Dominick nie zamierzał odpuścić - Kamila Kolińska, Zocharett - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Dominick nie zamierzał odpuścić ebook i audiobook

Kamila Kolińska, zocharett

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

W życiu ekipy z Cleveland nadchodzi czas wielkich zmian. Koniec szkoły, nowe zasady w hotelu, niespodziewane znajomości i informacje, które potrafią wywrócić codzienność do góry nogami. Tylko Dominick Slammer wydaje się mieć wszystko, czego mu trzeba do szczęścia. Aż do chwili, gdy przypadkowo spotyka swoją matkę.

Demony przeszłości burzą jego spokój, a on sam musi zmierzyć się z nimi bez wsparcia cioci Lindy. Czy poradzi sobie z własnymi słabościami? Czy przyjaciele staną po jego stronie? I czy jego związek przetrwa tę próbę?

Czas zrozumieć, że największą przeszkodą na drodze do szczęścia jesteśmy czasem my sami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 364

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 46 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Kamila Koliń­ska 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Mal­wina Kozłow­ska Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Monika Kociuba / e-DYTOR Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Ewa Popław­ska Zdję­cie autorki na okładce: Pau­lina Kamiń­ska SKA­DRO­VANE

TIME S.A. ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

ISBN: 978-83-8343-769-9 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Rozdział 1

Ben

– Naprawdę nie musisz tego robić – powie­dzia­łem, gdy naj­bar­dziej uparty chło­pak na świe­cie wziął mnie na ręce.

Za tydzień będę mógł zdjąć ortezę, ale nawet z nią jestem w sta­nie cho­dzić o wła­snych siłach, tylko robię to nieco wol­niej. Jed­nak Domi­nick Slam­mer od początku nie potra­fił przy­jąć tego do wia­do­mo­ści. Powoli przy­zwy­cza­ja­łem się do myśli, że nie warto z nim dys­ku­to­wać o spra­wach nie­istot­nych. Z natury nie mówił zbyt wiele, a połowa słów, które wypo­wia­dał, była nie­po­ważna. I tak na koniec robił to, co sam uwa­żał za słuszne. Mogłem więc pro­te­sto­wać i pro­sić, żeby posta­wił mnie na pod­łogę, a on po pro­stu uda­wałby, że tego nie sły­szy.

Zaak­cep­to­wa­łem swój los. Oplo­tłem rękami szyję chło­paka i pozwo­li­łem mu się zanieść do samo­chodu Louisa Roth­wella.

Gdy tylko Dom pchnął bar­kiem drzwi hotelu, ośle­piły mnie jaskrawe pro­mie­nie. Na pobo­czach wciąż zale­gał śnieg, a mróz szczy­pał w policzki, więc wyjąt­kowo doce­ni­łem to, że słońce w końcu tak odważ­nie wyło­niło się zza chmur. Gdy prze­mie­rza­li­śmy par­king, mia­łem w gło­wie tylko jedną myśl.

Nie mogę się docze­kać lata z tym chło­pa­kiem, kiedy dni będą dłu­gie i upalne.

Ron­nie i Louis sie­dzieli w samo­cho­dzie. Zro­biło mi się tro­chę głu­pio, że musieli cze­kać, szcze­gól­nie że Domi­nick odwa­lał całą tę nie­po­trzebną szopkę. Wsa­dził mnie do środka, jakby uznał, że sam sobie nie pora­dzę.

– Długo jesz­cze? – zapy­tał z prze­ką­sem Louis, bęb­niąc pal­cami o kie­row­nicę. Nie był znie­cier­pli­wiony, znał już długo Slam­me­rów i wie­dział, czego się spo­dzie­wać po Domie.

To pyta­nie oczy­wi­ście odnio­sło odwrotny sku­tek. Mój chło­pak, z braku lep­szego pomy­słu, jak jesz­cze na złość prze­dłu­żyć czas poże­gna­nia, zaczął moco­wać się z moim pasem, żeby go zapiąć.

– Okej, wystar­czy – zarzą­dzi­łem zaże­no­wany, odpy­cha­jąc jego ręce.

– Miłej nauki, dzie­ciaczki – odparł Dom, bo prze­cież nie byłby sobą, gdyby nie pal­nął cze­goś głu­piego.

Jego sio­stra nie lubiła, gdy kto­kol­wiek z naszej ekipy pod­kre­ślał, że jest od nas młod­sza, więc natu­ralną koleją rze­czy poka­zała mu środ­kowy palec. Dom poca­ło­wał mnie w poli­czek na poże­gna­nie, a potem pochy­lił się, żeby cmok­nąć też Ron­nie.

– Weź się odwal, debilu – syk­nęła dziew­czyna, wycie­ra­jąc się wierz­chem dłoni.

Twarz Domi­nicka wykrzy­wił zło­śliwy, pełen zado­wo­le­nia uśmie­szek. To dla tego uśmie­chu prze­pa­dłem. Za każ­dym razem, gdy sta­wał się nie­zno­śny dla innych, czu­łem przy­jemne mro­wie­nie pod skórą.

To nie­do­rzeczne.

Gdy wyje­cha­li­śmy z par­kingu, Louis zaczął opo­wia­dać o swo­ich pla­nach na resztę dnia. Dopiero w poło­wie recy­to­wa­nia listy zaku­pów zorien­to­wa­łem się, że wcale nie ocze­ki­wał od nas aktyw­nego udziału w roz­mo­wie, mówił raczej do sie­bie.

Ron­nie trą­ciła mnie łok­ciem, pod­su­wa­jąc mi pod nos tele­fon.

– Co myślisz? Ładne?

Na ekra­nie wid­niało zdję­cie sukienki z ceki­nami z jakie­goś sklepu inter­ne­to­wego. Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Skąd mam wie­dzieć?

– Chyba masz oczy, nie?

– Mam. Ale nie noszę sukie­nek.

Ron­nie wark­nęła pod nosem, jakby poża­ło­wała, że się do mnie ode­zwała. Pocie­rała przez chwilę dolną wargę, inten­syw­nie nad czymś roz­my­śla­jąc.

– Nie wiem, jak to powie­dzieć, żebym znowu nie wpa­dła w kło­poty, ale… Ni­gdy nam nie powie­dzia­łeś, czy jesteś gejem, czy bi.

Louis prze­stał wyli­czać pro­dukty, które kazała mu kupić Linda, i zer­k­nął na nas w lusterku wstecz­nym, marsz­cząc brwi.

Popra­wi­łem się na swoim sie­dze­niu. Bez­po­śred­niość Ron­nie wpra­wiła mnie w zakło­po­ta­nie.

– A co to ma do rze­czy?

– No bo jeśli jesteś bi, podo­bają ci się też dziew­czyny, więc wiesz, w czym wyglą­dają dobrze. A geje czę­sto inte­re­sują się modą. Tak czy ina­czej, możesz mi pomóc.

– Hej, zasta­nów się cza­sem nad tym, co mówisz – ode­zwał się Louis, zmu­sza­jąc ją, by na niego spoj­rzała. – Nie wygła­sza się takich tek­stów. Są ste­reo­ty­powe i wredne.

– Ben się nie obraża o takie rze­czy – wymru­czała Ron­nie.

Louis nie był wła­ściwą osobą do wcho­dze­nia w pole­mikę, mógł dys­ku­to­wać godzi­nami. Tak więc gdy był w trak­cie odbi­ja­nia piłeczki mło­dej, ja odpły­ną­łem myślami. Zanim przy­je­cha­łem do Ohio, nie byłem otwarty na innych ludzi. Na swoją obronę dodam, że oni też nie byli otwarci na mnie. Nie myśla­łem za wiele o spra­wach, o które przed chwilą zapy­tała mnie sio­stra mojego chło­paka. A jed­nak teraz wyda­wało mi się, że odpo­wiedź jest oczy­wi­sta.

– Podoba mi się tylko twój brat – wypo­wie­dzia­łem na głos swoje myśli.

Dopiero gdy słowa opu­ściły usta, dotarło do mnie, że prze­rwa­łem Louisowi. Ron­nie obró­ciła głowę w moją stronę, kom­plet­nie igno­ru­jąc kum­pla.

– Co powie­dzia­łeś?

– Że podoba mi się tylko Domi­nick. Nie zamie­rzam zasta­na­wiać się nad tym, czy lubię też dziew­czyny, bo jestem w związku z twoim bra­tem. A o sukienkę zapy­taj Gen albo Tinę.

Zapa­dła krótka cisza, pod­czas któ­rej szybko zorien­to­wa­łem się, że tro­chę prze­sa­dzi­łem z tą wylew­no­ścią. Opar­łem głowę o szybę tylko po to, żeby uciec przed cie­kaw­skim spoj­rze­niem Ron­nie.

– To dobrze – skwi­to­wała po chwili. – Bo jeśli kie­dy­kol­wiek skrzyw­dzisz Doma, spusz­czę ci łomot.

Louis jęk­nął.

– Młoda, ogar­nij się. Prze­cież jak Dom albo, co gor­sza, cio­cia Linda dowie­dzą się, że mu gro­zisz, zabro­nią ci cho­dzić na boks.

– Nikt się nie dowie. Prawda, Ben?

– Nie strasz go. To ja tu jestem pro­ble­mem. Nie umiem docho­wy­wać sekre­tów. Nie sta­wiaj mnie w takiej sytu­acji. Ja pie­przę.

Zaśmia­łem się.

– Spo­koj­nie. Bądźmy szcze­rzy, Dom pew­nie odbył taką samą roz­mowę z Cha­dem.

Ron­nie pokrę­ciła głową.

– Nie miał szans. Dbam o to, żeby ni­gdy nie zna­leźli się sam na sam w jed­nym pomiesz­cze­niu.

Louis poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. Obser­wu­jąc go w lusterku, dostrze­głem moment, w któ­rym wpa­dła mu do głowy inna myśl.

– O co cho­dzi z tymi sukien­kami, młoda? Ni­gdy się nie stro­iłaś. Co się zmie­niło?

Dziew­czyna wymru­czała nie­miłą i nie­cen­zu­ralną odpo­wiedź na tyle cicho, że kie­rowca jej nie usły­szał, więc mógł co naj­wy­żej poczuć się zigno­ro­wany. Wszy­scy szybko zapo­mnie­li­śmy o tej roz­mo­wie, bo gdy pod­je­cha­li­śmy pod szkołę, przy wej­ściu stał Jona­than Whit­ford. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, na kogo czeka. To stało się tra­dy­cją, któ­rej nikt z nas nie miał ochoty pod­trzy­my­wać. Gene­vieve nie chciała z nim roz­ma­wiać. Szcze­rze mówiąc, z nikim nie chciała roz­ma­wiać o swo­ich emo­cjach. Była prze­ko­nana, że nie jest w sta­nie wyja­śnić tego, co czuje. Ja jej wie­rzy­łem; miała za sobą bar­dzo trudne prze­ży­cia. Uda­wa­nie, że wejdę w jej buty, byłoby nie­uczciwe.

