Benjamin nie potrafił zapomnieć - Kamila Kolińska, Zocharett - ebook + audiobook

Benjamin nie potrafił zapomnieć ebook i audiobook

Kamila Kolińska, zocharett

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Benjamin Lowell wreszcie poczuł, że znalazł swoje miejsce wśród przyjaciół z Cleveland, w świecie, w którym jest akceptowany, szanowany i kochany. Jego życie zaczęło płynąć spokojnym rytmem.

Do czasu, gdy w szkolnej szafce znalazł pierwszy anonimowy list z pogróżkami.

W hotelu, który dotąd był bezpieczną przystanią, również zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Przyjaciele Bena mierzą się z własnymi problemami, a w chwilach największych napięć zapominają o lekcji cioci Lindy: że dopóki trzymają się razem, poradzą sobie ze wszystkim. Tymczasem kolejne nieszczęścia tylko pogłębiają dzielące ich różnice.

Jedno staje się jasne komuś bardzo nie podoba się powrót Genevieve McKenney do miasta. Jak daleko posunie się ta osoba, by dziewczyna zniknęła raz jeszcze? I czy wsparcie bliskich wystarczy, by przetrwać nadciągający kryzys?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 373

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 32 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
4,7 (10 ocen)
7
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Dodduch

Nie oderwiesz się od lektury

już zamieszkałam w tym hotrlu na zawsze ❤️
00



Playlista

Machine Gun Kelly – con­cert for aliens

Bring Me The Hori­zon – sTraN­geRs

Ana­sta­cia – Left Out­side Alone

Måneskin – The Lone­liest

Bring Me the Hori­zon – True Friends

sombr – I Don’t Know You Any­more

Syd­ney Rose – We Hug Now

Conan Gray – The Exit

Ale­xan­dria – Always an Angel

Aura Dione ft. Rock Mafia – Friends

One­Re­pu­blic – Apo­lo­gize

The Fray – How to Save a Life

NF – If You Want Love

Tyler Chil­ders – Lady May

Rozdział 1

Ben

Pięść zmie­rzała nie­uchron­nie w kie­runku mojej twa­rzy, a ja nie zro­bi­łem nic, by się obro­nić – patrzy­łem na nią spa­ra­li­żo­wany. Zda­wało mi się, że widzę każdy detal dłoni ojca, zbli­ża­ją­cej się w zwol­nio­nym tem­pie: każdą kosteczkę, każde pęk­nię­cie skóry i wszyst­kie ślady po sta­rych bli­znach. Czas się zatrzy­mał, mogłem jedy­nie cze­kać na pie­kący ból. Zna­łem to uczu­cie, dosko­nale je pamię­ta­łem, byłem na nie przy­go­to­wany. Ude­rze­nie jed­nak nie nade­szło. Zamiast tego poczu­łem dotyk na ramie­niu. Ock­ną­łem się.

– Zie­mia do Bena! – Przez senną ścianę zaczął prze­bi­jać się głos. – Wsta­waj!

Roz­chy­li­łem powieki. Ron­nie Slam­mer stała nade mną, zasła­nia­jąc wpa­da­jące przez okno jaskrawe pro­mie­nie słońca.

Rozej­rza­łem się po pokoju. Minął już mie­siąc, odkąd się tu prze­pro­wa­dzi­łem, a jed­nak od czasu do czasu wspo­mnie­nia z domu rodzin­nego jesz­cze nawie­dzały mnie w snach. Potrze­bo­wa­łem chwili, żeby uświa­do­mić sobie, że tutaj nie usły­szę zza ściany żad­nych wrza­sków, trza­sku bute­lek ani pospiesz­nych kro­ków ozna­cza­ją­cych kło­poty. Byłem bez­pieczny, daleko od tego, co jesz­cze do nie­dawna sta­no­wiło moją codzien­ność.

– Halo! – Ron­nie szturch­nęła mnie w ramię. – Pora zbie­rać się do szkoły.

Chwy­ci­łem za tele­fon, żeby spraw­dzić godzinę. Młoda jak zwy­kle prze­sa­dzała, mia­łem jesz­cze sporo czasu. Prze­tar­łem twarz z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Mogłem pospać jesz­cze pół godziny.

Prych­nęła, jakby usły­szała naj­więk­szą bzdurę na świe­cie.

– No wła­śnie nie. Musimy jechać twoim rowe­rem, ostat­nio za dużo ludzi przy­jeż­dża na śnia­da­nia. Lou powie­dział, że nas nie zawie­zie, bo musi pomóc Domowi.

Unio­słem się na łok­ciach. Dziew­czyna poło­żyła mój ple­cak na biurku i wsa­dziła do niego papie­rową torbę z jedze­niem. Naj­wy­raź­niej grze­ba­nie w cudzych rze­czach było u Slam­me­rów rodzinne. Nie roz­bu­dzi­łem się jesz­cze wystar­cza­jąco, by tłu­ma­czyć jej, że musi prze­stać to robić.

– A pyta­łaś Stana? Może on by nas pod­wiózł?

– Nie ma go. Wczo­raj chyba pokłó­cił się z Tiną, ale nie wiem, o co. – Ron­nie pod­nio­sła z pod­łogi koszulkę, jedną z wielu, jakie się tam walały, i rzu­ciła nią we mnie. – No, wsta­waj już.

Pod­nio­słem ręce w geście pod­da­nia.

– Okej, moment. Możesz wyjść? Przy­da­łoby mi się tro­chę pry­wat­no­ści.

– Pry­wat­no­ści – powtó­rzyła z iro­nią. – Jeśli tęsk­nisz za pry­wat­no­ścią, to wra­caj do swo­jej sypialni. Do pokoju mojego brata mogę przy­cho­dzić, kiedy chcę.

Tłu­ma­czy­łem sobie, że to, jaka Ron­nie bywa wku­rza­jąca, jest kwe­stią wieku, i wycze­ki­wa­łem momentu, w któ­rym z tego wyro­śnie.

– Daj mi pięć minut. No już, wypad stąd.

Dziew­czyna unio­sła brwi w prze­sad­nym zdzi­wie­niu.

– Wypad? Powiem Domi­nic­kowi, jak się do mnie odzy­wasz.

– Nie, cze­kaj! – zawo­ła­łem, ale ona już ze śmie­chem zwiała na kory­tarz.

Oba­wia­łem się wielu rze­czy, jed­nak w ogól­nym roz­ra­chunku Cle­ve­land było dla mnie naprawdę dobre. Udało mi się prze­nieść papiery, więc koniec koń­ców będę w sta­nie skoń­czyć szkołę tutaj. Ron­nie od nowego seme­stru zacznie naukę w pry­wat­nym liceum spor­to­wym, ale do końca tego roku szkol­nego zostaje u nas, więc codzien­nie rano jeź­dzimy razem. Na początku roz­dzie­la­li­śmy się jesz­cze przed wej­ściem do budynku, ale z cza­sem młoda zaczęła wcho­dzić ze mną do środka i żegna­li­śmy się dopiero przy szaf­kach. Poczu­łem się wtedy, jak­bym dostał nie­spo­dzie­wany awans w hie­rar­chii spo­łecz­nej. Jeśli szes­na­sto­latka się mnie nie wsty­dzi, to chyba nie jest ze mną tak źle.

Tak jak zapo­wie­dzia­łem, zbie­głem po scho­dach pięć minut póź­niej. Ron­nie roz­ma­wiała z Tiną na recep­cji. Wła­ści­wie wyglą­dało to tak, że Tina pro­wa­dziła mono­log. Młoda przy­jęła moje nadej­ście z wielką ulgą.

– Wybacz, ale musimy się zbie­rać – oznaj­miła, rusza­jąc do drzwi. – Na pewno się pogo­dzi­cie, jak zawsze!

Poma­cha­łem do Tiny, tro­chę na powi­ta­nie, a tro­chę na znak, że popie­ram słowa Ron­nie. Gdy wysze­dłem na zewnątrz, ona już wycią­gała mój rower.

– Prze­wie­ziesz mnie na kie­row­nicy? – Mówiąc to, prze­cią­gała każdą sylabę, jak zawsze, gdy wymy­ślała coś głu­piego i nie zamie­rzała przy­jąć odmowy.

Pokrę­ci­łem głową.

– Jest za śli­sko, zabi­jemy się. A nawet jeśli prze­ży­jemy, to twój brat mnie dobije za nara­ża­nie cie­bie na nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Ale na bagaż­niku mi nie­wy­god­nie.

– No to możemy wybrać się na pie­chotę. Mamy jesz­cze sporo czasu.

– Boże, Ben, jaki ty jesteś nie­zno­śny! Po co w ogóle ta dys­ku­sja? Zro­bimy tak, jak mówię, bo jestem dziew­czyną, a ty dżen­tel­me­nem, więc musisz robić to, co ja chcę.

Uśmiech­nęła się słodko dla zła­go­dze­nia tych słów, bo wie­działa, że prze­gięła. Pokrę­ci­łem głową ze śmie­chem.

– Przede wszyst­kim jesteś bez­czelną gów­niarą. Na twoje szczę­ście jestem debi­lem, który daje sobie wcho­dzić na głowę. Wska­kuj.

Nie wiem, dla­czego to ja musia­łem wozić ją, a nie na odwrót. Ona, mimo że młod­sza, była ode mnie znacz­nie bar­dziej wyspor­to­wana i sil­niej­sza.

Jakby śnieg nie sta­no­wił wystar­cza­ją­cej nie­do­god­no­ści, to jesz­cze widocz­ność ogra­ni­czały mi roz­wie­wane przez wiatr włosy Ron­nie. W końcu jed­nak zza rogu wyło­nił się budy­nek szkoły. Młoda nie­spo­dzie­wa­nie zesko­czyła z kie­row­nicy, a ja stra­ci­łem pano­wa­nie nad rowe­rem. W ostat­niej chwili zatrzy­ma­łem się gwał­tow­nie, ale ona nawet się na mnie nie obej­rzała. Bie­gła pro­sto w ramiona naszej przy­ja­ciółki, która jak zwy­kle cze­kała na nas przed wej­ściem.

– Cześć, kum­plu. – Gene­vieve McKen­ney przy­tu­liła się do mnie, gdy do nich dołą­czy­łem. – Co to się stało, że dzi­siaj nie macie szo­fera?

– Duży ruch w porze śnia­da­nio­wej, zaku­li­sowe sprzeczki – zaczą­łem wyli­czać. – Nie wiem, chyba prze­spa­łem naj­lep­sze momenty.

– Mogli­ście napi­sać, popro­si­ła­bym mamę i zgar­nę­ły­by­śmy was.

– Nie macie po dro­dze. Poza tym odno­szę wra­że­nie, że Ron­nie uwiel­bia te dni, kiedy może mnie budzić i od rana narzu­cać mi swoje zda­nie.

Młoda wzru­szyła ramio­nami.

– Nie moja wina, że tak łatwo tobą rzą­dzić.

