Dziennik - Anne Frank - ebook + książka

Dziennik ebook

Anne Frank

4,5

Opis

Dziennik Anne Frank należy do ścisłego kanonu literatury światowej. Został spisany w latach wojny w formie pamiętnika przez nastoletnią Holenderkę pochodzenia żydowskiego. Dziennik żyjącej w ukryciu dziewczynki uważany jest dzisiaj za najbardziej przemawiające do naszej wyobraźni i do naszych uczuć świadectwo o tym, czym była hitlerowska okupacja podczas II wojny światowej. Jak to się stało, że to właśnie relację z przerwanego życia Anne Frank historia wybrała na symbol okaleczonego wojną pokolenia czy wręcz na symbol czasów, w których horror stał się normą dla ludzkiego życia? Inni młodzi ludzie, rówieśnicy Anne Frank, opisywali, co widzieli i czego doświadczyli w gettach na terenie Polski czy innych krajów okupowanych przez Niemców. Dlaczego właśnie ta relacja chwyciła za serca i zawładnęła wyobraźnią czytelników na całym świecie? Odpowiedź znajduje się w tej książce.

Dziennik Anne Frank został wpisany na sławną listę 100 książek XX wieku pisma „Le Monde”, a także na listę UNESCO najbardziej wartościowych dokumentów świata. Był przedmiotem inscenizacji filmowych i teatralnych.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 481

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (76 ocen)
52
14
8
1
1
Sortuj według:
Kamila201111

Nie oderwiesz się od lektury

O trudach codziennego życia w ukryciu i nastrojach oraz stosunkach, gdy się przebywa długo że sobą w zamkniętej przestrzeni.
00
kar17

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo poruszająca. Niewątpliwie warta przeczytania
00
chochowska

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawy zapis holokaustu w Amsterdamie. Pozycja legendarna i warta przeczytania.
00
and308

Nie oderwiesz się od lektury

Dziennik oddaje świetnie grozę tamtych czasów nazistowskiej okupacji Europy, bardzo przygnębiająca lektura i ciężko uwierzyć, że autorka liczyła zaledwie 15 lat, wada jedynie zdarzające się błędy korektorskie w tym wydaniu, zwłaszcza dotyczące dat dziennika!!!
00
edyta19701970

Nie oderwiesz się od lektury

po raz drugi aby przejść do książki "After Auschwitz"
00

Popularność




Tytuł oryginału:Het Achtehuis: Dagboekbrieven van 12 Juni – 1 Augustus 1944
Redakcja: Ewa Mościcka
Korekta: Agata Wójcicka-Kołodziej
Skład i okładka: Barbara Wieczorek
© Copyright by Siedmioróg, Wrocław 2021
Wydanie pierwsze
Wrocław 2021
Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-66837-73-7
Wydawnictwo Siedmioróg
Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmiorógwww.siedmiorog.pl
Konwersja:eLitera s.c.

PRZEDMOWA

Anne Frank prowadziła dziennik od 12 czerwca 1942 do 1 sierpnia 1944 roku. Początkowo pisała go wyłącznie dla siebie. Później, pod koniec marca 1944 roku Gerrit Bolkestein, minister edukacji sztuki i nauki w holenderskim rządzie na uchodźstwie w Londynie, zapowiedział w programie radia BBC, że po wojnie zostanie sporządzony zbiór dzienników i listów pisanych w czasie wojny przez naocznych świadków i przedstawiających cierpienia narodu holenderskiego pod niemiecką okupacją, które będą mogły być udostępnione społeczeństwu. Szczególnie podkreślił, że w grę wchodzą listy i dzienniki.

Pod wpływem tego apelu Anne Frank postanowiła, że kiedy skończy się wojna, opublikuje książkę na podstawie swojego dziennika. Zaczęła przepisywać i edytować to, co dotąd napisała, wprowadzając poprawki do tekstu, opuszczając fragmenty, które uznała za mniej interesujące, i dopisując inne z pamięci, zachowując równocześnie styl swojego oryginalnego dziennika. W pracy naukowej The Diary of Anne Frank: The Critical Edition (1989) pierwsza nieedytowana wersja dziennika określana jest jako wersja a, by odróżnić ją od drugiego edytowanego dziennika, który figuruje w pracy jako wersja b.

Ostatni wpis w dzienniku Anne datowany jest na 1 sierpnia 1944 roku. Czwartego sierpnia cała ósemka ukrywająca się w Tajnym Aneksie została aresztowana. Dzienniki Anne odnalazły dwie sekretarki pracujące w budynku, Miep Gies i Bep Voskuijl, w postaci luźnych kartek porozrzucanych po podłodze. Miep Gies pozbierała je starannie i upchnęła na przechowanie do szuflady biurka. Po wojnie, kiedy było już jasne, że Anne nie żyje, Miep oddała dzienniki ojcu Anne, Ottonowi Frankowi, sama ich nie czytając.

Po długich wahaniach Otto Frank postanowił spełnić życzenie córki i opublikować jej dziennik. Wybrał wpisy z wersji a i b i stworzył z nich kompilację, później określaną mianem wersji c. Jest ona krótsza i znana czytelnikom na całym świecie jako Dziennik młodej dziewczyny.

Dokonując takich, a nie innych wyborów, Otto Frank musiał uwzględnić szereg czynników. Po pierwsze, książka musiała być krótka, żeby spełniała warunki postawione przez holenderskiego wydawcę i mogła wejść w skład przygotowywanej serii. Ponadto zostało usuniętych szereg fragmentów dotyczących seksualności Anne; w czasie kiedy przygotowane było pierwsze wydanie w 1947 roku, nieobyczajne było pisanie otwartym tekstem o seksie, zwłaszcza w literaturze młodzieżowej. Z szacunku dla zmarłej Otto Frank opuścił także wiele mało pochlebnych fragmentów o swojej żonie i pozostałych mieszkańcach Tajnego Aneksu. Anne Frank, która miała trzynaście lat, gdy zaczynała pisać swój dziennik, i piętnaście, kiedy została zmuszona, by przestać, pisała o swoich sympatiach i antypatiach bez ogródek.

Gdy Otto Frank zmarł w 1980 roku, zgodnie z jego testamentem rękopisy córki trafiły do Holenderskiego Instytutu Dokumentacji Wojennej (ang. Netherlands State Institute for War Documentation; niderl. Nederlands Instituut voor Oorlogsdocumentatie, NIOD) w Amsterdamie. Ponieważ od chwili jego wydania kwestionowano autentyczność Dziennika, Holenderski Instytut Dokumentacji Wojennej zlecił gruntowne badania. Jak tylko ustalony został ponad wszelką wątpliwość autentyzm Dziennika, został on wydany w całości, razem z wynikami żmudnych badań. Wydanie krytyczne (ang. The Critical Edition) zawiera nie tylko wersje a, b i c, lecz także artykuły na temat historii rodziny Franków, okoliczności towarzyszące ich aresztowaniu i deportacji, badania grafologiczne pisma Anne – dokument i użyte materiały.

Fundacja Anne Frank (ang. Anne Frank Foundation; niem. Anne Frank Fonds) w Bazylei (Szwajcaria) jako wyłączny spadkobierca testamentowy Ottona Franka odziedziczyła także prawa autorskie do dzieła jego córki i zdecydowała się wydać nową, rozszerzoną wersję Dziennika przeznaczoną dla zwykłego czytelnika. Nowe wydanie w żaden sposób nie podważa rzetelności wersji redagowanej przez Ottona Franka, która jako pierwsza ukazała światu ten dziennik i jego przesłanie. Zadanie kompilacji rozszerzonej wersji Dziennika powierzono pisarce i tłumaczce Mirjam Pressler. Książka wydana przez Ottona Franka została obecnie rozszerzona o fragmenty z wersji a i b. Ostateczna wersja pod redakcją Mirjam Pressler, zatwierdzona przez Fundację Anne Frank, zawiera w przybliżeniu 30 procent więcej materiału i jej celem jest danie bardziej dokładnego wglądu w świat Anne Frank.

Pisząc tę drugą wersję (b), Anne wymyśliła pseudonimy dla ludzi pojawiających się na kartach książki. Początkowo chciała nazywać się Anne Aulis, a później Anne Robin. Otto Frank jednak postanowił, że członkowie jego rodziny będą występować pod swoimi prawdziwymi nazwiskami, natomiast pozostałe postaci – zgodnie z życzeniem Anne – mają nazwiska przybrane.

Prawdziwe nazwiska osób ukrywających się w Tajnym Aneksie:

RODZINA VAN PELS (z Osnabrück, Niemcy)

Auguste van Pels (ur. 9 września 1900 roku)

Hermann van Pels (ur. 11 marca 1898 roku)

Peter van Pels (ur. 9 listopada 1926 roku)

W rękopisie nazywani przez Anne: Petronella, Hans i Alfred van Daan, a w książce: Petronella, Herann i Peter van Daan.

FRITZ PFEFFER

(ur. 30 kwietnia 1889 roku w Giessen, Niemcy)

Nazwany przez Anne w rękopisie i w książce Albert Dussel.

DZIENNIK

12 CZERWCA 1942

Mam nadzieję, że będę mogła zwierzyć Ci się ze wszystkiego, jak jeszcze nigdy nikomu, i ufam, że będziesz dla mnie ogromnym wsparciem.

DOPISEK ZAMIESZCZONY PRZEZ ANNE 28 WRZEŚNIA 1942

Miałam w Tobie do tej pory ogromne wsparcie, tak jak i w Kitty, do której teraz pisuję regularnie. Taki sposób prowadzenia dziennika odpowiada mi znacznie bardziej i obecnie nie zawsze mogę doczekać chwili, kiedy uda mi się znaleźć czas, żeby w Tobie pisać.

Och, jakże się cieszę, że zabrałam Ciebie ze sobą!

NIEDZIELA, 14 CZERWCA 1942

Zacznę może od momentu, kiedy Cię dostałam, kiedy ujrzałam Cię na moim stole, wśród innych prezentów urodzinowych. (Byłam obecna, jak Cię kupowano, ale to nieistotne).

W piątek, 12 czerwca obudziłam się o szóstej rano, co nie powinno dziwić, ponieważ były to moje urodziny. Nie wolno mi wstawać tak wcześnie, musiałam więc powstrzymać ciekawość do za piętnaście siódma. Kiedy nie mogłam wytrzymać już dłużej, poszłam do jadalni, gdzie powitała mnie Moortje (nasza kotka), łasząc się o moje nogi.

Chwilkę po siódmej udałam się do pokoju taty i mamy, a potem do salonu, żeby rozpakować prezenty, i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam, byłeś Ty, zapewne jeden z moich najmilszych prezentów. Był jeszcze bukiet róż, kilka piwonii i roślinka doniczkowa. Od taty i mamy dostałam niebieską bluzeczkę, grę towarzyską i butelkę soku z winogron, który według mnie smakuje trochę jak wino (w końcu robi się je z winogron), puzzle, słoiczek kremu chłodzącego, dwa i pół guldena i bon na dwie książki. Była tam też jeszcze jedna książka Camera Obscura (ale Margot już ją ma, dlatego wymieniłam ją na coś innego), półmisek ciasteczek domowej roboty (wykonanych oczywiście przeze mnie, bo w pieczeniu ciastek jestem obecnie ekspertką), mnóstwo słodyczy i tarta truskawkowa od mamy. No i list od babci, dokładnie na czas, ale to oczywiście zupełny zbieg okoliczności.

Później przyszła po mnie Hanneli i razem poszłyśmy do szkoły. W czasie przerwy częstowałam ciastkami nauczycieli i uczniów z mojej klasy, a potem z powrotem na lekcje. Do domu nie wróciłam do piątej, ponieważ poszłam z resztą klasy do sali gimnastycznej. (Jestem zwolniona z zajęć wychowania fizycznego, bo ręce i nogi wypadają mi ze stawów). Były moje urodziny, więc mogłam wybierać, w co będą grać moi koledzy i koleżanki. Zdecydowałam się na siatkówkę. Po meczu wszystkie dzieci otoczyły mnie wkoło, tańcząc i śpiewając: „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin”. Kiedy wróciłam do domu, była już tam Sanne Federmann. Ilse Wagner, Hanneli Goslar i Jacqueline van Maarsen, które chodzą do mojej klasy, przyszły razem ze mną po gimnastyce. Hanneli i Sanne to do niedawna moje najlepsze przyjaciółki. Ci, którzy widzieli nas razem, mówili niezmiennie: „O, idą Anne, Hanne i Sanne”. Jacqueline van Maarsen poznałam, dopiero kiedy zaczęłam chodzić do Liceum Żydowskiego, i teraz jest moją najlepszą przyjaciółką. Ilse to najlepsza przyjaciółka Hanneli, Sanne zaś chodzi do innej szkoły i tam ma swoje najlepsze przyjaciółki.

Kupiły mi wspaniałą książkę, Niderlandzkie sagi i legendy, ale omyłkowo dały mi drugą część, dlatego wymieniłam dwie inne książki na tom pierwszy. Ciocia Helene też przyniosła puzzle, ciocia Stephanie uroczą broszkę, a ciocia Leny kapitalną książkę Górskie wakacje Daisy.

Siedząc dziś rano w wannie, myślałam o tym, jak by to było wspaniale, gdybym miała takiego psa jak Rin Tin Tin[1]. Też nazwałabym go Rin-Tin-Tin, chodziłby ze mną do szkoły i zostawał u woźnego, albo – gdy pogoda by dopisywała – pod wiatą na rowery.

PONIEDZIAŁEK, 15 CZERWCA 1942

W niedzielę po południu odbyło się moje przyjęcie urodzinowe. Film Rin Tin Tin zrobił furorę wśród moich kolegów i koleżanek z klasy. Dostałam dwie broszki, zakładkę do książek i dwie książki.

Spróbuję opowiedzieć nieco o mojej szkole, zaczynając od uczniów z mojej klasy.

Betty Bloemendaal wygląda raczej biednie i myślę, że rzeczywiście jest biedna. Mieszka na jakiejś obskurnej ulicy w zachodnim Amsterdamie i nikt z nas nie wie, gdzie to jest. W szkole radzi sobie bardzo dobrze, ale nie dlatego, że jest bardzo zdolna, tylko dlatego, że dużo się uczy. To dość spokojna dziewczynka.

Jacqueline van Maarsen uchodzi za moją najlepszą przyjaciółkę, jednak prawdziwej przyjaciółki nie miałam jeszcze nigdy. Z początku myślałam, że będzie nią Jacque, ale okropnie się zawiodłam.

D.Q.[2] jest bardzo nerwową dziewczyną, która stale o czymś zapomina, więc nauczyciele wlepiają jej jedną karną pracę za drugą. Jest bardzo miła, zwłaszcza dla G.Z.

E.S. gada tak dużo, że to przestaje być zabawne. Kiedy ma do ciebie jakąś sprawę, to zawsze dotyka twoich włosów lub majstruje przy twoich guzikach. W klasie mówią, że mnie nie cierpi, ale mnie to ani ziębi, ani grzeje. Ja też za nią nie przepadam.

Henny Mets jest miłą dziewczyną o pogodnym usposobieniu, tyle że mówi zbyt głośno i kiedy bawimy się na ulicy, widać, jaki z niej dzieciak. Co gorsza, Henny ma przyjaciółkę o imieniu Beppy, która ma na nią fatalny wpływ, ponieważ jest brudna i nieprzyzwoita.

J.R. – o niej można by napisać całą powieść. J. jest odpychającą, podstępną, zarozumiałą dwulicową plotkarą, której wydaje się, że jest dorosła. Całkowicie owinęła sobie Jacque wokół palca i to jest niestety smutne. Typowa Panna Obrażalska. Gdy tylko coś idzie nie tak, uderza w bek, a jakby tego było mało, strasznie lubi się popisywać. Panna J. zawsze musi mieć rację. Jest bardzo bogata i w szafie ma mnóstwo najpiękniejszych sukien, tyle że szytych na dorosłe kobiety. Uważa siebie za bóstwo, ale zupełnie bez powodu. J. i ja serdecznie się nie znosimy.

Ilse Wagner to fajna dziewczyna o miłym usposobieniu, tyle że przesadnie wybredna i potrafi godzinami jęczeć i marudzić, jeżeli coś jej nie pasuje. Okazuje mi dużo sympatii. Jest bardzo bystra, ale leniwa na potęgę.

Hanneli Goslar lub Lies, jak mówią na nią w szkole, wydaje się trochę dziwna. Prawie niemowa, ale w domu buzia jej się nie zamyka. Do obcych podchodzi z ogromną rezerwą. Co by jej nie powiedzieć, natychmiast wypapla swojej mamie. Ale mówi, co myśli, i ostatnio zaczęłam to bardzo w niej cenić.

Nannie van Praag-Sigaar jest drobniutka, zabawna, a przy tym rozsądna. Uważam, że jest fajna, a do tego całkiem zdolna. Trudno cokolwiek więcej powiedzieć o Nannie.

Eefje de Jong jest moim zdaniem świetna. Ma dopiero dwanaście lat, a już wygląda jak prawdziwa dama. Mnie traktuje jak dzidziusia. Zawsze chętna do pomocy i bardzo ją lubię.

G.Z. to najładniejsza dziewczyna w naszej klasie. Ma śliczną buzię, za to z rozumem jest trochę na bakier. Myślę, że nie zda do następnej klasy, ale oczywiście jej tego nie powiem.

DOPISEK DODANY PRZEZ ANNE FRANK W PÓŹNIEJSZYM TERMINIE

G.Z., ku memu wielkiemu zdziwieniu, nie została jednak na drugi rok.

A obok G.Z. siedzi ostatnia z nas, dwunastu dziewczyn, czyli ja.

Dużo dałoby się powiedzieć o chłopakach, ale być może nie aż tak bardzo.

Maurice Coster jest jednym z moich adoratorów, ale w sumie dość męczącym.

Sallie Springer ma stale kosmate myśli i mówią o nim, iż jest w pewnych sprawach nad wiek doświadczony. Mimo wszystko uważam go za fajnego kumpla, bo wydaje się bardzo zabawny.

Emiel Bonewit robi maślane oczy na widok G.Z., ale ona nie zwraca na niego uwagi. W sumie jest dość nudny.

Rob Cohen też się we mnie podkochiwał, ale teraz nie mogę go już znieść. Jest obleśny, fałszywy i łże, jak nie wiem co. Żałosny płaczek, mały dureń o okropnie wielkim ego.

Max van de Velde to wiejski chłopak z Mademblik, ale – jakby powiedziała Margot – nie wystaje mu słoma z butów.

Herman Koopman także miewa brudne myśli, podobnie zresztą jak Jopie de Beer, który jest okropnym podrywaczem i stale ugania się za dziewczętami.

Leo Blom jest najlepszym przyjacielem Jopie de Beera, niestety pod silnym wpływem tego bezecnika.

Albert de Mesquita przeszedł do nas ze szkoły Montessori i od razu przeskoczył jedną klasę. Jest naprawdę bardzo zdolny.

Leo Slager trafił tu z tej samej szkoły co Albert, ale bez tych samych zdolności.

Ru Stoppelmon jest małym, stukniętym chłopczykiem z Almelo, który pojwił się w naszej szkole w połowie roku.

C.N. robi wszystko, tylko nie to, co trzeba.

Jacques Kocernoot siedzi za nami, obok C., a my (G. i ja) śmiejemy się stale jak wariatki.

Harry Sharp to najprzyzwoitszy chłopiec w klasie. Naprawdę daje się lubić.

Werner Joseph również jest miły, ale przez te wszystkie zmiany, jakie się teraz dokonują, zrobił się małomówny i sprawia wrażenie nudnego.

Sam Salomon wydaje się niczym jeden z tych twardzieli z dzielnic nędzy. Najprawdziwszy gagatek. (Adorator!)

Appie Riem jest dosyć ortodoksyjny, ale też niezłe ziółko.

No, muszę na razie kończyć. Następnym razem znów będę miała w Tobie tyle do powiedzenia i napisania. Cześć, jesteś naprawdę świetna.

SOBOTA, 20 CZERWCA 1942

Pisanie dziennika jest naprawdę nie lada przeżyciem dla kogoś takiego jak ja. Nie tylko dlatego, że nigdy wcześniej tego nie robiłam, ale też dlatego, że wydaje mi się, iż później ani ja sama, ani nikt inny nie będzie zainteresowany wynurzeniami jakiejś trzynastoletniej uczennicy. Ale co tam, nie ma to znaczenia. Po prostu mam ochotę pisać, a do tego jeszcze większą potrzebę, żeby raz a dobrze się wygadać na tematy, które mnie nurtują.

