566 osób interesuje się tą książką

Opis

Niesamowita Elle Kennedy w duecie z Sariną Bowen w pierwszym tomie serii o zawodowych hokeistach!


Zorganizowanie bratu wesela, na którym będą gościć znani hokeiści, okazuje się największym wyzwaniem w życiu Jess Canning. Jej rodzina uważa, że dziewczyna jest ofiarą losu, więc porażka nie wchodzi w grę. Nie ma mowy. I nikt, absolutnie nikt, nie może się dowiedzieć o tym, że jakiś czas temu uległa seksownemu hokeiście, który w dodatku jest drużbą pana młodego. To był błąd i Jess nie ma zamiaru go powtórzyć. Nawet jeśli ten hokeista jest najgorętszym facetem na świecie. 
Dla Blake’a Rileya zbliżające się wesele to szczęśliwe zrządzenie losu. Jess jest druhną, a on drużbą, więc zabawa może się rozpocząć na całego. Co z tego, że napotyka mały (no dobrze, znaczny) opór ze strony Jess? Musi tylko przekonać upartą blondynkę, że jest naprawdę przyzwoitym facetem, który ma jedynie złą reputację. Na szczęście każdy zawodowy hokeista wie, że aby odnieść sukces, trzeba się wysilić.
Jess ma jednak znacznie poważniejsze problemy niż igraszki z pewnym dobrze zbudowanym facetem. Między innymi martwi się o to, czy ceremonia rozpocznie się o czasie, mimo że ktoś upił babcię. I czy zamordowanie drużby naprawdę byłoby aż takie złe?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuGood Boy
Copyright © 2017 by Sarina Bowen and Elle Kennedy All rights reserved Copyright © for Polish edition Wydawnictwo NieZwykłe Oświęcim 2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Agata Polte
Korekta: Angelika Oleszczuk Magdalena Zięba-Stępnik Agnieszka Sajdyk
Redakcja techniczna: Mateusz Bartel
Przygotowanie okładki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8178-286-9
www.wydawnictwoniezwykle.pl
KonwersjaeLitera s.c.

FUCHA DRUHNY

Jess

Pracownicy restauracji zrobili, co mogli, a mimo to wciąż martwię się o stoły. W ostatniej chwili poprawiam każdą ozdobę znajdującą się na środku blatów, aby mieć pewność, że kwiaty wyglądają idealnie. Zerkam przez okno i dostrzegam, że bezchmurne niebo ciemnieje. Ustaliłam rozpoczęcie kolacji na taką godzinę, by podano przystawki, gdy Pacyfik oświetlą pierwsze promienie zachodzącego słońca.

Prognoza na jutro też jest bardzo dobra – zapowiedziano, że dzień będzie słoneczny, a temperatura sięgnie dwudziestu czterech stopni Celsjusza. Nawet pogoda nie śmie zakłócić tego wspaniałego ślubu.

Zgodnie z planem zza łukowego wejścia do prywatnej sali rozbrzmiewa dźwięk otwieranej butelki szampana. Przybywają goście. Słyszę śmiech mojej siostry siedzącej przy barze za rogiem. Po chwili wchodzi mama.

– O, kochanie, bajecznie się sprawiłaś! – woła. – Wszystko jest olśniewające. Przewiduję wspaniały sukces!

– Dziękuję – szepczę, poprawiając po raz kolejny nóż do masła.

– Ciągle nas zaskakujesz, panienko Jessico. – Uśmiecha się promiennie, unosząc lampkę szampana do ust.

Zamiast odwzajemnić radość i przyjąć miłe słowa, spinam się, bo takie pochwały do mnie nie docierają. Nie rejestruję zwrotów takich jak „bajecznie” czy „wspaniały”. Nie zwracam też uwagi na „panienko Jessico” – przezwisko nadane mi przez tatę, gdy byłam trzylatką.

Skupiam się za to na: „zaskakujesz”.

