Dom mody - Judith Krantz - ebook

Dom mody ebook

Judith Krantz

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Golniowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 980

Rok wydania: 1995

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Judith Krantz

DOM MODY

Z angielskiego przełożył

Piotr Chojnacki

Świat Książki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału:

Scruples

 

Obwolutę, okładkę i strony tytułowe projektowała

Lidia Michalak

 

 

Redaktor

Elżbieta Niedziela

 

 

Redaktor techniczny

Alicja Jablońska­-Chodzeń

 

 

 

 

 

 

 

Licencyjne wydanie klubu „Świat Książki”

za zgodą Oficyny Wydawniczej Alma Press

 

 

Copyright © 1977 by Steve Krantz Productions, Inc. This translation

published by arrangement with Crown Publishers, Inc.

New York

 

 

© for the Polish edition by Oficyna Wydawnicza Alma Press 1992

© Copyright for the Polish translation by O.W. Alma Press 1992

Świat Książki, Warszawa 1995

ISBN 83-7020-112-1

Nr 1242

Dla Steve’a

Z całą moją miłością

Na zawsze

1

W Beverly Hills własnych samochodów nie prowadzą jedynie inwalidzi i zgrzybiali starcy. Toteż miejscowa policja przywykła do widoku najdziwniejszych zestawień kierowcy i wozu. Korpulentni, krótkowzroczni emerytowani bankierzy wbrew zakazowi skręcają z głównej w lewo w swoich Ferrari Dino, nastolatki całym gazem pędzą na lekcje tenisa w Rolls­-Royce’ach Corniche za pięćdziesiąt pięć tysięcy dolarów, a zażywne radne miejskie beztrosko parkują swoje karminowe jaguary pośrodku przystanku autobusowego.

Billy Ikehorn Orsini, która miała liczne przywary, lecz samochodem na co dzień kierowała przytomnie, z niecierpliwym piskiem hamulców osadziła swojego antycznego bentleya przed wejściem do Scruples, najbardziej luksusowego magazynu mody na świecie, prawdziwego klubu dla ludzi bardzo sławnych i bardzo, bardzo bogatych. Billy miała lat trzydzieści pięć i była jedyną spadkobierczynią fortuny ocenianej przez autorów list najbogatszych z Wall Street Journal na dwieście do dwustu pięćdziesięciu milionów dolarów. Więcej niż połowę tego majątku Billy zainwestowała bezpiecznie w zwolnionych od podatku obligacjach miejskich, co ułatwiało jej życie, natomiast Federalny Urząd Podatkowy doprowadzało do rozpaczy.

Mimo pośpiechu Billy zatrzymała się przed witryną sklepu, bacznym okiem właścicielki lustrując swoją posiadłość na północno­-zachodnim rogu skrzyżowania Rodeo Drive z Dayton Way, gdzie jeszcze cztery lata wcześniej skrzył się złoceniami, białym tynkiem i żelaznymi okuciami zabytkowy magazyn Van Cleef & Arpels, podobny najbardziej do hotelu Carlton z Cannes, przeniesionego żywcem do Kalifornii.

Luty 1978 roku był chłodny nawet tutaj, lecz Billy chroniło od zimna wełniane bolero koloru sieny, obszyte sobolami. Billy otuliła się szczelniej i rozejrzała po wystawnym centrum Rodeo Drive, gdzie stojące ze sobą nos w nos rzędy zamożnych butików przekrzykiwały się bogactwem, tworząc najbarwniejszą w zachodnim świecie paletę luksusu. Szeroki bulwar zdobiły rozłożyste drzewa fikusowe, które zachowywały liście przez okrągły rok, a panoramy dopełniały pobliskie łagodne, zalesione wzgórza, przywodzące na myśl pejzaże z płócien Leonarda da Vinci.

Kilkoro przechodniów rozpoznało Billy. Mogła się o tym przekonać, gdyż obrzucili ją tym samym trwającym sekundę spojrzeniem, którym prawdziwy nowojorczyk czy mieszkaniec Beverly Hills od niechcenia zaszczyca gwiazdy gromadzące tłumy w każdym innym mieście.

Od czasu dwudziestych pierwszych urodzin Billy setki razy stawała przed obiektywami, lecz zdjęcia z gazet nigdy jakoś nie potrafiły oddać całej jej niepokojącej powierzchowności. Długie włosy Billy miały barwę futra z norek, a ich głęboki brąz wyglądał niczym czerń dotknięta promieniem księżycowej poświaty. Zaczesane za uszy włosy odsłaniały ulubione klejnoty Billy, dwa jedenastokaratowe brylanty, zwane Bliźniakami z Kimberley – prezent od pierwszego męża Ellisa Ikehorna.

Nawet bez obcasów Billy miała sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i dorównywała wysmukłością sylwetki niejednemu mężczyźnie. Kiedy zbliżała się do wejścia do sklepu, nieświadomie wstrzymała oddech wiedząc, co ujrzy za chwilę. Śniady, pełen gracji portier z wysp Bali, w czarnej firmowej tunice i ciasno opiętych spodniach, skłonił się nisko, otwierając podwójne drzwi na miarę olbrzymów. Za skrzydłami drzwi rozpościerała się nowa kraina stworzona po to, by zwodzić, oszałamiać i kusić. Dziś jednak Billy spieszyła się bardzo, nie mogła więc fachowym okiem obrzucić terytorium stworzonego kosztem prawie jedenastu milionów dolarów i zwanego przez nią nie krainą z baśni, lecz „sklepikiem”, jak trzeźwo podpowiadało Wilhelminie Hunnenwell Winthrop z jednego z najstarszych rodów Ameryki jej trzeźwe bostońskie wychowanie. Billy wkroczyła do wnętrza charakterystycznym dla niej, energicznym krokiem łowczyni i bez wahania ruszyła ku windzie, postanawiając nie dać się zatrzymać na pogwarki żadnej ze stałych klientek sklepu. Prawie w biegu rozpięła bolero, odsłaniając wysmukłą szyję. Jako kobieta Billy miała w sobie owo najbardziej niepokojące połączenie: wybujały seks i żelazny charakter, dyktując otoczeniu własny styl. Dla każdego spostrzegawczego mężczyzny było jasne, że co innego mówią ciemne oczy Billy o tęczówkach w cieniutkie prążki barwy szylkretu i pełne usta koloru pąsowej róży pod przezroczystą warstewką błyszczku, zupełnie zaś co innego podpowiada wysmukła, wysoka sylwetka, w surowym stroju, który składał się tego dnia z ciemnozielonych spodni z koźlej skórki i ciężkiej tuniki z kremowego jedwabiu, rozciętej wysoko i niedbale przewiązanej w pasie. Billy zdawała sobie doskonale sprawę, że podkreślając strojem biust czy pośladki wymierzyłaby prawdziwej elegancji policzek. Szykowny, chłodny strój kłócił się więc z wrodzoną zmysłowością Billy, która chyba rozmyślnie wprawiała ludzi w zakłopotanie wspaniałym, z pozoru przypadkowym ubiorem, z tych, które można równie łatwo zedrzeć z siebie, by runąć na łóżko, jak i stanąć w nim przed fotografem wykonującym serię zdjęć dla Women’s Wear Daily.

Billy udało się dotrzeć do windy zamieniając zaledwie pół tuzina ukłonów z kobietami, którym dawała w ten sposób jednocześnie do zrozumienia, że miło jej, iż ktoś uwalnia ją od brzemienia choćby cząstki gigantycznego majątku, lecz że zarazem bardzo się w tej chwili spieszy. Winda pojechała prosto na najwyższe piętro dowożąc Billy do celu, którym było prywatne biuro. Czekało tam na właścicielkę dwoje zarządców: Spider Elliott, który zawiadywał sklepem, i Valentine O’Neill, odpowiedzialna za zakup kolekcji i projektowanie własnych modeli. Billy zastukała na znak swego przybycia, a nie pytając o zgodę, po czym wmaszerowała do wnętrza, którego rozmiary podkreślała tylko niewiarygodna grupa starych angielskich mahoniowych biurek, wypatrzona przez Spidera w sklepie z antykami na Melrose Avenue i przetransportowana za jego poduszczeniem do Scruples. Biurka trwały niczym ostoja spękanej rzeczywistości pośród sali przepełnionej futurystycznymi odcieniami roztopionej, matowej czerni, kolorem brunatnym, jasnobrązowym i beżowym, według projektu Edwarda Taylora.

– Gdzie moi ludzie, do diabła – zaklęła pod nosem Billy, uchylając drzwi do pokoju sekretarki. Pani Evans podskoczyła nerwowo, nie spodziewając się szefowej tak wcześnie, i natychmiast zaklekotała maszyna do pisania.

– Gdzie oni są? – zapytała Billy.

– Ojej, pani Ikehorn... Chciałam powiedzieć, pani Orsini... – w pomieszaniu wybąkała sekretarka.

– Nic nie szkodzi, wszyscy się mylą – zapewniła ją automatycznie Billy, która żoną Vito Orsiniego, najbardziej niezależnego spośród wszystkich producentów filmowych, była dopiero od półtora roku – nic więc dziwnego, iż ci, którzy przez lata czytali o niej w gazetach jako o Billy Ikehorn, popełniali bezwiednie wciąż tę samą omyłkę.

– Pan Elliott obsługuje panią Maggie McGregor – poinformowała wreszcie szefową pani Evans. – Dopiero co zaczął, i mówił, że zejdzie mu co najmniej godzina. Valentine jest w atelier, robi przymiarkę dla pani Woodstock. Długo już się tym zajmuje, bo od południowej przerwy.

Billy zacisnęła usta w irytacji, gdyż nawet ona nie mogła teraz wezwać współpracowników – dokładnie w chwili, gdy byli jej najbardziej potrzebni. Spider zaszył się gdzieś z najważniejszą kobietą w całej telewizji, podczas gdy Val projektowała komplet kreacji dla żony nowego ambasadora amerykańskiego we Francji. Gówno! Billy sama zapędziła się w ślepą uliczkę, gdyż z godnością postanowiła od początku w takich sprawach jak przymiarki i wizyty klientek w domu mody Scruples zostawić współpracownikom wolną rękę. Dina Merrill mogła sobie grać, Gloria Vanderbilt malować, Lee Radziwiłł projektować wnętrza na użytek swoich przyjaciółek, a Charlotte Ford wraz z całą sforą dam z towarzystwa „projektować” kolekcje mody; ona, Billy Ikehorn Orsini, stała na czele kwitnącego, najbardziej luksusowego sklepu na święcie, przepysznego połączenia butiku, sklepu z prezentami, stoiska z odzieżą gotową i magazynu paryskiej haute couture. Nie zmieniał tej sytuacji nawet fakt, że Scruples był najmniej znaczącą pozycją na liście posiadłości Billy; w odróżnieniu bowiem od innych źródeł dochodów Billy Ikehorn sama stworzyła Scruples i osobiście kierowała sklepem od samego początku. Sklep był więc dla niej zarówno zabawką, jak i najukochańszą cząstką majątku, skrytym marzeniem, które się nareszcie ziściło, stworzone na ludzką skalę jako coś, co da się dotknąć, ujrzeć, powąchać, zmieniać i w nieskończoność ulepszać.

