Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
16 osób interesuje się tą książką
Benjamin Lowell wreszcie poczuł, że znalazł swoje miejsce – wśród przyjaciół z Cleveland, w świecie, w którym jest akceptowany, szanowany i kochany. Jego życie zaczęło płynąć spokojnym rytmem.
Do czasu, gdy w szkolnej szafce znalazł pierwszy anonimowy list z pogróżkami.
W hotelu, który dotąd był bezpieczną przystanią, również zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. Przyjaciele Bena mierzą się z własnymi problemami, a w chwilach największych napięć zapominają o lekcji cioci Lindy: że dopóki trzymają się razem, poradzą sobie ze wszystkim. Tymczasem kolejne nieszczęścia tylko pogłębiają dzielące ich różnice.
Jedno staje się jasne – komuś bardzo nie podoba się powrót Genevieve McKenney do miasta. Jak daleko posunie się ta osoba, by dziewczyna zniknęła raz jeszcze? I czy wsparcie bliskich wystarczy, by przetrwać nadciągający kryzys?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 373
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 32 min
Lektor: Tomasz Urbański
Machine Gun Kelly – concert for aliens
Bring Me The Horizon – sTraNgeRs
Anastacia – Left Outside Alone
Måneskin – The Loneliest
Bring Me the Horizon – True Friends
sombr – I Don’t Know You Anymore
Sydney Rose – We Hug Now
Conan Gray – The Exit
Alexandria – Always an Angel
Aura Dione ft. Rock Mafia – Friends
OneRepublic – Apologize
The Fray – How to Save a Life
NF – If You Want Love
Tyler Childers – Lady May
Pięść zmierzała nieuchronnie w kierunku mojej twarzy, a ja nie zrobiłem nic, by się obronić – patrzyłem na nią sparaliżowany. Zdawało mi się, że widzę każdy detal dłoni ojca, zbliżającej się w zwolnionym tempie: każdą kosteczkę, każde pęknięcie skóry i wszystkie ślady po starych bliznach. Czas się zatrzymał, mogłem jedynie czekać na piekący ból. Znałem to uczucie, doskonale je pamiętałem, byłem na nie przygotowany. Uderzenie jednak nie nadeszło. Zamiast tego poczułem dotyk na ramieniu. Ocknąłem się.
– Ziemia do Bena! – Przez senną ścianę zaczął przebijać się głos. – Wstawaj!
Rozchyliłem powieki. Ronnie Slammer stała nade mną, zasłaniając wpadające przez okno jaskrawe promienie słońca.
Rozejrzałem się po pokoju. Minął już miesiąc, odkąd się tu przeprowadziłem, a jednak od czasu do czasu wspomnienia z domu rodzinnego jeszcze nawiedzały mnie w snach. Potrzebowałem chwili, żeby uświadomić sobie, że tutaj nie usłyszę zza ściany żadnych wrzasków, trzasku butelek ani pospiesznych kroków oznaczających kłopoty. Byłem bezpieczny, daleko od tego, co jeszcze do niedawna stanowiło moją codzienność.
– Halo! – Ronnie szturchnęła mnie w ramię. – Pora zbierać się do szkoły.
Chwyciłem za telefon, żeby sprawdzić godzinę. Młoda jak zwykle przesadzała, miałem jeszcze sporo czasu. Przetarłem twarz z głośnym westchnieniem.
– Mogłem pospać jeszcze pół godziny.
Prychnęła, jakby usłyszała największą bzdurę na świecie.
– No właśnie nie. Musimy jechać twoim rowerem, ostatnio za dużo ludzi przyjeżdża na śniadania. Lou powiedział, że nas nie zawiezie, bo musi pomóc Domowi.
Uniosłem się na łokciach. Dziewczyna położyła mój plecak na biurku i wsadziła do niego papierową torbę z jedzeniem. Najwyraźniej grzebanie w cudzych rzeczach było u Slammerów rodzinne. Nie rozbudziłem się jeszcze wystarczająco, by tłumaczyć jej, że musi przestać to robić.
– A pytałaś Stana? Może on by nas podwiózł?
– Nie ma go. Wczoraj chyba pokłócił się z Tiną, ale nie wiem, o co. – Ronnie podniosła z podłogi koszulkę, jedną z wielu, jakie się tam walały, i rzuciła nią we mnie. – No, wstawaj już.
Podniosłem ręce w geście poddania.
– Okej, moment. Możesz wyjść? Przydałoby mi się trochę prywatności.
– Prywatności – powtórzyła z ironią. – Jeśli tęsknisz za prywatnością, to wracaj do swojej sypialni. Do pokoju mojego brata mogę przychodzić, kiedy chcę.
Tłumaczyłem sobie, że to, jaka Ronnie bywa wkurzająca, jest kwestią wieku, i wyczekiwałem momentu, w którym z tego wyrośnie.
– Daj mi pięć minut. No już, wypad stąd.
Dziewczyna uniosła brwi w przesadnym zdziwieniu.
– Wypad? Powiem Dominickowi, jak się do mnie odzywasz.
– Nie, czekaj! – zawołałem, ale ona już ze śmiechem zwiała na korytarz.
Obawiałem się wielu rzeczy, jednak w ogólnym rozrachunku Cleveland było dla mnie naprawdę dobre. Udało mi się przenieść papiery, więc koniec końców będę w stanie skończyć szkołę tutaj. Ronnie od nowego semestru zacznie naukę w prywatnym liceum sportowym, ale do końca tego roku szkolnego zostaje u nas, więc codziennie rano jeździmy razem. Na początku rozdzielaliśmy się jeszcze przed wejściem do budynku, ale z czasem młoda zaczęła wchodzić ze mną do środka i żegnaliśmy się dopiero przy szafkach. Poczułem się wtedy, jakbym dostał niespodziewany awans w hierarchii społecznej. Jeśli szesnastolatka się mnie nie wstydzi, to chyba nie jest ze mną tak źle.
Tak jak zapowiedziałem, zbiegłem po schodach pięć minut później. Ronnie rozmawiała z Tiną na recepcji. Właściwie wyglądało to tak, że Tina prowadziła monolog. Młoda przyjęła moje nadejście z wielką ulgą.
– Wybacz, ale musimy się zbierać – oznajmiła, ruszając do drzwi. – Na pewno się pogodzicie, jak zawsze!
Pomachałem do Tiny, trochę na powitanie, a trochę na znak, że popieram słowa Ronnie. Gdy wyszedłem na zewnątrz, ona już wyciągała mój rower.
– Przewieziesz mnie na kierownicy? – Mówiąc to, przeciągała każdą sylabę, jak zawsze, gdy wymyślała coś głupiego i nie zamierzała przyjąć odmowy.
Pokręciłem głową.
– Jest za ślisko, zabijemy się. A nawet jeśli przeżyjemy, to twój brat mnie dobije za narażanie ciebie na niebezpieczeństwo.
– Ale na bagażniku mi niewygodnie.
– No to możemy wybrać się na piechotę. Mamy jeszcze sporo czasu.
– Boże, Ben, jaki ty jesteś nieznośny! Po co w ogóle ta dyskusja? Zrobimy tak, jak mówię, bo jestem dziewczyną, a ty dżentelmenem, więc musisz robić to, co ja chcę.
Uśmiechnęła się słodko dla złagodzenia tych słów, bo wiedziała, że przegięła. Pokręciłem głową ze śmiechem.
– Przede wszystkim jesteś bezczelną gówniarą. Na twoje szczęście jestem debilem, który daje sobie wchodzić na głowę. Wskakuj.
Nie wiem, dlaczego to ja musiałem wozić ją, a nie na odwrót. Ona, mimo że młodsza, była ode mnie znacznie bardziej wysportowana i silniejsza.
Jakby śnieg nie stanowił wystarczającej niedogodności, to jeszcze widoczność ograniczały mi rozwiewane przez wiatr włosy Ronnie. W końcu jednak zza rogu wyłonił się budynek szkoły. Młoda niespodziewanie zeskoczyła z kierownicy, a ja straciłem panowanie nad rowerem. W ostatniej chwili zatrzymałem się gwałtownie, ale ona nawet się na mnie nie obejrzała. Biegła prosto w ramiona naszej przyjaciółki, która jak zwykle czekała na nas przed wejściem.
– Cześć, kumplu. – Genevieve McKenney przytuliła się do mnie, gdy do nich dołączyłem. – Co to się stało, że dzisiaj nie macie szofera?
– Duży ruch w porze śniadaniowej, zakulisowe sprzeczki – zacząłem wyliczać. – Nie wiem, chyba przespałem najlepsze momenty.
– Mogliście napisać, poprosiłabym mamę i zgarnęłybyśmy was.
– Nie macie po drodze. Poza tym odnoszę wrażenie, że Ronnie uwielbia te dni, kiedy może mnie budzić i od rana narzucać mi swoje zdanie.
Młoda wzruszyła ramionami.
– Nie moja wina, że tak łatwo tobą rządzić.
