Dlaczego mamusia pije. Pamiętnik wyczerpanej mamy - Gill Sims - ebook

19 osób właśnie czyta

Opis

Przygotujcie miskę popcornu, usiądźcie wygodnie na kanapie i zapnijcie pasy - oto bowiem Gill Sims, naczelna propagatorka rodzicielstwa bez filtrów, wjeżdża na salony. Jeśli czasem tęsknicie za erą sprzed macierzyństwa, place zabaw uważacie za najnudniejsze miejsca na świecie i oddałybyście wiele, by wieczory ze Świnką Peppą zmienić na cykliczne spotkania z koleżankami przy winie - to pozycja dla Was.

Lektura zabawnego i zarazem przerażająco autentycznego dziennika styranej matki, skrzyżowanego z roastem na parenting, to idealny pretekst, by na dobre porzucić myśli o dopłacie 500+".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gill Sims

Dlaczego mamusia pije

Pamiętnik wyczerpanej mamy

Tłumaczenie: Marta Żbikowska

Dla D

WRZESIEŃ

Wtorek, 8 września

Pierwszy dzień szkoły. W tym roku dam z siebie wszystko. Rozwalę system! I zostanę najlepszą matką na świecie!

06:00 rano. Wstaję, biorę prysznic, ubieram się w przygotowany wieczorem gustowny, elegancki zestaw ciuchów z minimalistycznej kapsułowej garderoby. Zgodnie z sugestiami z Pinteresta, nakładam lekki, ale stylowy makijaż zwieńczony wyprofilowaną klasyczną kreską. Kiedy kończę się szykować, mam jeszcze chwilę na ogarnięcie domu, więc po powrocie ze szkoły wejdziemy do spokojnego, przyjaznego miejsca.

07:00. Budzę moje kochane maleństwa i proponuję im zestaw domowej roboty smakołyków na śniadanie. Z radością przystaję na propozycję pomocy w przygotowaniu naleśników/gofrów/jajecznicy. Przepełniona miłością rodzicielską obserwuję ich promieniejące i pełne skupienia twarzyczki, kiedy wspólnie wcielają w życie swoje smakowite plany. W wolnej chwili wrzucam do wolnowaru coś pysznego na obiad.

07:45. Wysyłam swoje urocze dzieciaki do kąpieli i proszę je, żeby się ubrały. To oczywiście nic skomplikowanego, bo wczoraj wieczorem przygotowałam im ubrania na dzisiaj.

Kiedy dzieci się ubierają, wstawiam naczynia do zmywarki i wyjmuję z lodówki śniadaniówki z odżywczymi przekąskami, kanapkami w zabawnych kształtach i fikuśnie krojonymi świeżymi owocami i warzywami.

08:00. Rozczesuję włosy Jane i zaplatam je w warkocz dobierany czy coś podobnego. Czeszę Petera grzebieniem. Mamy jeszcze dziesięć minut na krótką lekturę czarującej bajki i pięć minut na to, żeby się wyszykować, założyć buty, kurtki i wyjść.

08:25. Wychodzimy do szkoły, śpiewając wesołe piosenki. Wybieramy dłuższą drogę przez park, żeby nasz pies mógł się wybiegać. Obserwuję moje słodkie aniołki hasające z rozkosznym czworonogiem wśród jesiennych liści. Jestem z siebie dumna. Wiem, że świeże powietrze i odrobina ruchu ożywi ich młode umysły. Będą idealnie przygotowane na to, żeby iść do szkoły i chłonąć nowe informacje jak gąbki.

08:50. Po serii czułych buziaków i uścisków wysyłam swoje urocze dzieciaki na plac zabaw. Żwawym krokiem wracamy z psem do domu. Pies usadawia się w koszyku, gdzie grzecznie czeka na petsitterkę[1], która wyjdzie z nim w porze lunchu. Wsiadam do świeżo wypucowanego samochodu i ruszam do pracy.

15:15. Odbieram maleństwa ze szkoły. Na placu zabaw rozmawiam z innymi mamami na neutralne tematy.

15:30. Serwuję dzieciakom pożywną przekąskę, na przykład granolę domowej roboty. Kiedy jedzą, przeglądam ich plecaki i odnotowuję wszystkie informacje o szkolnych wydarzeniach/wycieczkach/prośbach do rodziców. Może nawet mam specjalne kolorowe segregatory dla każdego z dzieci, w których przechowuję te informacje, żeby w razie potrzeby łatwo do nich wrócić. Sprawdzam, jaką dostały pracę domową i rozrysowuję im plan działania, żeby mogły wyrobić się ze wszystkimi zadaniami.

15:45. Proszę dzieci, żeby się przebrały, zanim pójdą na pozaszkolne ogólnorozwojowe zajęcia, na które chodzą dzieci wszystkich przedstawicieli klasy średniej.

16:00. Zawożę pociechy na basen/muzykę/tenisa/dżiu-dżitsu – niewłaściwe skreślić. Jeśli tylko jedno z dzieci ma tego dnia zajęcia dodatkowe, wykorzystuję ten czas na pogłębianie rodzicielskiej więzi z drugim. Rozmawiamy o jego dniu/ nadziejach/planach/ambicjach. Jeśli oboje są na zajęciach, czytam mejle, jak przystało na prawdziwą kobietę sukcesu w XXI wieku.

17:00. Kierując się przygotowanym wcześniej planem działania, nadzoruję odrabianie prac domowych.

17:30. Wszystkim domownikom cieknie ślinka na widok obiadu domowej roboty, który przygotowałam oczywiście bez większego wysiłku w wolnowarze. Przez kilka sekund rozpiera mnie duma, że jestem taką wspaniałą matką i robi mi się żal wszystkich tych, którym brakuje moich dopracowanych do perfekcji zdolności organizacyjnych i niezrównanego instynktu macierzyńskiego.

18:00. Nadzoruję ćwiczenia gry na pianinie, a potem powtarzam z dziećmi tabliczkę mnożenia i ćwiczenia z literowania wyrazów.

18:45. Wyrażam zgodę na pół godziny oglądania telewizji.

19:15. Czas na kąpiel!

19:45. Pora spać! Do snu czytam dzieciom książeczkę edukacyjną, którą same wybrały.

20:00. Produktywnie spędzony dzień wynagradzam sobie kubkiem zielonej herbaty.

Ten rok z całą pewnością nie będzie powtórką ubiegłego, kiedy większość moich dni wyglądała następująco:

05:00 rano. Budzi mnie tupanie schodzącego na dół dziecka. Ruszam za nim. Znajduję dziecko rozwalone na kanapie z iPadem. Posyłam małą rozpieczoną bestię z powrotem do łóżka. Kipiąc gniewem, wracam pod kołdrę. Udaje mi się zasnąć na kilka minut przed tym, jak zadzwoni budzik.

06:00. Włączam drzemkę.

06:10. Jeszcze raz włączam drzemkę.

07:10. Spanikowana zrywam się z łóżka. Biegnę pod prysznic. Zakładam pierwsze lepsze ciuchy, jakie wpadną mi w ręce. Przeżywam ekspresowe załamanie nerwowe, kiedy okazuje się, że jestem już tak gruba, że gacie, które próbuję włożyć, utykają na poziomie kolan. Po chwili uzmysławiam sobie, że do mojej szafy, nie wiedzieć czemu, trafiły majtki Jane, a ja uparcie próbuję się w nie wcisnąć. Z ulgą ronię łezkę na myśl o tym, że choć może nie mam najmniejszego i najbardziej jędrnego tyłeczka na świecie, to jako dorosła kobieta nie mam obowiązku mieścić się w majtki ośmiolatki. Suszę włosy. Z przerażeniem dokonuję oględzin powstałej na mojej głowie szopy i związuję włosy gumką z Hello Kitty. Próbuję udawać, że gumka jest wyrazem mojego indywidualizmu i ekscentrycznej osobowości. Ponoszę porażkę.