Tak więc zro­bi­łem to, co robi­li­śmy nie­mal codzien­nie. Powie­dzia­łem Ron­nie, żeby weszła do środka, a ja zatrzy­ma­łem się przy Jonie. Nadzieja w jego oczach ani na moment nie zga­sła.

– Sam sobie szko­dzisz takim zacho­wa­niem – oznaj­mi­łem zamiast powi­ta­nia.

Potrzą­snął głową, nie przyj­mu­jąc tego do wia­do­mo­ści. Rozej­rzał się wokół, jakby spo­dzie­wał się, że Gene­vieve wysłała mnie, żebym zajął go roz­mową, pod­czas gdy ona nie­zau­wa­żona prze­mknie do środka.

– Ty nie rozu­miesz, Ben. Zacho­wu­je­cie się wobec mnie nie w porządku. Wszystko było dobrze, a nagle z dnia na dzień zaczę­li­ście mnie trak­to­wać jak naj­więk­szego wroga. Bez słowa wyja­śnie­nia! To nie jest okej.

Nie musiał tego mówić. Zna­łem ten tekst na pamięć, bo powta­rzał mi to codzien­nie.

– Rozu­miem twoją per­spek­tywę – zapew­ni­łem. – Gdyby to zale­żało tylko ode mnie, powie­dział­bym ci o wszyst­kim. Ale decy­zja należy do Gene­vieve, a ja sza­nuję jej zda­nie. Jeśli naprawdę ci na niej zależy, odpuść. – Rozej­rza­łem się na boki, upew­nia­jąc się, że nikt nas nie pod­słu­chuje. – Ona miała kie­dyś stal­kera. Takim narzu­ca­niem się tylko ją do sie­bie znie­chę­cisz.

Jona­than roz­ło­żył ręce w geście nie­mocy.

– No to co mam zro­bić? Tęsk­nię za nią.

– Nic. Daj temu czas. Wszystko się jakoś ułoży.

Uśmiech­ną­łem się nie­zręcz­nie, uznaw­szy roz­mowę za zakoń­czoną, i ruszy­łem w kie­runku szkoły. Wtedy jed­nak zatrzy­mał mnie jego głos:

– Cho­dzi o mojego ojca, tak?

Fak­tycz­nie, gdy kie­dyś pan Whit­ford pod­wiózł mnie i Jona, bar­dzo zanie­po­koił mnie spo­sób, w jaki nasz kum­pel roz­ma­wiał ze swoim tatą. Cho­ciaż przy Gene­vieve Jona­than był cza­ru­jący i kochany, to w inte­rak­cji ze swoim rodzi­cem zmie­nił się w kom­plet­nie inną osobę. Opo­wie­dzia­łem o tym eki­pie.

Odwró­ci­łem się do Jona, a on zro­bił krok w moją stronę.

– Rodzeń­stwo Slam­me­rów go roz­po­znało, tak? O to cho­dzi?

Zmarsz­czy­łem brwi.

– Nie rozu­miem.

Jona­than zbli­żył się, żeby móc ści­szyć głos.

– Mój ojciec bywał na inter­wen­cjach w domu Slam­me­rów, bo to część jego pracy. To było daw­niej, zanim wyszło na jaw, co naprawdę działo się za zamknię­tymi drzwiami. Wiesz, jak to jest z pra­wem, co nie? Oddzie­le­nie dzieci od rodzi­ców to osta­tecz­ność. Poli­cja stara się pouczyć, ewen­tu­al­nie postra­szyć, zapro­wa­dzić porzą­dek. Slam­me­ro­wie roz­po­znali go, gdy nie­dawno przy­je­chał spraw­dzić zgło­sze­nie, tak? Mają żal, że wcze­śniej nie zorien­to­wał się w ich sytu­acji rodzin­nej? Ben, nie sądzę, żebym zro­bił coś złego, nie mówiąc wam o tym. Co by to wnio­sło do naszej zna­jo­mo­ści? Uzna­łem, że zro­biłoby się nie­zręcz­nie.

W oczach Jona sza­lała despe­ra­cja. Może nie był ide­alny, ale nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że naprawdę zale­żało mu na Gene­vieve, a ona zasłu­gi­wała na to, by ktoś był w nią tak zapa­trzony – cho­ciaż sama chyba w to nie wie­rzyła.

Zro­biło mi się żal Whit­forda. On naprawdę nie połą­czył kro­pek. Może Wal­ker rze­czy­wi­ście nie wta­jem­ni­czał go w swoje sprawy. Z tego, co powie­dział nam Owen War­ren, wywnio­sko­wa­łem, że chło­paki mogli nie być aż tak dobrymi przy­ja­ciółmi, jak zakła­da­łem na początku. Ich ojco­wie się przy­jaź­nili, więc dora­stali razem. Byli na sie­bie ska­zani. To jed­nak nie musi ozna­czać powie­rza­nia sobie wszyst­kich tajem­nic.

Zaczą­łem pocie­rać skroń, ana­li­zu­jąc to wszystko. Nawet jeśli Dom roz­po­znał pana Whit­forda, czy to miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie? Jona­than szu­kał wszel­kich spo­so­bów, żeby dowie­dzieć się, o co nam cho­dzi. Zale­żało mu, a my po pro­stu zerwa­li­śmy kon­takt.

Pew­nie powi­nie­nem naj­pierw prze­ga­dać to z przy­ja­ciółmi, ale sam pod­ją­łem decy­zję.

– Chodź – popro­si­łem.

Coś w moim gło­sie tym razem prze­ko­nało go, żeby podą­żył za mną.

Ode­szli­śmy na bok, by żaden z uczniów wcho­dzą­cych do szkoły nie stał się świad­kiem naszej roz­mowy. Opo­wie­dzia­łem Jonowi o okrop­nych tygo­dniach, które prze­ży­wa­li­śmy za sprawą jego naj­lep­szego przy­ja­ciela Wal­kera. Wyzna­łem, do jakich kłótni to dopro­wa­dziło mię­dzy nami i z jakimi pro­ble­mami musie­li­śmy się potem mie­rzyć – czego dowo­dem była orteza na mojej nodze. Jona­than nie prze­rwał mi ani razu, a ja co jakiś czas zer­ka­łem na zmie­nia­jącą się eks­pre­sję jego twa­rzy, coraz bar­dziej prze­ko­nany, że nie był wta­jem­ni­czony w plany Wal­kera.

– Jezu … – Wypu­ścił powie­trze ustami, gdy skoń­czy­łem mówić. – To dla­tego nagle zmie­nił szkołę i urwał ze mną kon­takt?

– Owen War­ren powie­dział nam, że Wal­ker jest na odwyku. Tylko jakoś ład­niej to nazwał. Ośro­dek reha­bi­li­ta­cyjny? Nie pamię­tam już.

Jona­than poki­wał głową.

– Czyli mój ojciec po raz kolejny oka­zał się kłamcą. Kla­syk.

Nie wie­dzia­łem, co odpo­wie­dzieć. Jego roz­ko­ja­rzony wzrok zatrzy­mał się nagle w jed­nym punk­cie.

Gene­vieve weszła na plac przy szkole, ale na nasz widok sta­nęła jak wryta, roz­wa­ża­jąc inne opcje. Już dobrze ją zna­łem. Pew­nie pró­bo­wała oce­nić, czy Jona­than wymu­sił na mnie roz­mowę, czy jed­nak wszystko było w porządku i nie musiała inter­we­nio­wać. Ski­ną­łem do niej lekko, co ode­brała zgod­nie z moim zamia­rem. Ruszyła przed sie­bie, a my odpro­wa­dza­li­śmy ją wzro­kiem, aż znik­nęła za drzwiami szkoły.

Jona­than za nią nie pobiegł. Uzna­łem to za dobry znak.

– Okej – ode­zwał się. Zabrzmiało to tak, jakby pod­su­mo­wał swoje myśli, w które mnie nie wta­jem­ni­czył. – Odcze­pię się. Dam jej tyle czasu, ile będzie potrze­bo­wała.

W tam­tej chwili nie mogłem oce­nić, czy dotrzyma obiet­nicy. Mogłem jedy­nie życzyć mu wszyst­kiego dobrego i iść na lek­cje.

Moja opi­nia o Jona­tha­nie co jakiś czas się zmie­niała, ale osta­tecz­nie musia­łem przy­znać, że oka­zał się czło­wie­kiem słow­nym. Następ­nego dnia nie cze­kał na Gene­vieve przed wej­ściem. Dni prze­cho­dziły w tygo­dnie, a ja prze­sta­łem być czujny. Kilka razy minę­li­śmy się z nim na kory­ta­rzu. Wciąż nie mógł ode­rwać wzroku od Gen, ale nie pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać. Nie potra­fi­łem roz­szy­fro­wać myśli przy­ja­ciółki. Wyda­wało mi się, że przez jej oczy prze­bi­jała tęsk­nota – nie za tym, co było, a za tym, co mogłoby być.

Z tym że ja ni­gdy nie byłem dobry w czy­ta­niu ludzi.

Rozdział 2

Ben

Owen War­ren bywał u nas czę­ściej, niż byśmy sobie tego życzyli. Pró­bo­wał wypra­co­wać z Lindą jakieś poro­zu­mie­nie w kwe­stii hotelu. Miał kasę, którą chciał wyło­żyć na remont, ale żadne pie­nią­dze nie mogły się rów­nać z war­to­ścią emo­cjo­nalną, jaką te mury miały dla kobiety, która stwo­rzyła tu dom dla naszej ekipy.

Udało im się doga­dać dopiero na początku maja. Oznaj­miła nam to aku­rat wtedy, gdy obże­ra­li­śmy się cia­stem z oka­zji uro­dzin Tiny. Linda chciała poznać nasze opi­nie o współ­pracy z War­re­nem. Wciąż nie ufała tej rodzi­nie – zresztą wszy­scy byli­śmy zgodni, że ostroż­ność nie zaszko­dzi.