Genevieve zaśmiała się głośno. Ronnie wyprzedziła nas na schodach, uznając rozmowę za zakończoną. Zawsze jej się spieszyło, nawet jeśli nie miała w tym żadnego celu. Była roztrzepana i rozemocjonowana i odnosiłem wrażenie, że paradoksalnie spokój ducha osiągała tylko wtedy, gdy wchodziła na ring.
Przekroczyliśmy próg szkoły. Z naprzeciwka szły dziewczyny, z którymi chodziłem na historię. Pomachały mi na powitanie; odwzajemniłem gest. Miałem nadzieję, że taki stan rzeczy utrzyma się dłużej – że rówieśnicy przez cały czas będą nastawieni do mnie neutralnie, może nawet przyjacielsko. Że nie dorobię się tutaj takiej reputacji jak w poprzedniej szkole.
Gen, z zaróżowionymi policzkami od mrozu, przyglądała się mi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Masz taką minę, jakbyś uknuła niecny plan – skomentowałem.
– Może tak właśnie jest. Wiesz, Ben, powoli zbliżają się walentynki – zaczęła z pozoru niewinnie.
Oczywiście, że o to chodziło. Zdawało mi się, że w ostatnim czasie nie gadamy o niczym innym, ale udałem, że nie wiem, do czego zmierza.
– Najpierw jeszcze urodziny Louisa, nie?
– Dobra, dobra, nie mydl mi oczu. Wiesz, o co chcę zapytać. – Odczekała moment, ale gdy milczałem, jęknęła przeciągle. – Daj spokój, Ben, nakarm moją ciekawość. Macie z Domem jakieś…
Zatrzymała się raptownie, trochę za wcześnie, gdy jakieś trzy kroki dzieliły nas od szafek. Blask, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej twarz, całkowicie zgasł. Podążyłem za linią zaniepokojonego wzroku Gen i momentalnie udzieliły mi się jej emocje.
Na niebieskiej szafce mojej przyjaciółki ktoś wymalował czerwoną farbą koślawy napis niemożliwy do przeoczenia.
SZMATA WARRENA.
Ronnie stanęła przy szafce i wodziła palcami po plamach farby, jakby w ten sposób mogła znaleźć odpowiedzi, kto za tym stoi i kiedy to zrobił. Podszedłem do niej szybko.
– Farba już dawno wyschła. To musiało zostać namalowane co najmniej godzinę temu – stwierdziła.
– W takim razie dlaczego nikt nie zareaguje? Chyba są tu jakieś osoby odpowiedzialne za sprzątanie – warknąłem pod nosem.
Naciągnąłem rękaw bluzy na dłoń i zacząłem pocierać nim napis. Bez skutku. Najchętniej zasłoniłbym go całym ciałem, byle tylko ochronić Gen przed demonami przeszłości.
– Dajcie spokój – powiedziała do nas z uśmiechem, na który ani ja, ani Ronnie się nie nabraliśmy. – Przecież wszyscy wiemy, że ludzie gadają, co nie?
Przepchnęła się między nami i otworzyła szafkę, a potem, z pochyloną nisko głową zaczęła chaotycznie przepakowywać książki. Siostra Doma posłała mi spojrzenie, które zrozumiałem bez słów.
Powrót Gen do szkoły nie należał do najłatwiejszych. Czułem się z tym fatalnie. Przekonywałem ją, że na pewno nikt nie będzie już pamiętał o aferze sprzed kilku lat; przecież to ogromne miasto, w którym co chwilę coś się dzieje. Niestety, sensacje mają całkiem długi żywot, ludzie w obrębie jednej dzielnicy znają się lepiej, niż by się wydawało, a wszystko, co związane z burmistrzem, interesuje mieszkańców. Niegdyś Genevieve znalazła się w centrum skandalu z młodszym synem Alistaira Warrena. Ta afera w oczach społeczności nigdy nie została do końca wyjaśniona i skutki tamtych wydarzeń Gen odczuwała do dziś.
Ronnie złapała ją delikatnie za rękę, a ja stałem jak kołek. Czułem się jak największy złamas, że nie potrafię jej pomóc.
– Gen… – zaczęła młoda.
McKenney od razu jej przerwała.
– Nie ma się czym przejmować. Serio. – Zatrzasnęła szafkę w momencie, gdy zadzwonił dzwonek. – Spadam na biologię. Widzimy się na długiej przerwie, Ben?
Chciałbym powiedzieć cokolwiek, byle tylko jej oczy znowu zaczęły błyszczeć szczęściem. Gdybym znał odpowiednie słowa, które choć trochę poprawiłyby jej humor, użyłbym ich. Niestety, jak wielokrotnie mówiła mi matka, nic nie umiałem zrobić dobrze.
– Jasne. Tam gdzie zawsze – mruknąłem, bo jedynie na to było mnie stać.
Gen ruszyła po schodach w górę. Ronnie jeszcze przez chwilę stała w miejscu, jakby zastanawiała się, co zrobić, ale w końcu też poszła na lekcje. Ja zostałem. Patrzyłem na przechodzących korytarzem ludzi, którzy naturalnie zatrzymywali wzrok na wielkim, czerwonym napisie. Liczyłem, że może sprawca sam się ujawni, że wykona gest, po którym poznam, że to on. Wkrótce jednak korytarz opustoszał. Uczniowie zniknęli za drzwiami klas. Zostałem sam.
Odkręciłem butelkę z wodą i chlusnąłem na szafkę Gen, po czym zacząłem ponownie pocierać napis rękawem. Kolor zaczął się rozmazywać, a materiał mojej bluzy przemakać. Trudno. Nie zobaczą mnie na żadnej lekcji, dopóki ta obelga całkowicie nie zniknie.
Byłem tym tak pochłonięty, że nie usłyszałem kroków, których dźwięk odbijał się echem od ścian. Dlatego podskoczyłem jak oparzony, gdy ktoś tuż obok mnie się odezwał.
– Hej, stary…
Tuż za mną stało dwóch chłopaków, mniej więcej w moim wieku. Wystraszyli mnie, ale ja ich chyba też, bo gdy obróciłem się zamaszyście, zrobili kilka kroków w tył. Wysoki blondyn uniósł ręce w uspokajającym geście, a jego niższy kolega patrzył na niego jak na lidera.
– Przepraszam, nie chcieliśmy cię wystraszyć – powiedział ten pierwszy, uciekając wzrokiem gdzieś poza moje ramię. – Ale słaba akcja. Ludzie są bezduszni.
Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, kim oni są. Nie potrafiłem rozszyfrować, czy faktycznie współczują Gen tej sytuacji, czy robią sobie ze mnie jaja. Nie chodziłem z nimi na żadne zajęcia, a nie szukałem nowych znajomych. Dużo przeszedłem w poprzedniej szkole, więc z przyzwyczajenia zacząłem przygotowywać się na atak. Chłopak chyba tego nie dostrzegł.
– Nie wiadomo, kto za tym stoi? – Wskazał na szafkę.
Potrząsnąłem powoli głową. Blondyn przeczesał włosy palcami.
– Widzieliśmy, jak się z tym męczysz. Sama woda niewiele pomoże. – Odwrócił się do kumpla, a ten wyciągnął z plecaka butelkę bardzo podobną do mojej oraz paczkę chusteczek.
Uśmiechnęli się porozumiewawczo, jakby właśnie mieli zdradzić mi wielką tajemnicę.
– To zadziała skuteczniej – oznajmił niższy i odkręcił butelkę.
Od razu uderzył mnie ostry, gryzący zapach. Nie miałem złudzeń, że to alkohol. W głowie od razu pojawił mi się obraz, którego nie chciałem pamiętać: mój ojciec z drżącymi rękami i zamglonym spojrzeniem, przez które przebijała się tylko jedna emocja: gniew.
– No co? – zapytał chłopak z cwaniackim uśmieszkiem. – To tylko trochę mocniejszy środek czystości. Masz.
Podał mi chusteczkę. Nie byłem pewien, czy mdłości, które czułem, wywołał ów smród, czy sam ich pomysł, ale gdy tak stali i czekali na moją reakcję, jedyne, co mogłem zrobić, to przyjąć ich pomoc. I nieważne, że tego nie pochwalałem; musiałem im przyznać rację – napis zaczął powoli, lecz skutecznie znikać.
Blondyn dołączył do mnie, wycierając nazwisko oprawcy Gen chusteczką.
– Jestem Jonathan, a to Walker – powiedział, ale nie podał mi ręki.
Obejrzałem się na tego z tyłu, Walkera, który akurat brał łyk ze swojej śmierdzącej butelki. Pomogli mi. Najwyraźniej nie mieli złych intencji.
– Benjamin.
– Zacząłeś chodzić do szkoły mniej więcej w tym samym czasie, gdy wróciła Genevieve. Co to za historia?