– W tym rzecz: muszę ich jak najszybciej mieć u siebie. Proszę im powiedzieć, że natychmiast kiedy skończą swoje sprawy, mają mnie znaleźć. Będę na terenie sklepu.

Billy odwróciła się i swoim czujnym krokiem przeszła do własnego gabinetu, zanim oblana pąsem pani Evans zdążyła życzyć jej szczęścia, choć przygotowywała się do tej mówki od kilku tygodni. Nazajutrz jury nagród Oscara miało podać listę swoich kandydatów. Film Vito Orsiniego Zwierciadła miał szansę znaleźć się na tej liście jako jeden z pięciu najlepszych obrazów kinematograficznych 1977 roku. Pani Evans kiepsko się znała na branży filmowej, lecz aż za dobrze zdawała sobie sprawę, z jakim napięciem pani Ikehorn – pani Orsini! – słucha krążących po sklepie plotek na temat listy. Sekretarce przyszło nawet do głowy, że skoro chlebodawczym jest tego dnia tak niecierpliwa, może słuszniej było nie odzywać się wcale. Pani Evans nie bardzo wiedziała, jak zachować się w takich sytuacjach.

Dla Maggie McGregor gorączka zakupów stanowiła przeżycie tyleż wyczerpujące co niosące jej upojenie. Wydała właśnie ponad siedem tysięcy dolarów na ciuchy, które miała nosić przed kamerami w ciągu dwóch najbliższych miesięcy, zamówiła też sobie kompletną garderobę na festiwal filmowy w Cannes, który miała zaliczyć jako sprawozdawca w maju. Festiwalowe stroje pociągnęły już za sobą wydatek kolejnych dwunastu tysięcy dolarów za kreacje, które w Nowym Jorku szyto dla Maggie w firmach Halstona i Adolfo. Specjalne kolory, specjalnie dla Maggie dobrane tkaniny, wszystko to musiało się znaleźć w jej walizce przed datą wyjazdu, inaczej – jak groziła Maggie – potoczą się głowy. Kontrakt, jaki zawarła Maggie z telewizją, uściślał naturalnie, że za wszystkie kreacje płacą bonzowie z sieci nadawczej. Gdzieżby przyszło Maggie do głowy trwonić własne, dobre pieniądze.

Gdyby dziesięć lat wcześniej, gdy była jeszcze niską, pulchniutką nastolatką imieniem Shirley Silverstein, córką najbogatszego handlarza materiałami instalacyjnymi w całym miasteczku Fort John w stanie Rhode Island, ktoś chciał jej wmówić, że można się dobrze umęczyć wydając dziewiętnaście tysięcy dolarów na ubrania, wyśmiałaby go chyba. A może by nie wyśmiała? Po namyśle Maggie uznała, że nawet w owej zamierzchłej przeszłości hołubiła w sobie dosyć ambicji, by móc sobie wyobrazić taką sytuację, była też na tyle inteligentna, by zrozumieć, że szaleńcze zakupy rujnują nerwy, by już nie wspomnieć o pęcherzach na stopach. Faktem jest, że dziesięć lat wcześniej Maggie nigdy nie postawiłaby w myślach siebie w takiej sytuacji. Nawet i dziś, choć zakupy stały się rutyną dla dwudziestosześciolatki, supergwiazdy telewizji, opanowanej i twardej – jak mawiano – bardziej niż Mike Wallace i o wiele bardziej niż Wallace powściągliwej na własnym punkcie. Mawiano też o Maggie, że jest przystojniejsza niż Dan Rather i ma wrodzony talent do przeprowadzania wywiadów taki jak talent piosenkarski u Beverly Sills. Maggie doczekała się własnego programu w najlepszym czasie antenowym i w jednej z największych sieci telewizyjnych. W każdą sobotę przez pół godziny w ponad jednej trzeciej telewizorów w Stanach Zjednoczonych pokazywano Maggie w akcji, filmowaną przez wierną ekipę z przenośnymi kamerami, które dosłownie wyrastały technikom z ramion. Maggie miała dla telewidzów najnowsze plotki zza kulis przemysłu rozrywkowego, zwłaszcza z Hollywood. Jej reportaże były zawsze znakomicie udokumentowane i autorytatywne, nie miały więc nic wspólnego z obrzydliwą plotkarską papką, jaką jeszcze trzy lata wcześniej karmiono cierpiącą na nieuleczalne wścibstwo publiczność.

Teraz jednak Maggie była już tylko znękaną kobietą, której okrągłym jak u Betty Boop czarnym oczom dane było przez ostatnie trzy godziny oglądać stroje w takiej masie, iż w jej szykownie ufryzowanej głowie powstał przeraźliwy mętlik. Dyrekcja sieci telewizyjnej trwała jednak przy zasadzie, że osoba, która informuje widownię o życiu gwiazd, musi sama wyglądać jak gwiazda. Maggie, czekająca aż Spider Elliott podejdzie do niej i powie, w której spośród wybranych kreacji jego klientka wygląda absolutnie zabójczo, była tak rozczochrana, że jej ciemne włosy i grzywka sterczały na wszystkie strony. Prezenterka nie miała złudzeń co do swojego wyglądu, wiedząc, że na nienaganny wygląd stać ją tylko przez pół godziny tygodniowo, po długiej sesji z charakteryzatorem i fryzjerem studia, przed wejściem na antenę.

Kiedy Spider zapukał, Maggie przywitała go krótkim: – Na pomoc!

Spider zamknął za sobą drzwi i oparł się o ścianę przymierzalni, z czułością i uwagą spoglądając na swoją klientkę.

– Gadaj, Spidy, podpatrzyłeś tę pozę w starych filmach z Fredem Astairem? Wiem, że uczyłeś się chodzić, siadać, więc pewnie i podpierać? Tylko gdzie podziałeś cylinder?

– Nie próbuj mi tu zmieniać tematu, Maggie, za dobrze cię znam. Pewnie się gryziesz, że nakupowałaś ciuchów, które tobie nie pasują, i dlatego na mnie naskakujesz.

– Co za putz – przerwała Maggie i dźwięcznym, wyraźnym głosem ciągnęła: – Co za schmekel, co za schmuck, schlong i schwantz. W dodatku putz biały, anglosaski i protestancki.

– Księżniczko – tu Spider ucałował dłoń Maggie. – Nie ze mną te komedie. Może znam tylko uniwerek w Los Angeles i plażę, ale zaraz się orientuję, kiedy ktoś mnie wyzywa od kutasów. Widzę, że mamy coś na sumieniu, tak? A przecież nawet nie widziałem tych łachów. Maggie, jedna rzecz w kobietach zawsze stanowiła dla mnie zagadkę: dlaczego, jeśli chcą obrazić mężczyznę, wyzywają go od kutasów? Co innego, gdyby nas wyzywały od eunuchów.

Maggie odchrząknęła z rezygnacją, jako że sama już zrozumiała, jak strasznych głupstw narobiła wybierając sobie wieczorowe suknie do Cannes. Ten gówniarz Spider potrafił czytać w myślach, przynajmniej w myślach kobiet, co do tego nie było wątpliwości. Skąd u takiego miłego ogierka psychiczna więź z kobietami? Maggie wiedziała aż za dobrze, iż w pełnokrwistym, amerykańskim mężczyźnie, który w łóżku woli kobiety od facetów, taki błyskawiczny, instynktowny typ intuicji niewytłumaczalny dla którejkolwiek z dziedzin psychologii, jest cechą niesłychanie rzadką – tym bardziej u takiego samca jak Spider, pobudliwego jak stado młodych kozłów.

Naciśnięciem guzika Spider przyzwał sprzedawczynię, która obsługiwała Maggie. Arcyspokojna, o nienagannych manierach Rosel Korman wetknęła głowę przez drzwi.

– Rosel, bądź tak miła i przynieś tu nowe zakupy Maggie – poprosił ją Spider z uśmiechem. Choć ze Spiderem łączyły ją serdeczne stosunki, kiedy asystentka oddaliła się, Maggie poczuła dreszcz niepokoju. Pieprzony dyktator. Z drugiej strony, Spider nigdy się nie mylił. Maggie wiedziała na przykład, że Spider kazałby z miejsca wyrzucić raglanową pelerynkę firmy Bill Blass, którą tak uwielbiała. Chociaż jednak Spider nieustannie mieszał jej szyki, łączyła go z Maggie więź, którą jeszcze umacniał rozkoszny fakt nieskonsumowania przyjaźni. Spidera i Maggie cieszyło, że nigdy nie poszli ze sobą do łóżka, gdyż dzięki temu wciąż mieli dla siebie nawzajem mnóstwo ciepła, rzeczy o wiele ważniejszej dla nich niż seks. Seks mogli w końcu znaleźć – i znajdowali – na każdym kroku. O ciepło było już trudniej.