Wio­sna w Ohio była cudowna. Mie­li­śmy co prawda więk­szy ruch w restau­ra­cji, odkąd „C-Town Signal” pod­ła­pało infor­ma­cję, że syn bur­mi­strza czę­sto u nas bywa, ale na szczę­ście Owen nie podzie­lił się z dzien­ni­ka­rzami swo­imi pla­nami. Dzięki temu mogli­śmy po pro­stu cie­szyć się gośćmi. Nie było żad­nych powo­dów do narze­ka­nia. No, może Stan by się ze mną nie zgo­dził. Zaczęła męczyć go aler­gia i bez prze­rwy o tym maru­dził, żeby­śmy nawet na chwilę nie zapo­mnieli. Ale poza takimi bzde­tami i drob­nymi, nie­unik­nio­nymi sprzecz­kami życie toczyło się spo­koj­nie, a mnie nie bra­ko­wało niczego do szczę­ścia.

Gdy w sobotę rano zsze­dłem na śnia­da­nie, od razu wzią­łem ze sobą tablet. Zamie­rza­łem prze­sie­dzieć tam aż do obiadu, bo potem miała wpaść Gene­vieve. Wiel­kimi kro­kami zbli­żały się egza­miny koń­cowe, więc przy­go­to­wa­nia zaj­mo­wały więk­szość naszych myśli i wol­nego czasu.

– Tyle gada­cie ostat­nio o tej nauce, że aż sama zaczy­nam się zasta­na­wiać nad pój­ściem na stu­dia – wyznała Tina, gdy opo­wie­dzia­łem im o pla­nach na wie­czór.

Domi­nick rzu­cił jej prze­lotne spoj­rze­nie, ale nie sko­men­to­wał. Wymi­nął ją, by wrzu­cić pokro­jo­nego kur­czaka na patel­nię. Lubi­łem obser­wo­wać ich razem w kuchni. Oboje twier­dzili, że woleli pra­co­wać w samot­no­ści – week­endy zmu­szały ich do połą­cze­nia sił – ale wyda­wało mi się, że sami się oszu­kują. Two­rzyli świetny duet.

– To nie jest zły pomysł – przy­znał Stan. – Pew­nie trzeba będzie zatrud­nić kogoś nowego, ale to i tak było nie­unik­nione. Mamy tu za duży ruch.

– My mamy? – powtó­rzył Dom prze­śmiew­czo.

– Nie zacze­piaj go – ostrze­gła Tina.

Stłu­mi­łem uśmiech. Stan zre­zy­gno­wał z marzeń o wypro­wadzce, ale tamta sytu­acja spro­wo­ko­wała go do zasta­no­wie­nia się, czego naprawdę chce od życia. War­ren zapew­nił go, że może popy­tać o pracę dla niego, ale naj­pew­niej musiałby wró­cić na stu­dia. Stan jed­nak uświa­do­mił sobie, że łączył pracę w kor­po­ra­cji z pre­sti­żem, a w rze­czy­wi­sto­ści naj­więk­szą radość spra­wia mu grze­ba­nie pod maskami samo­cho­dów. Zatrud­nił się w warsz­ta­cie u kum­pla swo­jego ojca. Dzięki temu miał stałe godziny pracy, więc zawsze odbie­rał mnie i Ron­nie ze szkoły, a ją dodat­kowo woził na tre­ningi. Pro­blem w tym, że w hotelu ubyło rąk do pracy. Wciąż jed­nak tu miesz­kał, więc był w iden­tycz­nej sytu­acji jak ja. Poma­ga­li­śmy, gdy tylko zaszła taka potrzeba, cho­ciaż nie byli­śmy ofi­cjal­nie zatrud­nieni.

– Czuję się zain­spi­ro­wana wszyst­kim, co się tu ostat­nio dzieje – kon­ty­nu­owała Tina. – Stan ma pracę, którą lubi. Ron­nie zaraz zaczyna szkołę marzeń. Gen i Ben skoń­czą liceum i pójdą na stu­dia… – Szturch­nęła Domi­nicka ramie­niem. – Tylko ty, Lou i ja cią­gle tkwimy w tym samym miej­scu.

– Ja jestem w ide­al­nym miej­scu – skon­tro­wał chło­pak. – Mamy z sio­strą dach nad głową, gdzie nikt nie ćpa i nas nie leje. Bajka.

Tina wes­tchnęła z poiry­to­wa­niem.

– Minęło pra­wie sie­dem lat, a ty na­dal uży­wasz prze­szło­ści jako karty pułapki, żeby zakoń­czyć nie­wy­godną roz­mowę.

– To nie jest nie­wy­godna roz­mowa – odparł Domi­nick. – Nie każdy musi marzyć o ambit­nej karie­rze.

– Ja nie idę na stu­dia – wtrą­ci­łem się.

Ich zdez­o­rien­to­wane miny jasno poka­zały, że nie spo­dzie­wali się, iż włą­czę się do roz­mowy.

– Tina powie­działa, że ja i Gen pla­nu­jemy stu­dia. Ja nie pla­nuję – dopre­cy­zo­wa­łem.

Niczym przy­wo­łana myślami Gene­vieve weszła do kuchni. Na moje nie­szczę­ście usły­szała, co powie­dzia­łem. Usia­dła obok mnie i zaczęła grze­bać w torebce.

– Wygląda na to, że przy­szłam w ide­al­nym momen­cie – oznaj­miła.

Kłó­cił­bym się z tym, ale ugry­złem się w język, gdy wycią­gnęła w moją stronę jakieś papiery.

– Zro­bi­łam za cie­bie cały rese­arch, żebyś tym razem nie mógł się wykrę­cić. W Cle­ve­land Insti­tute of Art mają pro­gram sty­pen­dialny. Pomogę ci wypeł­nić doku­menty, zło­żysz poda­nie i razem będziemy wieść wspa­niałe stu­denc­kie życie. Brzmi cudow­nie, co nie?

Wzią­łem od niej bro­szury, bo ina­czej ni­gdy nie dałaby mi spo­koju.

– Mnie nie cho­dzi tylko o brak kasy, po pro­stu nie inte­re­sują mnie stu­dia – pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć, ale wie­dzia­łem, że mi prze­rwie.

– A ja myślę, że zwy­czaj­nie bra­kuje ci pew­no­ści sie­bie. Boisz się, że się nie dosta­niesz.

– Nie. Po pro­stu nie chcę stu­dio­wać.

– W takim razie wytłu­macz mi – Gene­vieve nie dawała za wygraną – dla­czego tak sumien­nie uczysz się do egza­mi­nów?

Wes­tchną­łem cicho. Wszy­scy się na mnie gapili. Nie zno­si­łem tego uczu­cia.

– W zeszłym roku nie zda­łem do następ­nej klasy. Rodzice się wście­kli. – Zatrzy­ma­łem się na chwilę, dobie­ra­jąc słowa. – Regu­lar­nie mi to wypo­mi­nali. Każdy idiota potrafi przejść dalej, potrzeba do tego mini­mum wysiłku. Chyba w końcu uwie­rzy­łem, że coś jest ze mną nie tak. Musia­łem być wyjąt­ko­wym debi­lem, skoro mi się nie udało.

Tina prych­nęła obu­rzona.

– Tak twier­dzili ci sami rodzice, któ­rzy nie potra­fili stwo­rzyć ci odpo­wied­nich warun­ków do nauki w domu?

– Do życia – popra­wił ją Domi­nick, prze­su­wa­jąc w jej stronę talerz z zamó­wie­niem, który dziew­czyna od razu zaczęła deko­ro­wać.

– Zmie­rzam do tego – kon­ty­nu­owa­łem – że bar­dzo chcia­łem udo­wod­nić samemu sobie, że wcale nie jestem kre­ty­nem. Że dam radę skoń­czyć szkołę. Ale nie chcę cie­szyć się za szybko. Uwie­rzę w to dopiero pod­czas cere­mo­nii roz­da­nia dyplo­mów.

Gene­vieve ści­snęła mnie za rękę w geście wspar­cia.

– Zasta­nów się jesz­cze nad tymi stu­diami. Mógł­byś uczyć się tego, co kochasz, razem ze mną, jed­no­cze­śnie zacho­wu­jąc pracę u mojego taty. A że uczel­nia jest na miej­scu, nie wisi nad tobą nawet wizja roz­łąki z Domem. Dosłow­nie nie ma żad­nego powodu, żebyś nie spró­bo­wał.

Naj­chęt­niej zerwał­bym się do ucieczki, byle tylko prze­stała mnie nama­wiać, ale Gene­vieve sie­działa bli­żej drzwi, więc bez pro­blemu mogłaby zagro­dzić mi drogę.

– Wró­cimy do tego tematu innym razem, okej?

Zgo­dziła się, bo dobrze wie­działa, że zawsze dostaje to, czego chce.

Koń­czy­li­śmy jeść zupę kara­ib­ską – jakiś wymysł Owena War­rena, który kom­plet­nie się nie sprze­da­wał, cho­ciaż był prze­pyszny. Mie­li­śmy się zaraz zbie­rać na górę, do mojego pokoju, żeby roz­ło­żyć się z nauką, ale wtedy do kuchni weszła Ron­nie.

Zamar­łem na jej widok. Miała opuch­niętą wargę i siniaka nad brwią. Mecha­nicz­nie prze­je­cha­łem pal­cem po ustach, bo dobrze pamię­ta­łem to uczu­cie. Cały spięty cze­ka­łem, aż Dom ją zauważy. Oczami wyobraźni widzia­łem, jak wpada w szał.

Stan skrzy­wił się na jej widok.

– Jezu, jak ty wyglą­dasz? Nie możesz się tak ubie­rać.

Dopiero teraz przyj­rza­łem się jej ubra­niu, bo twarz mło­dej zde­cy­do­wa­nie odwra­cała uwagę od reszty. Miała na sobie krótką spód­niczkę i top na ramiącz­kach odsła­nia­jący pępek.

Domi­nick obró­cił się przez ramię, żeby ją zlu­stro­wać, a potem skie­ro­wał całą uwagę na kum­pla.

– A to cie­kawe. Dla­czego uwa­żasz, że możesz komen­to­wać wygląd mojej sio­stry?

Stan natych­miast uniósł ręce w geście pokoju.

– No, stary, mar­twię się o nią, tak jak ty. Ta spód­niczka jest za krótka, a wiesz, jacy są nie­któ­rzy faceci, gdy zoba­czą za dużo ciała.

– Nie wiem, oświeć mnie. – W gło­sie Doma pobrzmie­wało wyzwa­nie.