Patrzyłem raz na jednego, raz na drugiego, węsząc spisek. Walker wydawał się jednak znudzony, a Jonathan ani na moment nie przestał mi pomagać. Mogłem pozwolić sobie na zdawkową odpowiedź.
– Przeprowadziliśmy się tu w tym samym czasie, zaprzyjaźniliśmy się. A co za historia kryje się za tym, że przynosicie wódkę do szkoły?
Nie odrywając ode mnie spojrzenia, Walker pociągnął kolejny łyk. Nawet się nie skrzywił. Jonathan parsknął śmiechem.
– Czym byłoby życie bez odrobiny adrenaliny? Mój ojciec mówi, że kiedyś z tego wyrosnę. Ten moment wciąż nie nadszedł. – Odsunął się od szafki. – I co o tym myślisz, Benjaminie? Chyba nieźle nam poszło.
Po obraźliwym napisie nie było śladu. Pokiwałem głową.
– Dzięki, chłopaki. Sam bym sobie nie poradził.
– Zauważyliśmy – odparł Jon, wyciągając telefon. – Masz konto na Instagramie? Może się zgadamy kiedyś po zajęciach?
Podał mi telefon, więc nawet nie zdążyłem zaprotestować. W tym mieście wszystko okazało się inne niż to, co znałem wcześniej. Miło było swobodnie chodzić po korytarzach bez strachu, że ktoś mnie zaatakuje. Tyle by mi wystarczyło do szczęścia. A teraz jeszcze dowiedziałem się, że istnieją ludzie, którzy chcą poznać mnie bliżej. Czy zawieranie nowych znajomości naprawdę jest takie łatwe?
– Okej, dzięki – powiedział Jon, gdy oddałem mu telefon. – Zamierzasz iść na pierwszą lekcję czy odpuszczasz?
– Jeszcze się zastanowię.
– Dobra. Gdybyś chciał do nas dołączyć, to będziemy w palarni. Wiesz, gdzie to jest?
Potrząsnąłem głową. Jonathan wyjaśnił, której części placu szkolnego nie obejmują kamery. Pożegnałem się z nimi i zacząłem zbierać myśli. Może faktycznie nie opłacało mi się iść do klasy. Dostałbym tylko ochrzan za spóźnienie od ostrej nauczycielki.
Napis na szafce Gen ciążył mi na sumieniu. Ktoś tutaj aż tak jej nienawidził, by publicznie ją upokorzyć, a ja byłem jej przyjacielem, więc powinienem zrobić coś, by ją ochronić. By nie dopuszczać do takich sytuacji.
Chłopacy zostawili mnie samego z tym cholernym zapachem alkoholu, który nie chciał wywietrzeć. Starając się go ignorować, otworzyłem drzwiczki swojej szafki. W momencie, w którym zajrzałem do środka, zapomniałem, co chciałem z niej wyciągnąć. Czekała na mnie mała, złożona na pół karteczka, wsunięta tak, że nie dało się jej przeoczyć. Rozprostowałem papier i przekrzywiając głowę, przeczytałem koślawy napis:
Wracaj tam, skąd przyjechałeś.
Oparłem czoło o zimny metal szafki i przymknąłem powieki. Nie rzucałem się jakoś przesadnie w oczy. Nie sprawiałem problemów, robiłem to, co kazano. Mieszkałem w hotelu z ludźmi, których uwielbiałem. Po szkole jeździłem do biura ojca Gen, codziennie na dwie godziny, żeby sobie dorobić. Żyłem tak od miesiąca. Z czystym sumieniem mogłem powiedzieć, że przez cały miesiąc ani razu nikomu nie podpadłem.
A jednak przeszłość znalazła sposób, żeby nie dać mi o sobie zapomnieć.
Dominick napisał, że skoro nie zjadłem rano śniadania, to mam obowiązkowo przyjechać na obiad, zanim ruszę do biura państwa McKenneyów. Jako że był największym uparciuchem, jakiego w życiu poznałem, nie chciało mi się z nim dyskutować, a już zwłaszcza w kwestii jedzenia. Podchodził do tego tematu śmiertelnie poważnie.
Namawiałem Gen, żeby jechała razem ze mną do hotelu, ale przez cały dzień nie miała humoru. Nasza ekipa na pewno znalazłaby sposób, by ją rozweselić, nie chciałem jednak być natrętny, więc ostatecznie wróciła do siebie.
Weszliśmy z Ronnie do restauracji. Trzy stoliki były zajęte; dwie pary już jadły, a trzeciemu, samotnemu mężczyźnie, Louis właśnie niósł posiłek. Machnąłem kumplowi na przywitanie, ale nie odwzajemnił gestu, skupiony na pracy. Możliwe, że nawet nie zarejestrował naszej obecności.
W kuchni unosił się piękny zapach. Chociaż codziennie pachniało tu nieco inaczej, to zawsze wzbudzało we mnie takie same emocje. Czułem się tutaj najlepiej, najbezpieczniej, najbardziej komfortowo. Utożsamiałem to pomieszczenie z sercem domu.
Stan siedział na jednym ze stołków barowych. To był dobry znak; najpewniej pogodził się już z Tiną.
Dominick, korzystając z chwili spokoju, wziął się za mycie naczyń, ale gdy nas zobaczył, porzucił to zajęcie. Wskazał ręką na krzesła i zaczął nakładać jedzenie.
– Wydarzyło się dzisiaj coś bardzo niefajnego – poinformowała Ronnie na wstępie, nie czekając, aż któryś z chłopaków zapyta, jak minął nam dzień.
Ryż z kurczakiem i warzywami był pyszny – jak wszystko, co przygotowywał Slammer – ale jakoś trudno było mi przełykać kolejne kęsy, gdy młoda relacjonowała wydarzenia z ranka w szkole. Gapiłem się na swój talerz, pochłonięty myślami. W jakiś pokręcony sposób czułem się winny. To ze mną Genevieve spędzała najwięcej czasu z całej naszej paczki. Poza tym to ona w mojej starej szkole bez wahania stawała w mojej obronie. Powinienem się jakoś odwdzięczyć, a czułem się totalnie bezsilny.
– Masakra. Biedna Gen – podsumował Stan, kręcąc głową. – Nie macie żadnego pomysłu, kto za tym stoi?
– Jasne, że nie – oburzyła się Ronnie. – Gdybym wiedziała, kto to, to bym mu przywaliła.
– No, tylko byś spróbowała – wymruczał ostrzeżenie Dominick.
Jego siostra przewróciła oczami, ale nie mógł tego zobaczyć.
Tina weszła do kuchni z pustymi talerzami po gościach. Postawiła je przy zmywaku i oparła się o blat tuż obok Doma.
– Mam do ciebie ogromną prośbę – powiedziała błagalnie, jakby z góry zakładała, że cokolwiek to jest, on odmówi.
Slammer wytarł ręce, po czym obrócił się do niej.
– Oho. Co tym razem?
Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni długopis i wskazała na kalendarz na ścianie.
– Chciałabym dokonać jednej zmiany w grafiku. Jak go układałam, byłam pokłócona ze Stanem, więc żeby zrobić mu na złość, wpisałam siebie na kuchnię w walentynki. No ale to było głupie i dziecinne i jak widać, między nami już jest okej. Czy w takim razie możesz przyjść za mnie czternastego? Wymienię się na dosłownie jakikolwiek inny dzień. Oprócz przyszłego wtorku, mam wtedy wizytę u kosmetyczki.
Dominick nie odpowiedział od razu. Nie wiem, kto bardziej intensywnie wwiercał się w niego spojrzeniem: ja czy Tina.
– Zdaję sobie sprawę, że będzie pewnie większy ruch niż zwykle, i od samego rana pomogę ci wszystko przygotować, ale tak o trzeciej chciałabym zacząć szykować się na randkę…
– Oszczędź nam szczegółów, nikt nie chce tego słuchać – przerwał jej Slammer.
Tina zaczynała się niecierpliwić. Skubała nerwowo skórki przy paznokciach, przestępując z nogi na nogę.
– Proszę cię, zgódź się. Ty pewnie i tak spędziłbyś cały wieczór, grając na konsoli, a Stan i ja potrzebujemy resetu.
Ronnie odwróciła się do mnie tak gwałtownie, że jej włosy smagnęły moją szyję. Udawałem, że jestem skupiony na talerzu, chociaż już od dobrych paru minut nie jadłem, tylko grzebałem widelcem w ryżu. Miałem nadzieję, że udaje mi się zachować pozory, że ta rozmowa w ogóle mnie nie rusza.
Dominick powoli pokiwał głową, a ja poczułem, jak coś ściska mnie w żołądku, gdy potwierdził na głos:
– Okej. Znaj moją łaskę.
– Kocham cię! – Tina pisnęła i pocałowała go w policzek.
– Mhm, mów tak lepiej do swojej walentynki – odparł, wycierając twarz wierzchem dłoni.
Tina przytuliła się do Stana i zaczęli głośno dyskutować o tym, jak spędzą ten dzień. Natychmiast przestałem słuchać.