07:30. Schodzę na dół. Krzyczę na kochane maleństwa, żeby natychmiast przestały wściubiać nosy w te przeklęte iPody i zjadły śniadanie.

07:37. Wyrywam dzieciom „przeklęte iPody”, wrzeszcząc przy tym, że konfiskuję je na zawsze, po czym kolejny raz zaganiam Jane i Petera do śniadania. Zaskoczone dzieci podnoszą wzrok, bo zajęte iPadami nie zauważyły, że od siedmiu cholernych minut wydziera się na nie jakaś poczochrana strzyga.

07:40. Faszeruję dzieci czekoladowymi płatkami śniadaniowymi. Przerywam kłótnię o głupią zabawkę, którą dodali do płatków. Odpowiadam na milion pytań w stylu: „Kto ma większe szanse w pojedynku: kistkowiec frędzlouchy czy jaguarundi amerykański?” albo: „Czy można jeść guźce?”. Krzyczę: „Nie wiem, nie mam pojęcia, później sprawdzę w Internecie, a teraz czy możesz zacząć jeść, zamiast bawić się jedzeniem? Raz-dwa, pośpiesz się, to tylko miska płatków, jak długo można to jeść?! Nie rób tak, proszę, bo narozlewasz. No pięknie, brawo! Mówiłam ci, żebyś tak nie robił, bo narozlewasz! ZOSTAW TO JUŻ, później posprzątam, biegiem, ŚPIESZYMY SIĘ!”.

08:00. Zaganiam dzieciaki do mycia i ubierania. Mimo że wczoraj wieczorem przygotowałam im mundurki, upierają się, że nie mogą ich znaleźć. Idę na górę tylko po to, żeby pokazać im, że mundurki wiszą na oparciach krzeseł, czyli tam, gdzie wieszam je codziennie. Jednocześnie próbuję zapakować dzieciom śniadaniówki i wrzucić do wolnowaru coś, co rzeczywiście zjedzą, na przykład spaghetti. Karmię psa. Patrzę, jak połyka jedzenie, po czym krztusi się i wymiotuje. Sprzątam wymiociny.

08:20. Próbuję rozplątać węzeł gordyjski, czyli włosy Jane. Kolejny raz tłumaczę jej, że NIE POTRAFIĘ ROBIĆ WARKOCZY DOBIERANYCH, i związuję jej włosy w dwa kucyki. Wysłuchuję tyrady o tym, że jestem beznadziejną matką, bo wszystkie inne mamy potrafią robić warkocz dobierany. Potrafi to nawet tata Tilly Barker. Pokornie znoszę perorę o zrujnowanym życiu Jane i jałowości jej egzystencji w związku z faktem, że nie ma w nim miejsca na warkocze dobierane. Jednocześnie ganiam po domu za Peterem, usiłując ujarzmić loczki, które przez noc wyrosły mu na głowie. Syn piszczy i ucieka przede mną, jakbym co najmniej wbijała w niego pinezki.

08:35. Ponaglam dzieci, żeby założyły buty, kurtki i plecaki, raz, raz, raz, RAZ! Piana ciśnie mi się na usta, kiedy odpowiadają mi puste spojrzenia, które oznaczają jedno: nie mają pojęcia, gdzie są buty, kurtki i plecaki. Jedno z dzieci oświadcza, że dziś jest ostatni dzień na oddanie pisemnej zgody rodziców na udział w czymś tam. Rozgorączkowana przerzucam stertę papierów i w końcu znajduję druczek, który mam podpisać. Oprócz niego dziecko ma przynieść też pięć funtów. W portfelu mam tylko banknot dwudziestofuntowy, więc zaglądam za poduszki na sofie. A nuż?

08:47. W końcu udaje nam się wyjść z domu. Nie przestaję pośpieszać dzieci. Jednocześnie ciągnę za sobą psa, który zatrzymuje się na siku przy każdej mijanej latarni.

08:57. Wchodzimy na plac zabaw. W bramie jak co dnia stoi bezduszna dyrektorka, która pod przykrywką kurtuazyjnego powitania punktuje rodziców. Posyłam jej niemrawy uśmiech. Powstrzymuję psa, który podnosi nogę, żeby oznaczyć imitujące opaleniznę rajstopy dyrektorki. Truchtem pędzę do domu, pod nosem przepraszając psa za to, że nie zabrałam go na porządny spacer.

09:07. Zostawiam petsitterce liścik z prośbą, żeby zabrała psa na trochę dłuższy spacer niż zwykle, po czym biegnę do samochodu. Przez całą drogę próbuję zlokalizować źródło panującego w nim odorku. Jednocześnie nakładam makijaż i przekonuję samą siebie, że malowanie ust w trakcie jazdy wcale nie jest niebezpieczne ani niezgodne z prawem. Staram się nie myśleć o pobojowisku, jakie zostawiłam w domu.

15:15. Odbieram dzieci. Wchodzę w niezbyt żarliwe konwersacje z rodzicami, byleby tylko nie natknąć się na Sabat Perfekcyjnych Mamusiek, któremu przewodzi Jej Idealność, czyli Perfekcyjna Mama Perfekcyjnej Lucy Atkinson. Próbuję nie popełnić żadnego faux pas, na przykład nie wygłosić opinii, że ulubiony prezenter telewizji dziecięcej wygląda jak stary zboczeniec.

15:30. Karmię dzieci chipsami i próbuję uporać się z panującym w domu chaosem.

15:45. Zaganiam dzieci, by się przygotowały do pozaszkolnych ogólnorozwojowych zajęć, na które chodzą dzieci wszystkich przedstawicieli klasy średniej. Tłumaczę im, dlaczego muszą iść na basen/muzykę/tenisa/taniec/ dżiu-dżitsu i dlaczego te zajęcia nie są kompletną stratą czasu. Po raz kolejny wysłuchuję uwag o tym, że jestem głupią matką, która rujnuje im życie. Informuję dzieci, że jeśli jeszcze raz usłyszę: „To niesprawiedliwe!”, to przestanę odpowiadać za swoje czyny. Mówię Peterowi, że nie wejdę na górę powąchać bąka, którego właśnie puścił. Idę na górę kolejny raz szukać ubrań, które rzekomo rozpłynęły się w powietrzu. Idę to toalety. Z muszli wygląda na mnie wielka kupa. Tłumaczę dzieciom, że duchy, które robią kupę, nie istnieją, podczas gdy Peter i Jane paradują po domu w samych majtkach. Krzyczę, że wychodzimy ZA PIĘĆ MINUT! – przez około dziesięć minut. Dowiaduję się, że jestem niesprawiedliwa. Odgryzam się, że życie jest niesprawiedliwe. Zaczynam marzyć o kieliszku wina.

16:05. Zawożę dzieci na te durne i bezsensowne zajęcia dla dzieci przedstawicieli klasy średniej, na które wcale nie chcą chodzić, bo łudzę się, że dzięki nim wyrosną na wartościowych członków społeczeństwa. Jeśli tylko jedno z dzieci ma zajęcia, pozwalam drugiemu wlepiać nos w urządzenia elektroniczne, puszczając w niepamięć poranne obietnice dożywotniej konfiskaty. Loguję się na Facebooka, żeby zobaczyć, że inni mają lepiej. A jeśli komplet moich dzieci ma zajęcia, otwieram pocztę służbową, przez chwilę patrzę na nieprzeczytane mejle, powstrzymuję odruch wymiotny, po czym loguję się na Facebooka, żeby zobaczyć, że inni mają lepiej.

