Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
14 osób interesuje się tą książką
W Dubaju, mieście ze złota, kupuje się nie tylko rzeczy, ale i ludzi.
Michał zna miasto od podszewki. Wie, ile kosztuje wejście do zamkniętego dla większości osób świata. Pewnego dnia do Dubaju przyjeżdża jego dawna przyjaciółka Helena – samotna matka i kasjerka z hipermarketu, która desperacko pragnie odmienić swoje życie.
Agata, młoda piosenkarka, która uciekła z Polski, gdy były narzeczony upublicznił w sieci ich intymne nagranie, poznaje na basenie apartamentowca Michała i Helenę. Ich wspólne wyjście na karaoke przynosi dramatyczny zwrot akcji – jedna piosenka zaśpiewana przez Agatę wystarczy, by zwrócił na nią uwagę szejk, który nie zna słowa „nie”.
Bezlitosna opowieść o kobietach wchodzących w relacje z najbogatszymi w zamian za życie, które wygląda z zewnątrz jak spełnienie marzeń. Ale czy naprawdę takie jest? Czy płaci się za nie najwyższą cenę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 198
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 38 min
Lektor: Marcin Procki
Copyright © by Michał Żmuda Trzebiatowski 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Kamila Recław Korekta: Monika Kociuba / e-DYTOR, Dominika Ładycka / e-DYTOR Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Szymanowicz
Wydawca: TIME S.A. ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN 978-83-8343-762-0
Więcej o naszych autorach i książkach:
facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego kobiety chcą być traktowane jak księżniczki?
Kobiety, kobietki, nastolatki, dziewczynki, damy z salonów, nawet, a może nawet tym bardziej, te upadłe – wszystkie chcą być traktowane jak księżniczki. Zastanawialiście się kiedyś dlaczego? I czego one właściwie pragną? Marzą o zamku, królewiczu, złocie i diamentach czy może o czymś zupełnie innym? Czy w każdej mieszkance tego globu nie mieszka ciche pragnienie bycia zauważoną, wybraną i kochaną? Księżniczka w baśni nie jest uprzywilejowana przez bogactwo, jej przywilejem jest bycie zauważoną. Wszyscy – od dworu przez księcia do króla – widzą i cenią w niej wartość, zanim jeszcze ona sama zdąży się wypowiedzieć, a nawet na długo przed samym wystawieniem się na widok i ocenę publiczną. Kobiety chcą być traktowane jak „księżniczki”, a oznacza to najczęściej czułość w drobnych gestach, szacunek w słowach i pewność, że ich obecność ma znaczenie. To tęsknota za światem, w którym o miłość nie trzeba ani walczyć, ani latami czekać na nią w nadziei, bo ona po prostu jest.
A historie o książętach arabskich?
One rodzą się z tej samej nadziei i tęsknoty, tylko scenografia się zmienia. Arabski książę inaczej niż ten polski, a nawet europejski, w wyobraźni kobiet nie jest jedynie mężczyzną, on jest jak obietnica nowego, pięknego, egzotycznego świata, gdzie słońce nigdy nie zachodzi. To świat jak z bajki, w którym uczucia nie są hamowane, pozostają intensywne, deklaracje natychmiastowe, a miłość bezwstydnie wielka. Tutaj nikt nie przestaje sięgać po swoje marzenia, nikt nie boi się pożądania, mężczyzna jest jednocześnie kochankiem i opiekunem. Tęsknimy za takimi książętami. Oni są gwarancją oderwania się od szarej rzeczywistości. W Dubaju kobieta nie musi walczyć o uwagę ani tłumaczyć się ze swoich potrzeb i pragnień. W oczach tych książąt jest jak perła, cenna sama przez się. A książę? On nie pyta, czy wolno mu kochać. On kocha. I właśnie ta pewność, ta baśniowa intensywność sprawia, że nasze serca biją szybciej. W gruncie rzeczy nie chodzi o pałace, marmury i torebki najlepszych projektantów, bo to jedynie konsekwencja wyboru. Chodzi o realizację głębokiej fantazji, marzenia z dzieciństwa, by choć na chwilę znaleźć się w opowieści, w której miłość pokonuje zło, świat dzięki wielkim pieniądzom staje się prostszym i sympatyczniejszym miejscem, a na koniec – i to najważniejsze – kobieta czuje się kochana, bezpieczna, chciana i absolutnie wyjątkowa. Odkąd mieszkam w Dubaju, przewinęło się przez moje życie wiele kobiet i ich historii, które sprawiły, że postanowiłem zabrać Was do tego świata. Dla większości jest on wielką tajemnicą, bo dostęp mają tutaj wyłącznie odważni i piękni ludzie. Dubaj przypomina w całej swojej szerokości i długości targ. Zazwyczaj próżności, bo wszystko koncentruje się na pięknym ciele i gładkim licu.