To nie powinno boleć. Sytuacja między mną a Domem pozostawała niejasna. Tak, spałem w jego pokoju, i tak, dużo się całowaliśmy, ale nigdy nie odbyliśmy rozmowy typu: „Dokąd zmierza ta relacja?”. Uznałem, że gdyby chciał, żeby to był związek, to by mi powiedział. Ja nigdy sam z siebie nie podjąłbym tematu, za bardzo bałem się odrzucenia. Nie wiem, czy przetrwałbym utratę tego, co teraz mam.
Gen wiedziała, że coś jest między mną a Dominickiem, bo rozmawiałem z nią o wszystkim. Nie miałem pojęcia, co Dom mówił Ronnie, ale teraz wyglądała na bardziej dotkniętą tą sytuacją niż ja. W kwestii reszty ekipy ich poziom wiedzy o tym, co łączy mnie ze Slammerem, był mi nieznany. Tak czy inaczej, nie mogłem oczekiwać, że Dom zechce spędzać ze mną święto zakochanych. A jednak teraz znowu poczułem się jak dawniej, jak tamten samotny chłopak, który zawsze stał z boku, zawsze pomijany. Nikogo nie obchodziło moje zdanie.
Ogarnęła mnie wściekłość na siebie, gdy pod powiekami wezbrały się łzy. Pochyliłem głowę nad talerzem, próbując je wymrugać.
„Nie mam prawa mieć żadnych oczekiwań”, powtórzyłem sobie w myślach. Powinienem być wdzięczny, że Dom wciąż toleruje moją niezaradność. Ani razu nie kazał mi wrócić do siebie na noc. Znosi mój brak pewności siebie, a jego obecność budzi we mnie dziwny spokój. A ja co mu daję? Nic. Muszę się cieszyć, że jeszcze się nie zorientował, jak bardzo nierówna jest nasza relacja, i że wciąż nie postanowił ze mnie zrezygnować.
Ronnie szarpnęła mnie za rękaw, wyrywając z zamyślenia.
– Idziemy odrobić pracę domową – oznajmiła.
Chętnie skorzystałem z tej furtki. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, trąciła mnie łokciem.
– Wyglądasz, jakbyś miał się zaraz popłakać. Jesteś głupi, Ben. Trzeba było się odezwać, jeśli chciałeś coś z nim porobić w walentynki. Wiesz, jaki Dom ma charakter.
Pokręciłem głową, przełykając gulę w gardle.
– Nie wtrącaj się – poprosiłem, ale głos mi zadrżał, więc postanowiłem nie mówić już nic więcej.
Nawet jeśli młoda planowała ciągnąć temat, w sekundę o tym zapomniała.
W boksie pod ścianą siedziała…
Genevieve. I słuchała uważnie tego, co opowiadał jej Louis.
– Co ty tutaj robisz? – zapytała Ronnie, zajmując miejsce naprzeciwko niej.
Promienny uśmiech powrócił na twarz mojej przyjaciółki.
– Stęskniłam się za wami.
Kiedy wsunąłem się do boksu obok Ronnie, Louis wstał.
– Przyniosę wam lemoniadę – oznajmił i zniknął za barem.
Zacząłem wyciągać z plecaka podręczniki, bo naprawdę musiałem odrobić lekcje. Ronnie natomiast już zapomniała o tym zamiarze. Oparła łokcie na stole, skupiona na przyjaciółce.
– Czemu nie przyszłaś do nas na kuchnię?
– Bo twój brat pewnie zmuszałby mnie do jedzenia. – Gen zerknęła na stos książek przede mną i zmarszczyła brwi. – Szkoda, że nie przyszło mi do głowy, żeby wziąć tu też swoje rzeczy. W domu kompletnie nie mam motywacji do nauki.
– To się do nas przeprowadź! – zawołała Ronnie i idąc za moim przykładem, wyjęła zeszyt.
– Wątpię, że ten pomysł spodobałby się moim rodzicom. Musisz zadowolić się tym, że i tak spędzam tu bardzo dużo czasu.
Do sali zajrzała Linda. Nie wyglądała, jakby szukała czegoś konkretnego, raczej rutynowo sprawdzała, czy wszystko w porządku. Wydawało się, że zamierza wrócić na recepcję, ale gdy nas zobaczyła, podeszła do stolika.
– Jakie grzeczne dzieci, siedzą i się uczą – powiedziała, stając nad nami. – Jak było w szkole?
Ronnie nabrała powietrza, ale Gen nie dopuściła jej do głosu.
– Totalna nuda, nie ma o czym opowiadać.
Siostra Doma zmarszczyła brwi i zamknęła usta. Nie trwało to jednak długo.
– Usiądziesz z nami na chwilę, ciociu? – zagaiła. – Chciałam z wami o czymś porozmawiać. Właśnie z waszą trójką, więc to idealna okazja.
Gen i Linda poświęciły jej całą uwagę; ja z kolei miałem przeczucie, że i tak do niczego im się nie przydam. Wziąłem do ręki długopis i pochyliłem się nad zeszytem.
Ronnie odchrząknęła, lekko zażenowana.
– No bo… Wiecie, zbliżają się walentynki, a ja spotykam się z Chadem już dwa miesiące. No i chcielibyśmy… No wiecie.
Pierwszy raz widziałem ją tak czerwoną ze wstydu. I nabrałem całkowitej pewności, że będę najbardziej bezużyteczną osobą w tym gronie. Nie ma szans, żebym zabrał głos w podobnej sprawie. Samo bycie świadkiem tej rozmowy było krępujące.
– Och, Ronnie! – Gen złapała ją za rękę. – Dwa miesiące to bardzo krótko, nie ma się co spieszyć.
Linda się z nią zgodziła. Przyjrzała się uważnie Ronnie.
– Czy on wywiera na tobie jakąś presję?
– Co? Nie! – Aż się wyprostowała, oburzona tą sugestią.
– Dobrze, że przyszłaś do nas z tym tematem, ale musisz mnie posłuchać. – Mama Tiny miała śmiertelnie poważną minę. – Gen ma rację, dwa miesiące to prawie nic. Musisz wziąć pod uwagę wszystko: emocje, jakie wiążą się ze zbliżeniem, choroby przenoszone drogą płciową, no i, rzecz jasna, ciążę. Marzy ci się kariera w sporcie. Byłabyś gotowa całkowicie z niej zrezygnować? Chad wziąłby na siebie odpowiedzialność?
Ronnie zasłoniła uszy rękami coraz bardziej zawstydzona.
– Jeszcze nie powiedziałam, jakiej pomocy od was potrzebuję. Chodzi mi właśnie o to, że chciałabym zacząć brać tabletki antykoncepcyjne, więc muszę iść do ginekologa. A że jestem niepełnoletnia…
– Aha! – Linda połączyła kropki. – Chcesz się dowiedzieć, jak masz zacząć ten temat z Domem?
Gen parsknęła śmiechem.
– Oj, ja nie pomogę.
Ronnie przekładała w rękach bransoletkę, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego z rozmówczyniami.
– Właściwie miałam nadzieję, że ktoś z was porozmawia z nim za mnie. Głupio mi tak gadać z bratem na takie tematy. A on do cioci ma respekt, Ben to wiadomo, a ty, Gen, zawsze potrafisz znaleźć odpowiednie słowa. Razem macie szansę przekazania mu tej informacji w taki sposób, żeby nie zabił mi chłopaka.
Ja nie zamierzałem z nikim rozmawiać na takie tematy. To było zbyt krępujące.
Usłyszałem skrzypnięcie drzwi za barem, a po nerwowym chichocie Genevieve domyśliłem się, kogo zaraz zobaczę.
– Jeszcze wrócimy do tej rozmowy – zapowiedziała cicho Linda.
Nie było żadnym zaskoczeniem, gdy Dominick położył na naszym stoliku tacę. Na środku stołu znalazł się dzbanek lemoniady i szklanki, a przed Gen dodatkowo talerz z naleśnikami.
– Dziękuję, ale jadłam w domu – powiedziała.
– Zostały mi ze śniadania. Jak nie zjesz, to się zmarnują – odparł beznamiętnie, na co ona parsknęła śmiechem.
– Ty to umiesz w reklamę.
Linda wstała, jakby chciała uniknąć potencjalnej konfrontacji zaplanowanej przez Ronnie. Zawahała się jednak, nim odeszła.
– Ty chyba zapomniałeś, że zabroniłam ci wychodzić na salę, gdy są tu klienci.
Wszyscy wiedzieliśmy, że zwraca się do Doma. On jednak jak gdyby jej nie usłyszał; wsunął się do boksu obok Gen.
– Mówię poważnie – kontynuowała mama Tiny. – Jeśli usłyszę jakiekolwiek nieodpowiednie słowo albo zobaczę niestosowne zachowanie, będziesz miał ogromny problem.
– Wiem, ciociu. Pamiętam i trzęsę się ze strachu – zapewnił Dominick.
Próbowałem skupić się na lekcjach, a Genevieve zapchała sobie usta naleśnikami, zostawiając rodzeństwu przestrzeń do rozmowy. Ronnie jednak nie dostała szansy na wypowiedzenie prośby.
– Mam z waszą dwójką kość niezgody – poinformował Dom, po czym doprecyzował: – Kilka kości.
Popatrzyłem na młodą, ale była równie skołowana jak ja. Z jego perspektywy chyba wyglądaliśmy, jakbyśmy coś ukrywali. Dominick skrzyżował ręce i odchylił się na oparciu.
– Środek zimy, lód na chodnikach, a wy bawicie się w kaskaderów? Dwie osoby na jednym rowerze. Niefajnie.
Ronnie pochyliła się ku mnie, walcząc z głupkowatym uśmiechem.
– Kurde, przyłapał nas. Co my teraz zrobimy?
– Nie śmiej się, dzieciaku. Jakbyście się wywalili, to Ben może by wyszedł z tego lekko poobijany, ale ty z kierownicy lecisz głową prosto na asfalt.
– Miałam czapkę – broniła się słabo Ronnie.
Jej brat parsknął.
– Czapka to nie kask. Zresztą rozbita głowa to niejedyna szkoda, jaka mogła się stać. Jak chciałabyś boksować z połamanymi rękami?
– Nie dramatyzuj.
– Nie wkurzaj mnie.
– To ty jesteś wkurzający.
– Dopiero mogę zacząć.
– Przepraszamy – wtrąciłem się.
Miło było mieć kogoś, kto autentycznie interesował się tym, co robię, i kto dbał o moje bezpieczeństwo. Dom nie wyglądał na zdenerwowanego. W jego oczach iskrzyły się złośliwe chochliki, które tak lubiłem.
– Ach tak? Oboje przepraszacie?
Ronnie prychnęła.
– Chyba żartujesz. Mam paść na kolana i błagać o wybaczenie za to, że nie zamierzałam spóźnić się do szkoły? Jeśli nie chcesz, żebym jeździła z Benem na rowerze, to następnym razem rusz się i zawieź nas samochodem.
Dominick uniósł brwi zaskoczony.
– Byłem w pracy. Wiem, że dla ciebie to obce pojęcie.
– Pieprzenie. Jakbyś umiał lepiej planować swoje obowiązki, to bez problemu byłbyś w stanie wyskoczyć na dziesięć minut.
Genevieve zaśmiała się pod nosem. Przyjąłem to z ulgą. Rozładowała atmosferę w momencie, gdy czułem się coraz bardziej nieswojo.
– Jak te dzieci szybko dorastają – powiedziała, trącając Doma w ramię. – Nastoletni okres buntu. Pozostaje tylko życzyć ci powodzenia.
– Dzięki, przyda się.
– A tobie, młoda damo, dam radę. – Gen zwróciła się do Ronnie. – Ogólnie rzecz ujmując, jeśli zamierzasz w najbliższym czasie poprosić kogoś o ryzykowną przysługę, to lepiej bądź dla tej osoby miła, bo to zwiększa twoje szanse. Taka tam rada zupełnie niezwiązana z niczym konkretnym.
– Subtelne – wymruczałem.
Niepotrzebnie się odzywałem, bo Dominick przekierował uwagę na mnie.
– Widzisz, zapomniałbym. – Wyciągnął z kieszeni telefon, a ja i Ronnie jęknęliśmy tak głośno, że para przy stoliku pod oknem zerknęła w naszym kierunku.
Szkoła, do której chodziliśmy, nie cieszyła się najlepszą opinią. Uczęszczały do niej dzieciaki różnego pokroju, ale to te problematyczne zawsze dominowały nad resztą. Władze szkolne stawały na głowie, żeby zapanować nad uczniami. W celu lepszej komunikacji na linii nauczyciel–rodzic wprowadzono aplikację, w której opiekunowie mogli na bieżąco śledzić wyniki swoich dzieci, ale również otrzymywać wiadomości i uwagi od pedagogów. Ronnie miała wyjątkowego pecha, bo Dominickowi bardzo spodobała się ta innowacja. Logował się do MySchool kilka razy dziennie, mimo że miał ustawione powiadomienia z aplikacji.
Jako że moi rodzice nie byli już zaangażowani w moje życie, Dom chętnie śledził również moją edukację. Dlatego teraz przesunął telefon po stole, żeby pokazać mi zaznaczoną na czerwono nieobecność na pierwszej lekcji.
– Tak się spieszyłeś na tym swoim rowerku, a mimo to nie zdążyłeś na pierwszą lekcję?
Zacisnąłem wargi, czując na sobie spojrzenie Gen. Nie chciałem mówić przy niej, co było powodem mojego spóźnienia. Wyprostowałem się z nadzieją, że wyglądam na pewnego siebie.
– Nie muszę ci się tłumaczyć – powiedziałem, siląc się na nonszalancję.
Nie zabrzmiało to ani trochę tak, jak planowałem.
– A jednak się wytłumaczysz – odparł Dominick, naśladując ton mojego głosu.
– To moja wina, co nie? – zgadła Genevieve.
Tyle wystarczyło, by namiastka jej dobrego humoru się ulotniła. Na jej twarzy znowu zabrakło kolorów, a oczy przygasły.
– Oczywiście, że nie – zaprzeczyłem szybko.
– Nie? Czyli to nie ty zmyłeś ten napis, tylko jakiś dobry duszek?
Nie potrafiłem zinterpretować, czy jest rozgoryczona całą tą sytuacją, czy naprawdę się na mnie złości. Ogarnął mnie stres. Przesunąłem rękę po stole w jej stronę, ale zaraz ją cofnąłem w obawie, że mogłaby jej nie ująć.
– Gen, nic tutaj nie jest twoją winą. Ani ten głupi napis, ani to, że postanowiłem się go pozbyć.
Tylko pokręciła głową. Może nie zgadzała się z moim podejściem, a może nie chciała tego dalej słuchać.
– Ojej, niepotrzebnie włożyłem kij w mrowisko – wtrącił Dom wesoło, całkowicie głuchy na ton rozmowy. – No nic, uznajmy, że jesteś rozgrzeszony. Ale roweru ci nie wybaczam. Jeszcze raz zobaczę na nim Ronnie, a wrzucę go do jeziora.
Zerknąłem na Gen. Uśmiech na jej twarzy wydawał się trochę wymuszony, ale lepsze to niż nic. Chciałem, żeby wyrzuciła już z pamięci całe zajście. Odwróciłem się więc do Dominicka.
– Jeśli to zrobisz, wskoczę po rower i będziesz musiał mnie ratować – odparłem.
– Niedoczekanie. Pozwolę ci utonąć.
– Jasne.
Nagle Ronnie zamknęła zeszyt tak głośno, że aż podskoczyłem.
– Nie mogę się skupić, jak tyle gadacie – oznajmiła, pakując w pośpiechu swoje rzeczy. – Idę się uczyć do pokoju.
Już otwierałem usta, żeby przeprosić, ale Dominick odezwał się pierwszy:
– Czyżby? I na pewno nie ma to nic wspólnego z dzisiejszą uwagą?
Jego siostra zesztywniała; Dom stukał przez chwilę w ekran telefonu, po czym przeczytał na głos, wyraźnie przeciągając sylaby:
– Uczennica nie uważa na lekcji i nie reaguje na prośby o odłożenie telefonu. – Uniósł wzrok, a spojrzenie, jakie posłał siostrze, sprawiło, że nawet mnie zrobiło się nieswojo. – Skoro telefon tak cię rozprasza w nauce, to go tutaj zostaw.
Wyciągnął rękę po urządzenie, które wciąż trzymała w dłoni. Ronnie się zawahała.
– Umówiłam się z Chadem na telefon na szóstą.
– Czy to właśnie pisaniem z Chadem byłaś tak pochłonięta podczas lekcji? Jeśli chłopak ma na ciebie negatywny wpływ, to może czas ograniczyć wasze spotkania.
– O, Boże, jaki ty jesteś dramatyczny! – Ronnie przewróciła oczami tak, jak to tylko potrafią nastolatki, po czym z wściekłością rzuciła telefon na stół. – Czasami naprawdę cię nie znoszę.
– Jakoś to przeżyję – odparł jej brat, ale ona już tego nie usłyszała.
Genevieve stukała długimi paznokciami o blat, dopóki młodsza koleżanka nie zniknęła za drzwiami prowadzącymi do holu.
– Jak myślisz, Ben, to dobry moment, żeby pogadać z nim o tym, o co nas prosiła? – zapytała w końcu.
– To prawdopodobnie najgorszy możliwy moment na tę rozmowę.
Dom wziął telefon siostry.
– Co to za mówienie szyfrem?
– Myślę, że tylko jej zaszkodzisz – odparłem, ignorując go.
– Halo! O co chodzi?
Gen przygryzła wargę.