W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że zaskoczyłam rodzinę, bo przygotowałam próbną kolację i nie nawaliłam.

– Dzięki, mamo. – W końcu udaje mi się odwzajemnić uśmiech, a mama znów znika, zapewne by przywitać się z którymś z pięciorga mojego rodzeństwa.

Też powinnam być z nimi, pić wino i spoczywać na laurach, jednak nie mogę się powstrzymać. Wyciągam z torby notes, po czym przeglądam strony oznaczone słowami „Próbna kolacja”. Kartoniki z imionami – są. Białe wino w wiaderkach z lodem – jest.

Wszystko wyszło świetnie, z jednym wyjątkiem. Jestem wrakiem człowieka. Po pierwsze, zaplanowanie idealnego wesela stresuje. Po drugie...

– Wesley! Bombowy J.! – Z pomieszczenia obok dobiega krzyk. – Przybyłem!

Głęboki głos, który odbija się echem w piersi, należy do Blake’a Rileya. Moje ciśnienie wzrasta dwukrotnie.

Ponownie bawię się sztućcami i nasłuchuję.

– Schleję dziś was obu! – zapowiada Blake, po czym słyszę, że mężczyźni poklepują się po plecach. – A co to za ślicznotka?

Mama się nim zachwyca, a mnie przebiega dreszcz. Jakby wesele nie było dość stresujące, muszę sobie jeszcze radzić z najgłośniejszym, najbardziej bezczelnym i irytującym facetem, jakiego poznałam. Ma umięśnione ciało, przyciąga do siebie ludzi i...

Dobra. Ma też największego fiuta, jakiego widziałam. O tym ostatnim staram się jednak nie myśleć.

Rodzinanie może się dowiedzieć o kolosalnym błędzie, który popełniłam wiosną. Nie pokażę im kolejnego dowodu wskazującego na mój brak umiejętności oceny sytuacji, zwłaszcza gdy przymierzam się, by oznajmić, że znów zmieniam zawód. Już teraz uważają, że jestem lekkomyślna. Mają mnie za niedorajdę.

Potwierdziłam tę opinię, pozwalając Blake’owi ściągnąć ze mnie ubranie. Uwierzcie, to się nie powtórzy, ale jego przybycie skomplikowało pewne sprawy. Jutro odbędzie się urządzone przeze mnie wesele na trzysta osób, wśród gości znajdzie się także ponad dwudziestu znanych hokeistów. Tymczasem przez ostatni miesiąc Blake wysyłał mi wiadomości z nieprzyzwoitymi pomysłami odnośnie uroczystości oraz żarcikami.

Kiedy nie odpisywałam, przesłał zdjęcie, na którym obejmuje swojego fiuta.

Odpisałam wtedy:

Jess: Boże, przestań. Każdy mógłby to zobaczyć.

Odpowiedź nadeszła po kilku sekundach.

Blake: Ha! Wiedziałem, że docierają do Ciebie moje SMS-y!

Jest niereformowalny. W tej chwili nie mam już czego poprawiać ani czym się zamartwiać, więc chowam się w prywatnej sali jadalnianej. Niech to licho.

Szybko stroszę włosy i zwilżam wargi językiem. Unoszę głowę, biorę głęboki wdech, po czym idę do baru. Zauważam moją siostrę Tammy, która trzyma butelkę szampana. Skupiam się na niej, nie poświęcając uwagi Blake’owi, jednak czuję, że mężczyzna znajduje się po drugiej stronie. Jest sporych rozmiarów facetem i duszą towarzystwa. Jak tylko wchodzę do pomieszczenia, w którym przebywa, od razu zdaję sobie sprawę z jego obecności, odczuwając dziwne swędzenie.

Zupełnie jakby był trującym bluszczem.

– Proszę, Jessie! – mówi Tammy, wręczając mi kieliszek. – Jestem pod wrażeniem. Dobrze sobie poradziłaś z organizacją wielkiego dnia Jamiego!

– Dzięki – mruczę.

