Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Goleniowie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 764
Rok wydania: 1995
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Judith Krantz
BLICHTR I PATYNA
Z angielskiego przełożyła
Monika Sujczyńska
Świat Książki
Tytuł oryginału
Dazzle
Obwolutę, okładkę i strony tytułowe projektowała
Lidia Michalak
Redakcja
Elżbieta Pietrak
Redakcja techniczna
Włodzimierz Kukawski
Korekta
Elżbieta Wygoda
Licencyjne wydanie klubu „Świat Książki”
za zgodą O.W. ALMA-PRESS
Copyright © 1991 Judith Krantz
© Copyright for the Polish translation by
O.W. ALMA-PRESS 1992
Świat Książki, Warszawa 1995
Drukowano w GGP
ISBN 83-7129-113-2
Nr 1119
Dla „Magica” Johnsona, Jamesa Worthy’ego, Byrona Scotta, A.C. Greena, Michaela Coopera, Mychala Thompsona, Orlanda Woolridge’a, Vlade’a Divaca, Larry’ego Drewa i innych koszykarzy z drużyny Los Angeles Lakers roku 1990. Razem i każdy z osobna, natchnieni silną osobowością swego wielkiego trenera, Pata Rileya, oraz przewodzącego im niezrównanego „Magica” Johnsona, najwspanialszego koszykarza naszych czasów Lakersi stale wzbogacają życie swych fanów wykazując się wielkim sercem, odwagą, altruistycznym poświęceniem i zapierającym dech w piersiach talentem.
Dla mego męża, Steve’a. Wszyscy pisarze cierpią katusze. Ja jednak mam szczęście, bo mój mąż słucha moich wątpliwości, ocenia rozwiązania, stawia sprawy w odpowiedniej perspektywie i przerywa męczarnie. Kiedy danego dnia praca pójdzie mi dobrze, Steve jest jedyną osobą, z którą mogę w pełni dzielić radość.
Przygotowując się do napisania „Dazzle” korzystałam z hojnej pomocy wielu ludzi, którzy dostarczyli mi bezcennych odpowiedzi na moje pytania lub pozwolili przyglądać się sobie przy pracy. Jestem im wszystkim głęboko wdzięczna. Są to:
Pani Alice O’Neill Avery, wspaniała dama z Kalifornii, której wspomnienia o dawno minionych czasach, były fascynujące, wzruszające i pobudzały wyobraźnię.
Pan Anthony R. Moiso, prezes i dyrektor Santa Monica Company. Tony Moiso, syn pani Avery, Kalifornijczyk od siedmiu pokoleń i siła napędowa Okręgu Orange, robi wiele, by zachować jakość stylu szybko znikającego życia.
Dr William P. Frank, kustosz pomocniczy działu Rękopisów Zachodnich w Bibliotece Huntington, który pomógł mi rozwiązać łamigłówkę.
Dr Judy Rosner, profesor w Podyplomowej Szkole Zarządzania na Uniwersytecie Kalifornijskim w Irvine, cudowna przyjaciółka i uczona przewodniczka po tajemnicach Okręgu Orange.
Nancy Dackstrad, która tyle wiedziała o poszukiwaniach hiszpańskich nadań ziemi.
Gep Durenberger, nadzwyczajny antykwariusz z San Juan Capistrano, który otworzył przede mną wiele drzwi w Okręgu Orange.
Joanne Jaffe, redaktorka naczelna czasopisma „Angeles”.
Tricia Burlingham, agentka fotografa, będąca cierpliwym, pełnym entuzjazmu źródłem informacji i wyjaśnień.
Rick Smolen, redaktor, wydawca i fotograf, guru i ojciec chrzestny wszystkich fotografów pracujących w dziennikarstwie.
Brian Leatart, fotograf żywności.
Robert L. Grigg, fotograf Samochodów.
Nancy Ellison, malarka, fotografka mody i autorka portretów.
Victoria Cameron Pearson, fotografka mody i autorka portretów.
Susan Peters, mądra kobieta, fotografka i redaktorka.
Karen Silverstein redaktorka od fotografii u Conde Nasta, Los Angeles.
Karen Gillingham z „Food Pages”, stylistka żywności.
Edwina Lloyd, moja asystentka i przyjaciółka, która pierwsza czyta wszystkie moje rękopisy i nigdy nie wpada w panikę.
Medina Rosner i Harris Rosner, którzy są źródłem zadowolenia i natchnienia.
1
W Kalifornii trzęsienie ziemi uważa się za niebyłe, dopóki ludzie nie dotrą do telefonu i nie omówią go ze znajomymi. Jeśli znajomych nie ma w domu, to powiernikiem może być ktoś obcy, kto akurat podniesie słuchawkę, oczywiście pod warunkiem, że osoba ta również odczuła drżenie ziemi i zechce potwierdzić, że faktycznie miało ono miejsce. Rejestratorka u dentysty, urzędnik archiwum miejskiego czy przedszkolanka są jednakowo dobrymi partnerami do wymiany wrażeń z tego typu przeżyć. Dopiero po takiej rozmowie Kalifornijczyk czuje się trzęsieniem ziemi w pełni usatysfakcjonowany i przechodzi nad nim do porządku dziennego.
Tego dnia właśnie zdarzył się wyraźny, aczkolwiek zupełnie nieistotny wstrząs w czasie gdy Jazz Kilkullen, jadąc do pracy, ugrzęzła na godzinę w korku i uwięziona w aucie, w którym radio od dawna nie działało, potwierdzenia swych odczuć mogła szukać wyłącznie na zirytowanych twarzach ludzi w innych samochodach. Kiedy w końcu dotarła do parkingu, gdzie zwykle zostawiała samochód, wyskoczyła jak strzała ze swego klasycznego (rocznik 1956) turkusowokremowego thunderbirda i puściła się pędem w górę ulicy do studia fotograficznego „Atelier”.
Że też akurat dziś musiałam się spóźnić, pomyślała z wściekłością i o mało nie stratowała jakiejś przechadzającej się pary, która uskoczywszy w porę, odprowadziła ją zdumionym spojrzeniem. Tych dwoje turystów w kalifornijskiej Wenecji, przyjemnie podekscytowanych drobnym wprawdzie, ale wyraźnym ruchem ziemi, z góry cieszyło się na spotkanie ze wszystkim, co mogło mieć jakiś związek z interesującą dzielnicą. Widok biegnącej Jazz tylko potwierdził znaną opinię, że Wenecja jest miejscem dziwacznym i jedynym w swym rodzaju.
Dzień zaczął się nieco złowieszczo, ale poza tym był to normalny piątkowy poranek we wrześniu 1990 roku, a ta dziewczyna nie dość, że sadziła wielkimi krokami, zachowując się przy tym tak, jakby cała ulica do niej należała, to w dodatku miała na głowie nieprawdopodobny zgoła kapelusz, podobny do tych, jakie widywali na fotografiach kobiet w Royal Ascot – czarny słomkowy, wielki niczym koło młyńskie, z rondem oblepionym gigantycznymi czerwonymi wiotkimi makami. Czerwona wełniana spódniczka zadzierała się jej piętnaście centymetrów nad kolanami, odsłaniając długie wspaniałe nogi w czarnych rajstopach i czarnych szpilkach. Ach, to musi być ktoś niezwykły, skonstatowali patrząc za nią. Bo jaka inna dziewczyna zabawiałaby się w ukrywanie twarzy za niebotycznie wielkimi okularami słonecznymi i naiwnie sądziła, że poza nią na ulicy nie ma nikogo?
Dobiegłszy do frontowego wejścia studia fotograficznego „Atelier”, Jazz energicznym szarpnięciem otworzyła podwójne szklane drzwi, wpadając prosto na recepcjonistkę.
– Czułaś wstrząs, Sandy? Jak długo to tu trwało? – spytała zdyszana. – Do diabła! Nie znoszę, jak na mnie czekają.
– Jest dobrze. Jeden z jego ludzi telefonował z limuzyny. On się spóźni co najmniej o godzinę, może więcej.
– Spóźni się? On się spóźni? A mnie w tym korku mało szlag nie trafił. Czułaś wstrząs? Ależ ten facet ma nerwy. Zawiadomiłaś wszystkich, prawda?
– Czułam, oczywiście, że czułam. Takie tam podrygi. Zadzwoniłam do mojej siostry w Valley, o niczym nie wiedziała. Jazz, gdybyś miała w aucie telefon, to dałabym ci znać, że go tu nie ma – zakończyła obrażonym tonem. Sandy, która nie wyobrażała sobie życia bez telefonu, nie mogła pojąć, czemu Jazz uważa, że tak niezbędny przedmiot sprofanowałby wnętrze jej ukochanej starej gabloty.
– Jak zwykle masz rację – odparła Jazz z filuternym uśmiechem łobuziaka, mającego na sumieniu jakąś nie wykrytą psotę. Odetchnąwszy głęboko, przybrała na powrót swą zwykłą nonszalancką pozę, wymagającą wewnętrznej dyscypliny i śmiałości woltyżera, który balansuje na grzbiecie konia tak, by wyglądało to na dziecinną zabawę.
Przeskakując po dwa stopnie, wbiegła na pierwsze piętro do biura swego studia. Na ścianach wisiały oprawione olbrzymie fotografie. Każda ramka zawierała dwa zdjęcia tej samej osoby – jedno, wykonane w pierwszych minutach pozowania, kiedy model był jeszcze nieufny, sztywny, przekorny, zdecydowany udawać kogoś zblazowanego, i drugie, zrobione pod koniec seansu, gdy model zmienił się w osobę spontaniczną, otwartą istotę ludzką, której prawdziwy charakter został ujawniony przez aparat fotograficzny Jazz.
François Mitterrand, Isabelle Adjani, księżniczka Anna, Jesse Jackson, Marlon Brando, Muammar Khaddafy, Woody Allen: im większą trudność sprawiało Jazz nawiązanie kontaktu psychicznego z modelem, tym większą satysfakcję odczuwała z wyników. Osoby wcześniej oswojone z obiektywem, jak Madonna czy papież, nie trafiały na ściany biura tego studia, w którym Jazz została jedną z najbardziej wziętych w Stanach Zjednoczonych kobiet fotografujących znane osobistości, jak również specjalistką od fotografii reklamowej.
– Jest tu kto? – zawołała, wchodząc do właściwego studia. Strząsnąwszy z nóg pantofle i rzuciwszy kapelusz na podłogę, opadła na wiktoriańską sofę, śmieszny mebel w tym olbrzymim, zamkniętym białymi ścianami pomieszczeniu, którego ogromne okna wychodziły na stateczny i kojący błękitem Ocean Spokojny.