– Zaryzykuję – oznajmiła w końcu. Odwróciła się do przyjaciela. – Tylko musisz obiecać, że nie spanikujesz, nie wpadniesz w szał ani nie podejmiesz żadnej pochopnej decyzji.
– To dużo obietnic – zauważył Dom. – Mów, o co chodzi.
W tym momencie mógłbym się zapaść pod ziemię, wystrzelić w kosmos albo znaleźć się gdziekolwiek indziej, byle tylko nie musieć brać udziału w tej rozmowie. Genevieve ścisnęła dłoń Dominicka.
– Twoja siostra chce zacząć uprawiać seks, ale wstydzi się poprosić, żebyś poszedł z nią do kliniki po tabletki antykoncepcyjne.
Skrzywiłem się, bo naprawdę mogła to ująć trochę bardziej delikatnie. Szukałem na twarzy Slammera jakiejkolwiek reakcji, ale on milczał, ze spojrzeniem zawieszonym niby na ścianie, choć tak naprawdę gdzieś daleko stąd. Nie miałem zamiaru przerywać ciszy, Gen też się do tego nie paliła. Po czasie, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, Dominick w końcu się odezwał:
– Ona nie może… To nie… Nie.
Genevieve poszukała pomocy u mnie, ale tylko wzruszyłem ramionami. Przysunęła się do niego.
– Musisz pogodzić się z tym, że Ronnie dorasta.
Dom bardzo rzadko bywał poważny. Mógłbym zliczyć na palcach wszystkie nasze rozmowy, podczas których nie wyśmiewał wszystkiego wokół ani nie posługiwał się sarkazmem. Dlatego teraz, gdy zadał kolejne pytanie tak cicho i upiornie, przeszły mnie dreszcze.
– Nie o to chodzi. Co jeżeli wrócą do niej traumy z przeszłości?
Schowałem twarz w dłoniach. Gen też na moment zamurowało. Pewnie czuła się równie głupio jak ja, że nie połączyła tych tematów.
– Była wtedy malutka, wyparła dużo – kontynuował Dom. – Co jeśli cudzy dotyk jej to przypomni?
Gen przysunęła się bliżej niego.
– Nie jestem psychologiem, więc nie mogę mieć pewności, ale sądzę, że to ryzyko, które po prostu trzeba podjąć. Nie możesz jej chronić przez całe życie. Prędzej czy później i tak chciałaby przenieść związek na wyższy poziom. Porozmawiaj z nią, powiedz jej o swoich obawach. Nie zaszkodziłoby umówić ją do terapeuty, żeby przegadali ten temat.
Dominick westchnął ciężko i splótł palce z dłonią Gen. Dziewczyna przyjęła to z uśmiechem, jakby tym małym gestem pokazał, że się z nią zgadza.
– Możesz z nią pogadać o tym, jak ważna jest zgoda i takie tam? – zapytał.
Genevieve nawet nie próbowała przerzucić tej odpowiedzialności na niego. Była dziewczyną, a w dodatku Ronnie miała ją za wzór do naśladowania, więc rozmowa na takie tematy między nimi na pewno będzie znacznie mniej niezręczna, niż gdyby miał się za to wziąć starszy brat.
– Jestem z ciebie dumna, Dom. Byłam pewna, że zanim skończę mówić, już będziesz w drodze, żeby zabić Chada.
– Nie podsuwaj mu takich pomysłów – syknąłem.
Ekran telefonu Ronnie podświetlił się, najpewniej przez kolejną wiadomość od jej ukochanego. Żadne z nas nie miało w planach czytania jej prywatnej korespondencji. Moje oczy same jednak powędrowały do zegara na środku wyświetlacza.
– Cholera, zasiedziałem się – powiedziałem, zbierając rzeczy ze stołu. – Muszę jechać do twoich rodziców.
– Ucałuj ode mnie tatę – poprosiła Genevieve, zasłaniając uśmiech szklanką.
– Od razu mówię, że tego nie zrobię.
Dominick też zaczął się zbierać.
– Podwiozę cię – oznajmił.
Zatrzymałem się, marszcząc brwi.
– Jesteś w pracy – przypomniałem mu.
Zbył to machnięciem ręki.
– Przez dziesięć minut poradzą sobie beze mnie.
Patrzyłem za nim, gdy biegł do kuchni, by zostawić fartuch i zgarnąć kluczyki. Ronnie naprawdę miała na nas większy wpływ, niż chcielibyśmy przyznać.
Gdy pożegnałem się z tatą Genevieve, na zewnątrz było już całkiem ciemno, a ja pożałowałem, że przyjąłem propozycję sprzed dwóch godzin, bo teraz rozszalała się ulewa. Na rowerze odległość pomiędzy biurem McKenneyów a hotelem pokonałbym w piętnaście minut; na piechotę zdążę nieźle przemoknąć.
Nie mogłem narzekać, bo lubiłem tę pracę. Rodzice Gen poszli mi na rękę. Byłem wdzięczny Lindzie, że dała mi dach nad głową, ale w obsłudze hotelu radzili sobie do tej pory i nie potrzebowali kolejnych rąk do pracy. Linda i tak ledwo wiązała koniec z końcem, nie dałaby rady udźwignąć wynagrodzenia dla następnej osoby. Chciałem skończyć szkołę, więc nie mogłem iść nigdzie na etat. Te dwie godziny dziennie u pana Ryana na razie wystarczały.
Przeszedłem przez parking, naciągając kaptur na głowę, gdy nagle silnik jednego z samochodów zawarczał. Uniosłem wzrok i w tym samym momencie oślepiły mnie światła reflektorów. Ku mojemu zaskoczeniu Dominick na mnie czekał. Bez wahania wsiadłem do samochodu.
– Co to za dzień dobroci dla mnie? – zapytałem, zamykając drzwi.
W środku buczał ciepły nawiew, więc rozpiąłem kurtkę. Dom tkwił za kierownicą; nie zamierzał ruszać, dopóki nie zapnę pasa.
– Nie wiadomo, czy z tego deszczu nie zrobi się wichura – odparł. – Bałem się, że jak będziesz wracać na piechotę, to porwie cię wiatr.
– Jesteś doprawdy wspaniałomyślny.
– Jestem, co nie?
Nasze spojrzenia spotkały się przelotnie, ale błysk w jego oczach działał na mnie jak magnes. Gdy już raz popatrzyłem na niego, nie potrafiłem przestać wracać. Jego usta układały się w zadziorny uśmiech. Pragnąłem złożyć na nich pocałunek. Zadowoliłbym się nawet szybkim muśnięciem, byle tylko poczuć go blisko chociaż na chwilę. Niestety nie miałem dość odwagi. Skąd mogłem wiedzieć, czy on ma na to ochotę?
Zamiast tego pochyliłem się ku niemu w nadziei, że odczyta moje myśli.
– Dziękuję – wyszeptałem.
Wciąż nie przywykłem do tego, że kogoś obchodziło to, co robię. Miałem wokół ludzi, którzy o mnie dbali, chcieli dla mnie jak najlepiej. „Dziękuję” to za mało – jedno słowo nie oddawało w pełni tego, jak bardzo doceniałem diametralną zmianę w moim życiu.
Dominickowi to jednak wystarczyło. Wplótł palce w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku.
Absolutnie niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia.
– Podziękowania przyjmuję tylko w takiej formie – oznajmił, odsuwając się ode mnie. – Zapamiętaj to na przyszłość. A teraz zapnij pas.
Gdy w końcu ruszył, dyskretnie dotknąłem swoich warg. Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję; ciągle czułem niedosyt.
Dominick sięgnął do panelu i pogłośnił odtwarzacz. Lubiliśmy razem milczeć, a on często wpuszczał w ciszę między nami piosenki ze swojej playlisty. Ostatnio często zatrzymywaliśmy się na jednym utworze. Lady May Tylera Childersa była bez wątpienia ulubioną nutą Doma. Zastanawiałem się, czy spędzając czas z innymi ludźmi, też jej słuchał. Na samą myśl poczułem ukłucie zazdrości. Chciałem, żeby była wyjątkowa tylko dla nas.
Nigdy jednak nie powiedziałbym tego na głos.
– Pokazałeś Ryanowi swoje rysunki? – zapytał, gdy z głośników wybrzmiał następny utwór ze składanki.
– Wiesz, że nie.
– McKenneyowie znają wielu ludzi. Na pewno by cię gdzieś pokierowali. Co cię powstrzymuje?
– Wstydzę się. To żenujące prosić kogoś o uwagę.
Dom pokręcił głową, nie akceptując wymówki. Odbyliśmy tę rozmowę już milion razy, doskonale wiedziałem, co myślał, a on na pewno miał pojęcie, co myślę ja.
– Nie ma gości w restauracji? – zapytałem, żeby zmienić temat.
Rzucił mi spojrzenie mówiące, że dokładnie wie, co robię. Wycieraczki samochodowe skrzypiały, nie nadążając za kroplami deszczu. To była dla mnie wystarczająca odpowiedź. Kto i po co miałby do nas przyjeżdżać w taką pogodę? Sięgnąłem do panelu i cofnąłem odtwarzanie do naszej piosenki.
Niczego bym nie zmienił w tamtym momencie.
Na parkingu przed hotelem stało kilka samochodów, ale te należały do osób, które już wcześniej zatrzymały się na noc. Pod samą restauracją było pusto. Zanim wyszliśmy z samochodu, zapiąłem kurtkę, a w mojej kieszeni zaszeleściła karteczka, którą znalazłem rano w szkolnej szafce.
Przełknąłem ślinę. Najchętniej wyparłbym wydarzenia ze szkoły.
– Czemu masz taką minę, Benny? – Dominick wyrwał mnie z zamyślenia.
Kłamstwo z łatwością wypłynęło z moich ust.
– Nie podoba mi się myśl o wyjściu na ten deszcz.
– Masz do przejścia jakieś pięć kroków, może się nie rozpuścisz – powiedział, po czym wysiadł.
Nie pobiegł jednak prosto do drzwi. Obszedł samochód i wyciągnął mnie z niego za rękę.
– Hej, co ty robisz? Przestań! – zaprotestowałem ze śmiechem, gdy oderwał mnie od siedzenia i wziął na ręce, jakbym nic nie ważył.
Czułem na twarzy krople deszczu i silne ramię Doma pod kolanami, gdy biegł przez parking. Wtuliłem się w jego szyję, bo nawet przed samym sobą nie mogłem udawać, że mi się to nie podoba.
Pchnął drzwi do restauracji łokciem. Przyjąłem z ulgą moment, w którym krople przestały wsiąkać w nasze kurtki i osadzać się na włosach.
– Możesz mnie już postawić – zasugerowałem, odrywając twarz od jego torsu.
– A co, źle ci tak?
Oczywiście, że musiał się ze mną droczyć. Wtedy jednak rozległo się porozumiewawcze chrząknięcie, które uświadomiło nam, że nie jesteśmy sami. Dom od razu opuścił ramiona, a ja, stanąwszy na podłodze, odsunąłem się o krok i strzepnąłem niewidzialny kurz z ubrania, starając się ukryć zażenowanie.
– Siema, wiecie może, jak mogę się tu zameldować? Na recepcji nikogo nie ma.
Uniosłem wzrok, bo rozpoznałem ten głos, chociaż w pierwszej chwili nie potrafiłem połączyć go z twarzą. Wysoki blondyn imieniem Jon, którego poznałem dziś rano, teraz wyglądał zdecydowanie gorzej. Był cały przemoczony, a włosy przyklejały mu się do czoła. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, zrobił zdziwioną minę.
– Benjamin? Ty tutaj?
– Ja tu mieszkam. To twoja obecność jest większym zaskoczeniem.
Jonathan wytarł rękawem krople deszczu z twarzy.
– Mieszkasz tutaj? Czyli znasz właścicieli? – dopytał, a gdy przytaknąłem, uśmiechnął się szeroko. – Boże, spadłeś mi z nieba, jak słowo daję. Mam nietypową sytuację, trochę problematyczną, właściwie to dość zawiła historia…
– Ekstra, my tutaj właśnie takie lubimy najbardziej. – Dominick wszedł mu w słowo swoim przesadnie wesołym tonem. – Hej, Benny, przedstawisz mnie koledze?
Zawstydzony swoim brakiem obycia uśmiechnąłem się przepraszająco.
– Tak, racja. To jest Dom, mój…
Zawahałem się, niepewny, jak zakończyć to zdanie. Mój chłopak? Mógłby się za to obrazić, w końcu niczego sobie nie deklarowaliśmy. Mój przyjaciel? To za mało, biorąc pod uwagę, że parę minut temu całowaliśmy się w jego aucie.
Cisza przedłużała się z sekundy na sekundę, więc wypaliłem pierwsze, co mi przyszło do głowy:
– Kucharz.
Wyglądało na to, że nikt z nas trzech nie spodziewał się takiej odpowiedzi.
– Twój kucharz? – upewnił się Jon.
– Miałem na myśli, że tutaj, w tej restauracji – wymamrotałem z piekącymi ze wstydu policzkami.
Jon wyciągnął rękę do Doma.
– Tak czy inaczej, miło poznać. Jonathan Whitford.
– Bogato brzmiące nazwisko – podzielił się uwagą Slammer.
W odpowiedzi gość zmrużył oczy, jakby się nad czymś zastanawiał, a potem pstryknął palcami.
– Chwila! A ty nie jesteś przypadkiem tym gościem, który ciągle ma jakieś spiny z burmistrzem?
Dominick wzruszył ramionami.
– Każdy ma jakieś hobby. – Odwrócił się do mnie. – Znajdę ciocię.
Jonathan patrzył za nim, dopóki Dom nie zniknął na schodach.
– Ten facet to legenda – powiedział rozmarzonym tonem. – Nie cierpię burmistrza i denerwuje mnie to, że nikt nie potrafi się mu postawić. Całe miasto siedzi u niego w kieszeni. Zresztą, to historia na inny dzień, ale mam nadzieję, że będzie mi dane zamienić z tym Dominickiem jeszcze ze dwa słowa.
Chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem, że ktoś chce z nim zainicjować rozmowę. Przygryzłem wargę, by powstrzymać uśmiech.
– Dom nie jest raczej dobrym rozmówcą. Co ty na to, żebyśmy usiedli?
Obróciłem się w stronę stolików. Ku mojemu zaskoczeniu Gen wciąż siedziała w naszym ulubionym boksie i przesuwała palcem po ekranie telefonu, oderwana od rzeczywistości.
– Hej, nie spodziewałem się, że nadal tu będziesz – powiedziałem, wsuwając się naprzeciwko niej.
Posłała niepewne spojrzenie Jonowi, gdy zajął miejsce obok mnie.
– Napisałam mamie, że zostanę tu dziś na noc. Okropnie leje.
– No to mamy pierwszy pozytyw tej wichury. Znasz Jona? Chodzimy do tej samej szkoły.
Chłopak zmarszczył brwi. Najwyraźniej był jedną z tych osób, które nie lubią, gdy zdrabniano ich imiona. Gen wyciągnęła rękę i się przedstawiła. Mógłbym przysiąc, że w momencie, w którym ich ręce się spotkały, coś w powietrzu się zmieniło. Pojawiła się jakaś nowa energia, niemal namacalna. Może powinienem zostawić ich samych.
– Jesteś cały przemoczony, może pożyczę ci jakieś moje ubrania? – zaproponowałem i nie czekając na odpowiedź, wstałem. Wtedy coś wypadło z mojej kieszeni.
Jonathan schylił się, by to podnieść, przerywając kontakt wzrokowy z Genevieve.
– Dzięki – powiedziałem machinalnie, a potem zorientowałem się, na co patrzę. Zgniotłem karteczkę i wsadziłem ją ponownie głęboko do kieszeni.
– Ej, co to było? – zainteresowała się moja przyjaciółka. – Zrobiłeś taką minę, jakbyś coś ukrywał. Ukrywasz coś, Benjaminie?
Jej oczy przewiercały mnie na wylot. Dobrze byłoby o tym komuś powiedzieć. Ona sama miała problemy w szkole. Mogła to zrozumieć lepiej niż ktokolwiek.
– Bez paniki, ale… Znalazłem to dzisiaj w mojej szafce.
Położyłem kartkę na stole. Na widok wiadomości Gen wybałuszyła oczy. Jonathan pochylił się, by też to przeczytać.
– Ale zrobiłeś dramatyczny wstęp – stwierdził. – O co tu panikować? Mnie to wygląda na głupi żart.
Gdyby znał naszą historię, to by tak nie pomyślał. Nie zamierzałem wyprowadzać go z błędu. Zabrałem kartkę od Gen.
– Na razie wolałbym, żeby nikt o tym nie wiedział. Nie chcę robić wokół siebie zamieszania. Powiem reszcie, jeśli to się powtórzy, a na razie nie ma sensu nakręcać afery. Okej?
Mina mojej przyjaciółki wyraźnie wskazywała na to, że nie popiera tego pomysłu, ale nie miała czasu, by dyskutować. Dom znalazł Lindę, ale nie podszedł z nią już do nas, tylko zniknął za drzwiami kuchni.
Mama Tiny usiadła obok Gen i zmierzyła przemokniętego chłopaka spojrzeniem.
– Podobno masz jakąś nietypową sytuację.
Jonathan uśmiechnął się niezręcznie.
– Dzień dobry. Tak, i to bardzo. Czy mogę być z panią szczery?
– To jedyna rzecz, o którą zamierzałam cię poprosić.
– Okej. – Chłopak wziął głęboki oddech. – Mój ojciec jest dupkiem. Pokłóciłem się z nim i wyszedłem z domu, a potem zaczęła się ta wichura. Rozładował mi się telefon, a zresztą chciałbym, żeby tata się trochę o mnie pomartwił, bo przysięgam, że to on zachowuje się źle, nie ja.
– Chyba muszę znać więcej szczegółów – odparła Linda. – Po tym krótkim wstępie nie potrafię stwierdzić, czy faktycznie trzeba cię bronić przed ojcem, czy po prostu jesteś w fazie buntu.
– „Bronić” to za duże słowo. Bardzo chciałbym tu przenocować, bo w tej sytuacji nie chcę prosić o nic ojca, a dodatkowo warunki na drogach są niepewne. Problem w tym, że… No, nie mam przy sobie kasy, a telefon mi się rozładował. Może pani poczekać na płatność do rana? Rano zadzwonię do ojca i gdy po mnie przyjedzie, to zapłaci.
Naturalny wyraz twarzy Lindy mógł wydawać się nieprzyjemny, szczególnie dla kogoś, kto widział ją po raz pierwszy. Jonathan nie był wyjątkiem; czekał w napięciu na odpowiedź, nerwowo ruszając kolanem.
– Zgodzi się pani? – ponaglił ją. – Ben może potwierdzić, że jestem w porządku.
Linda zerknęła na mnie podejrzliwie. Pokiwałem głową na potwierdzenie jego słów. Matka Tiny westchnęła ciężko, rozkładając ręce.
– No, a co mam zrobić? Wystawić cię za drzwi na tę ulewę? Dostaniesz pokój, ale jak najszybciej naładuj telefon i napisz ojcu, że jesteś bezpieczny. Nie zamierzam mnożyć sobie problemów przez zbuntowanego nastolatka.
– Dobrze, oczywiście, dziękuję bardzo. – Przez chwilę Jonathan wyglądał, jakby zamierzał wstać i uściskać kobietę, ale finalnie z tego zrezygnował. Odwrócił się do mnie. – Mógłbyś faktycznie pożyczyć mi jakieś ubrania i ładowarkę do telefonu?
Otworzyłem usta, żeby odpowiedzieć, ale Gen mnie uprzedziła.
– Ja cię zaprowadzę. Hej, Ben, mogę się dziś przespać w twoim pokoju? Skoro i tak stoi pusty…
To powiedziawszy, posłała ukradkowe spojrzenie Lindzie, jakby nie była pewna, czy fakt, że praktycznie przeprowadziłem się do Dominicka, jest powszechnie znany.
– Pewnie. A ty, Jon, weź sobie, co chcesz, z mojej szafy.
Gdy wszyscy wstali od stołu, bezmyślnie poszedłem w ich ślady, z tą różnicą, że gdy oni skierowali się do holu, ja wróciłem do mojego ulubionego kucharza w całym Ohio.
Każdego wieczoru zasypiałem z dłonią Doma opartą gdzieś na moich plecach, swobodnie, odruchowo szukając kontaktu. Rano jednak zwykle znajdowałem już tylko chłodne prześcieradło po jego stronie łóżka. Kuchnia teoretycznie działała od siódmej, ale on zawsze schodził tam wcześniej, żeby zrobić nam wszystkim śniadanie.
Tym razem jednak spokojna, bo wciąż pogrążona we śnie, twarz Slammera była pierwszym, co zobaczyłem po rozchyleniu powiek. Nie nacieszyłem się jednak tym widokiem zbyt długo, bo do mojej świadomości dotarło łomotanie w drzwi. Dominick wydał z siebie pomruk niezadowolenia, ale zanim na dobre się przebudził, zwlokłem się z łóżka i otworzyłem. Na korytarzu czekała Ronnie.
– O, super, jeszcze nie zeszliście – powiedziała, kompletnie ignorując moją niezadowoloną minę.
Wepchnęła się do środka. Dopiero wtedy zauważyłem, że trzyma w ręce szczotkę i gumki do włosów.
– Zapleciesz mi warkocze, Dom? Nie będę tu wracać po szkole, idę z dziewczynami na kawę, a potem Chad podwiezie mnie na trening.
Usiadła na brzegu łóżka i zarzuciła włosy do tyłu, jakby w ogóle nie przyjmowała do siebie możliwości, że brat może jej odmówić. Dom usiadł, nadal balansując na granicy snu i jawy, i bez słowa wziął szczotkę.
Oparłem się o drzwi, skrzyżowałem ramiona i przyglądałem się tej scenie.
– Musimy wprowadzić jakieś zasady – zasugerowałem. – Jest piąta rano. Nie możesz tu wpadać o tej godzinie i walić w drzwi, jakby to była sprawa życia i śmierci.
– Jak ci coś nie pasuje, to wracaj do siebie – odparła znudzona.
– Dzisiaj nie mogę, Gen zajmuje mój pokój.
Ronnie odwróciła się do mnie gwałtownie.
– Co?
– Nie ruszaj głową – zganił ją Dominick, zaczynając fryzurę od początku.
Dziewczyna go zignorowała.
– Gen została na noc?
– Tak. A ty mogłabyś w końcu nauczyć się robić sobie warkocze.
– Odwal się, Ben – burknęła, sięgając po telefon.
– Mówię serio. Od września zaczynasz poważną sportową szkołę. Jak inne dziewczyny się dowiedzą, że nawet nie potrafisz zapleść sobie włosów, będą się z ciebie śmiały.
– Jesteś głuchy? Powiedziałam: odwal się.
– Przestań się tak do niego odzywać. – Dominick pociągnął ją lekko za warkocz, po czym przeniósł wzrok na mnie. – A ty się od niej odwal.
Zamiast na znaczeniu słów zawiesiłem się na jego głosie – wciąż niskim i szorstkim po nocy. Ta chropowata barwa nie była wredna; miała raczej coś, co wywoływało we mnie dziwne ciepło.
Skoro Ronnie i tak już nas obudziła, mogłem równie dobrze zejść z Domem do kuchni. Nie lubił, gdy ktoś mu przeszkadzał w rutynie, chyba że miał za dużo pracy. Już zdążyłem się nauczyć, że nie ma sensu nawet oferować pomocy. Trzeba było czekać, aż sam o nią poprosi.
Postawił przede mną kubek z żabą. Odkąd tylko Gen wróciła, Louis suszył mi głowę, że muszę sobie kupić jakiś inny, bo ten należał do niej. Każdy z nich miał kubek z innym zwierzęciem. Nim jednak zdążyłem pójść do sklepu, Gen podarowała mi też z żabą, ale mój różnił się od jej kolorem i kształtem. Podobała mi się ta myśl. Nagle ta drobna rzecz zaczęła znaczyć dla mnie więcej, niż chciałbym przyznać. To dzięki niej poznałem Tinę, Stana, Louisa, Ronnie i Doma. To dzięki niej odnalazłem swoje miejsce na świecie. Zawdzięczałem jej wszystko.
Najpierw do kuchni zeszli Tina i Stan, a zaraz za nimi Ronnie. Dosiedli się do kanapek. Początkowo nie byli zbyt rozmowni, potrzebowali kilku łyków kawy, by wrócić do żywych. Lubiłem tę naszą poranną rutynę.
– Zbliżają się urodziny Louisa – podjęła Tina między kolejnymi gryzami.
Cokolwiek zamierzała dodać, przerwały jej chichot i kroki z sali. Chyba wszyscy spodziewaliśmy się Rothwella, ale zamiast niego do kuchni wpadli Gen i Jon. Szli blisko siebie, na tyle, by ich dłonie przypadkiem się ocierały, ale nie na tyle, by któreś musiało to skomentować.
Poczułem ucisk w żołądku, bo Jonathan miał na sobie moje ubranie. Jasne, pozwoliłem mu, ale nie spodziewałem się, że wygrzebie z szafy bluzę z wielkim napisem „Cleveland”, którą dostałem od naszej ekipy na święta. Chociaż plamę krwi udało się sprać, nie założyłem jej ani razu od tamtego dnia. Przypominała mi o wydarzeniu, które ze wszystkich sił próbowałem wymazać z pamięci.
Gdy dotarło do nich, że wszyscy się na nich gapimy, Jon odchrząknął niezręcznie, a Gen próbowała zetrzeć z twarzy uśmiech, jakbyśmy przyłapali ich na czymś nieodpowiednim.
– Hej, wszyscy, to jest Jonathan. Jon, to są Stan, Tina i Ronnie. Tych chłopaków już poznałeś. Do kompletu brakuje jeszcze tylko Louisa.
Chociaż nie znałem go dużo dłużej od reszty, chłopak na mój widok wyraźnie odetchnął. Byłem dla niego jedyną znajomą twarzą w pomieszczeniu pełnym obcych ludzi. Podał mi rękę, a gdy ją uścisnąłem, przysunął się bliżej, tak by nasze barki się zetknęły – coś w rodzaju męskiego uścisku. Lubiłem, gdy ludzie inicjowali ze mną kontakt. Lubiłem być przytulany.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
