Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
PROSTO Z SERCA KONTRWYWIADU. THRILLER BYŁEJ OFICER POLSKICH SŁUŻB.
Na pogrzebie kolegi z wydziału, Roberta „Jogiego” Zdrojewskiego, kapitan Bogna Bohr, naczelniczka ABW, spotyka swojego byłego przełożonego. Mężczyzna twierdzi, że ,,Jogi” wcale nie zmarł na serce, a zginął przez nią.
Kilka godzin później ktoś włamuje się do jej mieszkania. Niczego nie kradnie. Dokonuje „dosiadu”, w żargonie służb oznacza to niejawne przeszukanie. Zostawia tylko czerwony samochodzik i butelkę wina, przedmioty związane ze Zdrojewskim. To ostrzeżenie. Tylko kto je wysłał?
Zaginiona broń i karta microSD z materiałami, które mogą zagrozić ludziom stojącym u władzy, stawiają Bognę w samym środku niebezpiecznej rozgrywki, której skali jeszcze nie zna. A kiedy w drzwiach staje jej zaginiony przed laty brat, kobieta przestaje być pewna, czy może ufać komukolwiek… nawet sobie. Wie jedno: w kontrwywiadzie, podobnie jak w życiu, nic nie dzieje się przypadkiem.
Kto wierzył, że thrillery szpiegowskie z najwyższej półki piszą tylko mężczyźni? Od teraz nikt. Druga książka autorki to opowieść wartka i arcyciekawa. Oparta na bezcennej wiedzy byłej oficer kontrwywiadu i literackim obyciu absolwentki polonistyki. To nie tylko gwarancja dobrej rozrywki, ale i certyfikat wiarygodności, przy której fikcja jest bezbronna. Dosiądźcie się do tej historii. Nie pożałujecie.
MACIEJ SIEMBIEDA
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 399
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK
Redakcja: ANNA MILEWSKA
Korekta: JOLANTA STAL, JUSTYNA TECHMAŃSKA, ANETA TKACZYK
Projekt okładki z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji (AI): MARIUSZ BANACHOWICZ
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Katarzyna Gołda © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09400-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Dla O.
Najperfidniejszym wrogiem, doszedł do wniosku
jest własny układ nerwowy.
GEORGE ORWELL, Rok 1984,przeł. Robert Sudół
Dosiad
1. W języku służb: niejawne przeszukanie pomieszczeń mieszkalnych i niemieszkalnych oraz środków transportu.
2. O ptakach łowczych: siadanie na zdobyczy, by ją pożreć.
1
Skrzypek kończył Ave Maria.
Zarówno on, jak i podświetlony lampami ledowymi łuk triumfalny ustawiony u szczytu grobu nie pasowały do zmarłego. Gdyby to kapitan Bognie Bohr powierzono przygotowanie ceremonii, trumnę pokrywałaby gruba warstwa tabaki, a głośniki wyrzucałyby w eter numery Budki Suflera, poczynając od Balu wszystkich świętych, za którym przepadał Jogi. Zamiast kiczowatego postumentu na płycie nagrobnej ustawiłaby konstrukcję z zapałek o zielonych główkach. Rozmowy w smutnym tonie karałaby chłostą.
Za ceremonię odpowiadała – niestety – rodzina, ale pod tym pojemnym pojęciem kryła się jedna osoba. Ostatnia miłość Jogiego, Grażyna.
Koledzy z wydziału ułożyli na grobie wieńce z szarfami opatrzonymi sentencjami pożegnalnymi.
Gdyby Jogi żył, nie uwierzyłby, że jego eks zjednoczyły się nad trumną i wspólnie, bez kłótni i wzajemnych oskarżeń, opłakują stratę.
– Nadal mną szarpie... – wydukała Hanka, powstrzymując szloch. Tłusta od tuszu do rzęs łza skapnęła na policzek. – Biedny Jogi.
Biedny, powtórzyła w myślach Bogna.
W dniu śmierci ledwie przekroczył czterdziestkę. Jego dzieciaki, Emilka i Wojtek, dopiero poszły do szkoły. Rozwód z Karoliną właśnie się sfinalizował. Od kilku miesięcy mieszkał z Grażyną. W pracy szykował się na awans.
Zmarł w najgorszym możliwym momencie. Dobrze przynajmniej, że przepracował piętnaście lat w służbach. Dzięki temu jego dzieci mogły liczyć na rentę.