Pięć lat wcześniej Jazz wraz z dwoma innymi fotografikami, Melem Botvinickiem, fachowcem od fotografii wyszukanego jedzenia i Petem di Constanza, specjalizującym się w zdjęciach samochodów, oraz ich agentką, Phoebe Milbank, zakupili do spółki pusty budynek w stylu Piazza San Marco przy Bulwarze Nawietrznym w Wenecji, drewnianym deptaku, z którego schodziło się po schodkach wprost na plażę. Kiedyś mieścił się tu bank, potem bank się dokądś wyniósł i budynek niszczał przez czterdzieści lat. Nabyli ową szacowną ruderę za psie pieniądze, przechrzcili ją na „Atelier” i urządzili w niej trzy ogromne studia fotograficzne, biuro dla Phoebe oraz mnóstwo pomieszczeń dla asystentów i menedżerów.
Zza drzwi łączących studio z biurami, przebieralniami i archiwum wyłonił się Toby Roe, szczupły młodzieniec ubrany od stóp do głów na czarno, będący głównym asystentem Jazz.
– Cześć. Wszystko w porządku? Spóźniłaś się z powodu trzęsienia ziemi, czy po prostu uznałaś dzisiejszą robotę za nudziarstwo? – spytał.
– Nie mielibyśmy ci za złe, gdybyś się wcale nie zjawiła – dodała Melissa Kraft. Druga asystentka Jazz ubrana była dokładnie jak Toby, i jak on, obwieszona trzema aparatami fotograficznymi. – Bo jeśli się dobrze nad tym zastanowić, to kimże on jest? Kolejnym zarozumiałym samcem z dobrym agentem.
– Prymityw – zgodziła się Jazz. – Typowe filmowe bagienko. Cóż, nie zapominajmy, że facet jest aktorem. Tylko aktorem. Powiedzcie lepiej, czy czuliście wstrząs.
– Tak – odparł Toby. – Nic takiego. Zadzwoniłem do mamy, ale zastałem tylko gosposię, wobec czego zostawiłem wiadomość i zatelefonowałem do brata. Okazało się, że spał i gdyby nie ja, o niczym by nie wiedział.
Uśmiechnęli się do siebie. Temat trzęsienia ziemi został wyczerpany i mogli spokojnie o nim zapomnieć. Choć fotografowie tradycyjnie traktują trochę z góry swych klientów i zachowują się, jakby byli reżyserami w teatrze kukiełkowym świata, każde z tych trojga wiedziało, że pozostali są bardzo przejęci tym, co ich dziś czekało/
Sam Butler, Australijczyk, który serią świetnie zagranych ról nieoczekiwanie zaćmił Toma Cruise’a, został okrzyknięty najbardziej uwodzicielskim i utalentowanym aktorem, jaki od wielu lat pojawił się na świecie. Jednakże w przeciwieństwie do większości gwiazdorów amerykańskich nie chciał, przynajmniej do tej pory, lansować swych filmów przez pozowanie do portretów na okładkach magazynów. Dzisiejsze fotografowanie go do „Vanity Fair” zapowiadało więc nie lada wydarzenie.
– Sandy mówi, że on nie zjawi się tu wcześniej niż za godzinę – rzekła Jazz do swych asystentów.
– Zawiadomiła nas, gdy jego ludzie zadzwonili – odparł Toby. – Tylko dlatego nasza młoda Melissa nie ma jeszcze piany na ustach. Oszczędza się na później.
– Toby zamierza go spytać, gdzie się strzyże – odgryzła się Melissa znad obiektywów. Ale Toby tego nie słyszał. Jego uwagę zajmowała Jazz zażywająca chwilowego odpoczynku. Równocześnie powtarzał w duchu mantrę, od której zaczynał każdy dzień pracy.
„Dzięki Bogu, nigdy nie zakocham się w Jazz. Jazz to kobieta bogata, sławna i do tego moja szefowa. Nie, nigdy nie zakocham się w Jazz.” Uzbrojony w ową mantrę, którą czasami musiał powtarzać po kilka razy z rzędu, gdy akurat fotografowali, a jego koncentracja na pracy słabła, Toby zdołał już przeżyć dwa lata usychania z miłości do Jazz.
W każdym razie ona o niczym nie wie, pocieszył się w myśli. Przypatrując się Jazz, jak zwykle usiłował rozwiązać zagadkę jej twarzy. Fotografował od szczenięcych lat, a mimo to nie potrafił ustalić, raz na zawsze, co go w niej tak urzekało. Z racji swej pracy nawykł do patrzenia na kobiety, których głównym atutem w życiu była uroda; wiele z nich wyglądało piękniej i młodziej – Jazz miała dwadzieścia dziewięć lat – lecz to właśnie od jej twarzy nie mógł odwrócić oczu z poczuciem, że już się napatrzył, nasycił wzrok, estetycznie się objadł, zobaczył wszystko, co było do zobaczenia.
Jazz, bądź co bądź istota z krwi i kości, miała powierzchowność dającą się porównać tylko do topazu, rzadkiego brązowego klejnotu, pysznie mieniącego się złotem, o którym starożytni Szkoci sądzili, że leczy z lunatyzmu. Ale czy ci starożytni, zadawał sobie Toby pytanie, widzieli kiedykolwiek kobietę o złotych oczach? Czy zdarzyło im się patrzeć na kobietę, której złotobrązowe włosy przybierały odcień – zależnie od oświetlenia – raz bursztynu, raz kasztana i spływały na ramiona naturalnymi dziecięcymi falami, jakie widuje się czasami u dorosłych kobiet, lecz tylko na czole i skroniach? Czy pracowali kiedykolwiek z kobietą, której skóra zawsze robiła wrażenie lekko opalonej, a policzki miały brzoskwiniowy kolor róży zwanej „Brandy”, ów złotoróżowy odcień, wyróżniający ją spośród wszystkich róż w ogrodach na całym świecie? Jeśli tak, to żal mu ich było tak samo jak siebie.
Brązowe brwi ponad jej złotymi oczyma tworzyły niespotykanie silne, poziome linie, cienkie jak u baleriny. Kiedy Jazz coś zdziwiło, zdenerwowało lub rozbawiło, strzelały w górę, na ogół jednak tylko wyraz oczu sygnalizował zmianę jej nastroju. Usta – pod mocno osadzonym, niezależnym i jakby nieco zuchwałym nosem – zawierały w sobie coś sprzecznego, bowiem górna warga była delikatna, niemal dziecięca, dolna zaś zbyt pełna, zbyt szczera, zbyt nabrzmiała, wziąwszy pod uwagę klasyczne kanony urody.
A przy tym, przypomniał sobie Toby, Jazz Kilkullen to straszna szelma, szelma jakich mało, niewiarygodna kokietka, spryciara, mistrzyni udawania, istota o zmiennych nastrojach, zwolenniczka mówienia prawdy w oczy, kobieta wielce utalentowana oraz najciężej pracujący fotograf, o jakim kiedykolwiek słyszał.
Dzięki Bogu, nigdy nie zakocham się w Jazz, powtarzał w duchu, sprawdzając aparaty fotograficzne dziesiąty raz tego ranka. Jazz posiadała niezliczoną liczbę aparatów, których rzadko używała, ale dziś poleciła im załadować wszystkie sześć Canonów T 90 z układem wielokrotnego pomiaru odległości, który dawał jej do wyboru trzy obliczone przez komputer ogniskowe. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek tak się zabezpieczała, zwykle gardziła automatami.
Melissa, przeliczając imponujący zbiór przenośnych reflektorów i miniaturowych lamp błyskowych zasilanych z baterii, kątem oka taksowała strój Jazz – od kapelusza kupionego u Cecila Beatona, po krótką kokieteryjną spódniczkę i czerwoną cienką wełnianą bluzkę luźnego kroju, najwyraźniej zapiętą tylko na jeden błyszczący guzik. Melissa spodziewałaby się raczej, że szefowa uzna ten dzień za wyzwanie do włożenia wysokich butów, szerokich spodni ze sklepu dla Marynarki Wojennej, koszuli typu „Harry Truman na Hawajach” za pięćset dolarów, noszonej z dyndającymi staroświeckimi kolczykami z granatami i delikatnymi kosztownymi pierścionkami na wszystkich palcach. Tak właśnie przebierała się czasami, gdy chciała nową ofiarę oszołomić, by potem nad nią zapanować.
Ale widać Jazz wybrała inną taktykę, skoro postanowiła wystąpić w stylu „drugie śniadanie eleganckich pań w ogródku kawiarnianym”. Żadna inna kobieta-fotograf nie czułaby się swobodnie tak wystrojona.
Jazz nigdy nie wkłada tego, co rano wpadnie jej w rękę, myślała Melissa z niechętnym podziwem dla swej szefowej. Albo ubiera się elegancko, nonszalancko, dziwacznie lub wyzywająco albo nie zaprząta sobie tym głowy. Gdy nie ma ochoty, by zwracano na nią uwagę, wkłada jaskrawe bluzy treningowe i dżinsy. Ale Melissa przejrzała ją na wylot. Gdyby naprawdę tak było, nosiłaby się cała na czarno jak ona. Któregoś dnia ja też zostanę słynną kobietą-fotografem, a wtedy wyrzucę do śmieci wszystkie czarne ciuchy, ślubowała w duchu Melissa, idąc do interkomu odebrać telefon z dołu.
– Są już w drodze na górę! – rozległ się pisk Sandy po drugim dzwonku interkomu. – Przyjechali prawie na czas ... prawda, że mogliby uprzedzić?
Melissa wyłączyła się, nie odpowiedziawszy na jej pytanie.
– Pogotowie bojowe – rzekła ostrzegawczo do leżącej wciąż na sofie Jazz i pobiegła zawołać Sisa Levy’ego, pracowitego rudzielca, który był szefem biura Jazz.
– Ja już prawie zasypiałam – zaprotestowała Jazz ziewając. Zdążyła wstać, włożyć kapelusz i szpilki, gdy winda wypluła gromadę ludzi.
– Prosimy bardzo – powiedziała Jazz. Melissa i Toby skromnie wycofali się do tyłu. Jazz nigdy jeszcze nie widziała tak licznego entourage’u, nawet gdy fotografowała Stallone razem z Barbrą Streisand do „Rolling Stone’a”. Co dziwne, były to same kobiety, wyglądające na wyznawczynie jakiejś religii, która zmusza młode wdowy do chodzenia w głębokiej żałobie – w tym przypadku albo w spódnicach do pół łydki i niskich botkach na płaskich obcasach, albo w spódniczkach obciętych tuż poniżej kroku, noszonych z czarnymi rajstopami i szpilkami.
– Jestem Tilly Finish z „Vanity Fair” – oznajmiła najstarsza, wysuwając się do przodu. – Sam zaraz tu będzie. Zobaczył na dole jakiś samochód i chciał mu się lepiej przyjrzeć.
– Tak to jest, jak się ma na parterze fotografa samochodów – stwierdziła Jazz z łagodnym uśmiechem, wymyślając w duchu Pete’owi di Constanza, że nie wepchnął nowego ferrari testarossa do środka i nie przykrył go, co zazwyczaj robił, gdy dostarczano mu prototyp. Bywało, że samochody wjeżdżające i wyjeżdżające z jego studia tak utrudniały im pracę, że oboje z Melem Botvinickiem wnosili formalną skargę do Phoebe Milbank.
Tilly Finish zaczęła przedstawiać pozostałe kobiety, które stopniowo zapełniały wejście do studia. Jazz i Sis Levy rozdawali uściski dłoni na prawo i lewo. Trzy panie pracowały w biurze prasowym Sama Butlera; dwie inne były kostiumologami i przyszły ze swymi asystentkami, objuczonymi torbami z garderobą Sama Butlera w nadziei, że aktor łaskawie zechce coś z tego włożyć; sama Tilly przyprowadziła ze sobą dwie asystentki zaopatrzone w przenośne telefony – jedna była artystką fryzjerką, druga charakteryzatorką. Jazz obliczyła, że jest ich równo tuzin – tuzin młodych, ślicznych, niepewnie uśmiechających się kobiet, wyglądających jak żony odszczepieńca Mormona ze starej fotografii w gazecie.
Inicjatywę przejął teraz Sis Levy, kierując objuczone asystentki kostiumolożek, fryzjerkę i charakteryzatorkę do przebieralni, gdzie mogły złożyć swe brzemię. Pozostałych jednak nie dało się ruszyć z miejsca; stały tam dalej ze wzrokiem utkwionym nieruchomo w windę, niczym nerwowi tajniacy, którzy zgubili prezydenta.
Jazz zerknęła na zegarek. Do południa było już blisko, a wcale się nie zanosiło, że dziś w ogóle zaczną. – Zajmij się nimi – rzekła do Sisa i stukając obcasami pognała na dół. Musiała wyjść na ulicę i obiec budynek, gdyż wjazd do studia Pete’a znajdował się z tyłu. Przez otwarte na oścież podwójne drzwi garażowe, obliczone na największą ciężarówkę, zobaczyła dwóch mężczyzn tak pochłoniętych oglądaniem ferrari, jakby to było pierwsze auto na świecie. Wszystko przez Henry’ego Forda, pomyślała ponuro, a może Braci Wright?
Podbiegła do Sama Butlera niczym rączy źrebak. – Jestem Jazz Kilkullen – oznajmiła wyciągając do niego dłoń. Przywitał się, nie patrząc na nią. – Dobrze, zaraz tam przyjdę – rzucił, po czym odwrócił się do niej plecami i otworzywszy drzwi samochodu za sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, wsunął się za kierownicę. – Miałby pan coś przeciw temu, żebym zrobił tym cackiem kółeczko? Myślałem o takim, ale zastanawiam się, czy nie jest ciut za szpanerski?
– Dla pana w sam raz – oceniła Jazz i silnie wczepiła się palcami w materiał jego marynarki, unieruchamiając mu rękę. – Któż miałby nim jeździć, jeśli nie pan? Wrócimy tu później, dobrze? Na górze czeka pański sztab wyborczy. – Na jej słowa Butler odwrócił się i przeszył ją wściekłym spojrzeniem. Ależ on jest piękny, pomyślała wytrzymując mężnie jego wzrok. To można zakwalifikować tylko jako żart genetyczny. Jeśli mam patrzeć na to wielkie blond stworzenie, to wyłącznie przez wizjer aparatu fotograficznego, zdecydowała.
– Mogą przecież, do cholery, trochę poczekać – warknął Sam Butler.
– Ale ja nie mogę.
– Pani ma na to cały dzień.
– Została już tylko połowa. Przypominam, że to zdjęcie na okładkę.
– Wszystko mi jedno. I tak nie mam na to wielkiej ochoty.
– Za to ja mam. – Wysunęła do przodu brodę, odsłaniając twarz, ocienioną do tej pory rondem kapelusza, spojrzała Butlerowi prosto w oczy i uśmiechnęła się trochę jak syrena, trochę jak londyński policjant, w sumie nienaturalnie. – Potem może pan zamówić sobie tyle ferrari, ile zdoła pan zjeść – powiedziała tonem fałszywej obietnicy – teraz jednak przestańmy przeszkadzać Pete’owi i sami też zajmijmy się pracą, żeby mógł pan jak najprędzej wrócić do swego ukochanego autka. Dobrze, panie Butler?
– Mów mi Sam – odparł Australijczyk i ruszył ku wyjściu, nie zaszczycając Pete’a nawet jednym spojrzeniem.
– Jeśli zrobisz mi to jeszcze raz, przyjemniaczku – odwróciła się do fotografa Jazz – to nie pozwolę ci wybierać dziewcząt do numeru „Sports Illustrated” o kostiumach kąpielowych. – Wypowiedziawszy swą groźbę, podążyła za Samem Butlerem do studia.
Pięć minut później, gdy wokół aktora zakrzątnął się klub wdów w sposób niby zorganizowany, a tak naprawdę dość chaotyczny, Jazz, poszeptawszy w kącie z Sisem, podeszła do Tilly Finish i ujęła ją za łokieć.
– To nie ma sensu, prawda, Tilly?
– Co nie ma sensu?
– Och, nie udawaj niewiniątka. – Jazz uśmiechnęła się konspiracyjnie. – Kobieta z twoim doświadczeniem na pewno coś podobnego już kiedyś przeżyła. Te dziewczyny są rozgorączkowane. Nikt nie ma do nich o to pretensji, tylko że one się do niczego nie nadają. Cała krew z mózgu spłynęła im w dolne partie ciała. Słuchaj, zabierz je do restauracji przy Market Street 72, gdzie zarezerwowałam wam stolik i poleciłam zapisać wszystko na mój rachunek. Wyślę z wami Sisa i moich asystentów. Coś tam sobie przekąsicie, a ja w tym czasie zrobię to zdjęcie na okładkę.
– I obejdziesz się bez swych asystentów?
– Wszystko jest przygotowane. Sześć załadowanych aparatów. Poza tym byłam asystentką przez wiele lat i potrafię jeszcze założyć film do aparatu – pod wodą, po ciemku, wisząc głową w dół. Co zaś do oświetlenia, to zawsze sama się tym zajmuję.
– Ale Sam nie jest jeszcze ubrany – pisnęła Tilly. – Nie zdążyłam ustalić, co ma włożyć. Nowy Jork zostawił to do mojej decyzji.
– Zaręczam ci, że będzie świetnie wyglądał. Zresztą jemu nie jest potrzebny ani makijaż, ani fryzura ... wiesz, że im zależy na naturalnym wyglądzie. Trzeba za wszelką cenę zrobić tę okładkę. Dlatego przez kilka godzin muszę mieć studio wyłącznie dla siebie. Nie zapominaj, że czeka nas jeszcze wykonanie kolorowej fotografii na powietrzu i trzech czarno-białych zdjęć do artykułu, a on dał nam tylko dziś i następną środę. Będziemy mieć dużo szczęścia, jeśli w ogóle zjawi się w przyszłym tygodniu. Bardzo nieposłuszny chłopiec z tego twojego pana Butlera.
– Z tego mojego pana Butlera – powtórzyła Tilly Finish rozmarzonym głosem. – Czyż to nie wspaniały dzień? – Klasnęła w dłonie. – Ogłaszam przerwę na obiad. Sam, jeśli nie masz nic przeciwko temu, zostawię cię tutaj, żebyście mogli zacząć.
W kilka minut studio opustoszało.
– Dzięki – powiedział aktor. – Zaczynały już mnie denerwować. Czemu one wszystkie są na czarno? Ktoś im umarł?
– To sprawa polityczna – zapewniła go Jazz, ucinając tym samym dyskusję na temat mody hollywoodzkiej młodzieży. – Jeśli jesteś głodny, mogę najpierw przygotować ci kanapkę.
– Nie jadam w południe. To mnie rozleniwia.
– Świetnie. W przebieralni masz trencz od Versace’a. Zrób mi przyjemność i włóż go.
– Zgoda. Do twarzy mi w nim.
Jeszcze by nie, pomyślała Jazz. Tak zachwycająco przystojnym aktorem był tylko Gary Cooper na zdjęciach z młodości. Zapowiadało się, że Sam Butler zapoczątkuje odejście od mody na aktorów o twarzach niezbyt urodziwych, za to określanych jako „charakterystyczne”: Richarda Dreyfussa, Al Pacino, Roberta de Niro, Billy Crystala i Donalda Sutherlanda. Z drugiej strony nikt mu nie zarzuci, że jest nie dość charakterystyczny, co spotkało obu Tomów, Hanksa i Robbinsa, Charliego Sheena, Deana Stockwella oraz Michaela Keatona; nie przychodził też pod sztandarem sąsiedniej dzielnicy jak Mickey Rourke, Patrick Swayze czy Sean Penn, którzy byli zbyt knajaccy, by można ich uznać za „charakterystycznych”.
Sam Butler to ideał, doszła do wniosku Jazz i wzruszyła ramionami. Wielki Kanion męskości, niebieskooki blondyn – tacy podobali się w każdej epoce, ale nie jej.
Wrócił w płaszczu mocno ściągniętym paskiem, z postawionym kołnierzem.
– Jesteś zanadto pękaty, Sam – oceniła. – Mnie nie interesuje faszerowany płaszcz przeciwdeszczowy, lecz Sam Butler. Ale podobasz mi się w tym trenczu. Pomyślmy trochę... wiem, że jesteśmy już blisko szczęścia... słuchaj, czy mógłbyś wrócić do przebieralni, zdjąć tę grubą marynarkę i znowu włożyć płaszcz? A właściwie, jak już tam będziesz, to najlepiej zrzuć całe ubranie.
– Odbiło ci?
– Wyobraź sobie, że ten trencz jest płaszczem kąpielowym. Bo płaszcza kąpielowego byś nie włożył, prawda?
– Pewnie, że nie.
– Co za różnica?
– Nie wiem, ale na pewno jakaś jest – odparł aktor marszcząc czoło.
– Rozbierz się, co ci szkodzi – rzekła przymilnie Jazz tonem małej rozkapryszonej dziewczynki otwarcie namawiającej go do wspólnej psoty.
– A ty co zdejmiesz? – Aktor wyczuł okazję do potargowania się.
– Kapelusz? Pantofle? Nie? Nie wystarczy? No to może... rajstopy?
– Załatwione.
Jazz pękała ze śmiechu, Sam Butler tymczasem poszedł się rozebrać. Kiedy wrócił – pasek ściągnięty, guziki zapięte, klamerki też – wyglądał, jakby schudł dwadzieścia pięć kilogramów. Miał teraz w sobie coś z nieustraszonego Jamesa Bondy. Podczas jego nieobecności Jazz zdążyła zdjąć rajstopy i przesunąć wiktoriańską sofę pod jedno z okien. Włączyła taśmę z klasyczną muzyką gitarową.
– O, lepiej – oceniła rzeczowo. – Połóż się tutaj.