Gene­vieve zaśmiała się gło­śno. Ron­nie wyprze­dziła nas na scho­dach, uzna­jąc roz­mowę za zakoń­czoną. Zawsze jej się spie­szyło, nawet jeśli nie miała w tym żad­nego celu. Była roz­trze­pana i roz­e­mo­cjo­no­wana i odno­si­łem wra­że­nie, że para­dok­sal­nie spo­kój ducha osią­gała tylko wtedy, gdy wcho­dziła na ring.

Prze­kro­czy­li­śmy próg szkoły. Z naprze­ciwka szły dziew­czyny, z któ­rymi cho­dzi­łem na histo­rię. Poma­chały mi na powi­ta­nie; odwza­jem­ni­łem gest. Mia­łem nadzieję, że taki stan rze­czy utrzyma się dłu­żej – że rówie­śnicy przez cały czas będą nasta­wieni do mnie neu­tral­nie, może nawet przy­ja­ciel­sko. Że nie doro­bię się tutaj takiej repu­ta­cji jak w poprzed­niej szkole.

Gen, z zaró­żo­wio­nymi policz­kami od mrozu, przy­glą­dała się mi z nie­od­gad­nio­nym wyra­zem twa­rzy.

– Masz taką minę, jak­byś uknuła nie­cny plan – sko­men­to­wa­łem.

– Może tak wła­śnie jest. Wiesz, Ben, powoli zbli­żają się walen­tynki – zaczęła z pozoru nie­win­nie.

Oczy­wi­ście, że o to cho­dziło. Zda­wało mi się, że w ostat­nim cza­sie nie gadamy o niczym innym, ale uda­łem, że nie wiem, do czego zmie­rza.

– Naj­pierw jesz­cze uro­dziny Louisa, nie?

– Dobra, dobra, nie mydl mi oczu. Wiesz, o co chcę zapy­tać. – Odcze­kała moment, ale gdy mil­cza­łem, jęk­nęła prze­cią­gle. – Daj spo­kój, Ben, nakarm moją cie­ka­wość. Macie z Domem jakieś…

Zatrzy­mała się rap­tow­nie, tro­chę za wcze­śnie, gdy jakieś trzy kroki dzie­liły nas od sza­fek. Blask, który jesz­cze przed chwilą roz­świe­tlał jej twarz, cał­ko­wi­cie zgasł. Podą­ży­łem za linią zanie­po­ko­jo­nego wzroku Gen i momen­tal­nie udzie­liły mi się jej emo­cje.

Na nie­bie­skiej szafce mojej przy­ja­ciółki ktoś wyma­lo­wał czer­woną farbą koślawy napis nie­moż­liwy do prze­ocze­nia.

SZMATA WAR­RENA.

Ron­nie sta­nęła przy szafce i wodziła pal­cami po pla­mach farby, jakby w ten spo­sób mogła zna­leźć odpo­wie­dzi, kto za tym stoi i kiedy to zro­bił. Pod­sze­dłem do niej szybko.

– Farba już dawno wyschła. To musiało zostać nama­lo­wane co naj­mniej godzinę temu – stwier­dziła.

– W takim razie dla­czego nikt nie zare­aguje? Chyba są tu jakieś osoby odpo­wie­dzialne za sprzą­ta­nie – wark­ną­łem pod nosem.

Nacią­gną­łem rękaw bluzy na dłoń i zaczą­łem pocie­rać nim napis. Bez skutku. Naj­chęt­niej zasło­nił­bym go całym cia­łem, byle tylko ochro­nić Gen przed demo­nami prze­szło­ści.

– Daj­cie spo­kój – powie­działa do nas z uśmie­chem, na który ani ja, ani Ron­nie się nie nabra­li­śmy. – Prze­cież wszy­scy wiemy, że ludzie gadają, co nie?

Prze­pchnęła się mię­dzy nami i otwo­rzyła szafkę, a potem, z pochy­loną nisko głową zaczęła cha­otycz­nie prze­pa­ko­wy­wać książki. Sio­stra Doma posłała mi spoj­rze­nie, które zro­zu­mia­łem bez słów.

Powrót Gen do szkoły nie nale­żał do naj­ła­twiej­szych. Czu­łem się z tym fatal­nie. Prze­ko­ny­wa­łem ją, że na pewno nikt nie będzie już pamię­tał o afe­rze sprzed kilku lat; prze­cież to ogromne mia­sto, w któ­rym co chwilę coś się dzieje. Nie­stety, sen­sa­cje mają cał­kiem długi żywot, ludzie w obrę­bie jed­nej dziel­nicy znają się lepiej, niż by się wyda­wało, a wszystko, co zwią­zane z bur­mi­strzem, inte­re­suje miesz­kań­ców. Nie­gdyś Gene­vieve zna­la­zła się w cen­trum skan­dalu z młod­szym synem Ali­sta­ira War­rena. Ta afera w oczach spo­łecz­no­ści ni­gdy nie została do końca wyja­śniona i skutki tam­tych wyda­rzeń Gen odczu­wała do dziś.

Ron­nie zła­pała ją deli­kat­nie za rękę, a ja sta­łem jak kołek. Czu­łem się jak naj­więk­szy zła­mas, że nie potra­fię jej pomóc.

– Gen… – zaczęła młoda.

McKen­ney od razu jej prze­rwała.

– Nie ma się czym przej­mo­wać. Serio. – Zatrza­snęła szafkę w momen­cie, gdy zadzwo­nił dzwo­nek. – Spa­dam na bio­lo­gię. Widzimy się na dłu­giej prze­rwie, Ben?

Chciał­bym powie­dzieć cokol­wiek, byle tylko jej oczy znowu zaczęły błysz­czeć szczę­ściem. Gdy­bym znał odpo­wied­nie słowa, które choć tro­chę popra­wi­łyby jej humor, użył­bym ich. Nie­stety, jak wie­lo­krot­nie mówiła mi matka, nic nie umia­łem zro­bić dobrze.

– Jasne. Tam gdzie zawsze – mruk­ną­łem, bo jedy­nie na to było mnie stać.

Gen ruszyła po scho­dach w górę. Ron­nie jesz­cze przez chwilę stała w miej­scu, jakby zasta­na­wiała się, co zro­bić, ale w końcu też poszła na lek­cje. Ja zosta­łem. Patrzy­łem na prze­cho­dzą­cych kory­ta­rzem ludzi, któ­rzy natu­ral­nie zatrzy­my­wali wzrok na wiel­kim, czer­wo­nym napi­sie. Liczy­łem, że może sprawca sam się ujawni, że wykona gest, po któ­rym poznam, że to on. Wkrótce jed­nak kory­tarz opu­sto­szał. Ucznio­wie znik­nęli za drzwiami klas. Zosta­łem sam.

Odkrę­ci­łem butelkę z wodą i chlu­sną­łem na szafkę Gen, po czym zaczą­łem ponow­nie pocie­rać napis ręka­wem. Kolor zaczął się roz­ma­zy­wać, a mate­riał mojej bluzy prze­ma­kać. Trudno. Nie zoba­czą mnie na żad­nej lek­cji, dopóki ta obe­lga cał­ko­wi­cie nie znik­nie.

Byłem tym tak pochło­nięty, że nie usły­sza­łem kro­ków, któ­rych dźwięk odbi­jał się echem od ścian. Dla­tego pod­sko­czy­łem jak opa­rzony, gdy ktoś tuż obok mnie się ode­zwał.

– Hej, stary…

Tuż za mną stało dwóch chło­pa­ków, mniej wię­cej w moim wieku. Wystra­szyli mnie, ale ja ich chyba też, bo gdy obró­ci­łem się zama­szy­ście, zro­bili kilka kro­ków w tył. Wysoki blon­dyn uniósł ręce w uspo­ka­ja­ją­cym geście, a jego niż­szy kolega patrzył na niego jak na lidera.

– Prze­pra­szam, nie chcie­li­śmy cię wystra­szyć – powie­dział ten pierw­szy, ucie­ka­jąc wzro­kiem gdzieś poza moje ramię. – Ale słaba akcja. Ludzie są bez­duszni.

Nie odpo­wie­dzia­łem, bo nie wie­dzia­łem, kim oni są. Nie potra­fi­łem roz­szy­fro­wać, czy fak­tycz­nie współ­czują Gen tej sytu­acji, czy robią sobie ze mnie jaja. Nie cho­dzi­łem z nimi na żadne zaję­cia, a nie szu­ka­łem nowych zna­jo­mych. Dużo prze­sze­dłem w poprzed­niej szkole, więc z przy­zwy­cza­je­nia zaczą­łem przy­go­to­wy­wać się na atak. Chło­pak chyba tego nie dostrzegł.

– Nie wia­domo, kto za tym stoi? – Wska­zał na szafkę.

Potrzą­sną­łem powoli głową. Blon­dyn prze­cze­sał włosy pal­cami.

– Widzie­li­śmy, jak się z tym męczysz. Sama woda nie­wiele pomoże. – Odwró­cił się do kum­pla, a ten wycią­gnął z ple­caka butelkę bar­dzo podobną do mojej oraz paczkę chu­s­te­czek.

Uśmiech­nęli się poro­zu­mie­waw­czo, jakby wła­śnie mieli zdra­dzić mi wielką tajem­nicę.

– To zadziała sku­tecz­niej – oznaj­mił niż­szy i odkrę­cił butelkę.

Od razu ude­rzył mnie ostry, gry­zący zapach. Nie mia­łem złu­dzeń, że to alko­hol. W gło­wie od razu poja­wił mi się obraz, któ­rego nie chcia­łem pamię­tać: mój ojciec z drżą­cymi rękami i zamglo­nym spoj­rze­niem, przez które prze­bi­jała się tylko jedna emo­cja: gniew.

– No co? – zapy­tał chło­pak z cwa­niac­kim uśmiesz­kiem. – To tylko tro­chę moc­niej­szy śro­dek czy­sto­ści. Masz.

Podał mi chu­s­teczkę. Nie byłem pewien, czy mdło­ści, które czu­łem, wywo­łał ów smród, czy sam ich pomysł, ale gdy tak stali i cze­kali na moją reak­cję, jedyne, co mogłem zro­bić, to przy­jąć ich pomoc. I nie­ważne, że tego nie pochwa­la­łem; musia­łem im przy­znać rację – napis zaczął powoli, lecz sku­tecz­nie zni­kać.

Blon­dyn dołą­czył do mnie, wycie­ra­jąc nazwi­sko oprawcy Gen chu­s­teczką.

– Jestem Jona­than, a to Wal­ker – powie­dział, ale nie podał mi ręki.

Obej­rza­łem się na tego z tyłu, Wal­kera, który aku­rat brał łyk ze swo­jej śmier­dzą­cej butelki. Pomo­gli mi. Naj­wy­raź­niej nie mieli złych inten­cji.

– Ben­ja­min.

