Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
50 osób interesuje się tą książką
„Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu” przedstawia początek drogi obranej przez Darię Sabatowską – młodą occult-detective, która w schedzie po stryju postanawia zgłębiać tajemnice życia i śmierci. Klasyczna groza oparta na motywach światła i cienia, gdzie najwyższą trwogę wywołuje najcichszy szmer.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 249
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Dom na Wrzeszczącym Wzgórzu
Copyright © by Dominik Łuszczyński, Olsztyn 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Alicja Gajda, Anna Dzięgielewska
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-17-0
Pomimo pogodnej, gwieździstej nocy, podczas której księżyc rozpościerał srebrzystą łunę po całej okolicy, stojący na wzgórzu dom wydawał się zatopiony w gęstych cieniach. Jego charakterystyczna bryła, zazwyczaj wyróżniająca się na tle starych drzew o fantazyjnie poskręcanych gałęziach, sprawiała wrażenie czarnego bohomazu szpecącego niemal idealny, późnozimowy krajobraz.
Nagle rozbłysło światło. Miało postać niewielkiego, brudnożółtego prostokąta. Tylko na chwilę rozświetliło dom, po czym znikło tak szybko, jak się pojawiło. Trwało na tyle krótko, iż wydawało się zimowym mirażem. Ułudą wędrującą po pełnych wątpliwości wspomnieniach.
I tylko coś w porywach wiatru sunącego ospale po okolicy zdawało się nieść pewną inność, która wkradła się niepostrzeżenie w rejony posiadłości.
Pewien niepokój, którego istnienia nie sposób wytłumaczyć.
Dopiero później, gdy zimowe powietrze nabrało surowości, można było usłyszeć krzyk. Pojedynczą, zawodzącą nutę wielkiego cierpienia, które miało pobrzmiewać w okolicy przez bardzo długi czas.
Na cmentarzu panował przeraźliwy ziąb, który tłukł po kościach wszystkich zebranych na nim ludzi. Wiejący wiatr podsycał go, sprawiając, że policzki żałobników, od bladości i alabastrowej bieli, przeszły płynnie w paletę barw czerwonych i sinych. Pierwsze, nieśmiałe płatki śniegu spadały ze stalowych chmur wiszących na niebie nisko, tuż ponad strzelistymi koronami ogołoconych z liści dębów i olszyn.
Ubrany w czarne stroje tłum stłoczony wokół nowego, głębokiego dołu, wyglądał z oddali niczym pomroka osiadła pomiędzy nagrobkami. W szarówce nadchodzącego pośpiesznie wieczoru można było odnieść wrażenie, że tylko towarzyszące ludziom dźwięki odróżniały ich od masy skumulowanych cieni rozpoczynających swój nocny pochód.
Szlochy i płacze były ciche. Nie było lamentów i głośnych zawodzeń. Nikt nie podnosił tonu. Żaden żałobnik nie wzdychał ciężko. Nawet kapłan, który skończył modlitwę kilka minut wcześniej, stał w ciszy, w niewymuszonej zadumie.
Ziejący pustką dół na skraju zabytkowego cmentarza niemo oczekiwał na poznanie swojego wiekuistego lokatora. Ciemno-brązowa, prosta w formie trumna zaczęła opadać na jego dno chwilę później, z ostrożnością, uwagą i nieco zbyt wolno. Trzymający ją na linach grabarze wyglądali na niezdecydowanych, jakby do końca nie wiedzieli, czy aby na pewno powinni ją tam umieścić i pozostawić raz na zawsze głęboko pod ziemią. Gdy tak się stało, sosnowa trumna z zamkniętym w niej człowiekiem wypełniła grób, przypieczętowując tym samym ciąg niezwykłych wydarzeń, który dla rodziny zmarłego był po dwakroć przykry i w równym stopniu straszny.
Nieczęsto zdarza się bowiem, aby zmarłego trzeba było żegnać ze świata aż dwa razy.
Wiktor Sabatowski jednak za nic miał najwyraźniej wszelkie konwenanse i funeralny savoir-vivre mówiący o tym, że skonać wypada tylko raz.
Raz a dobrze.
Kostucha zapukała do drzwi Wiktora po raz pierwszy w zimny listopadowy wieczór. Po niedługim jednak czasie musiało jej się znudzić albo stwierdziła, że najwyraźniej doszło do jakiejś pomyłki. Staruszek Sabatowski obudził się bowiem – jak gdyby nigdy nic – w domu pogrzebowym, a następnie wstał z trumny, czym wywołał popłoch wśród wszystkich tamtejszych pracowników.