– Mam leżeć na kanapie w płaszczu nieprzemakalnym? Dziękuję, postoję.
– Słuchaj, muszę wykorzystać to wspaniałe światło, które wlewa się przez okno i pada na sofę. Takie światło mam tylko w tym jednym miejscu. Za pół godziny zniknie, ale i my będziemy już po robocie.
– Miałem kiedyś dentystę podobnego do ciebie. Podobnego, a zarazem niepodobnego – powiedział, siadając na sofie wyprostowany, jakby połknął kij.
– Dentystę? Gdzie? Tam, skąd pochodzisz?
– Uhu. Niedaleko Perth. To mój wuj. Chodziłem do niego, bo rodzinie udzielał zniżki. Zresztą dentystą był bardzo dobrym. Leczył bezboleśnie. Do filmu dostałem się w dużej mierze dzięki temu, co zrobił z moimi zębami. – Rozluźniwszy szczękę, Butler rozparł się wygodnie na kanapie i przypuszczalnie wspominał, nie bez przyjemności, owe zabiegi dentystyczne po zniżonej cenie, którym zawdzięczał uśmiech wart dwadzieścia milionów dolarów za trzy filmy.
Jazz sfotografowała go polaroidem i wręczyła mu zdjęcie. W ten sposób dawała znać klientowi, że liczy się z jego zdaniem i chce, żeby wiedział, do czego ona zmierza, by mógł ewentualnie zaprotestować. Taka wymiana poglądów okazywała się niesłychanie pomocna.
– Nieźle – stwierdził, uważnie studiując fotkę. – Jest takie... hm... inne niż zdjęcia pod tytułem „Ale ze mnie wspaniały gość”, które wszyscy tak lubią. Może to sprawa tego płaszcza.
– Ale z tą szyją wciąż coś jest nie tak – powiedziała Jazz w zamyśleniu. – Ciągle jesteś za gruby. Wiesz co? Rozepnij pięć guzików, rozłóż szeroko kołnierz, a głowę połóż na oparciu kanapy. Albo może inaczej, połóż stopy na bocznym oparciu, o tam, i wyciągnij się wzdłuż ... no właśnie, ułóż się wygodnie i udawaj, że jesteś na plaży ... opalasz się na Surfer’s Paradise ...
– Byłaś w Australii? – spytał, stosując się posłusznie do jej wskazówek.
– W zeszłym roku ... zachwycająca – odparła Jazz i zaczęła fotografować go pierwszym canonem, naciskając raz po raz migawkę. Jej ruchy były nieznaczne, nie budzące niepokoju, niemal niezauważalne. Podobało jej się to, co widziała. Rozpięty płaszcz odsłaniał jego wspaniały nagi tors, kunsztownie rzeźbiona w palisandrze rama sofy stanowiła świetną oprawę dla lśniącego włoskiego płaszcza, zaś jasne włosy Sama Butlera na ciemnym pluszu tworzyły niesamowicie prowokacyjny efekt.
– Nie tęsknisz do domu? – spytała. Jej głos był niski, pozbawiony emfazy.
– Bardzo tęsknię. Jeżdżę do domu, jak tylko mam trochę czasu.
– Opowiedz mi o swej rodzinie.
– Są bardzo kochani. Matka niezmiennie każę mi wynosić śmieci, siostra przedstawia mnie sympatycznym koleżankom, tata upomina, żebym nie trwonił pieniędzy. Wysyłam mu wyciągi z konta. W soboty i niedziele gram w piłkę nożną z drużyną, w której byłem niegdyś środkowym napastnikiem ... tak, muszę koniecznie znowu pojechać do domu – zakończył z nostalgią w głosie.
Na jego twarzy malował się wyraz bolesnej tęsknoty i smutku. Rozpamiętując tamte dawne wspaniałe mecze piłki nożnej, Sam Butler wyglądał szalenie romantycznie, jak Olivier w roli Heathcliffa. Jazz dreptała bezszelestnie, sięgając po następny aparat po zużyciu kolejnej rolki filmów. Sam Butler już nie śmieszył jej nieskazitelnością swej urody. Gdy jego oczy napełniły się wspomnieniami o tamtych miejscach i ludziach, stał się nagle bardzo prawdziwy.
Aktor jakby całkiem zapomniał o tym, że jest fotografowany. Jazz pracowała jak w transie, ciszę przerywały jedynie omdlewające dźwięki gitary. Po pewnym czasie jednak jego wspomnienia wyblakły i wtedy zauważył Jazz, jej bujne włosy spływające po obu stronach aparatu, opalone na mosiądz nagie nogi pod krótką spódnicą, pełne piersi delikatnie kołyszące się pod czerwoną tkaniną, niemal przezroczystą w świetle padającym przez okno. Sam Butler poruszył się niespokojnie na pluszowej sofie, oprzytomniał, wrócił do rzeczywistości, a Jazz napstrykała całą rolkę zdjęć tak niesłychanie zmysłowych, erotycznych, lubieżnych, jakich do tej pory jeszcze nikt mu nie zrobił.
Koniec pozowania, pomyślała przerażona, kiedy zaczął rozluźniać pasek trencza.
Wyprostowała się. – Pójdę zmienić film – oznajmiła. W tej samej chwili wysoki Australijczyk wychylił się do przodu i schwycił ją za rękę.
– Wypróbowałaś już tę kanapę? – spytał, przyciągając ją do siebie. Jedną ręką przygwoździł do sofy górną część jej ciała, drugą zaś zaczął wy supły wać się z płaszcza.
– Twoje zachowanie jest nie na miejscu – powiedziała hardo, starając się obronić bosymi stopami przed jego nogami. Roześmiał się, zręcznie zamienił ręce i, oswobodziwszy się z płaszcza, zrzucił go na podłogę.
– Miałeś zdjąć ubranie! – wrzasnęła z oburzeniem. – A nie bieliznę.
– Nie noszę bielizny. – Teraz obie jego ręce zajęły się rozbieraniem Jazz. Leżała przywalona jego ciężkim muskularnym nagim ciałem, czując, że jej wysiłki, by się spod niego uwolnić, spełzają na niczym. Należało jednak pójść na ten kurs samoobrony, wyrzucała sobie w panice. Jednocześnie usiłowała znaleźć jakiś sposób, żeby gościa uszkodzić. Na to, że ktoś usłyszy jej krzyki, nie mogła liczyć. Cholera, jaki spryciarz, pomyślała z zakłopotaniem, czując, że odpiął jedyny guzik przy bluzce i objął dłonią jej pierś, mimo że jej ręce i nogi były wciąż przyciśnięte do kanapy jego ciężkim ciałem.
– Przestań! – krzyknęła, szukając, w co mogłaby go ugryźć.
– Jeszcze żadna kobieta tak do mnie nie mówiła.
– Egomaniak!
– Owszem – zgodził się i zamknął jej usta pocałunkiem.
Naraz pod walczącym ciałem Jazz kanapa wywinęła kozła, wyrzucając ich oboje na podłogę. Całe studio zakołysało się, jak statek na morzu, podłoga zadrżała i zatrzeszczała, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Zewsząd rozlegał się straszliwy łomot przewalających się przez pokój ciężkich przedmiotów. Jazz i Sam przywarli do siebie, wczepili się w siebie w niemym przerażeniu. Trwające kilka sekund wstrząsy zdawały się ciągnąć w nieskończoność.
– Kurcze, co to było? – spytał szeptem Sam, gdy budynek przestał się wreszcie poruszać. Jazz zerwała się z podłogi i z zimną krwią rodowitej Kalifornijki najpierw sprawdziła, czy gdzieś nie leżą odłamki szkła, a następnie podbiegła do okna. Miała na sobie tylko spódniczkę.
– Ja stąd spieprzam! – wrzasnął Sam Butler.
– Zostań tam, gdzie jesteś, dobrze ci radzę! Na ulicy nie jest bezpieczniej. To stare budynki, zwalą się na ciebie, ani się obejrzysz. Lepiej sprawdźmy, czy nie nadchodzi fala przypływu, bo to bardzo prawdopodobne w tych okolicach.
– Fala przypływu? – przeraził się.
– No właśnie, już powinna tu być – odparła Jazz z głębokim przekonaniem, pokazując ręką na ocean. Wychyliła się przez okno, żeby nie widział rozbawionego wyrazu jej twarzy. Wstrząsy wtórne, to tak, mruknęła pod nosem, ale nie fala przypływu. Nie tym razem. To nie było takie znowu wielkie trzęsienie. Z przebieralni dobiegł ją głos mężczyzny, który przeklinając ubierał się pośpiesznie.
– Jeśli potrzebujesz więcej zdjęć, to będziemy je robić na dworze! – zawołał kierując się do drzwi.
– I w gęstym tłumie! – krzyknęła za nim. – Teraz już wiem, czemu masz opinię faceta, któremu nie można się oprzeć.
Odwrócił się wściekły. – Miła jesteś, nie ma co. Gdybym nie był dobrze wychowany, powiedziałbym ci, żebyś się odwaliła.
– To była twoja ostatnia okazja, Samie Butler – roześmiała się Jazz, zasłaniając piersi rękoma. – Wychodząc rzuć mi mój kapelusz, co?
2
Co oni by beze mnie zrobili, mruknęła pod nosem Phoebe Milbank, współwłaścicielka „Atelier”, a zarazem agentka handlowa Jazz Kilkullen, Mela Botvinicka i Pete’a di Constanza, smarując cebulowy obwarzanek grubą warstwą topionego sera. Na chwilę wyobraziła sobie, jak ubrana w wykrochmalony mundurek angielskiej niani z dawnych czasów pcha przed sobą lśniący granatowy wózek, rolls-royce’a pojazdów dziecięcych. Zbliżywszy się do skrzyżowania, z trójką gaworzących wesoło, otulonych kołderką z monogramem, podopiecznych, czyni nieznaczny gest ręką, na co policjant salutuje jej z szacunkiem, a następnie zatrzymuje sznur pędzących aut i mimo ich oczywistego zniecierpliwienia nie pozwala im ruszyć, póki ona bezpiecznie i we właściwym dla siebie tempie nie dotrze do krawężnika po drugiej stronie i nie wjedzie wózkiem na chodnik.
W bardzo krytycznym umyśle Phoebe, całkowicie wolnym od czegoś takiego jak kompleks niższości, panowała niezachwiana pewność, że pozostawiona własnemu losowi trójka fotografów niezawodnie umarłaby z głodu. Niczym doświadczony przewodnik prowadziła ich przez nieprzyjaźnie pohukującą dżunglę, jaką był skomplikowany, podstępny świat reklam i pism ilustrowanych, w którym fotografie stanowiły przedmiot handlu. Gdyby ich teraz porzuciła, niczego by nie dokonali, gdyż byli bezbronni i bezradni, jak dzieci czekające w płonącym budynku na przybycie strażaka. Sytuacja jest dokładnie taka, jaka być powinna i niechby taka została, podsumowała z zadowoleniem.