– Zaczą­łeś cho­dzić do szkoły mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy wró­ciła Gene­vieve. Co to za histo­ria?

Patrzy­łem raz na jed­nego, raz na dru­giego, węsząc spi­sek. Wal­ker wyda­wał się jed­nak znu­dzony, a Jona­than ani na moment nie prze­stał mi poma­gać. Mogłem pozwo­lić sobie na zdaw­kową odpo­wiedź.

– Prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu w tym samym cza­sie, zaprzy­jaź­ni­li­śmy się. A co za histo­ria kryje się za tym, że przy­no­si­cie wódkę do szkoły?

Nie odry­wa­jąc ode mnie spoj­rze­nia, Wal­ker pocią­gnął kolejny łyk. Nawet się nie skrzy­wił. Jona­than par­sk­nął śmie­chem.

– Czym byłoby życie bez odro­biny adre­na­liny? Mój ojciec mówi, że kie­dyś z tego wyro­snę. Ten moment wciąż nie nad­szedł. – Odsu­nął się od szafki. – I co o tym myślisz, Ben­ja­mi­nie? Chyba nie­źle nam poszło.

Po obraź­li­wym napi­sie nie było śladu. Poki­wa­łem głową.

– Dzięki, chło­paki. Sam bym sobie nie pora­dził.

– Zauwa­ży­li­śmy – odparł Jon, wycią­ga­jąc tele­fon. – Masz konto na Insta­gra­mie? Może się zga­damy kie­dyś po zaję­ciach?

Podał mi tele­fon, więc nawet nie zdą­ży­łem zapro­te­sto­wać. W tym mie­ście wszystko oka­zało się inne niż to, co zna­łem wcze­śniej. Miło było swo­bod­nie cho­dzić po kory­ta­rzach bez stra­chu, że ktoś mnie zaata­kuje. Tyle by mi wystar­czyło do szczę­ścia. A teraz jesz­cze dowie­dzia­łem się, że ist­nieją ludzie, któ­rzy chcą poznać mnie bli­żej. Czy zawie­ra­nie nowych zna­jo­mo­ści naprawdę jest takie łatwe?

– Okej, dzięki – powie­dział Jon, gdy odda­łem mu tele­fon. – Zamie­rzasz iść na pierw­szą lek­cję czy odpusz­czasz?

– Jesz­cze się zasta­no­wię.

– Dobra. Gdy­byś chciał do nas dołą­czyć, to będziemy w palarni. Wiesz, gdzie to jest?

Potrzą­sną­łem głową. Jona­than wyja­śnił, któ­rej czę­ści placu szkol­nego nie obej­mują kamery. Poże­gna­łem się z nimi i zaczą­łem zbie­rać myśli. Może fak­tycz­nie nie opła­cało mi się iść do klasy. Dostał­bym tylko ochrzan za spóź­nie­nie od ostrej nauczy­cielki.

Napis na szafce Gen cią­żył mi na sumie­niu. Ktoś tutaj aż tak jej nie­na­wi­dził, by publicz­nie ją upo­ko­rzyć, a ja byłem jej przy­ja­cie­lem, więc powi­nie­nem zro­bić coś, by ją ochro­nić. By nie dopusz­czać do takich sytu­acji.

Chło­pacy zosta­wili mnie samego z tym cho­ler­nym zapa­chem alko­holu, który nie chciał wywie­trzeć. Sta­ra­jąc się go igno­ro­wać, otwo­rzy­łem drzwiczki swo­jej szafki. W momen­cie, w któ­rym zaj­rza­łem do środka, zapo­mnia­łem, co chcia­łem z niej wycią­gnąć. Cze­kała na mnie mała, zło­żona na pół kar­teczka, wsu­nięta tak, że nie dało się jej prze­oczyć. Roz­pro­sto­wa­łem papier i prze­krzy­wia­jąc głowę, prze­czy­ta­łem koślawy napis:

Wra­caj tam, skąd przy­je­cha­łeś.

Opar­łem czoło o zimny metal szafki i przy­mkną­łem powieki. Nie rzu­ca­łem się jakoś prze­sad­nie w oczy. Nie spra­wia­łem pro­ble­mów, robi­łem to, co kazano. Miesz­ka­łem w hotelu z ludźmi, któ­rych uwiel­bia­łem. Po szkole jeź­dzi­łem do biura ojca Gen, codzien­nie na dwie godziny, żeby sobie doro­bić. Żyłem tak od mie­siąca. Z czy­stym sumie­niem mogłem powie­dzieć, że przez cały mie­siąc ani razu nikomu nie pod­pa­dłem.

A jed­nak prze­szłość zna­la­zła spo­sób, żeby nie dać mi o sobie zapo­mnieć.

Rozdział 2

Ben

Domi­nick napi­sał, że skoro nie zja­dłem rano śnia­da­nia, to mam obo­wiąz­kowo przy­je­chać na obiad, zanim ruszę do biura pań­stwa McKen­neyów. Jako że był naj­więk­szym upar­ciu­chem, jakiego w życiu pozna­łem, nie chciało mi się z nim dys­ku­to­wać, a już zwłasz­cza w kwe­stii jedze­nia. Pod­cho­dził do tego tematu śmier­tel­nie poważ­nie.

Nama­wia­łem Gen, żeby jechała razem ze mną do hotelu, ale przez cały dzień nie miała humoru. Nasza ekipa na pewno zna­la­złaby spo­sób, by ją roz­we­se­lić, nie chcia­łem jed­nak być natrętny, więc osta­tecz­nie wró­ciła do sie­bie.

Weszli­śmy z Ron­nie do restau­ra­cji. Trzy sto­liki były zajęte; dwie pary już jadły, a trze­ciemu, samot­nemu męż­czyź­nie, Louis wła­śnie niósł posi­łek. Mach­ną­łem kum­plowi na przy­wi­ta­nie, ale nie odwza­jem­nił gestu, sku­piony na pracy. Moż­liwe, że nawet nie zare­je­stro­wał naszej obec­no­ści.

W kuchni uno­sił się piękny zapach. Cho­ciaż codzien­nie pach­niało tu nieco ina­czej, to zawsze wzbu­dzało we mnie takie same emo­cje. Czu­łem się tutaj naj­le­piej, naj­bez­piecz­niej, naj­bar­dziej kom­for­towo. Utoż­sa­mia­łem to pomiesz­cze­nie z ser­cem domu.

Stan sie­dział na jed­nym ze stoł­ków baro­wych. To był dobry znak; naj­pew­niej pogo­dził się już z Tiną.

Domi­nick, korzy­sta­jąc z chwili spo­koju, wziął się za mycie naczyń, ale gdy nas zoba­czył, porzu­cił to zaję­cie. Wska­zał ręką na krze­sła i zaczął nakła­dać jedze­nie.

– Wyda­rzyło się dzi­siaj coś bar­dzo nie­faj­nego – poin­for­mo­wała Ron­nie na wstę­pie, nie cze­ka­jąc, aż któ­ryś z chło­pa­ków zapyta, jak minął nam dzień.

Ryż z kur­cza­kiem i warzy­wami był pyszny – jak wszystko, co przy­go­to­wy­wał Slam­mer – ale jakoś trudno było mi prze­ły­kać kolejne kęsy, gdy młoda rela­cjo­no­wała wyda­rze­nia z ranka w szkole. Gapi­łem się na swój talerz, pochło­nięty myślami. W jakiś pokrę­cony spo­sób czu­łem się winny. To ze mną Gene­vieve spę­dzała naj­wię­cej czasu z całej naszej paczki. Poza tym to ona w mojej sta­rej szkole bez waha­nia sta­wała w mojej obro­nie. Powi­nie­nem się jakoś odwdzię­czyć, a czu­łem się total­nie bez­silny.

– Masa­kra. Biedna Gen – pod­su­mo­wał Stan, krę­cąc głową. – Nie macie żad­nego pomy­słu, kto za tym stoi?

– Jasne, że nie – obu­rzyła się Ron­nie. – Gdy­bym wie­działa, kto to, to bym mu przy­wa­liła.

– No, tylko byś spró­bo­wała – wymru­czał ostrze­że­nie Domi­nick.

Jego sio­stra prze­wró­ciła oczami, ale nie mógł tego zoba­czyć.

Tina weszła do kuchni z pustymi tale­rzami po gościach. Posta­wiła je przy zmy­waku i oparła się o blat tuż obok Doma.

– Mam do cie­bie ogromną prośbę – powie­działa bła­gal­nie, jakby z góry zakła­dała, że cokol­wiek to jest, on odmówi.

Slam­mer wytarł ręce, po czym obró­cił się do niej.

– Oho. Co tym razem?

Dziew­czyna wycią­gnęła z kie­szeni dłu­go­pis i wska­zała na kalen­darz na ścia­nie.

– Chcia­ła­bym doko­nać jed­nej zmiany w gra­fiku. Jak go ukła­da­łam, byłam pokłó­cona ze Sta­nem, więc żeby zro­bić mu na złość, wpi­sa­łam sie­bie na kuch­nię w walen­tynki. No ale to było głu­pie i dzie­cinne i jak widać, mię­dzy nami już jest okej. Czy w takim razie możesz przyjść za mnie czter­na­stego? Wymie­nię się na dosłow­nie jaki­kol­wiek inny dzień. Oprócz przy­szłego wtorku, mam wtedy wizytę u kosme­tyczki.

Domi­nick nie odpo­wie­dział od razu. Nie wiem, kto bar­dziej inten­syw­nie wwier­cał się w niego spoj­rze­niem: ja czy Tina.

– Zdaję sobie sprawę, że będzie pew­nie więk­szy ruch niż zwy­kle, i od samego rana pomogę ci wszystko przy­go­to­wać, ale tak o trze­ciej chcia­ła­bym zacząć szy­ko­wać się na randkę…

– Oszczędź nam szcze­gó­łów, nikt nie chce tego słu­chać – prze­rwał jej Slam­mer.

Tina zaczy­nała się nie­cier­pli­wić. Sku­bała ner­wowo skórki przy paznok­ciach, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę.

– Pro­szę cię, zgódź się. Ty pew­nie i tak spę­dził­byś cały wie­czór, gra­jąc na kon­soli, a Stan i ja potrze­bu­jemy resetu.

Ron­nie odwró­ciła się do mnie tak gwał­tow­nie, że jej włosy sma­gnęły moją szyję. Uda­wa­łem, że jestem sku­piony na tale­rzu, cho­ciaż już od dobrych paru minut nie jadłem, tylko grze­ba­łem widel­cem w ryżu. Mia­łem nadzieję, że udaje mi się zacho­wać pozory, że ta roz­mowa w ogóle mnie nie rusza.

Domi­nick powoli poki­wał głową, a ja poczu­łem, jak coś ści­ska mnie w żołądku, gdy potwier­dził na głos:

– Okej. Znaj moją łaskę.

– Kocham cię! – Tina pisnęła i poca­ło­wała go w poli­czek.