Gene­vieve wtrą­ciła się szybko:

– Stan nie ma złych inten­cji.

– Cho­dzi mi o to, że lepiej dmu­chać na zimne – tłu­ma­czył się chło­pak. – Jeśli Ron­nie wyj­dzie tak ubrana na mia­sto, ktoś na pewno spró­buje ją pode­rwać. A ni­gdy nie wiesz, na kogo może tra­fić. Lepiej się zakryć, niż ryzy­ko­wać.

Domi­nick skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Czyli twier­dzisz, że jeśli jakiś facet zrobi jej krzywdę, to winę ponosi ona, bo nie była wystar­cza­jąco ostrożna? Mówisz to w obec­no­ści dwóch dziew­czyn, które cze­goś takiego doświad­czyły?

Z twa­rzy Stana odpły­nęły kolory. Zer­k­nął naj­pierw na Ron­nie, a potem na Gene­vieve.

– Nie, prze­pra­szam. Ja…

– Moja sio­stra umie się bro­nić sama – wszedł mu w słowo Dom. – Spró­buj jesz­cze raz spoj­rzeć na nią w taki spo­sób, a pode­rżnę ci gar­dło.

Tina zgro­miła go spoj­rze­niem. Stan wyglą­dał, jakby chciał coś jesz­cze powie­dzieć, ale osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał.

– Ja pier­dolę, co za pajace – mruk­nęła Ron­nie. – Skoń­czy­li­ście? Dostanę w końcu coś do jedze­nia?

Ustą­pi­łem jej miej­sca przy stole. Tina posta­wiła przed nią por­cję zupy.

– Kiedy możemy się spo­dzie­wać końca two­jej fazy na prze­kli­na­nie? Czaję, że czu­jesz się przez to fajna i doro­sła, ale zarę­czam, że kie­dyś spoj­rzysz wstecz i będziesz się wsty­dzić za sie­bie.

– A ty kie­dyś spoj­rzysz wstecz i doj­dziesz do wnio­sku, że strasz­nie przy­nu­dza­łaś – stwier­dziła Ron­nie, po czym pochy­liła się nad jedze­niem.

W całej tej sytu­acji coś im umy­kało. Nie zwra­cali uwagi na to, co było naprawdę istotne. Czy tylko ja nie mogłem ode­rwać wzroku od twa­rzy Ron­nie?

– Nikt nie zamie­rza nic powie­dzieć na temat jej sinia­ków? – zapy­ta­łem w końcu.

Tina się zaśmiała.

– Dopiero teraz zauwa­ży­łeś, że tre­nuje boks?

Jasne, że wie­dzia­łem, że tre­no­wała. W dodatku była bar­dzo dobra. Ni­gdy jed­nak nie wró­ciła do domu w takim sta­nie. To oni zare­ago­wali nie­wła­ści­wie, nie ja.

Ron­nie w pośpie­chu prze­łknęła ryż i kla­snęła w dło­nie.

– Dzi­siaj mia­łam zaje­bi­sty spa­ring! Męczy­łam tre­nera od tygo­dni i w końcu się ugiął. Pozwo­lił mi wejść do ringu z chło­pa­kiem!

Abso­lut­nie nikomu nie udzie­lił się jej entu­zjazm. Nie doszu­kaw­szy się ocze­ki­wa­nej reak­cji, młoda kon­ty­nu­owała:

– To taki Jay. Cho­dzi tam od jakichś dwóch lat. Jest mniej wię­cej w tej samej kate­go­rii wago­wej.

– Ale jest chło­pa­kiem, więc i tak jest sil­niej­szy od cie­bie – stwier­dziła Tina podejrz­li­wie.

Ron­nie prze­wró­ciła oczami.

– Ta? To cie­kawe, bo go poko­na­łam. Był wyzwa­niem, ale ja oka­za­łam się lep­sza. Te ostat­nie mie­siące przed nową szkołą chcę spę­dzić na jak naj­bar­dziej inten­syw­nych tre­nin­gach, żeby tam być najlep­sza. Aha, przy oka­zji tre­ner pytał, czy zawal­czę w pierw­szą sobotę czerwca. Przy­jeż­dżają jakieś dziew­czyny z oko­licz­nych miast. Powie­dzia­łam, że tak, ale ktoś będzie musiał mnie zawieźć.

Gene­vieve przy­biła z nią piątkę i pogra­tu­lo­wała jej wygra­nej. Dom pod­szedł bli­żej, by przyj­rzeć się obra­że­niom na twa­rzy sio­stry.

– Tre­ner powi­nien do mnie zadzwo­nić i zapy­tać o zgodę, zanim wpu­ścił cię do ringu z chło­pa­kiem.

– Nie zadzwo­nił, bo zapew­ni­łam go, że się zgo­dzi­łeś – odparła słodko Ron­nie.

– Co?!

– A skoro już jeste­śmy przy tema­cie wyra­ża­nia zgody… Mogę sobie pofar­bo­wać włosy?

Domi­nick wyglą­dał, jakby miał pro­blem z prze­twa­rza­niem infor­ma­cji. Ron­nie chwy­ciła garść wło­sów i unio­sła je.

– Chcia­ła­bym u góry zosta­wić takie, jakie są, ale od dołu zro­bić fio­le­towe. Jak będę nosić war­ko­cze, będą się ład­nie prze­pla­tać kolory. Mogę?

– Możesz – odparł jej brat i odwró­cił się z powro­tem do blatu.

Tina trą­ciła go w ramię.

– Poświęć cho­ciaż chwilę, żeby zasta­no­wić się nad tym, co mówisz. Rodzeń­stwo Slam­mer, czy któ­re­kol­wiek z was czy­tało sta­tut nowej szkoły? Jest pry­watna, więc pre­sti­żowa. Moż­liwe, że nie tole­rują takich rze­czy jak kolo­rowe włosy, tatu­aże czy pier­cing.

Louis wszedł do kuchni po gotowe zamó­wie­nie. Dotarł do niego frag­ment roz­mowy i cho­ciaż zro­bił minę, jakby chciał coś dopo­wie­dzieć, to nie mógł zostać dłu­żej. Wró­cił na salę.

– Dobra, spraw­dzę – zapew­niła Ron­nie. – A jeśli się okaże, że wolno, to mogę sobie zro­bić też pier­cing?

Było późno, powin­ni­śmy iść się uczyć, ale Gene­vieve była zbyt zain­te­re­so­wana roz­mową, żeby myśleć o obo­wiąz­kach.

– O co cho­dzi z tą nagłą potrzebą zmiany wyglądu? – zapy­tała. W jej gło­sie nie było cie­nia oce­nia­nia; potra­fiła ide­al­nie wywa­żyć zmar­twie­nie z cie­ka­wo­ścią. – Styl, fry­zura, teraz wypa­li­łaś z kol­czy­kami. Co jest grane?

Louis wró­cił do kuchni i oparł się o ramię Ron­nie, uda­jąc wyczer­pa­nego. Naj­wy­raź­niej naj­więk­sza fala gości już opu­ściła lokal, skoro pozwo­lił sobie na chwilę prze­rwy.

– No… Mam powód – wyja­śniła dziew­czyna, nagle zmie­szana. – Ale nie chcę o tym gadać.

– Dawaj – zachę­ciła ją Gene­vieve. – Wszy­scy chcą robić z sie­bie star­szych i mądrzej­szych od cie­bie, pozwól im się wyka­zać.

Młoda przez chwilę sku­bała wargę w zasta­no­wie­niu.

– To bez­pieczna prze­strzeń – dopo­wie­działa McKen­ney.

Młoda odsu­nęła od sie­bie talerz.

– Dobra, ale macie być pomocni, a nie nado­pie­kuń­czy i wku­rza­jący.

– Jasna sprawa – zapew­niła Tina, co Stan poparł nie­zro­zu­mia­łym pomru­kiem.

– A kiedy my niby jeste­śmy nado­pie­kuń­czy i wku­rza­jący? – zdzi­wił się Louis.

Zaśmia­łem się cicho. Ron­nie zigno­ro­wała pyta­nie.

– Od czego by tu zacząć… Cho­dzi o Chada.

Domi­nick tro­chę za mocno upu­ścił pokrywkę na gar­nek i odwró­cił się gwał­tow­nie.

– On na tobie wymu­sza zmiany w wyglą­dzie? Czemu nie mówi­łaś od razu? Prze­cież gdy­bym wie­dział, to już dawno bym…

– Przy­mknij się – wark­nęła Tina. – Wła­śnie dla­tego ona nic nam nie mówi.

– Chad niczego na mnie nie wymu­sza – zapew­niła Ron­nie, po czym odchrząk­nęła ner­wowo. – W zasa­dzie mam odwrotny pro­blem. Wszyst­kie dziew­czyny cią­gle gadają o swo­ich pierw­szych razach. Ja i Chad jeste­śmy razem ponad pół roku i… on nagle zmie­nił zda­nie. Mówi, że chce pocze­kać do balu, bo wtedy będzie wyjąt­kowo, ale to dopiero za rok! Będziemy wtedy w innych szko­łach. Myślę, że prze­sta­łam mu się podo­bać, dla­tego tak zwleka. Kathy mówi, że przez boks jestem dla niego za mało kobieca. Pew­nie tylko czeka, aż zmie­nię szkołę, żeby ze mną zerwać bez ryzyka tego nie­zręcz­nego mija­nia się na kory­ta­rzu.

Poża­ło­wa­łem, że nie zna­la­złem wcze­śniej wymówki, by stąd wyjść. Jeśli teraz powiem, że muszę się uczyć, ucieczka będzie zbyt oczy­wi­sta. Louis chyba pomy­ślał o tym samym, bo skrzy­wił się i tęsk­nie zer­k­nął na drzwi.

Naj­gor­szą minę miał jed­nak Domi­nick. Nie mógł uciec, bo był w pracy. Zaci­snął powieki, a gdy znów je uniósł, wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków, jakby pró­bo­wał prze­ko­nać samego sie­bie, że nic z tego nie usły­szał.

Tina sta­nęła przy dziew­czy­nach.

– Widzisz pro­blem tam, gdzie go nie ma, słońce. Masz fan­ta­stycz­nego chło­paka, któ­remu zależy na tobie, nie tylko na twoim ciele. Chce, żeby wasz pierw­szy raz był wyjąt­kowy. Powin­naś się cie­szyć.

– Kathy powie­działa, że jeśli do niczego mię­dzy nami nie doj­dzie, to on się mną znu­dzi i mnie zostawi.