17:00. Ulegam dzieciom i pozwalam im na więcej czasu z tabletami i iPodami.

17:30. Dociera do mnie, że zapomniałam rano włączyć ten przeklęty wolnowar. Na szybko pichcę dzieciom makaron z sosem serowym. Wmuszam w nie po owocu w ramach postanowienia o wprowadzaniu do ich diety chociaż cienia wartości odżywczych. Wyszukuję w Internecie zdjęcia szkorbutu. Obojętna na protesty, zmuszam dzieci do ich obejrzenia. W odpowiedzi słyszę, że mają szkorbut w nosie.

18:00. Pytam dzieci, czy mają coś zadane. Zdecydowanie zaprzeczają. Zgadzam się na pięć minut więcej na tabletach. Otwieram wino. Próbuję doprowadzić do porządku mój – obecnie zamieniony w pobojowisko, a niegdyś gustownie urządzony i elegancki – dom.

18:30. Każę dzieciom wyłączyć tablety i usiąść do pianina/tabliczki mnożenia/ćwiczeń z literowania wyrazów. Odkurzam i ładuję do pralki sto milionów ton ubrań.

18:45. Orientuję się, że dzieci są podejrzanie cicho. Nie słyszę ani dźwięków pianina, ani żadnych innych oznak życia. Odkrywam, że pozamieniały jedne urządzenia elektroniczne na inne. Podobno kazałam im odłożyć iPady, o tabletach i innych nic nie mówiłam.

19:00. Wołam dzieci do kąpieli. Dzieci oświadczają, że mają bardzo ważne zadanie domowe, które muszą oddać najpóźniej jutro. Pod nosem mamroczę wszystkie przekleństwa, jakie przychodzę mi do głowy. Odrabiam z dziećmi zadania. Próbuję powstrzymać się od spytania, czy naprawdę są tak głupie, że nie wiedzą, jaka liczba następuje po trzech albo że słowo „kot” literują, jakby to był „koń”.

20:30. Dzieci wreszcie są wykąpane i leżą w łóżkach. Padam na kanapę i popijam z kieliszka, który nalałam sobie o szóstej po południu, ale nawet nie miałam czasu go podnieść. Mruczę pod nosem:

– Kurwa mać!

Czuję, jak coś we mnie umiera.

Ten rok będzie inny! Będę o wiele lepiej zorganizowana. Co prawda nie zdążyłam kupić praktycznych śniadaniówek, przerobić swojej garderoby na kapsułową, nie polubiłam zielonej herbaty (to jest niemożliwe), nie udało mi się opanować sztuki robienia kresek eyelinerem i zaplatania warkoczy dobieranych, ale jestem pewna, że to tylko detale, które nie zrujnują mojego doskonałego planu.

Piątek, 11 września

Kurwa mać!

Dziś kończę trzydzieści dziewięć lat. Nie chcę mieć trzydziestu dziewięciu lat! Jak to się stało? I kiedy? Miałam nigdy nie przekroczyć dwudziestu ośmiu lat – a nawet to wydawało mi się kiedyś odległe jak średniowiecze – a teraz w perspektywie mam czterdziestkę i przyszłość, która najprawdopodobniej będzie się składała z wzorzystych spódnic z katalogów wysyłkowych, a także „ekstrawaganckiego szalika, który wyrazi mój charakter”, kiedy znajdę się w nastroju na małe szaleństwo.

Przyszłość, w której moje życie towarzyskie zapewne ograniczy się do osób, które proponują wspólne wyjście na zajęcia z jogi dla zaawansowanych albo, w celu łyknięcia wyższej kultury, do klubu książki, którego członkowie noszą przewiązane przez golfy „ekstrawaganckie szaliki”. Po jednym kieliszku taniego pinot grigio będą twierdzić, że są „wstawieni”, a kiedy zobaczą, że sięgam po drugi, skomentują: „Odważna jesteś!”, podczas gdy ja będę się powstrzymywać, żeby nie warknąć, że nie, wcale nie jestem odważna. Odważna osoba byłaby w stanie przetrwać tę niedorzeczną paplaninę bez pomocy środków odurzających, a mówiąc to, wcale nie mam na myśli kolejnego kieliszka wina, tylko całą butelkę wódki i może jeszcze trochę cracku. I dlaczego, na miłość boską, WSZYSCY JESTEŚCIE TACY NUDNI?

Może, jeśli uda mi się powstrzymać od wykrzyczenia im tego prosto w twarz, zaproszą mnie na nieco ciekawsze przyjęcia z pokazami ręcznie robionej biżuterii? Tam alkohol leje się strumieniami, bo wszyscy chcą jak najwięcej sprzedać. Minusem jest to, że następnego dnia obudzę się ze świadomością, że wydałam sto pięćdziesiąt funtów na tandetę, której wcale nie chciałam.

Do tej pory byłam przekonana, że kiedy osiągnę czterdziestkę, będę elegancką i światową kobietą, która płynnie mówi po francusku, prowadzi lukratywny, a przy tym humanitarny biznes, jest oczytana i orientuje się w sztuce oraz polityce. Ujmując to w skrócie: będę jedną z tych osób, których ludzie szukają wzrokiem na przyjęciach dla przeintelektualizowanych bufonów, żeby dowiedzieć się, jak wygląda sytuacja na Bliskim Wschodzie. Prowadziłabym z nimi żywe i pełne cennych informacji dyskusje, podczas których oczywiście wychodziłoby na jaw, że jestem dużo mądrzejsza od nich wszystkich.

Niestety prawda jest taka, że jeśli ludzie szukają mnie wzrokiem na przyjęciach, to znaczy, że ktoś im doniósł, że mam fajki. I dalsza część prawdy o mnie: mam arcynudną pracę na część etatu w dziale IT, bo mogę ją połączyć z opieką nad dziećmi i przyoszczędzić na opiekunce. Moja długa i kosztowna edukacja oczywiście ma się do tego nijak. Kiedy miałam dwadzieścia lat, w kryzysowych momentach marzyłam, żeby być starsza i bardziej dojrzała. Ale byłam głupia!

Z dzisiejszej perspektywy „dorosłość” jest dla mnie synonimem piekła. Nie chcę po cichu przeistoczyć się w jedną z tych kobiet, które noszą staranne fryzury, „poświęciły się dla dzieci”, a na placu zabaw przekrzykują się sprawozdaniami o osiągnięciach ich nieszczęsnych podrostków w ogólnorozwojowych zajęciach dodatkowych, rywalizują ze sobą w konkurencji, który z ich mężów ma lepszą posadę, i prześcigają w przechwałkach o egzotycznych wakacjach, z których właśnie wróciły.

Natomiast ja, ubrana w nieadekwatną do mojego wieku spódniczkę, chcę przesadzać z whisky w zadymionych klubach jazzowych i słuchać, jak niegrzeczni mężczyźni szepczą mi do ucha czułe słówka.

Chcę pokonać wiele szczebli interesującej kariery, dzięki której będę mogła wykorzystywać swój intelekt i poczucie humoru (jestem pewna, że wciąż jeszcze drzemie we mnie potencjał…).

Chcę czuć ekscytację, niebezpieczeństwo i romantyczną miłość.

Chcę uciec do Paryża i kochać się na poddaszu (oczywiście wyłączając z tego scenariusza to wszystko, co dotyczy biedy i głodowania).

Podejrzewam, że Simon i dzieci mogliby doszukać się kilku skaz na tym misternym planie. Począwszy od tego, że nienawidzę jazzu.