– Mhm, mów tak lepiej do swo­jej walen­tynki – odparł, wycie­ra­jąc twarz wierz­chem dłoni.

Tina przy­tu­liła się do Stana i zaczęli gło­śno dys­ku­to­wać o tym, jak spę­dzą ten dzień. Natych­miast prze­sta­łem słu­chać.

To nie powinno boleć. Sytu­acja mię­dzy mną a Domem pozo­sta­wała nie­ja­sna. Tak, spa­łem w jego pokoju, i tak, dużo się cało­wa­li­śmy, ale ni­gdy nie odby­li­śmy roz­mowy typu: „Dokąd zmie­rza ta rela­cja?”. Uzna­łem, że gdyby chciał, żeby to był zwią­zek, to by mi powie­dział. Ja ni­gdy sam z sie­bie nie pod­jął­bym tematu, za bar­dzo bałem się odrzu­ce­nia. Nie wiem, czy prze­trwał­bym utratę tego, co teraz mam.

Gen wie­działa, że coś jest mię­dzy mną a Domi­nic­kiem, bo roz­ma­wia­łem z nią o wszyst­kim. Nie mia­łem poję­cia, co Dom mówił Ron­nie, ale teraz wyglą­dała na bar­dziej dotkniętą tą sytu­acją niż ja. W kwe­stii reszty ekipy ich poziom wie­dzy o tym, co łączy mnie ze Slam­me­rem, był mi nie­znany. Tak czy ina­czej, nie mogłem ocze­ki­wać, że Dom zechce spę­dzać ze mną święto zako­cha­nych. A jed­nak teraz znowu poczu­łem się jak daw­niej, jak tam­ten samotny chło­pak, który zawsze stał z boku, zawsze pomi­jany. Nikogo nie obcho­dziło moje zda­nie.

Ogar­nęła mnie wście­kłość na sie­bie, gdy pod powie­kami wez­brały się łzy. Pochy­li­łem głowę nad tale­rzem, pró­bu­jąc je wymru­gać.

„Nie mam prawa mieć żad­nych ocze­ki­wań”, powtó­rzy­łem sobie w myślach. Powi­nie­nem być wdzięczny, że Dom wciąż tole­ruje moją nie­za­rad­ność. Ani razu nie kazał mi wró­cić do sie­bie na noc. Znosi mój brak pew­no­ści sie­bie, a jego obec­ność budzi we mnie dziwny spo­kój. A ja co mu daję? Nic. Muszę się cie­szyć, że jesz­cze się nie zorien­to­wał, jak bar­dzo nie­równa jest nasza rela­cja, i że wciąż nie posta­no­wił ze mnie zre­zy­gno­wać.

Ron­nie szarp­nęła mnie za rękaw, wyry­wa­jąc z zamy­śle­nia.

– Idziemy odro­bić pracę domową – oznaj­miła.

Chęt­nie sko­rzy­sta­łem z tej furtki. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, trą­ciła mnie łok­ciem.

– Wyglą­dasz, jak­byś miał się zaraz popła­kać. Jesteś głupi, Ben. Trzeba było się ode­zwać, jeśli chcia­łeś coś z nim poro­bić w walen­tynki. Wiesz, jaki Dom ma cha­rak­ter.

Pokrę­ci­łem głową, prze­ły­ka­jąc gulę w gar­dle.

– Nie wtrą­caj się – popro­si­łem, ale głos mi zadrżał, więc posta­no­wi­łem nie mówić już nic wię­cej.

Nawet jeśli młoda pla­no­wała cią­gnąć temat, w sekundę o tym zapo­mniała.

W bok­sie pod ścianą sie­działa…

Gene­vieve. I słu­chała uważ­nie tego, co opo­wia­dał jej Louis.

– Co ty tutaj robisz? – zapy­tała Ron­nie, zaj­mu­jąc miej­sce naprze­ciwko niej.

Pro­mienny uśmiech powró­cił na twarz mojej przy­ja­ciółki.

– Stę­sk­ni­łam się za wami.

Kiedy wsu­ną­łem się do boksu obok Ron­nie, Louis wstał.

– Przy­niosę wam lemo­niadę – oznaj­mił i znik­nął za barem.

Zaczą­łem wycią­gać z ple­caka pod­ręcz­niki, bo naprawdę musia­łem odro­bić lek­cje. Ron­nie nato­miast już zapo­mniała o tym zamia­rze. Oparła łok­cie na stole, sku­piona na przy­ja­ciółce.

– Czemu nie przy­szłaś do nas na kuch­nię?

– Bo twój brat pew­nie zmu­szałby mnie do jedze­nia. – Gen zer­k­nęła na stos ksią­żek przede mną i zmarsz­czyła brwi. – Szkoda, że nie przy­szło mi do głowy, żeby wziąć tu też swoje rze­czy. W domu kom­plet­nie nie mam moty­wa­cji do nauki.

– To się do nas prze­pro­wadź! – zawo­łała Ron­nie i idąc za moim przy­kła­dem, wyjęła zeszyt.

– Wąt­pię, że ten pomysł spodo­bałby się moim rodzi­com. Musisz zado­wo­lić się tym, że i tak spę­dzam tu bar­dzo dużo czasu.

Do sali zaj­rzała Linda. Nie wyglą­dała, jakby szu­kała cze­goś kon­kret­nego, raczej ruty­nowo spraw­dzała, czy wszystko w porządku. Wyda­wało się, że zamie­rza wró­cić na recep­cję, ale gdy nas zoba­czyła, pode­szła do sto­lika.

– Jakie grzeczne dzieci, sie­dzą i się uczą – powie­działa, sta­jąc nad nami. – Jak było w szkole?

Ron­nie nabrała powie­trza, ale Gen nie dopu­ściła jej do głosu.

– Totalna nuda, nie ma o czym opo­wia­dać.

Sio­stra Doma zmarsz­czyła brwi i zamknęła usta. Nie trwało to jed­nak długo.

– Usią­dziesz z nami na chwilę, cio­ciu? – zaga­iła. – Chcia­łam z wami o czymś poroz­ma­wiać. Wła­śnie z waszą trójką, więc to ide­alna oka­zja.

Gen i Linda poświę­ciły jej całą uwagę; ja z kolei mia­łem prze­czu­cie, że i tak do niczego im się nie przy­dam. Wzią­łem do ręki dłu­go­pis i pochy­li­łem się nad zeszy­tem.

Ron­nie odchrząk­nęła, lekko zaże­no­wana.

– No bo… Wie­cie, zbli­żają się walen­tynki, a ja spo­ty­kam się z Cha­dem już dwa mie­siące. No i chcie­li­by­śmy… No wie­cie.

Pierw­szy raz widzia­łem ją tak czer­woną ze wstydu. I nabra­łem cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że będę naj­bar­dziej bez­u­ży­teczną osobą w tym gro­nie. Nie ma szans, żebym zabrał głos w podob­nej spra­wie. Samo bycie świad­kiem tej roz­mowy było krę­pu­jące.

– Och, Ron­nie! – Gen zła­pała ją za rękę. – Dwa mie­siące to bar­dzo krótko, nie ma się co spie­szyć.

Linda się z nią zgo­dziła. Przyj­rzała się uważ­nie Ron­nie.

– Czy on wywiera na tobie jakąś pre­sję?

– Co? Nie! – Aż się wypro­sto­wała, obu­rzona tą suge­stią.

– Dobrze, że przy­szłaś do nas z tym tema­tem, ale musisz mnie posłu­chać. – Mama Tiny miała śmier­tel­nie poważną minę. – Gen ma rację, dwa mie­siące to pra­wie nic. Musisz wziąć pod uwagę wszystko: emo­cje, jakie wiążą się ze zbli­że­niem, cho­roby prze­no­szone drogą płciową, no i, rzecz jasna, ciążę. Marzy ci się kariera w spo­rcie. Była­byś gotowa cał­ko­wi­cie z niej zre­zy­gno­wać? Chad wziąłby na sie­bie odpo­wie­dzial­ność?

Ron­nie zasło­niła uszy rękami coraz bar­dziej zawsty­dzona.

– Jesz­cze nie powie­dzia­łam, jakiej pomocy od was potrze­buję. Cho­dzi mi wła­śnie o to, że chcia­ła­bym zacząć brać tabletki anty­kon­cep­cyjne, więc muszę iść do gine­ko­loga. A że jestem nie­peł­no­let­nia…

– Aha! – Linda połą­czyła kropki. – Chcesz się dowie­dzieć, jak masz zacząć ten temat z Domem?

Gen par­sk­nęła śmie­chem.

– Oj, ja nie pomogę.

Ron­nie prze­kła­dała w rękach bran­so­letkę, żeby unik­nąć kon­taktu wzro­ko­wego z roz­mów­czy­niami.

– Wła­ści­wie mia­łam nadzieję, że ktoś z was poroz­ma­wia z nim za mnie. Głu­pio mi tak gadać z bra­tem na takie tematy. A on do cioci ma respekt, Ben to wia­domo, a ty, Gen, zawsze potra­fisz zna­leźć odpo­wied­nie słowa. Razem macie szansę prze­ka­za­nia mu tej infor­ma­cji w taki spo­sób, żeby nie zabił mi chło­paka.

Ja nie zamie­rza­łem z nikim roz­ma­wiać na takie tematy. To było zbyt krę­pu­jące.

Usły­sza­łem skrzyp­nię­cie drzwi za barem, a po ner­wo­wym chi­cho­cie Gene­vieve domy­śli­łem się, kogo zaraz zoba­czę.

– Jesz­cze wró­cimy do tej roz­mowy – zapo­wie­działa cicho Linda.

Nie było żad­nym zasko­cze­niem, gdy Domi­nick poło­żył na naszym sto­liku tacę. Na środku stołu zna­lazł się dzba­nek lemo­niady i szklanki, a przed Gen dodat­kowo talerz z nale­śni­kami.

– Dzię­kuję, ale jadłam w domu – powie­działa.

– Zostały mi ze śnia­da­nia. Jak nie zjesz, to się zmar­nują – odparł bez­na­mięt­nie, na co ona par­sk­nęła śmie­chem.

– Ty to umiesz w reklamę.

Linda wstała, jakby chciała unik­nąć poten­cjal­nej kon­fron­ta­cji zapla­no­wa­nej przez Ron­nie. Zawa­hała się jed­nak, nim ode­szła.

– Ty chyba zapo­mnia­łeś, że zabro­ni­łam ci wycho­dzić na salę, gdy są tu klienci.

Wszy­scy wie­dzie­li­śmy, że zwraca się do Doma. On jed­nak jak gdyby jej nie usły­szał; wsu­nął się do boksu obok Gen.

– Mówię poważ­nie – kon­ty­nu­owała mama Tiny. – Jeśli usły­szę jakie­kol­wiek nie­od­po­wied­nie słowo albo zoba­czę nie­sto­sowne zacho­wa­nie, będziesz miał ogromny pro­blem.

– Wiem, cio­ciu. Pamię­tam i trzęsę się ze stra­chu – zapew­nił Domi­nick.

Pró­bo­wa­łem sku­pić się na lek­cjach, a Gene­vieve zapchała sobie usta nale­śni­kami, zosta­wia­jąc rodzeń­stwu prze­strzeń do roz­mowy. Ron­nie jed­nak nie dostała szansy na wypo­wie­dze­nie prośby.

– Mam z waszą dwójką kość nie­zgody – poin­for­mo­wał Dom, po czym dopre­cy­zo­wał: – Kilka kości.

Popa­trzy­łem na młodą, ale była rów­nie sko­ło­wana jak ja. Z jego per­spek­tywy chyba wyglą­da­li­śmy, jak­by­śmy coś ukry­wali. Domi­nick skrzy­żo­wał ręce i odchy­lił się na opar­ciu.

– Śro­dek zimy, lód na chod­ni­kach, a wy bawi­cie się w kaska­de­rów? Dwie osoby na jed­nym rowe­rze. Nie­faj­nie.

Ron­nie pochy­liła się ku mnie, wal­cząc z głup­ko­wa­tym uśmie­chem.

– Kurde, przy­ła­pał nas. Co my teraz zro­bimy?

– Nie śmiej się, dzie­ciaku. Jak­by­ście się wywa­lili, to Ben może by wyszedł z tego lekko poobi­jany, ale ty z kie­row­nicy lecisz głową pro­sto na asfalt.

– Mia­łam czapkę – bro­niła się słabo Ron­nie.

Jej brat par­sk­nął.

– Czapka to nie kask. Zresztą roz­bita głowa to nie­je­dyna szkoda, jaka mogła się stać. Jak chcia­ła­byś bok­so­wać z poła­ma­nymi rękami?

– Nie dra­ma­ty­zuj.

– Nie wku­rzaj mnie.

– To ty jesteś wku­rza­jący.

– Dopiero mogę zacząć.

– Prze­pra­szamy – wtrą­ci­łem się.

Miło było mieć kogoś, kto auten­tycz­nie inte­re­so­wał się tym, co robię, i kto dbał o moje bez­pie­czeń­stwo. Dom nie wyglą­dał na zde­ner­wo­wa­nego. W jego oczach iskrzyły się zło­śliwe cho­chliki, które tak lubi­łem.

– Ach tak? Oboje prze­pra­sza­cie?

Ron­nie prych­nęła.

– Chyba żar­tu­jesz. Mam paść na kolana i bła­gać o wyba­cze­nie za to, że nie zamie­rza­łam spóź­nić się do szkoły? Jeśli nie chcesz, żebym jeź­dziła z Benem na rowe­rze, to następ­nym razem rusz się i zawieź nas samo­cho­dem.

Domi­nick uniósł brwi zasko­czony.

– Byłem w pracy. Wiem, że dla cie­bie to obce poję­cie.

– Pie­prze­nie. Jak­byś umiał lepiej pla­no­wać swoje obo­wiązki, to bez pro­blemu był­byś w sta­nie wysko­czyć na dzie­sięć minut.

Gene­vieve zaśmiała się pod nosem. Przy­ją­łem to z ulgą. Roz­ła­do­wała atmos­ferę w momen­cie, gdy czu­łem się coraz bar­dziej nie­swojo.

– Jak te dzieci szybko dora­stają – powie­działa, trą­ca­jąc Doma w ramię. – Nasto­letni okres buntu. Pozo­staje tylko życzyć ci powo­dze­nia.

– Dzięki, przyda się.

– A tobie, młoda damo, dam radę. – Gen zwró­ciła się do Ron­nie. – Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, jeśli zamie­rzasz w naj­bliż­szym cza­sie popro­sić kogoś o ryzy­kowną przy­sługę, to lepiej bądź dla tej osoby miła, bo to zwięk­sza twoje szanse. Taka tam rada zupeł­nie nie­zwią­zana z niczym kon­kret­nym.

– Sub­telne – wymru­cza­łem.

Nie­po­trzeb­nie się odzy­wa­łem, bo Domi­nick prze­kie­ro­wał uwagę na mnie.

– Widzisz, zapo­mniał­bym. – Wycią­gnął z kie­szeni tele­fon, a ja i Ron­nie jęk­nę­li­śmy tak gło­śno, że para przy sto­liku pod oknem zer­k­nęła w naszym kie­runku.

Szkoła, do któ­rej cho­dzi­li­śmy, nie cie­szyła się naj­lep­szą opi­nią. Uczęsz­czały do niej dzie­ciaki róż­nego pokroju, ale to te pro­ble­ma­tyczne zawsze domi­no­wały nad resztą. Wła­dze szkolne sta­wały na gło­wie, żeby zapa­no­wać nad uczniami. W celu lep­szej komu­ni­ka­cji na linii nauczy­ciel–rodzic wpro­wa­dzono apli­ka­cję, w któ­rej opie­ku­no­wie mogli na bie­żąco śle­dzić wyniki swo­ich dzieci, ale rów­nież otrzy­my­wać wia­do­mo­ści i uwagi od peda­go­gów. Ron­nie miała wyjąt­ko­wego pecha, bo Domi­nic­kowi bar­dzo spodo­bała się ta inno­wa­cja. Logo­wał się do MySchool kilka razy dzien­nie, mimo że miał usta­wione powia­do­mie­nia z apli­ka­cji.

Jako że moi rodzice nie byli już zaan­ga­żo­wani w moje życie, Dom chęt­nie śle­dził rów­nież moją edu­ka­cję. Dla­tego teraz prze­su­nął tele­fon po stole, żeby poka­zać mi zazna­czoną na czer­wono nie­obec­ność na pierw­szej lek­cji.

– Tak się spie­szy­łeś na tym swoim rowerku, a mimo to nie zdą­ży­łeś na pierw­szą lek­cję?

Zaci­sną­łem wargi, czu­jąc na sobie spoj­rze­nie Gen. Nie chcia­łem mówić przy niej, co było powo­dem mojego spóź­nie­nia. Wypro­sto­wa­łem się z nadzieją, że wyglą­dam na pew­nego sie­bie.

– Nie muszę ci się tłu­ma­czyć – powie­dzia­łem, siląc się na non­sza­lan­cję.

Nie zabrzmiało to ani tro­chę tak, jak pla­no­wa­łem.

– A jed­nak się wytłu­ma­czysz – odparł Domi­nick, naśla­du­jąc ton mojego głosu.

– To moja wina, co nie? – zga­dła Gene­vieve.

Tyle wystar­czyło, by namiastka jej dobrego humoru się ulot­niła. Na jej twa­rzy znowu zabra­kło kolo­rów, a oczy przy­ga­sły.

– Oczy­wi­ście, że nie – zaprze­czy­łem szybko.

– Nie? Czyli to nie ty zmy­łeś ten napis, tylko jakiś dobry duszek?

Nie potra­fi­łem zin­ter­pre­to­wać, czy jest roz­go­ry­czona całą tą sytu­acją, czy naprawdę się na mnie zło­ści. Ogar­nął mnie stres. Prze­su­ną­łem rękę po stole w jej stronę, ale zaraz ją cof­ną­łem w oba­wie, że mogłaby jej nie ująć.

– Gen, nic tutaj nie jest twoją winą. Ani ten głupi napis, ani to, że posta­no­wi­łem się go pozbyć.

Tylko pokrę­ciła głową. Może nie zga­dzała się z moim podej­ściem, a może nie chciała tego dalej słu­chać.

– Ojej, nie­po­trzeb­nie wło­ży­łem kij w mro­wi­sko – wtrą­cił Dom wesoło, cał­ko­wi­cie głu­chy na ton roz­mowy. – No nic, uznajmy, że jesteś roz­grze­szony. Ale roweru ci nie wyba­czam. Jesz­cze raz zoba­czę na nim Ron­nie, a wrzucę go do jeziora.

Zer­k­ną­łem na Gen. Uśmiech na jej twa­rzy wyda­wał się tro­chę wymu­szony, ale lep­sze to niż nic. Chcia­łem, żeby wyrzu­ciła już z pamięci całe zaj­ście. Odwró­ci­łem się więc do Domi­nicka.

– Jeśli to zro­bisz, wsko­czę po rower i będziesz musiał mnie rato­wać – odpar­łem.

– Nie­do­cze­ka­nie. Pozwolę ci uto­nąć.

– Jasne.

Nagle Ron­nie zamknęła zeszyt tak gło­śno, że aż pod­sko­czy­łem.

– Nie mogę się sku­pić, jak tyle gada­cie – oznaj­miła, paku­jąc w pośpie­chu swoje rze­czy. – Idę się uczyć do pokoju.

Już otwie­ra­łem usta, żeby prze­pro­sić, ale Domi­nick ode­zwał się pierw­szy:

– Czyżby? I na pewno nie ma to nic wspól­nego z dzi­siej­szą uwagą?

Jego sio­stra zesztyw­niała; Dom stu­kał przez chwilę w ekran tele­fonu, po czym prze­czy­tał na głos, wyraź­nie prze­cią­ga­jąc sylaby:

– Uczen­nica nie uważa na lek­cji i nie reaguje na prośby o odło­że­nie tele­fonu. – Uniósł wzrok, a spoj­rze­nie, jakie posłał sio­strze, spra­wiło, że nawet mnie zro­biło się nie­swojo. – Skoro tele­fon tak cię roz­pra­sza w nauce, to go tutaj zostaw.

Wycią­gnął rękę po urzą­dze­nie, które wciąż trzy­mała w dłoni. Ron­nie się zawa­hała.

– Umó­wi­łam się z Cha­dem na tele­fon na szó­stą.

– Czy to wła­śnie pisa­niem z Cha­dem byłaś tak pochło­nięta pod­czas lek­cji? Jeśli chło­pak ma na cie­bie nega­tywny wpływ, to może czas ogra­ni­czyć wasze spo­tka­nia.

– O, Boże, jaki ty jesteś dra­ma­tyczny! – Ron­nie prze­wró­ciła oczami tak, jak to tylko potra­fią nasto­latki, po czym z wście­kło­ścią rzu­ciła tele­fon na stół. – Cza­sami naprawdę cię nie zno­szę.

– Jakoś to prze­żyję – odparł jej brat, ale ona już tego nie usły­szała.

Gene­vieve stu­kała dłu­gimi paznok­ciami o blat, dopóki młod­sza kole­żanka nie znik­nęła za drzwiami pro­wa­dzą­cymi do holu.

– Jak myślisz, Ben, to dobry moment, żeby poga­dać z nim o tym, o co nas pro­siła? – zapy­tała w końcu.

– To praw­do­po­dob­nie naj­gor­szy moż­liwy moment na tę roz­mowę.

Dom wziął tele­fon sio­stry.

– Co to za mówie­nie szy­frem?

– Myślę, że tylko jej zaszko­dzisz – odpar­łem, igno­ru­jąc go.