– Kathy chyba nie jest zbyt życz­liwą kole­żanką – stwier­dziła Gene­vieve. – Każdy oce­nia według wła­snych war­to­ści. Powin­naś słu­chać Chada, nie kole­ża­nek. A naj­waż­niej­sze i tak jest to, co ty sama czu­jesz.

Cho­ciaż Gen była dla Ron­nie naj­więk­szym wzo­rem do naśla­do­wa­nia, młoda na­dal wyda­wała się nie­prze­ko­nana.

– Sama nie wiem… Chło­paki, jak to wygląda z waszej per­spek­tywy? Faceci myślą ina­czej niż kobiety.

Dopóki na mnie nie patrzyła, uda­wa­łem, że pyta­nie nie jest skie­ro­wane w moją stronę.

– Nie można tak gene­ra­li­zo­wać – stwier­dził Louis. – Że wszy­scy faceci myślą tak samo. Każdy czło­wiek ma swój sys­tem war­to­ści, szcze­gól­nie w tak intym­nych spra­wach jak seks. To bar­dzo indy­wi­du­alne.

– No, zga­dzam się – poparł go Stan, cho­ciaż nie byłem pewny, czy w ogóle słu­chał.

Ron­nie zamy­śliła się na chwilę.

– Okej. A po jakim cza­sie ty i Tina zaczę­li­ście ze sobą sypiać?

Louis zaśmiał się gło­śno.

– Jeny, od kiedy jeste­śmy ze sobą aż tacy bez­po­średni?

– Ja i Stan nie mamy z tym pro­blemu – zapew­niła Tina, widząc, że Ron­nie się czer­wieni. – My dosyć szybko. Po mie­siącu, może dwóch. Ale oboje wie­dzie­li­śmy, że tego chcemy. Nie kie­ro­wały nami docinki zna­jo­mych.

Ron­nie poki­wała głową i spoj­rzała po naszych twa­rzach. Gene­vieve unio­sła ręce.

– Ja nie mam nic pomoc­nego do powie­dze­nia w tej kwe­stii.

– A reszta? W jakim wieku mie­li­ście swój pierw­szy raz?

– Oj, młoda, nie chcesz wie­dzieć – wes­tchnął Louis. – Pytasz o to naj­bar­dziej pokrę­co­nych ludzi. Wyszli­śmy na pro­stą dopiero kilka lat temu. Chcesz wie­dzieć, jak było u mnie? – Prych­nął. – Naćpa­łem się razem z kole­żanką, która była moim kon­tak­tem do dilera. Nic z tego nie pamię­tam. Rano powie­działa mi tylko, że byłem bez­na­dziejny. Wyjąt­kowa noc, co nie?

Deli­kat­nie dotkną­łem ramie­nia Gene­vieve, licząc, że zro­zu­mie i pomoże mi się ewa­ku­ować. Ona jed­nak z zain­te­re­so­wa­niem śle­dziła prze­bieg roz­mowy. Tak więc stało się nie­uchronne: Ron­nie spoj­rzała na mnie.

– A jak to było u cie­bie?

Tina przy­szła mi z pomocą.

– Nie musisz odpo­wia­dać, Ben. Daj mu spo­kój, Ron­nie. Wiesz, jaki on jest.

To nie była naj­de­li­kat­niej­sza uwaga, ale sko­rzy­sta­łem z oka­zji, że nie wyma­gano już ode mnie udziału w roz­mo­wie. Młoda prze­nio­sła wzrok na ostat­nią osobę, która jesz­cze się nie wypo­wie­działa.

– Dom?

Jej brat wsa­dził łyżkę do garnka z sosem, który na pewno nie wyma­gał aż tak dokład­nego mie­sza­nia.

– Co?

– Opo­wia­damy o naszych pierw­szych razach – wyja­śnił Louis z sze­ro­kim uśmie­chem. – Twoja kolej.

– Aha – odparł Slam­mer obo­jęt­nie. – To mnie nie doty­czy.

Ron­nie fuk­nęła poiry­to­wana.

– Zabi­łoby cię, gdy­byś cho­ciaż raz odpo­wie­dział nor­mal­nie?

– Odpo­wie­dzia­łem nor­mal­nie.

Odnio­słem wra­że­nie, że Domi­nick był jedyną osobą, któ­rej nie cią­żyła cisza, jaka zapa­dła po tych sło­wach. Nasz zwią­zek nie sta­no­wił już tajem­nicy, więc myśli wszyst­kich natu­ral­nie powę­dro­wały w moją stronę.

Mój chło­pak szybko to zro­zu­miał.

– Opo­wie­dzieć ci o moim pierw­szym poca­łunku?

– Serio ni­gdy się nie rucha­łeś? – zapy­tał ści­szo­nym gło­sem Louis, ale Tina trzep­nęła go w ramię.

– Pew­nie uważa, że jest zabawy – stwier­dziła Ron­nie.

Domi­nick odwró­cił się do niej.

– Kiedy niby mia­łem kogoś poznać? W domu rodzin­nym, gdy byłem brud­nym i zanie­dba­nym dziec­kiem? W popraw­czaku, gdzie chło­paki cią­gle szu­kali powo­dów do zacze­pek? Po wyj­ściu, tutaj w hotelu, gdy przez pół­tora roku spa­łaś w moim pokoju, bo bałaś się być sama? Ben jest moim pierw­szym chło­pakiem. Przy­kro mi, ale nie mam dla was żad­nej eks­cy­tu­ją­cej histo­ryjki.

Zer­k­ną­łem ukrad­kiem na Ron­nie. Domi­nick ni­gdy mi o tym nie mówił.

Gene­vieve szybko prze­rwała duszącą atmos­ferę.

– No i faj­nie, każdy ma inne doświad­cze­nie. Morał jest taki, że lepiej pocze­kać, aż będziemy gotowi i aż poznamy wła­ściwą osobę, niż potem żało­wać.

Ron­nie zgo­dziła się z nią, cho­ciaż myślami była gdzieś indziej. Louis pod­szedł do Domi­nicka.

– A ten pierw­szy poca­łu­nek to z kim?

– Jezu, jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy tego tematu? – jęk­nął Stan.

– No ej, każdy coś opo­wie­dział, tylko nie on. Weź, daj nam jakąś gorącą plo­teczkę.

Roth­well stał tak bli­sko Slam­mera, że ten nie mógł go już dłu­żej igno­ro­wać. Oparł się o blat.

– Pamię­tasz Paige Hew­son?

Louis przez chwilę pró­bo­wał dopa­so­wać nazwi­sko do twa­rzy. W końcu pstryk­nął pal­cami.

– Nie gadaj! Ta typiara, która kra­dła fajki nauczy­cielce od hisz­pań­skiego? Stary, byłem nią gigan­tycz­nie zauro­czony.

Dom uśmiech­nął się pod nosem.

– Jak mogłeś poca­ło­wać laskę, która mi się podo­bała? – kon­ty­nu­ował Louis.

– To ona poca­ło­wała mnie. Miesz­kała po sąsiedzku. Czę­sto tam łazi­łem.

– Spo­ty­ka­li­ście się za moimi ple­cami?!

Ron­nie kla­snęła w dło­nie.

– Pamię­tam ją! Kie­dyś przy­nio­sła mi cały worek swo­ich ubrań.

– I to nie raz – dodał Dom. – Była w porządku. Cie­kawe, czy udało jej się stam­tąd wyrwać.

Przez chwilę jedy­nym dźwię­kiem w kuchni był skwier­czący olej na patelni. Louis przy­glą­dał się w zamy­śle­niu Ron­nie. Odsu­nęła od sie­bie talerz i wytarła usta wierz­chem dłoni.

– Nie­do­bre to. Wezmę sobie chipsy do pokoju, okej?

– Ranisz mnie – mruk­nął jej brat.

Ona jed­nak nie była zain­te­re­so­wana tym, co miał do powie­dze­nia. Skie­ro­wała się pro­sto do spi­żarni.

– Nie no, cze­kaj, damy ci coś innego! – zawo­łała Tina. – Trzeba powie­dzieć Owe­nowi, że te jego zmiany w menu są idio­tyczne.

– Linda nie powinna pozwa­lać mu aż tak się tu pano­szyć – dodał Stan.

Louis podra­pał się po gło­wie.

– Dobra, ale kto mu to powie? Mamy jakie­goś ochot­nika? Mnie oni na­dal prze­ra­żają.

Nie musiał pytać. Wszy­scy jed­no­cze­śnie spoj­rze­li­śmy na Doma. On sam wyglą­dał na bar­dzo zado­wo­lo­nego z tego pomy­słu.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

Rozdział 3

Gene­vieve

Ben­ja­min wbi­jał mi deli­kat­nie palce pod żebra jako sygnał, że chce już opu­ścić kuch­nię. Mia­łam wewnętrzny kon­flikt; z jed­nej strony bar­dzo chcia­łam wysłu­chać Ron­nie – potrze­bo­wała star­szej kole­żanki, która nie jest prze­wraż­li­wiona na jej punk­cie (w odróż­nie­niu od reszty towa­rzy­stwa). Z dru­giej jed­nak musia­łam mieć na uwa­dze kom­fort Ben­ja­mina, któ­rego zbyt łatwo było wpra­wić w zakło­po­ta­nie. Gdy tylko temat mło­dej i jej chło­paka dobiegł końca, zaczę­łam zbie­rać swoje rze­czy, żeby pójść pouczyć się na górze.

– Mogę iść z wami? – zapy­tała Ron­nie. – Nie będę prze­szka­dzać, pooglą­dam serial na słu­chaw­kach.

– Wiesz, ty chyba też powin­naś się uczyć – stwier­dził Louis. – Sty­pen­dium to nie wszystko, dobrze byłoby pochwa­lić się też wyni­kami w nauce w tej nowej szkole.

Gdy tylko odwró­cił się do niej ple­cami, Ron­nie poka­zała mu środ­kowy palec. Powstrzy­ma­łam uśmiech.

– Pew­nie, że możesz iść z nami, nie musisz pytać. Dom, zro­bisz nam lemo­niadę?

– Nie – odparł, ale od razu się­gnął po cytryny.

Tina kla­snęła.

– O, wła­śnie! Też mia­łam do cie­bie prośbę. Jeśli póź­niej zrobi się tro­chę luź­niej, spró­bu­jemy ugo­to­wać ramen? Mam gigan­tyczną ochotę.

Louis par­sk­nął śmie­chem na widok miny Doma.