Takie przyjemne refleksje snuła Phoebe przez pierwszą z dziesięciu minut, przeznaczonych dla zebrania myśli przed comiesięczną naradą wspólników „Atelier”, zwyczajowo odbywającą się w sobotę rano. Ten czas samotnie spędzany przed spotkaniem był dla niej święty. Służył przygotowaniu się do stawienia czoła problemom, jakie mogły ewentualnie zaistnieć w trakcie konferencji.
Raptem wstała i zaczęła z impetem przestawiać niskie fotele, dzięki którym siedząc na wysokim krześle za biurkiem patrzyła na wszystkich z góry. Drobna, ruchliwa sylwetka Phoebe zwieńczona była głową z roztrzepaną fryzurą, utworzoną z wielu warstw żółtych włosów, które zgodnie z modą i, ma się rozumieć, za duże pieniądze, zostały doprowadzone do stanu niemal – niemal! – całkowitego zniszczenia.
Należała do osób bardzo zadowolonych z życia. Jej włosy prezentowały się idealnie. Idealnie wyglądała jej zuchwale uśmiechnięta, nie zdradzająca przebiegłego umysłu twarz, zaś szczupłe ciało było tak bliskie ideału każdej nowoczesnej Kalifornijki, że bardziej nie sposób. Pod cienkim sweterkiem rysowały się wszystkie jej żebra, kości biodrowe zaznaczały się pod krótką trykotową spódniczką, bo bez względu na to ile jadła, nigdy nie przybierała na wadze. Miała trzydzieści osiem lat, ale na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za studentkę miejscowego uniwersytetu.
Z piętrzących się na tacy na biurku obwarzanków wzięła wytrawny i posmarowała go grubo szczypiorkowym serkiem kremowym. „Powiedz mi co jesz, a powiem ci kim jesteś.” To na szczęście nie odnosi się do mnie, pomyślała. Agent fotograficzny jest tym, kogo reprezentuje. Tak samo jak o wartości trenera koni decyduje stajnia, w której pracuje.
Mimo wrodzonego poczucia wyższości nie była megalomanką. Potrafiła sprawiedliwie ocenić wartość swoją i innych. Doskonale wiedziała, że jej podopieczni stanowią najlepsze trio w mieście i że każde z tej trójki znajduje się na rozpalonym do czerwoności szczycie zawodowych osiągnięć. Bez niej jednak nie wspięliby się tak wysoko. Rzecz jasna, ona bez nich też by nie doszła tam, dokąd doszła. Choć jeśli się dobrze nad tym zastanowić, oni nie mieli dla niej aż tak istotnego znaczenia. Gdyby nie Jazz, Mel i Pete do jej stajni trafiłaby jakaś inna trójka.
Zerknęła na zegarek. Zebranie powinno się zacząć za pięć minut. Zostało więc jeszcze trochę czasu na sprawdzenie stanu posiadania. Robiła to co miesiąc, by mieć pewność, że nie traci kontroli nad szybko rozrastającym się interesem.
Każdy z jej partnerów był wolnym strzelcem i demonem, kiedy przychodziło do fotografowania, i wszyscy troje – rzecz dla nich charakterystyczna – działali daleko poza strefą bezpieczeństwa.
Według Phoebe we współczesnej fotografii istniało jeszcze coś takiego jak strefa bezpieczeństwa. Fotografowie z przyzwoitym dorobkiem nie musieli drżeć o swą przyszłość. Ale kilkoro z tej bandy, wśród nich jej dzieciaki, miało odwagę pójść dalej. Wkraczali na dziewiczy teren i odnosili sukces, nie popadając w rutynę, nie zniekształcając intencji klienta. Tylko że kiedy się tam znaleźli, to często w śmiertelnym przerażeniu błagali ją, swą agentkę, żeby sprowadziła ich z powrotem do domu. Nie odważyliby się być tacy nietuzinkowi, gdyby nie mieli pewności, że Phoebe czuwa.
Bóg świadkiem, że nie była to kwestia techniki. Dwustu fotografów miało technikę, dwustu innych poczucie smaku, a ładne zdjęcia potrafiło pstrykać miliony ludzi, nawet cywilów. Jej dzieciaki natomiast produkowały fotografie z punktu identyfikowane przez najlepszych kupców fotogramów i wszystkich znawców tej dziedziny sztuki. Jej dzieciaki były dla aparatu fotograficznego tym, czym dla płótna prawdziwie oryginalny malarz.
Dwa czynniki odgrywają tu decydującą rolę, myślała dalej Phoebe, a są to: własna wizja artystyczna i gruntowna wiedza na temat oświetlenia. Jednakże umiejętność oświetlenia obiektu – czy to świecy zapłonowej, czy Michelle Pfeiffer – jest niczym, jeśli się nie ma własnej wizji artystycznej. Ta z kolei jest psu na budę, jeśli się nie panuje nad praktycznie nieskończonymi możliwościami oświetlenia.
Do tego dochodził trzeci czynnik, którego ani ona, ani oni nie potrafili nazwać. To właśnie ten trzeci element – niektórzy nadawali mu miano, banalne zresztą, oryginalności, jej zdaniem była to raczej ekstrawagancja – decydował o tym, że Jazz, Mel i Pete uchodzili za najlepszych. Wokół aż się roiło od dobrych, zdolnych, sprawnych fotografów. Jeśli fotograf, on czy ona, nie starał się za każdym razem – nie, nie tylko nie starał się, ale nie starał się desperacko – przekroczyć oczywistych ograniczeń błony filmowej, najwyższe zarobki pozostawały w sferze marzeń. Rozumie się, Mel, Pete i Jazz mają sobie równych, ale nie lepszych od siebie, mruknęła, starając się być sprawiedliwa. Kilkoro im dorównuje i zatrudnia agenta jej klasy, których w Kalifornii jest zaledwie troje.
Jeszcze piętnaście lat temu żaden potencjalny agent nie znalazłby w Los Angeles takich fotografów, pomyślała trzeźwo, zadowolona, ale bynajmniej nie zdziwiona faktem, że urodziła się we właściwym czasie i miejscu.
W tamtych czasach niemal wszyscy najlepsi fotografowie mieszkali i pracowali w Nowym Jorku. Potem sytuacja się zmieniła, zwłaszcza w fotografii jedzenia, samochodów i portretów znanych ludzi. Obecnie największe talenty znajdowały się w Los Angeles. Ona była z nimi związana od samego początku.
Przed dwunastu laty, ukończywszy dwudziesty szósty rok życia, Phoebe zaczęła pracować jako asystentka Evana Jonesa, który żył z fotografowania bogatych kobiet, zamawiających u niego swe portrety, gdy nie miały czym obdarować mężów na Boże Narodzenie.
Jones był prawdziwym geniuszem retuszu. Nigdy nie pokazywał klientkom surowych stykówek, póki nie przeprowadził selekcji zdjęć i niemal wszystkich nie wyrzucił. Wyłowiwszy najlepsze, dokonywał na nich aerografem bardzo dyskretnych zabiegów, tak dyskretnych, że nie zdarzyło się, by ktoś się dopatrzył w prezentowanych stykówkach retuszu. Ale prawdziwe szaleństwo zaczynało się dopiero, gdy zadowolona klientka wybrała zdjęcie. W ruch szedł aerograf i miniaturowe pędzelki, za pomocą których tu dodał, tam ujął, by otrzymać dłuższe rzęsy, dłonie bez żył, jaśniejsze źrenice, węższe nozdrza, pełniejsze wargi, mniejszy podbródek, gładszą szyję.
Choć trudno było mu odmówić sprytu, do interesów miły Evan miał słabą głowę. Nieumiejętnie prowadził rachunki, a co gorsza, nie miał pojęcia, ile pieniędzy żądać za swą pracę. Pewnego dnia Phoebe, która dość prędko uświadomiła sobie, że z braku talentu i cierpliwości nie zostanie sławną kobietą-fotografem, zasiadła za biurkiem Evana i zaczęła kierować jego sprawami.
Pierwsza rzecz, zaangażowała na swoje miejsce asystentkę o niebo lepszą od siebie. Następnie wzięła listę klientek i zatelefonowała do wszystkich po kolei przypominając, że czas zrobić nową fotografię. Nie pytając o zgodę Evana, podwoiła ceny zdjęć. Jak się spodziewała, klientki uznały to za znak, że jego popularność wzrosła. Siostra Phoebe, szefowa biura jednego z najbardziej wziętych chirurgów plastycznych w Hollywood, a do tego ciesząca się poważaniem członkini mafii sekretarek, zaczęła dostarczać jej aktualną listę kobiet, które odmłodziwszy się, gwałtownie potrzebowały nowych fotografii, by zastąpić te ze starą twarzą.
Po sześciu miesiącach działalności Phoebe Evan miał długą listę klientek oczekujących na sportretowanie. Phoebe potroiła jego cenę, zatrzymując dla siebie standardowe dwadzieścia pięć procent.
Kiedy uznała, że nadszedł czas na ulokowanie Evana w przemyśle filmowym, zrobiła albumy najlepszych jego prac, zaś ich reprodukcje rozesłała do biur wszystkich publicystów, menedżerów, artystów od makijażu i fryzur w Hollywood. Jego ceny były teraz czterokrotnie wyższe od początkowych.
Portretami Evana zaczęły się interesować aktorki w pewnym wieku – wieku, którego granica wciąż się obniżała. W niespełna rok został najpopularniejszym fotografem tego nieprzebranego materiału, jaki stanowią kobiety powyżej dwudziestu lat. Gdy panie te stwierdziły, że na żadnych innych fotografiach nie wyglądają równie korzystnie, zdjęcia Evana zaczęły trafiać do pism ilustrowanych i na ich okładki. Niebawem do szeregów kobiet dołączyli mężczyźni. Phoebe kupiła sobie dwudrzwiowego mercedesa 560 w kolorze jasnożółtym jak jej włosy.
Uznawszy, że Evan jest ustawiony, Phoebe straciła zainteresowanie jego osobą. Wiedziała, że on już dalej nie zajdzie, a ona nie zarobi na nim więcej pieniędzy. Zresztą Evan nie przejawiał najmniejszej ochoty, żeby się zmienić, ją zaś interesowało tylko to, co było nowe i odkrywcze. W 1980 roku znalazła mu innego agenta, sama zaś otworzyła własne małe biuro i postanowiła zbadać, co głównie reklamują amerykańskie pisma ilustrowane.
Najczęściej reklamowana okazała się żywność – częściej nawet niż kosmetyki. Za żywnością szły samochody. Reklamy jedzenia i samochodów – teraz zaczęła je widzieć dosłownie wszędzie. Przeprowadziwszy rozeznanie wśród fotografów, wybrała Mela Botvinicka i Pete’a di Constanza. Tym dwóm zaoferowała swe usługi.