Sobota, 12 września

W moje urodziny zamiast do zadymionego klubu jazzowego, na paryskie poddasze lub w tłum niegrzecznych mężczyzn, Simon zabrał mnie do tapas baru. Wypiłam trochę więcej, niż planowałam, ale przynajmniej zrealizowałam plan z minispódniczką i whisky. Niestety ta ostatnia była tylko jednym ze składników drinka, które podaje się w pozerskich hipsterskich barach. Obawiam się, że hipsterskie bary stały się współczesnym odpowiednikiem zadymionych klubów jazzowych, szczególnie że wprowadzono zakaz palenia.

Mam też nieco zamglone i niezbyt przyjemne wspomnienie, jak krzyczałam POZERSKA HIPSTERKA trochę głośniej, niż zamierzałam, kiedy Simon wyprowadzał mnie do mniej pretensjonalnego miejsca. Takiego, w którym napoje podają w zwykłych szklankach, a nie w słoikach po dżemie. W telefonie mam niezbity dowód na to, że właśnie tam skończyły nam się tematy do rozmów, bo zaczęłam robić selfie i zdjęcia swoich drinków. Oczywiście wszystkie wrzuciłam na Facebooka i okrasiłam niewiele mówiącymi opisami. W końcu wybiła 23:30 – pora, o której Simon musi wracać do domu się położyć, bo inaczej zamienia się w dynię, jak karoca w bajce o Kopciuszku. Dobrze, że nie upadliśmy tak nisko, żeby wstawić na Instagram zdjęcia naszej kolacji.

Kiedy się obudziłam, czułam się zaskakująco dobrze. Byłam z siebie dumna, że zamiast mieszać drinki i barwić zęby czerwonym winem, wytrwałam przy mocniejszych alkoholach. Co to, to nie! Tym razem trzymałam fason. Popijałam drinki jak prawdziwa dama.

Niestety kiedy tylko podniosłam się z łóżka, musiałam schować dumę do kieszeni. Ból głowy rósł bezlitośnie i stało się jasne, że wcale nie byłam taka sprytna i nie uniknę kaca giganta. Czasami kac atakuje z opóźnieniem. Najpierw wydaje wam się, że czujecie się dobrze i przed wami dzień jak co dzień, ale wtedy dopada was tępy ból, jakbyście dostali po głowie od złowrogiego goryla i chcecie już tylko umrzeć. Czułam się, jakbym zjadła kupę borsuka.

Potem zaczęłam sobie przypominać. Po pozerskich drinkach z whisky przerzuciłam się na drinki z dżinem. Upiłam się na smutno i w drodze do domu płakałam rzewnymi łzami, próbując wymusić na taksówkarzu wyznanie, czy wyglądam, jakbym za rok miała skończyć czterdziestkę. Powiedział, że nie, ale podejrzewam, że kierował się nie tyle umiłowaniem prawdy, co strachem.

Kiedy zmawiałam modlitwy, żeby ból wreszcie minął, zadzwoniła Hannah z płaczem, że Dan od niej odchodzi. W sytuacji, kiedy dzwoni do ciebie najlepsza przyjaciółka i mówi, że jej dupkowaty mąż postanowił ją zostawić, nie bardzo możesz powiedzieć coś innego niż: „Chcesz, żebym przyjechała?” i „Nie ma problemu, przywieź dzieciaki”.

Hannah jest zdruzgotana i oczywiście jest mi z tego powodu bardzo przykro, ale jeśli mam być szczera, nikt z nas nie był w stanie pojąć, co ona w nim widziała. Dan był największym nudziarzem na świecie, i jakby tego nie było dość, co jakiś czas wybuchała w nim budząca grozę potrzeba kontrolowania otoczenia. Rzecz jasna w takiej chwili nie mogę jej tego powiedzieć, bo nie wiadomo, czy facet nie zmieni zdania albo ona nie straci rozumu i nie pozwoli mu wrócić, ale moim zdaniem wyjdzie jej to na dobre. Nie poprosiłam jej też, żeby mówiła trochę ciszej, bo pęka mi głowa i mam nudności. Czy to znaczy, że jestem dobrą przyjaciółką?

Środa, 16 września

Dziś, w ramach postanowienia, że będę lepszą, milszą i bardziej zaangażowaną matką, zamiast krzyczeć w bramie szkoły na dzieci o 08:59 („Biegiem, biegiem! Jesteśmy SPÓŹNIENI”), przyprowadziłam je na plac zabaw już o 08:50, gawędząc wesoło o tym, co będą dzisiaj robić, i że w nowym semestrze czekają je same dobre rzeczy.

Niestety, kiedy tylko radośnie pomachałam na pożegnanie moim słodkim aniołkom, przeklęta Perfekcyjna Mama Perfekcyjnej Lucy Atkinson razem z Sabatem Perfekcyjnych Mamusiek zasypały mnie pytaniami o wakacje. Takie pytania zawsze zadają z pewnego rodzaju współczuciem i chłodnym błyskiem w oku. Wcale ich nie obchodzi, czy miałam miłe wakacje. Chcą tylko pochwalić się, że same były w Toskanii albo na Barbadosie. A kiedy już upewnią się, że nie byłam w ciekawszym miejscu niż one, zaczynają się rozpływać nad urokami „skromnych, zwykłych wakacji”, chełpiąc się swoimi opaleniznami.

Oczywiście moje wakacje wcale nie były miłe. Gdybym chciała mieć miłe wakacje, pojechałabym w jakieś dekadenckie miejsce, gdzie zaczytywałabym się książkami Jilly Cooper i Penny Vincenzi, sącząc drinki, które regularnie donosiliby mi zabójczo przystojni mężczyźni. Kierowanie do Simona pijackich próśb, żeby wyczarował drinki z dżinu marki Aldi i podejrzanej butelki tajemniczego likieru, który kupiliśmy na Malcie dwanaście lat temu i do tej pory baliśmy się otworzyć, przy jednoczesnych poszukiwaniach na Netfliksie czegoś, czego dzieci jeszcze nie oglądały (no, może z wyjątkiem The Inbetweeners, które okazało się nieodpowiednie dla dzieci. Dotarło to do mnie, kiedy Peter zapytał swoją nauczycielkę, jak to możliwe, że ktokolwiek zechciał zatrudnić ją w szkole, po czym nazwał ją frajerką, która tłucze się autobusami, bo nie stać jej na samochód), to zdecydowanie nie jest definicja miłych wakacji. Oczywiście nie zamierzam o tym informować Sabatu Pieprzonych Chodzących Ideałów.

Wspólnie odgrywałyśmy tę komedię:

– Spokojne wakacje w domu? – spytały, a kiedy odpowiedziałam twierdząco, wzdychały, że mają już dość samotnego ciągania swych idealnych pociech po świecie tylko dlatego, że niania się zbuntowała i zażądała tygodniowego urlopu na wyjazd do domu rodzinnego.

Mogłam tylko uśmiechnąć się przez zaciśnięte zęby i obiecać sobie, że po kolejnej protekcjonalnej uwadze zdzielę tę czy inną Pieprzoną Idealną Mamuśkę w łeb jej własną torebką marki Céline w kolorze kaczego jaja. Oczywiście nigdy w życiu bym czegoś takiego nie zrobiła. Przywaliłabym jej swoją tandetną torebką Primarni, a śliczną torebkę Céline w kolorze kaczego jaja wzięłabym w posiadanie, korzystając z momentu, w którym Pieprzona Idealna Mamuśka będzie zbyt otumaniona ciosem, żeby to zauważyć.

Czy to naprawdę takie dziwne, że myślę o drinku, kiedy muszę wytrzymywać z tym Sabatem Czarownic, do jasnej cholery? Dziwne może być tylko to, że nie piję jeszcze więcej. Na przykład dzisiaj chciałam być grzeczna, ale po spotkaniu z Sabatem i godzinie wysłuchiwania dowcipów Petera – trudno uwierzyć, ale najlepszy był ten: „Co wyjdzie ze skrzyżowania kozy z księżycem? MOONGOAT.COM[2]”. Wszystkie pozostałe o wiele gorsze… – dotarłam do kresu wytrzymałości.

Dlatego gdy zobaczyłam w lodówce butelkę sauvignon blanc, w której został może jeden malutki kieliszek, uznałam, że nietaktem byłoby go tam zostawić, skoro może radośnie dołączyć do swoich kolegów z wczoraj. Okazało się, że ten kieliszek wcale nie był taki mały.

Piątek, 18 września

Wino to mój najlepszy przyjaciel. Jest też najlepszym przyjacielem Hannah, która poprosiła Dana, żeby zajął się dziećmi, i przyjechała do mnie. Wyżłopałyśmy butelkę różowego wina, pokrzykując od czasu do czasu, że „Dan to frajer”. Simon schował się przed nami, bo kiepsko sobie radzi z kobietami rozedrganymi emocjonalnie, szczególnie kiedy istnieje duże prawdopodobieństwo, że za chwilę wybuchną płaczem, a on zostanie zmuszony do rozmawiania o uczuciach. Swoją drogą, rozmowa o uczuciach według Simona polega na poklepywaniu rozmówcy po plecach, mamrotaniu „Już dobrze” i gorączkowym szukaniu najbliższej drogi ucieczki.

Udało nam się go dopaść, kiedy próbował przemknąć niezauważony do kuchni po kolejne piwo. Pewnie liczył na to, że jesteśmy zbyt zajęte śpiewaniem piosenek Glorii Gaynor, żeby to zauważyć. Uparłyśmy się, że go nie wypuścimy, dopóki nie przyzna, że Dan to kompletny dupek. Na szczęście, Simon nigdy go nie lubił, kilka razy powiedział mi nawet, że wygląda jak goblin (co wcale tak bardzo nie odbiegało od prawdy), więc przynajmniej nie zaczął przynudzać, że „nie będę stawał po czyjejś stronie”.

Zresztą nie ulegało wątpliwości, że wybierze Hannah. W końcu to moja najlepsza przyjaciółka, a on jest moim mężem, więc wiadomo, że musi stanąć po tej stronie, po której mu powiem. Ja zrobiłabym przecież to samo, gdyby któryś z przyjaciół Simona postanowił się rozwieść i w związku z tym oświadczył publicznie, że jego żona to bezwstydna ladacznica. O ile tylko nie byłby to jeden z dupkowatych przyjaciół mojego męża.

Obawiam się, że jutro wino nie będzie już takie przyjacielskie.

Poniedziałek, 21 września

Dziś rano na placu zabaw było bardzo interesująco. Pojawił się tam MĘŻCZYZNA! Widywałam już mężczyzn na placu – umówmy się, to jednak nie są przedmieścia rodem z Żon ze Stepford – ale większość z nich przybiera postać Bardzo Ważnych i Bardzo Zajętych Biznesmenów w Garniturach, którzy wpadają na plac jak huragan, po czym tak samo szybko znikają, ciągnąc za sobą swoje pociechy i głośno rozmawiając przez telefony komórkowe, żeby nie pozostawić wątpliwości, że są Bardzo Zajęci i Bardzo Ważni, i trafili tutaj tylko dlatego, że niania okazała się na tyle bezduszna, że dostała zapalenia wyrostka robaczkowego. Są też Tatusiowie Kury Domowe – ci bywają uroczy, ale porządny prysznic na pewno by im nie zaszkodził, nie mówiąc już o tym, że większość z nich wygląda, jakby była kompletnie zagubiona i na granicy płaczu. Jest też dużo innych, sympatycznych, normalnych mężczyzn, którzy czasami odbierają dzieci z placu zabaw, ale przeważnie wtapiają się w tło, nie mieszcząc się w żadnej z powyższych kategorii.

A mężczyzna, który przyszedł dzisiaj… był seksowny! Widziałam raz na placu seksownego mężczyznę, ale miał dwadzieścia trzy lata, był Francuzem i chłopakiem ślicznej niani au pair[3]. Wszystkie czułyśmy się jak bohaterki skeczy Harry’ego Enfielda o napalonych starszych paniach, kiedy patrząc na seksownego Francuza, szeptałyśmy między sobą:

– Młody człowiek! Ten młody człowiek… – i lubieżnie chichotałyśmy.

Pewnie dlatego nigdy więcej nie pojawił się na placu…

Ten nowy mężczyzna był seksowny, ale w odpowiednim dla nas wieku. Miał poczochrane włosy, trzydniowy zarost i kurtkę skórzaną. Fajną, nie taką, która z daleka krzyczy: „Kryzys wieku średniego!”. Właściwie to wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie mężczyznę, który będzie szeptał mi do ucha niemoralne propozycje w zadymionych klubach jazzowych. I miał naprawdę niezły tyłeczek!

Wstyd mi, że jako poważana trzydziestodziewięcioletnia zamężna matka dwójki pociech podziwiałam tyłeczek obcego faceta na placu zabaw, bo otaczała mnie przecież gromadka niewinnych, podatnych na wpływy dzieci. Ale chrzanić to, naprawdę było na co popatrzeć. Simon może się upierać, że wcale nie zapuszcza żurawia na tyłeczki opiekunek au pair, kiedy nachylają się po swoich wychowanków, ale dobrze wiem, że kłamie. Nie sposób nie zwrócić na nie uwagi. Mamuśki na placu zabaw spędzają dużo czasu, dyskutując o tym, czy kiedykolwiek w życiu miały takie tyłeczki. Po namyśle zawsze stwierdzamy, że raczej nie, bo jako Brytyjki spędziłyśmy młodość na piciu cydru i obżeraniu się chipsami, w przeciwieństwie do mieszkańców kontynentu, którzy jedzą sałatki i jeżdżą na rowerach.

Wracając do tyłeczka, nawet Perfekcyjna Mama Perfekcyjnej Lucy Atkinson miała motyle w brzuchu (swoją drogą, jak będzie się tak podniecać w ciasnych legginsach do jogi, to jeszcze sobie coś odparzy). Ptaszki zdążyły już zaćwierkać, więc ledwo dysząc, zdołała nam powiedzieć, że obiekt naszych westchnień nazywa się Sam (a jakżeby inaczej? Właściciel takiego tyłeczka mógł mieć tylko takie konkretne, nie-mam-czasu-na-bzdety, męskie imię, jak Sam. Przecież nie mógł nazywać się Norman). Jest samotnym ojcem, którego bezduszna żona zostawiła z dziećmi i odeszła do innego. (Swoją drogą ciekawe, jaki jego rywal musi mieć tyłeczek? A niech mnie!). Pracuje w IT (serio? Nie wygląda. Ale to znaczy, że… łączy nas wspólny temat!) i ma dwójkę dzieci – chłopca w klasie Petera i dziewczynkę w klasie Jane (czyli kolejny wspólny temat!).

Czy byłabym złym człowiekiem, gdybym zaczęła namawiać dzieci, żeby zaprzyjaźniły się z jego dziećmi tylko po to, żebym mogła lepiej przyjrzeć się jego pośladkom? Oczywiście, że tak, ale widziałam, że wszystkie matki, których pociechy były w tych samych klasach, myślały dokładnie o tym samym.

Moje kochane maleństwa okazały się fatalnym źródłem informacji na temat nowych kolegów i koleżanek z klasy. Jane po dłuższym namyśle przypomniało się, że dziewczynka ma na imię Sophie i jest „miła”. Peter miał pustkę w oczach, kiedy zapytałam o nowego chłopca. W końcu zapytał:

– Mówisz o Elliotcie? Tym, który ma najtrudniejszy do zdobycia zestaw Moshi Monsters?

Elliott odszedł w poprzednim semestrze. Czasami jest mi żal własnych dzieci.

Oczywiście to, że zaczęłam układać włosy i nakładać delikatny makijaż przed wyjściem do szkoły, jest tylko i wyłącznie wynikiem mojego postanowienia, żeby bardziej się starać i być mniejszym flejtuchem. Fakt, że dzieje się to, kiedy Sam i jego tyłeczek pojawili się na placu zabaw, to czysty przypadek. Nic więcej.

Wtorek, 22 września

Dzisiaj o 08:30 rano Jane przypomniała mi, że ma wycieczkę szkolną. Wprowadziło mnie to w stan pełnej gotowości. Próbowałam sobie przypomnieć, czy podpisałam zgodę na jej wyjazd i przekazałam szkole olbrzymią sumę pieniędzy, żeby dzieci mogły później wejść gdzieś tam za darmo.

Przy okazji dowiedziałam się też, że wynajem autokaru to strasznie droga sprawa. Może powinnam się przebranżowić, kupić autokar i sama go wynajmować? Edie McCredie w serialu Balamory sprawiała wrażenie, jakby czerpała dużo radości ze swojej pracy. Czy ona kierowała autobusem? Może prowadziła taksówkę? Powstrzymałam się przed otwarciem wyszukiwarki, żeby to sprawdzić. Te dni już dawno minęły. Nie czuję już wewnętrznej potrzeby oglądania chirurgicznie poprawianego uśmiechu Miss Hoolie[4], sprawdzania, dlaczego wynalazca Archie zbierał pudełka po jogurtach ani czy Josie Jump naprawdę zrobiła sobie cycki. Cholerka, sprawdziłam. Faktycznie kierowała autobusem. Zalewa mnie poczucie winy.

O 08:40 Jane mimochodem spytała, czy cieszę się, że jadę z nią… GRRR! Czyżbym postawiła ptaszek w polu „Chciał(a)bym pomóc”? Wszystko na to wskazuje, tylko nie rozumiem, co mnie do tego popchnęło. Widocznie musiałam być na coś wściekła, kiedy wypełniałam formularz. Bo z jakiego innego powodu miałabym zaoferować pomoc w wycieczce w „dzień wolny”, czytaj: „dzień, w którym próbuję doprowadzić dom do względnego ładu”, przy czym Simonowi wydaje się, że to mój „dzień na popijanie kawki”. Co gorsza, nie dość, że przypadkiem postawiłam ptaszek, to jeszcze zapomniałam przejrzeć zeszyty dzieci, przez co przegapiłam notatkę od uroczej nauczycielki, w której wezwała mnie do pomocy w nadzorowaniu naszych aniołków. To zajęcie można porównać jedynie do łapania dzikich kotów.

Dziesięć minut. Tylko tyle mi zostało. Dziesięć króciutkich minut na to, żeby doprowadzić się do stanu, w którym wyglądam jak człowiek. Poważnie i może troszkę seksownie, na wypadek gdyby tyłeczek Sama też jechał na wycieczkę. NIE! Nie. Tak nie można! Wcale nie muszę wyglądać seksownie, niezależnie od tego, czy Tyłeczek jedzie z nami.

Wystarczy, że umyję zęby, okiełznam gumką do włosów swoją szopę i wklepię trochę korektora, żeby zatuszować katastrofę, którą miałam na twarzy. Kiedy dotarłam na plac zabaw, byłam nawet zadowolona, że nie miałam czasu na wielką metamorfozę w promienną boginię seksu, bo pod szkołą zastałam kłębowisko błyszczyków do ust, trzepoczących rzęs i lekko przyciasnych sweterków, co oznaczało, że inne mamy miały tak samo nieczyste myśli na temat tyłeczka Sama co ja. Wokół nie było jednak ani śladu świętych pośladków. Dzieci Sama przywiozła dzisiaj jego opiekunka (swoją drogą, równie odpicowana)!

Wycieczka była wstrętna, co w sumie specjalnie mnie nie dziwi. Nie miałam jednak pojęcia, że autobus pełen dzieci może wygenerować tyle zapaszku. Czym ich karmią? Trzydzieścioro dzieci w zamkniętej przestrzeni prukało bez przerwy od wejścia do autobusu aż do chwili, gdy podjechaliśmy pod bardzo duże muzeum pełne bezcennych artefaktów, z których młodzi ludzie będą czerpać wiedzę, podczas gdy ich rodzice zajmą się pilnowaniem, żeby niczego nie ukradły ani nie zepsuły. Kiedy wysiadaliśmy z autobusu, oczy mi łzawiły, a płuca piekły. Byłam autentycznie przekonana, że któreś z nich narobiło w gacie. Odór był nie do wytrzymania.

Nauczyciele powinni dostawać maski gazowe, jeśli spędzają całe dnie w takim smrodzie. Kiedy wspomniałam o bąkach uroczej nauczycielce, zaśmiała się i radośnie skwitowała problem:

– Można się przyzwyczaić.

Nigdy w to nie uwierzę. W zeszłym roku Peter wrócił do domu i pękając z dumy, oświadczył, że jego nauczycielka dostała mdłości, gdy puścił bezlitosnego bąka. Peter zawsze był trochę obrzydliwy. Pewną nieszczęsną dziewczynkę musieli przesadzić, kiedy odkryła, że Peter specjalnie puszcza bąki i po każdym wybucha triumfalnym śmiechem. To było dla niej za dużo. Mogłoby się wydawać, że skoro mieszkam z Peterem i śmierdzącym zafajdanym psem, jestem uodporniona na ten zapach, ale tak nie jest. Ta nauczycielka chyba bierze narkotyki. To by wiele wyjaśniało.

Tak czy inaczej, wycieczka była okropna. Klasa wpadła w szał, między innymi Freddie Dawkins wysmarował jedną z gablot smarkami. Szczęście w nieszczęściu: ostatnio wszystkich podejrzewa się o pedofilię, więc nie musiałam zabierać go do łazienki.

Dzieci miały się uczyć o starożytnym Egipcie. Podejrzewam, że jedyne, czego się nauczyły, to jak przepuścić całe kieszonkowe na tandetę w muzealnym sklepiku. Jane chyba liczyła na to, że oddam jej całą gotówkę, jaką miałam w portfelu, żeby mogła kupić najbardziej badziewne rzeczy w całym sklepie, i obraziła się na mnie, kiedy powiedziałam, że nie dostanie parasolki z baleriną za trzydzieści pięć funtów. Nie przypuszczałam, że można tyle wydać na parasolkę.

35 £!

Z drugiej strony ja kupuję parasolki za grosze i albo się rozwalają, albo je gubię po trzech wyjściach, więc możliwe, że w sumie wydawałam na nie tyle samo. Może potrzebowałam po prostu „ekstrawaganckiej” parasolki? A może powinnam kupić Jane parasolkę za trzydzieści pięć funtów, bo bez niej nie wyrośnie na szanowaną i dobrze funkcjonującą w społeczeństwie obywatelkę, która nawet zbliżając się do czterdziestki, będzie robiła plany na czas, „kiedy dorośnie”. Jasny gwint, znowu zawaliłam w obowiązkach rodzicielskich!

Skoro już jestem tak prawa i cnotliwa, że pomagam przy szkolnych wycieczkach i nie maluję się jak harpia, która pragnie uwieść mężczyznę z ładnym tyłeczkiem, zasłużyłam chyba na środowe wino. Szkoda tylko, że muszę jutro iść do nudnej pracy, bo okazało się, że autokary są potwornie drogie, no i trzeba jeszcze zdać dodatkowe egzaminy, żeby móc je prowadzić. Ledwo zdałam egzamin, prowadząc malutki samochód – chodziłam do tego samego egzaminatora tyle razy, że w końcu mnie przepuścił, bo ludzie zaczęli plotkować na nasz temat – więc nie było szansy, żebym zdała prawo jazdy na autokar.

Piątek, 25 września

Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. Dzisiaj zwolniłam się wcześniej z pracy, bo miałam umówioną wizytę u dentysty. Nie opłacało mi się wracać do pracy na pół godziny, więc w oczekiwaniu na koniec lekcji wzięłam psa na spacer do parku. I kogóż spotkałam na swojej drodze, kiedy przeganiałam wokół stawu naszego przeklętego bulteriera, krzycząc, żeby się uspokoił i przestał polować na kaczki? Boskiego Sama i jego tyłeczek! Sam wyprowadzał swojego, muszę przyznać, całkiem uroczego staffordshire bull teriera. I chociaż mój bulterier zrobił ze mnie pośmiewisko, jak zwykle zachowując się skandalicznie, w pewnym momencie podbiegł do Sama i zaczął się na niego wspinać, mimo moich zupełnie nieefektywnych wrzasków, żeby przestał. I miało to swoje plusy, bo mogłam nawiązać rozmowę, nie wychodząc na smutną i zdesperowaną (bo przecież wiadomo, że w oczach mężczyzn kobieta będąca właścicielką rozwydrzonego bulteriera wypada o wiele lepiej). Porozmawialiśmy o psach, które poniekąd przyszły nam z pomocą, a potem Sam powiedział, że widział mnie w szkole (ach!) i zapytał, czy nasze dzieci nie chodzą przypadkiem do tej samej klasy.

Zauważył mnie! Sam! Zauważył! Mnie!

Później powiedział (ku memu lekkiemu rozczarowaniu, bo okazało się, że to wszystko sprawka Sophie, która powiedziała, że jestem mamą Jane, a nie efekt magicznej chwili, podczas której Sam oniemiał z wrażenia, gdy tylko ujrzał mnie wczoraj na placu zabaw, jak zadawałam szyku niczym gwiazda rocka w podartych rajstopach i zmierzwionej deszczem fryzurze), że Sophie polubiła Jane i chciałaby się z nią pobawić po szkole. To może dziś po południu? Niech Peter też przyjdzie, to pobawi się z jego synem, Tobym.

Przez moment zastanawiałam się, co powiedzieć, żeby mnie też zaprosił, oczywiście tylko po to, żebym mogła powęszyć po jego domu i upewnić się, czy faktycznie jest tak idealny i boski, jak mi się wydaje, a potem niby niechcący wspomnieć o tym w rozmowie z Sabatem Idealnych Mam, które świergoczą wokół niego jak słowiki na hormonach, chociaż, o ile wiem, nie dostały jeszcze zaproszenia ani dla siebie, ani dla swoich dzieci.

I w trakcie tej mojej zadumy Sam dodał:

– Wiem, że możesz mieć opory przed zostawieniem dzieci u obcego człowieka, i doskonale to rozumiem. Dlatego najlepiej będzie, jeśli też przyjdziesz.

Ha! Mogę przyjść z dziećmi! W dodatku drugi raz udało mi się uniknąć logo desperatki, chociaż drugą stroną tego medalu mogło być to, że Sam pomyślał, iż biorę go za pedofila, handlarza dziećmi albo kryminalistę. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

Dom Sama okazał się zupełnie inny, niż oczekiwałam. Myślałam, że mieszka w nowoczesnej i przepełnionej gadżetami szklanej bryle z drogimi niewygodnymi meblami rodem z XXI wieku. Można się na nie napatrzeć na przykład w Wielkich Projektach. To wielkie marzenie Simona, łącznie z krzesłami od Miesa van der Rohego, na które ani nas nie stać, ani nie możemy sobie pozwolić, bo bulterier przeżułby je i wypluł, a dzieci skakałyby po nich, aż piękne mebelki by się połamały.

W rzeczywistości dom Sama o wiele bardziej wpasowywał się w moją wizję. Miękkie kanapy, piękne i starannie odnowione francuskie meble, a także trochę gustownych szpargałów (w przeciwieństwie do szpargałowatych szpargałów, które zagracają mój dom). Niezbyt taktownie powiedziałam o tym Samowi, ale odpowiedział mi bardzo miło. Brak szpargałowatych szpargałów zawdzięczał temu, że dopiero się wprowadził, a połowa mebli i drobiazgów uzupełniających wystrój została u Robyn, jego partnerki, z którą się rozstał. Robyn jest projektantką wnętrz, stąd te ładne rzeczy.

Desperacko próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat wiarołomnej Robyn, między innymi byłam ciekawa, dlaczego zostawiła takiego faceta jak Sam, który, gdy usiłowałam ciągnąć go za język, zebrał u mnie dodatkowe punkty za ciasteczka Mint Club (są to, jak powszechnie wiadomo, królowie w świecie ciastek). Niestety szybko zmienił temat i skończyliśmy na rozmowach o zajęciach pozaszkolnych dla dzieci dostępnych w tej okolicy, które oczywiście są pożyteczne, ale niewarte olbrzymich sum, jakie trzeba w nie wpakować. Była to raczej nijaka, chociaż bezpieczna rozmowa, więc przynajmniej miałam pewność, że nie będę mieć żadnej sposobności, żeby niechcący wtrącić: „Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym cię polizała? Przepraszam, ale jesteś zbyt seksowny”.

Wtedy do pokoju wparowały Sophie i Jane, drąc się w niebogłosy, bo Toby i Peter przerwali im zabawę w metamorfozy, żeby zaatakować je wyrzutniami Nerf. Przyznaję, że nie było to z ich strony nawet takie głupie, biorąc pod uwagę, ile makijażu i brokatu dziewczyny już na siebie nałożyły, a były dopiero w połowie drogi. Po długich krzykach i przepychankach porwałam nieletnią imitację striptizerki i małego Rambo do domu, z cichą nadzieją, że mimo wszystko Sam zapamięta nas jako miłą, normalną rodzinę, z którą on i jego dzieci chętnie się zaprzyjaźnią.

W domu wreszcie mogłam zacząć swój ulubiony dzień, czyli Olać-to-Piątek! Zarzuciłam i tak skazaną na porażkę walkę ze szkorbutem, i zamiast brokułów wyciągnęłam z zamrażalnika pizzę. Mogłam porzucić wszelkie roszczenia dotyczące ograniczenia czasu spędzanego przed telewizorem, podłączyć dzieci pod elektroniczne opiekunki, a sama zalać się w trupa kiepskim winem i podglądać byłych chłopaków na Facebooku. Simon jak zwykle zasnął na kanapie podczas oglądania pieprzonych Fanów Czterech Kółek i chrapał jak wygłodniały mops nurkujący w kadzi owsianki, ale gdybym spróbowała zabrać mu pilota, na pewno krzyknąłby: „Oglądam to!”. Zresztą to i tak bez znaczenia, bo nawet gdybym dorwała się do pilota, to i tak niewiele bym zdziałała. Simon jest cholernym gadżetowym nerdem i z oglądania telewizji uczynił zadanie, które przerasta moje zdolności percepcyjne. Zamontował różne pudełka i urządzenia „do transmisji danych”. Każde z nich ma własnego pilota i działają dopiero po wybraniu odpowiedniego kanału. Ponieważ nigdy nie pamiętam, który pilot jest od czego, bezmyślnie wciskam wszystkie przyciski po kolei, dopóki któreś z dzieci się nade mną nie zlituje i mi nie pomoże.

Pies patrzył na mnie wzrokiem pełnym politowania. Boję się, że w jakiś sposób wyczuł, że mam kosmate myśli na temat Sama, i oceniał mnie za to, że użyłam go jako przynęty do nawiązania rozmowy.

Sobota, 26 września

Simon spędził całe popołudnie w szopie, podczas gdy ja malowałam kredens, usiłując odtworzyć ekscentryczny, odrapany szyk, który podpatrzyłam w domu Sama. Dzieci też próbowały zrobić coś kreatywnego. W tym celu użyły czegoś, co kiedyś było klejem z brokatem, ale dawno już zaschło. Chciałam przywrócić klej do życia za pomocą letniej wody i PVA, ale substancja, którą ostatecznie wysmarowały siebie i stół, bardziej przypominała spermę jednorożca.

Simon był wściekły, kiedy pokazałam mu „odrestaurowany” kredens. Okazało się, że należał do jego babci i był częścią rodzinnego dziedzictwa. Bezdusznie stwierdził, że teraz jest po prostu odrapany, a do szyku mu daleko. Poniekąd go rozumiem, bo faktycznie dałam się trochę ponieść w procesie „postarzania”.

W związku z absolutnym brakiem poszanowania dla mojej artystycznej renowacji, porzuciłam ostatnie wątpliwości dotyczące zostawienia Simona samego w domu i wybrałam się na drinka z Hannah. Kiedy zeszłam na dół w wyjściowych ciuchach, uczesana i umalowana szminką, a do tego jeszcze mascarą, mój mąż wyglądał na zaskoczonego. Do tego stopnia, że powiedział nawet:

– Ładnie wyglądasz. To dla mnie?

Mówiłam mu co najmniej dziewięć razy, że dzisiaj zostaje z dziećmi (w którą to atrakcję wliczyłam także zmywanie spermy jednorożca z ich włosów), bo ja muszę dotrzymać towarzystwa Hannah, żeby nie siedziała sama w pustym domu po tym, jak zawiezie dzieci do Dana.

Możliwe, że trochę za bardzo na niego naskoczyłam, bo posmutniał, kiedy dowiedział się, że to nie dla niego, więc spytałam jeszcze:

– Naprawdę ci się podobam?

Ale on odparł tylko:

– Tak, wyglądasz fajnie.

Tak. To jest dokładnie to, co każda kobieta pragnie usłyszeć. Dupek.

Moja biedna Hannah wpadła w otchłań rozpaczy, bo okazało się, że Dan migdali się z jakąś dwudziestokilkuletnią siksą, którą poznał na siłowni. W dodatku kiedy Hannah spytała, czy właśnie dla niej ją rzucił, to, co usłyszała w odpowiedzi, było całkowicie pozbawione skrupułów. Dan to zwykły kutas. Dobrze, że Simon spędza czas wolny w szopie. Tam przynajmniej nie ma żadnych dwudziestolatek.

Może powinnam spróbować wyswatać Hannah z Samem, kiedy już jej trochę przejdzie? Byłoby miło i altruistycznie pomóc im znów się zakochać. Może w ten sposób odpokutowałabym też fakt, że jestem nim bezwstydnie zauroczona. Może gdyby był zajęty, przestałby mi się podobać? Poza tym Dan by się wściekł, gdyby zobaczył Hannah z kimś tak boskim jak Sam. Przecież jego dwudziestokilkuletnia trzpiotka z siłowni jest niczym w porównaniu z Panem Tyłeczkiem.

Po całym wieczorze wysłuchiwania nad butelką sauvignon blanc o tym, że Dan jest dupkiem, poczułam nawet odrobinę sympatii do Simona. Chciałam mu o tym powiedzieć po powrocie do domu, tyle że zastałam go nieprzytomnego na kanapie przed cholernymi wyścigami motocyklowymi. Jak on może spać przy czymś takim? Chrapał w swoim najstarszym i najobrzydliwszym polarze, nie obudził się nawet wtedy, kiedy przywaliłam mu w głowę poduszką. Zostawiłam go tam i poszłam spać.

Kiedy Simon tak się zestarzał? Niegdyś przesiadywaliśmy do późna, gadając i słuchając muzyki. Nie rozmawialiśmy o niczym konkretnym – nie mogę powiedzieć, żebyśmy zadziwiali innych radykalnymi poglądami na sztukę czy politykę. Prawdę mówiąc, nie pamiętam nawet, o czym rozmawialiśmy, ale o czymś na pewno. Kiedy go poznałam, był połączeniem gota i fana new romantic. Nosił obszerny czarny płaszcz ze sklepu z odzieżą używaną i nałogowo palił czerwone marlboro, co wydawało mi się bardzo cool. Może on też czasem na mnie patrzy i zastanawia się, gdzie się podziała dawna ja? Wciąż pamiętam, co miałam na sobie, kiedy go poznałam: bardzo krótką czarną spódniczkę, martensy, sweter ukradziony któremuś z byłych chłopaków i za dużą tweedową marynarkę, którą zwędziłam kiedyś tacie. Co tydzień wydzwaniał do mnie, żebym mu ją oddała, ale oczywiście nie mogłam tego zrobić, bo od czasu kradzieży przesiąkła zapachem papierosów i haszu. Patrząc na to z perspektywy czasu, mój image był dosyć szalony, ale wtedy bardzo się sobie podobałam.

Studiowaliśmy na jednej uczelni w Edynburgu i często widywałam Simona na kampusie, ale nigdy z nim nie rozmawiałam, bo był starszy (studiował na roku wyżej), a poza tym należał do fajnej artystycznej paczki, a ja, cóż, nie byłam ani fajna, ani specjalnie artystyczna, pomimo usilnych starań, żeby być i jednym, i drugim. Którejś nocy pod koniec drugiego roku podszedł do mnie i poprosił o ogień, a działo się to w pubie Pear Tree. Później mi się przyznał, że wykorzystał to jako pretekst, żeby ze mną porozmawiać, co o dziwo było chyba najbardziej schlebiającym wydarzeniem, jakie kiedykolwiek mi się przytrafiło.

A teraz mamy dwójkę dzieci, kredyt, na który nas nie stać, prace, za którymi nie przepadamy i zrujnowany kredens. Mimo że bardzo na to liczyłam, niestety nie wygląda ani odrobinę lepiej po tym, jak farba wyschła. Wygląda jak wyciągnięty ze śmietnika, a szkoda, bo mój kolejny plan, żeby się przebranżowić i zostać architektką wnętrz właśnie upadł. Poza tym Steve Wright zagrał niedawno Disco 2000 w audycji ze złotymi przebojami. Disco 2000! Przecież to nie jest złoty przebój! To najlepsza piosenka na świecie i jestem pewna, że puszczali ją w radiu nie dalej niż rok temu. Jak to może być, do cholery, złoty przebój? Chrzanić to wszystko! Jestem stara!

[1] Petsitter: osoba zatrudniona do wyprowadzania i opieki nad zwierzęciem domowym (przyp. tłum.).

[2] Po angielsku księżyc to „moon”, a koza – „goat”. Moongoat.com to z kolei adres popularnego sklepu on-line z kawą (przyp. tłum.).

[3] Au pair – program międzynarodowej wymiany kulturowej młodzieży. Przyjezdny młody człowiek zamieszkuje z zapraszającą go rodziną i uczestniczy w jej życiu, m.in. opiekując się dziećmi, a także poznając kulturę i codzienne życie kraju, w którym przebywa (przyp. red.).

[4] Miss Hoolie to jedna z bohaterek Balamory (przyp.tłum.).

Tytuł oryginału: Why Mummy Drinks.The Diary of an Exhausted Mum

Pierwsze wydanie: HarperCollins Publishers Limited, UK 2017

Opracowanie graficzne okładki: Emotion Media

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Janina Pietrzak

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2017 by Gill Sims

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o.Warszawa, 2019

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji HarperCollins Publishers Limited, UK

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Vectorstock Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327640093

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.