Jak na swoje trzydzieści dwa lata Spider Elliott uchodził w oczach Maggie za jednego z najbardziej atrakcyjnych mężczyzn na świecie. Oczom tym można było wierzyć, jako że ich właścicielka niejako zawodowo badała mechanizmy, które czynią z mężczyzn i kobiet osoby atrakcyjne. Inteligentnym, bacznym wzrokiem przywykła Maggie oceniać najdrobniejszy szczegół, najtajniejsze arkana sztuki uwodzenia. Jeśli aktor, osoba publiczna, nie ma w sobie nic z uwodziciela lub uwodzicielki, nigdy nie stanie się gwiazdą. Zdaniem Maggie na korzyść Spidera przemawiały pewne oczywiste cechy: miał złote włosy i twarz typowego amerykańskiego chłopca, a także wspaniałą budowę – coś, co nigdy nie wychodzi z mody. Jako nastolatek miał bardzo jasne włosy, które z wiekiem pociemniały nieco, nabierając bogatego, złotawego odcienia. Spider miał też oczy Wikinga, tak błękitne jak gdyby odbijała się w nich morska toń. Kiedy Spider się uśmiechał, zaciskał oczy w szparki jak teraz, gdy wydawał polecenie Rosel. Gwiazdki zmarszczek w kącikach jego oczu pogłębiły się nieco, nadając Spiderowi wyraz wesołości i mądrości, jak u podróżnika, który wojażował daleko i przywiózł z wyprawy mnóstwo wspaniałych opowieści. Co więcej, nos Spidera, złamany w jakimś dawno zapomnianym szkolnym meczu, i leciutko wyszczerbiony przedni ząb nadawały jego twarzy mniej cukierkowy wyraz. Maggie zdawała sobie jednak sprawę, że najważniejszy jest Spiderowy dar rozumienia kobiet, dzielenia się z nimi myślami i spostrzeżeniami w ich własnym języku, coś, dzięki czemu można było przekroczyć granice dzielące męskość od kobiecości po prostu, nie zaś w pokrętny, oślizgły sposób, zwykły przy takich okazjach. Spidera niezwykle interesowała tajemnica zmysłowej, bezgranicznej kobiecości, nic więc dziwnego, że siłą rzeczy królował na przesyconej erotyzmem i narcyzmem scenie, jaką tworzył dom mody o nazwie Scruples. Spider stanowił na tej scenie arcymęski kontrapunkt i był na niej niezbędny niczym pasza w haremie. Nie nadużywał jednak tej władzy, choć sperma często rzucała mu się na mózg. Gdyby bowiem mężczyźni z Beverly Hills, La Jolli i Santa Barbara dowiedzieli się w jakiś sposób z niewątpliwie bezpośredniego źródła o sławie Spidera jako światowej klasy samca, przestaliby zapewne płacić rachunki swoich żon ze Scruples z dotychczasową dobroduszną rezygnacją.

Rosel zjawiła się powtórnie, tym razem w towarzystwie asystentki ciągnącej ciężki wózek obwieszony sukniami. Zawartość wózka maskował pokrowiec z białego lnu. Billy Orsini obmyśliła taki system po to, by klientki Scruples mogły się cieszyć dyskrecją prawie nieosiągalną w innych kosztownych magazynach Beverly Hills. Rosel odchyliła zasłonę i natychmiast zniknęła za drzwiami. Spider miał zwyczaj odbywać z klientkami sesje sam na sam, bez przeszkadzających w rozmowie asystentek, które zwykle zakochiwały się w sukience pasującej jak ulał nie na klientkę, lecz właśnie na nie. Maggie i Spider sztuka po sztuce przejrzeli zakupy. Niektóre kreacje Spider odłożył na bok bez komentarza, inne odrzucił, pozostałe zaś kazał Maggie przymierzyć przed podjęciem decyzji. Maggie przebierała się za parawanem w jednym z kątów obszernej przymierzalni. Kiedy uporali się z całą partią ciuchów, Spider zadzwonił do bufetu i kazał szefowi kuchni dostarczyć do przymierzalni duży imbryk herbaty Earl Grey i butelkę dobrego koniaku oraz półmiski kawioru i kanapek z wędzonym łososiem.

– Nawet się nie obejrzysz, jak poziom glukozy we krwi wróci ci do normy – zapewnił Spider wyczerpaną klientkę. Racząc się herbatą z hojną domieszką koniaku, odetchnęli obydwoje w poczuciu dobrze spełnionego, trudnego obowiązku.

– Zdajesz sobie sprawę, Maggie – zaczął Spider leniwym tonem – że najważniejszej kreacji w ogóle jeszcze nie wybrałaś.

– Co? – Maggie kręciło się w głowie z ulgi i zmęczenia. Poza tym bolały ją plecy.

– Pytam, co założysz na grzbiet w wieczór wręczania Oscarów, malutka?

– Kto to wie? Coś pewnie założę. Przecież nakupiłam dosyć, chłopczyku?

– Właśnie, że nie. Chcesz mi zrujnować reputację? Ten sabat wampirów idzie przez satelitę na całą kulę ziemską. Sto pięćdziesiąt milionów telewidzów. Sto pięćdziesiąt milionów wlepionych w ciebie par oczu! Dobrze zrobisz, jeśli założysz na siebie coś ekstra.

– Kurczę, Spider, przestań mnie straszyć!

– Kto straszy? Sama wiesz, że nigdy jeszcze nie prowadziłaś osobiście wieczoru nagród Akademii. Najlepiej będzie, jeśli Valentine zaprojektuje coś specjalnie dla ciebie.

– Valentine? – Maggie spojrzała niepewnie na Spidera. Dotychczas ograniczała się zawsze do gotowych strojów, gdyż przy swoich licznych obowiązkach nie mogła sobie pozwolić na przymiarki.

– Właśnie ona. I nie rób takiej miny, na pewno znajdziesz czas. Przecież chcesz rzucić cały świat na kolana?

– Spider – zaczęła z wdzięcznością Maggie – jeżeli ucałuję twoje stopy, pomyślisz sobie, że się do ciebie dobieram, nie?

– O nie. Odpadasz w przedbiegach – uspokoił ją Spider. – Daruj sobie stopy, odpowiedz mi tylko na parę pytań. Jakie są szanse Vita na nominację do Oscara? Tak między nami?

– Takie sobie, dobre albo znakomite, to zależy. Po kraju krąży jeszcze z siedem dobrych filmów, które się uplasowały w pierwszych dziesiątkach na rozmaitych listach. Wszystkie mogą liczyć na spore poparcie. Sama bym oczywiście chciała, żeby nagrodę dostał Vito, ale... Nie postawiłabym na niego swojego następnego czeku z telewizji.

– Jak to możliwe, że wiesz równie mało jak ja? – poskarżył się Spider.

– Tak już bywa w rozrywce. A czemu pytasz? Czy Billy zaczyna się łamać? Naprawdę się zadurzyła w tym swoim niebiańskim makaroniarzu, którego wzięła za męża.

– Czy się łamie? Nie, ale ma drobnego fioła na tym punkcie. Inna rzecz, że odkąd ją znam, zawsze szła na całość w uczuciach. Gdyby miała czekać na werdykt jeszcze parę tygodni, obudziłaby się pewnego ranka i ujrzała w lustrze, że jest Lady Macbeth. Sam cholernie lubię Vita, facet ma ogromny talent i tak dalej, ale czasem żałuję, że Billy nie poślubiła kogoś normalnego, akrobatę spadochronowego albo, powiedzmy, kierowcę formuły pierwszej.

– Tak wsiąkła?

– Gorzej niż myślisz.

Kiedy Maggie i Spider zajęci byli rozmową, Billy nerwowo przeglądała zapasy towarów w stoisku z prezentami, buszując niczym złodziej w Sezamie pośród gąszczu chińskich szkatuł zdobionych osobliwymi symbolami, srebrnych wiktoriańskich pudeł na ciasteczka, obszywanych paciorkami osiemnastowiecznych torebek wieczorowych, francuskich klamer do butów zdobnych diamentowymi rozetkami, świeczników z Battersea i georgiańskich tabakierek. Przeglądając towar zarazem dyskretnie obserwowała sześciu mężczyzn schylonych nad stolikami do gry w backgammona w sklepowym pubie. Sześciu ludzi umilało sobie grą oczekiwanie na żony dokonujące zakupów. Nie ulegało wątpliwości, że po tej sesji z rąk do rąk grających przejdzie co najmniej trzy tysiące dolarów. Dom mody, jakim był Scruples, zmieniał się powoli w nieoficjalny, lecz najpopularniejszy i najbardziej ekskluzywny męski klub w całym mieście. Uwagi Billy nie uszły też dwie klientki z Teksasu, które kupowały właśnie dla siebie cztery identyczne płaszczyki z wigoniowymi wyłogami, obszyte szynszylami, norkami, nutriami i – dla śmiechu – futerkiem z kreta, farbowanym w beżowe, brązowe i białe pasy. Siostry? Przyjaciółki? Billy nie mieściło się w głowie, że istnieją kobiety, które wspólnie chodzą po zakupy i wybierają dla siebie identyczne stroje. Zgroza. Billy sama złapała się na tym, że jej irytacja w stosunku do klientek bierze się po prostu z faktu, że Valentine nadal się grzebie. Niech grom z jasnego nieba spali jej jaszczurkowatą klientkę Muffie Woodstock! A gdzie Spider, gdzie ten się znowu zaszył?

Zirytowana obecnością postronnych osób, Billy przeszła przez jedne z czworga podwójnych drzwi po północnej i południowej stronie głównego salonu sklepu i znalazła się w otulającym Scruples ze wszystkich stron ornamentalnym ogrodzie. Karłowate ligustry i szara santonina skomplikowanym wzorem ścieliły się na tle bukszpanowych żywopłotów okalających Scruples z trzech stron. Zaczynały już rozkwitać trzy tuziny różnych odmian geranium w antycznych urnach z terakoty, przywiezionych z należących do Billy szklarni. Billy czuła zapach polan czereśni i eukaliptusa, płonących w mosiężnym palenisku w edwardiańskim ogrodzie zimowym po drugiej stronie salonu, słyszała też ściszone głosy kilkorga spóźnionych klientów, którzy popijali herbatę i szampana. Żaden jednak spośród znajomych zapachów i dźwięków nie mógł ukoić jej rozstrojonych nerwów.

Valentine O’Neill bawiła się doskonale przez całe popołudnie w swoim atelier nad sklepem. Żona Amesa Woodstocka stanowiła odpowiedni rodzaj wyzwania dla projektantki mody jako kobieta, która boi się wykwintnych strojów, lecz którą okoliczności – i Valentine – zmuszają do noszenia ich z uśmiechem na twarzy. Valentine nie były także obojętne królewskie sumy, które mąż pani Woodstock, milioner doświadczony w międzynarodowym handlu ropą naftową i mianowany właśnie nowym ambasadorem we Francji, gotów był wydać za przywilej zamówienia całej garderoby żony w Scruples. Na podobny gest nie mogła sobie pozwolić żadna Francuzka.

Valentine opuściła wprawdzie Paryż pięć lat wcześniej i była Irlandką ze strony ojca, lecz nawet w wieku dwudziestu kilku lat francuskością dorównywała wieży Eiffla. Najgłębszym, najmniej oczywistym szczegółem, który jednak, wbrew rudym irlandzkim włosom, decydował o jej francuskim wyglądzie, były kapryśnie wykrzywione wargi i wąski, cudownie zadarty nosek z trzema piegami, a może także przemyślny błysk w oczach, zielonych jak młode liście. Valentine miała oczy morskiej syreny, osadzone w niewielkiej, bladej, lecz niesłychanie ożywionej twarzy, na której nigdy nie gościł wyraz nudy i która nigdy nie była nadąsana. Valentine była zwinna niczym lisica i wesoła jak piosenka Maurice’a Chevaliera, której tytuł natchnął stęsknioną za mężem­-żołnierzem matkę Valentine pomysłem na imię dla dziewczynki. Pod wiecznie zmiennymi minami Valentine krył się jednak rozsądek, fundament żelaznej francuskiej logiki, który aż za często łączył się z wybuchowym celtyckim usposobieniem. Pani Woodstock pomyślała z obawą, że nawet krótko przystrzyżone rude loczki projektantki, drapującej właśnie na klientce kolejną belę jedwabiu, dowodzą jej zaciętości czy nawet agresji nie spotykanej u innych kobiet.