Upijam spory łyk napoju z bąbelkami, podczas gdy siostra nie przestaje mnie chwalić. Po chwili dosiada się do nas mama, która również mówi miłe słowa. Bez wątpienia uważały, że polegnę z kretesem albo odpuszczę w połowie przygotowań. Świadomość, że jutrzejsze przyjęcie będzie cudowne, nie daje mi żadnej satysfakcji, ponieważ wkrótce po nim wyznam rodzinie, że rezygnuję z urządzania imprez.

Wciąż będą kręcić głowami, gdy Jamie i Wes wrócą z podróży poślubnej.

– O co chodzi, panienko Jessico? – pyta mama.

Kurka. Cindy Canning powinna pracować w organach ścigania. Przysięgam, że potrafi wyczuć każde kłamstwo; odczytać każdy wyraz twarzy, aby stwierdzić, że ktoś ściemnia. Jednak bez względu na jej zdolności, nie zamierzam zepsuć próbnej kolacji braciszka, dzieląc się swoimi wątpliwościami.

– Nic, wszystko w porządku – oświadczam. – Spójrz na Jamstera. Czy cokolwiek mogłoby być nie tak, kiedy jest taki szczęśliwy?

Dzięki unikowi odnoszę sukces. Wyraz twarzy mamy łagodnieje, gdy zerka na swoje najmłodsze dziecko. Jamie stoi przy narzeczonym, trzymając rękę na jego szyi. Pokazują zdjęcia z ostatniej wycieczki na ryby Patowi – człowiekowi organizującemu obóz hokejowy, na którym się poznali. Wszyscy trzej wyglądają na zrelaksowanych.

Jamie jest spokojniejszy i zadowolony bardziej niż kiedykolwiek, co wiele znaczy, ponieważ on już urodził się spokojny i zadowolony. Jego odnoszący sukcesy, dość sławny narzeczony Wes wydaje się natomiast odrobinę spięty, ale ma ku temu powody.

Między innymi dlatego przygotowanie wesela okazało się wyzwaniem. Każdy może wynająć namiot oraz zespół. Sztuka polega jednak na tym, aby zorganizować przyjęcie dla mężczyzny, do którego nie odzywa się rodzina. Na dokładkę wszędzie łażą za nim dziennikarze, więc musiałam zrobić rezerwację, podając pseudonimy. Rodzice Wesa zaś, którzy powinni się tutaj znajdować, by równoważyć falę miłości i wsparcia ze strony Canningów, nie przyjechali.

Zaplanowałam zatem przyjęcie zaręczynowe, które odbyło się kilka miesięcy temu, dzisiejszą kolację, jutrzejszą uroczystość, a także wesele w taki sposób, aby nie było widać, że nie ma dwojga ważnych gości. Nie będzie żadnych zabaw ze zdjęciami z dzieciństwa panów młodych, ponieważ jeden z nich mógłby już nie znaleźć fotografii z tego okresu.

Zamiast tego zamówiłam czekoladki w kształcie krążka, ponieważ brat poznał ukochanego na obozie hokejowym.

Na ślub i wesele przybędzie większość kolegów z drużyny Wesa, ale na dzisiejszą kolację zaproszono tylko rodziny, najbliższych przyjaciół oraz uczestników ceremonii ślubnej. Zaliczam się do więcej niż jednej kategorii, ponieważ jestem też druhną Jamiego.

Kiedyś już miałam tę fuchę. Przeważnie cieszyły mnie wynikające z niej obowiązki, a dodatkowo zabawę umilało, jeśli drużba był przystojny. Zeszłego lata na przykład pojechałam na ślub mojej przyjaciółki Wendy. W połowie przyjęcia zniknęłam ze świadkiem, który okazał się niezłym ciachem, po czym zaszyłam się z nim w pokoju hotelowym na całe dwa dni.

Tym razem się to nie powtórzy. Nieee. Ponieważ tak się składa, że drużbą Wesa jest...

– Co, u licha, Boska J.? Nie skorzystałaś z moich pomysłów!

Tak, właśnie on. Blake z niemałym trudem przeciska się przez tłum, żeby ze mną porozmawiać.

– Jak zawsze pleciesz od rzeczy – odpieram chłodno.

Chwilę później popełniam błąd, unosząc głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Dlaczego ten irytujący człowiek jest taki atrakcyjny? Ma jasnozielone, okolone gęstymi rzęsami oczy. Rysy przystojnej twarzy, która wieńczy cudowne ciało, są nieregularne. Przez ułamek sekundy nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego nie powinnam go lubić.

Blake patrzy na mnie, mrużąc piękne oczy.

– Dobrze wiesz, o czym mówię. – Wskazuje oświetlone świecami pomieszczenie. Zauważam, jak wspaniale leży na nim czarny garnitur. Zdradziecki wzrok. – Gdzie brokat, co? I gdzie plakat, o który prosiłem? Ten z napisem: „Wesmie na zawsze!”?

A, tak. Teraz pamiętam.

– Przepraszam, stary, ale na weselu nie ma miejsca na brokat. „Wesmie” to niedorzeczne imię dla pary. Plakaty są zarezerwowane wyłącznie na licealne bale i imprezki z okazji przejścia na emeryturę.

Miesiącami pilnowałam, aby ta uroczystość odbyła się z klasą; żeby była po prostu doskonała. On zaś w sekundę zamieniłby ją w festiwal kiczu.

Seksowną sekundę.

W kącikach jego ust błąka się arogancki uśmieszek.

– Powiedz tak do mnie jeszcze raz.

– Jak?

– Stary. Podoba mi się. Przypomina mi o czasie, kiedy należałem do bractwa.

Blake był chłopakiem z bractwa? Szok i niedowierzanie.

– Wiesz – ciągnie – kiedy wszystkie ślicznotki dwa-raz się na mnie rzucały.

– Raz-dwa – poprawiam.

– Hę?

– Raz-dwa. Najpierw stoi raz.

Puszcza do mnie oczko.

– Odpuszczę ci, ale tylko dlatego, że masz rację. Najpierw musi coś stanąć.

Zaciskam zęby. Facet jest niemożliwy. Nawet nie wiem, co mnie podkusiło, by wyskoczyć przy nim z ubrań.

Samotność, przypomina mi stanowczy głos w głowie.

Tak. Samotność. A także dziewczyńskie pragnienie, żeby poczuć się seksownie po rozstaniu. Możliwe, że to ja zerwałam z Ravenem, lecz to nie oznacza, że koniec tego związku w ogóle na mnie nie wpłynął, natomiast Blake zjawił się w odpowiedniej chwili z tym swoim wielkim fiutem.

Przespanie się z nim było błędem, którego nie powtórzę, nawet jeśli przypomnę sobie, że w pół godziny zaserwował mi trzy orgazmy. Nie zaliczę go więcej.

– Tak naprawdę dorosłe życie nie różni się za bardzo od tego studenckiego – mówi. – Ślicznotki wciąż pukają do drzwi Rileya. – Szczerzy się. – Czasami mają na sobie tylko trencz.

– Ooo, cóż za perwersja – mój ton ocieka sarkazmem.

– Tak – potwierdza z powagą. – Taka sama jak figle na fotelu do masażu.

Piorunuję go wzrokiem, na co wybucha głębokim, zaraźliwym śmiechem pochodzącym ze środka jego duszy. Blake nic nie robi na pół gwizdka. Śmieje się tak samo, jak żyje – głośno, gwałtownie i bez zahamowań.

Tak samo zresztą się bzyka.

Grr. Niech to licho. Nie chcę myśleć o Blake’u i łóżku. W ogóle nie chcę o nim myśleć. Koniec, kropka.

– Muszę porozmawiać z osobą od cateringu – informuję. – Idź zawracać głowę komuś innemu.

– Nie odejdę, dopóki nie powiesz, dlaczego odrzuciłaś pomysł z pełnowymiarowymi kartonowymi panami młodymi.

– Bo to dziecinne! – wypalam, wściekła z przemęczenia. – Jak wszystkie twoje propozycje! Planowałam wesele, a ty podrzucałeś pomysły, jakbym organizowała osiemnastkę jakiejś laski!

Na jego twarzy pojawia się uśmieszek.

– Wyyybaaacz, że chciałem tchnąć trochę wesołości w wesele twojego brata. – Wskazuje ozdoby na środku stołów, a następnie migoczące świeczki ustawione na gzymsach przy ścianach. – Może gdybyś choć trochę mnie posłuchała, ta balanga nie byłaby taka sztywna.

– Nie jest sztywna, tylko elegancka. A teraz przepraszam... – Powstrzymuję się, by nie tupnąć, bo wtedy to ja wyszłabym na dziecinną, Blake Riley zaś nie zrozumiałby, co to znaczy być jedyną niedorajdą w rodzinie, w której każdy tak wiele osiąga. Poza tym włożyłam serce w przygotowanie uroczystości, która wcale nie będzie nadęta. Bardzo się postarałam, aby była idealna.

Jest już za późno, by przekonać prawie-szwagra do zmiany świadka, więc rozwiązuję problem w jedyny znany mi sposób – upijam wielki łyk szampana i odchodzę od tego gbura.

Blake

Odprowadzam wzrokiem Jess Canning. Jej długie zgrabne nogi ze mnie drwią, gdy kręci idealnym tyłkiem. Patrząc z boku, można by uznać, że Jess mnie nie lubi, ale właśnie tak wygląda nasza relacja. Razem tworzymy mieszankę wybuchową. Ta mała jest jak petarda. Chwilą przekomarzanek zyskałem zapewne godzinę słodkiej miłości, chociaż w pewnym momencie przestanę ją tak mocno drażnić, bo jeszcze zapomni, jak bardzo lubi wskakiwać ze mną do wyrka.

Tak naprawdę chodzi o wyczucie czasu, w czym zawsze byłem dobry. To dlatego w ostatnim sezonie strzeliłem dwadzieścia jeden bramek.

I, kurczę, fajnie jest ją prowokować. Wtedy na jej gładkim, jakby stworzonym do całowania czole pokazuje się urocza bruzda, a z oczu ciska błyskawicami niczym opętany przez demona jelonek Bambi. I to bardzo seksownego demona o wielkich cyckach, którego chętnie bym zaliczył.

Z moim tempem nie odtańczymy nagiej salsy przed deserem, ale mogę poczekać. Jestem cierpliwy. Tymczasem wspólnie z kumplami będę się zajadał owocami morza.

Po dłuższej chwili Jess zagania wszystkich do sali jadalnianej z widokiem na zatokę. Migoczą płomienie świec i można podziwiać ładny krajobraz – łodzie znajdujące się w oddali przypominają zabawki. Piękny widok.

– Co za dziura – mówię do Jess, gdy pędzi, by dopracować kolejny szczegół. – Chciałem urządzić próbną kolację w stojącej na plaży budce z owocami morza.

Piorunuje mnie wzrokiem. W jej oczach dostrzegam czystą nienawiść.

Taaak. Mój fiut drga lekko z niecierpliwości.

Na stołach poustawiano kartoniki z nazwiskami, aby każdy wiedział, gdzie ma usiąść. Mnie przydzielono miejsce na drugim końcu długiego stołu, z daleka od Jess. Wiem, że usadowiła nas w ten sposób, żebyśmy mogli posyłać sobie tęskne spojrzenia.

Siadam przy jej bracie, Scotcie.

– Stary, masz przy sobie broń? – pytam. Gdybym nie grał w hokeja, zostałbym gliną jak Scott.

– Yyy, nie – odpowiada. – Nie muszę przynosić spluwy na ślub brata.

– Buu. Czy w takim razie mogę pobawić się syreną w twoim radiowozie? – Zawsze chciałem to zrobić.

– Nie jeżdżę radiowozem, odkąd awansowałem na detektywa, więc nie mam syreny.

– Słabo! – Klepię go po plecach. – Jaki jest sens bycia gliną, jeśli nie masz wszystkich zabawek?

Kiedy unosi menu, robię to samo i zapoznaję się z listą smakołyków, które będziemy jeść. Na początku wydrukowano czarno-białą mapkę Lake Placid w stanie Nowy Jork, mimo że jesteśmy w hrabstwie Marin w Kalifornii. Jamie i mój kumpel z drużyny Wes poznali się w Lake Placid i stąd ta mapka.

Nie mogąc się powstrzymać, wyciągam telefon, by napisać do Jess.

Blake: Trzeba było mnie posłuchać. Zdjęcie dymających się homarów wprawiłoby nas w odpowiedni nastrój na wieczór kawalerski.

Już po chwili odpisuje:

Jess: Przestań do mnie wypisywać, bo zablokuję Twój numer.

Tak. Leci na mnie.

Kelnerzy zaczynają roznosić jedzenie, więc muszę się skupić. Żarełko traktuję poważnie. Chodzi mi o to, że nie da się wyglądać jak ja, nie znając się na szamanku. Na szczęście obsługa restauracji stanęła na wysokości zadania. Przyniesiono mi właśnie tak bajeczny koktajl z krewetek i przepyszną, cierpką ceviche[1], że niemal płaczę. Później serwują ogon homara, łososia pod pierzynką z ziemniaków, a także tuńczyka w pieprzu.

Trafiłem do nieba.

Gdy wszyscy zjedli dania, nadchodzi pora na deser. Niestety chwilowo, z bardzo ważnego powodu, muszę odstawić mus czekoladowy. Czas ponabijać się z pana młodego i pana młodego, a nie mogę przecież pozwolić maleńkiej J. mnie ubiec. W sumie wygląda na to, że właśnie przygotowuje się do występu, więc pospiesznie wstaję. Robię to tak szybko, że krzesło się przewraca, ale to nic, bo dzięki temu ściągnąłem na siebie uwagę zebranych.

– Piękne panie i bestie – zaczynam. Dostrzegam, że stojąca w oddali Jess mruży brązowe oczy. – Jako drużba Wesa jestem dziś zobowiązany go zawstydzić.

Rozlega się salwa śmiechu, a Wes tylko kręci głową.

– Ale nie będzie łatwo – przyznaję. – Bo Ryan Wesley to świetny przyjaciel i kumpel z drużyny. Jasne, facetowi zdarzają się wybryki, ale mężczyzna, który widział je wszystkie – czyli był świadkiem publicznej nagości w Lake Placid i wchodzenia na cudzy teren po pijaku – jutro go poślubi, więc nie podsunął mi żadnych kąsków.

Znów rozbrzmiewa śmiech.

– W tym sezonie jego grę można określić jako przeciwieństwo żenady, więc stąd też niczego nie wyciągnę. Szczerze? Obecnie żenujące u niego jest tylko to, jak bardzo kocha Jamiego.

– Ooo – wzdycha cała rodzina.

Wes wbija wzrok w kubek z kawą.

– Mógłbym przekazać wam głupoty, jakie wygadywał, na przykład jak pewnego wieczoru po meczu z drużyną z Filadelfii kłócił się – dodam, że żarliwie – w barze o to, że pingwiny nie są ssakami. – Śmieję się cicho, wspominając. – Próbował mnie przekonać, że są ptakami.

– Bo są – mruczy Jess, ponieważ lubi się ze mną drażnić.

– Ale pomyślałem, że będzie fajniej... – Przywołuję gestem stojącego w wejściu, obserwującego nas kelnera, który przynosi wielki tablet wypożyczony specjalnie na tę okazję. Biorę urządzenie, staję w miejscu, w którym wszyscy mnie widzą, po czym uruchamiam sprzęt. – Będzie fajniej, gdy Wesley sam się zawstydzi. Okazało się, że nie zawsze był świetnym hokeistą. Nie był też takim ogierem. Pomyślałem, że powinniście o tym wiedzieć. – Naciskam play, odtwarzając filmik, i unoszę tablet.

Rozlegają się pierwsze dźwięki I Still Haven’t Found What I’m Looking For U2. Na ekranie wyświetla się przygotowany przeze mnie napis: „Panie i Panowie, oto Ryan Wesley”, a następnie na jego miejscu pojawia się: „Super ogier”. Wyostrza się pierwsze zdjęcie, które przedstawia dwuletniego Wesa trzymającego w pulchnych rączkach kij do hokeja. Chłopiec wygląda jak obłąkany.

Po drugiej stronie stołu ktoś głośno wypuszcza powietrze. Jess robi oczy wielkie niczym talerz, na którym podano mi deser.

– Ooo! – Cindy Canning łapie się za serce.

– Spójrz no na siebie! – mówi Jamie, głaszcząc narzeczonego po plecach. Wes się pochyla i zmieszany wpatruje w ekran.

– Dobrze, że kierownictwo z Toronto nie ma dostępu do tych cudeniek. – Śmieję się, widząc fotkę, na której pięcioletni Wesley, ubrany w zimowy kombinezon, jeździ na łyżwach po jakimś stawie, goniąc dwoje starszych od niego dzieci. Nie ma najmniejszej szansy, żeby je złapać. Na tym zdjęciu można już zauważyć to jego zacięte spojrzenie.

Zajebiście zabawne.

Na sali panuje jednak cisza. Jamie tuli narzeczonego, a oczy mu lekko błyszczą. Cindy Canning zaś obejmuje ich od tyłu.

Pozostali imprezowicze się uśmiechają.

– Skąd, u licha, żeś je wytrzasnął? – mruczy ktoś.

Następnie nadchodzi najlepszy towar: filmik, na którym ośmioletni Wesley gra w hokeja, ubrany w pełen strój. Na jego twarzy maluje się determinacja. Uderza kijem w kierunku bramki i... nie trafia! Jako że jestem zabawny, na nagraniu widać jeszcze trzy niecelne strzały, jakie na przestrzeni lat oddał Wesley, na przykład gdy był dość mały i wpadł twarzą w zaspę.

W końcu wzbudziłem u zebranych śmiech.

Twarda publika.

Pojawia się więcej zdjęć Wesleya: na jednym jako dwunastolatek odbiera nagrodę, na innym ma aparat ortodontyczny i zmierzwione od snu włosy. Muzyka narasta, ponieważ filmik się kończy.

– Przygotujcie się na to – polecam widowni.

Na ekranie pojawia się czternastoletni Wesley – uśmiecha się od ucha do ucha, a jego nos zdobi wielki pryszcz. Ostatnia fotka to mój najcenniejszy okaz i jedyne zdjęcie, które musiałem ukraść. Buchnąłem je w Waszyngtonie podczas play-offów. Wszyscy padaliśmy ze zmęczenia po meczu zakończonym dogrywką, więc się upiliśmy. Robiliśmy z siebie głupków po zaledwie jednej szklaneczce whisky. Zwinąłem fotografię i poprosiłem konsjerża o zrobienie skanu. (Za co dałem mu dwadzieścia dolców napiwku). Już pół godziny później zdjęcie wróciło bezpiecznie do portfela Wesleya.

Rozbrzmiewa chóralne „ooo”, a następnie słychać zachwyty, kiedy wyświetla się fotka siedemnastoletnich Jamiego i Wesa, którzy stoją na szlaku gdzieś w pobliżu Lake Placid. Jamie robi durną minę, a Wes patrzy na niego z taką miłością, że na sam widok boli mnie serce.

Kiedy zerkam na twarz kumpla z drużyny, dostrzegam na jego policzkach rumieńce. Może wydaje mu się, że zdjęcia są żenujące, ponieważ ukazują zbyt wiele, ale nie przyniosły mu wstydu, gdyż powodem do niego byłoby tylko wyznanie miłości komuś, kto następnie by cię zranił.

To akurat przytrafiło się mnie, natomiast związek moich przyjaciół przetrwa.

Pokaz dobiega końca, więc wyłączam tablet i oddaję go kelnerowi. (Jemu też dałem dwadzieścia dolców napiwku). Dzięki ci, Jezu, za to, że wciąż czeka na mnie mus czekoladowy. Gdy siadam, wibruje moja komórka. Mam nadzieję, że napisała dziewczyna, z którą idę na ślub, więc prędko patrzę na ekran.

SMS-a jednak wysłała Jess.

Jess: Skąd, do jasnej anielki, wytrzasnąłeś te zdjęcia i filmik?

Blake: Przestań do mnie pisać. Nie zmuszaj mnie, żebym zablokował Twój numer.

Ze swojego miejsca posyła mi wściekłe spojrzenie.

O tak, gra właśnie się rozpoczęła.

CO, U LICHA, LUDZIE MAJĄ DO BROKATU?

Blake

Byłem na wielu wieczorach kawalerskich, z których większość zasługiwała na oznaczenie trzema iksami, przez co mam na myśli udział striptizerek zrzucających górę i dół strojów. Tańce na kolanach. Jedna z imprez zakończyła się orgią. Na innej zużyliśmy mnóstwo bitej śmietany.

Nie oczekiwałem, że i ta zasłuży na oznaczenie trzema iksami, ale czy coś by się stało przyszłym panom młodym, gdyby pozwolili mi zaplanować przyjęcie z co najmniej jednym? A może nawet godne zaznaczenia, że jest tylko dla dorosłych?

Nie bawię się w akcje, w których mogliby uczestniczyć nieletni, bo robię się przez to podenerwowany.

Ale Wesley i Jamie ograniczyli mi swobodę, narzucili mnóstwo zasad i zażądali, żebym się do nich zastosował. Oznacza to, że nie mogłem zamówić wielkiego tortu, z którego wyskoczyłby striptizer. Zabronili mi też przygotować atrakcję polegającą na piciu tequili z kieliszków ustawionych na tyłkach. I zakazali brokatu.

Co, u licha, ludzie mają do brokatu?

– Spoko lokal – zauważa kolega z drużyny, Eriksson.

– Podoba mi się. – Przytakuje mu kumpel Wesa ze studiów, Cassell. Bierze do ust cygaro i krótko się zaciąga, a po chwili wypuszcza dym, który barwi powietrze na szaro, aż Jamie kaszle.

– Kto wymyślił, żeby urządzić imprezę w barze z cygarami? – zrzędzi, chociaż nie wiem, po co w ogóle pyta, skoro kieruje spojrzenie na mnie.

Piorunuję wzrokiem Pana Młodego Numer Dwa. Panem Młodym Numer Jeden nazwałem Wesleya, bo najpierw poznałem właśnie jego.

– Ja, palancie, ponieważ ktoś odrzucił wszystkie inne propozycje.

Wesley nachyla się i całuje Pana Młodego Numer Dwa w gładko ogolony policzek. W dziewięciu zajmujemy miejsce w kącie ciemnego, wyłożonego drewnianymi panelami pomieszczenia, a muzyka gra tu na tyle cicho, że nikt nie musi krzyczeć, by pozostali go usłyszeli. Tata Jamiego i trener Pat wyglądają, jakby trafili do nieba, siedząc obok siebie w wyściełanych, skórzanych fotelach i sącząc burbon.

– To było mniejsze zło spośród miliona innych, maleńki – wyjaśnia swojemu facetowi Wes. – Ciesz się, że nikt nie macha drążkiem do gry w limbo hop.