Za wielkie pieniądze wszystko na tym targu jest genialnie zorganizowane i co najważniejsze – dyskretne. Bo jak dobrze wiemy, pieniądze i miłość lubią ciszę. Jak można sobie wyobrazić, szejkowie i członkowie rodziny królewskiej lubią wszystko to, co najlepsze. Ma się świecić niewyobrażalnym światłem, przepychem i prestiżem. Dlatego mężczyźni tak chętnie płacą po to, żeby sięgnąć po najpiękniejsze kobiety, do tego rozpoznawalne na arenie międzynarodowej. Na tym targu próżności celebrytki nie czują się upadłe, w ich mniemaniu delikatnie przekształciły model biznesowy. Świat szeroko pojętego show-biznesu uczy kobiety jednej rzeczy wyjątkowo skutecznie – jesteś tyle warta, ile przyciągniesz spojrzeń i polubień w mediach społecznościowych. Wtedy wchodzi klient, który nie pyta ich o talent, tylko o dostępność. Szejk czy książę, choć często ich fantazje mogą sugerować, że jest egzotycznym demonem, w Dubaju jest postrzegany jako racjonalny konsument. Ma pieniądze, władzę i absolutną pewność, że Zachód sprzeda wszystko, jeśli tylko cena się zgadza. A celebrytka? Ona doskonale rozumie zasady gry. Wie, że „prestiżowe towarzystwo” brzmi lepiej niż „usługa”. Wie, że oprócz jej ciała najwyżej cenione są tutaj milczenie i uległość. Większość kobiet, które trafiły do Dubaju jako damy do towarzystwa, czuje się wyemancypowana. One w końcu zarabiają na swoje potrzeby i niezależność. To kapitalizm w wersji nagiej. Jeśli i tak była produktem, tylko na scenie przed obiektywem, to dlaczego miałaby nie sprzedać się drożej? Jeśli i tak była oceniana od stóp do głów, to czemu miałaby nie wycenić całości?
W dzisiejszym świecie moralność jest towarem deficytowym i ze wszech miar luksusowym. Powodów, dla których celebrytki decydują się na prostytuowanie, jest niezliczenie wiele. Spójrzmy na żonę najbardziej wpływowego, ale też kontrowersyjnego polityka na świecie, Melanię Trump. Jak bardzo nasze, polskie, gwiazdki i gwiazdeczki różnią się od pierwszej damy? Co siedzi w kobiecie, która wygląda przy swoim mężu na wiecznie nieszczęśliwą i zasępioną? Czy gdyby miała możliwość ponownego wyboru, weszłaby z nim nawet w najpłytszą relację? Czy pieniądze, choćby te największe, stanowią plaster na upokorzenia, zdrady, śmieszność w oczach innych?
A społeczeństwo? Społeczeństwo gra w swoją ukochaną zabawę, oburza się głośno i na pokaz. Publicznie potępia, łaja i wyśmiewa, prywatnie klika, lajkuje i dzieli się. Niby gardzi kobietą, ale fascynuje się jej ceną. Bo nic tak nie podnieca opinii publicznej, jak cudza intymność, i to ta w pakiecie VIP. Luksus, piękne otoczenie, drogie ubrania, najlepsza biżuteria wybielają największe przewinienia i najboleśniejsze upadki. Szczerze? Najuczciwsze w tej historii są pieniądze. One nie udają uczuć bez pokrycia, nie manipulują, nie zapewniają o miłości, nie sprzedają bajek. Cała reszta to genialny marketing, obudowany w lukier naszych czasów. I hipokryzja. Bo jeśli pytamy, dlaczego celebrytki to robią, powinniśmy zapytać głośniej – dlaczego świat nauczył je, że to jedna z niewielu dróg, która naprawdę im się opłaca?
Mieszkam w Dubaju, który zachwyca mnie swoim pięknem i przepychem od samego początku, gdy się tu zjawiłem. Tutaj wszystko jest jakieś. Każdy, kto dotyka się dubajskiego luksusu, marzy, żeby w nim zostać. Zabieram cię, drogi Czytelniku, w podróż, nie jako turystę, ale świadka sytuacji, z którymi się zderzyłem. Dubaj i jego mieszkańcy – szejkowie, biznesmeni, „królewscy” – nikt na świecie bardziej niż Arabowie nie potrafi sprawić, że kobiety czują się jak księżniczki. Noszone na rękach, otulone luksusem i podziwiane. A jednocześnie w tych samych relacjach często te same kobiety żyją w klatkach niewidocznych dla oka. Uzależnione od cudzych pieniędzy i wpływów, zbudowanych z zależności, strachu i spełniania cudzych fantazji oraz często chorych oczekiwań. To miasto jak żadne inne umie spełniać marzenia, ale jeszcze lepiej potrafi zastawiać pułapki. Ta książka jest historią dwóch moich koleżanek. Różnią się niemal wszystkim: wyglądem, charakterem, temperamentem i wyborami. Obie uwierzyły, że tutaj wszystko jest możliwe. To opowieść o chęci wyrwania się z biedy, chęci bycia kochaną, ale też o naiwności, słabości, o wolności, która często okazuje się czystą iluzją. O ludziach, którzy dzięki pieniądzom i władzy mogą niemal wszystko, i o tych, którzy muszą nauczyć się, jak wiele dzięki nim mogą stracić. Jeśli wejdziesz do tego świata razem ze mną, zobaczysz Dubaj nie z perspektywy wieżowców, lecz ludzkich losów.
I być może na samym końcu tej historii zdołasz odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie kończą się marzenia, a zaczyna więzienie?
Za czarną kotarą backstage’u pulsował bas, a w chwilach ciszy dało się słyszeć podekscytowane rozmowy ludzi czekających na pojawienie się swojej gwiazdy. Agata stała przed wysokim lustrem i podziwiała swoją opaleniznę, którą przywiozła z Seszeli.
– No i co? Ukląkł? – pytał stylista Adaś, gej, który układał na piosenkarce jej rockową stylizację.
– Nie… to twoje fanaberie, mamy jeszcze na to czas…
– Nie gadaj, że byś nie chciała…
– Może troszeczkę. – Agata uśmiechnęła się na myśl o dwóch tygodniach, które spędziła w raju, w ramionach swojego chłopaka. Poznała go, gdy zatrudniała ochroniarzy na swoją nową trasę. Wysoki blondyn z barami, w których kobieta czuje się bezpiecznie.
– Dwie minuty! – rzucił ktoś z ekipy, przemykając obok z tabletem.
Agata uniosła kciuk, a już w następnej chwili miała przed sobą telefon. Kamera. Czerwona kropka. Rolka.
– Hej, kochani! – powiedziała kocim szeptem, wdzięcząc się do obiektywu.
Jej uroda, charakterystyczna energia, seksualna aura sprawiały, że rozgrzewała swoich fanów do czerwoności.
– Jesteśmy właśnie na backstage’u – ekipa przywitała się machaniem i ukłonami – za chwilę wychodzimy na scenę i… serio, czuję się dziś jak we śnie.
Odwróciła telefon, pokazując fragment kulis: kable wijące się po podłodze, perkusję czekającą w półmroku.
– A w ogóle… – dodała, znów kierując kamerę na siebie – muszę wam powiedzieć, że kilka godzin temu wróciłam z Seszeli. Było cudownie. Turkusowa woda, cisza, słońce… i on. – Jej głos zmiękł. Uśmiech przestał być sceniczny, stał się prywatny. – Mój facet jest absolutnie moim domem. Kocham go tak, że czasem aż mnie to zaskakuje. Tam, na plaży, wszystko było proste. Jakby świat na chwilę zwolnił tylko dla nas.
– Agata, wywiad! – zawołała menedżerka, wskazując na znaną dziennikarkę z topowej śniadaniówki, już z mikrofonem w dłoni.
– Już, już. – Agata zaśmiała się kokieteryjnie, kończąc nagranie krótkim buziakiem w stronę kamery.
– Jak się czujesz przed dzisiejszym koncertem? – padło zgrane jak płyta pytanie.
– Jestem wdzięczna – odpowiedziała bez wahania – za swój zespół, za tych cudownych ludzi, którzy tu dziś przyszli. Za to, że mogę robić to, co kocham. I że mam do kogo wracać po zejściu ze sceny!
W tle perkusista uderzył próbnie w werbel. Gitarzysta przeciągnął struny. Dźwięki złożyły się w znajome napięcie, które zawsze oznaczało jedno. Agata zamknęła oczy na sekundę, wzięła głęboki oddech. Poczuła napływającą adrenalinę, która zaczęła wypełniać jej ciało. Uwielbiała ten moment, w zasadzie dla niego żyła. Występ był już zadaniem, czymś, w co wchodziła jak w trans. Tych kilka minut przed wejściem na scenę dodawało jej życiu magii. Czuła się pożądana, kochana i potrzebna. Realizowała się w tym.
– Dobra – powiedziała, już bardziej do siebie niż do innych – show must go on, gramy.
Światła za kotarą rozbłysły. Publiczność zawrzała. Agata ukłoniła się do kamery, po czym ruszyła w stronę sceny, a razem z nią aura, która przyciągała spojrzenia pełne podziwu i nieukrywanej zazdrości. W wieku dwudziestu czterech lat była już wielką gwiazdą i miała wszystko. Kto by nie chciał żyć jej życiem, które wyglądało jak najpiękniejszy sen?
Agata zachowywała się na scenie jak zwierzę, była pewna siebie, doskonale czuła się w swoim ciele. Kiedy śpiewała, cała zamieniała się w muzykę. Za każdym razem, gdy reflektory rozcinały ciemność, stawała się żywiołem, który doprowadzał publiczność do szału. Każdy początek nowej piosenki, rozlewający się po ogromnej sali koncertowej, sprawiał, że tłum odpowiadał natychmiast – falą rąk, okrzyków, chóralnym śpiewaniem i rapowaniem wersów, które wracały do niej wzmocnione setkami gardeł. Adrenalina sięgała tu zenitu, wszyscy byli w ekstazie. Agata czuła, jak ciało samo prowadzi jej głos, scena była dla niej drugim domem. Tutaj czuła się najważniejsza i kochana. W przerwach zagadywała fanów, podchodziła do nich i robiła sobie z nimi selfie, śmiała się do mikrofonu. W trakcie ulubionych piosenek zamykała oczy na refrenie, by dać się ponieść. Publiczność szalała. Światła wirowały, pot spływał jej po plecach, a ona czuła to szczególne „tak”, które mówi: wszystko gra, wszystko jest dokładnie takie, jak być powinno.
Wybiegła na backstage, miała piętnaście sekund na przebranie się. Zauważyła jednak, że wszyscy dziwnie się zachowywali, nie nawiązywali z nią kontaktu wzrokowego, nie zagadywali jak zwykle, by chwalić ją pod niebiosa. Ale ona miała to gdzieś, była jak w transie.
Kolejna piosenka zaczynała się idealnie, choć gdzieś na obrzeżach jej uwagi pojawiła się pierwsza rysa. Powietrze jakby nagle zgęstniało. W pierwszych rzędach ktoś odwracał się do sąsiada, słychać było krótkie, urywane komentarze. Kilka twarzy zamiast sceny i śpiewającej gwiazdy wybierało ekrany telefonów, wpatrując się w nie z napięciem. Agata zarejestrowała to kątem oka. Była trochę zdziwiona, czuła drobne ukłucia niepokoju, ale starała się je zignorować, głos niósł ją dalej. Pewny, mocny, jak ona, show must go on – powtarzała w myślach. Jednak z każdą wyśpiewaną zwrotką rozmowy wśród publiczności narastały. Nie były już szeptem, jak przed chwilą. Ktoś wskazał na scenę, ktoś inny kręcił głową, jakby chciał zaprzeczyć temu, co widzi w telefonie. Po chwili głośny gwizd przeciął powietrze, ostry, obcy dźwięk, zupełnie niepasujący do aktualnej melodii. Agata trzymała linię, podnosiła głowę, wyciągała rękę do publiczności, próbowała zszyć to, co zaczynało się na jej oczach pruć. Nagle coś minęło ją dosłownie o włos, butelka uderzyła w podłogę sceny i rozbiła się z głośnym trzaskiem na milion kawałków. Agata zapamiętała przerażenie i ten drobny mak ze szkła już do końca swojego życia. Serce podeszło jej do gardła. Na moment wszystko zwolniło – światła, dźwięk, nawet twarze członków jej zespołu.
Zerknęła w bok, w stronę ekipy przy scenie. Realizator dźwięku stał nieruchomo, z ręką zawieszoną nad suwakiem. Ktoś z backstage’u patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł lub się bał. Menedżerka miała bladą twarz, telefon przy uchu, a wzrok beznamiętnie w nią wbity. Agata nie potrafiła z niego nic odczytać. Kilka osób w pierwszych rzędach przestało śpiewać. Zamiast tego nachylali się do siebie, szeptali coś nerwowo, po czym wybuchali krótkim, głośnym i szyderczym śmiechem. Ktoś odwrócił się i wskazał na scenę. Na nią. Spojrzała w tłum, fala przechodziła przez ludzi. Rozmowy, spojrzenia, telefony unoszone nie po to, by nagrywać, ale by sprawdzić. Śmiech nie był radosny. Był ostry. Obcy.
Widziała, jak agresja rozlewa się kręgami. Wszędzie dookoła podniesione głosy, nerwowe śmiechy, kolejne gwizdy. Ktoś krzyczał coś niezrozumiałego. Telefony błyszczały, rejestrując jej reakcje na ten niespodziewany wybuch złości. Jak zimne oczy. Agata widziała, jak ochrona patrzy czujnie w jej kierunku. Głos zadrżał jej tylko przez ułamek sekundy, po czym wrócił jeszcze silniejszy, jakby chciał postawić mur z dźwięku przeciwko temu, co się tu dzieje. I wtedy jakiś mężczyzna wdarł się na scenę, próbował jej dosięgnąć, ale jeden z ochroniarzy powalił go na podłogę. Zgarnął Agatę w ramiona i wyprowadził ją bezpiecznie na zaplecze. Zapanowały chaos, krzyk, agresja. Piosenkarka niczego nie rozumiała, gdy wsiadała do vana. Zajęła miejsce z tyłu i spojrzała wielkimi oczami na ochroniarza. Ten wręczył jej torebkę.
– Dla własnego dobra nie zaglądaj do telefonu – powiedział spokojnie, odjeżdżając sprzed klubu.
– Co się stało? – Agata czuła, jak gorące łzy napływają jej do oczu, nie wiedziała dlaczego, ale przewidywała najgorsze.
– Po prostu nie zaglądaj. Im dłużej nie będziesz tego robiła, tym lepiej dla ciebie.
Miała od razu ochotę wziąć telefon w rękę i spojrzeć, o co chodzi. Nie będzie jej jakiś typ mówił, co ma robić. Gdy jednak już miała to zrobić, coś ją powstrzymało. Spojrzała na spowite deszczem miasto. Ból żołądka był nie do zniesienia.
Kto lub co właśnie jej zaszkodziło?
Helena pracowała w popularnym dyskoncie, w którym światło było zawsze za jasne, bolały ją od niego głowa i oczy, nie mogła się do niego przyzwyczaić, czuła się tutaj jak na sali operacyjnej. Tylko że tam klient jest nieprzytomny, a w jej pracy było odwrotnie. Ludzie zawsze znajdowali się o krok za blisko. Pozwalali sobie wobec niej na niewybredne komentarze, krzyk, złośliwości, uszczypliwości. Przez pierwsze pół roku płakała, później zaczęła wszystko przyjmować z zimną obojętnością, choć tak naprawdę czuła, jak z każdym dniem zapada się w sobie, nienawidząc ludzi. Zmiany zaczynały się wcześnie, musiała wstawać o czwartej rano, żeby się wyszykować, wypić kawę i dojechać autobusem. Zanim przestawała być zmęczona po poprzednim dniu, przychodził kolejny. Czuła się wiecznie brzydka i niewyspana. Wkładała firmową koszulkę, która nigdy nie leżała tak, jak powinna, i zbierała włosy w gumkę, jakby chciała schować coś, co i tak było widoczne. Wstyd.
W gimnazjum i liceum była najlepsza. Nauka przychodziła jej łatwo, wygrywała konkursy matematyczne. A później pojawił się on. Najprzystojniejszy chłopak w liceum, typ sportowca, miała mu pomagać w matematyce. Była ładna, ale w typie, którym interesują się tacy chłopcy. Nie „instagramowo”, nie krzykliwie. Raczej w sposób, który przeszkadza innym, bo przypomina, że życie bywa niesprawiedliwe bez powodu. Bo jej wszystko przychodziło łatwo. Do czasu gdy Mariusz pierwszy raz ją pocałował. Od tego momentu wszystko zaczęło się komplikować. Odliczała czas, by tylko się z nim spotkać. Ich pocałunki przerodziły się w pieszczoty, pieszczoty w seks. Gdy spóźniał jej się okres, pełna nadziei poszła do apteki po test, a gdy wskazał wynik pozytywny, pobiegła do chłopaka z radosną nowiną. W odpowiedzi dostała w twarz. Jego rodzice szybko załatwili sprawę, ustalając z jej rodzicami wysokość alimentów. Mariusza wysłali do innego miasta, by skończył szkołę. Nie wyobrażali sobie, żeby uczył się w obecności ciężarnej – dokładnie tak powiedzieli jej rodzicom. Błagała o przerwanie ciąży, ale rodzice byli nieugięci, nie są mordercami. W ich przekonaniu ratowali życie, ale dla niej oznaczało to koniec dotychczasowego świata. Jej marzeń, planów na przyszłość. Z najlepszej uczennicy w szkole stała się najgorszą, wyszydzaną i pokazywaną palcami. Im bardziej brzuch stawał się widoczny, tym częściej omijała lekcje. W końcu ojciec załatwił jej pracę w dyskoncie, w którym był kierownikiem.
Gdy Maja przyszła na świat, wniosła blask w jej rzeczywistość. Helena znosiła narzekanie matki, która musiała zostawać z wnuczką, gdy córka chodziła do pracy. Znosiła narzekania ojca, gdy musiała się zwolnić z pracy, bo Maja znowu chorowała. Wszystko robiła dla niej. O sobie już dawno nie myślała, przestała się czuć sobą w momencie, gdy Mariusz dał jej w twarz, po tym jak wcześniej zrobił jej brzuch. Zrozumiała, że świat nie jest sprawiedliwy, a ludzie w większości są zwyczajnie źli.
Klienci mówili do niej głośniej, niż trzeba. Jakby była głucha. Albo gorsza.
– To ma być promocja? – syknęła kobieta w płaszczu droższym niż wszystko, co Helena miała w szafie.
– Proszę pani, ja tutaj tylko skanuję – odpowiedziała automatycznie, z uśmiechem, który był już tylko mechanizmem obronnym.
– Bo tylko do tego się nadajesz. – Kobieta nawet nie spojrzała jej w oczy, Helena czuła, że jest dla niej jak powietrze.
Przy kasie stała jak między dwoma światami. Jeden przesuwał się na taśmie – chleb, wino, jogurty w promocji. Drugi stał za nią, na półkach, które musiała uzupełniać, gdy tylko robiło się luźniej. W pracy nie miała ochoty jeść, zamiast tego wychodziła w przerwach na papierosa. Koleżanki zazdrosne o jej figurę, kwoki z domów, które ktoś mógłby uznać za szczęśliwe, co chwilę jej dopiekały.
– Po co się tak mocno malujesz? – rzuciła jedna z nich, patrząc na Helenę w lustrze zaplecza. – Przecież to tylko sklep.
Helena skinęła głową. W sklepie wszystko było „tylko”. Nie odpowiadała, nie broniła się. Robiła, co do niej należało, czując się coraz bardziej jak robot. Lawirując między kasą a alejkami, wykładała towar. Dubajską czekoladę w złotych opakowaniach. Dubajskie pączki, miękkie, przesadnie idealne, jakby nie miały prawa istnieć w takim miejscu jak to. Gdy przyszły dubajskie żele pod prysznic, obietnica luksusu zamknięta w plastiku, kupiła jeden z nich. Gdy zmywała z siebie smutek i brud nagromadzony w trakcie całego dnia, zastanawiała się, jaki jest Dubaj. Często wracała przesiąknięta nim do domu, bo w pracy ustalono „tydzień dubajski”, każdy napis krzyczał do niej: Dubaj, Dubaj, Dubaj. Czuła się jak cień własnego życia. Przesuwała kartony, prostowała półki, przepraszała za rzeczy, na które nie miała wpływu.
Na przerwie usiadła na zapleczu, schowana między rzędami butelek, i otworzyła TikToka. Bezmyślnie, jak sięga się po coś, co ma tylko zabić czas. I wtedy go zobaczyła. Chłopak z liceum. Ten, który zawsze siedział w ostatniej ławce i mówił, że „stąd trzeba uciekać”. Teraz stał na dachu budynku, za nim był basen z lazurową wodą, epickie miasto mieniło się w słońcu. Dubaj. Michał wyglądał jak model, śmiał się. Mówił o życiu w Dubaju, o pracy tutaj, o tym, że „warto było zaryzykować”. Helena poczuła zazdrość, która nie była zła. Raczej pusta. Nie chciała jego pieniędzy ani basenu. Chciała tego, co było w jego głosie, tej pewności, że jest się we właściwym miejscu. Że wygrało się życie. Ona czuła, że swoje boleśnie przegrała. Zablokowała ekran. Wróciła na sklep. Kasę numer trzy znów otoczył sznur wściekłych, narzekających klientów. Światło było za jasne. Dubaj za daleko.
– Przyszła gwiazda! – krzyknął starzec bez przednich zębów.
A Helena tylko się uśmiechnęła, czując, jak coraz bardziej znika w tym świecie.
Gdy dotarła do domu, wszyscy już dawno spali. Weszła po cichu do sypialni rodziców, żeby zabrać ze sobą Maję. Jutro miała wolne, chciała każdą sekundę spędzić ze swoim dzieckiem. Dziewczynka spała słodko, a Helena poczuła, jak ściska ją w dołku. Sprowadziła na świat tę cudowną istotę, żeby żyła jak ona? W cieniu upokorzenia, w centrum podłości ludzi? Jaka matka robi coś takiego swojemu dziecku? Zajrzała do barku, w którym znalazła połowę otwartego wina, zabrała trunek ze sobą do pokoju, by chociaż trochę się znieczulić. Helena leżała obok córki na wąskim łóżku, patrzyła tępo przed siebie i popijała słodkie wino, od którego wykrzywiało jej twarz. Czuła, jak coś w niej pęka, po raz kolejny do wewnątrz, ciszej, ale głębiej.
Sięgnęła po telefon. Ekran rozświetlił pokój zbyt mocno. Przez chwilę tylko scrollowała, bez celu. Wiadomości, których nie otworzyła. Zdjęcia ludzi, którzy zwiedzali świat, bawili się pod palmami, patrzyli na wysokie budynki, pisali, że tylko niebo jest ich granicą. W przerwach reklamy łatwego życia, prostych rozwiązań, do których Helena nie miała w swoim odczuciu prawa wstępu. Upiła duży łyk, po czym wpisała w wyszukiwarkę hasło, które od tygodnia krążyło jej po głowie, ale nigdy nie chciało przejść przez palce – kredyt online. Strony wyglądały podobnie. Uśmiechnięte twarze. Obietnice bezpiecznego jutra. Małe literki na dole, których nie czytała dokładnie. Nie dlatego, że nie rozumiała, tylko dlatego, że już zdecydowała. Kwota pojawiła się na ekranie jak wyrok i jak ratunek jednocześnie. Wystarczająca, żeby wyjechać. Wypełniała pola automatycznie. Imię. Nazwisko. PESEL. Dochód, który ledwo istniał. Zaznaczała zgody, które brzmiały jak obietnice bez pokrycia. Palec zawahał się tylko raz przy pytaniu o cel kredytu. Wpisała – wydatki na dziecko. Gdy przyszło potwierdzenie, nie poczuła ulgi. Poczuła spokój. Jakby chaos wreszcie ułożył się w jedną, prostą całość. Wstała cicho. Przykryła córkę dokładniej, poprawiła jej kołderkę, otulając jej ciałko. Przez moment chciała ją obudzić, przytulić, powiedzieć coś ważnego, ale zrozumiała, że nie umiałaby znaleźć słów, które nie złamałyby wszystkiego. W kuchni zapaliła lampkę. Wyjęła kartkę z szuflady, długopis, który zawsze przerywał w połowie zdania. Pisała wolno, ale starannie. Jakby każde słowo miało zostać tam na zawsze, wykute w marmurze. „Mamo, Tato, nie uciekam od Was i Majusi. Wiem, że jesteście zmęczeni. Ja też jestem. Muszę spróbować inaczej, bo jeśli nie spróbuję, to umrę. Zajmijcie się nią. Zrobię wszystko, żeby zabrać ją do siebie. Nie szukajcie mnie. Odezwę się, kiedy będę mogła, Helena”. Złożyła kartkę na pół. Położyła ją na stole, przy zegarze. Przez chwilę stała bez ruchu, jakby dom mógł ją jeszcze zatrzymać. Potem wzięła swój szkolny plecak. Spakowała niewiele, bo też niewiele posiadała. Dokumenty. Ubrania, które dało się złożyć w kostkę. Telefon. Ładowarkę. I skarpetkę córeczki. Zatrzymała się w progu. Nie płakała. Nie mogła.
– Wrócę po ciebie – wyszeptała. Nie do niej. Do siebie.
Drzwi zamknęły się cicho. Na zewnątrz noc była chłodna, idealna do ucieczki. Helena szła szybko, nie oglądając się za siebie. Czuła, jak każdy krok jest coraz lżejszy, choć wiedziała, że od teraz przyszłość będzie ważyła więcej niż kiedykolwiek. Nagle zaczął padać deszcz. Helena zamiast szukać schronienia, spojrzała w górę, sky is the limit, uśmiechnęła się, czując szczęście po raz pierwszy, odkąd pamiętała.
Nie umrę. Dam mojej córce życie, na jakie zasłużyła.
Przed apartamentowcem Agaty czaiła się masa paparazzi, którzy chcieli jej krwi. Ochroniarz na ich widok momentalnie zawrócił, prawie zderzając się z osobówką.
– Masz jakąś przyjaciółkę?
Agata zlękła się tego pytania.
– Nie… nie wiem… o co chodzi? – Patrzyła na hieny, które wciąż czekały z atakiem na nią. – Możemy jechać do mojego chłopaka – wyszeptała.
Zobaczyła, jak kierowca patrzy na nią w lusterku wstecznym, nie znała go, był nowy, podobno kiedyś pracował w policji. Nagle poczuła torsje, zatrzymał się, a ona wybiegła zwymiotować na pobocze. Miała oczy pełne łez, nie wiedziała, co się dzieje, bała się. Ochroniarz wyszedł z samochodu, odpalił jej papierosa i podał, po czym zapalił sobie. Sięgnął do telefonu, który jej przekazał. Na wyświetlaczu było widać ją z Mariuszem w wielkim łóżku z baldachimem. Zrobiła mu niespodziankę na urodziny, to miała być ich sekstaśma. Pamiątka na lata, kiedy ich ciała będą przypominać rodzynki, tak się śmiali. Poczuła, jak ziemia się pod nią osuwa, chciała znów zwymiotować, ale nie miała już czym, zamiast tego zaciągnęła się mocno papierosem.
– Muszę się napić – wyszeptała.
Wrócił do samochodu, po czym przyniósł z niego piersiówkę. Wlała w siebie jej zawartość i poczuła, jak ciepło rozchodzi się po żołądku.
– Zawiozę cię do jakiegoś hotelu na obrzeżach, w domu nie będziesz miała spokoju.
Spojrzała w jego przekrwione błękitne oczy, był dla niej dobry. Ufała mu.
W hotelu przy lotnisku było cicho i spokojnie. Zamknęła drzwi, oparła się o nie plecami i osunęła na podłogę. Ręce jej drżały. W głowie wciąż widziała twarze z tłumu, obce, wrogie, jakby nagle przestali ją znać. Nikt nie chciał jej powiedzieć, co się stało. A ona bała się bardziej niż kiedykolwiek, bo czuła, że to nie koniec. Wrota piekła dopiero się otworzyły. Agata uświadomiła sobie, że nie ma do kogo zadzwonić, nie ma osoby, której by ufała, którą chciałaby teraz zobaczyć. Jej życie przypominało tak naprawdę wydmuszkę, smutną farsę. Przeszła do pokoju, w lodówce znalazła mini buteleczki z alkoholami. Wlewała je w siebie, aż odcięło jej prąd.
Poranek przyszedł brutalnie, bezlitośnie. Światło wdzierało się przez niedomknięte zasłony jak oskarżenie. Agata obudziła się z suchymi ustami, pulsującą głową i ciężarem w ciele, jakby całą noc nosiła na sobie wstyd. Telefon leżał obok, wibrował, przestawał, znów wibrował – nieustannie, natarczywie. Dziwiła się, jak to możliwe, że jeszcze nie padła bateria. Otworzyła oczy tylko na tyle, by zerknąć na ekran. Wiadomości od rodziców. Jedna po drugiej. „Nie wiemy, co powiedzieć ludziom”. „Jest nam strasznie wstyd”. „Jak mogłaś nam to zrobić?” „Nie wiemy, jak sobie z tym poradzić”. Każde zdanie było jak kamień rzucony jej w twarz. Te zdania nie krzyczały, a jednak bolały bardziej niż najgłośniejszy krzyk. Chciała odpisać, wytłumaczyć, że też nie wie, że jest przerażona, że ktoś, kogo bardzo kochała i kogo chciała im przedstawić, ją zdradził. Sprzeniewierzył na tylu poziomach, że nie wie, co ze sobą zrobić. Wzięła telefon w dłoń, ale palce jej nie słuchały. Przeraziła się, gdy nagle zadzwonił. I znowu. Nieznane numery, dziennikarze, ludzie, którzy nagle uznali, że mają prawo mówić i pytać. Była zmęczona do granic. Zmęczona myśleniem, tłumaczeniem się w myślach. Była zmęczona oddychaniem. Czuła się upokorzona. Alkohol wciąż krążył w krwiobiegu, zniekształcał rzeczywistość, sprawiał, że emocje były ostrzejsze, bardziej bolesne.
Wstała z podłogi, pokój zawirował. Podeszła do okna i zobaczyła samolot. Bez planu, bez refleksji, weszła w internet. Loty. Ucieczka w czystej postaci. Pierwsze miasto, które wyskoczyło – Dubaj. Daleko. Inny klimat, inne twarze, inny język. Nikt jej nie rozpozna, nikt nic nie będzie od niej chciał. Kliknęła. Kupiła miejsce. Serce zabiło szybciej, nie z ulgi, ale z lęku o to, co będzie dalej. Taki kraj jak Polska nie wybacza kobietom. Nie takie sytuacje. Facet byłby gwiazdą, noszony na sztandarach, pewnie jego sława i zasięgi momentalnie by wzrosły. Ona w oczach wszystkich jest brudna i przeklęta. Jest dziwką. Bo się puściła. Nikt nie bierze pod uwagę, że zakochała się w Mariuszu. Chciała mu zrobić prezent, o którym marzył. Pewnie od początku miał taki plan, uwieść ją i rozkochać, a następnie sprzedać sekstaśmę z nią. Czuła się nikim. W torebce znalazła szybko napisany na kartce numer do Pawła, ochroniarza, który wczoraj jej pomógł.
– Potrzebuję twojej pomocy – wyszeptała.
– Będę za piętnaście minut.
Dała mu listę potrzebnych rzeczy i czekała na niego w hotelowej restauracji, wdzięczna wszechświatowi, że jej go zesłał. W innym wypadku nie wie, co by zrobiła. Znów poczuła skurcz w żołądku. Nie zabije się. Nie da tym cholernym skurwysynom tej satysfakcji. Podniesie się z gówna, w którym wylądowała, i będzie silna, jak nigdy wcześniej. Obiecała to sobie, pisząc długopisem po serwetce: „Jesteś wszystkim”. Schowała ją do kieszeni i poczuła, jak łzy napływają jej do oczu.
Gdy Agata wyszła z samochodu ochroniarza, poczuła coś, co przypominało upokorzenie fizyczne, jakby każdy jej krok był marszem wstydu. Jakby każdy patrzył na nią jak na śmiecia i się z niej śmiał. Założyła czapkę z daszkiem i okulary, przeszła odprawę paszportową i usiadła w restauracji tyłem do wszystkich, a potem popijała piwo. Czuła się mała i obnażona, nie tyle w kwestii ciała, ile godności. Uciekała nie tylko przed ludźmi, ich krytyką i nienawiścią, przed ohydnym człowiekiem, który wykorzystał jej miłość dla pieniędzy i sławy, ale przed całą sytuacją, która wymknęła się spod kontroli. Telefon znów zawibrował. Nie spojrzała. Patrzyła przed siebie, na terminal. Teraz wiedziała tylko jedno – nie będzie miała tutaj na razie po co wracać. Na szczęście miała dokąd uciec. I ta myśl przyniosła jej ulgę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
