego mężczyzny wśród drzew, w dodatku z dala od cywilizacji, na pewno wzbudzało w niej odruchy obronne.
– Jesteś tu sama? Potrzebujesz pomocy? – zapytał łagodnie. – Mieszkam niedaleko, wyprowadzę cię z lasu i zadzwonię po pogotowie albo policję, jeżeli jest taka konieczność.
Pokręciła głową na boki i objęła się drżącymi rękami. Kornel zreflektował się i wsadził latarkę między uda. Wyjął z kieszeni kurtki klucze do domu, schował je do spodni, a następnie zdjął okrycie. Wyciągnął dłoń w kierunku przestraszonej dziewczyny, ale nie zareagowała.
– Załóż to, proszę, bo zaraz zamarzniesz.
Nie podszedł do niej, nie chciał jej bardziej przestraszyć. Przez głowę przemknęła mu myśl, że szkoda by mu było tego ubrania, gdyby jakimś cudem nieznajoma uciekła. Mimo to nie zamierzał się wycofać z zaoferowanej pomocy. Zauważył, że nieznacznie drgnęła i zbliżyła się do niego. Chwycił latarkę w drugą rękę i oświetlił swoją wyciągniętą dłoń, żeby widziała, że nie ma złych zamiarów. Wzdrygnął się, kiedy przy przejmowaniu kurtki lekko musnęła palcami jego nadgarstek, odsłonięty przez podciągnięty rękaw swetra.
– Załóż jeszcze to – zaproponował, zdejmując czapkę oraz rękawiczki. – Weź, śmiało.
Przyjęła pomoc. Kornel odetchnął z ulgą, ponieważ nawet jeżeli będzie próbowała uciec, jej szanse na przeżycie nocy w lesie właśnie się zwiększyły. Temperatura spadła niewiele poniżej zera, ale nie miał pojęcia, ile czasu dziewczyna spędziła w takim stroju na zewnątrz. Obstawiał, że długo.
– Możesz mi zaufać, zabiorę cię w bezpieczne miejsce, dobrze? – Nie zareagowała, dlatego kontynuował: – Złap za moją rękę i staraj się iść za mną, po moich śladach. Do wyjścia z lasu dzieli nas jakieś osiem minut sprawnego marszu. Dasz radę?
Nie odpowiedziała, ale skinęła głową. Wyciągnął do niej dłoń, którą niepewnie chwyciła. Chłód przebijał się nawet przez rozgrzany materiał rękawiczek. Ścisnął jej palce w uspokajającym geście i poprowadził we wspomnianym kierunku. W połowie drogi zwolnił i skarcił się w myślach – dziewczyna prawdopodobnie nie ma siły dotrzymać mu kroku. Kiedy wyszli na zaśnieżoną łąkę, stanęła jak wryta, wpatrując się w majaczący w oddali dom. Nie byłaby w stanie go dojrzeć, gdyby mężczyzna nie zostawił włączonego światła nad wejściem do pracowni.
– Pójdziemy teraz do mnie. Dam ci jakieś suche, ciepłe ubrania i coś do jedzenia.
Wyswobodziła dłoń z jego uścisku i postawiła krok do tyłu. Kornelowi nie spodobała się ta reakcja. Skoro już udało mu się wyprowadzić ją z lasu, miał nadzieję, że reszta pójdzie gładko. Nie wiedział, czy potrzebowała pomocy medycznej, czy została skrzywdzona, a może przed kimś uciekała. To nie miało znaczenia. Czuł się w obowiązku jej pomóc, niezależnie od tego, czy ograniczy się to do transportu pod wskazany przez nią adres, czy do wezwania fachowej pomocy.
– Chodźmy, powinnaś się jak najszybciej ogrzać.
Nie mógł dostrzec miny dziewczyny, a świecenie latarką w jej twarz nie byłoby najlepszym pomysłem. Zrobił krok w kierunku domu, ale ona nie ruszyła się z miejsca. Usłyszał głośny rumor w lesie i skierował tam strumień światła. Rozejrzał się uważnie i dostrzegł stado dzików, które przechadzały się brzegiem zarośli. Wydawały z siebie charakterystyczne dźwięki i robiły sporo zamieszania.
Kornel oprzytomniał w momencie, kiedy poczuł, że ktoś przylgnął do jego klatki piersiowej. Nieznajoma najwyraźniej przestraszyła się do tego stopnia, że nawet jego ramiona stanowiły dla niej w tej chwili bezpieczną przystań. Delikatnie położył dłoń na jej głowie i pogłaskał po czapce.
– Nie bój się, zaraz sobie pójdą – wyszeptał.
Reakcja dziewczyny wprawiła go w zakłopotanie. Jeszcze przed chwilą unikała zmniejszenia dystansu między nimi, jakby chciała uciec, a teraz wtulała się w jego tors, a palce odziane w za duże rękawiczki zaciskała na swetrze. Mimo to cieszył się, że chociaż trochę mu zaufała, bo to dawało mu szansę na szybsze dotarcie do niej. Po chwili odsunęła się od niego gwałtownie, jakby uświadomiła sobie, co zrobiła pod wpływem emocji.
– Chodźmy już – rzucił stanowczo, ale łagodnie.
Tym razem nie zaprotestowała. Odległość do domu pokonali sprawnie, chociaż widział, że wymagało to od niej dużo wysiłku. Do środka wszedł pierwszy, żeby zapalić światła i wskazać dziewczynie drogę. Kiedy tylko ściągnęła jego rzeczy i przemoczone trampki, mężczyzna poświęcił chwilę, żeby się jej przyjrzeć.
Policzki miała zapadnięte, jakby była skrajnie niedożywiona, włosy i twarz ubrudzone błotem i ziemią, a spojrzenie przestraszone. Nie potrafił ocenić, ile miała lat. Według niego około dwudziestu, ale równie dobrze mogła być starsza. Wyszła już z wieku nastoletniego, przynajmniej tak mu się wydawało. Z przerażeniem stwierdził, że szmaciane buty i czerwona, brudna sukienka to było najprawdopodobniej jedyne, co miała na sobie. W jej ubiorze brakowało skarpet, a nagie ramiona, na których dostrzegł tylko czerwone, cienkie sznurki, sugerowały, że nie ma nawet stanika.
Zreflektował się i poczuł nieswojo, ponieważ poświęcił zbyt długą chwilę na przyglądanie się dziewczynie. Poprosił, żeby chwilę poczekała, po czym zniknął w swojej sypialni. Wygrzebał z szafy najmniejsze spodnie dresowe, jakie miał, ciepłą bluzę oraz grube skarpety. Wrócił na korytarz i zaprowadził ją do łazienki, instruując, żeby wzięła porządny, ciepły prysznic. Widział zawahanie w jej spojrzeniu, ale kiedy wskazał na zamek w drzwiach, trochę się rozluźniła.
Sam poszedł do kuchni. Nie miał w lodówce nic, co mógłby odgrzać, dlatego zdecydował się na zwykłe kanapki i ciepłą herbatę, którą zrobił również dla siebie. Postawił wszystko na stoliku i czekał, aż dziewczyna do niego dołączy. Uśmiechnął się lekko, kiedy zobaczył, jak nieznajoma z trudem stawia kolejne kroki w za dużych spodniach i nieporadnie próbuje podciągnąć za długie rękawy bluzy.
– Usiądź, to dla ciebie.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok, a po chwili przeniosła go na przygotowane dla niej jedzenie. Podeszła do stolika szybkim krokiem i bez chwili zawahania zaczęła pochłaniać kanapki. Kornel nie chciał jej teraz niepokoić rozmową, ale w jego głowie piętrzyły się pytania, na które wolałby znać odpowiedź.
– Powiedz mi, proszę, jak się znalazłaś w lesie? – zaczął łagodnym głosem, kiedy przełknęła ostatni kęs pieczywa.
Podniosła na niego wzrok. Błękit jej tęczówek sprawił, że Kornika zakłuło coś w środku. Wzrok miała przenikliwy, bystry, a jednocześnie było w nim zagubienie, lęk i coś, co zwiastowało niepowodzenie jego misji.
– Rozumiesz język polski? – dopytał po chwili, kiedy dotarło do niego, że nie wydusiła z siebie żadnego słowa, ani nawet dźwięku. Skinęła delikatnie głową, dlatego kontynuował: – Masz jakieś problemy? Zadzwonić po policję?
Dziewczyna gwałtownie wstała, przez co krzesełko głośno zaszurało. Rozejrzała się na boki, jakby szukała drogi ucieczki. Sawicki uniósł lekko dłonie. Chciał jej pokazać, że za tym pytaniem nie kryje się podstęp, a jedynie troska.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
1. Powodzenia
2. Coś się wypaliło
3. Robimy to, Kornel
4. Pomogę ci
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Meritum publikacji
