Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 219 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Duma Jareda - Nora Roberts

Jared MacKade odnosi sukcesy jako ceniony prawnik, natomiast nie wiedzie mu się najlepiej w życiu prywatnym. Z nową sąsiadką, Savannah Morningstar, spotyka się z powodów zawodowych, związanych z testamentem jej ojca. Savannah, utalentowana ilustratorka książek dla dzieci, sama wychowuje syna i trzyma się z dala od gwaru miasteczka. Jared jest coraz bardziej zachwycony jej urodą i siłą charakteru. Wkrótce przekona się, jak mało o niej wie…

W cyklu Bracia Mac Kade ukazały się następujące tytuły: Miłość Shane`a, Powrót Rafe`a, Serce Devina, Duma Jareda.

Opinie o ebooku Duma Jareda - Nora Roberts

Fragment ebooka Duma Jareda - Nora Roberts

BRACIA MacKADE

Nora Roberts

Duma Jareda

Tłumaczenie: Julita

PROLOG

Od rana żołnierze toczyli zacięty bój. Po lesie niosły się odgłosy walki, huk wystrzałów, szczęk bagnetów, krzyki i jęki rannych.

Trup słał się gęsto. Ci, którzy mieli siłę walczyć, łaknęli zemsty na wrogu.

Mimo że nastał wrzesień, liście jeszcze nie opadły z drzew. Tworzyły zielony baldachim, przez który z trudem przedzierały się promienie słońca. W gorącym, przesyconym wilgocią powietrzu czuć było zapach ziemi, runa leśnego, zwierząt.

Jared MacKade uwielbiał to miejsce.

Był oficerem armii Unii. Kapitanem. Ogłosił się nim, bo jako najstarszy, dwunastoletni, miał do tego prawo. Oddział, którym dowodził, składał się z jego młodszego o dwa lata brata, kaprala Devina.

Cel walki był jasno określony: zlikwidować wroga, czyli żołnierzy Konfederacji.

Ponieważ wojna to sprawa poważna, Jared starannie opracował strategię. Wybrał Devina z dwóch powodów: po pierwsze, Devin wykonywał rozkazy, po drugie, miał łeb na karku. I podobnie jak on, nie lubił brać jeńców.

Rafe i Shane, pozostali z czwórki braci, walczyli równie zaciekle, ale częściej kierowali się instynktem niż rozumem. Tak jak teraz: biegli przez las, wydzierając się wniebogłosy, podczas gdy Jared z Devinem tkwili przyczajeni w krzakach.

– Zaraz się rozdzielą – szepnął Jared i splunął z pogardą; plucie wydawało mu się czymś dorosłym. – Rafe liczy, że wciągnie nas w zasadzkę. Nie myśli jak wojskowy.

– A Shane w ogóle nie myśli – mruknął Devin.

Dwóch chłopców o czarnych potarganych włosach i ładnych, choć nieludzko umorusanych twarzach uśmiechnęło się porozumiewawczo. Jared potoczył zielonymi oczami po lesie. Znał tu każdy kamień, każdy korzeń, każdą dróżkę. Często przychodził tu sam – posiedzieć, połazić albo posłuchać szumu wiatru, szelestu wiewiórek, zawodzenia duchów.

Wiedział wszystko o wojnie secesyjnej, o bitwie nad potokiem Antietam. O tym, że tu, w tym lesie, walczyli i ginęli żołnierze. Nic dziwnego, że bitwa, uznawana za najkrwawszą w tej wojnie, zapłodniła wyobraźnię młodego chłopca. Razem z braćmi przeczesywał ziemię, na której toczyły się walki, strzelał i padał trupem, ganiał po czarnym, spalonym w ogniu wojny polu kukurydzy.

Często w nocy zastanawiał się, co czuli bracia walczący po przeciwnych stronach. I jaką rolę on by odegrał, gdyby żył w tamtych czasach.

Najbardziej fascynowało go, że ludzie umierali dla sprawy. Matka wielokrotnie powtarzała, że w życiu liczy się cel, wiara i duma. A potem, wichrząc mu czuprynę, dodawała ze śmiechem, że o jego dumę nie musi się martwić. Miał jej w nadmiarze.

Zawsze chciał być najlepszy, najszybszy, najsilniejszy, najmądrzejszy. Nie było to proste; jego bracia byli równie zdeterminowani. Jednak on bardziej się starał, żeby osiągnąć cel: dłużej ślęczał nad książkami, walczył z większą zawziętością, pracował z większym poświęceniem.

Jared MacKade nie uznawał porażek.

– Idą – poinformował szeptem brata.

Devin skinął głową. Uważnie wsłuchiwał się w odgłosy.

– Rafe nadchodzi z prawej, Shane z lewej.

– Dobra, ja się zajmę Rafe'em. Ty czekaj ukryty. Jak nadbiegnie Shane, atakuj.

Bracia uścisnęli sobie ręce.

– Zwycięstwo albo śmierć.

Niebieska koszula wroga mignęła Jaredowi przed oczami. Jared nie drgnął. Uzbroiwszy się w cierpliwość, czekał na odpowiedni moment. Wreszcie, wydając z siebie dziki okrzyk, rzucił się do boju.

Turlając się po ziemi, żołnierze wylądowali w kolczastych jeżynach. Jared nie łudził się, że to koniec. Rafe, co mogły poświadczyć wszystkie dzieciaki z miejscowej podstawówki, był zażartym przeciwnikiem. Walka sprawiała mu frajdę.

Jared świetnie to rozumiał. Czyż może być większa przyjemność niż zabawa w wojnę? Kolce czepiały się ubrań, raniły skórę. Ale kto by się tym przejmował? Żołnierze poderwali się na nogi i z zapałem walczyli dalej. Nieopodal toczyła się druga walka; słychać było sapanie, przekleństwa, szelest suchych liści.

Bracia byli w swoim żywiole.

– Nie żyjesz, śmierdzący Rebeliancie! – krzyknął Jared, uwięziwszy pod pachą głowę Rafe'a.

– Zaciągnę cię do piekła, podły Jankesie!

Po chwili padli na ziemię, brudni, zdyszani, roześmiani. Ocierając krew z rozciętej wargi, Jared obrócił się, by sprawdzić, jak jego oddział sobie radzi. Devin miał podbite oko, a Shane rozdarte spodnie, za które wszyscy solidarnie oberwą od mamy.

Westchnąwszy z zadowoleniem, wyciągnął się na wznak i popatrzył na słońce przeświecające przez liście.

– Nie przerwiesz im? – spytał obojętnym tonem Rafe.

– Po co? – Jared ponownie starł krew. – Już prawie skończyli.

– Idę do miasta. – Dźwignąwszy się z ziemi, Rafe otrzepał spodnie. Roznosiła go energia. – Może zajrzę do kawiarni Ed.

Devin poderwał głowę.

– Masz forsę?

Uśmiechając się szeroko, Rafe poklepał się po kieszeni. Zabrzęczały monety.

– Może mam, może nie – odparł i rzucił się przed siebie.

Takiemu wyzwaniu ani Devin, ani Shane nie potrafili się oprzeć. Chwycić Rafe'a za nogi i potrząsnąć nim tak, żeby forsa wypadła mu z kieszeni... Ile sił w nogach pognali za bratem.

– Chodź z nami, Jare! – krzyknął przez ramię Shane.

– Dojdę później – obiecał Jared.

Ale nie ruszył się z miejsca. Spoglądając na promienie słońca przeświecające przez liście, rozmyślał o bitwie, która toczyła się tu ponad sto pięćdziesiąt lat temu. Słyszał huk moździerzy, krzyki rannych i umierających. A po chwili, gdzieś w pobliżu, urywane oddechy tych, co się zgubili i wędrowali przerażeni.

Zamknął oczy. Zbyt dobrze znał tutejsze duchy, aby się ich bać. Żałował, że nie może z nimi porozmawiać, spytać, jakie to uczucie, gdy człowiek dla idei naraża własne życie.

On sam mógłby zginąć w obronie swoich najbliższych: rodziców i braci. Ale umrzeć dla sprawy?

Przysiągł sobie, że któregoś dnia dokona czegoś ważnego, co będzie miało wpływ na życie innych. Tak, by patrząc na niego, ludzie mówili: oto Jared MacKade, człowiek szlachetny i nieustraszony, który nie cofa się przed niczym.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Marzył o zimnym piwie. Niemal czuł, jak gorzki złocisty płyn spływa mu do gardła, pozwalając zapomnieć o ciężkim dniu w sądzie, o sędzi-kretynie i o klientce, która swoim zachowaniem doprowadzała go do białej gorączki.

Nie dlatego, że brała udział w serii drobnych kradzieży w zachodniej dzielnicy Hagerstown, a on musi jej bronić. Bronił, bo na tym polegała jego praca. Złościło go, że kobieta próbowała go uwieść.

Miała spaczone pojęcie o relacjach łączących prawnika z klientem. Wyjaśnił jej w sposób stanowczy i jednoznaczny, że jeśli jeszcze raz pozwoli sobie na zbytnią poufałość, to może sobie szukać nowego obrońcy.

W innych okolicznościach może by nie zareagował tak ostro, może nawet by się roześmiał, ale ostatnio miał zbyt wiele spraw na głowie, żeby tolerować takie zachowanie.

Zniecierpliwionym gestem wsunął płytę do odtwarzacza. Po chwili wnętrze samochodu wypełniły dźwięki muzyki Mozarta.

W drodze do domu – i do lodówki, w której czekało zimne piwo – musiał jeszcze zatrzymać się w jednym miejscu. Musiał, bo Savannah Morningstar, do której wydzwaniał przez cały dzień, nie raczyła oddzwonić.

Poruszył ramionami, żeby rozładować napięcie, poprawił ciemne okulary i wcisnął pedał gazu; czasem lubił przekraczać dozwoloną prędkość. Jechał szybko, nie zwracając uwagi na budzącą się do życia przyrodę.

Zahamował ostro, żeby nie rozjechać zająca, potem znów przyśpieszył i wyprzedził jadącą w stronę Antietam furgonetkę. Miał nadzieję, że Shane zaczął już szykować kolację. Do diabła! Przypomniał sobie, że dziś przypada jego, nie Shane'a, dyżur przy garach.

Mógł się podobać z tym zachmurzonym czołem, lekko zniekształconym, bo w przeszłości dwukrotnie złamanym nosem, wydatną szczęką, czarnymi brwiami i zielonymi oczami. Wysoki, o szerokich ramionach i wąskich biodrach, doskonale prezentował się w białej wykrochmalonej koszuli i garniturze.

Na sali sądowej przykuwał wzrok. Ale w sądzie nie był Jaredem MacKade'em, urodzonym rozrabiaką i czarującym utrapieńcem, który wraz z braćmi siał postrach w okolicy. W sądzie był poważnym, szanowanym panem mecenasem.

Kilometr czy dwa przed miasteczkiem zerknął na dom stojący na szczycie wzgórza. Stary dom Barlowów kupił po powrocie w rodzinne strony jego młodszy brat Rafe; zamierzał urządzić w nim pensjonat.

Widząc na podjeździe znajomy samochód, Jared zawahał się. Kusiło go, by machnąć ręką na obowiązki i wstąpić do brata na piwo. Podejrzewał jednak, że Rafe ciężko pracuje, by do jesieni zakończyć remont. A jeśli nie pracuje, to z utęsknieniem czeka na swoją świeżo poślubioną żonę.

Jared wciąż nie mógł uwierzyć, że największy ladaco z ich czwórki został niedawno mężem.

Minąwszy wzgórze, skręcił w lewo, w drogę prowadzącą na farmę MacKade'ów i do sąsiadującej z nią niedużej posiadłości. Według informacji, jakie zdobył, Savannah Morningstar kupiła domek na skraju lasu zaledwie dwa miesiące temu. Mieszkała w nim z synem i, jako że miejscowi plotkarze nic nie wiedzieli na jej temat, najwyraźniej stroniła od ludzi.

Zdaniem Jareda, kobieta była albo mało rozgarnięta, albo źle wychowana. Nie miał ochoty składać jej wizyty, mimo że głos na sekretarce brzmiał nisko, zmysłowo. Psiakrew, zwykła uprzejmość nakazuje oddzwonić, gdy ktoś zostawia wiadomość!

Kątem oka dojrzał między drzewami skromny dom. Właściwie chatę, do której parę lat temu dobudowano pięterko. Przy skrzynce pocztowej z nazwiskiem Morningstar skręcił i zwolnił, żeby na głębokich wybojach nie uszkodzić resorów.

Pamiętał, że chatę zbudował jakiś lekarz z miasta, który chciał spędzać urlopy na łonie natury. Mieszczuchom często marzy się odpoczynek na wsi, dopóki go nie zakosztują. Oczywiście lekarzowi łono natury szybko się znudziło.

Ziemia przed domem, do niedawna pełna głazów i chwastów, była obsiana trawą. Kamienie nie znikły; oczyszczone i wyeksponowane stanowiły część krajobrazu; pomiędzy nimi ktoś posadził kwiatki.

A właściwie sadził, sądząc po klęczącej na ziemi postaci. Jared zaparkował obok wiekowego autka, wziął z siedzenia teczkę i wysiadł. Gdy Savannah Morningstar podniosła się z kolan, ucieszył się, że nie zdjął z nosa ciemnych okularów.

Wysoka, pewnie z metr siedemdziesiąt siedem, niesamowicie zgrabna, o niebotycznie długich nogach, ubrana była w bawełnianą koszulkę i dżinsowe szorty, które ledwo zasłaniały pośladki. Ręce i kolana miała usmarowane ziemią.

Jej gęste, czarne włosy lśniły w słońcu. Nosiła je splecione w luźny, pojedynczy warkocz. Oczy, podobnie jak Jareda, zasłaniały okulary słoneczne.

– Savannah Morningstar?

– Tak, to ja.

To był ten sam niski, zmysłowy głos, co na sekretarce. Idealnie pasował do tej kobiety.

– Jestem Jared MacKade.

Przekrzywiła w bok głowę.

– Wygląda pan na prawnika. Ale ja żadnego nie potrzebuję.

– A ja nie jeżdżę od domu do domu, szukając klientów. Zostawiłem kilka wiadomości na pani sekretarce.

– Wiem. – Kucnąwszy, dokończyła sadzenie fioletowego floksa. – Urok sekretarki polega na tym, że nie trzeba rozmawiać z każdym, kto dzwoni. – Przyklepała ręką ziemię. – Najwyraźniej nie miałam ochoty na rozmowę z panem, mecenasie MacKade.

– Czyli nie mało rozgarnięta, lecz źle wychowana – mruknął Jared.

Uśmiechnęła się.

– Zgadł pan. Ale skoro już pan przyjechał, niech pan powie, o co chodzi.

– Znajomy prawnik z Oklahomy skontaktował się ze mną, kiedy odkrył, gdzie pani mieszka.

Poczuła ukłucie w żołądku. Sięgnęła po kolejną sadzonkę i nieśpiesznie odgarnęła łopatką ziemię.

– Wyjechałam z Oklahomy prawie dziesięć lat temu. Nie przypominam sobie, żebym złamała tam prawo.

– Znajomy wypełnia zlecenie pani ojca.

Straciła zapał do ogrodnictwa. Nie chcąc wyrządzić roślinom krzywdy, wstała i wytarła ręce o szorty.

– Nie interesuje mnie mój ojciec. Może pan to przekazać swojemu znajomemu.

– Pani ojciec nie żyje.

Zamierzał powiedzieć to inaczej. Łagodniej. Specjalnie nie wspominał o niczym przez telefon. Wciąż pamiętał, jak bardzo sam cierpiał po śmierci rodziców.

Nie wybuchnęła płaczem. Przyjęła wiadomość spokojnie, niemal obojętnie. Kiedyś kochała ojca, kiedyś go potrzebowała. Teraz nie czuła nic.

– Kiedy umarł?

– Siedem miesięcy temu. Przykro mi. Trochę trwało, zanim...

– Jak? – przerwała mu.

– Miał wypadek. Z tego, co się orientuję, występował na rodeo. Podczas zawodów upadł i uderzył głową w ziemię. Na chwilę stracił przytomność. Odmówił pójścia do szpitala na prześwietlenie. Skontaktował się jednak z moim znajomym i wydał mu polecenia. Tydzień później nastąpił zator.

Stała bez ruchu. Oczami wyobraźni widziała człowieka, którego kiedyś znała i kochała. Widziała go, jak siedzi na wierzgającym mustangu, z ręką uniesioną wysoko do góry. Widziała go roześmianego i pijanego. Widziała go, jak czule szepcze do schorowanej klaczy. I widziała, jak wściekły ze wstydu wyrzuca z domu swoje jedyne dziecko, swoją córkę. Ale nie potrafiła zobaczyć go martwego.

– Dziękuję, panie MacKade. – Obróciwszy się na pięcie, skierowała się do domu.

– Pani Morningstar... – Gdyby słyszał rozpacz w jej głosie, zostawiłby ją w spokoju. Ale niczego takiego nie słyszał.

– Pić mi się chce – oznajmiła, zatrzaskując za sobą siatkowe drzwi.

Ogarnęła go wściekłość. Jemu też chciało się pić! Zamierzał wyświadczyć przysługę znajomemu, a potem pojechać na farmę, gdzie w lodówce czekało zimne piwo. Nie pukając, wszedł za kobietą do domu.

Nieduży salon umeblowany był z myślą o wygodzie mieszkańców: kanapa, miękkie fotele, solidny stół, na którym można oprzeć nogi. Beż ścian idealnie zlewał się z jasnym brązem sosnowej podłogi. Spokojny ton mebli i koloryt ścian ożywiały obrazy na ścianach, barwne poduchy, jaskrawy dywan i porozrzucane na nim zabawki. No tak, Savannah Morningstar ma przecież dziecko.

Przeszedł dalej, do kuchni o lśniących białych szafkach i połyskującej w słońcu sosnowej podłodze, identycznej jak ta w salonie. Kobieta szorowała ręce. Nie odzywając się, wytarła je ręcznikiem, po czym wyjęła z lodówki dzban lemoniady.

– Podobnie jak pani, ja też chciałbym jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.

Westchnąwszy głośno, zdjęła okulary i cisnęła je na blat. Facet nie jest niczemu winien, przemknęło jej przez myśl.

– Napije się pan?

Nie czekając na odpowiedź, nalała mu lemoniady do szklanki, sięgnęła po szklankę dla siebie.

– Dziękuję.

– Jeśli przyjechał mnie pan poinformować, że mój ojciec miał długi, które muszę spłacić, to oświadczam, że nie mam takiego zamiaru. – Kłucie w żołądku już prawie ustało. Znacznie spokojniejsza niż parę minut temu, oparła się o kuchenny blat. – Pieniądze, które posiadam, zarobiłam ciężką pracą i nie zamierzam się ich pozbywać.

– Ojciec zostawił pani w spadku siedem tysięcy osiemset dwadzieścia pięć dolarów. I kilka centów.

Ręka ze szklanką na moment znieruchomiała. Po chwili kobieta wypiła łyk.

– Skąd wziął siedem tysięcy dolców?

– Nie mam pojęcia. Leżą na specjalnym koncie w banku w Tulsie. – Jared otworzył teczkę. – Musi mi pani tylko pokazać dokument ze zdjęciem i podpisać papiery, które przyniosłem. Za kilka dni otrzyma pani czek.

Kobieta odstawiła z hukiem szklankę.

– Nie chcę jego pieniędzy!

Jared położył papiery na stole.

– Należą się pani.

– Powiedziałam, że nie chcę.

Zdobywając się na cierpliwość, Jared zdjął okulary i wsunął je do kieszeni.

– Rozumiem, że nie utrzymywali państwo z sobą kontaktów...

– Niczego pan nie rozumie – warknęła. – Ale to nieważne. Niech pan schowa papiery do swojej ślicznej teczuszki i zostawi mnie w spokoju.

Przyzwyczajony do różnych zachowań, Jared nie dał się wyprowadzić z równowagi.

– Pani ojciec wydał instrukcje, że gdyby pani odmówiła przyjęcia spadku, pieniądze mają przypaść dziecku.

Oczy jej się zaszkliły.

– Proszę nie mieszać do tego mojego syna.

– Prawo...

– Nie obchodzi mnie. To jest mój syn. I ja o nim decyduję. Nie potrzebujemy tej forsy.

– Zrobi pani, jak zechce. Oczywiście może pani zrezygnować ze spadku, ale wtedy sprawa trafi do sądu. Po co komplikować sobie życie? Czy nie lepiej wziąć pieniądze, przegrać je w ruletkę, oddać na cele dobroczynne albo wsadzić do puszki i zakopać w ogrodzie?

Z całej siły starała się zachować spokój; nie było to łatwe.

– Już powiedziałam. Nie chcę tych pieniędzy. – Słysząc trzaśnięcie drzwiami, poderwała głowę, po czym rzuciła Jaredowi ostrzegawcze spojrzenie. – Syn wrócił. Proszę przy nim nie wspominać o spadku.

– Hej, mamo! Connor i ja...

Wysoki, chudy chłopiec o potarganych czarnych włosach przygniecionych czapką z daszkiem stanął w progu i zmierzył Jareda wzrokiem, w którym ciekawość mieszała się z nieufnością.

– Kto to?

Nie tylko oczy odziedziczył po matce, pomyślał Jared; również złe maniery.

– Jestem Jared MacKade, wasz sąsiad.

– Brat Shane'a? – Chłopiec wszedł do kuchni i jednym haustem opróżnił szklankę lemoniady. – Shane jest fajny – poinformował matkę. – Właśnie stamtąd wracamy, Connor i ja. Z farmy MacKade'ów. Ich wielka ruda kocica miała małe.

– Co, znów? – zdziwił się Jared. – Tym razem osobiście zawiozę ją do weterynarza i każę wysterylizować. – Zerknął na chłopca. – Twój kolega to Connor Dolin?

– Tak. Bo co?

– Nic. Jego mama to moja stara kumpela.

Savannah położyła rękę na ramieniu syna.

– Bryan, leć się umyj, a ja zacznę szykować kolację.

– Dobra.

– Miło było cię poznać, Bryan.

Chłopiec uśmiechnął się szeroko, po czym wybiegł z kuchni.

– Jest bardzo do pani podobny.

– To prawda. – Głośny tupot nóg na schodach sprawił, że kobieta wzniosła oczy do nieba. – Zastanawiam się nad zainstalowaniem jakiejś izolacji akustycznej.

– A ja próbuję sobie wyobrazić Bryana bawiącego się z Connorem.

W jej oczach pojawiły się iskry gniewu.

– Coś się panu nie podoba?

– Jeden to żywe srebro, a drugi jest cichy i nieśmiały. Dzieci tak pełne temperamentu jak Bryan rzadko zaprzyjaźniają się z tymi cichymi.

– Polubili się. – Gniew wyparował jej z twarzy. – Bryan nie miał dotąd okazji nawiązać prawdziwej przyjaźni. Ciągle byliśmy w ruchu. Teraz to się zmieniło.

– Można spytać, dlaczego zdecydowała się pani tu osiąść?

– Stwierdziłam, że... – urwała. – Dobra, dobra, usiłuje mnie pan zmiękczyć, żeby pozbyć się problemu ze spadkiem. Nic z tego. – Otworzywszy lodówkę, wyjęła paczkę kurzych piersi.

– Siedem tysięcy piechotą nie chodzi. Jeśli pani je mądrze ulokuje, może starczy na opłacenie Bryanowi studiów.

– Jeśli Bryan zechce studiować, sama opłacę mu studia.

– Proszę mi wierzyć, wiem, co to jest upór i duma. Błagam, niech się pani nimi nie kieruje.

Przyjrzała mu się uważnie.

– Gdzie się pan uchował, panie MacKade? W dzisiejszych czasach nie spotyka się ludzi tak cierpliwych i szlachetnych.

Jego uśmiech niemal ją oślepił. Zamrugała.

– Rzadko bywa pani w miasteczku, prawda? Tam usłyszałaby pani całkiem inną opinię na mój temat. Swoją drogą niech pani kiedyś spyta mamę Connora o MacKade'ów. Zostawię pani te papiery. – Ponownie wsunął na nos okulary. – Proszę sobie wszystko przemyśleć i zadzwonić do mnie. Znajdzie pani mój numer w książce telefonicznej.

Po chwili silnik zawarczał i samochód odjechał. Savannah stała zamyślona. Słysząc kroki syna na schodach, zgarnęła pozostawione przez Jareda dokumenty i schowała do szuflady.

– Po co tu był? – spytał chłopiec. – Dlaczego miał na sobie garnitur?

– Wielu mężczyzn nosi garnitury. – Czasem na pytania syna udzielała wymijających odpowiedzi, ale nigdy go nie okłamywała. – Nie szukaj niczego w lodówce, Bry. Już robię kolację.

– Ale ja jestem głodny. Nie wytrzymam do kolacji.

Savannah rzuciła synowi jabłko.

– Shane pozwolił mnie i Connorowi, żebyśmy jutro po szkole zajrzeli do kociaków. Fajna jest ta farma, mamo. Powinnaś ją zobaczyć.

– Widziałam w życiu kilka farm.

– Ale nie tę. Shane ma również dwa psy, Freda i Ethel.

– Freda i... – Roześmiała się.

– A ze strychu w stodole widać miasto. I wiesz, co Connor mówi? Że na tych polach za domem toczyła się jedna z najważniejszych bitew wojny secesyjnej. Pewnie wszędzie wkoło leżą trupy.

– Fascynujące.

Chłopiec wbił zęby w jabłko.

– Pomyślałem sobie, że może chciałabyś zobaczyć kociaki.

– Tak sobie pomyślałeś?

– Tak. Bo pewnie za jakiś czas Shane będzie szukał dla nich domów. I może byś chciała wziąć jednego.

Włożyła kawałki kurczaka do rondla.

– Wziąć jednego?

– Do towarzystwa. Żebyś nie czuła się samotna, kiedy jestem w szkole. – Uśmiechnął się rozbrajająco.

– Hm. – Pełna podziwu dla zaradności syna, pokręciła głową. – Ale z ciebie spryciarz, Bry.

Liczył na taką reakcję.

– To co? Możemy wziąć kotka?

Gdyby mogła, dałaby mu cały świat, a nie tylko jedno małe puchate stworzenie.

– Jasne. Ale... – Nie dokończyła, bo z dzikiem okrzykiem radości rzucił się jej na szyję.

Huśtając się na ganku, Savannah wpatrywała się w las. Kolacja była zjedzona, talerze umyte, lekcje odrobione, dziecko – z ukochaną bejsbolówką – położone do łóżka.

Lubiła obserwować, jak słońce zniża się ku zachodowi, jak zapalają się gwiazdy, a niebo przybiera coraz ciemniejszy odcień granatu. Czasem w ciszy słyszała pohukiwanie sowy, czasem dochodzące z pobliskiej farmy muczenie krów, a czasem, zwłaszcza po deszczu, szemranie strumyka.

Nie mogła się doczekać robaczków świętojańskich. Powinny spodobać się Bryanowi. Chciała, żeby jej syn miał szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo: żeby w letnie wieczory ganiał za świetlikami, tulił do piersi ukochanego kotka, nawiązywał przyjaźnie; żeby cudowne wspomnienia towarzyszyły mu przez całe życie.

Żeby miał dzieciństwo, jakiego ona była pozbawiona.

Ponownie wprawiła huśtawkę w ruch. Rozkoszowała się panującą wokół ciszą.

Dziesięć lat trwało, zanim w końcu trafiła tu, na ten ganek, do tego domu. Niczego nie żałowała: ani poświęcenia, ani bólu, ani strachu. Nie żałowała, bo nagrodą za poniesiony trud był jej fantastyczny syn, którego kochała nad życie.

Pokonała przeciwności losu. Dzięki własnej pracy i wytrwałości osiągnęła wymarzony spokój.

Jim Morningstar, mężczyzna niestroniący od alkoholu i uciech... Jak śmiał ofiarować jej pieniądze, skoro nie dał miłości?

A teraz... teraz nie żył. Powinna wylać kilka łez. Powinna być wdzięczna, że przed śmiercią przypomniał sobie o niej i o wnuku, którego nigdy nie widział. Że postanowił wynagrodzić jej krzywdy i upokorzenie paroma tysiącami dolarów.

Do diabła z ojcem, pomyślała. Znużona przymknęła oczy. Nawet za osiem milionów nie byłaby w stanie zapomnieć i wybaczyć. I żaden przystojny, złotousty prawnik w eleganckim garniturze nie zdoła sprawić, by zmieniła zdanie.

Do diabła z Jaredem MacKade'em. Nie miał prawa pojawiać się bez zaproszenia, stać w jej kuchni, popijać lemoniadę, uśmiechać się do Bryana i gadać o jego studiach. Nie miał prawa patrzeć na nią tymi swoimi zielonymi oczami i budzić w niej uśpione żądze.

Było tyle przyjemnych rzeczy, o których wolałaby dumać w ten piękny wiosenny wieczór. Naprawdę nie chciała zastanawiać się nad tym, ile czasu minęło, odkąd kochała się z mężczyzną... Psiakość, dlaczego Jared MacKade zajechał pod jej dom i zburzył spokój, którego tak pragnęła?

Podczas jednej krótkiej wizyty uzmysłowił jej dwie prawdy: że Jim Morningstar nie żyje i że w niej wciąż buzują hormony.

Cóż, obu tym faktom musi stawić czoło. Prędzej czy później Jared znów się pojawi. Spotkanie jest nieuniknione. Należy więc podjąć świadomą decyzję i porozmawiać z synem, poinformować go o śmierci dziadka, a także o testamencie.

Ale dopiero jutro. Dziś nie chciała o niczym myśleć, niczym się martwić, niczego rozważać.

Dopiero po kilku minutach zdała sobie sprawę, że drży na całym ciele, a policzki ma mokre od łez. Podkurczyła nogi i skuliwszy się, przycisnęła twarz do kolan.

– Och, tatusiu...

ROZDZIAŁ DRUGI

Jared nie miał nic przeciwko pracy na farmie. Nie chciałby zajmować się tylko tym, ale kiedy czas mu pozwalał, chętnie zakasywał rękawy i brał się do roboty. Lubił pomagać bratu, zwłaszcza odkąd zamieszkał z Shane'em. Praca na farmie była czymś, co się miało we krwi, coś, czego się nie zapominało. Dojenie, karmienie zwierząt, orka...

Spocony, w podniszczonym podkoszulku i spłowiałych dżinsach, rzucał bydłu siano. Wielkie czarno-białe krowy tłoczyły się przy żłobie. Ich zapach kojarzył mu się z dzieciństwem i z ojcem.

Buck MacKade troszczył się o bydło i nauczył tego swoich czterech synów. Kochał życie na farmie; farma była dla niego wszystkim, tak jak dla Shane'a. Ciekawe, pomyślał Jared, co ojciec by powiedział na wieść o tym, że jego najstarszy syn został prawnikiem.

Pewnie czułby się onieśmielony eleganckimi garniturami, skórzaną teczką, biurkiem pełnym ważnych dokumentów. Ale – Jared gorąco w to wierzył – chyba byłby z niego dumny.

Dorzucił siana. Po tygodniu spędzonym w sądach miło było dla odmiany popracować fizycznie. Nieopodal Shane, pogwizdując wesoło, zaganiał bydło. Wyglądał identycznie jak Buck MacKade: zakurzone dżinsy, stara, rozpięta koszula, twarde, umięśnione ciało, na głowie czapka z daszkiem, przydługie włosy, które należało przystrzyc.

– Jak ci się podoba nowa sąsiadka?

– Kto?

– Nowa sąsiadka – powtórzył Jared, wskazując kciukiem w stronę lasu.

– Chodzi ci o boginię? – Przerwawszy pracę, Shane przycisnął rękę do serca.

– Na mnie też wywarła wrażenie – przyznał rozbawiony Jared.

– Jest zbudowana jak... po prostu brak mi słów. – Shane poklepał czule krowę po zadzie. – Widziałem ją tylko raz, kiedy robiła z dzieciakiem zakupy. Rozmawialiśmy minutę, może dwie, a potem przez godzinę serce waliło mi młotem.

– Co o niej myślisz?

– Hm... – Shane rozwiązał belę i rozrzucił siano. – Myślę, że potrafi sama radzić sobie w życiu i nie szuka towarzystwa. No i ma doskonałe relacje z synem.

– Zauważyłem.

– Kiedy?

– Byłem u niej dwa dni temu. Służbowo.

– Tak? I co?

– I nic. – Jared ściągnął kolejną belę siana. – A miejscowe plotkarki co mówią?

– Niewiele. Podobno była w okolicy i przypadkiem zobaczyła w gazecie ogłoszenie o sprzedaży domku pod lasem. Przyjechała, kupiła domek, dzieciaka zapisała do szkoły, a sama nie udziela się towarzysko. Biedna pani Metz dostaje szału.

– Nie wątpię. Skoro największa pleciuga w miasteczku nic nie wie o nowej mieszkance Antietam, to nikt nie wie.

– Jako jej prawnik może zdobędziesz jakieś informacje.

– Savannah Morningstar nie jest moją klientką – oznajmił Jared. – Podobno jej syn czasem tu wpada?

– Tak. Razem z Connorem.

– Dziwnie się dobrali.

– Może, ale świetnie się dogadują. Bry to naprawdę bystry dzieciak. W każdej sprawie ma własne zdanie, zadaje miliony pytań, potrafi wszystko logicznie uzasadnić. – Shane rzucił okiem na brata. – Kogoś mi przypomina.

– Tak?

– Ojciec zawsze powtarzał, że ty potrafisz przekonująco wygłosić dwa przeciwstawne poglądy. Bryan jest taki sam. W dodatku umie rozweselić Connora. A to się liczy.

– I to bardzo. Przy takim ojcu Connor rzadko miał okazję do śmiechu.

– Na szczęście Dolin siedzi za kratkami. Więcej nie będzie się znęcał nad Cassie i dziećmi. Kiedy sfinalizuje się ich rozwód?

– Najdalej za sześćdziesiąt dni.

– To dobrze... Przytaszczysz ze stodoły jeszcze jedną belę? A ja nakarmię świnie. – Skierował się do zagrody. Na jego widok zwierzęta zaczęły głośno chrumkać. – Chodźcie, chodźcie, moje maluszki. Zaraz dam wam papu.

– On zawsze do nich mówi – za plecami Shane'a rozległ się głos Bryana.

– Pewnie, że mówię. A one mi odpowiadają. – Obróciwszy się, Shane zobaczył, że chłopiec nie przyszedł sam.

Savannah, uśmiechnięta, z rozpuszczonymi włosami, w spranej dżinsowej kurtce, stała z ręką na ramieniu syna. Shane oparł się niedbale o ogrodzenie. Świnie mogły poczekać.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry. – Podeszła bliżej i zajrzała do zagrody. – Wyglądają, jakby były głodne.

– Świnie zawsze są głodne.

Oparła się łokciem o ogrodzenie. Była przyzwyczajona do widoku i zapachu zwierząt.

– Zwłaszcza ta jedna jest dobrze odkarmiona.

– Niedługo będzie mieć małe. Niedługo muszę ją odseparować od reszty.

– Wiosna na farmie. A który to tatuś?

– Tamten, który chodzi z taką zadowoloną miną.

– Ignorując swą prośną partnerkę? Typowe. – Kobieta odgarnęła z twarzy włosy. – Panie MacKade...

– Shane. Proszę mi mówić po imieniu.

– A ja jestem Savannah. – Uśmiechnęła się. – A więc, Shane, podobno masz do oddania kociaki?

– Co, czyżbyś namówił mamę? – Shane zerknął na chłopca.

Udając niewiniątko, Bryan wzruszył ramionami.

– Mamie przyda się towarzystwo, kiedy jestem w szkole.

– Sprytnie. Kociaki są w stodole. Zaprowadzę cię.

– Nie trzeba – zaprotestowała Savannah. – Nie chcę przeszkadzać ci w pracy. Świnie czekają, a Bryan na pewno trafi do kociąt.

– Jasne, że trafię. Chodź, mamo. – Chłopiec pociągnął ją za rękę. – Te kotki są super. Zresztą wszystkie tutejsze zwierzaki są fajne.

Ruszyła z synem w stronę stodoły, z której właśnie wyłonił się Jared z wielką belą siana przerzuconą przez ramię. Tak, pomyślała, wszystkie tutejsze zwierzaki są fajne.

Nie odrywając oczu od jej twarzy, przystanął i cisnął belę na ziemię. Zdała sobie sprawę, że garnitur wprowadził ją w błąd. Jared MacKade nie był eleganckim panem mecenasem. Był wspaniale zbudowanym mężczyzną z krwi i kości.

– Panie MacKade... – Savannah skinęła na powitanie głową.

– Pani Morningstar... – przywitał się równie neutralnym tonem. – Cześć, Bryan.

– Nie wiedziałem, że pan tu pracuje – rzekł chłopiec.

– Czasem pomagam bratu.

– Dlaczego u nas był pan w garniturze? Shane nigdy nie nosi garniturów.

– Muszę go kiedyś tak ubrać, gdy będzie spał. Ciekawe, jak zareaguje?

Chłopiec roześmiał się wesoło.

– Rety, zgubiłeś ząb?

– Dziś rano – oznajmił z dumą Bryan, wysuwając język przez szparę. – Nieźle się teraz pluje.

– Wygrałem lokalne mistrzostwa w pluciu. Trzy metry i dziesięć centymetrów. W bezwietrzną pogodę.

Wynik Jareda zrobił na chłopcu wrażenie. Mały skupił się i po chwili strzyknął śliną. Jared z uznaniem pokiwał głową.

– Brawo.

– Potrafię jeszcze dalej.

– Nikt nie wątpi, że jesteś najlepszy w swojej kategorii wiekowej, Bry – stwierdziła z lekką ironią jego matka. – Ale pan MacKade pracuje, a my przyszliśmy obejrzeć kociaki.

– Są zaraz za drzwiami.

Chłopiec ruszył pędem do stodoły, a Savannah za nim, znacznie wolniejszym krokiem.

– Trzy metry? – spytała, zerkając za siebie.

– I dziesięć centymetrów.

– Zadziwia mnie pan, panie MacKade.

Szła, kołysząc zmysłowo biodrami. Nie tracąc czasu, Jared odbył sam z sobą męską rozmowę i pośpiesznie ruszył do stodoły.

– Prawda, jakie śliczne? – Bryan kucnął na sianie obok śpiących maluchów i ich znudzonej mamy. – Jeszcze przez kilka tygodni muszą tu mieszkać... – Delikatnie, opuszkiem palca, pogładził puszysty, szary łebek. – Ale potem możemy któregoś zabrać do siebie.

Nawet nie sądziła, że widok kociaków tak bardzo ją wzruszy.

– Jezu, jakie maleńkie... – Opadłszy na kolana, ostrożnie wzięła jedną miękką kulkę do ręki. – Zobacz, Bry, mieści mi się na dłoni. – Przysunęła twarz do kociej mordki. – Jaki ty jesteś słodki, jaki cudny...

– Mnie się ten podoba najbardziej – rzekł Bryan, głaszcząc szarego. – Nazwę go Cal. Na cześć Cala Ripkina.

Ruda kulka, którą Savannah trzymała w dłoni, poruszyła się i zamiauczała.

– No dobrze. – Savannah ustąpiła synowi. – Weźmiemy szarego.

– Możecie wziąć oba – zaproponował Jared, widząc rozterkę na twarzy kobiety. – Razem będzie im raźniej.

– Oba? – ucieszył się chłopiec. – Mamusiu, słyszałaś? Razem będzie im raźniej.

– Ależ, Bry...

– Przecież taki maluch nie zajmuje dużo miejsca. Zresztą teraz mamy mnóstwo pokoi. A Calowi przyda się towarzystwo.

– Dzięki, MacKade – mruknęła Savannah.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

– W ten sposób – ciągnął Bryan, spostrzegłszy, z jaką czułością matka wpatruje się w małego rudzielca – każde z nas będzie miało swojego kotka. – Pogładził kociaka, którego Savannah trzymała. – Lubi cię. Widzisz? Liże twoją rękę.

– Bo jest głodny... – Savannah westchnęła. Wiedziała, że nie zdoła się oprzeć. – Hm, może rzeczywiście będzie im raźniej we dwójkę?

Bryan poderwał się z klęczek i nie okazując najmniejszego zawstydzenia tak typowego dla dziewięciolatków, zarzucił matce ręce na szyję i entuzjastycznie pocałował ją w policzek.

– Powiem Shane'owi, które są nasze! – Po chwili znikł.

– Kusił panią ten rudy – zagadnął Jared.

– Owszem. Ale mam świadomość, że nie zawsze można mieć to, czego się pragnie. – Odłożyła kotka, żeby mógł ssać matkę. – No cóż, dwa pewnie nie są bardziej kłopotliwe niż jeden.

Jared pomógł jej wstać. Wyszli na powietrze.

– To kim pan jest? Farmerem, który dorabia jako prawnik, czy prawnikiem, który dorabia jako farmer?

– Ostatnio jednym i drugim. Przez kilka lat mieszkałem w Hagerstown. – Przyśpieszył, żeby dotrzymać jej kroku. – Ze trzy miesiące temu przeprowadziłem się na wieś, ale wciąż miałem sporo spraw do załatwienia w mieście, więc Shane z Devinem musieli sobie radzić sami.

– Z Devinem? – Przystanęła w słońcu; grzało coraz silniej. – Ach, tak. To nasz szeryf. Bryan wspominał, że też tu mieszka.

– Mieszkać to mieszka u siebie w gabinecie – sprostował Jared. – A tu czasem nocuje.

– Mój Boże! To w miasteczku, w którym są dwie ulice na krzyż, jest aż tyle przestępstw?

– Devin poważnie traktuje swoje obowiązki. – Ponad jej ramieniem Jared dojrzał Bryana, który, podskakując wesoło, pomagał Shane'owi zagonić krowy na pastwisko. – Przemyślała pani sprawę spadku?

– Owszem, przemyślałam. Ale zanim podejmę ostateczną decyzję, muszę porozmawiać z synem. – Spostrzegłszy zdziwienie malujące się na twarzy mężczyzny, dodała: – Stanowimy zespół, panie MacKade. Mamy równe prawa. Ale dziś po południu Bryan rozgrywa mecz, więc nie chcę go rozpraszać. Najdalej w poniedziałek dam panu odpowiedź.

– Doskonale.

Nagle zobaczyła, jak Jared posyła bratu ostrzegawcze spojrzenie.

– Niech no zgadnę. Pana brat znów gapi się na mój tyłek?

– Skąd pani wie? – spytał zaintrygowany.

Wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.

– Kobiety zawsze wiedzą takie rzeczy. Tylko czasem udają niewiniątka. – Obróciwszy się, mrugnęła porozumiewawczo do Shane'a. – Hej, Bryan, wracamy do domu. Przed meczem masz kilka rzeczy do zrobienia.

Wędrując z synem przez las, słuchała, jak chłopiec paple o kotach, meczu, zwierzętach na farmie MacKade'ów. Buzia mu się nie zamykała.

Jest szczęśliwy, pomyślała. Wie, że nikt mu nie wyrządzi krzywdy. Poczuła się dumna: dobrze wychowała syna. Sama jedna, bez niczyjej pomocy.

– Ruszaj przodem, Bry. Zrób, co masz zrobić, a potem się przebierz. Ja sobie tu posiedzę.

– Często tu siadujesz – stwierdził.

– Tak. Lubię to miejsce.

Przyjrzał się jej uważnie.

– Mamusiu? Naprawdę tu zostaniemy? Na zawsze?

Pocałowała syna w czoło.

– Tak, kochanie. Na zawsze – przyrzekła i w nagrodę otrzymała promienny uśmiech.

Zostawszy sama, usiadła na leżącej przy ścieżce kłodzie i zamknęła oczy.

Dziesiątki myśli i wspomnień cisnęły się jej do głowy, ale odpędzała je. Koncentrowała się na ciszy, na spokoju.

Nauczyła się tego w dzieciństwie, kiedy panujący dookoła chaos wydawał się jej nie do wytrzymania. Długie godziny w rozklekotanej furgonetce, śmierdzące padoki, podniesione głosy, ciągłe ssanie w żołądku, płacz dzieci, nieogrzewane pomieszczenia. Łatwiej było to wszystko znieść, kiedy mogła na chwilę się wyłączyć, uciec w nicość.

Później wracała do życia z nową energią i siłą.

Jared obserwował ją zafascynowany. Mityczne stworzenie, przemknęło mu przez myśl. Siedziała nieruchomo, z malującym się na twarzy wyrazem błogiego spokoju. Nie zdziwiłby się, gdyby na jej ramieniu przysiadł motyl lub barwny ptak.

Zawsze uważał ten las za swój własny, prywatny teren. Ale obecność Savannah wcale mu nie przeszkadzała. Tak jakby wiedział, że ją tu zastanie.

Bał się zamrugać. Bał się, że w tym ułamku sekundy Savannah może zniknąć; że już jej nie odnajdzie.

Uniosła powieki i popatrzyła mu prosto w oczy.

Przez moment żadne się nie odzywało. Była przyzwyczajona do tego, że mężczyźni się na nią gapią. Gapili się, nawet kiedy była dzieckiem. Różnie reagowała: irytacją, rozbawieniem, zainteresowaniem. Ale nigdy dotąd spojrzenie mężczyzny nie odjęło jej mowy.

Jared wykonał krok, ponownie wprawiając świat w ruch.

– Nie cierpię mówić oczywistości... – Usiadł koło niej na kłodzie. Dlatego, że chciał. I dlatego, że kolana miał jak z waty. – Ale pani uroda zapiera dech w piersi.

Savannah przechyliła głowę.

– Nie powinien pan orać teraz jakiegoś poletka?

– Shane nie lubi pożyczać traktora. A pani nie powinna szykować się na mecz syna?

– Mam jeszcze dwie godziny. – Wzięła głęboki oddech. – To które z nas wtargnęło na teren drugiego? Do kogo należy ten skrawek lasu?

Jared wyjął z kieszeni cygaretkę i zapałki.

– Do mojego brata.

– Myślałam, że farma jest waszą wspólną własnością.

– Farma owszem. – Wypuścił z ust kłęby dymu. – Ale ten kawałek lasu należy do Rafe'a.

– Do Rafe'a? To znaczy, że MacKade'ów jest jeszcze więcej?

– Czterech. – Starał się nie okazać zdziwienia, kiedy zabrała mu cygaretkę i zaciągnęła się.

– Czterech MacKade'ów? No, no. Aż strach pomyśleć, co się działo, kiedy w czwórkę przyjeżdżaliście do miasteczka. I co, żadnej dziewczynie nie udało się was usidlić?

– Rafe ma żonę. A ja jestem rozwiedziony.

Oddała mu cygaretkę.

– I znów mieszka pan na farmie...

– Niewiele brakowało, a mieszkałbym w pani domu.

– Tak?

– Tak. Swój wystawiłem na sprzedaż. Szukam czegoś w okolicy. Miałem nadzieję, że uda mi się kupić domek, w którym pani mieszka, ale się spóźniłem. – Podniósł patyk i zaczął rysować na ziemi. – Tu jest farma, tu dom Rafe'a, a tu pani.

– Hm... Całe wzgórze należałoby do MacKade'ów. Przegapił pan swoją szansę, mecenasie MacKade.

– Na to wygląda, pani Morningstar.

– Savannah. Skoro jesteśmy sąsiadami, mówmy sobie po imieniu. – Zabrawszy Jaredowi patyk, wskazała nim wierzchołek narysowanego na ziemi trójkąta. – To ten dom na szczycie wzgórza, który widać z szosy?

– Zgadza się. Dawna posiadłość Barlowów.

– Tam straszy.

– Słyszałaś te wszystkie historyjki?

– Historyjki? – W jej oczach pojawił się błysk zainteresowania. – Nie.

– Więc dlaczego powiedziałaś, że tam straszy?

– Po prostu to czuję. Tu, w tym lesie, też wyczuwam... hm, jakby pewien niepokój. – Uśmiechnęła się. – Płynie we mnie indiańska krew. Krew Apaczów. Mój ojciec twierdził, że jest stuprocentowym Indianinem, ale... – urwała i odwróciła wzrok.

– Ale...

– Był mieszańcem. Oprócz indiańskiej w jego żyłach płynęła również krew włoska, meksykańska, trochę francuskiej.

– A twoja mama?

– Pochodziła z rodziny anglo-meksykańskiej. Występowała na rodeo, była mistrzynią w wyścigu wokół beczek. Zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miałam pięć lat. Słabo ją pamiętam.

– Moi starzy też nie żyją. – Podsunął jej cygaretkę. – Trudno pogodzić się ze śmiercią rodziców.

Savannah zaciągnęła się dymem.

– Może. Ale ja ojca straciłam dziesięć lat temu, kiedy wykopał mnie z domu. Miałam szesnaście lat i byłam w ciąży.

– Ojej, przykro mi.

– Jakoś sobie poradziłam. – Nie wiedziała, dlaczego opowiada mu o sobie. Może dlatego, że wokół panowała niczym niezmącona cisza, a Jared umiał słuchać? – Ostatnie dwa dni więcej myślałam o ojcu niż przez całe lata. Boże, Jared, nie wyobrażasz sobie, co dziesięć lat temu, ba, nawet pięć, znaczyłoby dla mnie osiem tysięcy dolarów. – Wzruszywszy ramionami, odgarnęła z twarzy włosy. – Bywały takie chwile w moim życiu, że nawet osiem dolarów... Mniejsza z tym.

Impulsywnie uścisnął jej dłoń.

– Jesteś bardzo dzielną kobietą...

Popatrzyła na ich złączone ręce, po czym wolno wysunęła swoją i dźwignęła się na nogi.

– W każdym razie sprawę spadku muszę przedyskutować z Bryanem.

– ...i wspaniale wychowałaś syna.

Uśmiechnęła się.

– Razem się wychowywaliśmy. Ale dziękuję za miłe słowa. Zadzwonię.

– Savannah... – Zastąpił jej drogę. – W Antietam mieszkają dobrzy ludzie. Tu nikt nie musi być samotny, chyba że mu na tym bardzo zależy.

– W porządku, mecenasie. Wszystko sobie przemyślę. I wkrótce się odezwę.

Od lat nie był na meczu Małej Ligi. Kiedy dojechał na miejsce i rozejrzał się dookoła, wchłaniając dźwięki, obrazy, atmosferę, nie mógł się sobie nadziwić. Widzów było mnóstwo. Dzieciaki, które przyszły kibicować kolegom, ganiały się za ogrodzeniem, pod trybunami. Właściciele stoisk oferujących hot-dogi, lody i napoje uwijali się jak w ukropie.

Jared zaparkował samochód na wyboistym poboczu i ruszył po trawie w stronę boiska. Szukał wzrokiem Savannah, zamiast niej dojrzał Connora Dolina.

Chudy, jasnowłosy chłopiec stał w kolejce do stoiska z jedzeniem i patrzył w ziemię. Dwóch większych wyrostków dokuczało mu.

– Hej, kujonie. Jak tam twój stary? Lubi życie za kratkami?

Popychali go, szturchali. Connor nie reagował. Stojąca przed nimi kobieta odwróciła się i pogroziła im palcem, ale to nie odniosło skutku.

– Co, dupku, nosisz mu do pierdla ciasteczka? Pewnie taki maminsynek piecze pyszne ciasteczka, nie?

– Cześć, Connor. – Uśmiechnąwszy się do chłopca, Jared obrzucił jego prześladowców takim spojrzeniem, że ci natychmiast się rozpierzchli. – Jak leci?

– W porządku – odparł Connor, czerwony z upokorzenia. – Mam kupić hot-dogi i colę.

Jared pokiwał głową. Wiedział, że nie powinien wspominać o tym, czego przed chwilą był świadkiem.

– A w meczu nie bierzesz udziału? Dlaczego?

– Kiepski ze mnie gracz – stwierdził rzeczowo chłopiec. Zbyt często słyszał, że jest do niczego, by poddawać to w wątpliwość. – Ale Bryan gra. Bryan Morningstar. To najlepszy zawodnik w drużynie.

– Serio? – Widząc błysk ożywienia w szarych oczach chłopca, Jared chciał pstryknąć w daszek jego czapki. Reakcja Connora – instynktownie cofnięcie głowy – uświadomiła mu, ile w życiu przeszło to dziewięcioletnie dziecko. – Chętnie na niego popatrzę – kontynuował mężczyzna, jakby niczego nie zauważył. – Na jakiej gra pozycji?

Wstydząc się własnego tchórzostwa, Connor ponownie wbił wzrok w ziemię.

– Łącznika.

– Nie gadaj! Ja też kiedyś grałem na pozycji łącznika.

– Naprawdę? – Chłopiec wytrzeszczył oczy.

– Tak. Devin był trzeciobazowym, a...

– Szeryf MacKade grał w bejsbola? – Zdumienie ustąpiło miejsca zachwytowi. Connor uwielbiał szeryfa. – Pewnie był dobry?

– Całkiem niezły – przyznał Jared. Do dziś nie mógł przeboleć, że mając Devina za przeciwnika, nie udawało mu się wykonać pełnego obiegu. – Ile chcesz hot-dogów?

– Dwa. Ale ja mam pieniądze – odparł Connor, pokazując wymięte banknoty. – Mama mi dała. I pani Morningstar. Jej też mam kupić. Z musztardą.

– Dziś ja funduję. – Jared pokazał sprzedawcy trzy palce. Podał chłopcu pierwszego hot-doga i patrzył, jak ten ostrożnie podsuwa go pod kranik z musztardą. – Mama i siostra też tu są?

– Nie, proszę pana. Mama jest w pracy, a Emma razem z nią. Ale pozwoliła mi przyjść na mecz.

Jared poprosił o napoje i zapakował wszystko do pudełka.

– Dasz radę to nieść?

Ruszyli w stronę trybun. Chłopiec, przejęty odpowiedzialnym zadaniem, niósł pudełko z taką miną, jakby hot-dogi były laskami dynamitu, a napoje płonącą pochodnią.

– Mamy miejsca na samej górze. Pani Morningstar mówi, że stamtąd najlepiej widać.

Jared odnalazł ją wzrokiem. Siedziała z łokciami wspartymi o kolana, a brodą podpartą na dłoni, i patrzyła – jak się domyślał, bo oczy miała przysłonięte ciemnymi okularami – na boisko.

Źle się domyślał, bo patrzyła na niego. Obserwowała, jak idzie koło chłopca, od czasu do czasu witając się z kimś skinieniem głowy lub uśmiechem. Nie uszło jej uwadze, jak na widok Jareda kilka kobiet, i to w różnym wieku, wypina pierś do przodu albo dyskretnie poprawia fryzurę.

Działa na kobiety, przemknęło jej przez myśl. Sprawia, że stajemy się bardziej świadome własnej fizyczności. To muszą być feromony, uznała po chwili. Sygnał seksualności.

Zabrała leżącą na ławie kurtkę Connora i przesunęła się na bok, żeby zrobić Jaredowi miejsce.

– Świetna pogoda na mecz. – Usiadł obok niej, a koło niego usiadł Connor. – Ciasno.

– Trochę. – Wyjęła z pudełka hot-doga. – Dzięki, Con.

– Pan MacKade zapłacił – wyjaśnił chłopiec, oddając jej pieniądze.

Chciała powiedzieć, żeby je zatrzymał, ale wiedziała, że duma mu nie pozwoli.

– Jak wynik? – spytał Jared.

– Przegrywamy jednym punktem. Rozpoczyna się trzecia zmiana. – Savannah odgryzła kawałek bułki.

– Wkrótce wejdzie Bryan. – Connor przełknął duży kęs i dodał: – Ma najlepsze wyniki w całym zespole.

Wyszedł zawodnik w pomarańczowym stroju. Stroje drużyny sponsorowała kawiarnia Edwiny Crump.

– Poznałaś już Ed? – spytał Jared.

– Właścicielkę kawiarni, w której pracuje Cassandra? Jeszcze nie.

– Dobrze, że nie kazała chłopcom grać w różowych strojach.

Savannah chciała coś odpowiedzieć, ale słysząc uderzenie kija, wydała głośny okrzyk radości. Tłum zaczął kibicować. Zawodnik cisnął kij na ziemię i ruszył pędem do pierwszej bazy.

Drugie odbicie się nie powiodło. Ktoś z publiczności rzucił wiązankę w stronę sędziego, na trybunach wywiązało się kilka ostrych dyskusji.

– Ludzie nadal poważnie traktują rozgrywki Małej Ligi – zauważył Jared.

– Bo bejsbol to poważna sprawa.

Nagle na boisku pojawił się Bryan. Po trybunie przeszedł szmer.

– To młody Morningstar.

– Podobno świetnie odbija.

– Może. Ale dziś miotacz nikomu nie przepuści.

Słysząc to, Savannah trąciła kolanem siedzącego przed nią faceta.

– Zobaczy pan, Bryan Morningstar sobie z nim poradzi.

Jared wyszczerzył w uśmiechu zęby.

– O tak, bejsbol to poważna sprawa.

Savannah zdusiła przekleństwo, kiedy jej syn zamachnął się i nie trafił pierwszej piłki.

– Założę się o dolara, że zdobędzie bazę domową.

– Życzę mu tego samego, ale... Dobra. MacKade'owie uwielbiają hazard.

Savannah wstrzymała oddech, podczas gdy Bryan wykonywał rutynowe czynności: lewą nogą kopnął ziemię, potem powtórzył to prawą, poprawił kask, zamachnął się kijem.

– Patrz na piłkę, Bry – szepnęła, kiedy ponownie zajął miejsce. – Patrz na piłkę.

Patrzył. Przeleciała obok i wpadła prosto w rękawicę łapacza.