Przez kilkanaście minut mogło się wydawać, że Wiktor rozegrał ze śmiercią doskonałą partię pokera, a pokonana kostucha była zmuszona zwrócić mu utracone przedwcześnie życie. W tym czasie bełkotał o czymś niezrozumiałym. Był przerażony. Dygotał. Błądził oczami, jakby szukał ratunku i zrozumienia. Jego twarz, choć zlękniona i zdezorientowana, sprawiała wrażenie żywej, pełnej wigoru. Trwało to jednak krótko. Później jej wyraz diametralnie się zmienił, nadając licu dziwną, eteryczną aurę. Zupełnie jakby krążące w nim pośmiertne balsamy roztańczyły się z krwią w hulaszczym, przedwiecznym tańcu, podczas którego życiowe fluidy zapomniały, w jakim celu zbudziły się ledwie kilka minut wcześniej. Kiedy zatem rodzina staruszka zdążyła pojawić się w domu pogrzebowym, Wiktor Sabatowski był martwy po raz drugi. Tym razem definitywnie, co potwierdziło dwóch niezależnych lekarzy.
– W istocie, jak powiadają, Wiktor odszedł w myśl zasady „jakie życie, taka śmierć” – usłyszała otulona zimnymi podmuchami wiatru Daria Sabatowska tuż ponad swoim uchem. – Taka osobliwa postać nie mogła pożegnać się ze światem w zwyczajny sposób – grzmiał pełen niesamowitego brzmienia baryton.
Obróciła się zaskoczona. Wyrwana z bezmyślnego wpatrywania się w spoczywającą w grobie trumnę z ciałem stryja, błyskawicznie zlustrowała stojącego za nią człowieka. Wysoki, nieco zbyt chuderlawy, w średnim wieku, zdawał się o wiele za bardzo naruszać standardy zachowania przestrzeni osobistej, chuchając w kobiecy kark z odległości zaledwie kilku centymetrów. Gdyby Daria dostrzegła w nim cokolwiek, co mogłoby spowodować, że miałaby ochotę odezwać się do niego choć słowem, z pewnością by to zrobiła. Tymczasem, nie zważając na kierowane w jej stronę frazesy, uznawszy nieznajomego sobie mężczyznę za dziwaka, których Wiktor pełno miał wokół siebie za życia, obróciła głowę w stronę grobu, zarzucając przy tym tlenionymi włosami koloru wypłowiałych łanów zboża.
– Wybaczy pani, że przerywam tę nad wyraz głęboką adorację trupa pani stryja – usłyszała moment po zignorowaniu nieznajomego. – Jednak chciałbym z panią porozmawiać na osobności.
Odznaczająca się na co dzień dość ciętym językiem i całkiem sporym stopniem pewności siebie Daria nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Rozejrzała się ukradkiem, kalkulując w myślach, po czym stwierdziła, że gdyby nie zgromadzeni wokół niej ludzie, wykrzyknęłaby temu bezczelnemu, aroganckiemu typowi, co myśli o jego zachowaniu i – przede wszystkim – o skierowanych do niej słowach. Zamiast tego obróciła głowę i zmroziła mężczyznę spojrzeniem, które mogłoby kruszyć skały. W niebieskich oczach wyglądających niczym dwa idealnie oszlifowane szafiry zawarła całą złość, jaka w niej buzowała. Widząc, że wysoki chuderlawiec w żaden sposób nie zareagował na jej piorunujący wzrok, wciąż wpatrując się w nią z taką miną, jakby oczekiwał odpowiedzi od przewodnika turystycznego, kobieta obróciła się na pięcie i pośpiesznie wyszła poza obszar wyznaczany przez tłum. Uprzednio z całej siły trącając łokciem wysokiego mężczyznę prosto w brzuch.
– Najmocniej przepraszam, ale sprawa nie może czekać – powiedział człowiek w czarnym jak smoła płaszczu, krocząc za Darią niczym pies przez alejki zabytkowej części cmentarza. Noszone przez niego ubranie było co najmniej o jeden rozmiar za duże, przez co rozwiewający poły płaszcza wiatr tworzył iluzję, jakoby chudzielec z przyprószonymi siwizną włosami był wielkim masztem statku, który powiewa czarnym, bezkształtnym żaglem.
– Powinnam dać panu w twarz za to, co pan do mnie przed chwilą powiedział! – Daria zatrzymała się i odwróciła w kierunku rozmówcy dopiero po przejściu kilkudziesięciu metrów.
Z tej odległości, we wciąż ciemniejącym dniu, żałobnicy zaczynali zanikać, łącząc się w jedno z otaczającym ich mrokiem. Tylko wątła, słaba lampa zwisająca z mauzoleum nieopodal, a także nieliczne małe znicze tworzyły bursztynową łunę rozświetlającą cmentarną czerń.
– Kim pan w ogóle jest?! I jak pan śmie przerywać mi udział w ceremonii?
– Pani wybaczy, jednak zrobiłem to na wyraźne polecenie pani stryja – stwierdził nieznajomy, przybierając nad wyraz poważny wygląd. – Pozwoli pani, że się przedstawię. Wilhelm Prochoński. Jestem bezpośrednim wykonawcą testamentu pana Wiktora.
Sabatowska, na której twarzy jeszcze sekundę wcześniej rysowały się gniew i złość, popadła w konsternację. Zaciśnięte w pięści dłonie wsunęła do kieszeni krótkiego płaszcza. Zmrużyła oczy. Tajemniczy nieznajomy – zarówno on sam, jak i dobór wypowiedzianych przez niego słów – stanowił zagadkę, jakiej Daria nie mogła rozwiązać, lustrując jego zastygłe w powadze lico.
– Stryj nie zostawił testamentu… – odpowiedziała po chwili ściszonym, zamyślonym głosem.
Choć jeszcze minutę temu była tego najzupełniej pewna, patrząc na górującego nad nią Prochońskiego – dziwaka, który na co dzień mógłby być najlepszym kompanem jej zmarłego krewnego – zaczęła popadać w wątpliwość.
– Owszem, zostawił – skwitował Prochoński. – Pani rodzina z pewnością o tym nie wiedziała, ponieważ Wiktor, w swoim stylu, nakazał rozpoczęcie jego wykonania dopiero w chwili, kiedy trumna z jego ciałem spocznie w grobie. Przy okazji zaznaczył, aby wykonywanie testamentu rozpocząć niezwłocznie.
Chuderlawy człowiek przemawiający głębokim barytonem wydawał się mówić wszystko jak najbardziej poważnie. Na jego twarzy, którą coraz trudniej można było dostrzec w zapadającym zmroku, Daria nie przyuważyła niczego prócz spokoju i powagi. Zanim zdołała powiedzieć coś więcej, spróbować wyrazić jakiekolwiek myśli, które kłębiły się w jej głowie, mężczyzna sięgnął do wnętrza zbyt dużego płaszcza. Pogrzebał w nim chwilę, jakby był iluzjonistą mającym lada moment wyciągnąć na światło dzienne jakiś przedmiot niespotykanych rozmiarów. Tymczasem po kilku nieco dłużących się sekundach z wewnętrznej kieszeni wydobył małe, bardzo płaskie drewniane pudełko. Spojrzał na nie, jakby chciał się upewnić, że w bezliku trzymanych przez siebie rzeczy wyjął tę właściwą. Następnie podszedł do kobiety i wręczył jej przedmiot.
Daria sięgnęła po pudełeczko, choć z odpowiednią dozą rezerwy. Gdy jej smukłe, długie palce z paznokciami pomalowanymi na głęboki niebieski kolor spoczęły na wieku, Wilhelm Prochoński w mgnieniu oka cofnął rękę, jakby podarunek miał za chwilę wybuchnąć.
– Pani Dario Sabatowska, wraz z przekazaniem pani niniejszego artefaktu uznaję panią za jedyną spadkobierczynię majątku Wiktora Sabatowskiego. Zgodnie z wolą zmarłego życzę pani powodzenia. I oby śmierć nie zabrała pani przedwcześnie z tego świata.
Ostatnie słowa wypowiedziane przez mężczyznę zbiegły się z nagłym podmuchem przeraźliwie zimnego wiatru, który sprawił, że kobieta skuliła się i obróciła głowę, próbując ukryć twarz w wysokim kołnierzu.
Zerknęła na otrzymane pudełko. Proste, pokryte ciemną farbą wyszczotkowaną na wysoki połysk, zawierało wypalone inicjały jej stryja. Zamknięte na dwie, niezwykle delikatne, srebrne klamry, skrywało zawartość, co do której Daria nie miała przekonania, czy aby na pewno chce ją poznać.
Gdy podmuch wiatru osłabł, podniosła wzrok. Tajemniczy rozmówca oddalał się wolnym, posuwistym krokiem. Spoglądając na jego niknącą w mroku sylwetkę, kobieta trwała zawieszona w labiryncie myśli. Przez chwilę wydawało jej się, że najrozsądniej byłoby pobiec za Prochońskim i dowiedzieć się wszystkiego, czego tylko mogła. Zweryfikować jego prawdo-mówność. Upewnić się, że to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich paru minut, nie było jakimś ponurym, prawdziwie makabrycznym żartem. Zamiast tego wpatrywała się w hulające poły płaszcza mężczyzny, który kilka chwil później znikł za rozpadającą się cmentarną bramą, pozostawiając za sobą jedynie tajemnicze pudełko i bezlik pytań.
Wybudzona z zamyślenia przez podmuchy wieczornego wiatru Daria zerknęła w stronę, gdzie miała miejsce ceremonia. Ku jej zdziwieniu, żałobnicy już dawno zdążyli się rozejść. Ksiądz w asyście starego ministranta oddalał się w kierunku kaplicy, a grabarze – jedyne osoby, które pozostały wśród cmentarnych cieni – szybkim tempem zasypywali dół kolejnymi pokładami ziemi. Zanim ruszyła przed siebie, ciemności przegoniły z nieba ostatnie majaki zachodzącego słońca, które nieśmiało przedzierało się przez splątane gałęzie wiekowych dębów.
Nastał wieczór pełen cieni, chłodu i unoszących się w powietrzu niepokojów.