„Papier jest bardziej cierpliwy niż ludzie”, to powiedzenie przyszło mi do głowy pewnego dnia, gdy z lekką chandrą siedziałam w domu, podpierając rękami brodę, znudzona i bez życia, niezdolna, by podjąć decyzję: wyjść czy też zostać w domu. W końcu nie ruszyłam się z miejsca, medytując nad swoją dolą. Tak, papier rzeczywiście ma więcej cierpliwości, no ale skoro nie planuję dać do czytania komuś innemu tego notatnika w twardej oprawie, szumnie zwanego przeze mnie „dziennikiem”, no chyba żebym znalazła prawdziwą przyjaciółkę lub przyjaciela, nie zrobi to prawdopodobnie większej różnicy.

No i teraz wróciłam do punktu, w którym zrodził się pomysł pisania dziennika – nie mam przyjaciółki.

Spróbuję to jeszcze lepiej wyjaśnić, bo nikt nie uwierzy, że trzynastoletnia dziewczyna jest zupełnie sama na świecie. Otóż nie jestem sama. Mam kochających rodziców i szesnastoletnią siostrę i znajdzie się z trzydziestu ludzi, których od biedy mogłabym nazwać przyjaciółmi. Mam też spory tłumek adoratorów, którzy nie potrafią przestać się na mnie gapić i czasami w klasie próbują, jak nie da rady inaczej, rozbitym lusterkiem kieszonkowym złapać choćby na moment moje odbicie. Mam więc rodzinę, kochające ciocie i wspaniały dom. No tak, pozornie mam wszystko co trzeba, z wyjątkiem jednej prawdziwej przyjaciółki. Gdy jestem ze znajomymi, w głowie mamy jedynie zabawę. Nie potrafię się przemóc, by poruszyć jakiś inny temat niż zwykłe, codzienne sprawy. Problem w tym, że po prostu nie potrafimy stać się dla siebie bardziej otwarci. Być może to moja wina, że nie zwierzamy się sobie nawzajem. W każdym razie tak się sprawy mają i niestety nic na to nie wskazuje, żeby miało się to zmienić. Dlatego zaczęłam pisać ten dziennik.

Aby ten obraz długo wyczekiwanej przyjaciółki był w mojej wyobraźni jeszcze pełniejszy, nie chcę tak po prostu, jak robi to większość piszących, zamieszczać w moim dzienniku suchych faktów, lecz chcę, żeby był on moją przyjaciółką, i będę ją nazywać Kitty.

Ponieważ nikt nie zrozumiałby ani słowa z moich wpisów do Kitty, gdybym zaczęła tak bez żadnych wstępów, lepiej będzie, jak przedstawię w skrócie historię mojego życia, chociaż średnio mi się to uśmiecha.

Mój tata, najukochańszy ojciec, jakiego kiedykolwiek spotkałam, ożenił się z moją mamą, gdy miał już trzydzieści sześć lat, mama zaś miała wtedy dwadzieścia pięć. Moja siostra Margot urodziła się we Frankfurcie nad Menem w 1926 roku. Ja urodziłam się 12 czerwca 1929 roku. Pierwsze cztery lata mieszkałam we Frankfurcie. Ponieważ jesteśmy Żydami, w 1933 roku mój ojciec wyemigrował do Holandii, kiedy to został dyrektorem firmy De Nederlandsche Opekta Maatschappij N.V., która produkuje komponenty używane do wyrobu dżemów. Moja mama, Edith Holländer Frank, przeprowadziła się razem z nim do Holandii we wrześniu, podczas gdy Margot i ja zostałyśmy wysłane do babci w Akwizgranie. Margot pojechała do Holandii w grudniu, a ja w lutym, kiedy położono mnie na stole jako prezent urodzinowy dla Margot.

Szybko też zaczęłam uczęszczać do przedszkola Montessori. Chodziłam tam do szóstego roku życia, dopóki nie rozpoczęłam nauki w pierwszej klasie. W szóstej klasie moją wychowawczynią była pani Kuperus, dyrektorka szkoły. Na koniec roku obie tonęłyśmy we łzach przy pożegnaniu, ponieważ zostałam przyjęta do Liceum Żydowskiego, gdzie już wcześniej zaczęła się uczyć Margot.

Nie wiodłyśmy wówczas beztroskiego życia, ponieważ nasi krewni w Niemczech cierpieli w wyniku wprowadzanych przez Hitlera ustaw antyżydowskich. Po pogromach 1938 roku moi dwaj wujkowie (bracia mojej mamy) uciekli z Niemiec, znajdując azyl w Ameryce. Moja mocno starsza już babcia zamieszkała z nami w Holandii. Miała wtedy siedemdziesiąt trzy lata.

Po maju 1940 roku dobre chwile trafiały się już tylko sporadycznie. Najpierw wybuchła wojna, potem była kapitulacja i wreszcie wkroczenie Niemców i związany z nim początek pasma udręk dla Żydów. Nasza wolność została drastycznie ograniczona poprzez serię antyżydowskich dekretów: Żydom nakazano noszenie żółtej gwiazdy; Żydzi zmuszeni byli oddać swoje rowery; nie wolno im było korzystać z tramwajów, zabroniono im jeździć samochodami, nawet własnymi; zakupy mieli robić pomiędzy godziną 15:00 a 17:00; wolno im było chodzić wyłącznie do żydowskiego fryzjera i żydowskich salonów piękności; Żydom nie wolno było przebywać na ulicy między godziną 20:00 a 6:00 rano; Żydom nie wolno było chodzić do kina i do teatru ani korzystać z innych form rozrywki; Żydom nie wolno było korzystać z basenów, kortów tenisowych, boisk do hokeja na trawie i wszelkich innych obiektów sportowych; nie wolno im było uprawiać wioślarstwa; Żydom nie wolno było uprawiać publicznie żadnej innej dyscypliny sportowej; Żydom nie wolno było przesiadywać w ogrodach, własnych lub przyjaciół, po godzinie 20:00; Żydom nie wolno było odwiedzać chrześcijan w ich domach; Żydom wolno było uczęszczać wyłącznie do żydowskich szkół i tak dalej, i tak dalej. Nie wolno było robić tego, nie wolno było robić tamtego, ale życie toczyło się dalej. Jacque mówi mi zawsze: „Boję się robić cokolwiek, bo nie wiem, czy to nie jest zabronione”.

Wiosną 1941 roku babcia podupadła na zdrowiu i musiała iść na operację, więc z moich urodzin niewiele wyszło. Latem 1940 roku też jakoś specjalnie ich nie urządzaliśmy, ponieważ dopiero co ustały walki w Holandii. Babcia zmarła w styczniu 1942 roku. Nikt nie ma pojęcia, jak często o niej myślę i jak nadal ją kocham. Te urodziny w 1942 roku miały wynagrodzić mi tamte nieobchodzone, a świeczka dla babci paliła się obok tych dla mnie.

Naszej czwórce nadal wiedzie się zupełnie znośnie, i tak oto dotarłam do dzisiejszej daty, 20 czerwca 1942 roku, i uroczystego poświęcenia mojego dziennika.

SOBOTA, 20 CZERWCA 1942

Najdroższa Kitty!

zacznę bez zbędnych ceregieli, teraz jest tak błogo i spokojnie, rodzice wyszli, a Margot poszła z paroma przyjaciółmi zagrać w ping-ponga u jej koleżanki Trees. Sama ostatnio sporo gram w ping-ponga. Do tego stopnia, że z czterema innymi dziewczynami założyłyśmy klub. Nosi nazwę Mała Niedźwiedzica Minus Dwie. Zdecydowanie wariacka nazwa, ale to najzupełniej przez pomyłkę. Chciałyśmy wymyślić jakąś szaloną nazwę dla naszego klubu, a ponieważ jest nas pięć, to wpadłyśmy na pomysł, żeby była to Mała Niedźwiedzica. Zdawało się nam, że Ursa Minor składa się z pięciu gwiazd, ale okazało się, że jesteśmy w błędzie. Ona ma siedem gwiazd, tak jak Wielka Niedźwiedzica, stąd to „Minus Dwie”. Ilse Wagner ma cały zestaw do ping-ponga, a jej rodzice pozwalają nam grać w ich wielkiej jadalni, kiedy tylko nam przyjdzie ochota. Ponieważ my, pingpongistki, lubimy lody, zwłaszcza latem, nasze mecze z reguły kończą się wizytą w najbliższej lodziarni, do której wolno chodzić Żydom, więc zaglądamy albo do Oazy, albo do Delf. Już dawno przestałyśmy szukać naszych portmonetek czy pieniędzy, bo najczęściej jest tak, że w lodziarni panuje tłok i zawsze znajdziemy młodych dżentelmenów, znajomych czy adoratorów, którzy fundują nam więcej lodów, niż byłybyśmy w stanie zjeść przez tydzień.

Być może nieco się zdziwisz, słysząc, jak mówię o adoratorach w tak młodym wieku. Na szczęście czy nieszczęście, jak kto woli, w naszej szkole plaga ta jest nader dokuczliwa. Jak tylko chłopak spyta, czy może jechać na rowerze ze mną pod mój dom i zacznie się rozmowa, mogę być pewna, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć chłopak natychmiast poczuje miętę i nie spuści ze mnie wzroku choćby na sekundę. Żar Don Juana w końcu stygnie, zwłaszcza że ignoruję namiętne spojrzenia i pedałuję beztrosko dalej. Jeżeli sprawy przybierają jeszcze gorszy obrót i młodzieniec zaczyna bąkać coś o „proszeniu ojca o zgodę”, wówczas wykonuję lekki skręt kierownicą, spada mi torba z ramienia, a on czując się zobowiązany, zsiada z roweru, by mi ją podnieść. Korzystając z okazji, natychmiast zmieniam temat. Ci są jednak najbardziej niewinni. Oczywiście są też i tacy, którzy ślą całusa albo próbują wziąć pod rękę, ale w takim przypadku zdecydowanie trafili pod zły adres. Zsiadam wówczas z roweru i albo mówię, że nie życzę sobie ich towarzystwa, albo udaję obrażoną i mówię bez owijania w bawełnę, żeby wracali do domu beze mnie.

No proszę. I tak oto udało się stworzyć fundament naszej przyjaźni. Do jutra zatem.

NIEDZIELA, 21 CZERWCA 1942

Najdroższa Kitty,

cała nasza klasa trzęsie portkami. Powodem jest oczywiście zapowiedziane zebranie rady pedagogicznej, na którym nauczyciele zdecydują, kto przejdzie do następnej klasy, a kto zostanie na drugi rok. Połowa klasy zakłada się między sobą w tej sprawie. G.Z. i ja nabijamy się z dwóch chłopaków siedzących za nami, z C.N. i Jacques’a Kocernoota, którzy założyli się o całe swoje oszczędności na wakacje. Od rana do nocy słychać tylko:

– Na pewno zdasz!

– A właśnie, że nie!

– A właśnie, że tak!

– Na pewno nie!

Nawet błagalne spojrzenia G. i moje gniewne wybuchy nie były w stanie ich utemperować. Jak chcesz wiedzieć, jest u nas tak wielu tumanów, że około jednej czwartej klasy powinna zostać na drugi rok, ale nauczyciele to najbardziej nieprzewidywalne istoty na ziemi. Być może tym razem, dla odmiany, ta nieprzewidywalność obierze właściwy kierunek.

O moje koleżanki i o siebie specjalnie się nie martwię. Na pewno damy radę. Jedynym przedmiotem, z którego trochę kuleję, jest matma. Tak czy owak, wszystko co nam pozostało, to czekać. A tymczasem dodajemy sobie nawzajem odwagi.

W sumie to nie mam na pieńku z żadnym naszym nauczycielem. Jest ich dziewięcioro, siedmiu mężczyzn i dwie panie. Pan Keesing, stary piernik, który uczy matematyki, od wieków miał mi za złe, że za dużo gadam. Po wielu upomnieniach wlepił mi karę. Miałam napisać wypracowanie pod tytułem „Trajkotka”. Trajkotka? Co można napisać na taki temat? Doszłam do wniosku, że nie ma się co martwić na zapas. Szybko zapisałam tytuł w zeszycie, wsadziłam zeszyt do torby i postanowiłam siedzieć cicho.

Tamtego wieczora, gdy skończyłam odrabiać lekcje, mój wzrok przykuła notatka o wypracowaniu. Zaczęłam rozmyślać na ten temat, podgryzając końcówkę wiecznego pióra. Pisać androny ot tak, zostawiając jak największe odstępy pomiędzy wyrazami potrafi każdy, ale tu chodzi o to, żeby przedstawić rzeczowe argumenty uzasadniające konieczność mówienia. Myślałam i myślałam, a potem nagle wpadłam na świetny pomysł. Napisałam trzy strony, które wyznaczył mi pan Keesing, i odetchnęłam z ulgą. Argumentowałam, że mówienie to oznaka kobiecości i że będę dokładać starań, by się kontrolować, ale że nigdy nie zdołam wykorzenić tego nawyku, gdyż moja mama mówi tak samo dużo, jeśli nie więcej, i że niewiele można poradzić na cechy dziedziczne.

Pan Keesing zaśmiewał się, czytając te moje argumenty, ale gdy na następnej lekcji nadal nie przestawałam gadać, zadał mi drugie wypracowanie. Tym razem miała to być „Niereformowalna trajkotka”. Z tym też sobie poradziłam i przez następne dwie lekcje pan Keesing nie miał się do czego przyczepić. Jednakże podczas trzeciej lekcji znów miarka się przebrała.

– Za karę, że nie przestajesz gadać na lekcjach, napiszesz wypracowanie zatytułowane: „Kwak, kwak, kwak, powiedziała panna Trajkotka”.

Klasa wybuchnęła gromkim śmiechem. Nie miałam wyboru i też się śmiałam, aczkolwiek moja inwencja w pisaniu wypracowań o gadułach była na wyczerpaniu. Przyszła zatem pora, by wymyślić coś innego, coś oryginalnego. Moja przyjaciółka Sanne, która ma zacięcie poetyckie, zaofiarowała pomoc w napisaniu całej rozprawki wierszem. Aż podskoczyłam z radości. Keesing próbował zrobić mi niezły kawał, dając tak absurdalny temat, tymczasem ja odpłacę mu pięknym za nadobne.

Gotowy poemat był naprawdę przepiękny! Opisywał matkę kaczkę i ojca łabędzia niemego z trójką kaczątek, które zostały zadziobane na śmierć przez ojca, ponieważ za dużo kwakały. Na szczęście pan Keesing wykazał się poczuciem humoru. Przeczytał poemat całej naszej klasie, dodając własne komentarze, a także w innych klasach. Od tamtej pory wolno mi już gadać na lekcjach. Nie dość, że nie dostaję żadnej kary, to pan Keesing stale teraz żartuje.

Twoja Anne

ŚRODA, 21 CZERWCA 1942

Najdroższa Kitty,

panuje straszliwy upał. Wszyscy sapią i dyszą, a ja w tym skwarze wszędzie muszę chodzić na piechotę. Dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę, jak przyjemny jest jednak tramwaj, ale my, Żydzi, nie możemy już korzystać z tego luksusu. Musimy zadowolić się naszymi dwiema nogami. Wczoraj w porze obiadu miałam wizytę u dentysty przy ulicy Jana Luykenstraata. To kawał drogi ze szkoły w dzielnicy Stadsimmertuinen. Po południu o mało nie zasnęłam w ławce. Na szczęście w takich przypadkach ludzie odruchowo częstują czymś do picia. A pielęgniarka u dentysty jest naprawdę miła.

Jedyny środek transportu, jaki nam pozostawiono, to prom. Przewoźnik przy nabrzeżu Jozefa Israëlskade zabierał nas na drugą stronę, gdy tylko go poprosiliśmy. To nie jest wina Holendrów, że Żydzi mają teraz tak ciężko.

Och, żebym nie musiała chodzić do szkoły. Na Wielkanoc ukradziono mi rower, a ojciec oddał rower mamy na przechowanie jakimś chrześcijańskim znajomym. Chwała Bogu, że letnie wakacje tuż-tuż. Jeszcze tylko tydzień i skończą się nasze męki.

Wczoraj rano zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Kiedy mijałam wiatę rowerową, usłyszałam, że ktoś mnie woła po imieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam za sobą fajnego chłopaka, którego spotkałam poprzedniego wieczora u mojej koleżanki Wilmy. To jej dalszy kuzyn. Dawniej myślałam, że Wilma jest miła, co jest faktem, ale jedyne, o czym mówi, to chłopcy, i staje się to już nudne. Chłopak podszedł do mnie, nieco zmieszany, i przedstawił się jako Hello Silberberg. Byłam lekko zaskoczona i nie wiedziałam, czego może chcieć, ale po chwili wszystko się wyjaśniło. Spytał, czy nie miałabym nic przeciwko, żeby towarzyszył mi w drodze do szkoły.

– O ile idziesz w tym samym kierunku, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy poszli razem – odpowiedziałam. No i poszliśmy razem. Hello ma już szesnaście lata i potrafi zajmująco opowiadać o różnych ciekawych rzeczach.

Dzisiaj rano znów na mnie czekał i czuję, że od tej pory tak już zostanie.

Anne

ŚRODA, 1 LIPCA 1942

Najdroższa Kitty,

z ręką na sercu aż do dziś nie potrafiłam znaleźć czasu, by do Ciebie napisać. Cały czwartek spędziłam z przyjaciółmi, w piątek mieliśmy gości, i tak to się toczyło aż do dzisiaj.

W ciągu mijającego tygodnia ja i Hello dobrze się poznaliśmy. Opowiedział mi dużo o swoim życiu. Pochodzi z Gelsenkirchen i mieszka z dziadkami. Jego rodzice są w Belgii, ale nie ma sposobu, żeby on mógł się tam dostać. Hello miał dziewczynę Ursul, którą znam. Jest równie urocza, co nudna. Od kiedy mnie poznał, Hello uświadomił sobie, że usypia w jej towarzystwie. Jestem więc rodzajem środka pobudzającego. Człowiek nigdy nie wie, do czego może się przydać!

Jacque nocowała u mnie z soboty na niedzielę. W południe przeniosła się do Hanneli, a ja nudziłam się jak mops.

Hello miał przyjść do mnie tego wieczora, ale zadzwonił około szóstej. Odebrałam telefon, a on powiedział:

– Mówi Helmut Silberberg. Czy mógłbym rozmawiać z Anne?

– Tak, Hello. To ja, Anne.

– O, cześć, Anne, jak się masz?

– Dziękuję, bardzo dobrze.

– Chciałem po prostu powiedzieć, że bardzo mi przykro, ale nie mogę dziś przyjść do ciebie, choć chciałbym zamienić z tobą kilka słów. Czy nie zrobi ci różnicy, jeżeli przyjdę po ciebie za jakieś dziesięć minut?

– Dobrze, w porządku. To na razie!

– W takim razie zaraz przyjdę. Do zobaczenia!

Odłożyłam słuchawkę, szybko się przebrałam i poprawiłam włosy. Boże, ale byłam zdenerwowana. Wyjrzałam przez okno, żeby sprawdzić, czy Hello już idzie. W końcu się pojawił. Cud nad cudy, nie zbiegłam po schodach, ale czekałam spokojnie, aż zadzwoni do drzwi. Zeszłam, by otworzyć, a on od razu przeszedł do sedna.

– Anne, moja babcia uważa, że jesteś dla mnie za młoda i nie powinniśmy się regularnie umawiać. Mówi, że mam chodzić do Lowenbachów, ale ty pewnie wiesz, że ja już nie spotykam się z Ursul.

– Nie, nie wiedziałam. Co się stało? Pokłóciliście się?

– Nie, nic z tych rzeczy. Powiedziałem Ursul, że nie pasujemy do siebie i będzie lepiej dla nas obojga już więcej się nie umawiać, ale jest mile widziana u mnie w domu i mam nadzieję, że ja u nich także. Prawdę mówiąc, myślałem, że Ursul spotyka z innym chłopakiem i potraktowałem ją tak, jakby to była prawda. Ale nie była. A potem mój wujek powiedział, że powinienem ją przeprosić. Oczywiście nie miałem na to ochoty i właśnie dlatego z nią zerwałem. Jednak to był tylko jeden z powodów. Teraz moja babka chce, żebym widywał się z Ursul, a nie z tobą. Ja się na to nie zgadzam i ani mi to w głowie. Czasami starzy ludzie mają naprawdę staroświeckie zapatrywania, ale to nie oznacza, że ja muszę je podzielać. Potrzebuję moich dziadków, ale i oni mnie w jakimś sensie również potrzebują. Mam teraz wolne wieczory we środy. Rzecz w tym, że moi dziadkowie zapisali mnie na lekcje snycerstwa, ale tak naprawdę to chodzę do klubu prowadzonego przez syjonistów. Dziadkowie nie chcą, żebym tam bywał, ponieważ są antysyjonistami. Nie jestem fanatycznym syjonistą, ale cała ta sprawa mnie interesuje. Niemniej ostatnio panuje tam taki bałagan, że postanowiłem się stamtąd wypisać. Zatem w następną środę będę tam po raz ostatni. Oznacza to, że mogę się z tobą widywać we środy wieczorem, w soboty po południu i wieczorem, w niedzielę wieczorem i po południu, a być może nawet częściej.

– Hello, skoro twoi dziadkowie są przeciwni naszym spotkaniom, to nie powinieneś nic robić za ich plecami.

– Cóż, w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone.

W chwili gdy mijaliśmy księgarnię Blankenvoorta, natknęliśmy się na Petera Shiffa z dwoma kolegami i to był pierwszy raz od wieków, kiedy powiedział mi „cześć”. Muszę przyznać, że sprawiło mi to dużą przyjemność.

W poniedziałek wieczorem przyszedł do nas Hello, by poznać moich rodziców. Kupiłam tort i trochę słodyczy. Wszystkiego było pod dostatkiem, podaliśmy herbatę i ciastka, ale ani ja, ani Hello nie mieliśmy ochoty siedzieć tak sztywno przy stole. Poszliśmy więc na spacer i Hello odstawił mnie do domu dziesięć po ósmej. Ojciec był wściekły. Powiedział, że to bardzo nie w porządku z mojej strony przychodzić tak późno. Musiałam przyrzec, że w przyszłości będę wracać nie później niż za dziesięć ósma.

Na sobotę zostałam zaproszona do Hello.

Wilma powiedziała mi, że gdy Hello był u niej któregoś wieczora, zadała mu pytanie:

– Kogo bardziej lubisz, Ursul czy Anne?

Odpowiedział wówczas:

– Nie twój interes.

Ale kiedy wychodził (nie rozmawiali ze sobą więcej przez cały wieczór), odparł:

– No dobra, bardziej podoba mi się Anne, tylko nie mów nikomu!

Prask! I zniknął za drzwiami.

We wszystkim, co mówi lub robi, widać, że jest we mnie zakochany. To dla mnie niezwykle miła wiadomość. Margot powiedziałaby, że Hello to przyzwoity sort. Ja też tak uważam, ale on jest kimś więcej. Mama też nie skąpi mu pochwał: „Przystojny chłopak. Miły i dobrze wychowany”. Cieszę się, że Hello tak wszystkim przypadł do gustu, no może poza moimi koleżankami. Hello uważa, że są bardzo dziecinne, i ma co do tego rację. Jacque stale robi mi na jego temat docinki, ale ja nie jestem w nim zakochana. Naprawdę. W końcu nie ma w tym nic zdrożnego, gdy mamy nie tylko koleżanki, lecz także kolegów. Komu to przeszkadza?

Mama ciągle mnie pyta, za kogo wyjdę za mąż, gdy dorosnę. Założę się, że nigdy nie zgadnie, że za Petera. Sama wybiłam jej ten pomysł z głowy, i to bez mrugnięcia okiem. Kocham jednak Petera jak nigdy nikogo i tłumaczę sobie, że on zadaje się z tymi wszystkimi dziewczynami tylko po to, żeby ukryć swoje uczucia do mnie. Być może sądzi, że Hello i ja się kochamy, ale jeżeli tak, to jest w błędzie. Hello jest tylko przyjacielem albo, jak mówi mama, konkurentem.

Twoja Anne

NIEDZIELA, 5 LIPCA 1942

Drogi Kitty,

rozdanie świadectw odbyło się w piątek w Teatrze Żydowskim. Moja cenzurka nie jest aż taka zła. Mam jedną piątkę[3], szóstkę minus z algebry, reszta same siódemki, dwie ósemki i dwie szóstki. W domu przyjęto moje świadectwo z zadowoleniem; moi rodzice tym różnią się od innych, że nie przywiązują aż tak wielkiej wagi do stopni. Nigdy nie przejmują się świadectwami. Dobre to dobre, złe to złe. O ile jestem zdrowa, szczęśliwa i nie za bardzo pyskata, to dobra nasza. Jeżeli te trzy rzeczy są w porządku, to reszta przyjdzie sama.

Ja mam do tego zupełnie inny stosunek. Nie chcę być złą uczennicą. Zostałam przyjęta do Żydowskiego Liceum warunkowo. Miałam nadal chodzić do szkoły Montessori, ale kiedy wyszło rozporządzenie, że żydowskie dzieci mają uczęszczać do żydowskich szkół, pan Elte w końcu się zgodził i po trudnych i wyczerpujących negocjacjach przyjął mnie i Lies Goslar. Lies także przeszła do następnej klasy roku, choć musiała zdawać trudny egzamin poprawkowy z geometrii.

Biedna Lies. Niełatwo jej uczyć się w domu. Ma małą siostrzyczkę, rozpieszczoną dwuletnią Gabi, która stale bawi się w jej pokoju. Jeżeli ktoś próbuje jej czegoś zabronić, natychmiast zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy, a kiedy Lies się nią nie zajmuje, to zaczyna krzyczeć pani Goslar. Tak więc Lies nie ma lekko, gdy przychodzi do odrabiania lekcji. Jeśli to się nie zmieni, niewiele pomogą korepetycje, które musi brać. W ogóle dom i rodzina Lies to jakieś nieszczęście. Dziadkowie ze strony matki mieszkają bramę obok, ale jedzą razem z rodziną. Do tego dochodzi służąca, dziecko, stale roztargniony, ciągle nieobecny pan Goslar i nieustannie podminowana i zdenerwowana pani Goslar, która spodziewa się kolejnego dziecka. Lies, która na dodatek ma dwie lewe ręce, zupełnie nie radzi sobie w tym kłębowisku.

Moja siostra Margot też dostała świadectwo, jak zwykle wspaniałe. Gdyby istniało u nas Cum laude[4], to na bank dostałaby to wyróżnienie. Orzeł jak nic.

Ojciec ostatnio dużo przebywa w domu. W firmie nie ma nic do roboty. To musi być okropne poczucie, że jest się niepotrzebnym. Firmę Opekta przejął pan Kleiman, a pan Kugler został właścicielem Gies & Co., przedsiębiorstwa zajmującego się przyprawami korzennymi i ich surogatami, które zostało założone w 1941 roku.

Kilka dni temu, gdy spacerowaliśmy wokół pobliskiego placu, tato zaczął mówić o konieczności ukrycia się. Mówił, że będzie nam bardzo ciężko żyć w odcięciu od reszty świata. Spytałam go, dlaczego zaczyna mówić o tym właśnie teraz.

– No cóż, Anne – odparł – wiesz przecież, że od ponad roku przemycamy ubrania i meble do innych ludzi. Nie chcemy, żeby nasz dobytek dostał się w ręce Niemców. Nie chcemy też sami wylądować w ich klatkach. Opuścimy więc to miejsce z własnej woli, nie czekając, aż po nas przyjdą.

– Tato, ale kiedy? – Mówił tak poważnie, że wystraszyłam się nie na żarty.

– Nie masz się czym martwić, córeczko. Dopilnujemy wszystkiego. A ty ciesz się beztroskim życiem, póki jeszcze możesz.

I tyle. Och, żeby te słowa długo jeszcze się nie spełniły.

Dzwonek do drzwi. To Hello. Muszę kończyć.

ŚRODA, 8 LIPCA 1942

Najdroższa Kitty,

mam wrażenie, że od niedzielnego poranka minęły lata. Tyle się wydarzyło. Jakby cały świat przewrócił się do góry nogami. Ale jak widzisz, Kitty, nadal żyję i to się tylko liczy, jak mawia mój tato. To, że żyję, jest faktem, ale nie pytaj gdzie i jak. Prawdopodobnie nie rozumiesz ani słowa z tego, co dzisiaj mówię. Zacznę więc od opowiedzenia, co stało się w niedzielę po południu.

O trzeciej (Hello już wyszedł, ale miał jeszcze wrócić) odezwał się dzwonek. Nie usłyszałam go, bo byłam na balkonie, i wygrzewając się leniwie na słońcu, czytałam. Chwilę później w drzwiach kuchennych stanęła rozdygotana Margot.

– Z SS przyszło wezwanie dla taty – wyszeptała. – Mama poszła już do pana van Daana. (Pan van Daan jest wspólnikiem taty i jego dobrym znajomym).

Oniemiałam. Każdy wie, co oznacza takie wezwanie na SS. Przez głowę przemknęła mi wizja obozów koncentracyjnych i ziejących chłodem cel. Jak mogłybyśmy pozwolić, by ojca spotkał taki los?

– On oczywiście nigdzie nie pójdzie – oświadczyła Margot, gdy czekałyśmy w salonie na powrót mamy. – Mama poszła do van Daanów zapytać, czy jutro nie moglibyśmy przenieść się do naszej kryjówki. Oni będą się ukrywać razem z nami. W sumie będzie nas siedem osób.

Cisza. Nie byłyśmy w stanie dalej rozmawiać. Myśl o tacie poza domem odwiedzającym kogoś w żydowskim szpitalu i zupełnie niezorientowanego w tym, co się dzieje, długie czekanie na mamę, upał i napięcie, wszystko to odebrało nam ochotę do rozmowy.

Wtem znów rozległ się dzwonek.

– To Hello – powiedziałam.

– Nie otwieraj! – wykrzyknęła Margot, by mnie powstrzymać. Ale nie było to konieczne, bo za chwilę usłyszałyśmy na dole głosy mamy i pana van Daana rozmawiających z Hello, a potem dwoje z nich weszło do środka, zamykając drzwi za sobą. Za każdym razem, gdy zadzwonił dzwonek, albo Margot, albo ja musiałyśmy schodzić na paluszkach na dół, żeby sprawdzić, czy to nie tato, i nie wpuścić nikogo innego. Mama odesłała nas do siebie, ponieważ pan van Daan chciał porozmawiać z mamą w cztery oczy.

Kiedy siedziałyśmy same w sypialni, Margot powiedziała mi, że wezwanie było wystawione nie na tatę, a na nią. Jeden szok po drugim sprawił, że zaczęłam płakać. Margot ma szesnaście lat, najwyraźniej chcą wysyłać dziewczyny w jej wieku bez rodziców. Ale, dzięki Bogu, nigdzie nie pojedzie. Tak powiedziała mama i do tego zapewne odnosiły się słowa taty, gdy ze mną rozmawiał o tym, że będziemy się ukrywać. Ukrywać... gdzie się ukryjemy? W mieście? Na wsi? W domu? W szałasie? Kiedy, gdzie, jak...? Były to pytania, których nie powinnam zadawać, ale które przez cały czas mnie nurtowały.

Razem z Margot zaczęłyśmy pakować do szkolnej torby nasze najważniejsze drobiazgi. Pierwszą rzeczą, jaką do niej włożyłam, był oczywiście dziennik, a potem wałki do włosów, chusteczki do nosa, książki do szkoły, grzebień i plik starych listów. Zaaferowana myślą o czekającym nas ukrywaniu się, pakowałam do torby najbardziej niedorzeczne przedmioty, ale niczego nie żałuję. Wspomnienia znaczą dla mnie więcej niż sukienki.

Około siedemnastej tato wreszcie wrócił do domu. Zadzwoniliśmy do pana Kleimana, by spytać, czy mógłby przyjść do nas wieczorem. Van Daan wyszedł i przyprowadził Miep. Przyszła, zabrała torbę pełną butów, sukienek, żakietów, bielizny i pończoch i obiecała, że jeszcze tego wieczora wróci. Po jej wyjściu zrobiło się w domu cicho i nikt z nas nie miał ochoty na kolację. Nadal czuło się upał i wszystko było straszne.

Nasz duży pokój na górze wynajęliśmy niejakiemu panu Goldschmidtowi, rozwodnikowi w wieku około trzydziestu paru lat, który najwyraźniej nie miał tego wieczora nic do roboty, bo mimo naszych grzecznych aluzji przesiedział u nas prawie do dziesiątej.

Miep i Jan Gies przyszli o jedenastej. Miep, która pracuje w firmie ojca od 1933 roku, stała się jedną z jego najbardziej zaufanych osób, podobnie jak jej mąż Jan. Raz jeszcze buty, pończochy, książki i bielizna znikały w torbie Miep i głębokich kieszeniach Jana. Wyszli od nas o jedenastej trzydzieści.

Byłam śmiertelnie zmęczona, i chociaż wiedziałam, że to ostatnia noc w moim własnym łóżku, usnęłam prawie natychmiast. Dopiero o wpół do szóstej obudziła mnie mama. Na szczęście nie było tak gorąco jak w niedzielę. Przez cały dzień padał ciepły deszcz. Cała nasza czwórka włożyła na siebie tyle warstw odzieży, jakbyśmy mieli nocować w lodówce. Chodziło o to, żeby zabrać ze sobą jak najwięcej. Żaden Żyd w naszej sytuacji nie odważyłby się opuścić mieszkania z walizką pełną ubrań. Miałam na sobie dwie koszulki, trzy pary majtek, sukienkę i nałożoną na nią spódnicę, żakiet, płaszcz przeciwdeszczowy, dwie pary pończoch, ciężkie buty, czapkę, szalik i parę innych rzeczy. Zaczęłam się w tym dusić, zanim jeszcze wyszliśmy z domu, ale nikt nawet nie zapytał, jak się czuję.

Margot wypchała swoją szkolną torbę podręcznikami, poszła po rower i razem z Miep, która wskazywała drogę, odjechała ku wielkiej niewiadomej. W każdym razie tak właśnie myślałam, ponieważ nadal nie wiedziałam, gdzie mieści się nasza kryjówka.

O siódmej trzydzieści my również zamknęliśmy za sobą drzwi. Jedyną żywą istotą, z którą mogłam się pożegnać, była moja kotka Moortje. Zgodnie z notką, którą zostawiliśmy panu Goldschmidtowi, mieli ją zabrać sąsiedzi i zapewnić jej przyjazny dom.

Nagie łóżka bez pościeli, zastawa śniadaniowa na stole, funt mięsa dla kota w kuchni – wszystko to stwarzało wrażenie, że opuściliśmy dom w popłochu. Nas jednak mało interesowały wrażenia. Jedyne, czego chcieliśmy, to wydostać się stamtąd, uciec i bezpiecznie dotrzeć do naszej kryjówki. Nie liczyło się nic innego.

Jutro dalszy ciąg.

Twoja Anne

CZWARTEK, 9 LIPCA 1942

Najdroższa Kitty,

szliśmy tak w ulewnym deszczu, tata, mama i ja, każde z nas z torbą na ramię i torbą na zakupy załadowanymi po brzegi bez ładu i składu, czym tylko się dało. Po drodze udający się o tej wczesnej porze do pracy ludzie rzucali nam pełne współczucia spojrzenia, z ich twarzy dało się wyczytać, że jest im przykro, iż nie mogą nam w jakiś sposób pomóc, na przykład zaoferować transportu. Nasze żółte gwiazdy były aż nadto wymowne.

Dopiero kiedy szliśmy już w dół ulicy, rodzice wtajemniczyli mnie, kawałek po kawałku, na czym polegać ma nasz plan ukrywania się. Całymi miesiącami wynosili z domu tyle mebli i odzieży, ile tylko się dało. Pierwotny plan przewidywał przeprowadzkę do kryjówki 16 lipca, jednak z powodu wezwania dla Margot trzeba było całą sprawę przyspieszyć o dziesięć dni, wskutek czego będziemy musieli zadowolić się gorzej przygotowanym lokum.

Kryjówka mieściła się w budynku taty biura. Niewtajemniczonym może być dość ciężko to zrozumieć, więc wyjaśnię. Tato nie zatrudniał zbyt wielu pracowników. W jego firmie pracowali panowie Kuglera i Kleiman, Miep i dwudziestotrzyletnia maszynistka Bep Voskuijl. Wszyscy byli poinformowani o naszych planach. W magazynie pracuje ojciec Bep, pan Voskuijl i jego dwóch pomocników, którzy nie zostali wtajemniczeni.

Podaję plan budynku. Obszerny magazyn na parterze służy jako warsztat i jako skład. Podzielony jest na wiele mniejszych pomieszczeń, takich jak właśnie skład, mielarnia, gdzie mielony jest cynamon, goździki i substytut pieprzu.

Obok drzwi do magazynu znajdują się jeszcze jedne drzwi wejściowe, oddzielne wejście do biura. W środku, tuż za drzwiami do biura, są drugie drzwi, a za nimi schody. Na górze dochodzi się do jeszcze jednych drzwi z matową szybą, na których widnieje napis „Kantor” wydrukowany czarnymi literami. Jest to wielkie frontowe biuro – bardzo przestronne, bardzo jasne i bardzo zagracone. W ciągu dnia pracują tam Bep, Miep i pan Kleiman. Po minięciu niewielkiego gabinetu z sejfem, szafą ubraniową i wielką szafą na akta dociera się do małego, ciemnego, zatęchłego pokoju biurowego. Dawniej zajmowali go panowie Kugler i van Daan, ale obecnie urzęduje tam już tylko pan van Daan. Do pokoju pana Kuglera można dostać się z korytarza, ale jedynie przez oszklone drzwi, które da się otworzyć od wewnątrz, a od zewnątrz jedynie z trudem. Jeśli wyjdziemy z biura pana Kuglera i udamy się długim wąskim korytarzem obok komórki na węgiel, pokonamy cztery schodki do góry, znajdziemy się w kantorze prywatnym, wizytówce całego budynku. Eleganckie mahoniowe meble, linoleum i dywany na podłodze, radio, fantazyjna lampa, wszystko najlepszej jakości. Następne drzwi to przestronna kuchnia z termą do wody i dwa palniki gazowe, a obok ubikacja. Tak wygląda pierwsze piętro.

Z korytarza na parterze na drugie piętro prowadzą drewniane schody. Na ich szczycie, po obu stronach znajdują się drzwi. Te po lewej prowadzą do składu przypraw korzennych na poddasze i strych we frontowej części budynku. Typowo holenderskie, bardzo strome, doskonałe do łamania kończyn stopnie także prowadzą z frontowej części domu do kolejnych drzwi otwierających się na ulicę.

Drzwi na prawo wiodą do „Tajnego Aneksu” w tylnej części budynku. Nikt nie podejrzewałby, że za tymi prostymi, szarymi skrzydłami może mieścić się tyle pomieszczeń. Żeby wejść przez drzwi frontowe, wystarczy pokonać tylko jeden mały schodek. Na wprost znajdują się strome stopnie. Po lewej stronie biegnie wąski korytarz prowadzący do pokoju, który służy rodzinie Frank za salonik i sypialnię. Za następnymi drzwiami mieści się mniejszy pokój, sypialnia i pomieszczenie do nauki w jednym dla dwóch młodych dam: Margot i mnie. Na prawo od schodów znajduje się „łazienka”, klitka bez okna i zlew. Narożne drzwi prowadzą do ubikacji, a następne do pokoju dziewcząt, czyli do mnie i Margot. Jeżeli wejdziesz schodami na górę i otworzysz znajdujące się na ich szczycie drzwi, to staniesz jak wryty na widok tak dużego, jasnego, przestronnego pomieszczenia, którego nie sposób było się domyślać w takim starym gmachu przy kanale. Jest tam kuchenka gazowa (dzięki temu, że wcześniej było tu laboratorium Kuglera) i zlew. To będzie kuchnia i sypialnia państwa van Daan, a także pokój dzienny, jadalnia i gabinet dla naszej czwórki. Maleńki pokój przejściowy ma być sypialnią Petera van Daana. Dalej, tak jak we frontowej części budynku, jest tam poddasze i strych. No i tak to wygląda. Teraz już opisałam Ci całość naszego ślicznego Aneksu!

Twoja Anne

PIĄTEK, 10 LIPCA 1942

Najdroższa Kitty,

prawdopodobnie nieco Cię znudziłam tym przydługim opisem naszego mieszkania, ale nadal uważam, że powinnaś wiedzieć, gdzie ostatecznie wylądowałam i jak się tutaj znalazłam; no i tego dowiesz się z kolejnych moich listów.

Najpierw jednak pozwól mi kontynuować opowiadanie, ponieważ, jak wiesz, jeszcze nie skończyłam. Jak tylko przybyliśmy na ulicę Prinsengracht 253, Miep prędko poprowadziła nas długim korytarzem i drewnianymi schodami prosto na piętro do Aneksu. Natychmiast wyszła i zamknąwszy drzwi za sobą, zostawiła nas samych. Margot przyjechała dużo wcześniej na rowerze i już na nas czekała.

Nasz pokój dzienny i wszystkie pozostałe pomieszczenia były tak zagracone, że nie znajduję słów, żeby to opisać. Tekturowe pudła, które przysłano do biura w ciągu ostatnich kilku miesięcy, walały się po całej podłodze i zajmowały łóżka. Mały pokój zapchany był od podłogi do sufitu pościelą. Jeżeli pierwszej nocy chcieliśmy spać w normalnie pościelonych łóżkach, trzeba było brać się do roboty i robić porządki. Mama i Margot nie były w stanie ruszyć nawet palcem. Leżały na gołych materacach, zmęczone i nieszczęśliwe, ale tata i ja, dyżurne sprzątaczki w rodzinie, ostro zabraliśmy się do roboty.

Przez cały dzień wypakowywaliśmy nasze rzeczy z pudeł do szaf, przybijaliśmy gwoździe i sprzątaliśmy, aż padliśmy krańcowo zmęczeni na czysto zaścielone posłania. Przez cały dzień nie jedliśmy ciepłego posiłku, ale co tam, mama i Margot były zbyt zmęczone i podminowane, by coś jeść, a tato i ja – zbyt zajęci.

We wtorek rano zaczęliśmy tam, gdzie skończyliśmy poprzedniej nocy. Bep i Miep poszły na zakupy z naszymi kartkami na żywność. Tata montował ekrany zaciemniające okna, my szorowałyśmy posadzkę w kuchni i znowu od rana do wieczora byliśmy zajęci. Do środy nie miałam czasu, żeby zastanawiać się nad ogromną zmianą, jaka zaszła w moim życiu. Wtedy to po raz pierwszy od czasu, kiedy przybyliśmy do naszego Tajnego Aneksu, znalazłam chwilę, żeby opowiedzieć Ci o niej i żeby zdać sobie sprawę, co się zdarzyło i co jeszcze miało mi się przydarzyć.

Twoja Anne

SOBOTA, 11 LIPCA 1942

Najdroższa Kitty,

tata, mama i Margot nadal nie mogą przywyknąć do bicia zegara Westertoren, który podaje nam czas co piętnaście minut. Ja, wręcz przeciwnie, polubiłam go od samego początku, zwłaszcza w nocy – jego dźwięk wzbudza we mnie ufność. Ty z pewnością chciałabyś wiedzieć, jak się czuje osoba, która musi się ukrywać. No cóż, na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że sama nie wiem. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mogła w tym miejscu poczuć się jak w domu, ale nie oznacza to, że go nienawidzę. To przypomina trochę pobyt na wczasach w jakimś dziwnym pensjonacie. Może to trochę dziwne spojrzenie na życie w ukryciu, ale tak się rzeczy mają. Aneks jest idealnym miejscem na kryjówkę. No może jest tu wilgotno i niezbyt równo, ale prawdopodobnie w całym Amsterdamie, ba w całej Holandii nie ma wygodniejszego miejsca do ukrywania się.

Do tej pory nasza sypialnia z gołymi ścianami zionęła chłodem. Dzięki tacie, który zawczasu zabrał tutaj całą moją kolekcję pocztówek i zdjęć gwiazd filmowych, a także dzięki pędzelkowi i puszce kleju mogłam udekorować ściany fotografiami. Teraz jest tutaj znacznie weselej. Kiedy dołączą van Daanowie, będziemy mogli zrobić z drewna zalegającego na strychu jakieś szafki na ściany i inne użyteczne drobiazgi.

Margot i mama jakoś w końcu doszły do siebie. Wczoraj mama poczuła się na tyle dobrze, że po raz pierwszy wzięła się za gotowanie grochówki, ale gdy zeszła na dół, by porozmawiać, zapomniała o zupie na śmierć. Groch się przypalił na czarno i nie można było go zeskrobać z dna garnka.

Wieczorem poszliśmy we czwórkę do kantoru prywatnego posłuchać angielskiego radia. Tak się bałam, że ktoś może nas podsłuchać, że dosłownie błagałam tatę, żeby zabrał mnie z powrotem na górę. Mama lepiej zrozumiała moje obawy i poszła ze mną. Bez względu na to, co robimy, towarzyszy nam wielka obawa, że ktoś może nas usłyszeć lub zobaczyć. Już pierwszego dnia zabraliśmy się za szycie zasłon. W zasadzie to nie bardzo zasługują na tę nazwę, ponieważ to nic innego jak skrawki materiału różniące się kształtem, jakością i wzorem, które tato i ja pozszywaliśmy niezbyt prosto, niewprawnymi palcami. Te nasze dzieła sztuki zostały poprzyczepiane pinezkami do ram okiennych, gdzie zostaną aż do opuszczenia przez nas kryjówki.

Budynek po naszej prawej stronie to filia firmy Keg z Zaandam, a po lewej znajduje się stolarnia. Chociaż zatrudnionych tam ludzi nie ma na terenie zakładów po godzinach pracy, to odgłosy dochodzące od nas mogłyby przenikać przez ściany. Zabroniliśmy Margot kaszleć w nocy, mimo że zmaga się z ciężkim przeziębieniem, i dajemy jej duże dawki kodeiny.

Nie mogę się już doczekać przybycia państwa Daanów, które zostało ustalone na wtorek. Będzie bardziej wesoło, no i na pewno nie tak cicho. Mówię Ci, że to przez tę ciszę wieczorem i w nocy staję się taka nerwowa i wiele bym dała, żeby któryś z naszych pomocników spał już tutaj z nami.

Tak naprawdę nie jest tutaj tak źle, skoro możemy sobie tutaj gotować i słuchać radia w biurze taty. Tak wiele zawdzięczamy pomocy pana Kleimana i Miep, a także Bep Voskuijl. Przygotowaliśmy na zimę ogromne zapasy rabarbaru, truskawek i wiśni i myślę, że na razie nie będziemy się tu nudzić. Mamy też co czytać i planujemy kupić mnóstwo gier. Nie możemy, rzecz jasna, wyglądać przez okna czy wychodzić na zewnątrz. No i musimy być cicho, żeby ludzie na dole nas nie usłyszeli.

Wczoraj mieliśmy mnóstwo roboty. Drylowaliśmy dwie skrzynki wiśni, żeby pan Kugler zamknął je w weki. Z pustych skrzynek zrobimy półki na książki.

O, ktoś mnie woła.

Twoja Anne

DOPISEK ZROBIONY PRZEZ ANNE 28 WRZEŚNIA 1942

Fakt, że nie można wyjść na dwór, doskwiera mi bardziej, niż jestem w stanie to wyrazić, i potwornie się boję, że zostaniemy odkryci, a następnie rozstrzelani. To dość ponura perspektywa.

NIEDZIELA, 12 LIPCA 1942

Miesiąc temu wszyscy byli dla mnie tacy mili z powodu moich urodzin, a teraz codziennie czuję, jak nasze drogi z mamą i Margot się rozchodzą. Pracowałam przez cały dzień za dwóch i bardzo mnie chwaliły, ale już po pięciu minutach znowu zaczynają się czepiać.

Bez trudu można dostrzec różnicę w sposobie, w jaki rodzice traktują Margot, a w jaki mnie. Na przykład Margot zepsuła odkurzacz i z tego powodu byliśmy bez światła przez resztę dnia. Mama skomentowała to:

– No cóż, Margot, nietrudno zauważyć, że nie jesteś przyzwyczajona do pracy, inaczej wiedziałabyś, że wtyczki nie wyciąga się z gniazdka, ciągnąc za kabel.

Margot bąknęła coś pod nosem i było po sprawie.

Ale dzisiaj po południu, kiedy chciałam coś poprawić na liście zakupów mamy, bo jej pismo jest niewyraźne, to mi nie pozwoliła. Znów zostałam skarcona i na dodatek do dyskusji włączyła się reszta rodziny.

Zupełnie do nich nie pasuję i w ciągu ostatnich kilku tygodni miałam okazję odczuć to dość wyraźnie. Są tacy sentymentalni, będąc razem, ja zaś wolę być sentymentalna na własne konto. W kółko powtarzają, jak to miło być we czwórkę, i że tak świetnie się rozumiemy. Nawet przez myśl im nie przejdzie, że ja wcale tego tak nie widzę.

Tylko tato mnie od czasu rozumie, chociaż zazwyczaj trzyma stronę mamy i Margot. Inna sprawa, że nie mogę znieść, gdy rozmawiają o mnie przy obcych, mówiąc o tym, że płakałam albo jak rozsądnie się zachowuję. To okropne. Czasami wspominają także Moortje, co jest ponad moje siły. Moortje to mój czuły punkt. Tęsknię za nią i nie ma takiej chwili, kiedy o niej nie myślę, a jak już myślę, to zawsze ze łzami w oczach. Moortje jest taka słodka, kocham ją i ciągle mam nadzieję, że do nas wróci.

Często oddaję się marzeniom, ale rzeczywistość jest taka, że pewnie będziemy musieli tu zostać do czasu zakończenia wojny. Nie wolno nam nigdzie wyjść, a jedyni goście, na jakich możemy liczyć, to Miep, jej mąż Jan, Bep Voskuijl, pan Kugler, pan i pani Kleiman, choć ta ostatnia jeszcze u nas nie była, gdyż uważa, że jest to zbyt niebezpieczne.

DOPISEK ZROBIONY PRZEZ ANNE WE WRZEŚNIU 1942

Tata jest zawsze taki kochany. Rozumie mnie doskonale i bardzo chciałabym móc czasami porozmawiać z nim tak od serca, bez tego mojego wybuchania płaczem. Ale to chyba ma coś wspólnego z moim wiekiem. Chciałabym spędzać cały czas na pisaniu, jednak to najpewniej stałoby się nudne.

Do tej pory ten dziennik służył jedynie do zapisywania moich myśli. Nadal nie zabrałam się za opisywanie w nim humorystycznych zdarzeń – czegoś, co będzie się odczytywać później na głos. W przyszłości zamierzam poświęcać mniej czasu na rozmyślania i więcej na sprawy konkretne.

PIĄTEK, 14 SIERPNIA 1942

Droga Kitty,

opuściłam Cię na cały miesiąc, ale tak niewiele się wydarzyło, że trudno było dzień po dniu wybrać coś godnego wzmianki. Van Daanowie przybyli 13 lipca. Myśleliśmy, że zjawią się czternastego, ale od trzynastego do szesnastego Niemcy rozsyłali wezwania na wszystkie strony, wywołując tym powszechną panikę, więc van Daanowie uznali, że bezpieczniej będzie opuścić dom dzień wcześniej niż dzień później.

Peter van Daan zjawił się o wpół do dziesiątej (kiedy nadal jedliśmy śniadanie). Niebawem skończy szesnaście lat, jest nieśmiałym i niezdarnym chłopakiem, po którego obecności z nami niewiele sobie obiecuję. Państwo van Daanowie przyszli pół godziny później. Ku naszej wielkiej uciesze pani van Daan przyniosła ze sobą pudło na kapelusze, a w nim pokaźny nocnik.

– Bez tego nocnika nigdzie nie czuję się jak u siebie w domu! – wykrzyknęła i była to pierwsza rzecz, która znalazła swoje stałe miejsce pod otomaną.

Pan van Daan zamiast nocnika przytaszczył pod pachą składany stolik do herbaty.

Od pierwszego dnia jedliśmy wszystkie posiłki razem i po trzech dniach czuło się, że nasza siódemka stała się jedną wielką rodziną. Rozumie się samo przez się, że van Daanowie mieli nam mnóstwo do opowiedzenia o tygodniu, który spędziliśmy z dala od cywilizacji. Interesowały nas szczególnie losy naszego mieszkania i pana Goldschmidta.

Oto co przekazał nam pan van Daan:

– W poniedziałek rano o godzinie dziewiątej zadzwonił pan Goldschmidt i spytał, czy mógłbym do niego przyjść. Udałem się tam natychmiast. Gdy przyszedłem, pan Goldschmidt był mocno podenerwowany. Pokazał mi notkę, którą zostawiliście mu przed opuszczeniem domu. Zgodnie z instrukcją planował zabrać kota do sąsiadów, co i moim zdaniem było dobrym pomysłem. Obawiał się, że w domu będzie rewizja, więc starannie sprawdziliśmy wszystkie pokoje, zrobiliśmy prządki tu i ówdzie i uprzątnęliśmy ze stołu naczynia śniadaniowe. Nieoczekiwanie znalazłem kartkę z notesu pani Frank z zapisanym w nim adresem w Maastricht. Chociaż wiedziałem, że pani Frank zostawiła kartkę celowo, udawałem przerażonego i błagałem pana Goldschmidta, żeby spalił ten obciążający ją świstek papieru. Zaklinałem się, że nic nie wiem o waszym zniknięciu, ale że ten adres nasunął mi pewną myśl. „Panie Goldschmidt – powiedziałem – no niech mnie gęś..., ale już wiem, z czym kojarzyć ten adres. Mniej więcej pół roku temu do naszego biura przyszedł wysoki rangą oficer. Jak się zdaje, on i pan Frank dorastali razem. Obiecywał panu Frankowi pomoc, jeżeli zaszłaby taka konieczność. O ile sobie dobrze przypominam, to on stacjonował w Maastricht. Sądzę, że ten oficer dotrzymał słowa i planuje jakimś sposobem pomóc rodzinie przedostać się do Belgii, a stamtąd do Szwajcarii. Nie ma potrzeby taić tego przed znajomymi, którzy ewentualnie przyjdą pytać o państwa Franków, choć można darować sobie ten fragment o Maastricht”.

To powiedziawszy, wyszedłem. Tę właśnie historię usłyszała większość waszych znajomych. Wiem, bo słyszałem ją później od kilku innych ludzi.

Uznaliśmy tę opowieść za bardzo zabawną, ale śmialiśmy się jeszcze więcej, gdy pan van Daan powiedział nam, jak bujną wyobraźnię potrafią mieć co poniektórzy. I tak pewna rodzina z Merwedeplein widziała całą naszą czwórkę pedałującą wczesnym rankiem na rowerach. Inna znów kobieta była absolutnie przekonana, że widziała, jak w środku nocy załadowywano nas do jakiegoś wojskowego pojazdu.

Twoja Anne

PIĄTEK, 21 SIERPNIA 1942

Teraz nasz Tajny Aneks stał się naprawdę tajny. Ponieważ w tak wielu domach przeprowadzane są rewizje w poszukiwaniu rowerów, pan Kugler wpadł na pomysł, że lepiej będzie, jeśli funkcję drzwi będących wejściem do naszej kryjówki przejmie regał na książki. Będzie on poruszał się na zawiasach jak normalne drzwi. Robotę stolarską wykonał pan Voskuijl. (Został on wtajemniczony, że cała nasza siódemka się ukrywa, i jest nam niezmiernie pomocny).

Teraz, gdy chcemy zejść na dół, musimy najpierw kucnąć, a potem skoczyć. Po pierwszych trzech dniach chodziliśmy wszyscy z guzami na czole od walenia głowami w obniżoną futrynę. Teraz Peter przybił u góry worek z ręcznika napchany wiórami. Zobaczymy, na ile to pomoże!

Nie za bardzo poświęcam czas na materiał szkolny. Do września zrobiłam sobie wakacje. Właśnie wtedy ojciec planuje zacząć dawać mi lekcje, ale musimy najpierw kupić książki.

W sumie to nie za wiele się tu dzieje. Wczoraj odbyło się mycie głowy Petera, ale to przecież nie sensacja. Państwo van Daan stale drą ze sobą koty. Mama niezmiennie traktuje mnie jak niemowlaka, co strasznie działa mi na nerwy. Co do reszty, to jest trochę lepiej. Choć nie sądzę, żeby dotyczyło to Petera. Ten obleśny młodzian, który wyleguje się całymi dniami, czasami wstaje, gdy jest jakaś robótka stolarska, ale zaraz potem znów maszeruje do wyrka. Totalny cymbał!

Rankiem mama poczęstowała mnie kolejnym ze swoich okropnych kazań. W zasadzie to różnimy się w każdej sprawie. Tato jest taki kochany. No, zdarza mu się na mnie zezłościć, ale jego gniew nigdy nie trwa dłużej niż pięć minut.

Tam na dworze jest piękny, upalny dzień i mimo wszystkich niedogodności staramy się korzystać z pogody, wylegując się na składanym łóżku na poddaszu.

Twoja Anne

DOPISEK DODANY PRZEZ ANNE 21 WRZEŚNIA 1942

Pan van Daan jest dla mnie ostatnio słodki jak cukierek. Nie powiem, żeby mi to jakoś przeszkadzało.

ŚRODA, 2 WRZEŚNIA 1942

Najdroższa Kitty,

pomiędzy panią i panem van Daan doszło właśnie do karczemnej awantury. Jak żyję, nie widziałam czegoś podobnego. Przecież moim rodzicom nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby tak na siebie wrzeszczeć. Poszło o taki drobiazg, że nawet nie wydaje się celowe, żeby marnować nań choćby jedno słowo. No dobra, co kto lubi.

Oczywiście to bardzo trudna sytuacja dla Petera, który dostaje się w sam środek piekła, z tym że nikt już tu nie traktuje Petera poważnie, bo nie dość, że leń, to jeszcze do tego hipochondryk. Wczoraj ze zmartwienia odchodził od zmysłów, ponieważ język miał barwę niebieską, a nie różową. To niespotykane zjawisko zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. Dzisiaj chodzi z grubym szalem na szyi, bo zesztywniał mu kark. Jego Wysokość narzekał także na lumbago. Nieobce mu także bóle serca, nerek i płuc. Hipochondryk jak nic! (No chyba tak to się nazywa, prawda?)

Między mamą a panią van Daan często dochodzi do spięć. Powodów do tarć nie brakuje. Dam Ci jeden drobny przykład: pani D. wyjęła ze wspólnej bieliźniarki wszystkie swoje prześcieradła, poza trzema. Wychodzi z założenia, że prześcieradeł mamy mogą używać obie rodziny. Nieco się zdziwi, gdy zauważy, że mama poszła za jej przykładem.

Do tego wyraźnie ma za złe, że używamy jej zastawy stołowej zamiast naszej. Próbuje dociec, co zrobiliśmy z naszymi talerzami, a tymczasem znajdują się one znacznie bliżej, niż mogłaby przypuszczać, ponieważ są popakowane w tekturowe pudła, które stoją na strychu, za stertą materiałów reklamowych firmy Opekta. Do czasu kiedy pozostaniemy w ukryciu, do talerzy tych nie będzie miała dostępu. Ponieważ mnie się zawsze coś przytrafia, to bardzo dobry pomysł. Wczoraj zbiłam jedną z miseczek do zupy pani van D.

– No nie! – zawołała ze złością w głosie. – Nie możesz bardziej uważać? To była ostatnia, jaką miałam!

Musisz wiedzieć, Kitty, że obie panie tragicznie mówią po niderlandzku (nie wspomnę o panach, żeby się na śmierć nie obrazili). Gdybyś choć raz usłyszała ten bełkot, to padłabyś ze śmiechu. Daliśmy sobie spokój z wytykaniem im ich błędów, ponieważ poprawianie dorosłych i tak do niczego nie prowadzi. Ilekroć cytuję mamę lub panią van Daan, piszę poprawnie, zamiast próbować podawać dwie wersje – po ichniemu i po niderlandzku.

W zeszłym tygodniu mieliśmy małe urozmaicenie w naszym codziennym, szarym życiu. Wszystko dzięki Peterowi i książce o kobietach. Trzeba dodać, że Margot i Peter mogą już czytać prawie wszystkie lektury, jakie wypożycza nam pan Kleiman. Dorośli woleli tę akurat trzymać tylko dla siebie i to natychmiast wzbudziło ciekawość Petera. Jakiż to zakazany owoc zawiera? Potajemnie wykradł ją swojej mamie, kiedy rozmawiała na dole, i wyniósł się ze swoim łupem na strych. Przez dwa dni panowała na ten temat cisza. Pani van Daan wiedziała, co zrobił, ale nie pisnęła ani słówkiem, czekając, aż zorientuje się jej mąż. Gdy pan Daan się dowiedział, mocno się zirytował, zabrał książkę i myślał, że już po sprawie. Jednak nie docenił ciekawości swego syna. Peter, zupełnie niezrażony zdecydowaną reakcją ojca, zaczął obmyślać sposoby, jak przeczytać do końca tę zajmującą lekturę.

W międzyczasie pani van D. poprosiła o opinię naszą mamę. Mama uważa, że książka nie jest odpowiednia dla Margot, ale nie stanie się nic złego, jeżeli dziewczyna będzie czytać pozostałe.

– Widzi pani – powiedziała mama – jest duża różnica między Margot a Peterem. Po pierwsze, Margot jest dziewczyną, a dziewczyny są zawsze bardziej dojrzałe od chłopców. Po drugie, ona już czytała wiele poważnych książek i nie szuka rzeczy, które przestały być dla niej zabronione. Po trzecie, Margot jest znacznie bardziej rozsądna i rozwinięta umysłowo dzięki czteroletniej nauce w doskonałej szkole.

Pani van Daan zgodziła się z mamą, niemniej z przyczyn zasadniczych uważa, że nie należy pozwalać młodym na lekturę książek dla dorosłych.

Tymczasem Peter wymyślił sobie odpowiednią porę, kiedy nikt nie będzie się interesował ani nim, ani książką. O dziewiętnastej trzydzieści, kiedy cała rodzina słuchała radia, zabrał swój skarb i zaszył się na strychu. Powinien był wrócić stamtąd o ósmej trzydzieści, ale tak się zaczytał, że stracił rachubę czasu i gdy wreszcie schodził na dół, zderzył się w pokoju z ojcem. Scena, która nastąpiła potem, była nietrudna do przewidzenia: łup, trochę szarpaniny i książka wylądowała na stole, a Peter na strychu.

I tak się sprawy