– Halo! O co cho­dzi?

Gen przy­gry­zła wargę.

– Zary­zy­kuję – oznaj­miła w końcu. Odwró­ciła się do przy­ja­ciela. – Tylko musisz obie­cać, że nie spa­ni­ku­jesz, nie wpad­niesz w szał ani nie podej­miesz żad­nej pochop­nej decy­zji.

– To dużo obiet­nic – zauwa­żył Dom. – Mów, o co cho­dzi.

W tym momen­cie mógł­bym się zapaść pod zie­mię, wystrze­lić w kosmos albo zna­leźć się gdzie­kol­wiek indziej, byle tylko nie musieć brać udziału w tej roz­mo­wie. Gene­vieve ści­snęła dłoń Domi­nicka.

– Twoja sio­stra chce zacząć upra­wiać seks, ale wsty­dzi się popro­sić, żebyś poszedł z nią do kli­niki po tabletki anty­kon­cep­cyjne.

Skrzy­wi­łem się, bo naprawdę mogła to ująć tro­chę bar­dziej deli­kat­nie. Szu­ka­łem na twa­rzy Slam­mera jakiej­kol­wiek reak­cji, ale on mil­czał, ze spoj­rze­niem zawie­szo­nym niby na ścia­nie, choć tak naprawdę gdzieś daleko stąd. Nie mia­łem zamiaru prze­ry­wać ciszy, Gen też się do tego nie paliła. Po cza­sie, który zda­wał się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, Domi­nick w końcu się ode­zwał:

– Ona nie może… To nie… Nie.

Gene­vieve poszu­kała pomocy u mnie, ale tylko wzru­szy­łem ramio­nami. Przy­su­nęła się do niego.

– Musisz pogo­dzić się z tym, że Ron­nie dora­sta.

Dom bar­dzo rzadko bywał poważny. Mógł­bym zli­czyć na pal­cach wszyst­kie nasze roz­mowy, pod­czas któ­rych nie wyśmie­wał wszyst­kiego wokół ani nie posłu­gi­wał się sar­ka­zmem. Dla­tego teraz, gdy zadał kolejne pyta­nie tak cicho i upior­nie, prze­szły mnie dresz­cze.

– Nie o to cho­dzi. Co jeżeli wrócą do niej traumy z prze­szło­ści?

Scho­wa­łem twarz w dło­niach. Gen też na moment zamu­ro­wało. Pew­nie czuła się rów­nie głu­pio jak ja, że nie połą­czyła tych tema­tów.

– Była wtedy malutka, wyparła dużo – kon­ty­nu­ował Dom. – Co jeśli cudzy dotyk jej to przy­po­mni?

Gen przy­su­nęła się bli­żej niego.

– Nie jestem psy­cho­lo­giem, więc nie mogę mieć pew­no­ści, ale sądzę, że to ryzyko, które po pro­stu trzeba pod­jąć. Nie możesz jej chro­nić przez całe życie. Prę­dzej czy póź­niej i tak chcia­łaby prze­nieść zwią­zek na wyż­szy poziom. Poroz­ma­wiaj z nią, powiedz jej o swo­ich oba­wach. Nie zaszko­dzi­łoby umó­wić ją do tera­peuty, żeby prze­ga­dali ten temat.

Domi­nick wes­tchnął ciężko i splótł palce z dło­nią Gen. Dziew­czyna przy­jęła to z uśmie­chem, jakby tym małym gestem poka­zał, że się z nią zga­dza.

– Możesz z nią poga­dać o tym, jak ważna jest zgoda i takie tam? – zapy­tał.

Gene­vieve nawet nie pró­bo­wała prze­rzu­cić tej odpo­wie­dzial­no­ści na niego. Była dziew­czyną, a w dodatku Ron­nie miała ją za wzór do naśla­do­wa­nia, więc roz­mowa na takie tematy mię­dzy nimi na pewno będzie znacz­nie mniej nie­zręczna, niż gdyby miał się za to wziąć star­szy brat.

– Jestem z cie­bie dumna, Dom. Byłam pewna, że zanim skoń­czę mówić, już będziesz w dro­dze, żeby zabić Chada.

– Nie pod­su­waj mu takich pomy­słów – syk­ną­łem.

Ekran tele­fonu Ron­nie pod­świe­tlił się, naj­pew­niej przez kolejną wia­do­mość od jej uko­cha­nego. Żadne z nas nie miało w pla­nach czy­ta­nia jej pry­wat­nej kore­spon­den­cji. Moje oczy same jed­nak powę­dro­wały do zegara na środku wyświe­tla­cza.

– Cho­lera, zasie­dzia­łem się – powie­dzia­łem, zbie­ra­jąc rze­czy ze stołu. – Muszę jechać do two­ich rodzi­ców.

– Uca­łuj ode mnie tatę – popro­siła Gene­vieve, zasła­nia­jąc uśmiech szklanką.

– Od razu mówię, że tego nie zro­bię.

Domi­nick też zaczął się zbie­rać.

– Pod­wiozę cię – oznaj­mił.

Zatrzy­ma­łem się, marsz­cząc brwi.

– Jesteś w pracy – przy­po­mnia­łem mu.

Zbył to mach­nię­ciem ręki.

– Przez dzie­sięć minut pora­dzą sobie beze mnie.

Patrzy­łem za nim, gdy biegł do kuchni, by zosta­wić far­tuch i zgar­nąć klu­czyki. Ron­nie naprawdę miała na nas więk­szy wpływ, niż chcie­li­by­śmy przy­znać.

Rozdział 3

Ben

Gdy poże­gna­łem się z tatą Gene­vieve, na zewnątrz było już cał­kiem ciemno, a ja poża­ło­wa­łem, że przy­ją­łem pro­po­zy­cję sprzed dwóch godzin, bo teraz roz­sza­lała się ulewa. Na rowe­rze odle­głość pomię­dzy biu­rem McKen­neyów a hote­lem poko­nał­bym w pięt­na­ście minut; na pie­chotę zdążę nie­źle prze­mok­nąć.

Nie mogłem narze­kać, bo lubi­łem tę pracę. Rodzice Gen poszli mi na rękę. Byłem wdzięczny Lin­dzie, że dała mi dach nad głową, ale w obsłu­dze hotelu radzili sobie do tej pory i nie potrze­bo­wali kolej­nych rąk do pracy. Linda i tak ledwo wią­zała koniec z koń­cem, nie dałaby rady udźwi­gnąć wyna­gro­dze­nia dla następ­nej osoby. Chcia­łem skoń­czyć szkołę, więc nie mogłem iść ni­gdzie na etat. Te dwie godziny dzien­nie u pana Ryana na razie wystar­czały.

Prze­sze­dłem przez par­king, nacią­ga­jąc kap­tur na głowę, gdy nagle sil­nik jed­nego z samo­cho­dów zawar­czał. Unio­słem wzrok i w tym samym momen­cie ośle­piły mnie świa­tła reflek­to­rów. Ku mojemu zasko­cze­niu Domi­nick na mnie cze­kał. Bez waha­nia wsia­dłem do samo­chodu.

– Co to za dzień dobroci dla mnie? – zapy­ta­łem, zamy­ka­jąc drzwi.

W środku buczał cie­pły nawiew, więc roz­pią­łem kurtkę. Dom tkwił za kie­row­nicą; nie zamie­rzał ruszać, dopóki nie zapnę pasa.

– Nie wia­domo, czy z tego desz­czu nie zrobi się wichura – odparł. – Bałem się, że jak będziesz wra­cać na pie­chotę, to porwie cię wiatr.

– Jesteś doprawdy wspa­nia­ło­myślny.

– Jestem, co nie?

Nasze spoj­rze­nia spo­tkały się prze­lot­nie, ale błysk w jego oczach dzia­łał na mnie jak magnes. Gdy już raz popa­trzy­łem na niego, nie potra­fi­łem prze­stać wra­cać. Jego usta ukła­dały się w zadziorny uśmiech. Pra­gną­łem zło­żyć na nich poca­łu­nek. Zado­wo­lił­bym się nawet szyb­kim muśnię­ciem, byle tylko poczuć go bli­sko cho­ciaż na chwilę. Nie­stety nie mia­łem dość odwagi. Skąd mogłem wie­dzieć, czy on ma na to ochotę?

Zamiast tego pochy­li­łem się ku niemu w nadziei, że odczyta moje myśli.

– Dzię­kuję – wyszep­ta­łem.

Wciąż nie przy­wy­kłem do tego, że kogoś obcho­dziło to, co robię. Mia­łem wokół ludzi, któ­rzy o mnie dbali, chcieli dla mnie jak naj­le­piej. „Dzię­kuję” to za mało – jedno słowo nie odda­wało w pełni tego, jak bar­dzo doce­nia­łem dia­me­tralną zmianę w moim życiu.

Domi­nic­kowi to jed­nak wystar­czyło. Wplótł palce w moje włosy i przy­cią­gnął mnie do sie­bie, łącząc nasze usta w poca­łunku.

Abso­lut­nie niczego wię­cej nie potrze­bo­wa­łem do szczę­ścia.

– Podzię­ko­wa­nia przyj­muję tylko w takiej for­mie – oznaj­mił, odsu­wa­jąc się ode mnie. – Zapa­mię­taj to na przy­szłość. A teraz zapnij pas.

Gdy w końcu ruszył, dys­kret­nie dotkną­łem swo­ich warg. Chyba ni­gdy się do tego nie przy­zwy­czaję; cią­gle czu­łem nie­do­syt.

Domi­nick się­gnął do panelu i pogło­śnił odtwa­rzacz. Lubi­li­śmy razem mil­czeć, a on czę­sto wpusz­czał w ciszę mię­dzy nami pio­senki ze swo­jej play­li­sty. Ostat­nio czę­sto zatrzy­my­wa­li­śmy się na jed­nym utwo­rze. Lady May Tylera Chil­dersa była bez wąt­pie­nia ulu­bioną nutą Doma. Zasta­na­wia­łem się, czy spę­dza­jąc czas z innymi ludźmi, też jej słu­chał. Na samą myśl poczu­łem ukłu­cie zazdro­ści. Chcia­łem, żeby była wyjąt­kowa tylko dla nas.

Ni­gdy jed­nak nie powie­dział­bym tego na głos.

– Poka­za­łeś Ryanowi swoje rysunki? – zapy­tał, gdy z gło­śni­ków wybrzmiał następny utwór ze skła­danki.

– Wiesz, że nie.

– McKen­ney­owie znają wielu ludzi. Na pewno by cię gdzieś pokie­ro­wali. Co cię powstrzy­muje?

– Wsty­dzę się. To żenu­jące pro­sić kogoś o uwagę.

Dom pokrę­cił głową, nie akcep­tu­jąc wymówki. Odby­li­śmy tę roz­mowę już milion razy, dosko­nale wie­dzia­łem, co myślał, a on na pewno miał poję­cie, co myślę ja.

– Nie ma gości w restau­ra­cji? – zapy­ta­łem, żeby zmie­nić temat.

Rzu­cił mi spoj­rze­nie mówiące, że dokład­nie wie, co robię. Wycie­raczki samo­cho­dowe skrzy­piały, nie nadą­ża­jąc za kro­plami desz­czu. To była dla mnie wystar­cza­jąca odpo­wiedź. Kto i po co miałby do nas przy­jeż­dżać w taką pogodę? Się­gną­łem do panelu i cof­ną­łem odtwa­rza­nie do naszej pio­senki.

Niczego bym nie zmie­nił w tam­tym momen­cie.

Na par­kingu przed hote­lem stało kilka samo­cho­dów, ale te nale­żały do osób, które już wcze­śniej zatrzy­mały się na noc. Pod samą restau­ra­cją było pusto. Zanim wyszli­śmy z samo­chodu, zapią­łem kurtkę, a w mojej kie­szeni zasze­le­ściła kar­teczka, którą zna­la­złem rano w szkol­nej szafce.

Prze­łkną­łem ślinę. Naj­chęt­niej wyparł­bym wyda­rze­nia ze szkoły.

– Czemu masz taką minę, Benny? – Domi­nick wyrwał mnie z zamy­śle­nia.

Kłam­stwo z łatwo­ścią wypły­nęło z moich ust.

– Nie podoba mi się myśl o wyj­ściu na ten deszcz.

– Masz do przej­ścia jakieś pięć kro­ków, może się nie roz­pu­ścisz – powie­dział, po czym wysiadł.

Nie pobiegł jed­nak pro­sto do drzwi. Obszedł samo­chód i wycią­gnął mnie z niego za rękę.

– Hej, co ty robisz? Prze­stań! – zapro­te­sto­wa­łem ze śmie­chem, gdy ode­rwał mnie od sie­dze­nia i wziął na ręce, jak­bym nic nie ważył.

Czu­łem na twa­rzy kro­ple desz­czu i silne ramię Doma pod kola­nami, gdy biegł przez par­king. Wtu­li­łem się w jego szyję, bo nawet przed samym sobą nie mogłem uda­wać, że mi się to nie podoba.

Pchnął drzwi do restau­ra­cji łok­ciem. Przy­ją­łem z ulgą moment, w któ­rym kro­ple prze­stały wsią­kać w nasze kurtki i osa­dzać się na wło­sach.

– Możesz mnie już posta­wić – zasu­ge­ro­wa­łem, odry­wa­jąc twarz od jego torsu.

– A co, źle ci tak?

Oczy­wi­ście, że musiał się ze mną dro­czyć. Wtedy jed­nak roz­le­gło się poro­zu­mie­waw­cze chrząk­nię­cie, które uświa­do­miło nam, że nie jeste­śmy sami. Dom od razu opu­ścił ramiona, a ja, sta­nąw­szy na pod­ło­dze, odsu­ną­łem się o krok i strzep­ną­łem nie­wi­dzialny kurz z ubra­nia, sta­ra­jąc się ukryć zaże­no­wa­nie.

– Siema, wie­cie może, jak mogę się tu zamel­do­wać? Na recep­cji nikogo nie ma.

Unio­słem wzrok, bo roz­po­zna­łem ten głos, cho­ciaż w pierw­szej chwili nie potra­fi­łem połą­czyć go z twa­rzą. Wysoki blon­dyn imie­niem Jon, któ­rego pozna­łem dziś rano, teraz wyglą­dał zde­cy­do­wa­nie gorzej. Był cały prze­mo­czony, a włosy przy­kle­jały mu się do czoła. Gdy nasze spoj­rze­nia się spo­tkały, zro­bił zdzi­wioną minę.

– Ben­ja­min? Ty tutaj?

– Ja tu miesz­kam. To twoja obec­ność jest więk­szym zasko­cze­niem.

Jona­than wytarł ręka­wem kro­ple desz­czu z twa­rzy.

– Miesz­kasz tutaj? Czyli znasz wła­ści­cieli? – dopy­tał, a gdy przy­tak­ną­łem, uśmiech­nął się sze­roko. – Boże, spa­dłeś mi z nieba, jak słowo daję. Mam nie­ty­pową sytu­ację, tro­chę pro­ble­ma­tyczną, wła­ści­wie to dość zawiła histo­ria…

– Eks­tra, my tutaj wła­śnie takie lubimy naj­bar­dziej. – Domi­nick wszedł mu w słowo swoim prze­sad­nie weso­łym tonem. – Hej, Benny, przed­sta­wisz mnie kole­dze?

Zawsty­dzony swoim bra­kiem oby­cia uśmiech­ną­łem się prze­pra­sza­jąco.

– Tak, racja. To jest Dom, mój…

Zawa­ha­łem się, nie­pewny, jak zakoń­czyć to zda­nie. Mój chło­pak? Mógłby się za to obra­zić, w końcu niczego sobie nie dekla­ro­wa­li­śmy. Mój przy­ja­ciel? To za mało, bio­rąc pod uwagę, że parę minut temu cało­wa­li­śmy się w jego aucie.

Cisza prze­dłu­żała się z sekundy na sekundę, więc wypa­li­łem pierw­sze, co mi przy­szło do głowy:

– Kucharz.

Wyglą­dało na to, że nikt z nas trzech nie spo­dzie­wał się takiej odpo­wie­dzi.

– Twój kucharz? – upew­nił się Jon.

– Mia­łem na myśli, że tutaj, w tej restau­ra­cji – wymam­ro­ta­łem z pie­ką­cymi ze wstydu policz­kami.

Jon wycią­gnął rękę do Doma.

– Tak czy ina­czej, miło poznać. Jona­than Whit­ford.

– Bogato brzmiące nazwi­sko – podzie­lił się uwagą Slam­mer.

W odpo­wie­dzi gość zmru­żył oczy, jakby się nad czymś zasta­na­wiał, a potem pstryk­nął pal­cami.

– Chwila! A ty nie jesteś przy­pad­kiem tym gościem, który cią­gle ma jakieś spiny z bur­mi­strzem?

Domi­nick wzru­szył ramio­nami.

– Każdy ma jakieś hobby. – Odwró­cił się do mnie. – Znajdę cio­cię.

Jona­than patrzył za nim, dopóki Dom nie znik­nął na scho­dach.

– Ten facet to legenda – powie­dział roz­ma­rzo­nym tonem. – Nie cier­pię bur­mi­strza i dener­wuje mnie to, że nikt nie potrafi się mu posta­wić. Całe mia­sto sie­dzi u niego w kie­szeni. Zresztą, to histo­ria na inny dzień, ale mam nadzieję, że będzie mi dane zamie­nić z tym Domi­nic­kiem jesz­cze ze dwa słowa.

Chyba pierw­szy raz w życiu usły­sza­łem, że ktoś chce z nim zaini­cjo­wać roz­mowę. Przy­gry­złem wargę, by powstrzy­mać uśmiech.

– Dom nie jest raczej dobrym roz­mówcą. Co ty na to, żeby­śmy usie­dli?

Obró­ci­łem się w stronę sto­li­ków. Ku mojemu zasko­cze­niu Gen wciąż sie­działa w naszym ulu­bio­nym bok­sie i prze­su­wała pal­cem po ekra­nie tele­fonu, ode­rwana od rze­czy­wi­sto­ści.

– Hej, nie spo­dzie­wa­łem się, że na­dal tu będziesz – powie­dzia­łem, wsu­wa­jąc się naprze­ciwko niej.

Posłała nie­pewne spoj­rze­nie Jonowi, gdy zajął miej­sce obok mnie.

– Napi­sa­łam mamie, że zostanę tu dziś na noc. Okrop­nie leje.

– No to mamy pierw­szy pozy­tyw tej wichury. Znasz Jona? Cho­dzimy do tej samej szkoły.

Chło­pak zmarsz­czył brwi. Naj­wy­raź­niej był jedną z tych osób, które nie lubią, gdy zdrab­niano ich imiona. Gen wycią­gnęła rękę i się przed­sta­wiła. Mógł­bym przy­siąc, że w momen­cie, w któ­rym ich ręce się spo­tkały, coś w powie­trzu się zmie­niło. Poja­wiła się jakaś nowa ener­gia, nie­mal nama­calna. Może powi­nie­nem zosta­wić ich samych.

– Jesteś cały prze­mo­czony, może poży­czę ci jakieś moje ubra­nia? – zapro­po­no­wa­łem i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wsta­łem. Wtedy coś wypa­dło z mojej kie­szeni.

Jona­than schy­lił się, by to pod­nieść, prze­ry­wa­jąc kon­takt wzro­kowy z Gene­vieve.

– Dzięki – powie­dzia­łem machi­nal­nie, a potem zorien­to­wa­łem się, na co patrzę. Zgnio­tłem kar­teczkę i wsa­dzi­łem ją ponow­nie głę­boko do kie­szeni.

– Ej, co to było? – zain­te­re­so­wała się moja przy­ja­ciółka. – Zro­bi­łeś taką minę, jak­byś coś ukry­wał. Ukry­wasz coś, Ben­ja­mi­nie?

Jej oczy prze­wier­cały mnie na wylot. Dobrze byłoby o tym komuś powie­dzieć. Ona sama miała pro­blemy w szkole. Mogła to zro­zu­mieć lepiej niż kto­kol­wiek.

– Bez paniki, ale… Zna­la­złem to dzi­siaj w mojej szafce.

Poło­ży­łem kartkę na stole. Na widok wia­do­mo­ści Gen wyba­łu­szyła oczy. Jona­than pochy­lił się, by też to prze­czy­tać.

– Ale zro­bi­łeś dra­ma­tyczny wstęp – stwier­dził. – O co tu pani­ko­wać? Mnie to wygląda na głupi żart.

Gdyby znał naszą histo­rię, to by tak nie pomy­ślał. Nie zamie­rza­łem wypro­wa­dzać go z błędu. Zabra­łem kartkę od Gen.

– Na razie wolał­bym, żeby nikt o tym nie wie­dział. Nie chcę robić wokół sie­bie zamie­sza­nia. Powiem resz­cie, jeśli to się powtó­rzy, a na razie nie ma sensu nakrę­cać afery. Okej?

Mina mojej przy­ja­ciółki wyraź­nie wska­zy­wała na to, że nie popiera tego pomy­słu, ale nie miała czasu, by dys­ku­to­wać. Dom zna­lazł Lindę, ale nie pod­szedł z nią już do nas, tylko znik­nął za drzwiami kuchni.

Mama Tiny usia­dła obok Gen i zmie­rzyła prze­mok­nię­tego chło­paka spoj­rze­niem.

– Podobno masz jakąś nie­ty­pową sytu­ację.

Jona­than uśmiech­nął się nie­zręcz­nie.

– Dzień dobry. Tak, i to bar­dzo. Czy mogę być z panią szczery?

– To jedyna rzecz, o którą zamie­rza­łam cię popro­sić.

– Okej. – Chło­pak wziął głę­boki oddech. – Mój ojciec jest dup­kiem. Pokłó­ci­łem się z nim i wysze­dłem z domu, a potem zaczęła się ta wichura. Roz­ła­do­wał mi się tele­fon, a zresztą chciał­bym, żeby tata się tro­chę o mnie pomar­twił, bo przy­się­gam, że to on zacho­wuje się źle, nie ja.

– Chyba muszę znać wię­cej szcze­gó­łów – odparła Linda. – Po tym krót­kim wstę­pie nie potra­fię stwier­dzić, czy fak­tycz­nie trzeba cię bro­nić przed ojcem, czy po pro­stu jesteś w fazie buntu.

– „Bro­nić” to za duże słowo. Bar­dzo chciał­bym tu prze­no­co­wać, bo w tej sytu­acji nie chcę pro­sić o nic ojca, a dodat­kowo warunki na dro­gach są nie­pewne. Pro­blem w tym, że… No, nie mam przy sobie kasy, a tele­fon mi się roz­ła­do­wał. Może pani pocze­kać na płat­ność do rana? Rano zadzwo­nię do ojca i gdy po mnie przy­je­dzie, to zapłaci.

Natu­ralny wyraz twa­rzy Lindy mógł wyda­wać się nie­przy­jemny, szcze­gól­nie dla kogoś, kto widział ją po raz pierw­szy. Jona­than nie był wyjąt­kiem; cze­kał w napię­ciu na odpo­wiedź, ner­wowo rusza­jąc kola­nem.

– Zgo­dzi się pani? – pona­glił ją. – Ben może potwier­dzić, że jestem w porządku.

Linda zer­k­nęła na mnie podejrz­li­wie. Poki­wa­łem głową na potwier­dze­nie jego słów. Matka Tiny wes­tchnęła ciężko, roz­kła­da­jąc ręce.

– No, a co mam zro­bić? Wysta­wić cię za drzwi na tę ulewę? Dosta­niesz pokój, ale jak naj­szyb­ciej nała­duj tele­fon i napisz ojcu, że jesteś bez­pieczny. Nie zamie­rzam mno­żyć sobie pro­ble­mów przez zbun­to­wa­nego nasto­latka.

– Dobrze, oczy­wi­ście, dzię­kuję bar­dzo. – Przez chwilę Jona­than wyglą­dał, jakby zamie­rzał wstać i uści­skać kobietę, ale final­nie z tego zre­zy­gno­wał. Odwró­cił się do mnie. – Mógł­byś fak­tycz­nie poży­czyć mi jakieś ubra­nia i łado­warkę do tele­fonu?

Otwo­rzy­łem usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale Gen mnie uprze­dziła.

– Ja cię zapro­wa­dzę. Hej, Ben, mogę się dziś prze­spać w twoim pokoju? Skoro i tak stoi pusty…

To powie­dziaw­szy, posłała ukrad­kowe spoj­rze­nie Lin­dzie, jakby nie była pewna, czy fakt, że prak­tycz­nie prze­pro­wa­dzi­łem się do Domi­nicka, jest powszech­nie znany.

– Pew­nie. A ty, Jon, weź sobie, co chcesz, z mojej szafy.

Gdy wszy­scy wstali od stołu, bez­myśl­nie posze­dłem w ich ślady, z tą róż­nicą, że gdy oni skie­ro­wali się do holu, ja wró­ci­łem do mojego ulu­bio­nego kucha­rza w całym Ohio.

Rozdział 4

Ben

Każ­dego wie­czoru zasy­pia­łem z dło­nią Doma opartą gdzieś na moich ple­cach, swo­bod­nie, odru­chowo szu­ka­jąc kon­taktu. Rano jed­nak zwy­kle znaj­do­wa­łem już tylko chłodne prze­ście­ra­dło po jego stro­nie łóżka. Kuch­nia teo­re­tycz­nie dzia­łała od siód­mej, ale on zawsze scho­dził tam wcze­śniej, żeby zro­bić nam wszyst­kim śnia­da­nie.

Tym razem jed­nak spo­kojna, bo wciąż pogrą­żona we śnie, twarz Slam­mera była pierw­szym, co zoba­czy­łem po roz­chy­le­niu powiek. Nie nacie­szy­łem się jed­nak tym wido­kiem zbyt długo, bo do mojej świa­do­mo­ści dotarło łomo­ta­nie w drzwi. Domi­nick wydał z sie­bie pomruk nie­za­do­wo­le­nia, ale zanim na dobre się prze­bu­dził, zwlo­kłem się z łóżka i otwo­rzy­łem. Na kory­ta­rzu cze­kała Ron­nie.

– O, super, jesz­cze nie zeszli­ście – powie­działa, kom­plet­nie igno­ru­jąc moją nie­za­do­wo­loną minę.

Wepchnęła się do środka. Dopiero wtedy zauwa­ży­łem, że trzyma w ręce szczotkę i gumki do wło­sów.

– Zaple­ciesz mi war­ko­cze, Dom? Nie będę tu wra­cać po szkole, idę z dziew­czy­nami na kawę, a potem Chad pod­wie­zie mnie na tre­ning.

Usia­dła na brzegu łóżka i zarzu­ciła włosy do tyłu, jakby w ogóle nie przyj­mo­wała do sie­bie moż­li­wo­ści, że brat może jej odmó­wić. Dom usiadł, na­dal balan­su­jąc na gra­nicy snu i jawy, i bez słowa wziął szczotkę.

Opar­łem się o drzwi, skrzy­żo­wa­łem ramiona i przy­glą­da­łem się tej sce­nie.

– Musimy wpro­wa­dzić jakieś zasady – zasu­ge­ro­wa­łem. – Jest piąta rano. Nie możesz tu wpa­dać o tej godzi­nie i walić w drzwi, jakby to była sprawa życia i śmierci.

– Jak ci coś nie pasuje, to wra­caj do sie­bie – odparła znu­dzona.

– Dzi­siaj nie mogę, Gen zaj­muje mój pokój.

Ron­nie odwró­ciła się do mnie gwał­tow­nie.

– Co?

– Nie ruszaj głową – zga­nił ją Domi­nick, zaczy­na­jąc fry­zurę od początku.

Dziew­czyna go zigno­ro­wała.

– Gen została na noc?

– Tak. A ty mogła­byś w końcu nauczyć się robić sobie war­ko­cze.

– Odwal się, Ben – burk­nęła, się­ga­jąc po tele­fon.

– Mówię serio. Od wrze­śnia zaczy­nasz poważną spor­tową szkołę. Jak inne dziew­czyny się dowie­dzą, że nawet nie potra­fisz zapleść sobie wło­sów, będą się z cie­bie śmiały.

– Jesteś głu­chy? Powie­dzia­łam: odwal się.

– Prze­stań się tak do niego odzy­wać. – Domi­nick pocią­gnął ją lekko za war­kocz, po czym prze­niósł wzrok na mnie. – A ty się od niej odwal.

Zamiast na zna­cze­niu słów zawie­si­łem się na jego gło­sie – wciąż niskim i szorst­kim po nocy. Ta chro­po­wata barwa nie była wredna; miała raczej coś, co wywo­ły­wało we mnie dziwne cie­pło.

Skoro Ron­nie i tak już nas obu­dziła, mogłem rów­nie dobrze zejść z Domem do kuchni. Nie lubił, gdy ktoś mu prze­szka­dzał w ruty­nie, chyba że miał za dużo pracy. Już zdą­ży­łem się nauczyć, że nie ma sensu nawet ofe­ro­wać pomocy. Trzeba było cze­kać, aż sam o nią poprosi.

Posta­wił przede mną kubek z żabą. Odkąd tylko Gen wró­ciła, Louis suszył mi głowę, że muszę sobie kupić jakiś inny, bo ten nale­żał do niej. Każdy z nich miał kubek z innym zwie­rzę­ciem. Nim jed­nak zdą­ży­łem pójść do sklepu, Gen poda­ro­wała mi też z żabą, ale mój róż­nił się od jej kolo­rem i kształ­tem. Podo­bała mi się ta myśl. Nagle ta drobna rzecz zaczęła zna­czyć dla mnie wię­cej, niż chciał­bym przy­znać. To dzięki niej pozna­łem Tinę, Stana, Louisa, Ron­nie i Doma. To dzięki niej odna­la­złem swoje miej­sce na świe­cie. Zawdzię­cza­łem jej wszystko.

Naj­pierw do kuchni zeszli Tina i Stan, a zaraz za nimi Ron­nie. Dosie­dli się do kana­pek. Począt­kowo nie byli zbyt roz­mowni, potrze­bo­wali kilku łyków kawy, by wró­cić do żywych. Lubi­łem tę naszą poranną rutynę.

– Zbli­żają się uro­dziny Louisa – pod­jęła Tina mię­dzy kolej­nymi gry­zami.

Cokol­wiek zamie­rzała dodać, prze­rwały jej chi­chot i kroki z sali. Chyba wszy­scy spo­dzie­wa­li­śmy się Roth­wella, ale zamiast niego do kuchni wpa­dli Gen i Jon. Szli bli­sko sie­bie, na tyle, by ich dło­nie przy­pad­kiem się ocie­rały, ale nie na tyle, by któ­reś musiało to sko­men­to­wać.

Poczu­łem ucisk w żołądku, bo Jona­than miał na sobie moje ubra­nie. Jasne, pozwo­li­łem mu, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że wygrze­bie z szafy bluzę z wiel­kim napi­sem „Cle­ve­land”, którą dosta­łem od naszej ekipy na święta. Cho­ciaż plamę krwi udało się sprać, nie zało­ży­łem jej ani razu od tam­tego dnia. Przy­po­mi­nała mi o wyda­rze­niu, które ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łem wyma­zać z pamięci.

Gdy dotarło do nich, że wszy­scy się na nich gapimy, Jon odchrząk­nął nie­zręcz­nie, a Gen pró­bo­wała zetrzeć z twa­rzy uśmiech, jak­by­śmy przy­ła­pali ich na czymś nie­od­po­wied­nim.

– Hej, wszy­scy, to jest Jona­than. Jon, to są Stan, Tina i Ron­nie. Tych chło­pa­ków już pozna­łeś. Do kom­pletu bra­kuje jesz­cze tylko Louisa.

Cho­ciaż nie zna­łem go dużo dłu­żej od reszty, chło­pak na mój widok wyraź­nie ode­tchnął. Byłem dla niego jedyną zna­jomą twa­rzą w pomiesz­cze­niu peł­nym obcych ludzi. Podał mi rękę, a gdy ją uści­sną­łem, przy­su­nął się bli­żej, tak by nasze barki się zetknęły – coś w rodzaju męskiego uści­sku. Lubi­łem, gdy ludzie ini­cjo­wali ze mną kon­takt. Lubi­łem być przy­tu­lany.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki