Drugie oko na Maroko - Włodzimierz Krzysztofik - ebook

Drugie oko na Maroko ebook

Włodzimierz Krzysztofik

1,0
7,10 zł

lub
Opis

Kolejna część przygód Włodzimierza Krzysztofika w dalekich krajach. Tym razem autor powraca do Maroka, zabierając czytelnika w niezwykłą podróż przez egzotyczną, odległą krainę, pełną osobliwości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 49

Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1



Włodzimierz Krzysztofik

Drugie oko na Maroko

© Włodzimierz Krzysztofik, 2018

Druga część moich przygód w Maroku, znów te same miejsca a jednak za każdym razem jest inaczej choć jest też tak samo. Dlatego też powstała ta książka.

ISBN 978-83-8126-966-7

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Długi dzień na początek

Nastawiłem dwa budziki, wystarczy. I tak się obudziłem wcześniej. Tylko psy były zdziwione, co tak wcześnie. Franek stanowczo nie miał ochoty na rozpoczynanie nowego dnia. Skorzystał z okazji i czmychnął do ciotki. Zakopał się i tyle go widzieliśmy. Czarna noc, zwierzęta domowe i porządni ludzie o tej porze śpią, a nie latają po świecie. A my wprost przeciwnie, latamy po świecie, kiedy i jak się tylko da. Pewnie byśmy raczej gośćmi byli we własnym domu gdyby tylko się dało. Rok temu, mniej więcej o tej samej roku, tylko w innym składzie, też lecieliśmy do Marrakeszu, ale z Berlina. Z niewiadomych dla nas powodów Easy Jet już z Berlina do Maroka nie lata. Dlatego w tym roku mamy niezłą rundę po Europie, dziś lecimy przez Brukselę a za dziesięć dni wracamy przez Londyn. Jest też sensacyjna wiadomość z ostatniej chwili, od jesieni na sezon zimowy 2017/2018 Ryanair będzie latał do Marrakeszu z Krakowa. Czy to oznacza, że za rok o tej samej porze będziemy jechać do Krakowa? Czas pokaże.

Tym razem jedziemy klasyczną drogą przez Łomianki, bo po tym, co nazywają obwodnicą Warszawy to ja już nigdzie nie jadę, jeśli tylko mam inny wybór. Bailey’s family już tam chyba jest, bo mieli z Białegostoku jakieś szalone nocne połączenie. Mińsk Mazowiecki też w gorącej wodzie kąpany. Jak my wychodzimy z domu, oni już w Modlinie siedzą.

Ruch spory, ale docieramy na parking w Nowym Dworze bez problemów. Nazywa się Alcatraz, to chyba inspiracja sąsiedztwem twierdzy. Godziny szczytu dopiero się zaczynają, ludzie jadą do pracy, a my na wakacje, co kto lubi. Ja zdecydowanie wolę wakacje. Gosia zachwyca się, mam nadzieję, że ostatnim na razie, zimowym krajobrazem. Ja wolę zdecydowanie palmy, które czekają na nas w Maroku.

Za chwilę jesteśmy na lotnisku. Kupa czasu do odlotu a reszta koczuje tu od bladego świtu. Tym razem sprawdziłem ile jest samolotów, średnio jeden na godzinę, praktycznie nie ma żadnych kolejek. Ale zawsze można liczyć na moją żonę, gdy poszliśmy do odprawy, za mną coś kompletnie stanęło. Dobre 15 minut jak nie lepiej. Cały cygański tabor Gosi zajął pięć pojemników a i tak bramka świeciła jakby cała ISIS kontrabandę wnosiła. Mnie to już nie rusza, do wszystkiego można przywyknąć. Zbieram kolejne tace, które ochrona już przepuściła i składam w jedno miejsce. Pojawił się Nigel i pyta gdzie Gosia? A tam, lata przez bramkę i z powrotem, zdejmuje z siebie kolejne metalowe elementy i znów to samo. I tak „jeszczo mnogo raz”. Stoimy, czekamy a Gosia lata. Wreszcie przychodzi z jeszcze jedną tacą. Teraz trzeba to wszystko pozakładać z powrotem. W Brukseli czeka nas to wszystko jeszcze raz.

Pogadali, pożartowali i już zbliża się pora na zaokrętowanie. Idziemy do samolotu, to w Modlinie jest cudowne, te około 180 osobowe (tyle jest miejsc w samolocie) grupy biegające na płytę lotniska i z powrotem. Jak gigantyczne węże, suną po powierzchni a terkot walizek niesie się pewnie aż pod las.

Za chwilę startujemy. Jak podróż pekaesem do Siedlec, tak teraz wygląda latanie po Europie. Kto by się czegoś takiego spodziewał? Ja na pewno nie, a teraz jestem jednym z beneficjentów tego, co się stało. Jak mi to zabiorą to się w siedzibie PiS wysadzę, Allahu Akbar.

Lot jak lot, tylko Agnieszka raz umarła ze strachu i po wszystkim. Za godzinę lądujemy.

Brukselka, nieformalna stolica Europy. I siedziba Donalda Tuska, a tfu na psa urok. My na szczęście jesteśmy szmat drogi od miasta, może miazmaty „gender” nas nie sięgną.

Port lotniczy Bruksela-Charleroi położony jest kilkadziesiąt kilometrów na południe od stolicy światowego terroryzmu. Mamy trochę stracha, bo w stolicy Belgii i Europy mieszkają chyba wszyscy terroryści rodem z Maroka właśnie i nie tylko. Tak sobie od razu myślę, lećmy już do tego Maroka, tam jest zdecydowanie bezpieczniej. Wyjść nie ma dokąd, bo lotnisko jak Modlin, stoi sobie pośrodku absolutnie niczego. Poddajemy się i idziemy już do odprawy.

Na początek koszmarna kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Co było? To samo po prostu, ja przeszedłem bez problemu, Gosia została „potańczyć”. Nudne te podróże.

Teraz kawa. Nie ma zmiłuj, 3.50 EU, na szczęście razem z VAT. Woda też w tej samej cenie. W Komisji Europejskiej to dziś temat numer 3, po Trumpie i Brexicie, a przed Putinem. Wojna o roaming dobiega właśnie końca. Dzwoniłem do domu, już widać różnicę w opłatach a od lipca definitywny koniec usługi, której nie ma i nigdy nie była, a która była znaczącym przychodem w bilansach firm telekomunikacyjnych. Tak się to robi w Chicago, gdzie powstał cały ten „intelektualny” prąd neoliberalizmu. Nie ważne, że roaming nigdy nie istniał, ważne, że dał się sprzedać.

Teraz będzie wojna o wodę na lotniskach. Chyba w liberalnej demokracji pojawią się ceny urzędowe. Odkąd jakiś kopnięty terrorysta, jeśli to w ogóle prawda a nie marketingowy pomysł sprzedawców wody, próbował zrobić w samolotowej ubikacji płynną bombę, przy wstępnej kontroli zabierają wszystko. A człowiek nie wielbłąd, pić musi często. I tu ulubione prawo popytu i podaży „sprawdza” się tak, że za szklankę wody trzeba zapłacić jak przebranemu nosicielowi wody na Jemma el Fna w Marrakeszu. I tu i tu łupią turystę ile tylko się da. Ale 3.50 EU za małą butelkę wody to ja nie zapłacę, choćbym w tej Brukseli skonał z pragnienia.

Wytropiłem w sklepie wolnocłowym wodę po 1.20 EU, czyli jak w Modlinie lub Chopinie. Zawsze szukajcie w sklepach, w barach rwą dodatkowy haracz. I to ma być Europa? A zwyczaje jak na arabskim suku.

Jutro piątek, w Maroku prohibicja, więc reszta poszła też po wodę, ale ognistą. Wrócili zadowoleni, dziś wieczorem spotkanie organizacyjne z rezydentem, czyli ze mną. Wątpliwe czy coś zapamiętają jak te wszystkie flaszki wyschną.

Nigel i Ilona zadają światowego szyku, jedzą lunch. Reszta tylko się przygląda.

Samolot startuje dokładnie o czasie, kolejna część planu ok. Żeby tylko nie zapeszyć. Zanim zasnąłem, już widać Afrykę, za niecałą godzinę zaczyna się magia. Marrakesz, sama nazwa powala a naprawdę jest jeszcze lepiej. Witaj lato.

Na każdym szanującym się zdjęciu Marrakeszu widać w tle ośnieżone szczyty Atlasu. Lipa polega na tym, że góry owszem są, ale 40 km od miasta i zwykle ich nie widać. Dziś było je widać przy lądowaniu, są i to naprawdę ogromne. Dziś dodatkowo były pokryte śniegiem, cudowny widok.

Podchodzimy do lądowania, ale co to za kobieta w burce, siedzi tuż koło mnie. I gdzie zniknęła Gosia. Już się zaczyna magia a jeszcze koła samolotu nie dotknęły ziemi.

Wychodzimy na płytę, jest magia. Słońce zachodzi, dokładnie jak rok temu. Nawet widzę na płycie samolot Easy Jet, świat zatoczyło koło, znów tu jestem.

W zeszłym roku