– Jaki ramen? Skąd ci się to wzięło? Zresztą, od kiedy w sobotę możemy spo­dzie­wać się luzu?

– Odkąd ser­wu­je­cie tę obrzy­dliwą zupę – odpo­wie­działa Ron­nie.

Brat rzu­cił jej ura­żone spoj­rze­nie.

– Moim zda­niem jest bar­dzo dobra – wtrą­cił Ben­ja­min.

Tina uśmiech­nęła się słodko do Doma.

– To jak będzie z tym moim rame­nem? Stan może zaraz sko­czyć po skład­niki. Prawda, kocha­nie?

Jej chło­pak bez waha­nia wstał i się­gnął do kie­szeni po klu­czyki do auta.

– Wyślij mi listę zaku­pów.

Ron­nie podała Ben­ja­mi­nowi dwie paczki chip­sów, a sama wzięła dzba­nek z lemo­niadą i trzy szklanki. Było mi głu­pio, że tylko ja zosta­łam z pustymi rękami, ale w takim skła­dzie wyszli­śmy na salę.

Wszyst­kie moje myśli gdzieś ule­ciały, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi. Sta­nę­łam w miej­scu, nie­zdolna odwró­cić wzroku od oczu, które zawsze potra­fiły mnie wypa­trzyć w pomiesz­cze­niu peł­nym ludzi.

Ben i Ron­nie w pierw­szej chwili nie zauwa­żyli, że zosta­łam w tyle. Nie potrze­bo­wali dużo czasu, by zare­je­stro­wać, na kogo patrzę.

Jona­than Whit­ford sie­dział w naszym ulu­bio­nym bok­sie w towa­rzy­stwie trzech męż­czyzn. Jed­nym z nich był jego ojciec, dru­gim Owen War­ren, a trze­ciego nie zna­li­śmy. Jedli wspól­nie obiad, roz­ma­wia­jąc gło­śno.

– Chodź – popro­sił spo­koj­nym tonem Ben, sztur­cha­jąc mnie w ramię. Gdyby nie miał zaję­tych rąk, pew­nie pocią­gnąłby mnie za sobą.

Jon nie wstał, nie przy­wi­tał się z nami ani nie pró­bo­wał zaga­dy­wać. Dopiero gdy dotar­li­śmy na szczyt scho­dów, mój tele­fon zawi­bro­wał w kie­szeni.

Jona­than Whit­ford: Cześć, Gene­vieve. Chyba muszę się wytłu­ma­czyć. Owen chciał pochwa­lić się mojemu ojcu i sta­remu Wal­kera, jakie ma plany na ten hotel, a ktoś ostat­nio pora­dził mi, żebym popra­co­wał nad rela­cją z tatą, więc nie odmó­wi­łem wspól­nego obiadu. Nie chcia­łem Ci wcho­dzić w drogę, nie wie­dzia­łem, że tu będziesz.

Gapi­łam się na ekran przez dłuż­szą chwilę. Jak przez mgłę dotarł do mnie frag­ment roz­mowy Ben­ja­mina i Ron­nie.

– Dla­czego zawsze sie­dzi­cie z Gene­vieve w tym pokoju, a nie u cie­bie i Doma?

– Bo Dom się wku­rza, gdy znaj­duje okruszki w pościeli.

– Kogo to obcho­dzi, czy się wku­rza, czy nie? To wygląda tak, jak­byś trzy­mał się tego dru­giego pokoju, bo nie jesteś pewien związku z moim bra­tem.

– Jezu, nie wyga­duj głu­pot, Ron­nie.

– To nie są głu­poty. Ja nie­długo się wypro­wa­dzam, on pew­nie będzie tym zała­many. Muszę mieć pew­ność, że zna­lazł w kimś opar­cie.

– Ma wokół sie­bie całą masę osób, nawet nie zauważy, że cię nie ma.

– Myślisz, że jesteś zabawny, a ja serio zaraz ci przy­walę.

Unio­słam wzrok, gdy śmiech Ben­ja­mina nagle się urwał. Kiedy ma się paczkę zna­jo­mych, mil­cze­nie zwraca uwagę znacz­nie bar­dziej niż gwar roz­mowy. Przy­glą­dali mi się z końca kory­ta­rza.

– Wszystko okej? – zapy­tał Ben­ja­min, ale jego mina mówiła mi, że dokład­nie wie, na jaką wia­do­mość patrzę.

Dołą­czy­łam do nich nie­chęt­nie. W pokoju – daw­niej oka­zjo­nal­nie moim, póź­niej Bena, teraz, powiedzmy, wspól­nym – od razu rzu­ci­łam się na łóżko.

– Dla­czego ja taka jestem? – jęk­nę­łam.

Ben­ja­min omiótł wzro­kiem wia­do­mość, po czym podał mój tele­fon Ron­nie, a sam opadł na mate­rac obok mnie.

– Mam wyrzuty sumie­nia, że tak go potrak­to­wa­li­śmy – wyznał nagle. – Prze­sta­li­śmy z nim gadać, bo bali­śmy się, że wie o tym, co robił Wal­ker, a on udo­wod­nił, że nic nie wie­dział. Tak naprawdę jedyną jego czer­woną flagą było to, jak potrak­to­wał przy mnie ojca. Ale czy przez jedną wadę powin­ni­śmy cał­ko­wi­cie prze­kre­ślać czło­wieka? Gdy­byś zawsze rezy­gno­wała z ludzi z taką łatwo­ścią, w ogóle nie sie­dzia­ła­byś w tym hotelu.

Wes­tchnę­łam ciężko. Nikt mnie nie rozu­miał, nawet Ben­ja­min, który zawsze tak bar­dzo sta­rał się mnie wysłu­chać. Mnie samej trudno było nazwać te uczu­cia, bo choć miały sens w mojej gło­wie, nie potra­fi­łam prze­ło­żyć ich na odpo­wied­nie słowa.

Czas, który spę­dzi­łam z Jona­tha­nem, był naprawdę dobry. Od początku spra­wiał, że czu­łam się tak, jak ni­gdy dotąd. To było uza­leż­nia­jące w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu. I chyba wła­śnie dla­tego tak bar­dzo bałam się na to otwo­rzyć.

To, co prze­ży­łam, dora­sta­jąc, trwale odbiło się na moim cha­rak­te­rze. Cho­ciaż Jon dawał mi szczę­ście, za bar­dzo się przy­wią­za­łam do tego stanu. Widzia­łam w jego oczach uczu­cia, a to, zamiast mnie ucie­szyć – prze­ra­ziło. On też się ode mnie uza­leż­niał, a prze­cież ja byłam znisz­czona. Prę­dzej czy póź­niej by to odczuł.

Nie chcia­ła­bym zmar­no­wać jego czasu, skoro wie­dzia­łam, że nie jestem jesz­cze gotowa na zwią­zek.

– Ty roz­ma­wiaj z nim nor­mal­nie – popro­si­łam Ben­ja­mina. – Ja… nie mogę. Nie mogła­bym się z nim kole­go­wać, bo za bar­dzo mi się podoba. A nie chcę rela­cji roman­tycz­nej.

– Ale ty sobie lubisz utrud­niać życie – wymru­czała Ron­nie.

Oczy­wi­ście, że ona tak myślała, bo gdy tylko zaczął jej się podo­bać fut­bo­li­sta, z któ­rym cho­dziła na mate­ma­tykę, wzięła sprawy w swoje ręce. Nie wzdy­chała do niego ukrad­kiem ani nie cze­kała, aż sam zwróci na nią uwagę. Zaga­dała do niego po jed­nym z meczów i od razu zaiskrzyło.

Ja też to poczu­łam w rela­cji z Jona­tha­nem, gdy zamknięci w pokoju Ben­ja­mina prze­ga­da­li­śmy pół nocy. Może jestem sza­lona, ale mia­łam wra­że­nie, że gdy patrzył mi w oczy, prze­świe­tlał mnie na wylot. Boję się tego uczu­cia, jak­bym była cał­ko­wi­cie odkryta emo­cjo­nal­nie.

– Wow! – Krzyk Ron­nie wyrwał mnie z zamy­śle­nia.

Oka­zało się, że dawno prze­stali zawra­cać sobie głowę moimi roz­ter­kami ser­co­wymi. Ben trzy­mał w rękach swój tele­fon, a sio­stra Doma zaglą­dała mu przez ramię.

– Od ostat­niego posta minęły dwie doby i bar­dzo się roz­kli­kał – wyja­śniła. – Ben staje się sławny.

Od razu się zaczer­wie­nił.

– Bez prze­sady.

– Pokaż. – Wycią­gnę­łam rękę po tele­fon, a on już dawno się nauczył, żeby mi nie odma­wiać.

Szkoda tylko, że na­dal nie nauczył się wie­rzyć w sie­bie.

Odkąd mój tata kupił mu tablet, Ben­ja­min się z nim nie roz­sta­wał. Jakieś dwa tygo­dnie temu w końcu zde­cy­do­wał się podzie­lić swo­imi pra­cami ze świa­tem. Nad regu­lar­no­ścią postów czu­wała Ron­nie; i tak spę­dzała cały czas przed ekra­nem, więc rów­nie dobrze mogła robić przy tym coś poży­tecz­nego.

No i fak­tycz­nie – jej zna­jo­mość mediów spo­łecz­no­ścio­wych nie poszła na marne. To dopiero czwarty post na Insta­gra­mie @benjamin_draws_stuff, a już ma pra­wie pięć tysięcy polu­bień.

– Przez to, że te jego rysunki two­rzą spójną histo­rię, gdy ten czwarty wyświe­tla się ludziom w pro­po­no­wa­nych postach, wra­cają zoba­czyć pozo­stałe – wyja­śniła mi Ron­nie. – Algo­rytm uzna to za inte­re­su­jące i będzie poka­zy­wać wię­cej.

– To cudow­nie!

Ści­snę­łam dłoń Bena, ale on odsu­nął się nieco skrę­po­wany.

– Mie­li­śmy się uczyć – przy­po­mniał.

Ron­nie go zigno­ro­wała.

– Ty też powin­naś zacząć wrzu­cać swoje obrazy, Gen. To głu­pie, żeby nie korzy­stać z moż­li­wo­ści, jakie daje inter­net.

– Ja jed­nak lepiej odnaj­duję się w czymś innym niż Ben­ja­min. Mnie się marzą wystawy w gale­rii, gdzie ludzie mogliby doce­niać każde pocią­gnię­cie pędzla. Chcę mieć pra­cow­nię, całą ubru­dzoną farbą. Wie­cie, taki pokój, gdzie nie ma nic oprócz płótna, ale są ogromne okna, przez które wpada mnó­stwo świa­tła. To moja bajka.

Ben i Ron­nie spoj­rzeli na sie­bie tak, jakby wpadł im do głowy ten sam pomysł w tej samej chwili.

– W kwe­stii zor­ga­ni­zo­wa­nia wystawy można zaga­dać z burmi… – zaczęła Ron­nie.

– Nie, nie, nie – weszłam jej w słowo. – Abso­lut­nie. Nic od niego nie chcę.

– Ale…

– Wie­cie co? Chyba powin­ni­śmy zacząć się uczyć.

Chwy­ci­łam torbę z pod­łogi i zaczę­łam w niej grze­bać w poszu­ki­wa­niu zeszytu. Cho­ciaż sta­ra­łam się pozo­stać miła, napię­cie w pomiesz­cze­niu było trudne do zigno­ro­wa­nia. Posta­no­wi­łam, że nie będę sobie tego zbyt­nio wyrzu­cać. Rodzina War­re­nów miała środki, które mogły bar­dzo pomóc hote­lowi Lindy i karie­rze Ron­nie. Ale ja nie chcia­łam nawet zbyt długo prze­by­wać z nimi w jed­nym pomiesz­cze­niu.

Nie warto oka­zy­wać urazy, ale warto zacho­wać zdrowy dystans.

Pod­czas gdy Ben wycią­gał swoje rze­czy, a Ron­nie otwie­rała chipsy i roz­le­wała lemo­niadę do szkla­nek, wzię­łam tele­fon do ręki. Prze­czytałam jesz­cze raz wia­do­mość od Jona­thana, a moje palce zaczęły powoli wystu­ki­wać odpo­wiedź.

Gene­vieve McKen­ney: Nie musisz się tłu­ma­czyć. Mam nadzieję, że zupa Ci sma­ko­wała, to nowy pomysł Owena:) Ale tak serio – prze­pra­szam, że zmar­no­wa­łam Twój czas. Ni­gdy nie pla­no­wa­łam, że tak to się poto­czy. Nie chcę, żeby było mię­dzy nami dziw­nie, ale nie umiem ina­czej. Nie byłam gotowa. Prze­pra­szam jesz­cze raz.

Klik­nę­łam „wyślij”, po czym odrzu­ci­łam tele­fon na pościel, jakby mnie opa­rzył. Ben­ja­min chyba to zauwa­żył, ale posta­no­wił nie pytać.

– Zaczy­namy od naj­trud­niej­szych lek­cji czy naj­ła­twiej­szych? Naj­ła­twiej­sze pomogą nam się wkrę­cić w pracę, ale jeśli zaczniemy od naj­trud­niej­szych, to potem już będzie z górki.

Mój tele­fon zawi­bro­wał. Tym razem Ben nie potra­fił stłu­mić uśmie­chu, który miał wyjąt­kowo zaraź­liwy.

– Śmiało, sprawdź, kto napi­sał – zachę­cił, poda­jąc mi apa­rat.

Jona­than Whit­ford: Nie prze­pra­szaj. Wie­rzę, że kie­dyś będziesz gotowa, żeby to prze­ga­dać. Może do tego czasu będzie mnie stać na pier­ścio­nek zarę­czy­nowy. Także po prze­my­śle­niu sprawy… Nie spiesz się ;)

Po krót­kiej chwili na ekra­nie poja­wiła się kolejna wia­do­mość.

Jona­than Whit­ford: A zupa była paskudna. Ale bła­gam, nie mów kucha­rzowi, że to powie­dzia­łem.

Nie byłam świa­doma tego, jak głup­ko­wato uśmie­cham się do tele­fonu, dopóki nie pod­nio­słam wzroku. Napo­tka­łam wścib­skie spoj­rze­nia przy­ja­ciół.

– Z kim pisze­eeeesz? – zapy­tała prze­cią­gle Ron­nie, poru­sza­jąc zabaw­nie brwiami.

– Z mamą – odpo­wie­dzia­łam, cho­ciaż sama usły­sza­łam, jak nie­prze­ko­nu­jąco to zabrzmiało.

Rozdział 4

Dom

W ponie­działki było tak mało pracy, że Owen zaczął suge­ro­wać Lin­dzie, żeby wcale nie otwie­rać kuchni tego jed­nego dnia. Ja chęt­nie zasu­ge­ro­wał­bym mu, żeby prze­stał się we wszystko wtrą­cać, ale cio­cia powie­działa, żebym go nie zacze­piał.

Około dwu­na­stej uświa­do­mi­łem sobie, że zosta­łem cał­kiem sam. Ron­nie i Ben poje­chali do szkoły, Stan do pracy, a Louis na zakupy. Tina nie zeszła do mnie, mimo że raczej nie miała nic do roboty. Wła­ści­wie, kiedy się nad tym zasta­no­wi­łem, nie zeszła nawet na śnia­da­nie. To aku­rat było dziwne.

Zro­bi­łem wszystko, co musia­łem w kuchni, więc wysze­dłem na salę. Sto­liki były puste. Musia­łem jakoś wypeł­nić czas, bo ina­czej umarł­bym z nudów, więc zaczą­łem prze­cie­rać blaty.

Linda zaj­rzała do środka – chyba wzięła mnie za gościa. Obej­rzała się za sie­bie, jakby z ostat­nią iskierką nadziei, że ktoś jesz­cze wej­dzie, ale gdy to się nie wyda­rzyło, dołą­czyła do mnie.

– Czy coś cię gry­zie? Chcesz o czymś poga­dać? – zasko­czyła mnie pyta­niami.

– Nie. Skąd taki pomysł?

– Zawsze, gdy jesteś zde­ner­wo­wany, nie możesz usie­dzieć w miej­scu. Znaj­du­jesz sobie coś do roboty ponad pro­gram, tak jak teraz.

– Albo po pro­stu sta­ram się o tytuł pra­cow­nika mie­siąca – pod­po­wie­dzia­łem.

Nie docze­kaw­szy się żad­nej reak­cji, obej­rza­łem się na cio­cię. Lustro­wała mnie podejrz­li­wie, a ja naprawdę nie mia­łem nic do ukry­cia.

– Jak ci idzie na tera­pii? Pasuje ci ta psy­cho­lożka? Bo wiesz, zawsze można zmie­nić, jeśli…

– Dla­czego mam wra­że­nie, że pró­bu­jesz zna­leźć na mnie jakie­goś haka? – wsze­dłem jej w słowo. – Nic złego nie robię, a i tak mam kło­poty?

Pokrę­ciła głową, ale ode­bra­łem ten gest bar­dziej jako pod­da­nie się niż zaprze­cze­nie.

– Po pro­stu się o cie­bie trosz­czę.

– Ojej, jak słodko. Możesz iść się trosz­czyć o kogoś innego.

Na moje nie­szczę­ście nikogo innego z naszej ekipy nie było w hotelu. Nie mia­łem wyj­ścia. Opar­łem się o blat i zaczą­łem opo­wia­dać Lin­dzie o spo­tka­niach z psy­cho­lo­giem, żeby się na mnie nie obra­ziła. Louis pod­stęp­nie zmu­sił mnie do tej tera­pii, ale już po dru­giej wizy­cie przy­zna­łem przed samym sobą, że to wcale nie był zły pomysł.

– Raz w tygo­dniu to dla cie­bie wystar­cza­jąca liczba spo­tkań? – zapy­tała. – Bo jeżeli chciał­byś cho­dzić tam czę­ściej, nie patrz na nas. Poukła­damy gra­fik tak, żeby było dobrze.

Zaprze­czy­łem, cho­ciaż byłem pewien, że będzie drą­żyć dalej. Wtedy jed­nak drzwi się otwo­rzyły i do restau­ra­cji wszedł Louis. Miał w rękach dwie wypeł­nione po brzegi torby. Gdy dotarło do niego, o czym roz­ma­wiamy, uśmiech­nął się sze­roko.

– Jestem w szoku, że nie zre­zy­gno­wa­łeś po pierw­szej wizy­cie – powie­dział. – U mnie też git. W gru­pie wspar­cia jest kilka osób z daw­nych lat, które cią­gle o cio­cię pytają. Pamię­tasz Trish i jej brata? Od lat są czy­ści, ale wciąż przy­cho­dzą, żeby pod­no­sić innych na duchu.

Linda przy­jęła to ski­nie­niem głowy.

– Dobrze to sły­szeć. Cie­szę się, że obaj nad sobą pra­cu­je­cie.

– Nie wiem, czy jest się z czego cie­szyć – powie­dzia­łem, bo gdy Louis sta­nął obok mnie, poczu­łem od niego woń cze­goś, co bar­dzo źle mi się koja­rzyło.

Dla pew­no­ści przy­cią­gną­łem go bli­żej.

– Co ty robisz?!

Roth­well ode­pchnął mnie deli­kat­nie i odsu­nął się o dwa kroki.

– A ty? – Odbi­łem piłeczkę. – Śmier­dzisz papie­ro­sami.

– A ty ole­jem i jakoś ci tego nie wypo­mi­nam.

Linda też się pochy­liła, żeby pową­chać Louisa, ale wyco­fał się jesz­cze bar­dziej.

– Wie­dzia­łem, że prę­dzej czy póź­niej tak będzie – oznaj­mi­łem. – Nie chcia­łeś zre­zy­gno­wać z pale­nia e-papie­rosa. Od elek­tryka krótka droga do nor­mal­nego papie­rosa, a potem do skręta, i nim się zorien­tu­jesz, będziesz wstrzy­ki­wać sobie hero­inę.

– Stary, ogar­nij się! – wykrzyk­nął Louis. – Nie jara­łem szlu­gów. Wpa­dłem na kogoś z prze­szło­ści, poga­da­li­śmy chwilę i to ona paliła. Jeżeli prze­siąk­ną­łem tym smro­dem, to przez nią. Nie mogę dyk­to­wać ludziom, co mogą, a czego nie mogą.

Mia­łem zamiar dosad­nie powie­dzieć, co o tym myślę, ale w drzwiach poja­wił się Ben. Widok tego chło­paka sku­tecz­nie mie­szał mi w gło­wie. Miał mocno zdez­o­rien­to­waną minę, cho­ciaż nie mógł sły­szeć naszej roz­mowy.

Louis wyce­lo­wał w niego pal­cem.

– Wła­śnie! Cio­ciu, też masz wra­że­nie, że oni przej­mują od sie­bie nawza­jem naj­gor­sze cechy? Ben coraz czę­ściej rzuca tek­stami jak Dom, a Dom snuje kata­stro­ficzne sce­na­riu­sze wyssane z palca.

Nie docze­kał się popar­cia. Linda zaczęła tłu­ma­czyć mu coś na temat szko­dli­wo­ści fajek, ale już nie słu­cha­łem. Zer­k­ną­łem na zega­rek; było tro­chę za wcze­śnie na powrót ze szkoły. Kiw­ną­łem na Bena i poszli­śmy do kuchni, gdzie zaczą­łem szy­ko­wać mu obiad.

– Co się stało, że już jesteś?

Ben zamknął drzwi, ale nie spie­szył się z odpo­wie­dzią. Naj­pierw poczu­łem jego ręce opla­ta­jące mnie w pasie, a potem pod­bró­dek na ramie­niu.

– Odwo­łali dwie ostat­nie lek­cje. A co ty taki nie­zo­rien­to­wany? Już nie śle­dzisz e-dzien­nika? Prze­sta­łeś bawić się w moją mamu­się?

Może Louis ma rację. Może naprawdę zaczy­na­li­śmy się do sie­bie upo­dab­niać.

Chwy­ci­łem go za ręce i zmu­si­łem do polu­zo­wa­nia uści­sku tylko na tyle, by móc się odwró­cić. Na widok tego bez­tro­skiego uśmie­chu mię­kły mi kolana. Gdy tylko mój wzrok powę­dro­wał na jego usta, nie wahał się, jakby miał jedyną oka­zję do wyko­rzy­sta­nia. Złą­czył nasze wargi na krótką chwilę.

– Nie śmier­dzę ole­jem? – zapy­ta­łem, gdy się ode mnie odsu­nął.

Mina Bena dała mi jasno do zro­zu­mie­nia, że to była ostat­nia rzecz, jaką spo­dzie­wał się usły­szeć.

– Przy­tu­lasz mnie i cału­jesz, choć podobno śmier­dzę – wyja­śni­łem.

Zmarsz­czył podejrz­li­wie brwi.

– Bzdura. Kto ci tak powie­dział? Ktoś inny był na tyle bli­sko, by to oce­nić? Ktoś oprócz mnie przy­tula cię i całuje?

Odwró­ci­łem się, żeby prze­mie­szać maka­ron na patelni, bo stało się dla mnie jasne, że nie ocze­kuje odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

– Może Paige Hew­son? – rzu­cił za moimi ple­cami.

Par­sk­ną­łem śmie­chem. Chyba nie mówił poważ­nie.

– Nie wie­rzę, że zapa­mię­ta­łeś jej imię i trzy­ma­łeś to w sobie przez ostat­nie dwa dni.

Ben wzru­szył ramio­nami.

– Ty byłeś zazdro­sny o Gene­vieve, ja będę o Paige. Naj­wy­raź­niej jeste­śmy jedną z takich par.

Zaczą­łem szu­kać na jego twa­rzy oznak, czy pod płasz­czy­kiem żartu kryje się jakieś poważne zmar­twie­nie. No i dostrze­głem – te jego wiel­kie, pełne nie­pew­no­ści oczy.

– Benny, nie możesz być zazdro­sny o poca­łu­nek sprzed dzie­wię­ciu laty, który trwał kró­cej niż czas zro­bie­nia popcornu w mikro­fali.

– Nie jestem zazdro­sny. Po pro­stu… Nie wiem. Ni­gdy wcze­śniej nawet nie przy­szło mi do głowy, że mogłeś mieć kogoś przede mną. A mia­łeś, więc teraz możesz mnie porów­ny­wać. Czuję się przez to nie­pew­nie.

Pokrę­ci­łem głową, wal­cząc o kon­trolę nad mimiką twa­rzy, bo jeśli znowu się roze­śmieję, Ben cał­kiem zamknie się w sobie.

– Byłem dzie­cia­kiem i wyda­wało mi się, że cało­wa­nie dziew­czyn to coś, co trzeba zacząć robić, bo moi kum­ple to robili. Po dwu­dzie­stu sekun­dach tam­tego doświad­cze­nia zro­zu­mia­łem, że na pewno nie chcę ni­gdy cało­wać dziew­czyny. – Zbli­ży­łem się do niego. – A po dzie­wię­ciu latach pozna­łem cie­bie i wiem, że nie chcę już ni­gdy cało­wać nikogo innego.

Ben zaśmiał się cicho, zakry­wa­jąc swój śliczny uśmiech dło­nią.

– Cza­sami zapo­mi­nam, jaki jesteś ckliwy.

Mia­łem coś odpo­wie­dzieć, ale Louis przy­lazł za nami do kuchni. Odsu­ną­łem się nie­chęt­nie od mojego chło­paka i wró­ci­łem do płyty, żeby nało­żyć mu jedze­nie.

Louis posta­wił torby na bla­cie.

– Mogę te mniej­sze rze­czy wło­żyć tu do lodówki czy będzie ci to prze­szka­dzać?

– Naj­bar­dziej mi prze­szka­dza woń, która się za tobą cią­gnie. Idź się umyć – odpar­łem, nie odry­wa­jąc się od pracy.

– Jezu, Dom – jęk­nął Benny.

Póź­niej wyja­śnię mu, o co mi cho­dziło.

Roth­well wyjąt­kowo inten­syw­nie pró­bo­wał nawią­zać ze mną kon­takt wzro­kowy. Nic z tego. Posta­wi­łem przed Benem talerz, za co obda­rzył mnie deli­kat­nym uśmie­chem, cho­ciaż wciąż wyglą­dał na zakło­po­ta­nego przez napię­cie pomię­dzy mną a Lou.

Jesz­cze tro­chę czasu minie, zanim Ron­nie, Stan i Tina – gdzie­kol­wiek była – wrócą, ale musia­łem czymś zająć ręce. Wsta­wi­łem więc sos na kuchenkę.

Louis jęk­nął poko­nany.

– Dobra, jebać to – wyrzu­cił z sie­bie.

Tak rzadko zda­rzało mu się prze­kli­nać, że tym krót­kim zda­niem przy­kuł moją uwagę.

– Nie zamie­rza­łem ci tego mówić, bo albo to nie będzie w ogóle ważne, albo cał­kiem zepsuje ci humor. Ale jak tylko cię zoba­czy­łem, poczu­łem wyrzuty sumie­nia, że to ukry­wam. A potem przy­cze­pi­łeś się do mnie o zapach papie­ro­sów i uzna­łem to za znak.

Zer­k­ną­łem na Bena.

– Rozu­miesz coś z tego beł­kotu?

Potrzą­snął głową. Louis nato­miast wes­tchnął ciężko i wplótł sobie palce we włosy, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli.

– Dom, ja… Jakby to powie­dzieć? Wpa­dłem w skle­pie na twoją matkę.

Brzdęk widelca ude­rza­ją­cego o naczy­nie dotarł do moich uszu, ale nie odwró­ci­łem się w tamtą stronę, bo wtedy musiał­bym zmie­rzyć się ze spoj­rze­niem Bena. Nie mógł­bym tego zro­bić. Nie w tej spra­wie. Przez sekundę roz­wa­ża­łem, czy uda­wać, że nie usły­sza­łem rewe­la­cji Louisa, ale szybko odrzu­ci­łem tę opcję.

– Wow, czyli na­dal żyje. To suk­ces. Następ­nym razem jak ją spo­tkasz, pogra­tu­luj jej ode mnie.

Louis odchrząk­nął ner­wowo. Krę­cił się w tę i z powro­tem, jakby pod­łoga była wyło­żona kol­cami.

– Stary, ona wyglą­dała okrop­nie. Jak zom­bie z The Wal­king Dead.

Par­sk­ną­łem suchym śmie­chem.

– Ona zawsze wygląda okrop­nie. To nie kwe­stia stroju i fry­zury, tylko stylu życia.

W ogóle nie zała­pał alu­zji, że nie chcę tego słu­chać. Kon­ty­nu­ował opo­wieść o wyglą­dzie mojej matki – o jej skó­rze w kolo­rze popiołu, zapad­nię­tej twa­rzy i zębach w opła­ka­nym sta­nie. Pró­bo­wa­łem się od tego odciąć, ale słowa same wwier­cały mi się w głowę.

– Czy ta fascy­nu­jąca histo­ria ma jakiś finał? Docze­kamy się go dzi­siaj? – prze­rwa­łem mu w końcu, gdy stało się to nie do znie­sie­nia.

Kątem oka widzia­łem, że Louis pod­szedł bli­żej, ale nie chcia­łem patrzeć mu w oczy. Mie­sza­łem więc ten cho­lerny sos, pil­nu­jąc, by się nie zwa­rzył. Nad tym mia­łem kon­trolę. Nad sty­lem życia mojej matki – nie.

– Byłem zdzi­wiony, że mnie roz­po­znała – wyznał w końcu. – Rzadko mi się to zda­rza. Pytała, gdzie pra­cuję i jakoś tak, od słowa do słowa, zapy­tała też o cie­bie i Ron­nie. Sta­ra­łem się jak naj­szyb­ciej uciąć temat, bo nie wie­dzia­łem, czy byście sobie życzyli, żeby wie­działa cokol­wiek o waszym życiu. Na koniec popro­siła, żebym kupił jej chleb i papie­rosy.

– Chleb i papie­rosy – powtó­rzy­łem. – Nie­zła uczta.

– Kupi­łem – wyrzu­cił z sie­bie szybko. – Jesteś na mnie zły? Prze­pra­szam. Nie umia­łem odmó­wić. Była taka kru­cha i drobna, wyglą­dała, jakby się zaraz miała roz­sy­pać.

Odło­ży­łem powoli łyżkę i w końcu się do niego odwró­ci­łem.

– Ona się roz­sy­puje od ponad dwu­dzie­stu lat, Lou. I zawsze znaj­dzie się jakiś debil, który pró­buje łapać te kawałki. Dzi­siaj byłeś nim ty. Brawo. Następ­nym razem daj jej jesz­cze numer do swo­jego sta­rego dilera, skoro jej dostawca sie­dzi w wię­zie­niu.

Wymi­ną­łem go i się­gną­łem do szafki po kubek, żeby zro­bić sobie kawę. Nie mia­łem na nią ochoty, ale nie mogłem po pro­stu stać i pozwa­lać ciszy wyże­rać mnie od środka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki