Dubajki. Między luksusem a pułapką - Żmuda-Trzebiatowski Michał - ebook + audiobook

Dubajki. Między luksusem a pułapką ebook i audiobook

Żmuda-Trzebiatowski Michał

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

14 osób interesuje się tą książką

Opis

W Dubaju, mieście ze złota, kupuje się nie tylko rzeczy, ale i ludzi.

Michał zna miasto od podszewki. Wie, ile kosztuje wejście do zamkniętego dla większości osób świata. Pewnego dnia do Dubaju przyjeżdża jego dawna przyjaciółka Helena – samotna matka i kasjerka z hipermarketu, która desperacko pragnie odmienić swoje życie.

Agata, młoda piosenkarka, która uciekła z Polski, gdy były narzeczony upublicznił w sieci ich intymne nagranie, poznaje na basenie apartamentowca Michała i Helenę. Ich wspólne wyjście na karaoke przynosi dramatyczny zwrot akcji – jedna piosenka zaśpiewana przez Agatę wystarczy, by zwrócił na nią uwagę szejk, który nie zna słowa „nie”.

Bezlitosna opowieść o kobietach wchodzących w relacje z najbogatszymi w zamian za życie, które wygląda z zewnątrz jak spełnienie marzeń. Ale czy naprawdę takie jest? Czy płaci się za nie najwyższą cenę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 198

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 38 min

Lektor: Marcin Procki

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Michał Żmuda Trze­bia­tow­ski 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Kamila Recław Korekta: Monika Kociuba / e-DYTOR, Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz

Wydawca: TIME S.A. ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-762-0

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach:

face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wprowadzenie

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, dla­czego kobiety chcą być trak­to­wane jak księż­niczki?

Kobiety, kobietki, nasto­latki, dziew­czynki, damy z salo­nów, nawet, a może nawet tym bar­dziej, te upa­dłe – wszyst­kie chcą być trak­to­wane jak księż­niczki. Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś dla­czego? I czego one wła­ści­wie pra­gną? Marzą o zamku, kró­le­wi­czu, zło­cie i dia­men­tach czy może o czymś zupeł­nie innym? Czy w każ­dej miesz­kance tego globu nie mieszka ciche pra­gnie­nie bycia zauwa­żoną, wybraną i kochaną? Księż­niczka w baśni nie jest uprzy­wi­le­jo­wana przez bogac­two, jej przy­wi­le­jem jest bycie zauwa­żoną. Wszy­scy – od dworu przez księ­cia do króla – widzą i cenią w niej war­tość, zanim jesz­cze ona sama zdąży się wypo­wie­dzieć, a nawet na długo przed samym wysta­wie­niem się na widok i ocenę publiczną. Kobiety chcą być trak­to­wane jak „księż­niczki”, a ozna­cza to naj­czę­ściej czu­łość w drob­nych gestach, sza­cu­nek w sło­wach i pew­ność, że ich obec­ność ma zna­cze­nie. To tęsk­nota za świa­tem, w któ­rym o miłość nie trzeba ani wal­czyć, ani latami cze­kać na nią w nadziei, bo ona po pro­stu jest.

A histo­rie o ksią­żę­tach arab­skich?

One rodzą się z tej samej nadziei i tęsk­noty, tylko sce­no­gra­fia się zmie­nia. Arab­ski książę ina­czej niż ten pol­ski, a nawet euro­pej­ski, w wyobraźni kobiet nie jest jedy­nie męż­czy­zną, on jest jak obiet­nica nowego, pięk­nego, egzo­tycz­nego świata, gdzie słońce ni­gdy nie zacho­dzi. To świat jak z bajki, w któ­rym uczu­cia nie są hamo­wane, pozo­stają inten­sywne, dekla­ra­cje natych­mia­stowe, a miłość bez­wstyd­nie wielka. Tutaj nikt nie prze­staje się­gać po swoje marze­nia, nikt nie boi się pożą­da­nia, męż­czy­zna jest jed­no­cze­śnie kochan­kiem i opie­ku­nem. Tęsk­nimy za takimi ksią­żę­tami. Oni są gwa­ran­cją ode­rwa­nia się od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. W Dubaju kobieta nie musi wal­czyć o uwagę ani tłu­ma­czyć się ze swo­ich potrzeb i pra­gnień. W oczach tych ksią­żąt jest jak perła, cenna sama przez się. A książę? On nie pyta, czy wolno mu kochać. On kocha. I wła­śnie ta pew­ność, ta baśniowa inten­syw­ność spra­wia, że nasze serca biją szyb­ciej. W grun­cie rze­czy nie cho­dzi o pałace, mar­mury i torebki naj­lep­szych pro­jek­tan­tów, bo to jedy­nie kon­se­kwen­cja wyboru. Cho­dzi o reali­za­cję głę­bo­kiej fan­ta­zji, marze­nia z dzie­ciń­stwa, by choć na chwilę zna­leźć się w opo­wie­ści, w któ­rej miłość poko­nuje zło, świat dzięki wiel­kim pie­nią­dzom staje się prost­szym i sym­pa­tycz­niej­szym miej­scem, a na koniec – i to naj­waż­niej­sze – kobieta czuje się kochana, bez­pieczna, chciana i abso­lut­nie wyjąt­kowa. Odkąd miesz­kam w Dubaju, prze­wi­nęło się przez moje życie wiele kobiet i ich histo­rii, które spra­wiły, że posta­no­wi­łem zabrać Was do tego świata. Dla więk­szo­ści jest on wielką tajem­nicą, bo dostęp mają tutaj wyłącz­nie odważni i piękni ludzie. Dubaj przy­po­mina w całej swo­jej sze­ro­ko­ści i dłu­go­ści targ. Zazwy­czaj próż­no­ści, bo wszystko kon­cen­truje się na pięk­nym ciele i gład­kim licu.

Za wiel­kie pie­nią­dze wszystko na tym targu jest genial­nie zor­ga­ni­zo­wane i co naj­waż­niej­sze – dys­kretne. Bo jak dobrze wiemy, pie­nią­dze i miłość lubią ciszę. Jak można sobie wyobra­zić, szej­ko­wie i człon­ko­wie rodziny kró­lew­skiej lubią wszystko to, co naj­lep­sze. Ma się świe­cić nie­wy­obra­żal­nym świa­tłem, prze­py­chem i pre­sti­żem. Dla­tego męż­czyźni tak chęt­nie płacą po to, żeby się­gnąć po naj­pięk­niej­sze kobiety, do tego roz­po­zna­walne na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Na tym targu próż­no­ści cele­brytki nie czują się upa­dłe, w ich mnie­ma­niu deli­kat­nie prze­kształ­ciły model biz­ne­sowy. Świat sze­roko poję­tego show-biz­nesu uczy kobiety jed­nej rze­czy wyjąt­kowo sku­tecz­nie – jesteś tyle warta, ile przy­cią­gniesz spoj­rzeń i polu­bień w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Wtedy wcho­dzi klient, który nie pyta ich o talent, tylko o dostęp­ność. Szejk czy książę, choć czę­sto ich fan­ta­zje mogą suge­ro­wać, że jest egzo­tycz­nym demo­nem, w Dubaju jest postrze­gany jako racjo­nalny kon­su­ment. Ma pie­nią­dze, wła­dzę i abso­lutną pew­ność, że Zachód sprzeda wszystko, jeśli tylko cena się zga­dza. A cele­brytka? Ona dosko­nale rozu­mie zasady gry. Wie, że „pre­sti­żowe towa­rzy­stwo” brzmi lepiej niż „usługa”. Wie, że oprócz jej ciała naj­wy­żej cenione są tutaj mil­cze­nie i ule­głość. Więk­szość kobiet, które tra­fiły do Dubaju jako damy do towa­rzy­stwa, czuje się wyeman­cy­po­wana. One w końcu zara­biają na swoje potrzeby i nie­za­leż­ność. To kapi­ta­lizm w wer­sji nagiej. Jeśli i tak była pro­duk­tem, tylko na sce­nie przed obiek­ty­wem, to dla­czego mia­łaby nie sprze­dać się dro­żej? Jeśli i tak była oce­niana od stóp do głów, to czemu mia­łaby nie wyce­nić cało­ści?

W dzi­siej­szym świe­cie moral­ność jest towa­rem defi­cy­to­wym i ze wszech miar luk­su­so­wym. Powo­dów, dla któ­rych cele­brytki decy­dują się na pro­sty­tu­owa­nie, jest nie­zli­cze­nie wiele. Spójrzmy na żonę naj­bar­dziej wpły­wo­wego, ale też kon­tro­wer­syj­nego poli­tyka na świe­cie, Mela­nię Trump. Jak bar­dzo nasze, pol­skie, gwiazdki i gwiaz­deczki róż­nią się od pierw­szej damy? Co sie­dzi w kobie­cie, która wygląda przy swoim mężu na wiecz­nie nie­szczę­śliwą i zasę­pioną? Czy gdyby miała moż­li­wość ponow­nego wyboru, weszłaby z nim nawet w naj­płyt­szą rela­cję? Czy pie­nią­dze, choćby te naj­więk­sze, sta­no­wią pla­ster na upo­ko­rze­nia, zdrady, śmiesz­ność w oczach innych?

A spo­łe­czeń­stwo? Spo­łe­czeń­stwo gra w swoją uko­chaną zabawę, obu­rza się gło­śno i na pokaz. Publicz­nie potę­pia, łaja i wyśmiewa, pry­wat­nie klika, laj­kuje i dzieli się. Niby gar­dzi kobietą, ale fascy­nuje się jej ceną. Bo nic tak nie pod­nieca opi­nii publicz­nej, jak cudza intym­ność, i to ta w pakie­cie VIP. Luk­sus, piękne oto­cze­nie, dro­gie ubra­nia, naj­lep­sza biżu­te­ria wybie­lają naj­więk­sze prze­wi­nie­nia i naj­bo­le­śniej­sze upadki. Szcze­rze? Naj­uczciw­sze w tej histo­rii są pie­nią­dze. One nie udają uczuć bez pokry­cia, nie mani­pu­lują, nie zapew­niają o miło­ści, nie sprze­dają bajek. Cała reszta to genialny mar­ke­ting, obu­do­wany w lukier naszych cza­sów. I hipo­kry­zja. Bo jeśli pytamy, dla­czego cele­brytki to robią, powin­ni­śmy zapy­tać gło­śniej – dla­czego świat nauczył je, że to jedna z nie­wielu dróg, która naprawdę im się opłaca?

Słowo od autora

Miesz­kam w Dubaju, który zachwyca mnie swoim pięk­nem i prze­py­chem od samego początku, gdy się tu zja­wi­łem. Tutaj wszystko jest jakieś. Każdy, kto dotyka się dubaj­skiego luk­susu, marzy, żeby w nim zostać. Zabie­ram cię, drogi Czy­tel­niku, w podróż, nie jako tury­stę, ale świadka sytu­acji, z któ­rymi się zde­rzy­łem. Dubaj i jego miesz­kańcy – szej­ko­wie, biz­nes­meni, „kró­lew­scy” – nikt na świe­cie bar­dziej niż Ara­bo­wie nie potrafi spra­wić, że kobiety czują się jak księż­niczki. Noszone na rękach, otu­lone luk­su­sem i podzi­wiane. A jed­no­cze­śnie w tych samych rela­cjach czę­sto te same kobiety żyją w klat­kach nie­wi­docz­nych dla oka. Uza­leż­nione od cudzych pie­nię­dzy i wpły­wów, zbu­do­wa­nych z zależ­no­ści, stra­chu i speł­nia­nia cudzych fan­ta­zji oraz czę­sto cho­rych ocze­ki­wań. To mia­sto jak żadne inne umie speł­niać marze­nia, ale jesz­cze lepiej potrafi zasta­wiać pułapki. Ta książka jest histo­rią dwóch moich kole­ża­nek. Róż­nią się nie­mal wszyst­kim: wyglą­dem, cha­rak­te­rem, tem­pe­ra­men­tem i wybo­rami. Obie uwie­rzyły, że tutaj wszystko jest moż­liwe. To opo­wieść o chęci wyrwa­nia się z biedy, chęci bycia kochaną, ale też o naiw­no­ści, sła­bo­ści, o wol­no­ści, która czę­sto oka­zuje się czy­stą ilu­zją. O ludziach, któ­rzy dzięki pie­nią­dzom i wła­dzy mogą nie­mal wszystko, i o tych, któ­rzy muszą nauczyć się, jak wiele dzięki nim mogą stra­cić. Jeśli wej­dziesz do tego świata razem ze mną, zoba­czysz Dubaj nie z per­spek­tywy wie­żow­ców, lecz ludz­kich losów.

I być może na samym końcu tej histo­rii zdo­łasz odpo­wie­dzieć sobie na pyta­nie: gdzie koń­czą się marze­nia, a zaczyna wię­zie­nie?

Dubajki

Agata

Za czarną kotarą back­stage’u pul­so­wał bas, a w chwi­lach ciszy dało się sły­szeć pod­eks­cy­to­wane roz­mowy ludzi cze­ka­ją­cych na poja­wie­nie się swo­jej gwiazdy. Agata stała przed wyso­kim lustrem i podzi­wiała swoją opa­le­ni­znę, którą przy­wio­zła z Seszeli.

– No i co? Ukląkł? – pytał sty­li­sta Adaś, gej, który ukła­dał na pio­sen­karce jej roc­kową sty­li­za­cję.

– Nie… to twoje fana­be­rie, mamy jesz­cze na to czas…

– Nie gadaj, że byś nie chciała…

– Może tro­szeczkę. – Agata uśmiech­nęła się na myśl o dwóch tygo­dniach, które spę­dziła w raju, w ramio­nach swo­jego chło­paka. Poznała go, gdy zatrud­niała ochro­nia­rzy na swoją nową trasę. Wysoki blon­dyn z barami, w któ­rych kobieta czuje się bez­piecz­nie.

– Dwie minuty! – rzu­cił ktoś z ekipy, prze­my­ka­jąc obok z table­tem.

Agata unio­sła kciuk, a już w następ­nej chwili miała przed sobą tele­fon. Kamera. Czer­wona kropka. Rolka.

– Hej, kochani! – powie­działa kocim szep­tem, wdzię­cząc się do obiek­tywu.

Jej uroda, cha­rak­te­ry­styczna ener­gia, sek­su­alna aura spra­wiały, że roz­grze­wała swo­ich fanów do czer­wo­no­ści.

– Jeste­śmy wła­śnie na back­stage’u – ekipa przy­wi­tała się macha­niem i ukło­nami – za chwilę wycho­dzimy na scenę i… serio, czuję się dziś jak we śnie.

Odwró­ciła tele­fon, poka­zu­jąc frag­ment kulis: kable wijące się po pod­ło­dze, per­ku­sję cze­ka­jącą w pół­mroku.

– A w ogóle… – dodała, znów kie­ru­jąc kamerę na sie­bie – muszę wam powie­dzieć, że kilka godzin temu wró­ci­łam z Seszeli. Było cudow­nie. Tur­ku­sowa woda, cisza, słońce… i on. – Jej głos zmiękł. Uśmiech prze­stał być sce­niczny, stał się pry­watny. – Mój facet jest abso­lut­nie moim domem. Kocham go tak, że cza­sem aż mnie to zaska­kuje. Tam, na plaży, wszystko było pro­ste. Jakby świat na chwilę zwol­nił tylko dla nas.

– Agata, wywiad! – zawo­łała mene­dżerka, wska­zu­jąc na znaną dzien­ni­karkę z topo­wej śnia­da­niówki, już z mikro­fo­nem w dłoni.

– Już, już. – Agata zaśmiała się kokie­te­ryj­nie, koń­cząc nagra­nie krót­kim buzia­kiem w stronę kamery.

– Jak się czu­jesz przed dzi­siej­szym kon­cer­tem? – padło zgrane jak płyta pyta­nie.

– Jestem wdzięczna – odpo­wie­działa bez waha­nia – za swój zespół, za tych cudow­nych ludzi, któ­rzy tu dziś przy­szli. Za to, że mogę robić to, co kocham. I że mam do kogo wra­cać po zej­ściu ze sceny!

W tle per­ku­si­sta ude­rzył prób­nie w wer­bel. Gita­rzy­sta prze­cią­gnął struny. Dźwięki zło­żyły się w zna­jome napię­cie, które zawsze ozna­czało jedno. Agata zamknęła oczy na sekundę, wzięła głę­boki oddech. Poczuła napły­wa­jącą adre­na­linę, która zaczęła wypeł­niać jej ciało. Uwiel­biała ten moment, w zasa­dzie dla niego żyła. Występ był już zada­niem, czymś, w co wcho­dziła jak w trans. Tych kilka minut przed wej­ściem na scenę doda­wało jej życiu magii. Czuła się pożą­dana, kochana i potrzebna. Reali­zo­wała się w tym.

– Dobra – powie­działa, już bar­dziej do sie­bie niż do innych – show must go on, gramy.

Świa­tła za kotarą roz­bły­sły. Publicz­ność zawrzała. Agata ukło­niła się do kamery, po czym ruszyła w stronę sceny, a razem z nią aura, która przy­cią­gała spoj­rze­nia pełne podziwu i nie­ukry­wa­nej zazdro­ści. W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat była już wielką gwiazdą i miała wszystko. Kto by nie chciał żyć jej życiem, które wyglą­dało jak naj­pięk­niej­szy sen?

Agata zacho­wy­wała się na sce­nie jak zwie­rzę, była pewna sie­bie, dosko­nale czuła się w swoim ciele. Kiedy śpie­wała, cała zamie­niała się w muzykę. Za każ­dym razem, gdy reflek­tory roz­ci­nały ciem­ność, sta­wała się żywio­łem, który dopro­wa­dzał publicz­ność do szału. Każdy począ­tek nowej pio­senki, roz­le­wa­jący się po ogrom­nej sali kon­cer­to­wej, spra­wiał, że tłum odpo­wia­dał natych­miast – falą rąk, okrzy­ków, chó­ral­nym śpie­wa­niem i rapo­wa­niem wer­sów, które wra­cały do niej wzmoc­nione set­kami gar­deł. Adre­na­lina się­gała tu zenitu, wszy­scy byli w eks­ta­zie. Agata czuła, jak ciało samo pro­wa­dzi jej głos, scena była dla niej dru­gim domem. Tutaj czuła się naj­waż­niej­sza i kochana. W prze­rwach zaga­dy­wała fanów, pod­cho­dziła do nich i robiła sobie z nimi sel­fie, śmiała się do mikro­fonu. W trak­cie ulu­bio­nych pio­se­nek zamy­kała oczy na refre­nie, by dać się ponieść. Publicz­ność sza­lała. Świa­tła wiro­wały, pot spły­wał jej po ple­cach, a ona czuła to szcze­gólne „tak”, które mówi: wszystko gra, wszystko jest dokład­nie takie, jak być powinno.

Wybie­gła na back­stage, miała pięt­na­ście sekund na prze­bra­nie się. Zauwa­żyła jed­nak, że wszy­scy dziw­nie się zacho­wy­wali, nie nawią­zy­wali z nią kon­taktu wzro­ko­wego, nie zaga­dy­wali jak zwy­kle, by chwa­lić ją pod nie­biosa. Ale ona miała to gdzieś, była jak w tran­sie.

Kolejna pio­senka zaczy­nała się ide­al­nie, choć gdzieś na obrze­żach jej uwagi poja­wiła się pierw­sza rysa. Powie­trze jakby nagle zgęst­niało. W pierw­szych rzę­dach ktoś odwra­cał się do sąsiada, sły­chać było krót­kie, ury­wane komen­ta­rze. Kilka twa­rzy zamiast sceny i śpie­wa­ją­cej gwiazdy wybie­rało ekrany tele­fo­nów, wpa­tru­jąc się w nie z napię­ciem. Agata zare­je­stro­wała to kątem oka. Była tro­chę zdzi­wiona, czuła drobne ukłu­cia nie­po­koju, ale sta­rała się je zigno­ro­wać, głos niósł ją dalej. Pewny, mocny, jak ona, show must go on – powta­rzała w myślach. Jed­nak z każdą wyśpie­waną zwrotką roz­mowy wśród publicz­no­ści nara­stały. Nie były już szep­tem, jak przed chwilą. Ktoś wska­zał na scenę, ktoś inny krę­cił głową, jakby chciał zaprze­czyć temu, co widzi w tele­fo­nie. Po chwili gło­śny gwizd prze­ciął powie­trze, ostry, obcy dźwięk, zupeł­nie nie­pa­su­jący do aktu­al­nej melo­dii. Agata trzy­mała linię, pod­no­siła głowę, wycią­gała rękę do publicz­no­ści, pró­bo­wała zszyć to, co zaczy­nało się na jej oczach pruć. Nagle coś minęło ją dosłow­nie o włos, butelka ude­rzyła w pod­łogę sceny i roz­biła się z gło­śnym trza­skiem na milion kawał­ków. Agata zapa­mię­tała prze­ra­że­nie i ten drobny mak ze szkła już do końca swo­jego życia. Serce pode­szło jej do gar­dła. Na moment wszystko zwol­niło – świa­tła, dźwięk, nawet twa­rze człon­ków jej zespołu.

Zer­k­nęła w bok, w stronę ekipy przy sce­nie. Reali­za­tor dźwięku stał nie­ru­chomo, z ręką zawie­szoną nad suwa­kiem. Ktoś z back­stage’u patrzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami, jakby chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł lub się bał. Mene­dżerka miała bladą twarz, tele­fon przy uchu, a wzrok bez­na­mięt­nie w nią wbity. Agata nie potra­fiła z niego nic odczy­tać. Kilka osób w pierw­szych rzę­dach prze­stało śpie­wać. Zamiast tego nachy­lali się do sie­bie, szep­tali coś ner­wowo, po czym wybu­chali krót­kim, gło­śnym i szy­der­czym śmie­chem. Ktoś odwró­cił się i wska­zał na scenę. Na nią. Spoj­rzała w tłum, fala prze­cho­dziła przez ludzi. Roz­mowy, spoj­rze­nia, tele­fony uno­szone nie po to, by nagry­wać, ale by spraw­dzić. Śmiech nie był rado­sny. Był ostry. Obcy.

Widziała, jak agre­sja roz­lewa się krę­gami. Wszę­dzie dookoła pod­nie­sione głosy, ner­wowe śmie­chy, kolejne gwizdy. Ktoś krzy­czał coś nie­zro­zu­mia­łego. Tele­fony błysz­czały, reje­stru­jąc jej reak­cje na ten nie­spo­dzie­wany wybuch zło­ści. Jak zimne oczy. Agata widziała, jak ochrona patrzy czuj­nie w jej kie­runku. Głos zadrżał jej tylko przez uła­mek sekundy, po czym wró­cił jesz­cze sil­niej­szy, jakby chciał posta­wić mur z dźwięku prze­ciwko temu, co się tu dzieje. I wtedy jakiś męż­czy­zna wdarł się na scenę, pró­bo­wał jej dosię­gnąć, ale jeden z ochro­nia­rzy powa­lił go na pod­łogę. Zgar­nął Agatę w ramiona i wypro­wa­dził ją bez­piecz­nie na zaple­cze. Zapa­no­wały chaos, krzyk, agre­sja. Pio­sen­karka niczego nie rozu­miała, gdy wsia­dała do vana. Zajęła miej­sce z tyłu i spoj­rzała wiel­kimi oczami na ochro­nia­rza. Ten wrę­czył jej torebkę.

– Dla wła­snego dobra nie zaglą­daj do tele­fonu – powie­dział spo­koj­nie, odjeż­dża­jąc sprzed klubu.

– Co się stało? – Agata czuła, jak gorące łzy napły­wają jej do oczu, nie wie­działa dla­czego, ale prze­wi­dy­wała naj­gor­sze.

– Po pro­stu nie zaglą­daj. Im dłu­żej nie będziesz tego robiła, tym lepiej dla cie­bie.

Miała od razu ochotę wziąć tele­fon w rękę i spoj­rzeć, o co cho­dzi. Nie będzie jej jakiś typ mówił, co ma robić. Gdy jed­nak już miała to zro­bić, coś ją powstrzy­mało. Spoj­rzała na spo­wite desz­czem mia­sto. Ból żołądka był nie do znie­sie­nia.

Kto lub co wła­śnie jej zaszko­dziło?

Helena

Helena pra­co­wała w popu­lar­nym dys­kon­cie, w któ­rym świa­tło było zawsze za jasne, bolały ją od niego głowa i oczy, nie mogła się do niego przy­zwy­czaić, czuła się tutaj jak na sali ope­ra­cyj­nej. Tylko że tam klient jest nie­przy­tomny, a w jej pracy było odwrot­nie. Ludzie zawsze znaj­do­wali się o krok za bli­sko. Pozwa­lali sobie wobec niej na nie­wy­bredne komen­ta­rze, krzyk, zło­śli­wo­ści, uszczy­pli­wo­ści. Przez pierw­sze pół roku pła­kała, póź­niej zaczęła wszystko przyj­mo­wać z zimną obo­jęt­no­ścią, choć tak naprawdę czuła, jak z każ­dym dniem zapada się w sobie, nie­na­wi­dząc ludzi. Zmiany zaczy­nały się wcze­śnie, musiała wsta­wać o czwar­tej rano, żeby się wyszy­ko­wać, wypić kawę i doje­chać auto­bu­sem. Zanim prze­sta­wała być zmę­czona po poprzed­nim dniu, przy­cho­dził kolejny. Czuła się wiecz­nie brzydka i nie­wy­spana. Wkła­dała fir­mową koszulkę, która ni­gdy nie leżała tak, jak powinna, i zbie­rała włosy w gumkę, jakby chciała scho­wać coś, co i tak było widoczne. Wstyd.

W gim­na­zjum i liceum była naj­lep­sza. Nauka przy­cho­dziła jej łatwo, wygry­wała kon­kursy mate­ma­tyczne. A póź­niej poja­wił się on. Naj­przy­stoj­niej­szy chło­pak w liceum, typ spor­towca, miała mu poma­gać w mate­ma­tyce. Była ładna, ale w typie, któ­rym inte­re­sują się tacy chłopcy. Nie „insta­gra­mowo”, nie krzy­kli­wie. Raczej w spo­sób, który prze­szka­dza innym, bo przy­po­mina, że życie bywa nie­spra­wie­dliwe bez powodu. Bo jej wszystko przy­cho­dziło łatwo. Do czasu gdy Mariusz pierw­szy raz ją poca­ło­wał. Od tego momentu wszystko zaczęło się kom­pli­ko­wać. Odli­czała czas, by tylko się z nim spo­tkać. Ich poca­łunki prze­ro­dziły się w piesz­czoty, piesz­czoty w seks. Gdy spóź­niał jej się okres, pełna nadziei poszła do apteki po test, a gdy wska­zał wynik pozy­tywny, pobie­gła do chło­paka z rado­sną nowiną. W odpo­wie­dzi dostała w twarz. Jego rodzice szybko zała­twili sprawę, usta­la­jąc z jej rodzi­cami wyso­kość ali­men­tów. Mariu­sza wysłali do innego mia­sta, by skoń­czył szkołę. Nie wyobra­żali sobie, żeby uczył się w obec­no­ści cię­żar­nej – dokład­nie tak powie­dzieli jej rodzi­com. Bła­gała o prze­rwa­nie ciąży, ale rodzice byli nie­ugięci, nie są mor­der­cami. W ich prze­ko­na­niu rato­wali życie, ale dla niej ozna­czało to koniec dotych­cza­so­wego świata. Jej marzeń, pla­nów na przy­szłość. Z naj­lep­szej uczen­nicy w szkole stała się naj­gor­szą, wyszy­dzaną i poka­zy­waną pal­cami. Im bar­dziej brzuch sta­wał się widoczny, tym czę­ściej omi­jała lek­cje. W końcu ojciec zała­twił jej pracę w dys­kon­cie, w któ­rym był kie­row­ni­kiem.

Gdy Maja przy­szła na świat, wnio­sła blask w jej rze­czy­wi­stość. Helena zno­siła narze­ka­nie matki, która musiała zosta­wać z wnuczką, gdy córka cho­dziła do pracy. Zno­siła narze­ka­nia ojca, gdy musiała się zwol­nić z pracy, bo Maja znowu cho­ro­wała. Wszystko robiła dla niej. O sobie już dawno nie myślała, prze­stała się czuć sobą w momen­cie, gdy Mariusz dał jej w twarz, po tym jak wcze­śniej zro­bił jej brzuch. Zro­zu­miała, że świat nie jest spra­wie­dliwy, a ludzie w więk­szo­ści są zwy­czaj­nie źli.

Klienci mówili do niej gło­śniej, niż trzeba. Jakby była głu­cha. Albo gor­sza.

– To ma być pro­mo­cja? – syk­nęła kobieta w płasz­czu droż­szym niż wszystko, co Helena miała w sza­fie.

– Pro­szę pani, ja tutaj tylko ska­nuję – odpo­wie­działa auto­ma­tycz­nie, z uśmie­chem, który był już tylko mecha­ni­zmem obron­nym.

– Bo tylko do tego się nada­jesz. – Kobieta nawet nie spoj­rzała jej w oczy, Helena czuła, że jest dla niej jak powie­trze.

Przy kasie stała jak mię­dzy dwoma świa­tami. Jeden prze­su­wał się na taśmie – chleb, wino, jogurty w pro­mo­cji. Drugi stał za nią, na pół­kach, które musiała uzu­peł­niać, gdy tylko robiło się luź­niej. W pracy nie miała ochoty jeść, zamiast tego wycho­dziła w prze­rwach na papie­rosa. Kole­żanki zazdro­sne o jej figurę, kwoki z domów, które ktoś mógłby uznać za szczę­śliwe, co chwilę jej dopie­kały.

– Po co się tak mocno malu­jesz? – rzu­ciła jedna z nich, patrząc na Helenę w lustrze zaple­cza. – Prze­cież to tylko sklep.

Helena ski­nęła głową. W skle­pie wszystko było „tylko”. Nie odpo­wia­dała, nie bro­niła się. Robiła, co do niej nale­żało, czu­jąc się coraz bar­dziej jak robot. Lawi­ru­jąc mię­dzy kasą a alej­kami, wykła­dała towar. Dubaj­ską cze­ko­ladę w zło­tych opa­ko­wa­niach. Dubaj­skie pączki, mięk­kie, prze­sad­nie ide­alne, jakby nie miały prawa ist­nieć w takim miej­scu jak to. Gdy przy­szły dubaj­skie żele pod prysz­nic, obiet­nica luk­susu zamknięta w pla­stiku, kupiła jeden z nich. Gdy zmy­wała z sie­bie smu­tek i brud nagro­ma­dzony w trak­cie całego dnia, zasta­na­wiała się, jaki jest Dubaj. Czę­sto wra­cała prze­siąk­nięta nim do domu, bo w pracy usta­lono „tydzień dubaj­ski”, każdy napis krzy­czał do niej: Dubaj, Dubaj, Dubaj. Czuła się jak cień wła­snego życia. Prze­su­wała kar­tony, pro­sto­wała półki, prze­pra­szała za rze­czy, na które nie miała wpływu.

Na prze­rwie usia­dła na zaple­czu, scho­wana mię­dzy rzę­dami bute­lek, i otwo­rzyła Tik­Toka. Bez­myśl­nie, jak sięga się po coś, co ma tylko zabić czas. I wtedy go zoba­czyła. Chło­pak z liceum. Ten, który zawsze sie­dział w ostat­niej ławce i mówił, że „stąd trzeba ucie­kać”. Teraz stał na dachu budynku, za nim był basen z lazu­rową wodą, epic­kie mia­sto mie­niło się w słońcu. Dubaj. Michał wyglą­dał jak model, śmiał się. Mówił o życiu w Dubaju, o pracy tutaj, o tym, że „warto było zary­zy­ko­wać”. Helena poczuła zazdrość, która nie była zła. Raczej pusta. Nie chciała jego pie­nię­dzy ani basenu. Chciała tego, co było w jego gło­sie, tej pew­no­ści, że jest się we wła­ści­wym miej­scu. Że wygrało się życie. Ona czuła, że swoje bole­śnie prze­grała. Zablo­ko­wała ekran. Wró­ciła na sklep. Kasę numer trzy znów oto­czył sznur wście­kłych, narze­ka­ją­cych klien­tów. Świa­tło było za jasne. Dubaj za daleko.

– Przy­szła gwiazda! – krzyk­nął sta­rzec bez przed­nich zębów.

A Helena tylko się uśmiech­nęła, czu­jąc, jak coraz bar­dziej znika w tym świe­cie.

Gdy dotarła do domu, wszy­scy już dawno spali. Weszła po cichu do sypialni rodzi­ców, żeby zabrać ze sobą Maję. Jutro miała wolne, chciała każdą sekundę spę­dzić ze swoim dziec­kiem. Dziew­czynka spała słodko, a Helena poczuła, jak ści­ska ją w dołku. Spro­wa­dziła na świat tę cudowną istotę, żeby żyła jak ona? W cie­niu upo­ko­rze­nia, w cen­trum pod­ło­ści ludzi? Jaka matka robi coś takiego swo­jemu dziecku? Zaj­rzała do barku, w któ­rym zna­la­zła połowę otwar­tego wina, zabrała tru­nek ze sobą do pokoju, by cho­ciaż tro­chę się znie­czu­lić. Helena leżała obok córki na wąskim łóżku, patrzyła tępo przed sie­bie i popi­jała słod­kie wino, od któ­rego wykrzy­wiało jej twarz. Czuła, jak coś w niej pęka, po raz kolejny do wewnątrz, ciszej, ale głę­biej.

Się­gnęła po tele­fon. Ekran roz­świe­tlił pokój zbyt mocno. Przez chwilę tylko scrol­lo­wała, bez celu. Wia­do­mo­ści, któ­rych nie otwo­rzyła. Zdję­cia ludzi, któ­rzy zwie­dzali świat, bawili się pod pal­mami, patrzyli na wyso­kie budynki, pisali, że tylko niebo jest ich gra­nicą. W prze­rwach reklamy łatwego życia, pro­stych roz­wią­zań, do któ­rych Helena nie miała w swoim odczu­ciu prawa wstępu. Upiła duży łyk, po czym wpi­sała w wyszu­ki­warkę hasło, które od tygo­dnia krą­żyło jej po gło­wie, ale ni­gdy nie chciało przejść przez palce – kre­dyt online. Strony wyglą­dały podob­nie. Uśmiech­nięte twa­rze. Obiet­nice bez­piecz­nego jutra. Małe literki na dole, któ­rych nie czy­tała dokład­nie. Nie dla­tego, że nie rozu­miała, tylko dla­tego, że już zde­cy­do­wała. Kwota poja­wiła się na ekra­nie jak wyrok i jak ratu­nek jed­no­cze­śnie. Wystar­cza­jąca, żeby wyje­chać. Wypeł­niała pola auto­ma­tycz­nie. Imię. Nazwi­sko. PESEL. Dochód, który ledwo ist­niał. Zazna­czała zgody, które brzmiały jak obiet­nice bez pokry­cia. Palec zawa­hał się tylko raz przy pyta­niu o cel kre­dytu. Wpi­sała – wydatki na dziecko. Gdy przy­szło potwier­dze­nie, nie poczuła ulgi. Poczuła spo­kój. Jakby chaos wresz­cie uło­żył się w jedną, pro­stą całość. Wstała cicho. Przy­kryła córkę dokład­niej, popra­wiła jej koł­derkę, otu­la­jąc jej ciałko. Przez moment chciała ją obu­dzić, przy­tu­lić, powie­dzieć coś waż­nego, ale zrozu­miała, że nie umia­łaby zna­leźć słów, które nie zła­ma­łyby wszyst­kiego. W kuchni zapa­liła lampkę. Wyjęła kartkę z szu­flady, dłu­go­pis, który zawsze prze­ry­wał w poło­wie zda­nia. Pisała wolno, ale sta­ran­nie. Jakby każde słowo miało zostać tam na zawsze, wykute w mar­mu­rze. „Mamo, Tato, nie ucie­kam od Was i Majusi. Wiem, że jeste­ście zmę­czeni. Ja też jestem. Muszę spró­bo­wać ina­czej, bo jeśli nie spró­buję, to umrę. Zaj­mij­cie się nią. Zro­bię wszystko, żeby zabrać ją do sie­bie. Nie szu­kaj­cie mnie. Ode­zwę się, kiedy będę mogła, Helena”. Zło­żyła kartkę na pół. Poło­żyła ją na stole, przy zega­rze. Przez chwilę stała bez ruchu, jakby dom mógł ją jesz­cze zatrzy­mać. Potem wzięła swój szkolny ple­cak. Spa­ko­wała nie­wiele, bo też nie­wiele posia­dała. Doku­menty. Ubra­nia, które dało się zło­żyć w kostkę. Tele­fon. Łado­warkę. I skar­petkę córeczki. Zatrzy­mała się w progu. Nie pła­kała. Nie mogła.

– Wrócę po cie­bie – wyszep­tała. Nie do niej. Do sie­bie.

Drzwi zamknęły się cicho. Na zewnątrz noc była chłodna, ide­alna do ucieczki. Helena szła szybko, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Czuła, jak każdy krok jest coraz lżej­szy, choć wie­działa, że od teraz przy­szłość będzie ważyła wię­cej niż kie­dy­kol­wiek. Nagle zaczął padać deszcz. Helena zamiast szu­kać schro­nie­nia, spoj­rzała w górę, sky is the limit, uśmiech­nęła się, czu­jąc szczę­ście po raz pierw­szy, odkąd pamię­tała.

Nie umrę. Dam mojej córce życie, na jakie zasłu­żyła.

Agata

Przed apar­ta­men­tow­cem Agaty cza­iła się masa papa­razzi, któ­rzy chcieli jej krwi. Ochro­niarz na ich widok momen­tal­nie zawró­cił, pra­wie zde­rza­jąc się z oso­bówką.

– Masz jakąś przy­ja­ciółkę?

Agata zlę­kła się tego pyta­nia.

– Nie… nie wiem… o co cho­dzi? – Patrzyła na hieny, które wciąż cze­kały z ata­kiem na nią. – Możemy jechać do mojego chło­paka – wyszep­tała.

Zoba­czyła, jak kie­rowca patrzy na nią w lusterku wstecz­nym, nie znała go, był nowy, podobno kie­dyś pra­co­wał w poli­cji. Nagle poczuła tor­sje, zatrzy­mał się, a ona wybie­gła zwy­mio­to­wać na pobo­cze. Miała oczy pełne łez, nie wie­działa, co się dzieje, bała się. Ochro­niarz wyszedł z samo­chodu, odpa­lił jej papie­rosa i podał, po czym zapa­lił sobie. Się­gnął do tele­fonu, który jej prze­ka­zał. Na wyświe­tla­czu było widać ją z Mariu­szem w wiel­kim łóżku z bal­da­chi­mem. Zro­biła mu nie­spo­dziankę na uro­dziny, to miała być ich sek­sta­śma. Pamiątka na lata, kiedy ich ciała będą przy­po­mi­nać rodzynki, tak się śmiali. Poczuła, jak zie­mia się pod nią osuwa, chciała znów zwy­mio­to­wać, ale nie miała już czym, zamiast tego zacią­gnęła się mocno papie­ro­sem.

– Muszę się napić – wyszep­tała.

Wró­cił do samo­chodu, po czym przy­niósł z niego pier­siówkę. Wlała w sie­bie jej zawar­tość i poczuła, jak cie­pło roz­cho­dzi się po żołądku.

– Zawiozę cię do jakie­goś hotelu na obrze­żach, w domu nie będziesz miała spo­koju.

Spoj­rzała w jego prze­krwione błę­kitne oczy, był dla niej dobry. Ufała mu.

W hotelu przy lot­ni­sku było cicho i spo­koj­nie. Zamknęła drzwi, oparła się o nie ple­cami i osu­nęła na pod­łogę. Ręce jej drżały. W gło­wie wciąż widziała twa­rze z tłumu, obce, wro­gie, jakby nagle prze­stali ją znać. Nikt nie chciał jej powie­dzieć, co się stało. A ona bała się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, bo czuła, że to nie koniec. Wrota pie­kła dopiero się otwo­rzyły. Agata uświa­do­miła sobie, że nie ma do kogo zadzwo­nić, nie ma osoby, któ­rej by ufała, którą chcia­łaby teraz zoba­czyć. Jej życie przy­po­mi­nało tak naprawdę wydmuszkę, smutną farsę. Prze­szła do pokoju, w lodówce zna­la­zła mini bute­leczki z alko­ho­lami. Wle­wała je w sie­bie, aż odcięło jej prąd.

Pora­nek przy­szedł bru­tal­nie, bez­li­to­śnie. Świa­tło wdzie­rało się przez nie­do­mknięte zasłony jak oskar­że­nie. Agata obu­dziła się z suchymi ustami, pul­su­jącą głową i cię­ża­rem w ciele, jakby całą noc nosiła na sobie wstyd. Tele­fon leżał obok, wibro­wał, prze­sta­wał, znów wibro­wał – nie­ustan­nie, natar­czy­wie. Dzi­wiła się, jak to moż­liwe, że jesz­cze nie padła bate­ria. Otwo­rzyła oczy tylko na tyle, by zer­k­nąć na ekran. Wia­do­mo­ści od rodzi­ców. Jedna po dru­giej. „Nie wiemy, co powie­dzieć ludziom”. „Jest nam strasz­nie wstyd”. „Jak mogłaś nam to zro­bić?” „Nie wiemy, jak sobie z tym pora­dzić”. Każde zda­nie było jak kamień rzu­cony jej w twarz. Te zda­nia nie krzy­czały, a jed­nak bolały bar­dziej niż naj­gło­śniej­szy krzyk. Chciała odpi­sać, wytłu­ma­czyć, że też nie wie, że jest prze­ra­żona, że ktoś, kogo bar­dzo kochała i kogo chciała im przed­sta­wić, ją zdra­dził. Sprze­nie­wie­rzył na tylu pozio­mach, że nie wie, co ze sobą zro­bić. Wzięła tele­fon w dłoń, ale palce jej nie słu­chały. Prze­ra­ziła się, gdy nagle zadzwo­nił. I znowu. Nie­znane numery, dzien­ni­ka­rze, ludzie, któ­rzy nagle uznali, że mają prawo mówić i pytać. Była zmę­czona do gra­nic. Zmę­czona myśle­niem, tłu­ma­cze­niem się w myślach. Była zmę­czona oddy­cha­niem. Czuła się upo­ko­rzona. Alko­hol wciąż krą­żył w krwio­biegu, znie­kształ­cał rze­czy­wi­stość, spra­wiał, że emo­cje były ostrzej­sze, bar­dziej bole­sne.

Wstała z pod­łogi, pokój zawi­ro­wał. Pode­szła do okna i zoba­czyła samo­lot. Bez planu, bez reflek­sji, weszła w inter­net. Loty. Ucieczka w czy­stej postaci. Pierw­sze mia­sto, które wysko­czyło – Dubaj. Daleko. Inny kli­mat, inne twa­rze, inny język. Nikt jej nie roz­po­zna, nikt nic nie będzie od niej chciał. Klik­nęła. Kupiła miej­sce. Serce zabiło szyb­ciej, nie z ulgi, ale z lęku o to, co będzie dalej. Taki kraj jak Pol­ska nie wyba­cza kobie­tom. Nie takie sytu­acje. Facet byłby gwiazdą, noszony na sztan­da­rach, pew­nie jego sława i zasięgi momen­tal­nie by wzro­sły. Ona w oczach wszyst­kich jest brudna i prze­klęta. Jest dziwką. Bo się puściła. Nikt nie bie­rze pod uwagę, że zako­chała się w Mariu­szu. Chciała mu zro­bić pre­zent, o któ­rym marzył. Pew­nie od początku miał taki plan, uwieść ją i roz­ko­chać, a następ­nie sprze­dać sek­sta­śmę z nią. Czuła się nikim. W torebce zna­la­zła szybko napi­sany na kartce numer do Pawła, ochro­nia­rza, który wczo­raj jej pomógł.

– Potrze­buję two­jej pomocy – wyszep­tała.

– Będę za pięt­na­ście minut.

Dała mu listę potrzeb­nych rze­czy i cze­kała na niego w hote­lo­wej restau­ra­cji, wdzięczna wszech­świa­towi, że jej go zesłał. W innym wypadku nie wie, co by zro­biła. Znów poczuła skurcz w żołądku. Nie zabije się. Nie da tym cho­ler­nym skur­wy­sy­nom tej satys­fak­cji. Pod­nie­sie się z gówna, w któ­rym wylą­do­wała, i będzie silna, jak ni­gdy wcze­śniej. Obie­cała to sobie, pisząc dłu­go­pi­sem po ser­wetce: „Jesteś wszyst­kim”. Scho­wała ją do kie­szeni i poczuła, jak łzy napły­wają jej do oczu.

Gdy Agata wyszła z samo­chodu ochro­nia­rza, poczuła coś, co przy­po­mi­nało upo­ko­rze­nie fizyczne, jakby każdy jej krok był mar­szem wstydu. Jakby każdy patrzył na nią jak na śmie­cia i się z niej śmiał. Zało­żyła czapkę z dasz­kiem i oku­lary, prze­szła odprawę pasz­por­tową i usia­dła w restau­ra­cji tyłem do wszyst­kich, a potem popi­jała piwo. Czuła się mała i obna­żona, nie tyle w kwe­stii ciała, ile god­no­ści. Ucie­kała nie tylko przed ludźmi, ich kry­tyką i nie­na­wi­ścią, przed ohyd­nym czło­wie­kiem, który wyko­rzy­stał jej miłość dla pie­nię­dzy i sławy, ale przed całą sytu­acją, która wymknęła się spod kon­troli. Tele­fon znów zawi­bro­wał. Nie spoj­rzała. Patrzyła przed sie­bie, na ter­mi­nal. Teraz wie­działa tylko jedno – nie będzie miała tutaj na razie po co wra­cać. Na szczę­ście miała dokąd uciec. I ta myśl przy­nio­sła jej ulgę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki