36,90 zł
Połączyła ich miłość silniejsza niż klątwa. Rozdzieliła intryga zatruwająca serca i królestwa.
Lynthia trafia do słonecznej krainy – miejsca, które miało być jej wybawieniem, a stało się złotą klatką. Klucze do niej dzierży nieprzewidywalny, impulsywny książę. W labiryncie królewskich intryg i niedopowiedzianych legend dziewczyna traci grunt pod nogami. Komu może zaufać, gdy lojalność bywa tylko maską?
Tymczasem Nevril, rozdarty między obowiązkiem a uczuciem, nie potrafi pogodzić się z nagłym zniknięciem ukochanej. Nie przestaje szukać Lynthii, a blask jego pierścienia dodaje mu otuchy i nadziei, że elfka żyje. Mag rusza tropem, który obnaży przed nim źródło zdrady.
W cieniu władzy kryją się kłamstwa, a dawna magia budzi się do życia. Losy dwojga bohaterów splatają się w świecie pełnym intryg, dawnych klątw i sekretów skrywanych przez królewski ród Althei.
Jakie siły naprawdę rządzą słoneczną krainą?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 499
Rok wydania: 2025
Rozdział 1
Stał tam. Znowu wtym samym porcie, wktórym zaledwie dwa miesiące wcześniej tak bardzo zmieniło się jego życie. Nevril uciekał wtedy od zaaranżowanego małżeństwa. Chciał zaznać spokoju, spróbować przez jakiś czas być kimś innym niż księciem. Kolejnym powodem była nieodparta chęć zgłębienia tematu rozwijającej się wnim nieznanej magii. Szukał wiedzy, aznalazł coś, czego się nie spodziewał – miłość, której nie zdołał przy sobie zatrzymać.
Pora najgorszych upałów wAlthei dobiegła końca, temperatury wtrakcie dnia zdawały się znośne, anoce – przyjemnie chłodne. Wilgotność powietrza znacznie zmalała, więc dało się odetchnąć pełną piersią. Nevril nie umiał przywyknąć do przydługich włosów, lepiących się do spoconego karku, ścięcie ich poprzedniego dnia było więc dobrym pomysłem. Przeczesał fryzurę palcami izatęsknił za tym, jak Lynthia mierzwiła mu czuprynę. Na wspomnienie tych chwil zacisnął mocno szczęki; wżołądku poczuł nieprzyjemny ucisk.
Krótkie czarne kosmyki delikatnie poruszały się na wietrze ico rusz opadały na opalone czoło maga. Mimo muśniętej słońcem cery nie potrafił ukryć cieni pod oczami. Sińce towarzyszyły mu nieustannie od dwóch tygodni ibyły efektem bezsennych nocy.
Tego dnia rozpytywał odwie elfki, które mogły się pojawić wokolicy. Wziął na siebie bogate dzielnice blisko pałacu wRivennie, stolicy Althei. Zkolei Blair przeszukiwała rejony zamieszkałe przez pospólstwo. Miał nadzieję, że chociaż jej udało się trafić na jakiś ślad. Czekał na nią, siedząc na pomoście. Patrzył prosto przed siebie na bezkresne, niczym niewzburzone wody.
Skromna przystań odstawała od zwyczajowego wyobrażenia potężnego portu tętniącego życiem. Tutaj zacumowano jedynie prywatne statki jego rodziny oraz te należące do królewskich doradców ibogatych kupców. Wszelkie okręty handlowe itransportowe kursowały bowiem zVelsepii, gdzie utworzono jedno zwiększych targowisk, jakie wżyciu widział. Bliźniaczy port znajdował się niewiele dalej.
Tylko że Larezja nie słynęła zlegalnych interesów, aBrennanowie nie ingerowali wto, co się wniej działo, przymykając oko na czarny rynek. Bez problemów można było tam nabyć niebezpieczne substancje inarkotyki. Wmieście na każdym kroku można było się natknąć na burdel, aw karczmach przesiadywali płatni zabójcy, złodzieje iinne oprychy. Jeśli wierzyć plotkom, raz na jakiś czas pojawiał się handlarz żywym towarem, który zwoził niemagicznych zPołudnia. Kupowano ich bez zadawania pytań, aci biedacy trafiali na służbę lub do domów publicznych.
Nevril nigdy nie pojął, dlaczego król pozwalał na istnienie tak zepsutego, choć cieszącego się zadziwiająco dużą popularnością, miejsca. Zawsze uważał, że doradcy królewscy mogli być powiązani zróżnymi szemranymi interesami. Zwłaszcza że niektórzy zdawali się trzymać bardzo blisko królowej, ato nie wróżyło niczego dobrego.
Mag ukrył się za największym statkiem na skraju doków, gdzie strażnikowi pilnującemu porządku nie chciało się zaglądać. Siedział na końcu drewnianego molo znogami wiszącymi nad wodą iczekał na powrót swojej gwardzistki. Odkąd Dahlia iLynthia zniknęły, odchodził od zmysłów, ale wciąż tliła się wnim iskra nadziei. Obawiał się niestety, że po raz kolejny spotka go wyłącznie zawód.
Poniekąd zdążył się przyzwyczaić do tego uczucia ifaktu, że sam był rozczarowaniem dla własnej matki. Przed oczami stanął mu obraz ostatniego spotkania zIris.
– Znowu musiałam się tłumaczyć przed naszymi sojusznikami! Jak sądzisz, ile razy błagałam śmiertelników orozważenie ciebie jako narzeczonego dla jakiejkolwiek księżniczki? Oni cię nawet nie kojarzą! Tak bardzo nie przykładasz się do swoich obowiązków, że nawet nie mieli okazji ujrzeć cię na uroczystościach, na które nas zapraszano. Przynosisz hańbę swojemu ojcu iAlthei – wysyczała królowa zodrazą, mierząc Nevrila zdegustowanym spojrzeniem. – Tracę cierpliwość, synu.
Zamrugał energicznie, by odgonić przykre wspomnienie, kiedy to matka kolejny raz dała wyraz swojemu rozczarowaniu. Gdy wrócił zVelsepii, zajął się poszukiwaniami, ale musiał też być gotowy na liczne konfrontacje zkrólową. Iris przepełniała wściekłość zpowodu zmarnowanych pieniędzy wydanych na zorganizowanie ślubu iwstydu, jaki rzekomo spłynął na rodzinę królewską po tym, gdy Nevril zdnia na dzień przepadł. Wysłuchiwał pretensji, ponieważ sprawił, że matka wyszła na niepoważną monarchinię, niepotrafiącą utrzymać syna wryzach.
Nie przejęła się jego zniknięciem jako matka, nie zapytała, gdzie był ani czy nic mu się nie stało. Nie zainteresowała się też powodem ucieczki. Obchodziła ją tylko opinia innych.
Nevril się łudził, że Iris choć przez jakiś czas nie będzie szukać mu narzeczonej, arządzący królestwami śmiertelników tak bardzo gardzą magicznymi istotami, że nie wezmą pod uwagę proponowanego wten sposób sojuszu. Nie miał czasu zajmować się dwoma problemami jednocześnie. Musiał odnaleźć Lynthię choćby po to, aby prosto wtwarz powiedziała, dlaczego opuściła go bez słowa izłamała mu serce. Wiedział, że nie będzie wstanie zaznać spokojnego snu, dopóki się nie upewni, że elfka żyje ima się dobrze, nawet jeśli to by oznaczało, że świadomie skreśliła maga ze swojego życia.
Niebo nad nim pociemniało. Fioletowopurpurowy powoli zmieniał się wgranat.
Nevril pochylał się nad ciemną powierzchnią, nie dostrzegając już swojego odbicia. Patrzył wnicość, co pozwalało mu we wspomnieniach odtworzyć wydarzenia tamtego dnia. Kiedy po opuszczeniu okrętu elfki udały się po jedzenie, on pokłócił się zTristanem. Wygarnął gwardziście wszystko, co ciążyło mu na sercu, apo tej nieprzyjemnej wymianie zdań zakończyła się ich przyjaźń. Roland Galen mieszkał zkolei wLarezji, którą od Velsepii dzieliło zaledwie pół dnia drogi pieszo. Nie chciał więc czekać na posiłek, tylko pospieszył do domu. Reszta załogi po rozładowaniu statku również się rozeszła. Nevril został wtedy sam zBlair. Gdy czekali na Dahlię iLynthię, żadne znich nie podejrzewało, że te zniknęły.
Elfki nie wróciły, aoni spędzili kolejne trzy dni wporcie, szukając ich. Nikt nie rozpoznał opisu kobiet, który przedstawiali przechodniom isprzedawcom. Nie mógł zrozumieć, że tak po prostu przepadły. Zajrzeli przecież wkażdy zakamarek. Blair próbowała go powstrzymać od zatracenia się wposzukiwaniach ipostawiła do pionu przypomnieniem ojego statusie ikonieczności stwarzania pozorów przed poddanymi. Ponoć ludzie już plotkowali, że młodszy książę latał jak zgorączką za niewiastami, których nikt nie widział, przez co otrzymał łatkę durnego młodzieńca goniącego za wytworem wyobraźni.
Opuścili więc Velsepię iudali się do Larezji, wktórej również niczego się nie dowiedzieli. Podobnie było wokolicznych wioskach. Wstolicy zatem przyjął inną taktykę. Często wracał myślami do dnia, wktórym ich drogi się rozeszły, iwszystko po kolei analizował. Zastanawiało go, czy powiedział coś, co sprawiło, że Lynthia zdecydowała się odejść bez słowa. Wkońcu dostała to, czego pragnęła. Dotarła do Althei, amając ze sobą przyjaciółkę, zapewne uznała, że od tamtego momentu poradzą sobie same, idlatego opuściła go bez pożegnania. Nie chciał jednak uwierzyć, że go wykorzystała. To, co było między nimi, nie mogło być udawane. Coś wgłębi duszy kazało mu się trzymać tej myśli. Jednak Nevrila najbardziej prześladowała zatrważająca obawa, że stało się coś niedobrego.
Warknął sfrustrowany. Miał ochotę krzyczeć, ale wolał nie przyciągać niczyjej uwagi. Nie było dnia, żeby się tym nie zadręczał. Wkółko rozpamiętywał ten feralny dzień icałą podróż.
Usłyszał jęknięcie desek na drewnianym molo, więc obrócił głowę. Drobna sylwetka jego osobistej strażniczki zamajaczyła woddali. Po chwili Blair usiadła tuż obok. Podobnie jak on przerzuciła nogi nad krawędzią igłośno westchnęła. Wiedział, co to oznaczało.
– Znowu nic? – zapytał, czując obezwładniającą bezradność.
– Nic. – Dobitny smutek zadźwięczał wgłosie Blair. Ona również straciła kobietę, na której zaczynało jej zależeć. – Kończą nam się miejsca do sprawdzenia wokolicy, atwoja matka nie kupi kolejnej bajki okonieczności samotnej podróży do innego miasta po specjalny materiał na kamizelkę lub oczwartych odwiedzinach ustarego znajomego. Nie ma ich, przepadły. – Wyrzuciła ręce do góry wgeście irytacji.
– Może coś jeszcze wymyślimy… Znalezienie specjalisty od nowej magii, którą władam? – Uniósł pytająco brew, choć wiedział, że Blair nie mogła tego zobaczyć wpółmroku.
Magini odchyliła się do tyłu izakryła twarz dłońmi, by ukryć emocje. Wydała zsiebie głośne westchnienie wyrażające niemoc. Ten dzień ją wymęczył, co potwierdzał też jej zapach. Skórzana kamizelka ikarwasze, czarna tunika oraz ciężkie buty sięgające kolan sprawiały, że gorące dni były dla niej jeszcze trudniejsze do zniesienia. Widząc ją wtakim stanie, kiedy dopiero wieczorem mogła spokojnie usiąść iodetchnąć, Nevril się cieszył, że sam paradował wczymś znacznie lżejszym.
Jedyną częścią oficjalnego ubioru, zktórej nie mógł zrezygnować, pokazując się publicznie, była aksamitna kamizelka wodcieniu indygo zbiałym wzorem wliście igałęzie, wijącymi się wokół siebie. Musiał mieć na sobie choć jeden element wrodowych barwach, atymi były właśnie biel iindygo. Tak mówiła zasada rodziny królewskiej, do której należało się absolutnie stosować.
– Nevrilu – wypowiedziała jego imię stanowczym, karcącym tonem. – Iris wie onaszych samotnych podróżach. Wciąż pyta, gdzie jest Roland. Usprawiedliwiasz go, mówiąc, że jego ojciec choruje idałeś mu wolne, ale trwa to zbyt długo. Królowa wkońcu zacznie węszyć albo od razu da ci innego strażnika, którego sama wybierze, awtedy już niczego nie utrzymasz wsekrecie. Ona tylko czeka, by wcisnąć jednego ze swoich piesków na miejsce mojego partnera. Poza tym zwolniłeś Tristana ztej roli. Doradcy się denerwują, że strzeże cię jedna osoba, wdodatku kobieta… – syknęła zodrazą po powtórzeniu ich słów.
Blair wiedziała, że książę bardzo nie lubił nazywać Iris swoją matką. Dlatego kiedy rozmawiali na osobności, wypowiadała się owładczyni wbezosobowej formie, agdy ktoś mógł ich podsłuchiwać, używała tytułu. Był wdzięczny gwardzistce, że pamiętała otakiej drobnostce.
Miała jednak rację. Wypomniała mu kolejną rzecz, która go denerwowała. Nie dość, że kończyły mu się wymówki, to przecież nie mógł szukać Lynthii wnieskończoność po całej Althei. Był też świadom możliwych zaręczyn zobcą mu arystokratką, ado tego królowa zainteresowała się zbyt długą absencją Rolanda. Problemy się mnożyły iodnosił wrażenie, że wkońcu wnich utonie.
Przeczesał rozczochrane włosy iz głuchym plaśnięciem opuścił dłoń na udo. Drugą ręką oparł się odeski, awzrok zatrzymał na niebieskim punkcie zdobiącym jego palec. Nienawidził tego pierścienia, ajednocześnie nie mógł się znim rozstać. Od dwóch tygodni przypominał mu otym, co stracił. Niewiedza go dobijała, zkażdym dniem czuł się coraz gorzej. Szafir był odrobinę jaśniejszy od indygo itylko ztego powodu Nevril wciąż go nosił. Inaczej Iris już dawno zabrałaby mu tę błyskotkę.
Niedługo po jego powrocie do Rivenny matka, skończywszy swoją tyradę, zauważyła element zdobiący dłoń księcia. Bardzo ją tym zaintrygował ztego względu, że zjej synów to Hayden lubował się wświecidełkach. Zatem pierwsza biżuteria, którą Nevril założył zwłasnej woli, naturalnie przykuła uwagę władczyni. Musiał na szybko wymyślić historię otym, jak to niby znalazł ten szafir na demerińskim targu ipomyślał orodzinie, zatęsknił za domem, aprzez to niepozorny pierścień skłonił go do powrotu. Nie mógł przecież się przyznać, że był to prezent od elfki zpospólstwa, którą pokochał. Iris od razu zniszczyłaby klejnot. Dołożyłaby wszelkich starań, aby odnaleźć Lynthię tylko po to, by szantażem zmusić do trzymania się od niego zdaleka. Lub posunęłaby się jeszcze dalej, ale otym Nevril nie chciał nawet myśleć.
– Dostałeś go od niej, prawda? – Ciepły głos Blair przerwał te ponure rozważania.
Poderwał głowę ispojrzał na przyjaciółkę, której twarz spowijał słaby, migotliwy blask pierścienia. Kamień ewidentnie był zaczarowany. Nocą lub gdy Nevril przebywał wmiejscach bez oświetlenia, niewielki prostokąt lśnił, mieniąc się różnymi odcieniami niebieskiego, abiała wiązka magii poruszała się wnim leniwie, jakby ktoś tchnął wnią odrobinę mocy.
– Tak – odpowiedział krótko. Nie potrafił nic więcej zsiebie wykrzesać.
– Zauważyłeś te jasne smugi poruszające się wewnątrz kamienia? – Otarła się oramię Nevrila, nachylona nad jego dłonią. Rozchyliła usta isapnęła, obserwując nietypową błyskotkę. Niedowierzanie ipodziw wyzierały zjej oczu, gdy przeniosła wzrok na księcia. – Czy to nie jest czasem jeden zPierścieni Więzi? – dodała szeptem. Rozbieganym spojrzeniem wędrowała wtę iz powrotem między jego obliczem aklejnotem.
– Co? Nie – prychnął nerwowo iuśmiechnął się rozbawiony. – Wierzysz wich istnienie? – zapytał niepewnie.
– Oczywiście. Moi rodzice je noszą. Jako dziecko byłam nimi bardzo zafascynowana – wyjaśniła rozmarzona. – Wiem onich praktycznie wszystko.
– Zawsze sądziłem, że to tylko legenda. Opowiesz mi coś onich? – zapytał zwyraźną desperacją wgłosie, wpatrzony wgwardzistkę.
Blair westchnęła, obserwując wskupieniu pierścień zdobiący palec wskazujący jego prawej dłoni. Zbyt długo zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Opowiem, ale dopiero gdy znajdziemy Lynthię.
– Dlaczego? – zdziwił się iprzeniósł wzrok na klejnot, jakby samym spojrzeniem miał zmusić kamień do działania. Skoro podobno tętniła wnim moc, chciał ją wykorzystać, nawet jeśli nic oniej nie wiedział.
– Ponieważ nie zamierzam dokładać ci zmartwień dopóty, dopóki wciąż nie wiemy, co się znią stało. – Poklepała go po ramieniu, czym przyciągnęła jego udręczone spojrzenie. – Ona również zasługuje na poznanie prawdy, jeśli faktycznie łączy was to, oczym myślę.
Nevril wodpowiedzi jedynie skinął głową izacisnął powieki. Dłoń, zktórej emanował niebieskosrebrzysty blask, wsunął między uda ije zacisnął. Bez słów dał znać, że chce zakończyć temat pierścieni.
– Jeśli wtych legendach jest choć ziarno prawdy… – szepnął pod nosem, ana samą myśl, że jego bratnia dusza mogłaby być wniebezpieczeństwie, lodowate szpony przerażenia ścisnęły mu serce.
Blair przysunęła się do niego, widząc, że znów jest bliski rozpaczy. Otoczyła go ramieniem, by dodać mu otuchy, choć nie mogła powiedzieć księciu nic nowego. Minęły już dwa tygodnie. Codziennie próbowała pocieszać Nevrila, ale to nie pomagało. Spoglądali wciszy na czarne niebo, które odzwierciedlało ziejącą pustkę wsercu maga. Odkąd Lynthii przy nim nie było, czuł się niekompletny.
– Wkrótce przybędzie Caspian ipomoże nam wposzukiwaniach. Wkońcu to brat Dahlii. Jeśli same się gdzieś zaszyły, to będzie wstanie odgadnąć, jakich wyborów dokonały. Zna je przecież całe życie – stwierdził Nevril słabym głosem, jakby sam nie wierzył we własne słowa.
– Dobrze, że do niego napisałeś. Kiedy powinien przypłynąć?
Nevril zmarszczył brwi, licząc wmyślach czas potrzebny na podróż.
– Minął tydzień… Już naprawdę niebawem powinien się pojawić – odparł, askromny promyk nadziei złagodził pesymistyczne myśli.
– W takim razie, co teraz robimy?
Obrócił twarz wjej kierunku. Jasne oczy wpatrywały się wniego wyczekująco. Cieszył go zapał Blair do pomocy. Nie było nikogo innego, kto wtej sytuacji mógł go wpełni zrozumieć.
– Mam oficjalne spotkanie zkrólową wtowarzystwie dwójki doradców. – Skrzywił się na myśl oczymś tak niepotrzebnym, co tylko zajmowało czas, który powinien poświęcić na dalsze poszukiwania. – Zajmę się tym, czego matka ode mnie oczekuje, aty jako mój aktualnie jedyny osobisty strażnik niestety będziesz musiała mi towarzyszyć. Stracimy sporo dnia na jakąś pierdołę, ale może wtym czasie Caspian zdąży już przybyć do zamku zmoim zaproszeniem. Miejmy nadzieję. Kiedy się pojawi, opracujemy nowy plan – zapewnił śmiałym tonem.
– A więc się nie poddajemy?
– Nie, nie poddajemy się. – Uśmiechnął się blado pod nosem na widok jej radości. – Nie spocznę, póki Lynthia nie zwyzywa mnie za zatajenie przed nią mojego statusu inie zdepcze mi resztek serca. Muszę się dowiedzieć, że nic jej nie jest, abym mógł jakoś dalej funkcjonować wżyciu, nawet bez niej, jeśli nie będzie wstanie wybaczyć mi kłamstwa.
– Myślisz, że po prostu uciekły? – zapytała niepewnie.
Przełknął ślinę. Nie chciał otym myśleć.
– Będąc szczerym, mam taką nadzieję – westchnął, pocierając podbródek. – Codziennie modlę się do bogów, abym ją odnalazł całą izdrową. Jeżeli mnie odtrąci, niech tak będzie, ale muszę wiedzieć, że jest bezpieczna… – Uniósł kącik ust wdelikatnym uśmiechu, który nie pasował do obezwładniającego cierpienia bijącego zoczu. – Znajdziemy Lynthię iDahlię, choćbym szukając ich, miał spalić pół Althei.
Powiedział to ze swobodą, ale Blair nie poruszył okrutny wydźwięk tych słów. Jeśli ktoś je skrzywdził, spłonie – tego był pewien. Dlatego pogodził się zmagią całkowitą, która zbiegiem czasu nie wydawała się już czymś złym, mimo że nadal praktycznie niczego oniej nie wiedział. Kiedy miał chwilę, ćwiczył przywoływanie ikontrolowanie nowej mocy, choć szło mu to dość opornie.
Blair nic nie odpowiedziała. Wiedział, że dobrze rozumiała, czym się kierował, inie kwestionowała jego wyborów. Nie tylko dlatego, że był księciem, aona jego strażniczką. Byli przyjaciółmi, których łączył wspólny cel. Dahlia stała się dla niej ważna. Choć Blair niechętnie otym rozmawiała, to widział znany mu błysk woku iból na jej twarzy.
Siedzieli ramię wramię iściskali swoje dłonie, wspierając się nawzajem. Ktoś patrzący na nich zboku mógłby stwierdzić, że wyglądają jak para zakochanych szukająca ucieczki przed spojrzeniami postronnych. Prawda była jednak całkowicie inna. Byli przyjaciółmi, którzy potrzebowali obecności tej drugiej osoby, aby nie oszaleć, gdy przytłaczały ich własne myśli iwątpliwości.
W okolicy portu panował spokój. Żaden pijaczyna nie zapuszczał się wten rejon, ponieważ był on pod ciągłym nadzorem. Nikt nie korzystał tutaj znocnych kąpieli, bo do tego przeznaczono publiczne plaże. Otaczająca ich ciemność zdawała się kojąca. Przy szumiących rytmicznie wodach Nevril chciałby usypiać codziennie.
Bezgwiezdne niebo ibezkresne morze przed nimi zlewały się wjedno, tworząc otchłań, która słuchała ich wyznań. Wtym miejscu mogli się wygadać bez narażania na bycie podsłuchanym przez strażników czy obcych magów. Czasem przychodzili tu wieczorem, po kolejnym dniu wciąż bezowocnych poszukiwań. Rozmowa pomagała złagodzić ból, który nie znikał. Jego echo niosło się za każdym razem, gdy Nevril wypowiadał imię ukochanej.
Rozdział 2
Lynthia patrzyła wpustą przestrzeń przed sobą. Otaczał ją mrok, do którego zdążyła się już przyzwyczaić. Oplotła wokół palca kosmyk brudnych, oblepionych zaschniętą krwią włosów ibawiła się nim, czekając na pojawienie się kogokolwiek.
Rozległo się echo powolnie stawianych kroków iwreszcie trzaśnięcie zamykanych drzwi na końcu schodów. Starszy strażnik, podczas drugiej już wizyty tego dnia, podał im manierki zwodą. Zapewne chciał jedynie sprawdzić, czy trzymane wniewoli elfki zaczęły ze sobą rozmawiać. Poprzednim razem przyniósł im śniadanie, po czym upuścił każdej znich krew.
Co kilka dni nacinano jej skórę, aposoka sączyła się do miski. Do tego samego naczynia skapywała potem krew Dahlii iKatriny. Lynthia miała już siedem takich nacięć, niektóre zdążyły się zagoić ichoć nie przyzwyczaiła się do roli ofiary, to zamierzała udawać uległą. Napiła się wody, dzięki czemu zdołała wydusić zsiebie kilka słów izapytać strażnika, po co to robi, ale wodpowiedzi spotkała się jedynie zmilczeniem. Żywiła nadzieję, że przy następnym spotkaniu Hayden zechce jej to wyjaśnić, apóźniej…
Uśpię jego czujność izaplanuję ucieczkę – pomyślała zdeterminowana.
Umysł Lynthii wciąż był przyćmiony na skutek działania pewnego specyfiku, który im podawano. Miała dosyć tej niewiedzy. Musiała znaleźć sposób na odzyskanie zdrowych zmysłów, dlatego postanowiła wkońcu zaryzykować iprzepytać elfkę przebywającą wtym miejscu znacznie dłużej. Liczyła, że nikt ich nie podsłuchiwał.
– Ty, srebrnowłosa! – prychnęła zwyższością Katrina wtym samym momencie. – Jak ci mija dwutygodniowy pobyt wtej luksusowej rezydencji? – Głos zceli naprzeciwko ociekał drwiną. Odezwała się pierwszy raz tego dnia, zupełnie jakby wyczuła, że myśli Lynthii krążyły wokół niej.
Elfka próbowała odnaleźć ją wzrokiem wmroku celi. Kąśliwe uwagi, dumny ton ipoufałość wobec strażników sprawiały, że za nią nie przepadała. Co prawda ona również wbrew własnej woli została skazana na przykry los wrękach szalonego księcia, ale gdyby poznały się na wolności, zpewnością też nie zostałyby przyjaciółkami. Istniała jednak ograniczona liczba osób, od których Lynthia mogła obecnie cokolwiek wyciągnąć, dlatego postanowiła się otworzyć przed Katriną.
– Do tej pory zostałam dźgnięta tylko raz – odparła gorzko, siląc się na neutralny ton, jakby wspomnienie kolacji zHaydenem nie przyprawiało jej ociarki. – Nie wiem, czy to dobry znak, czy zaledwie cisza przed burzą – dodała, po czym wykrzywiła usta wsmętnym grymasie, choć jej rozmówczyni nie mogła tego dostrzec.
– W jego przypadku trudno to stwierdzić. Jednego dnia potrafi zgrywać romantyka, przytula iszepcze miłe słówka, anastępnego wykręca ci rękę czy szarpie za włosy – skomentowała, po czym westchnęła głośno, jakby na potwierdzenie, że jej również nie podobało się zachowanie księcia. – Jestem tu dłużej od ciebie, anadal nie potrafię go wpełni rozpracować – wymamrotała ledwie słyszalnie.
– A ja nie potrafię się oswoić ztą sytuacją. Nie wiem, jak mam się przy nim zachowywać – wypaliła Lynthia.
– I się nie oswoisz – prychnęła tamta. – Ja też się nie oswoiłam, choć może ci się wydawać inaczej. Zczasem zrozumiesz, że wtym miejscu, aby przetrwać, musisz przybrać maskę. Nauczysz się, kiedy należy milczeć.
Lynthia zdążyła już dojść do podobnej konkluzji. Nie potrafiła jednak zdecydować, czy sama woli wykreować postać podobną do próżnej Katriny, czy zamknąć się wsobie jak Dahlia.
Usłyszała skrzypienie desek iod razu spojrzała wciemność spowijającą celę nieznajomej. Elfka wyłoniła się zmroku, gdy znalazła się tuż przy kratach. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami ipatrzyła wyczekująco. Jej fioletowe oczy wyróżniały się na tle zmizerniałej twarzy ibladej cery.
Lynthia przyjęła zaproszenie irównież zbliżyła się do żeliwnych prętów. Opadła na zimną podłogę ioparła się onie. Zbierała myśli wposzukiwaniu tematu do rozmowy. Nerwowa cisza się przedłużała, gdy elfki wpatrywały się wsiebie.
Znalazły się wzasięgu blasku ściennych pochodni, więc Lynthia sunęła wzrokiem po ciele kobiety. Nie mogła nie zwrócić uwagi na posiniaczone ręce Katriny. Niezdrowo blady odcień skóry uwydatniał wiele śladów świadczących oprzemocy, jakiej doświadczyła wtym miejscu. Niektóre były świeże, barwy ciemnego fioletu, inne bledsze, przechodzące wbrązowe izielonożółte barwy. Cokolwiek jej zrobiono, uzdrowiciel uporał się ztym tak, że zostały tylko niewielkie obrażenia.
– Co ci się stało? – zapytała przejęta ilekko spanikowana wyobrażeniem własnych kończyn wyglądających podobnie wniedalekiej przyszłości.
– Czy to nie oczywiste? – parsknęła Katrina.
– Za co ci to zrobili?
– On mi to zrobił – odparła powoli Katrina, patrząc prosto na nią. Chłód wjej fioletowych tęczówkach sprawił, że Lynthię przeszły ciarki. – Rufus iinni nie wyrządziliby nam krzywdy. Hayden traktuje nas jak swoje drogocenne skarby. Wkońcu mamy przejść rytuał itworzyć jego eksperymentalną armię – syknęła zodrazą. – Jesteśmy jego cenną własnością. Jakakolwiek agresja ze strony podlegających mu strażników kończy się dla nich karą. Jeśli zauważy na nas rany, których nie zadał on sam… Nie chciałabyś tego oglądać.
– Skoro jesteśmy dla niego ważne, dlaczego twoje ręce tak wyglądają?
Katrina się skuliła iodruchowo objęła ramionami. Na chwilę zrzuciła swoją maskę. Nie wydawała się już taka pewna siebie jak na początku rozmowy.
– A dlaczego twoje tak wyglądają? – powtórzyła, przedrzeźniając jej ton. – To po prostu nacięcia od upuszczania krwi.
– Nie udawaj. Moje nie są poznaczone siniakami – stwierdziła Lynthia.
– Nie interesuj się – prychnęła tamta. Od razu wykrzywiła usta, ukazując kły, itym samym wróciła do typowego dla niej wrogiego nastawienia.
– Czy on cię krzywdzi?
– Zajmij się sobą. Na szczęście ja już tutaj długo nie zabawię.
– Dlaczego?
– Widzisz, nie jestem typem wojowniczki. Wszkole uczęszczałam na podstawowe zajęcia, zktórych wwiększości uciekałam. Nie umiem walczyć inie zamierzam stać się mięsem armatnim. Zaproponowałam mu coś ciekawszego. Czasami potrafię być bardzo przekonująca. – Uśmiechnęła się upiornie, patrząc wyzywająco na Lynthię.
– Co ztobą zrobi?
– Zawarłam znim umowę… Nie wstąpię do tej żałosnej armii wzamian za obopólne korzyści. Zaoferowałam mu stworzenie mieszańca.
– Co? – sapnęła Lynthia, ledwie powstrzymując się od krzyku.
– Urodzę mu potomka – odparła beznamiętnie. – Oboje jesteśmy po rytuale, rozwinęliśmy nasze magiczne zdolności inawet on sam nie wie, co mieszaniec mógłby odziedziczyć po takich rodzicach… Traktuje to jako swego rodzaju eksperyment. Pozwoli mi zostać na dworze, więc będę widziała, jak dorasta moje dziecko. Zapewni mi dostatnie życie.
– Czy ty jesteś poważna? Oferujesz mu swoje ciało iswoje pierworodne dziecko?
– Wyciskam dla siebie to, co mogę, ztej beznadziejnej sytuacji. Tobie również radziłabym znaleźć alternatywne wyjście – stwierdziła Katrina zwyższością.
– Moim wyjściem będzie ucieczka, nic innego – warknęła Lynthia.
– Powodzenia – prychnęła rozbawiona.
Lynthia milczała dłuższą chwilę, po czym ztrudem zapytała:
– Czy to wtedy cię rani? Bije cię podczas… prób poczęcia?
– Nie. Dopóki nie trafimy na dwór, do niczego nie dojdzie. Najpierw muszę się nauczyć panować nad nową mocą, którą otrzymałam po przeżyciu rytuału, ana razie… Hayden wten sposób wyładowuje na mnie swoją frustrację. – Przy tych słowach każdy mięsień na jej twarzy się napiął, jakby walczyła zokazaniem prawdziwych emocji. Patrzyła wyzywająco przed siebie, az jej oczu biła obojętność.
Lynthii nawet nie zaskoczyło to stwierdzenie. Fakt, że książę dopuszczał się przemocy, stanowił przykre potwierdzenie jej domysłów na jego temat. Był sadystą. Do tego potrafił kontrolować czyjś umysł. Takie połączenie nie zapowiadało niczego dobrego. To, że została porwana przez szaleńca, już wpewnym stopniu przyswoiła, ale ujrzenie jego dzieła na drugiej kobiecie wywołało wniej kolejną falę nienawiści. Musiała uciec. Nie widziała innej możliwości. Tak samo jak współwięźniarka nie chciała być mięsem armatnim, ale postanowiła, że nie zniży się do błagania Haydena oinną rolęwtym chorym planie.
– Nie łączy nas żadne uczucie, nie myśl, że jakieś chore zauroczenie skłoniło mnie do tego ruchu – stwierdziła Katrina znudzonym tonem. – Pozwól, że dam ci radę… Nie uciekniesz stąd. Jesteś zbyt delikatna, ale może zczasem dotrze do ciebie, że łóżkiem isłodkimi słówkami zdobędziesz najwięcej. Życzę ci tego, bo inaczej zginiesz wAlthei. Dzięki temu dziecku zdobędę wysoką pozycję na dworze, być może nawet zdołam sobie znaleźć jakiegoś lorda – zakończyła triumfalnym tonem.
– To… to okropne – wydusiła Lynthia.
– Jestem jego pierwszą elfką, która przeżyła rytuał. Pewnego dnia dam mu wymarzonego pierworodnego. – Pierwszy przebłysk realnych emocji zalśnił na jej twarzy. Szeroki uśmiech dotarł aż do oczu, zktórych wyzierała nadzieja iekscytacja, czego Lynthia nie potrafiła zrozumieć. – Jeśli tak bardzo brzydzi cię moja niemoralna decyzja, rozumiem… Pamiętaj jednak, że to ja będę chodziła wpięknych sukniach wtowarzystwie możnych Althei, nie spędzę ani jednego dnia na polu bitwy czy pracując fizycznie, podczas gdy ty… Ty będziesz dalej tkwiła tutaj.
– Skoro odgrywasz tak ważną rolę, dlaczego nie przeniesie cię do jednej zdziesiątek wolnych komnat wtej cholernej rezydencji? Dlaczego śpisz wlochu na pryczy wmroku istęchliźnie, skoro jesteś przeznaczona do tak wielkiegoczynu? – wysyczała Lynthia, nie kryjąc irytacji.
Katrina wstała ioparła się policzkiem okraty, przez co Lynthia mogła jeszcze lepiej przyjrzeć się jej twarzy. Intensywnie fioletowe tęczówki iskrzyły zawziętością irzucały wyzwanie, co nie pasowało do obrazu złamanej kobiety, którą powinna być tak długo więziona elfka.
– Jeśli musisz wiedzieć, to jutro mnie przenoszą iraczej nie zobaczymy się więcej. Chyba że zmądrzejesz izaoferujesz mu się winny sposób. – Uśmiechnęła się cierpko. – Jednak radzę ci nie spoufalać się znim za bardzo. Jestem tu najdłużej, przeszłam rytuał iwkrótce zaczniemy się starać odziecko. To ja zasługuję na miejsce na dworze, nikt inny – oznajmiła rozbawiona zmieszaniem wymalowanym na twarzy Lynthii.
– Uwierz mi, nie mam zamiaru oferować mu się wżaden sposób, nie będę zabiegać oten zaszczyt – parsknęła zodrazą.
– W trakcie trzech miesięcy spędzonych wtej celi doświadczyłam różnych wewnętrznych dylematów – wyjaśniła zżalem Katrina, którego Lynthia się po niej nie spodziewała. – Nie myśl, że od początku chciałam wskoczyć mu do łóżka. Zamierzałam się zabić, ale szczerze… nie starczyło mi odwagi. Zaprzyjaźniłam się zdwoma elfami, którzy trafili tu razem ze mną, też pasażerami na gapę na statku płynącym do Larezji. Byliśmy na siebie skazani, więc rozmawialiśmy całymi nocami, poznawaliśmy się iznaleźliśmy wswoim towarzystwie choć ulotne pocieszenie.
– Co się znimi stało?
– A jak myślisz? – Katrina uśmiechnęła się cierpko, wjej oczach błysnęła tęsknota. – Postanowiliśmy uciec, kiedy zaczęły się rytuały ibyło już na to za późno. Tylko ja przeżyłam – rzuciła szorstko iprzymknęła powieki. Po dłuższej chwili ikilku głębszych oddechach kontynuowała: – Nie mam więcej zamiaru spoufalać się zinnymi więźniami. Po ich śmierci oswoiłam się zwizją samotności iprzedstawiłam Haydenowi swój pomysł.
– Jak zareagował?
Katrina wyprostowała się dumnie, patrząc na Lynthię zgóry. Już wyglądała jak gardząca słabszymi jednostkami dama dworu. Jej charakter zpewnością pasował do tej roli.
– Uderzył mnie, gdy wspomniałam, że nie umiem walczyć inie chcę umierać. Jednak kiedy szybko wytłumaczyłam mu, co wymyśliłam, był wniebowzięty. Całował mnie po dłoniach iuznał, że to genialna koncepcja.
– Dlaczego mnie to nie dziwi – prychnęła Lynthia. – On jest nienormalny.
– Wiem, ale ja po prostu chcę się stąd wydostać iprzeżyć. – Jej piękne oczy zalśniły mieszaniną smutku izawziętości, gdy zebrały się wnich łzy.
Nie była przygotowana na ten widok. Cisza się przedłużała, bo dawała elfce chwilę dla siebie, aby ta opanowała emocje. Kiedy Katrina wycierała mokre policzki, Lynthia zdecydowała się podjąć inny temat.
– Skoro jesteś tu tak długo, może wiesz, co mają na celu te spotkania przed rytuałem. Hayden sprawia nam ból, aby poczuć jakąś chorą przyjemność?
Obraz noża tkwiącego wdłoni ipiekącego policzka stanął jej przed oczami. Katrina omiotła ją ostrożnym wzrokiem iskinęła nieznacznie głową.
– Według niego przemoc przywołuje nas do porządku. To taki rodzaj reprymendy – wyjaśniła beznamiętnie. – Co do spotkań… masz rację. Lubi, gdy okazujemy strach. Znieznanych mi powodów chce przed rytuałem poznać każdą zprzetrzymywanych istot. Może robi to dla zabicia czasu, amoże szykuje dla was coś jeszcze?
– Bogowie… – sapnęła Lynthia.
– Zanim zaczniesz układać plan, uprzedzę cię, że poza rezydencją kilkunastu strażników strzeże ogrodów idziedzińca, amy jesteśmy tylko we trzy. Przynajmniej na razie. Gdy cię złapie na próbie ucieczki, spędzi cały dzień na wbijaniu ci do głowy swoich zasad. Dosłownie. – Uniosła wysoko brwi, posyłając Lynthii znaczące spojrzenie.
Lynthia wzdrygnęła się po tej radzie. Zdążyła na własnej skórze odczuć zamiłowanie Haydena do przemocy, widziała też ręce Katriny iapatyczną minę Eleny tamtego wieczoru. Wiedziała, że lepiej nie rozwścieczać księcia iaby przetrwać, należy grać według jego zasad.