Muffle Woodstock miała przerażoną minę kobiety, która całe życie chodziła w bryczesach, w zaciszu domowym hodując psy i ujeżdżając konie, a teraz musi oglądać szkic sukni na galowe przyjęcie w rezydencji prezydenta Francji.

– Sama nie wiem, Valentine, ale mnie wydaje się to trochę, no... – odezwała się bezradnie. W Waszyngtonie powiedziano jej, że musi zabrać ze sobą przynajmniej pół tuzina kostiumów odpowiednich na podwieczorki z udziałem pań, pewną liczbę sukienek na „kolacyjki” i przynajmniej tuzin oficjalnych toalet wieczorowych i okryć na przyjęcia dyplomatyczne.

– Wystarczy, że ja coś wiem, pani Woodstock – ucięła Valentine, która spędziła większość dzieciństwa zaszyta w kąciku wielkiego atelier domu mody Pierre’a Balmaina w Paryżu, obserwując przy odrabianiu lekcji, jak powstają suknie wieczorowe. Biła wręcz z niej teraz absolutna pewność siebie; co więcej, Valentine postanowiła natchnąć tą samą pewnością swoją miłą klientkę.

– Nie uznaje pani takich spraw jak galowe przyjęcia, pani Woodstock?

– Wielkie nieba, nienawidzę takich imprez, kochanie.

– Przecież znakomicie się pani nosi, pani Woodstock.

– Naprawdę?

– A poza tym ma pani znakomitą figurę do kreacji, najlepszą, jaką można sobie wyobrazić. Nie prawię pani komplementów. Gdyby miała pani jakieś defekty, usiadłybyśmy nad tym, jak by je tu zamaskować, ale po co? Jest pani bardzo wysoka, bardzo szczupła, świetnie się pani porusza. Doskonale sobie wyobrażam, jakie stroje wieczorowe są pani zdaniem odpowiednie: proste, bezpretensjonalne, nieostentacyjne, takie jakie noszą wszyscy. Na szyi może jakiś klejnot, i tyle. Zgadłam? No właśnie, tak myślałam. Rzeczywiście, takie rzeczy można nosić w pani chatce w Dolinie Słońca, na ranczu w Kolorado, w rezydencji w Santa Barbara – ale nie w Pałacu Elizejskim! Nie w Operze Paryskiej! Nie na wielkich rautach w ambasadach! W żadnym razie, bo będzie się pani czuła głupio, nie na miejscu, nie tak. Poczuje się pani dobrze dopiero wtedy, kiedy włoży pani na siebie to samo co inne kobiety, dopiero kiedy przestanie pani rzucać się w oczy, zniknie, tak jak pani lubi. Ciekawe, co? Tylko w bardzo, ale to bardzo szykownych rzeczach nie będzie pani wyglądać jak cudzoziemka, obca, nie ubrana.

– Chyba masz rację – przyznała z ociąganiem Muffie Woodstock, przekonana ostatecznie przez Valentine.

– Doskonale! W takim razie do dzieła! Będę gotowa do pierwszej przymiarki za dwa tygodnie. Kiedy będzie się pani tu wybierać, proszę z łaski swojej wyjąć z sejfu biżuterię i wziąć ją ze sobą, dobrze? Chciałabym zobaczyć wszystko, co pani posiada.

– Skąd ta pewność, że mam biżuterię w sejfie?

– Z pani stylem nie nosi się klejnotów częściej niż dwa razy w roku. A szkoda, jestem pewna, że to wspaniała biżuteria.

Muffie Woodstock poczuła zakłopotanie. Valentine musiała być jasnowidzącą wiedźmą. Lepiej będzie przed następną wizytą w jej atelier kupić sobie nowe buty; inaczej projektantka niechybnie zauważy, że wieczorowe czółenka klientki mają już okres świetności za sobą. Ach, wielki Boże, dlaczego mężowi strzeliło do głowy, żeby zostawać ambasadorem?

– Głowa do góry – pocieszyła ją Valentine. – Proszę tylko pomyśleć, jakie cudowne będą konne przejażdżki we Francji.

Muffie Woodstock poweselała. Jedyną naprawdę poważną pozycję w jej wydatkach stanowiły buty do konnej jazdy. Ale, ale... czy we Francji też można jeździć w dżinsach i starym swetrze?

– Skoro już nad tym siedzimy – zaproponowała – może mogłabym sobie tu zamówić stroje do konnej jazdy?

– Ależ skąd! – zgorszyła się Valentine. – Pierwsze, co musi pani zrobić w Paryżu, to odwiedzić Hermes. Mogę pani uszyć wszystko, oprócz stroju do konnej jazdy. Po prostu nie byłby taki jak trzeba.

Odprowadzając klientkę do drzwi atelier Valentine odczuwała podwójną radość, bo po pierwsze jej projekty znów miały stanąć w szranki z dziełami europejskiej sztuki krawieckiej, po drugie zaś dlatego, że pani Woodstock, która nie miała dotąd pojęcia o własnych zaletach, wkrótce dowie się o nich, kiedy ozdobią ją dramatyczne w wyrazie, lecz poważne i eleganckie ubiory, przygotowane dla niej w firmowym atelier Scruples. „Nieostentacyjne”, dobre sobie! Przy swoim wzroście i postawie pani Woodstock mogła dorównać każdej księżniczce. O żonie nowego ambasadora będzie wkrótce mówił cały Paryż – ba, Paryż będzie się wspinać na krzesła, by móc ją lepiej dojrzeć. Pani Woodstock nauczy się zaś doceniać popularność! Zresztą może się nie nauczy. Niestety, choć Valentine miała naturę sztukmistrza, nie potrafiła jeszcze wszystkiego.

Na dodatek Valentine znów udało się dowieść samej sobie, że posiada cechy, które pozwalają jej doprowadzić do skutku transakcję handlową, a tej zalety nie lekceważy żadna rodowita Francuzka. Szycie i sprzedaż ubrań stanowiło w oczach Valentine zajęcie poważne i godne szacunku, nawet jeśli widownią dla tego zajęcia było ekstrawaganckie, ekscentryczne i ociekające dostatkiem wesołe miasteczko o nazwie Scruples. Valentine dowiodła po raz kolejny, że nawet w Beverly Hills, które wraz z Palm Springs jest amerykańską stolicą najgorzej ubranych bogatych kobiet... możliwe jest tworzenie haute couture dla tych klientek, które z najrozmaitszych powodów nie chcą chodzić w byle czym.

Nie zdejmując wykrochmalonego, bezosobowego białego fartucha, w którym zawsze pracowała, Valentine przeszła z atelier do swojego gabinetu. W ręku niosła kosztorys nowej garderoby pani Woodstock. W gabinecie czekał już Spider, który oparł nogi o blat obitego starą czerwoną skórą ich wspólnego biurka.

– To ty, Elliott? Nie spodziewałam się, że cię tu zastanę... – wyjaśniła Valentine przyczynę swojego nagłego zmieszania. Od Bożego Narodzenia, od ich idiotycznej sprzeczki sprzed sześciu tygodni, błyskawicznie zakończonej, lecz wciąż kładącej się cieniem na ich stosunki, Valentine i Spider unikali rozmów sam na sam, którymi dotąd umilali sobie każdy poranek przed otwarciem sklepu, rozwaleni po obu stronach wielkiego biurka.

– Wpadłem tylko, żeby ci powiedzieć, co obiecałem Maggie. Zrobisz jej suknię na uroczystość wręczenia Oscarów – odpowiedział chłodnym tonem Spider.

– O, Boże! Zapomniałam na śmierć o Oscarach! – zawołała Valentine, lądując w fotelu. – Ostatnio myślałam tylko o pani Woodstock, i... może po prostu już zwariowałam?

Ostatnia uwaga padła dlatego, że dla każdego magazynu mody w Beverly Hills ceremonia wręczenia Oscarów to prawdziwa manna z nieba i taki sam powód do radości jak noc sylwestrowa. Nie chodzi przecież o to, kto zdobył którego Oscara, lecz o to, kto się w czym pokazał na uroczystości.

– Może i tak – stwierdził obojętnie Spider. Valentine nie zwróciła uwagi na te słowa, przejęta nagłą luką w swojej pamięci. Zadziwiona ciągnęła więc:

– Na całe trzy godziny w ogóle zapomniałam, że istnieją jakieś Oscary, a tu, proszę. Zaraz jutro dowiemy się, kto dostał nominację, i natychmiast zbiegną się klientki. Nareszcie będą wiedziały, czy się wybierają na imprezę i będą się modlić o wynik, czy zostają w domu przed telewizorem. Pomyśl tylko, przez następnych sześć tygodni wszyscy będą w ogromnym napięciu, które tylko dla garstki ludzi zakończy się dobrą nowiną i ulgą. Cudaczne widowisko. Pomyśleć, że cały kraj kłóci się i interesuje – czym? Losem kilku filmów i paru aktorów.

– Dlaczego mówisz o tym tak pogardliwie?

– Wcale nie pogardliwie, tylko z podziwem, Elliott. Zmuś się na chwilę do myślenia i sam zobacz, ile ślicznych pieniędzy wylewa się na rynek dzięki tej komedii! Studia wydają całe fortuny na reklamę, o miliony wzrośnie sprzedaż biletów... Zresztą, co mnie to niby obchodzi? Nas dotyczą tylko stroje i kreacje na jeden szampański wieczór.

– Może i tak – przyświadczył Spider, wciąż nie zmieniając tonu. Tym razem jego słowa wprawiły Valentine we wściekłość.

– Jasne, jasne, Spider, co cię w końcu obchodzą Oscary. Sama wiem, że masz dość roboty z prowadzeniem sklepu, a co do ubrań, wszystko jest gotowe, ty musisz tylko zdecydować, którą kieckę Chloe czy Holly Harp mają kupić twoje kobietki. Co ty wiesz o prawdziwych problemach, takich jak nasze. Nie musisz się martwić tym, że boska Streisand znowu przytyła o dziesięć kilo, chociaż i przedtem miała obfitą rufę, a nie petite derriere, a suknia musi być obcisła, a z drugiej strony powinna ukryć to wszystko... – Valentine poderwała się z fotela i podeszła do Spidera, krzyżując zielone spojrzenie z błękitnym wzrokiem rozmówcy. – Ciebie, Elliott, w ogóle nie musi obchodzić fakt, że Raquel Welch chce w tym roku wyglądać jak zakonnica, zakonnica z cyckami na wierzchu; nic cię nie obchodzi, kiedy Cher wbije sobie do głowy, że zniknie w tłumie, jeśli nie ubierze się jak zuluska księżniczka w dzień zaślubin... A ja? Muszę się martwić nie tylko o prezenterów, ale jeszcze o kandydatów do nagrody, że już nie wspomnę o żonach producentów i kochankach aktorów!

Valentine w gniewie chciała już dodać, że Spider nie musi wciąż obawiać się pytań o swoje życie erotyczne, lecz powstrzymała się w ostatniej chwili. Dawno już nauczyła się rozpoznawać po odcieniu i tonie niedbałych z pozoru pytań ze strony klientek, czy Spider nie spał jeszcze z daną osobą, czy też trwa jego burzliwy romans, czy może romans właśnie się zakończył. Valentine na szczęście potrafiła znakomicie udawać, że nic nie wie i nic ją to nie obchodzi – bo rzeczywiście tak było – lecz miała po dziurki w nosie delikatnych lekcji, jakich jej nie szczędziły miłosne podboje Spidera tudzież jego ciekawskie przyjaciółki.

– Posłuchaj, Val – przerwał jej Spider głosem tak chłodnym i obojętnym, że jej złość wzrosła jeszcze. – Wiesz, że zyski Scruples nie biorą się ze szmat na Oscara. Przychodzi do nas każda bogata kobieta, która wychyliła nos za rzekę Hudson, więc jeżeli twoje mimozowate artystki są takie wybredne, wyślij je z powrotem do Boba Mackie, Raya Aghayana czy do Halstona i reszty chłopaków, którzy je ubierali, zanim sama się do nich przypięłaś.

– Czyś ty zwariował... – wybąkała Valentine, która dopiero po chwili dostrzegła kpinę w oczach Spidera. Dawniej jego śmiech był zaraźliwy, lecz dziś po prostu ranił. A przecież Spider wiedział równie dobrze jak i sama Valentine, jak ważne było dla niej zwabienie do atelier aż tylu gwiazd Hollywoodu. Wbrew swemu galijskiemu utyskiwaniu Valentine za nic w świecie nie oddałaby centymetra kwadratowego ze zdobytego terytorium, zwłaszcza że zdobyła je tak niedawno. Valentine zdawała sobie zresztą doskonale sprawę, że choć w Beverly Hills i w Bel Air jej nazwisko zaczynało czynić cuda, wiele ją jeszcze dzieli od zdobycia trwałej pozycji w świecie mody. Prawdę tę znał również Spider. Co go dzisiaj napadło? Pamiętał przecież równie dobrze jak ona kwaśnogorzki smak porażki, jakiej dane im było obydwojgu zaznać niecałe dwa lata wcześniej w Nowym Jorku. Nawet dziś Spider i Valentine pozostawali najemnymi pracownikami – być może niezastąpionymi na swoich stanowiskach, lecz nawet to nie zmieniało faktu, że dom mody w całości należy do Billy Ikehorn Orsini, poczynając od parceli wartości wielu milionów dolarów, a kończąc na najnowszej partii sukien z nowojorskiej Siódmej Alei, które trzeba odebrać z lotniska.

Dokładnie w tej chwili do biura weszła Billy, przyłapując ich na tym, jak mierzą się gniewnym wzrokiem. Billy obrzuciła Spidera i Valentine złym spojrzeniem i odezwała się głosem spokojnym, lecz z intonacją, która kazała parze podwładnych w jednej chwili zapomnieć o swarach.

– Pani Evans odniosła wrażenie, że obydwoje pracujecie i nie wolno wam przeszkadzać. Czy którekolwiek z was ma pojęcie, od jak dawna czekam, aż się raczycie zjawić?

Spider powstał z fotela i posłał Billy uśmiech, uśmiech pełen zmysłowości, wyzbyty najmniejszych śladów sprytu czy zjadliwej ironii, uśmiech, który w swej prostocie zapowiadał przyjemności, które nadejdą. Zwykle mina ta sprawdzała się w najtrudniejszych sytuacjach.

– Możesz sobie oszczędzić zasranych szczerych uśmiechów, Spider – zbyła go Billy.

– Ale, Billy, skończyłem z Maggie ledwo pięć minut temu. Siedzi jeszcze w przymierzalni i nie może się pozbierać. Nikomu do głowy nie przyszło, że się dzisiaj pojawisz w sklepie.

– A ja odprowadzałam panią Woodstock – dodała Valentine z godnością. – Wystarczy spojrzeć, ile zysku przysporzyłam firmie w jedno popołudnie.

Billy zignorowała podane jej arkusze wyceny.

– Posłuchajcie! Do ciężkiej cholery, nie po to kupiłam kawał najdroższego gruntu w całym kraju, nie po to zbudowałam najdroższy sklep na świecie i zatrudniłam was – dodam, kiedy obydwoje nie mieliście cienia szansy na pracę – żebyście mogli go prowadzić i zbić na tym fortunę, to wszystko nie po to, żebym musiała snuć się jak jakiś kretyński, zabijający czas klient właśnie wtedy, kiedy jesteście mi najbardziej potrzebni!

– Żadne z nas nie potrafi czytać ludziom w myślach, Billy – przypomniała spokojnym głosem Valentine, która nie wybuchnęła sama tylko ze względu na bardzo dziwny ton Billy. Valentine nigdy jeszcze nie widziała swojej chlebodawczyni w takiej ślepej pasji.

– Nie musicie czytać w myślach, by wiedzieć, że potrzebuję was dziś po południu!

– Myślałem, że będziesz w domu, razem z Vito – dodał Spider.

– W domu? – Billy nie wierzyła własnym uszom. – Przecież byle półgłówek by się domyślił, że przyjdę zamówić sobie kreację na wręczanie Oscarów. Jutro zwalą się tutaj tłumy. Myślicie, że mam ochotę cisnąć się razem z resztą towarzystwa?

– Ależ, Billy, przecież dopiero jutro... – zaczęła Valentine, a włosy chmurą otoczyły jej głowę, gdy nią potrząsnęła w zdumieniu.

– Billy – dodał delikatnie Spider – po co ten pośpiech? Masz w szafie przynajmniej sto sukni wieczorowych. Dopóki nie ogłoszą nominacji, nie wiesz nawet, czy...

Przerwał, gdyż Billy groźnie uczyniła trzy kroki w jego stronę.

– Czego to mianowicie nie wiem?

– Popatrz na sprawę realistycznie...

– Na co mam patrzeć realistycznie?!

Spider, który sam był już zły, wypalił jej prosto z mostu:

– Na to, czy Zwierciadła znajdą się na liście kandydatów! Dopóki tego nie wiadomo, niepotrzebna ci nowa suknia.

Nastąpiło długie milczenie. Naraz jednak Billy roześmiała się i patrząc na dwójkę pracowników potrząsnęła głową, jak gdyby miała do czynienia z naiwnymi dzieciakami, którym trzeba wybaczyć ich prostoduszność.

– Ach, więc o to chodzi. Masz szczęście, Spider, że nie siedzisz w branży filmowej. Nigdy w życiu by ci się nie powiodło. Co ty sobie myślisz, do diabła? Vito i ja ślęczymy nad sprawą od roku, a po co? Może ćwiczymy zawczasu, jak by tu godnie przyjąć porażkę? Lepiej ruszcie obydwoje tyłki z tych foteli i powiedzcie mi, co mam na siebie włożyć w wieczór rozdania Oscarów!

2

Dopiero w chwili, kiedy Ellis Ikehorn odszedł z tego świata w wieku siedemdziesięciu jeden lat, Billy Ikehorn pojęła ogrom różnicy, jaka dzieli młodą żonę niezmiernie bogatego człowieka od niezmiernie bogatej młodej kobiety bez męża. Ostatnich pięć lat z dwunastoletniego związku Ellis spędził na wózku inwalidzkim, częściowo sparaliżowany po wylewie, który odebrał mu również mowę. Chociaż od dnia ślubu Billy weszła do grona najzamożniejszych i najbardziej wpływowych ludzi świata, nigdy dotąd nie udało jej się na tyle umocnić na tej zdobytej pozycji, by spokojnie wejść w okres wdowieństwa. Przez kilka ostatnich lat życia męża Billy mieszkała w odosobnieniu, zamknięta niczym mniszka w rezydencji w Bel Air, nie kontaktując się z równymi sobie i godnie znosząc los kobiety, której mąż jest inwalidą.

Teraz oto, w wieku trzydziestu dwóch lat, los uwolnił ją od tego brzemienia, obdarzając za to dochodami, które praktycznie nie miały granic. Billy stwierdziła ze zdumieniem, że panicznie boi się tej góry pieniędzy. A przecież właśnie o niej marzyła przez długie lata dzieciństwa, jako uboga krewna. Szczęście uśmiechnęło się do niej tak nagle, że trudno jej było myśleć o tym bez niepokoju. Możliwości, jakie kryły się w ogromnych sumach pieniędzy, majaczyły niewyraźnie, a cień wielkiej forsy zaciemniał i tak już niewyraźną przyszłość.

Kiedy w ów ostatni poranek jeden z trzech pielęgniarzy Ellisa podszedł do Billy, by oznajmić, że jej mąż miał podczas snu kolejny, śmiertelny wylew, poczuła ulgę przemieszaną ze smutkiem. Tak dobrze wspominała lata przeżyte z Ellisem... Jednak smutek od pięciu lat nie był dla niej niczym nowym. Billy miała aż nazbyt wiele czasu, by pogodzić się z myślą o utracie męża, jego śmierć nie zabolała jej więc aż tak bardzo. Z tym jednak, że nawet półżywy Ellis był dla niej opiekunem i ochroną. Za jego życia Billy nigdy nie musiała się martwić o pieniądze, zostawiając te sprawy tabunowi prawników i księgowych. Zdawała sobie oczywiście sprawę, że tuż po ślubie Ellis przekazał na jej wyłączną własność pakiet wolnych od podatku obligacji wartości dziesięciu milionów dolarów, za które zapłaciła tylko podatek od darowizny, a co więcej, powtarzał ten gest przez siedem lat w każde urodziny żony, aż do wylewu, którego doznał w 1970 roku. Zanim więc Billy jako jedyna spadkobierczyni odziedziczyła całość fortuny Ikehorn Enterprises, jej własny majątek urósł do sumy osiemdziesięciu milionów dolarów i przynosił jej roczny dochód w wysokości czterech milionów całkowicie zwolniony od podatków. Po śmierci Ellisa pluton inspektorów z Federalnego Urzędu Podatkowego przez całe tygodnie deliberował nad kwestionariuszem podatkowym masy spadkowej Ikehorna, lecz mimo wysiłków pozostawił Billy dalsze sto dwadzieścia milionów, z grubsza licząc. Nieoczekiwana lawina pieniędzy przyprawiła Billy o lęk i pomieszanie, gdyż młoda wdowa tylko teoretycznie przyjęła do wiadomości, że może robić co zechce i jechać dokąd zechce. Poczucie rzeczywistości wróciło Billy dopiero wówczas, gdy powiedziała sobie głośno, że i tak nie stać ją na lot na Księżyc. Upewniło ją w tym spojrzenie w powiększające zwierciadło, nad którym się pochyliła, by nałożyć cień na powieki. Wciąż stały przed nią codzienne obowiązki: kąpiel, mycie zębów, ważenie się każdego ranka i wieczora, co czyniła regularnie od chwili, gdy skończyła osiemnaście lat, garderoba... Myśl o znajomych czynnościach przywróciła życiu sens i natchnęła nadzieją. Po kolei, po kolei, powtórzyła Billy pod adresem swojego odbicia w lustrze. Odbita w tafli twarz nie zdradzała przestrachu, jaki czuła w głębi duszy jej właścicielka.

Gdyby ktoś obcy ujrzał ją w tej chwili pierwszy raz w życiu i dobrze ocenił jej wzrost, dumny krok, wysmukłą linię szyi i władcze uniesienie głowy, pomyślałby, że ma przed sobą osobę niezłomną i mocną jak młoda królowa Amazonek.

Najpilniejsze decyzje dotyczyły pogrzebu Ellisa. Billy prawie ucieszyła się, że ma oto szansę zająć się sprawą, która wymaga precyzyjnych i konkretnych postanowień.

Ellis Ikehorn nie zaliczał się do osób religijnych, nie zaprzątał też sobie głowy sentymentami, chyba że dotyczyły Billy. W testamencie nie zostawił więc najmniejszej wskazówki co do pogrzebu; również za życia nigdy nie wypowiadał się na temat formy przyszłego pochówku. O tym, co nadejdzie, rozmyślał równie niechętnie jak wszyscy, bez różnicy, bogaci czy biedni.

Oczywiście kremacja, przyszło Billy do głowy. Właśnie, kremacja zwłok, a potem krótka ceremonia żałobna w kaplicy Kościoła Episkopalnego w Beverly Hills. Nie miało znaczenia, w jakiej religii wychował się Ellis, który nie powiedział jej nigdy na ten temat ani słówka. Billy została wychowana w bostońskiej tradycji episkopalnej i nie miała zamiaru od niej odstąpić. Na szczęście znalazła się dostateczna liczba pracowników miejscowego oddziału korporacji Ikehorna i ludzi, z którymi zmarły prowadził interesy, by wypełnić wnętrze świątyni. Gdyby Billy miała zaprosić na uroczystość wyłącznie najbliższych przyjaciół, mogłaby spokojnie wynająć jako kaplicę jeden z gabinetów w głębi restauracji La Scala, a i wtedy zostałoby tam dość miejsca na spory chór i trójkę muzyków.

Zadzwoniła więc najpierw do adwokata Ikehornów Josha Hillmana i poprosiła go, by zajął się przygotowaniami. Teraz mogła już spokojnie zająć się następną sprawą, to jest wyborem stroju odpowiedniego na taką okazję jak pogrzeb. Żałoba? Niestety, nawet jako osoba, która przez lata figurowała na listach najlepiej ubranych kobiet, Billy spędziła zbyt wiele lat w Kalifornii. W swojej niesłychanie zasobnej garderobie nie znalazła nic, co by przypominało krótką, niezbyt grubą czarną sukienkę, w sam raz nadającą się do włożenia we wrześniowy dzień 1975 roku, kiedy to w Kalifornii temperatura sięga trzydziestu dwóch stopni, a podnosi ją jeszcze gorący, suchy wiatr znad Santa Ana. Gdyby już wykończono Scruples, Billy udałaby się prosto do sklepu, lecz na razie mogła o tym tylko marzyć.

Wybierając w sklepie Amelii Gray kilka sukienek bez rękawów, z czarnego jedwabiu, firmy Galanos, Billy znów zapatrzyła się w lustro. Dręczyło ją, że jej uroda jest tyleż wspaniała co nie wykorzystana. Billy nie grzeszyła skromnością na punkcie własnego wyglądu. Przez pierwszych osiemnaście lat życia była rozpaczliwie brzydka, teraz więc bez skrupułów rozkoszowała się swoją pięknością. Nigdy na przykład nie nosiła stanika. Jej wysokie, niemalże zbyt pełne piersi nie potrzebowały wsparcia, tym bardziej że gdyby biustonosz w nieunikniony sposób uniósł je jeszcze trochę, biust Billy uzyskałby rozmiary, jakie nie przystoją kobiecie eleganckiej. Billy była też wdzięczna niebiosom za to, że jej pupa, choć rozłożysta, nie jest specjalnie wypukła i pełne rozmiary uzyskuje dopiero w takiej odległości od talii, że nie rujnuje linii sukienek. Obnażone ciało Billy okazywało się zadziwiająco pełne. Ciało – powtórzyła Billy w myślach, czując beznadziejny, kruchy ciężar tej myśli. Żaden mężczyzna nie dotykał tego ciała od wielu, bardzo wielu miesięcy. Dokładniej od świąt Bożego Narodzenia, kiedy stan El lisa zaczął się z dnia na dzień pogarszać, a Billy, wiedziona współczuciem albo poczuciem wstydu, rozmyślnie pozbawiła się sekretnych erotycznych przyjemności, na które zaczęła sobie pozwalać cztery lata wcześniej.

Billy ubrała się i czekała, aż obsługa zapakuje jej nowe sukienki. Zmusiła się, by przestać myśleć o sobie i zająć się następną pilną sprawą: co począć z prochami zmarłego. Wiedziała tylko tyle, że coś musi z nimi zrobić. W czasach, kiedy poznała męża, Ellis wyraziłby prawdopodobnie życzenie, by rozrzucić je do mikrofonów jak największej liczby telefonów biurowych. Uśmiechnęła się niepewnie na to wspomnienie. Ellis dobiegał wówczas sześćdziesiątki i był pełnym energii cesarzem międzynarodowego imperium przemysłowego, człowiekiem, który już trzydzieści lat wcześniej zarobił pierwszy milion zwany przez niego „kieszonkowym”. Może zresztą Ellis wolałby, aby jego prochy wetrzeć szczypta po szczypcie w wyściółkę teczek­-dyplomatek, należących do batalionu dyrektorów firmy? Zawsze lubił doprowadzać swój sztab do rozpaczy.

Ekspedientka spojrzała dziwnie na Billy, która dopiero teraz zorientowała się, że bezwiednie pozwoliła sobie na niegłośny śmiech. Nie wolno jej się tak rozklejać, bo do kolacji całe miasto będzie już szeptało, że Billy Ikehorn śmiała się w głos w ten sam dzień, kiedy wreszcie umarł jej mąż. Czy jednak Ellis nie darzył głębokim szacunkiem żadnej sfery obyczajów, prócz małżeństwa z Billy, zanim przyszedł wylew? Chwileczkę... Lubił powtarzać, że ulubiony sposób spędzania wieczoru to dla niego lektura Fortune i Forbesa nad kieliszkiem dobrego wina. Właśnie! Winnica Ikehornów, Silverado! Billy pomyślała, że śmierć męża wstrząsnęła nią bardziej, niż się tego spodziewała. W normalnym stanie natychmiast wpadłaby przecież na to rozwiązanie.

Okazało się, że ich mały odrzutowy Learjet nie nadaje się do tego celu. Jak wytłumaczył Billy główny pilot firmy, Hank Sanders, do celu, który mu opisała, potrzebny byłby samolot powolny i taki, w którym da się otworzyć kabinę. Młody pilot latał u Ikehorna od prawie pięciu lat. Właśnie on wiózł małżonków z Nowego Jorku do Kalifornii po pierwszym wylewie Ellisa, on też zasiadał w lewym fotelu podczas licznych podróży sparaliżowanego starca i jego młodej, małomównej żony do winnicy w St. Helena, do Palm Springs i do San Diego. Czasami Hank powierzał stery drugiemu pilotowi i maszerował do kabiny pasażerskiej, by zdać panu Ikehornowi, siedzącemu przy oknie w wózku inwalidzkim, sprawozdanie z warunków atmosferycznych. Była to czysta formalność, jako że starzec nie zwracał najmniejszej uwagi na słowa kapitana, a przynajmniej tak się wydawało. Pani Ikehorn zawsze jednak dziękowała pilotowi poważnym głosem, odkładała na bok książkę czy czasopismo i zadawała kilka pytań na temat nowego życia w Kalifornii albo informowała, jak długo zostaną w dolinie Napa, czasem nawet proponowała pilotowi, by podczas pobytu skosztował butelkę miejscowego rocznika. Hank niezmiernie podziwiał pełną godności postawę pani Ikehorn; pochlebiał mu też fakt, że podczas tych krótkich rozmów milionerka patrzy mu prosto w oczy. W myślach uznał, że pani Ikehorn to wspaniała, niewiarygodna dupa, lecz starał się nad tym nie zastanawiać bez potrzeby.

Teraz jednak, gdy pani Ikehorn siedziała dosłownie centymetry od niego w wynajętym Beechcrafcie Bonanza startującym z lotniska Van Nuys cztery dni po kremacji, Hank ściskał stery dosyć nerwowo. Denerwował się nie dlatego, że nie znał tego typu awionetki, bo ostatecznie sam był właścicielem używanej Beech Sierry, która służyła mu do sobotnio­-niedzielnych wypadów nad jezioro Tahoe i do Reno. Pilot dawno przekonał się, że jeśli zabiera się dziewczyny na weekend własnym samolotem, można mieć w łóżku tyle panienek, ile dusza zapragnie. Nie, przyczyną zdenerwowania była właśnie pani Ikehorn, siedząca tuż obok, tak poważna, tak czymś pochłonięta i tak bezsensownie seksowna. Zważywszy na okoliczności, siedziała naprawdę zbyt blisko. Pilot starannie unikał więc patrzenia jej w oczy. Dlaczego nie zabrała ze sobą na ten wypad jakichś krewnych, sióstr czy kogo tam jeszcze!

Hank podał w grafiku lotu, że wybierają się do St. Helena i z powrotem. Odległość wynosiła w sumie tysiąc kilometrów, a wynajęta Bonanza mogła ją pokonać w niecałe cztery i pół godziny – może nawet krócej, w zależności od wiatru. Kiedy samolot zbliżał się już do Napa, Billy odezwała się wreszcie.

– Hank, nie będziemy tu lądować. Proszę lecieć wzdłuż szosy 29, wytracić wysokość dokładnie nad St. Helena i zawrócić na prawo. Będziemy lecieć powoli aż do granicy naszych winnic w Silverado. Tam proszę wyrównać lot do minimalnej wysokości. Wolno nam zejść do stu pięćdziesięciu metrów, prawda? Proszę zejść jak najniżej i okrążyć winnicę.

Dolina Napa nie należy do szerokich, lecz jest niewypowiedzianie piękna, szczególnie, kiedy wrześniowe słońce wlewa się pomiędzy gęsto obsadzone, cudowne jej dno i prześwietla strome, lesiste wzgórza, które chronią ją ze wszystkich stron.

Z dwudziestu trzech zaledwie tysięcy akrów doliny Napa pochodzą najlepsze wina Stanów Zjednoczonych, oceniane przez znawców jako równie dobre, jeśli nie lepsze od najbardziej cenionych win francuskich. Winnice rozpychają się tu między sobą, dorównując ciżbie na wzgórzach Bordeaux, choć są znacznie bardziej rozległe niż plantacje francuskie.

W 1945 roku Ellis Ikehorn, który nie cierpiał nacji francuskiej z zasady – dlaczego, nie chciał wyjawić nikomu – zakupił dawną posiadłość Hersenta i de Moustiersa nie opodal St. Helena. Ta niegdyś znakomita winnica popadła w zaniedbanie i legła w ruinie w latach prohibicji, Wielkiego Kryzysu i II wojny światowej, które wymierzyły kolejne ciosy amerykańskiej sztuce produkcji wina. Na trzech tysiącach akrów posiadłości znalazło się miejsce dla potężnego, krytego gontem i ozdobionego dwiema wieżyczkami kamiennego domostwa, w oczywisty sposób wiktoriańskiego w swej architekturze, które Ikehorn wyremontował i przechrzcił na Chateau Silverado od nazwy starego gościńca, służącego dawniej dyliżansom, ciągnącego się wzdłuż dna doliny. Następnie Ikehorn zwabił z Niemiec Hansa Webera, słynnego mistrza winnych piwnic, i dał mu wolną rękę. Nabycie winnicy i przejęcie, z jakim Ellis Ikehorn konsumował świetny pinot chardonnay i nie ustępujący im cabernet sauvignon, wyprodukowane po siedmiu latach i po zainwestowaniu dziewięciu milionów dolarów, stanowiły chyba jedyne hobby milionera.

Kiedy Hank zataczał krąg nad winnicą, na której polach roiło się od robotników, szykujących się do rychłego winobrania, Billy otworzyła prawe okienko. W rękach trzymała masywną georgiańską szkatułę z litego złota, o bokach piętnaście na piętnaście centymetrów, zdobną słowem: „London” i datą: 1816—1817, a także gmerkiem rzemieślnika, niezrównanego Beniamina Smitha. Wewnątrz szkatuły wygrawerowano następujące słowa:

W darze dla Arthura Wellesley,

Księcia Wellington,

Z okazji pierwszej rocznicy

Bitwy pod Waterloo

Od przejętego szacunkiem cechu Kupców i Bankierów miasta Londynu.

„Żelazny Książę po wiek wieków zamieszka w naszych sercach”.

Billy ostrożnie wysunęła dłoń przez okienko, czując jak pęd powietrza napiera jej na przegub. Kiedy Bonanza z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę zataczała krąg nad winnicami Silverado, Billy leciutko zwolniła zatrzask szkatułki i po troszeczku pozwoliła prochom Ellisa Ikehorna sfrunąć na dół, ku rzędom ciężkich winnych gron ukrytych w zaciszu ciemnozielonych liści. Kiedy uporała się z zadaniem, schowała pustą szkatułkę do torebki.

– Podobno znów będziemy mieli znakomity rocznik – oświadczyła oniemiałemu pilotowi.

W drodze powrotnej Billy siedziała bez słowa, spowita nienaturalnym, pulsującym milczeniem, które kazało pobudzonej wyobraźni Hanka domyślać się, że wdowa ma dla niego jeszcze inne zadania. Lądowanie w Van Nuys przeszło jednak bez niespodzianek, a kiedy pilot ustawił Bonanzę w blokach na asfaltowym pasie i wszedł do budynku Aeroklubu Beech, by zwrócić kluczyki, pomyślał, że osobliwość tej wycieczki wypływała po prostu z jej celu. Szybko się jednak przekonał, że Billy czeka na niego na parkingu za kierownicą gigantycznego, ciemnozielonego bentleya, ulubionego wozu Ellisa Ikehorna, którego wdowa nie miała zamiaru sprzedawać.

– Co powiesz na małą przejażdżkę, Hank? Mamy jeszcze dużo czasu – zapytała Billy unosząc w rozbawieniu brwi na widok zmieszania, jakie się odmalowało na twarzy pilota. Hank był kompletnie nie przygotowany na tego typu zaproszenie.

– Na przejażdżkę? Ale dlaczego? Nie, tak, oczywiście, pani Ikehorn. Jeśli tylko sobie pani życzy – wykrztusił pilot, starając się uprzejmością pokryć zawstydzenie. Na ten widok Billy zaśmiała się wesoło. Piegowaty pilot ze swoją grubo ciosaną twarzą, słomianymi włosami i zainteresowaniami, które ograniczały się, jak zauważyła, wyłącznie do samolotów, przypominał jej krzepkiego, młodego syna farmera.

– W takim razie wskakuj. Pozwolisz, że sama będę prowadzić. Nikt nie ma większej wprawy ode mnie jeśli kierownica znajduje się po prawej stronie. Prawda, jakie fajne są te staroświeckie wozy? Czuję się, jakbym szybowała trzy metry nad jezdnią – powiedziała Billy tonem tak naturalnym i pogodnym, jakby jechała na plażę.

Billy prowadziła samochód swobodnie i najwyraźniej znała z góry cel podróży. Podczas jazdy mruczała pod nosem wesołe melodie, a Hank Sanders próbował się rozluźnić i poczuć tak jak ktoś, kto codziennie wyrusza na przejażdżki z panią Ikehorn. Mimo najlepszych chęci czuł się w tej chwili okropnie, a wysiłek, by się dobrze zachować, sprawił, że pilot nie zauważył nawet, iż Billy zjechała z autostrady, przejechała kilka kilometrów wzdłuż Lankershim i z szerokiej alei skręciła w jedną z wąskich ulic, po czym zawróciła nagle w prawo i zatrzymała się na podjeździe niewielkiego motelu. Bentley zahamował przed jednym z pokoi, którego drzwi wychodziły bezpośrednio na parking.

– Zaraz wrócę, Hank. Dobrze byłoby się czegoś napić, więc mi nie znikaj. – Z tymi słowy Billy sama zniknęła na minutę w recepcji moteliku, po czym wróciła z kluczem do pokoju i z plastykowym pojemnikiem z kostkami lodu. Wciąż nucąc do siebie podała Hankowi lód, otworzyła bagażnik bentleya i wydobyła duży skórzany neseser. Potem przekręciła klucz w zamku i machnięciem ręki, ze śmiechem przyzwała pilota do środka.

Hank Sanders rozejrzał się po wnętrzu wzrokiem, w którym obawa szła o lepsze ze szczerym zdumieniem. Billy tymczasem otworzyła neseser, który krył w swoim wnętrzu przenośny barek. Neseser wykonano dziesięć lat temu na specjalne zamówienie w Londynie; na co dzień służył podczas spotkań przy wyścigach konnych i polowań na ptactwo w wiejskich rezydencjach, by obecnie stać się reliktem tej ery w życiu Billy, która wydawała jej się teraz równie zamierzchła jak czasy karafek ze srebrnymi korkami, takich samych, które z braku stołu ustawiała teraz na podłogowej wykładzinie. Całą podłogę klimatyzowanego pokoju pokrywała puszysta, gruba warstwa dywanowej wykładziny w truskawkowym kolorze.

Tą samą wykładziną wybite były po sam sufit trzy z czterech ścian pomieszczenia. Na czwartą ścianę, podobnie jak na sufit, składały się lustra. Hank przeszedł się nerwowym krokiem po wnętrzu, zauważając, że nie ma tu okien, krzeseł, w ogóle nic oprócz niewielkiej komody w jednym z kątów. Światło padało z trzech biegnących od podłogi do sufitu słupków opatrzonych ruchomymi reflektorkami o różowych żarówkach. Prawie połowę wnętrza zajmowało ogromne, niskie łóżko z różową satynową pościelą, zasłane poduszkami. Hank z braku lepszych pomysłów wziął się za zwiedzanie nieskazitelnie czystej łazienki, kiedy przyzwał go głos Billy.

– Czego się napijesz, Hank?

Pilot wrócił natychmiast do sypialni.

– Czy dobrze się pani czuje, pani Ikehorn?

– Wyśmienicie. Nie masz się czego obawiać. Czym mogę ci zatem służyć?

– P-poproszę scotcha z lodem.

Billy rozsiadła się na podłodze, wsparta plecami o łóżko. Trunek podała pilotowi gestem tak naturalnym, jak gdyby znajdowali się na cocktail party. Hank przysiadł na dywanie – alternatywą było tylko łóżko – i pociągnął solidny łyk whisky, którą Billy wlała mu do kubka z litego srebra. W białej bluzce z grubego lnu i zawiązywanej spódnicy z błękitnej francuskiej bawełny, z długimi opalonymi nogami, rozłożonymi szeroko na dywanie, pani Ikehorn wyglądała jak na pikniku. Sama także nalała sobie trunku i żartobliwie stuknęła się z Hankiem kubeczkiem.

– Zdrowie motelu Essex, zagubionego wśród pól doliny San Fernando. I jeszcze za Ellisa Ikehorna, który nie miałby nic przeciwko temu – wzniosła toast Billy.

– Co takiego? – zachłysnął się zdumiony pilot.

– Nie każę ci niczego rozumieć, Hank. Po prostu uwierz mi, że tak by było. – Billy przysunęła się ku niemu i tym samym swobodnym, lecz odmierzonym ruchem, z jakim podawałaby mu rękę, złożyła dłoń wprost na opiętym dżinsami kroczu pilota. Palcami wprawnie odszukała zarys Hankowego penisa.

– O, Jezu! – Hank drgnął jak rażony prądem, usiłując zerwać się na równe nogi, ale zdołał tylko rozlać swoją whisky.

– Powiem ci tylko, że jeśli nie będziesz się ruszał, będzie ci dużo przyjemniej – wymruczała Billy, rozpinając pilotowi zamek u spodni. Penis zaszokowanego Hanka aż się skurczył i spoczywał teraz bezwładnie na krótkich, jasnych włosach podbrzusza. Billy aż westchnęła z zachwytu. Uwielbiała to, co widziała, właśnie takie: mięciutkie i małe. Mogła teraz z łatwością wziąć w usta caluteńki członek i trzymać go tam, nawet nie dotykając go językiem – mogła czuć jak rośnie, coraz większy w wilgotnym cieple ust i rozkoszować się mocą, jaką roztacza bez jednego poruszenia. Jasnoblond były nawet włosy na mięsistych sączkach, wciśniętych teraz między nogi pilota. Billy łagodnie musnęła jego jądra, wdychając głęboko intymny zapach. Pomyślała leniwie, że kobieta może poznać mężczyznę naprawdę dobrze dopiero wówczas, kiedy poczuje właśnie tę woń. Gdzieś znad głowy Billy dobiegł jękliwy sprzeciw Hanka, lecz nie przejęła się tym, widząc, że odrętwienie mija, a członek pilota zaczyna drżeć i rosnąć. Wolną dłonią Billy objęła jądra partnera i środkowym palcem jęła ukradkiem przesuwać po napiętym spojeniu nóg Hanka. Jednocześnie przesuwała wargami i językiem po wzwiedzionym penisie, który osiągnął już prawie pełne rozmiary i choć krótki, okazał się gruby i mocny, dokładnie przypominając budową samego właściciela. Pilot bezwładnie oparł się o łóżko, rozkoszując się nowością, jaką była dlań pasywna rola. Czuł, jak członek podskakuje mu i drży od napływających wciąż nowych fal krwi. Kiedy penis wciąż grubiał, Billy wysunęła go nieco z ust i zajęła się tylko jego pęczniejącym czubkiem. Ssała go mocno i bez przerwy, oburącz trąc zarazem boki mokrego, wzniesionego członka. Jęcząc z rozkoszy pilot, który nie chciał dojść do końca zbyt szybko, siłą podniósł głowę Billy ze swojego podołka i zatopił usta w jej ciemnych włosach. Całując piękną szyję pomyślał jeszcze, że to tylko dziewczyna, taka sama dziewczyna jak każda. Podniósł Billy z podłogi, przeniósł ją na łóżko i cisnął na dywan swoje dżinsy. Po chwili udało mu się rozpiąć bluzkę Billy. Jej piersi okazały się większe niż sobie wyobrażał w najśmielszych marzeniach, a sutki ciemne i cudowne w dotyku.

– Wyobrażasz sobie, jaka mokra jestem od godziny? – zamruczała znów Billy, kiedy Hank całował jej wargi. – Nie, na pewno sobie nie wyobrażasz. Musisz sam zobaczyć. Poczekaj, pokażę ci – mówiąc to, Billy jednym ruchem rozpięła spódnicę. Pod spodem była zupełnie naga. Podniosła się i popchnęła Hanka na łóżko, dłońmi przyciskając mu ramiona do prześcieradła, a potem docisnęła mu tułów kolanem i okrakiem przesunęła się do góry, do pozycji, w której cipką prawie dotykała ust mężczyzny. Hank wysuniętym językiem co sił próbował jej dotknąć, lecz Billy kołysała się nieustannie w przód i w tył w taki sposób, że język tylko z przerwami napotykał różowość ciała. Nie mogąc już wytrzymać tego naigrawania się, Hank schwycił wreszcie Billy za pupę i pociągnął zdobycz w dół wciskając usta między spęczniałe, pełne labia, myszkując językiem i po omacku, ze wszystkich sił szperając, liżąc, naciskając... Billy zesztywniała i prawie natychmiast poczuła orgazm, któremu towarzyszył zduszony krzyk. Hank miał członek tak napięty, że wydawało mu się, iż lada moment sperma pofrunie ponad łóżkiem. Desperackim ruchem objął więc kibić Billy i dzikim pchnięciem wdarł się w jej ciało, wciąż wstrząsane miłosnym spazmem.

Godziny, które nastąpiły potem, miały nie powtórzyć się już nigdy, lecz Hank Sanders do końca życia zapamiętał każdą chwilę. Nie musiał nawet odświeżać pamięci widokiem georgiańskiej szkatułki z dedykacją dla księcia Wellingtona, którą Billy podarowała mu, kiedy głęboką nocą żegnała się z nim po powrocie do rezydencji na wzgórzach Bel Air.

Gdy Billy wspinała się szeroką klatką schodową, domostwo wydawało się jej opustoszałe, choć przecież spał w nim tuzin służby. Przyszło jej do głowy, że od tej chwili Ellis zniknął już bezpowrotnie – ten sam jurny, pełen życia Ellis, którego poznała dwanaście lat temu. Hank nie zrozumiał słów Billy, że „Ellis nie miałby nic przeciwko temu”, lecz wdowa mówiła mu prawdę. Gdyby to ona umarła, jako stara kobieta, a Ellis był młodym mężczyzną, przeleciałby niechybnie pierwszą napotkaną kobietę, na swój sposób czcząc pamięć przeszłości i lat, podczas których bez reszty złączyła ich obydwoje miłość. Być może nie wszyscy pochwalali tego rodzaju gest wobec zmarłych, lecz Ellis i Billy uznawali takie postępowanie za najnaturalniejsze w świecie. Prochy zmarłego osiadły na liściach winorośli. Billy czuła we włosach aromat nasienia i miły ból, który zagościł jej między nogami... Ellis nie tylko by się nie sprzeciwiał, Ellis, gdyby żył, biłby jej w tym momencie brawo.

W latach, kiedy Wilhelmina Hunnenwell Winthrop przyszła na świat, to jest dwadzieścia jeden lat temu i zanim przedzierzgnęła się w Billy Ikehorn, ludzie zwracali jeszcze uwagę na genealogię, zwłaszcza że dla badaczy drzew rodowych Boston jest takim samym miejscem co Perigord dla miłośników trufli, a Monte Carlo dla posiadaczy jachtów. Nic dziwnego, że dziewczynkę powszechnie uznano za wybrankę losu. Pośród zastępów jej kuzynów znaleźli się nieodzowni Lowellowie, Cabotowie i Warrenowie oraz wielu Saltonstallów, Peabodych i Forbesów, a także z domieszką cesarskiej krwi Adamsowie, wżeniający się co drugie pokolenie w ród Billy. Po mieczu najdawniejszym przodkiem dziewczynki był niejaki Richard Warren, który przybył do Ameryki w 1620 roku na pokładzie „Mayflower” – trudno sobie wyobrazić lepsze pochodzenie – po kądzieli zaś wśród jej przodków oprócz przedstawicieli znakomitych rodów bostońskich znaleźli się holenderscy osadnicy z doliny rzeki Hudson i Randolphowie z plantacji stanu Virginia.

Bogate rody z Bostonu swoje fortuny zawdzięczały przeważnie żaglowcom handlowym, składom i handlowi z Indiami Zachodnimi. Majątki te, którymi zawiadywali zawsze i które utrwalali przezorni starsi klanów, tworzą obecnie gęstą sieć funduszy powierniczych. Właśnie im każdy prawdziwie bostoński noworodek może zawdzięczać finansową beztroskę na resztę życia i dziwić się później, dlaczego inni ludzie bez przerwy zamartwiają się sprawami finansowymi. Dopóki rodzinne fundusze kwitną i prosperują po cichu, dostarczając dochodu, dopóty bostończycy mogą nie zawracać sobie głowy rozmowami o pieniądzach, dokładnie tak, jak osoba ciesząca się doskonałym zdrowiem nie zastanawia się w ogóle nad faktem, że wdycha i wydycha powietrze. Na swoje szczęście Stary Boston wykształca w każdym pokoleniu grupę osób o niepoślednim talencie do finansów – ludzi, którzy będą zawiadywać majątkami swoich krewnych z taką samą wirtuozerią, z jaką przyjdzie im sterować powierzonymi im finansami wielkich firm. I właśnie dzięki tym osobom reszta bostończyków może uznawać rozmowy o pieniądzach za wulgarne.

Tak się jednak składa, że nawet w najlepszym bostońskim rodzie znajdzie się zawsze gałąź, która, jak się zwykło powiadać, „nie cieszy się takim samym dostatkiem”, co reszta rodziny.

Ojciec Billy Ikehorn, Jozajasz Prescott Winthrop i jej matka, Matylda Randolph Minot, byli każde ze swej strony ostatnimi potomkami zubożałych gałęzi owych wielkich dynastycznych rodów Ameryki. Pieniądze rodziny Jozajasza zniknęły nieomal do cna w katastrofie, która zdruzgotała firmę maklerską Lee, Higginson & Company. Bankructwo firmy kosztowało jej klientów dwadzieścia pięć milionów dolarów, a jej „Wielki Mistrz” Ivan Kreuger ogłosił upadłość i popełnił samobójstwo. Rodzina Matyldy z kolei była biedna jak mysz kościelna jeszcze od czasów wojny secesyjnej, czego nie mogła zrekompensować znakomita historia rodu. Mizerne resztki funduszy rodzinnych, jakie Jozajasz wniósł do małżeństwa, dostarczały rocznego dochodu w wysokości raptem tysiąca dolarów. Od pięciu pokoleń oba rody popadały w coraz większe tarapaty finansowe. Co więcej, wbrew mądremu zwyczajowi, który bostońskim rodzinom każę uzupełniać uszczuplone środki przez małżeństwo z osobą z sąsiedniego klanu o bogatszych zasobach majątkowych, Winthropowie z przedostatniego pokolenia uparcie poślubiali potulne i rozsądne córki nauczycieli i pastorów. Obie te profesje cieszą się wprawdzie w Bostonie zasłużoną estymą, lecz w ślad za szacunkiem nie idą wcale korzyści majątkowe. Ostatnia znaczniejsza suma, jaka zachowała się w rodzinnej szkatule, pozwoliła wysłać Jozajasza Winthropa na wydział medyczny Uniwersytetu Harvarda.

Jozajasz okazał się na szczęście wytrwałym studentem i ukończył szkołę z jedną z pierwszych lokat na swoim roku, później zaś z oddaniem pracował jako stażysta i rezydent w słynnej klinice Petera Benta Brighama. Jako specjalność obrał sobie ginekologię i mógł się spodziewać kwitnącej praktyki, nawet jeśli za pacjentki miałby tylko przyjaciółki swoich krewniaczek.