– Wszystko przez kebaby! Żarł je tonami... – Hanka westchnęła. – I ja przyłożyłam do tego rękę...
– To nie wina kebabów, tylko słabego serca.
Bogna próbowała pocieszyć Hankę. Sama jednak nie wierzyła w to, że Jogiemu zapchały się żyły i stanęła pikawa.
Ceremonia zakończyła się kilka minut wcześniej, ale nikt spośród zebranych nie ruszył się z miejsca. Jedynie skrzypek, starszy mężczyzna w ubłoconych mokasynach, schował instrument do futerału, posłał ukłon rodzicom Jogiego i niespiesznie odszedł. Bogna patrzyła za oddalającą się sylwetką, aż ta dotarła na skraj cmentarza. W furtce muzyk minął się z innym mężczyzną.
– Hanka... – szepnęła Bogna. – Tam, przy wyjściu, zobacz.
Hanka chwilę przypatrywała się zwalistej postaci, odzianej w granatowy płaszcz.
– Drobina?!
Naczelnik Wydziału I, pułkownik Cyryl Drobina, od pół roku grzał tyłek na rencie. Nie kontaktował się w tym czasie z żadnym z byłych podwładnych, a teraz przywlókł się na pogrzeb Jogiego, choć nikt go nie zapraszał.
– Po co przylazł?
– Zaraz się przekonam. – Bogna odpowiedziała skinieniem na pozdrowienie Drobiny. – Pójdę do niego.
– Czekaj!
Hanka zacisnęła pięść na rękawie Bogny, ale ta wyrwała do przodu. Minęła żałobników. Mocniej okręciła się szalem, bo grudniowy wiatr przybrał na sile.
Drobina wspierał się na ramieniu kobiety, której początkowo Bogna nie dostrzegła. Poza, w jakiej tkwiła ta dwójka, przypominała nowoczesną rzeźbę przedstawiającą alegorię wsparcia i oddania. Bogna nie wiedziała, kim jest nieznajoma. Jej twarz przesłaniała wełniana chusta.
– Porozmawiamy w cztery oczy? – zapytała, zamiast się przywitać.
Towarzyszka Drobiny obrzuciła Bognę chłodnym spojrzeniem i odeszła. Chód miała ciężki, jakby nosiła na grzbiecie niewidzialny ciężar. Jej stopy sunęły po ziemi niemal bez odrywania, naznaczając ziemię wgłębieniami przypominającymi ślady nart.
– Dlaczego nie podejdziesz? – Spojrzała w stronę żałobników.
– Nie przyszedłem na pogrzeb. Przyszedłem do ciebie.
Kobieta mimowolnie rozwarła usta i natychmiast zakaszlała, żeby zamaskować zaskoczenie. Koledzy nadal trwali nad grobem, przypominali bezlistne drzewa, powykręcane nadmorskim wiatrem.
– Zabili Jogiego.
– Ciekawe. – Uśmiechnęła się półgębkiem.
– Przez ciebie. – Drobina zbliżył się na odległość łokcia. Kwaśny zapach dobywający się z jego ordynarnie pękatych, niemal fioletowych ust załaskotał ją w nozdrza. – Masz coś, co nie należy do ciebie, ale mogę ci pomóc.
– Po zawale całkiem do siebie nie doszedłeś – powiedziała lekceważąco, w głębi duszy jednak poczuła niepokój.
Wróciły do niej słowa Jogiego sprzed kilku miesięcy:
„Zabija się posłańca, a nie nadawcę złej wiadomości”.
Jogi zginął, bo jej pomagał?
Cofnęła się o krok. Drobina znowu mieszał jej w głowie jak w kotle.
– Do widzenia.
– Uważaj na siebie, Bobo. I przemyśl moją propozycję – rzekł łagodnie, lecz zamiast troski w jego głosie wybrzmiała przestroga. – Jeśli zmienisz zdanie, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Tylko się pospiesz. Nie jestem w szczytowej formie.
2
Droga do domu dłużyła się Bognie.
Gdyby nie marznący deszcz, podróż trasą Pyry–Piaseczno zajęłaby jej maksymalnie dziesięć minut, ale śliska nawierzchnia i niedzielni kierowcy, wyjeżdżający na przedświąteczne zakupy, skutecznie spowalniali ruch. Pacnęła w klakson. Zielone, a tuman w BMW przed nią, zamiast patrzeć na drogę, gapił się w telefon. Postanowiła go wyprzedzić. Wcisnęła gaz i zrównała się z kierowcą. Przyjaźnie to on nie wyglądał. Łysa glaca, złoty kajdan na przykrótkim karku, harde spojrzenie. Trzy argumenty, by zrezygnować z awantury. Mimo to pozdrowiła go środkowym palcem. Racjonalne myślenie wyparła niekontrolowana złość. Łysol w odpowiedzi posłał jej przepraszający uśmiech. Po czym również przyspieszył.
Chce się ścigać?
W oczach mu błysnęło. Spochmurniał. Spiętrzył się jak nimbostratus przed oberwaniem. Zanurzył dłoń pod marynarkę i szybkim ruchem ją wyciągnął.
Nagle twarz Bogny znalazła się na celowniku austriackiego pistoletu samopowtarzalnego Glock 17. Identyczny straciła podczas przeszukiwania posesji dyrektora Zalewskiego kilka miesięcy wcześniej.
Mężczyzna pogłaskał spust palcem, a potem bez ostrzeżenia go zgiął, uwalniając pocisk. Bognę oślepił błysk wystrzału. Mocne szarpnięcie. Przeszywający szyję ból. Puf!
Coś z impetem uderzyło w jej auto.
Wcisnęła hamulec. BMW i jego kierowca zniknęli. Za to w lusterku wstecznym odbiła się niebieska bryła, która, na zdrowy rozum, musiała być pojazdem. W nerwach oczy zaszły Bognie mgłą. Kontury się rozmazywały.
Znowu to się jej przydarzyło. Halucynacje.
To nie był pierwszy raz, kiedy miała wrażenie, że ktoś celuje do niej z jej broni. Ale pierwszy raz wizja była tak realna, że musiała się trzasnąć po policzku, żeby otrzeźwieć.
– No i co pani narobiła?
Na zewnątrz ktoś się gorączkował, więc – nadal oszołomiona – wysiadła. Zapomniała o awaryjnych. Trójkąt także nie opuścił bagażnika.
– Wszystko w porządku? – zapytał ten sam głos.
Właściciel niebieskiego Volvo S60 starał się okiełznać zdenerwowanie.
– Przecież to pan we mnie wjechał.
– Gdyby nie gwałtowne hamowanie... Nie miałem szans na uniknięcie kolizji. – Obszedł samochód dookoła. – Na szczęście tylko zderzak lekko pęknięty. Proszę spojrzeć.
Bogna dokonała oględzin. Zderzak do wymiany, to pewne. Nie udzielił jej się entuzjazm sprawcy, który wyraźnie się spieszył. Co rusz zerkał na zegarek. Sportowy Garmin może i zrobił na niej wrażenie, lecz gryzł się z kraciastą marynarką i przesadnie dopieszczoną fryzurą wprost spod nożyc barbera.
– Paweł Kos-Rosowski. – Mężczyzna z ceremoniałem wręczył Bognie wizytówkę. – Naturalnie pokryję wszystkie szkody. Ale pani wybaczy, teraz nie mam czasu, spieszę się na wykład. Proszę do mnie zadzwonić wieczorem.
– Nie tak szybko. – Bogna włączyła awaryjne. – Najpierw spiszemy oświadczenie.
– Oczywiście.
Kos-Rosowski zniknął w aucie. U niego jedynie tablica rejestracyjna była nieco wgnieciona. Na wszelki wypadek ją sfotografowała.
– Proszę.
Bogna zerknęła na formularz przyniesiony przez mężczyznę.
– Tu są luki.
– Napisałem przecież, że jestem sprawcą, podałem swoje dane. Naprawdę przepraszam, ale nie mam czasu – rzucił. – Proszę zadzwonić.
Wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon, nie oglądając się za siebie, jakby wiózł w aucie ciężarną na chwilę przed rozwiązaniem. Bogna nie zdążyła zareagować. Telefon leżał zbyt daleko. Zerknęła na wizytówkę.
Prof. dr hab. Paweł Kos-Rosowski
Kierownik Zakładu Mikrobiologii i Biotechnologii Środowiskowej
Uniwersytet Warszawski, Instytut Mikrobiologii
tel. (22) 55 65045
e-mail: [email protected]
pokój 401C
Powinna wezwać policję. Wizytówka i podpis na formularzu w rzeczywistości niewiele znaczyły. Profesorek mógł się wyłgać i zostawić Bognę z uszkodzonym samochodem. Pogrzeb i rozmowa z Drobiną przesądziły jednak sprawę. Bognie zależało wyłącznie na tym, by znaleźć się we własnym łóżku i rozgrzać zziębnięte ciało. Ostatecznie to tylko zderzak. Ruszyła w drogę do domu.
Jej myśli uparcie krążyły wokół rozmowy z byłym przełożonym. Drobina działał sam czy w porozumieniu z kimś? Dlaczego pojawił się akurat teraz?
Pytań było więcej niż odpowiedzi. W zamyśleniu dojechała do domu.
Na podjeździe brakowało grafitowego Jeepa Tomka, dlatego postanowiła do niego zadzwonić.
– Gdzie jesteś?
– Nadal w pracy, ale już wychodzę. Będę za pół godziny. Miałem wyjątkowego pacjenta. Coś się stało?
– Porozmawiamy, jak wrócisz.
– Ej, chyba nie chcesz mnie wyrzucić? – zażartował Tomek. W andrzejki przyniósł do jej domu szczoteczkę do zębów, kilka kompletów bielizny oraz ulubioną poduszkę. W ten oto sposób oficjalnie zostali parą i zamieszkali wspólnie. – Co, kochanie?
– Jeszcze nie.
Nastrój do zadziornych pogawędek przez słuchawkę Bogna miewała sporadycznie. Dzisiaj potrzebowała poważnego i twardo osadzonego w rzeczywistości faceta, a nie rozmarzonego kochasia.
– Całe szczęście. Kupić coś po drodze?
– Nie – odpowiedziała sucho i się rozłączyła.
Czy nie popełniłam błędu?
Nieśmiałe pytanie o sens tej decyzji, podjętej w pośpiechu i pod wpływem impulsu, odważniej rozpychało się w jej myślach. Szum w głowie, jak po szampanie, i obezwładniające ciepło coraz głębiej rozlewające się w ciele początkowo wzięła za miłość, ale już kilka dni po przeprowadzce Tomka wszystko wyblakło. Została z uczuciem bez konkretnego wyrazu. Tomek, czuły i ciepły, prawił jej komplementy, obsypywał ją drobnymi prezentami. Tylko ptasiego mleka brakowało, lecz Bogna miała wrażenie, że wkleiła się w niewłaściwy obrazek. Na razie jednak nie dzieliła się z nikim tymi przemyśleniami.
Świąteczny wieniec na drzwiach wisiał do góry nogami. Machinalnie go przekręciła. Czerwone bombki na dole, białe na górze. Patriotycznie. Odpadał czasem, gdy przeciąg trzaskał drzwiami, ale Bogna wychodziła z domu jako ostatnia i dałaby sobie uciąć rękę, że wtedy wisiał należycie.
Nacisnęła klamkę, a drzwi nie ustąpiły. Uf. Przemknęło jej bowiem przez głowę, że ktoś włamał się do domu i przez nieuwagę źle odwiesił ozdobę. Potem pomyślała, że znowu ma omamy, co wytłumaczyła sobie zmęczeniem materiału biologicznego. Najwyraźniej stres nadszarpnął komórki nerwowe i glejowe. Powinna zacząć pić. Na psychotropy przepisane przez doktor Szymańską nie miała jeszcze chęci ani odwagi. Dodatkowo, jak na złość, ostatnio zbyt często wracały do niej niechciane wspomnienia. Zwłaszcza te z czasu zaginięcia Bastka.
– Dlaczego nie weszłaś?
Nagłe pojawienie się Tomka zaskoczyło Bognę. Nie usłyszała warkotu silnika ani kroków na chodniku.
– Stoisz tu pół godziny? Kochanie, co się dzieje?
– Dopiero co podjechałam.
Jej ramiona mimowolnie drgnęły. Sprawdziła połączenie. Rozmawiała z narzeczonym dwadzieścia osiem minut wcześniej.
– Powinnaś zadzwonić do doktor Szymańskiej.
Tomek przekręcił klucz i pchnął drzwi. Ustąpiły, odsłaniając wnętrze, w którym panował prawie idealny porządek. Na potrójnym wieszaku zauważyła swój jasnokremowy płaszcz. Ten zarezerwowany na specjalne okazje, bo łatwo się brudził. Na blacie szafki na buty, tuż przy szklanej misce, do której po powrocie odkładali klucze, leżał przedmiot niepasujący do reszty.
– Stój! – szepnęła Bogna.
– Dlaczego? – Tomek objął ją ramieniem, jakby chciał dodać jej odwagi.
– Spójrz. – Wycelowała palcem w szafkę.
– Resorak? – Tomek zmarszczył brwi. – Skąd się tu wziął?
Miniaturowe czerwone Volvo 240 GL sedan. Bogna rozpoznała model po kanciastych, brzydkich kształtach. Jogi nieustannie ględził, że kiedyś takie stanie w jego garażu. Konkretnie czerwone. I będzie woził wszystkie retrodziewczyny dzielące z nim uwielbienie dla Budki Suflera.
– Nie było go tu rano. Chyba że przyniosłeś go, kiedy pojechałam na pogrzeb?
Tomek pokręcił głową.
– Ktoś zrobił mi dosiad. I chce, żebym o tym wiedziała – powiedziała na głos Bogna i natychmiast tego pożałowała.
– Co zrobił?
– Zostań tu.
Ton Bogny był twardy, nieznoszący sprzeciwu. Nie spodobało mu się to. Widząc, że zamierza przekroczyć próg, w ostatniej chwili chwycił ją za ramię.
– Wiem, co robię!
– Nie wpuszczę cię tam!
– Jestem pewna, że dom jest pusty.
Wyrwała się, zrobiła krok naprzód. Pchnęła drzwi. Tomek zawahał się tylko przez ułamek sekundy, po czym ruszył za nią. Nie mógł pozwolić, by w pojedynkę weszła do domu, w którym nadal mógł czaić się intruz. Słysząc Tomka za plecami, rzuciła:
– Tylko niczego nie dotykaj.
Ten komentarz był zbędny. Co prawda Tomka kusiło, by wziąć resoraka do ręki i obejrzeć go z bliska, ale wiedział przecież, że dowodów się nie rusza. A ten czerwony samochodzik, ewidentnie niepasujący do otoczenia, był dowodem. Ktoś tu był bez ich wiedzy i zgody.
Poza tym jednym elementem wszystko wyglądało tak, jak kilka godzin wcześniej. Na skórzanej kanapie leżały dwa koce, złożone w kostkę: beżowy Bogny i brązowy, którym lubił okrywać się Tomek. Na stole kubki z niedopitą herbatą. W kuchni okruchy chleba, niezgarnięte do zlewu. Sceneria codzienności.
Tomek, świadomy, że nóż nie jest idealnym narzędziem do obrony, mimo wszystko wyjął go z szuflady i ruszył na górę. Sprawdził każde pomieszczenie, potem garaż, na końcu piwnicę. Rzeczywiście, w domu nie było nikogo poza nimi.
W tym czasie Bogna dzwoniła. Tomek miał nadzieję, że na policję, lecz brak połączenia świadczył o tym, że niebiescy nie byli jej pierwszym wyborem. Wyglądała na opanowaną i to, bardziej niż włamanie, zastanowiło Tomka. Nie oczekiwał spazmów, ale bijące od niej chłód i wyważenie, jakby wszystko miała pod kontrolą, nie pasowały do okoliczności. Jakby włamanie nie zrobiło na niej wrażenia. Albo... jakby się go spodziewała.
Tomek podszedł do okna, rzucił okiem na ulicę.
– Zobacz. – Bogna wskazała przeszklony barek. – Tego też tu nie było.
Mała butelka wina musującego Dorato zdecydowanie wyróżniała się na tle większych, częściowo napoczętych butelek mocniejszych trunków. Takim samym niedawno świętowali nominację Jogiego. Wypili po nakrętce jeszcze w firmie. Dopiero potem zwalili się do kantyny i tam rozprawili ze szczęściem jak należy. Toasty wznosili już czystą, zimną, bez zakąski. Korek po szampanie Bogna schowała do kieszeni. Zamierzała wręczyć go przyjacielowi w dniu nominacji jako pamiątkę z tego wyjątkowego wydarzenia.
– Dzwonię na policję! – Chwycił za telefon. Próbował wybrać sto dwanaście, lecz jego powolne ruchy świadczyły o tym, że czeka na przyzwolenie narzeczonej. – Co to jest ten cały dosiad?! Bogna?
Nieświadomie nastąpił na niewielki dywan, który zimą Bogna rozkładała przy oknie balkonowym, żeby zmniejszyć chłód bijący od podłogi. Nie poczuł jednak pod stopą miękkiego włosia. Spojrzał w dół.
Po wejściu do domu nie patrzyli pod nogi. Skupili się na tym, co wokół. A teraz...
– Co tu się dzieje? – zapytał podejrzliwie. Dywan był odwrócony na drugą stronę. – Bogna?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