Tak ich omotała, że bez mrugnięcia okiem zgodzili się oddawać trzecią część swych zarobków. Im więcej dla nich robiła, tym bardziej jej potrzebowali. Im bardziej wyciągała do nich dłoń, tym mocniej się jej czepiali. Bez jej roztropnego pokierowania ich karierami, nie odważyliby się żądać tych pieniędzy co teraz. Ilekroć szykowała się jakaś robota, na którą mieli wielką chrapkę, stawali się niespokojni, nerwowi, przekonani, że ktoś ją im sprzątnie sprzed nosa. W krytycznym momencie skłonni byli obniżyć swą ustaloną cenę.
Ale nie ze mną takie numery, uśmiechnęła się do siebie Phoebe. Utrzymywała ich ceny na wysokim poziomie, odrzucając oferty zbyt niskie, nawet jeśli to im groziło bezczynnym siedzeniem przez cały dzień. Od chwili kiedy ich przejęła, konsekwentnie podnosiła stawki, aż doszli do maksymalnych zarobków w tej dziedzinie. Pete zgarniał dobrze ponad milion dolarów rocznie, Mel prawie tyle samo.
Jazz Kilkullen – dzięki temu, że robiła zdjęcia sygnowane swym nazwiskiem do artykułów w pismach ilustrowanych – z całej trójki była jedyną osobą znaną szerszej publiczności. Zarabiała około czterystu tysięcy dolarów rocznie, jako że za tego typu zdjęcia płacono znacznie mniej niż za reklamy. Potencjalnie jednak mogła zarobić dowolną sumę, zwłaszcza w reklamie kosmetyków. Ach, żeby istniały dwie Jazz. Jedna, zamiast się tyle mądrzyć, fotografowałaby modelki do głównych reklam kosmetyków, druga zaś mogłaby się bawić do woli w modę i portretowanie osobistości. Niestety, Jazz była tylko jedna – ta, która upierała się przy pracy dla pism ilustrowanych, ponieważ ceniła sobie wolność.
Jazz pod wieloma względami różniła się od Mela, który wykonywał tylko tyle „dziennikarki”, ile Phoebe akceptowała, oraz od Pete’a, który trzaskał wyłącznie reklamy. Jazz zdradzała brzydkie w oczach Phoebe upodobanie – upodobanie do niezależności.
Ta cholerna skłonność Jazz z pewnością wiąże się z jej pochodzeniem, skrzywiła się Phoebe. Ojciec Jazz, Mike Kilkullen, był właścicielem ostatniego wielkiego rancza, położonego między Los Angeles i San Diego. Owa rodzinna posiadłość liczyła, bagatelka, dwadzieścia sześć tysięcy hektarów dziewiczej, nie uprawianej, nie tkniętej ludzką ręką ziemi, pamiętającej czasy Korony Hiszpańskiej. Jazz była Kalifornijką w ósmym pokoleniu; w jej żyłach płynęła stara krew hiszpańskich osadników, ale też irlandzka i szwedzka. I jak taką kierować, biadoliła w duchu Phoebe, łakomie wyskrobując plastykową łyżeczką serek z pudełka. Praca agenta przypomina pracę tresera lwów. Tak samo wymaga łagodności, stanowczości, odwagi. Ale nade wszystko panowania nad sytuacją.
Trójka fotografów, jak zwykle naburmuszona z powodu straty sobotniego poranka, weszła nieśpiesznie do biura Phoebe.
– No i co powiecie o tym trzęsieniu? – spytał wszystkich Mel Botvinick. – Ledwo udało mi się przygotować suflet do rozkładówki w „Bon Appétit”, a tu jak się nie zatrzęsie ... Siedzieliśmy potem do północy. Cholerny pech.
– To jeszcze nic – rzekł Pete di Constanza. – Ja akurat stałem na drabinie i zastanawiałem się nad ujęciem z góry tego nowego ferrari. Gdybym nie miał szybkiego refleksu, leżałbym dziś w szpitalu ze złamaną nogą. A niechby się stało coś z samochodem? Strach pomyśleć. Co ty robiłaś, Jazz?
– Jeśli o mnie chodzi, to zważywszy wszystkie okoliczności, wstrząs nastąpił w bardzo odpowiednim momencie – odparła Jazz.. – Nie robiłam nic specjalnego.
– Ale z was dzieci – zdenerwowała się Phoebe. – Wielka mi rzecz, lokalne trzęsienie ziemi. W Beverly Hills mało kto w ogóle je zauważył.
– Byłaś pewnie na zakupach – domyślił się Pete.
– U fryzjera. W piątek po południu chodzę do fryzjera. To dla mnie święte.
– Świetnie cię rozumiem, bo dla mnie święte są wizyty u psychoanalityka w poniedziałek i w czwartek. Chociaż ostatnio przestałem mu wierzyć – poskarżył się Pete di Constanza. – Wyobraźcie sobie, że ten facet za cnotę uważa jeżdżenie starym, odrapanym, obitym volvo. A wiecie, jak zareagował, kiedy mu powiedziałem, że dostałem zamówienie na wykonanie zdjęć rocznicowych countacha? „Myślałem, że fotografujesz tylko samochody.” On nie ma pojęcia, co to jest countach! Lamborghini wprowadził countacha w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku, czyli dziewiętnaście lat temu, do dziś jest to najsilniejszy samochód sportowy na szosach, a ten nigdy o nim nie słyszał!
– Skąd wiesz, czym jeździ twój psychoanalityk? – zainteresował się Mel Botvinick.
– Bo go spytałem.
– I odpowiedział ci? – Mel nie posiadał się ze zdumienia. Jego psychoanalityk z zasady nie odpowiadał na żadne pytania.
– Tak, on nie przejmuje się tymi freudowskimi bredniami. Na normalne pytania zazwyczaj odpowiada.
– A skąd masz pewność, że uważa za cnotę jeżdżenie tym starym volvo? – spytała Jazz śmiejąc się serdecznie. Pete di Constanza z Fort Lee w New Jersey ubierał się jak strażnik parku narodowego, z urody przypominał tajniaka w lekko pornograficznym filmie i jak bóg ożywiał światłem każdą kupę żelastwa. W dodatku był poczciwy do szpiku kości.
– Wywnioskowałem – odparł Pete dumnie.
– Widzisz, dlatego mój psychoanalityk nie odpowiada na pytania – stwierdził Mel, pociągając z wyższością nosem. – On chce, żebym wyrzucał z siebie wszystko, a nie wnioskował.
– Zabronił ci też zapisywać sny – obruszył się Pete. – Jak do cholery masz je pamiętać, jeśli ich nie zapiszesz?
– Powiedział, że ważne zapamiętam.
– Chłopcy, chłopcy – przerwała Phoebe. – Czy moglibyście odłożyć tę fascynującą wymianę zdań o waszym życiu psychicznym na inną okazję?
Pete zamilkł urażony. Nie traciłby czasu na te bezproduktywne spotkania, gdyby Phoebe nie namówiła go do zainwestowania w studio. Cóż z tego, że były to najlepiej ulokowane pieniądze w jego życiu, jedyne zresztą, których nie roztrwonił, skoro rola właściciela kamienicy, choćby nawet tylko jej czwartej części, wybitnie mu nie odpowiadała?
Kupno starego banku i urządzenie w nim „Atelier” było pomysłem Phoebe. Ale czy to dawało jej prawo do narzucania im tych comiesięcznych nasiadówek? Czy bez nich nie wiedzieliby, co robić? Zawracanie głowy! Jeśli o niego chodziło, to Phoebe miała w życiu jedną jasno określoną funkcję: wyręczać go w załatwianiu nieważnych spraw, żeby mógł bez przeszkód trzaskać swe wspaniałe fotografie.
Wspaniałe fotografie, nie jakieś tam fotki. Zwykłe fotki mógł pstrykać każdy kretyn w Detroit i wielu to robiło – z tandetnie kolorowym dymkiem, petardami i lustrzanymi odbiciami, co powodowało, że samochód wyglądał jak na paradzie w Las Vegas. A co, jeśli ktoś wymarzył sobie fotografię samochodu, która wnikałaby w jego egzystencjalną istotę? Fotografię, wykonaną w studio, dającą jednak wyobrażenie o przyjemności jazdy tym samochodem z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę? Fotografię, pełną romantyzmu i poezji, fotografię, która czyniła z samochodu przeklętą przez Boga ikonę? Otóż wystarczyło się zwrócić do Pete’a di Constanza.
Kilka tygodni eksperymentowania z oświetleniem i nowa wersja wspaniałego klasycznego countacha będzie wyglądała jak rozjarzony od środka pojazd kosmiczny. Każdy maniak motoryzacji oszalałby z radości, gdyby pozwolić mu na przejażdżkę takim samochodem. Ale nic z tego. Ten szczególny prototyp był zbyt cenny, by wyjechać ze studia.
– Protokół z ostatniego zebrania – zaczęła Phoebe oficjalnym tonem.
– Przeczytany i przyjęty – przerwał jej szybko Mel Botvinick.
– Następny punkt – zawyli jednocześnie Pete i Jazz.
Co się z nią dzieje, myślał Mel. Czy Phoebe wyobraża sobie, że kieruje „Fortune Five Hundred”? Jak się tak dobrze zastanowić, to ona, biorąc jedną trzecią ich zarobków, zgarniała taką forsę, o jakiej nie śnili nawet dyrektorzy wielkich firm. Nie traci jej z pewnością na posiłki, stwierdził, patrząc z dezaprobatą na tackę z postnymi obwarzankami, opróżnione do połowy plastykowe pudełeczko z serem i szklankę mrożonej herbaty (przysięgała, że sama ją parzy, ale wiadomo było, że to słodzony Lipton z puszki, do którego z wielkim wysiłkiem wrzucała pokrojony na cztery plasterek cytryny i kilka kostek lodu). Nie przywiązywała wagi do jedzenia. Spojrzawszy na jej cienką kibić i kruche nadgarstki wzdrygnął się. Gdyby nieco przytyła, może spodobałaby się jakiemuś sensownemu mężczyźnie, ale nie, wołała być chorobliwie chuda.
Zresztą, czemu narzekał? Phoebe warta była pieniędzy, które od niego brała. Zimno mu się robiło na myśl, że miałby sam obłaskawiać świat oleju Wesson i mrożonej pizzy, wpychać ludziom swój album promocyjny i wykłócać się o honoraria. Phoebe jakoś nie czuła się upokorzona, wydzwaniając do ewentualnych klientów i proponując, że on wykona dla nich coś, o czym nigdy nawet nie słyszał.
Phoebe miała szósty zmysł, który mówił jej, że oto nadszedł czas na nowe podejście do płatków śniadaniowych. Na jej plus liczyło się również to, że nie zmuszała go do robienia więcej niż dwu zdjęć „szybkich dań barowych” miesięcznie. Artysta musi mieć agenta, żeby nie oszaleć, a zwłaszcza gdy chce iść za głosem powołania. Fotografowanie jedzenia jest powołaniem, takim samym jak taniec albo chirurgia mózgu; różnice sprowadzają się do drobnych szczegółów.
– Czy ktoś ma jakieś nowe wiadomości? – spytała Phoebe. Czemu ten zawsze odstawia ofiarę, pomyślała, patrząc na Pete’a, który rozwalił się w fotelu wyciągając nogi na pół pokoju; stopy w wysokich sznurowanych trzewikach do pieszych wędrówek zwracał palcami do siebie. Przeniosła wzrok na Mela, który siedział (bo Mel zawsze siedział) wyprostowany, na ile to w ogóle było możliwe w tym ni to leżaku, ni to fotelu. Delikatne ręce splótł na zaokrąglonym brzuchu, nogi w czarnych spodniach ostrożnie skrzyżował ze sobą. Na jasnoszarej koszuli nie było ani śladu zgniecenia. Ubiera się jak mnich w cywilu, pomyślała, co zresztą pasuje do jego gładko ogolonej głowy i łagodnej jajowatej twarzy.
– Nie! – zawołali chórem.
– Za to ja mam – rzuciła Phoebe. – Wyobraźcie sobie, że „Purple Tostada Grande” się likwiduje. – Pokój wypełnił się jękami.
Każdy, kto pracuje w studiu fotograficznym, nie może się obejść bez kafejek sprzedających jedzenie na wynos. Jazz, Mel i Pete mieli po piętnaście różnych spisów potraw, które codziennie zamawiali dla ludzi pracujących z nimi w studio. „Purple Tostada Grande”, niedroga meksykańska knajpka z ogromnym patio, dokładnie po drugiej stronie deptaka należała do ich ulubionych. Klientom już w drzwiach napływała ślinka do ust na myśl o quesadilli zapiekance z zielonym chili, cebulą, śmietaną, pomidorami i serem, burrito combo – omlecie z fasolą i wołowiną, żeby nie wspomnieć o słynnym koszyczku krewetek podawanym z sosem z avocado zwanym guacamole, oraz z frytkami.
– Jak mogą zrobić nam coś takiego? – biadoliła Jazz.
– Okropne – mruknął Pete. – Akurat spodziewam się klientów z Japonii i Niemiec, którzy już się napalają na te obiady w „Tostadzie”. Jak ja teraz wyglądam?
– O rany, klienci zaczną mi zżerać jedzenie. Jakbym nie miał dość kłopotów z tymi, którzy mówią, że „chcą tylko spróbować”, i ładują do gęby to, co było przeznaczone do sfotografowania.
– Popatrzcie na tę sprawę z innej strony – przerwała im Phoebe.
– A jakby tak kupić „Tostadę”? Upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu. Co ty na to, Pete?
– Mowy nie ma – parsknął Pete. – Nie dość, że posiadam kawałek kamienicy, to miałbym jeszcze kupić knajpę? O, nie.
– Jazz? – Phoebe prowadziła swą ankietę.
– Nie wchodzę. Nie jestem w nastroju do inwestowania.
– Mel?
– Ty chyba żartujesz? Przez cały dzień fotografuję żarcie. W studiu mam najlepiej wyposażoną kuchnię na świecie. Co za dużo to niezdrowo, nie sądzisz? – Robił wrażenie obrażonego.
– Więc jeśli nie macie nic przeciwko temu, sama kupię „Tostadę”.
– Wspaniale!
– Fantastycznie!
– Brawo, Phoebe! – pochwaliła ją Jazz. – Uratowałaś nas!
– Dzięki, kochani. Zapiszę w protokole, że wszyscy się zgodziliście. – Phoebe miała wesołą minę. Tak jak się spodziewała, żadne z nich nie wzięło pod uwagę faktu, że ceny nieruchomości w Wenecji ciągle szły w górę. Szczególnie tych przy deptaku. Gdyby dziś kupiła „Tostadę” i nic z nią nie robiła, to po roku mogłaby ją sprzedać za dwa razy większą sumę.
Tylko po co miałaby sprzedawać? „Tostada” ze swym dużym patio idealnie nadawała się na oryginalną restaurację. Coś takiego innego i dziko drogiego. Z lokajem do parkowania samochodów, to jasne. Koniecznie młody szef kuchni, który będąc już świetnie ustawiony gdzieś w centrum, na przykład w Chicago, nie zgodziłby się objąć nowego lokalu, gdyby w grę nie wchodziło Los Angeles. Sfinansowanie tego będzie małym piwem. Wokół roiło się od takich, którzy tylko marzyli o tym, by mieć udział w jakiejś nowej restauracji. Nie tylko Tony Bill pragnął posiadać kawałki kalifornijskiej Wenecji.
– Są jeszcze jakieś sprawy? – zaszczebiotała Phoebe.
– Yyy – zaczął Mel i zamilkł.
– Coś nowego, Mel, czy wciąż ci za mało wentylatorów? – spytała Phoebe podejrzliwie. – Musielibyśmy zmienić instalację elektryczną, ostrzegam cię. Elektryczności zużywamy już tyle co szpital.
– Ja ... yyy ...żenię się – wykrztusił i zrobił się czerwony jak burak.
Zapadła martwa cisza. Nie sądzili, że bez reszty oddany swej pracy Mel w ogóle ma jakieś życie prywatne, a on ni stąd ni zowąd się żeni. Kto by to pomyślał?
– Z kim? – wyjąkała zdumiona Phoebe. Przed podjęciem takiej ważnej decyzji powinien był z nią porozmawiać.
– Z kim? – Jazz nie posiadała się z radości.
– Z kim? – spytał groźnie Pete. Czemu mu nie powiedział? Co to za kumpel?
– Z Sharon. Znacie Sharon. – Teraz, kiedy miał już to za sobą, Mel po prostu promieniał ze szczęścia.
– Sharon ... Że też się nie domyśliłam. Nie mogłeś lepiej wybrać – rzekła Jazz gramoląc się z fotela, by go ucałować. Lubiła Mela. Kiedyś był jej szefem.
– Sharon! Wspaniały pomysł! – wykrzyknęła Phoebe. Sama by mu doradziła, żeby się ożenił z Sharon, ich najlepszą stylizatorką potraw. Teraz Sharon będzie zawsze do jego dyspozycji. Czasami – czasami! – Mel był sprytniejszy, niż na to wyglądał.
– Sharon? A pamiętam, jak się na nią wkurzyłeś, kiedy ci powiedziała, że nie ma czasu robić z tobą okładki świątecznej do „Bon Appétit”. Przeszło ci już? – wydziwiał Pete.
– Ta sprawa trochę tu zadecydowała – wyjaśnił Mel. – Rzeczywiście, wtedy strasznie mnie poniosło. Powtarzałem sobie, że świat się na niej nie kończy. Jednocześnie nie mogłem pojąć, czemu tak to przeżywam i ciągle rozmawiałem o tym z moim psychoanalitykiem. Zazwyczaj nie unoszę się, w moim fachu to niewskazane, z jedzeniem trzeba postępować cierpliwie. W każdym razie, w końcu uświadomiłem sobie, że ... yyy ...czuję do niej coś więcej niż tylko zawodowy szacunek.
– A co na to twój psychoanalityk? – zainteresował się Pete.
– Guzik mnie to obchodzi – odparł spokojnie Mel. – Jeszcze nie wie. Zresztą, na pewno nic nie powie.
– Mój byłby wniebowzięty – stwierdził Pete. – Niewykluczone, że zechciałby zobaczyć jej zdjęcie.
– To wspaniała dziewczyna – rzekła Jazz. – Teraz już rozumiem naszą niedawną rozmowę. Powiedziałam, że Mel Gibson i Mel Brooks noszą takie samo imię, ale w każdym przypadku brzmi ono inaczej, bo raz kryje się za nim Gibson, a raz Brooks. Sharon na to, że imię Mel najlepiej pasuje do Botvinicka. Uznałam, że ma nieco egzotyczny gust.
– Powinniśmy to jakoś opić – zauważyła Phoebe, odzyskując przytomność – ale mam tylko mrożoną herbatę.
– Pamiętacie, jak w Hollywood zaczęto pić mrożoną herbatę zamiast wody mineralnej „Perrier”? – Każda część ciała Mela podrygiwała ze szczęścia.
– A pamiętacie, jak zaczęto pić „Perrier” zamiast białego wina? – rzucił Pete.
– A pamiętacie, jak białe wino wyparło martini? – spytała z rozmarzeniem Jazz. Jej ojciec wciąż pił martini.
Zapanowała chwila ciszy, bo wszyscy oddali się wspomnieniom minionej epoki martini, która może jeszcze kiedyś powróci. W Nowym Jorku zresztą nigdy nie minęła, ale tym nieszczęśnikom było obojętne, czym się trują.
– Jeśli nikt nie ma już żadnych nowin, dobrych i złych – przywołała ich Phoebe do porządku – to ja mam do was jeszcze jedną sprawę. Jak wiecie, mój magazyn jest zupełnie nie wykorzystany. Marnuje się mnóstwo miejsca, a tymczasem znalazł się pewien gość, który chciałby go wynająć. To fotoreporter, pracuje w terenie, przydałaby mu się jednak sekretarka i biuro. Zakładam, że nie macie nic przeciwko temu. Nawiasem mówiąc, zgodziłam się też zostać jego agentką.
– Agentką? – wrzasnęli wszyscy troje jednocześnie, zrywając się z leżakowatych foteli. Otoczyli jej biurko i patrzyli na nią z góry. W ich oczach malowała się wściekła zazdrość.
– Spokojnie, dzieci, spokojnie. Nie ma powodu robić takiej afery – rzekła Phoebe, starając się nie pokazać po sobie, jaką sprawili jej przyjemność. Uniosła swe drobne dłonie w uciszającym geście, który tym razem jednak nie poskutkował, czyli tak jak myślała. Dorośli, a zachowują się jak małe dzieci. Prawidłowo przewidziała ich reakcję. Co oni by bez niej zrobili, jeśli w ten sposób zareagowali tylko na sugestię, że będzie im poświęcać nieco mniej uwagi?
– Co znaczy „nie ma powodu robić takiej afery”? Na ile części możesz się podzielić? – spytał Mel, bardziej chyba wściekły niż wtedy na Sharon.
– Trzy osoby to sporo! Czeka cię cholernie dużo roboty! – krzyknął Pete. – Będziesz nas gorzej traktować.
– To nie jest w porządku, Phoebe, i ty dobrze o tym wiesz – rzekła Jazz oskarżycielskim tonem.
– Jeszcze wam nie powiedziałam, o kogo chodzi – stwierdziła Phoebe chłodno. – O Tony’ego Gabriela – oznajmiła uroczyście i uśmiechnęła się do nich słodko. Jak łatwo w nich czytała.
– Gabe... przecież on jest w Europie, nie? Czy gdzieś na Środkowym Wschodzie? – Pete był bardzo podekscytowany ostatnią informacją.
– Tony Gabriel? Znasz Tony’ego Gabriela? – wściekłość Mela ustąpiła miejsca podziwowi.
– Ja znam wszystkich – oświadczyła dumnie. – Przez ostatnie pięć lat Gabe pracował w Paryżu, ale teraz wraca. W Los Angeles chciałby mieć bazę wypadową. Oczywiście, przeważnie go tu nie będzie. Chyba już rozumiecie, dlaczego mu nie odmówiłam.
– O rany, Gabe tutaj. Wspaniale. To prawdziwa sensacja! Nie mogę się doczekać, żeby z nim porozmawiać – rzeki Pete.
– Zawsze chciałem go poznać – stwierdził Mel. – Boże, sam Tony Gabriel. Był moim największym bożyszczem.
– A więc załatwione. To tyle w tym miesiącu – zakończyła Phoebe wstając. Mel i Pete byli już przy drzwiach.
– Chwileczkę – zatrzymała ich Jazz. – Zebranie się jeszcze nie skończyło. – Jej głos zadudnił wściekle, ona sama miała chyba ponad dwa metry wysokości. – Ja się nie zgadzam, żebyś holowała tego łajdaka, Phoebe. Niech się nie waży przekroczyć progu tego budynku.
– Co ci się stało? – wyjąkała Phoebe, szczerze zdumiona. Na widok Jazz, która przeszła metamorfozę, stając się słupem gniewu, Melowi i Pete’owi całkiem odjęło mowę. Co ją ugryzło? Dla ludzi z ich branży Gabe był autentycznym bohaterem.
– Nic mi się nie stało. Po prostu jedna w tym towarzystwie myślę. Z Tonym Gabrielem są same przykrości. To wyzyskiwacz, socjopata. Dziwić się należy, że jeszcze nikogo nie zamordował.
– Jazz, ty kompletnie zbzikowałaś – wykrzyknęła Phoebe.
– Mam to gdzieś, Phoebe. Kupując ten budynek, umówiliśmy się, że jeśli w przyszłości ktoś zechce się do nas przyłączyć, wszyscy musimy wyrazić na to zgodę. Ja się nie zgadzam. Po prostu. Nie pozwalam ci, powtarzam, nie pozwalam ci wynająć czy wypożyczyć Gabrielowi nawet jednego centymetra kwadratowego „Atelier”. Jeśli on tu wejdzie, to koniec. Oczywiście, możesz zostać jego agentką, to twoja prywatna sprawa, jeśli jednak zostaniesz, ostrzegam, że znajdę sobie innego agenta. To nic trudnego. Wystarczy sięgnąć po słuchawkę. Nie żartuję, Phoebe. Żebyś przypadkiem nie myślała, że żartuję.
– Ale, Jazz, co ...
– Nie muszę się nikomu tłumaczyć. Wybór należy do ciebie. – Jazz odwróciła się na pięcie i opuściła biuro trzaskając drzwiami.
Na początku szatan stworzył agenta, pomyślała, biegnąc na górę do swego studia i trzęsąc się ze złości.
Spóźnia się, naturalnie, myślała Phoebe Milbank z niezwykłą jak na nią wyrozumiałością, czekając na Tony’ego Gabriela w restauracji przy Market Street 72. Przychodziła tu na obiady i kolacje przynajmniej dziesięć razy w tygodniu, zawsze w sprawach zawodowych. Nie potrafiłaby się obejść bez tej wspaniałej restauracji, gdzie nawet w ostatniej chwili wyczarowywano bez gadania dla niej stolik, restauracji w niedużej odległości od biura, restauracji, w której nie musiała płacić od razu, nawet napiwków, bowiem raz w tygodniu przysyłano jej do biura rachunek, a ona dołączała go do sprawozdań podatkowych. Do restauracji przy Market Street 72 mogła zadzwonić z pięciominutowym wyprzedzeniem, wiedząc, że jeśli nawet mają komplet, znajdą jakiś sposób, by upchnąć dwunastu przedstawicieli japońskiej firmy samochodowej, których ona nagle postanowiła zaprosić na obiad.
Zamówiła kolejną mrożoną herbatę i usadowiła się wygodniej. Mogła przyjść pół godziny później i też by zdążyła, ale chciała mieć kilka minut na spokojne przemyślenie dziwacznego wyskoku Jazz.
Oczywiście chodziło o sprawy osobiste. O jakie, wyciągnie od Gabe’a, kiedy ten wreszcie przyjdzie. Ale ona już dokonała wyboru. Nie zamierza stracić Jazz. Gabe na tym swoim fotoreporterstwie przypuszczalnie nie wyciąga tyle forsy, by zastąpić jej trzecią część zarobków Jazz, zwłaszcza że w fotografii Jazz nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
Fotoreporter jest Latającym Holendrem, gotowym po odebraniu telefonu do natychmiastowego wyjazdu w najdalszy zakątek świata, gdzie właśnie się coś dzieje. Czasem dopisze mu szczęście i zrobi zdjęcie, które potem zostanie opublikowane przez większość gazet i pism ilustrowanych na całym świecie. Stanie się klasyką, zaś fotoreporter i jego agent zainkasują kupę forsy. Ale to rzadka gratka. Nawet dla kogoś tak znanego jak Gabe.
Ma ze czterdzieści lat, dumała Phoebe. Kiedy przed dziewiętnastu laty wyjechał do Wietnamu, jako korespondent wojenny, był jeszcze dzieciakiem. Choć miał tylko dwadzieścia jeden lat, o czym uczono we wszystkich szkołach fotografii, to właśnie jego nazwisko sygnowało przez następne dwa lata więcej świetnych zdjęć z Wietnamu niż jakiegoś fotoreportera z całej armii korespondentów, którzy zjedli na tym zęby. Potem, mając już wyrobioną markę, objechał cały świat: Iran, Polska, Izrael, Nikaragua – sama myśl o tylu podróżach przyprawiała Phoebe o mdłości, ale on miał to we krwi. Tacy jak Gabe, siedząc w jednym miejscu, czują, że się duszą.
Gabe miał niezwykłego nosa, gdyż zawsze znajdował się – z aparatem gotowym do fotografowania – tam, gdzie działo się coś nieoczekiwanego: eksplozja „Challengera”, masakra w Jonestown, upadek Sajgonu. Nie było miejsca, do którego by nie dotarł, samolotu, z którego nie potrafiłby zeskoczyć na spadochronie, zbyt trudnego zadania. I do tego miał ten wspaniały dar stawania się niewidocznym, tę tajemniczą zdolność, którą muszą mieć wszyscy fotoreporterzy, a która polega na tym, że stoi się blisko kogoś i fotografuje, a ten ktoś nie zdaje sobie z tego sprawy. Gabe nigdy nie obsługiwał czegoś tak beznamiętnego jak Biały Dom, lecz był jak ten legendarny włoski fotograf, któremu udawało się, raz za razem, zostać siódmym członkiem sześcioosobowego oficjalnego serwisu fotograficznego Białego Domu, a zarazem jedynym w tym zespole fotografem, który nie musiał dzielić się swymi zdjęciami z kolegami po fachu.
– Daj buziaka, kotku. – Ni stąd ni zowąd na kanapce obok Phoebe pojawił się Tony Gabriel. A przysięgłaby, że nawet na moment nie oderwała oczu od drzwi restauracji.
Pocałował ją dwa razy w usta, bardzo starannie, po czym odsunął od siebie na odległość ramion i przyjrzał się badawczo.
– Wyglądasz jak wiosna, ty okropna wiedźmo. Czy pozwolisz, że dzisiejszą noc spędzę w twojej trumnie?
– No wiesz, Gabe. – Phoebe ku swemu zdumieniu stwierdziła, że chichocze jak nastolatka. Zarumieniłaby się, gdyby miała czym.
Tony Gabriel nie zmienił się od czasu, gdy go ostatnio, chyba przed dwu laty, widziała. Ten sam wymięty najemnik, jak zawsze strasznie chudy, ogorzały; wypchane nie wiadomo czym – poza paszportem, oczywiście – kieszenie; ciemne kędzierzawe włosy, oczy błyszczące triumfalnie, duży nos i dwie pionowe, głębokie bruzdy na policzkach, które już ze sto kobiet doprowadziły do szaleństwa. A niechby i dwieście, to czy z tego powodu zasługiwał na miano socjopaty?
– Co masz w tej szklance? – spytał.
– Mrożoną herbatę.
– Moje ty biedne, chore, śliczne maleństwo. Jak cię położę do łóżka, to od razu się lepiej poczujesz. Na całym ciele, obiecuję. Możesz mi zaufać, jak się mówi w takich sytuacjach. Kelner, proszę o podwójną szkocką bez wody. Czym tu karmią, Phoebe? Umieram z głodu.
– Polecam ci klops. To specjalność tutejszej kuchni.
– A, Hollywood. Znajomi, którzy stąd pochodzą, opowiadali mi, że ich matki nic tylko robiły klopsy. Taka była bieda. Nie mogąc znieść tych wiecznych klopsów, uciekli stąd. Potem dorabiali się milionów, żeby zabić prześladujące ich wspomnienie klopsów. A teraz przyjeżdżają tu specjalnie, żeby zjeść klops. Poproszę o befsztyk. Duży i krwisty. No dobrze, powiedz mi, co słychać? Załatwione?
– Nie, nie załatwione. Coś ty zrobił Jazz Kilkullen? Ona nie ma o tobie najlepszej opinii, chłopczyku. Krótko mówiąc, nie zgadza się, ani żebym została twoją agentką, ani żebym wynajęła ci biuro.
– Jazz? Od kiedy to Jazz tobą rządzi?
– Nie, to nie tak – zaprotestowała Phoebe urażona jego pytaniem. – Po prostu kupując studio umówiliśmy się, że będziemy decydować o nim wspólnie.
– Rozumiem, że nie możesz wynająć mi biura. Ale dlaczego nie możesz zostać moją agentką?
– Jazz przekonała pozostałych, że jeśli wezmę ciebie, nie będę miała dość czasu dla nich. Co zaszło między tobą a Jazz?
– Gdybym to ja wiedział. Jazz była jedną z moich praktykantek. Wiesz, że od czasu do czasu miewam praktykantki. Nigdy ich specjalnie do tego nie zachęcam, ale zdarza się, że któraś chce mnie usidlić.
– Powszechnie wiadomo, że sypiasz ze swymi praktykantkami, Gabe – wtrąciła Phoebe cicho.
– Czy ja mówię, że nie sypiam? W końcu Bóg po to stworzył praktykantki. Ale od czego ma się przyjaciółki, Phoebe? Walczyłaś o mnie, przyjaciółko?
– Jak lwica. Bez skutku. Przykro mi, Gabe. Lepiej zwróć się do którejś z tych dużych agencji fotograficznych. Bardzo się ucieszą.
