Devine - Małgorzata Bylica - ebook
NOWOŚĆ

Devine ebook

Bylica Małgorzata

5,0

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Po trzech latach nieobecności Charlie Devine wraca do Silverstones jako bohater i patriota. Dla mieszkańców to powód do dumy. Dla niego — szansa, by odzyskać dawną miłość.

Maxine nauczyła się żyć bez niego. Gniew zastąpił uczucia, a przeszłość przestała mieć nad nią władzę. Gdy Charlie wraca, emocje odżywają — ale tym razem Max potrafi je kontrolować. Może zaoferować mu tylko jedno: przyjaźń.

Czy spotkanie dawnych kochanków obudzi to, co miało już nie wrócić?
I czy przyjaźń wystarczy, gdy uczucia znów zaczną wymykać się spod kontroli?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 306

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ostrzeżenie

Książka zawiera sceny seksu, wulgaryzmy i umiarkowaną przemoc oraz inne treści, które mogą urazić niektórych czytelników.

Wszystkim tym, którzy biorą na swoje barki zbyt wiele.

Aby na Waszej drodze pojawił się ktoś, z kim łatwiej będzie dźwigać ten ciężar.

Prolog

Maxine

Przeciągam dłonią po materiale czarnej sukienki i przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Długim rękawom utkanym z drobnej koronki i szyfonowemu dołowi. Sukienka sięga do kolan. Jest prosta i stonowana. Przechylam głowę i podziwiam swój makijaż. Dochodzę do wniosku, że korektor zaskakująco dobrze zakrył moje cienie pod oczami. Potem odruchowo spoglądam na zegar ścienny, żeby sprawdzić godzinę, chociaż zrobiłam to dokładnie pięć minut wcześniej.

Przymykam oczy. Potrzebuję chwili, żeby powściągnąć panikę, która podstępnie wkrada się do moich myśli. Jeszcze tylko kilka godzin i będzie po wszystkim – uspokaja mnie wewnętrzny głos.

Wydycham powoli powietrze, próbując złapać dystans, co w tych okolicznościach jest cholernie trudne. Układam w głowie przebieg dzisiejszej ceremonii, żeby o niczym nie zapomnieć ani nie popełnić błędu. Desperacko staram się okiełznać chaos w mojej głowie.

Przyjdzie. Do mojej świadomości wdziera się inny głos, z powodu którego fala ciepła przetacza się przez ciało. Wiem, czego mi potrzeba i co pomogłoby mi przejść przez ten trudny czas, ale nie mam pewności, że moje prośby zostaną wysłuchane, a ból ukojony.

Dźwięk pukania wyrywa mnie z zamyślenia. Odchrząkuję.

– Proszę – mówię, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie.

Już po chwili drzwi się otwierają. Moje serce zaciska się boleśnie na widok Jordana. O ile ja zmuszam się, by wyglądać, jakbym nad wszystkim panowała, o tyle on nawet nie próbuje. Ściągnięte brwi, szkliste oczy i ciemne półksiężyce pod nimi bezlitośnie zdradzają jego cierpienie.

Chłopak wślizguje się do pokoju jak cień.

– Pomożesz? – pyta, wskazując na krawat, którego węzeł przypomina kołtun na włosach.

– Chodź…

Tata nauczył mnie wiązać krawat, Jordana już nie zdążył.

– Trzymasz się jakoś, młody? – W odpowiedzi chłopak tylko kiwa głową. – Proszę – mówię, gdy węzeł jest gotowy.

Chcę pogłaskać go po policzku, ale on odsuwa moją rękę w gniewnym geście. Zostawiam mu przestrzeń. Przyjdzie, gdy sam będzie tego potrzebował.

– Max – podejmuje. – Jak ty to robisz?

– Co takiego?

– Że jesteś taka twarda?

Mam ochotę mu powiedzieć, że nie jestem. Że w chwilach takich jak ta zakładam maskę i w milczeniu odliczam godziny do momentu, aż będę mogła ją zdjąć, osunąć się na łóżko i zacząć płakać jak dziecko. Jednak zamiast powiedzieć mu prawdę, wzruszam ramionami.

– Ty też jesteś twardy. Mamy to we krwi, Spencer.

Chłopak uśmiecha się delikatnie, a to już coś.

***

Kiedy pięć godzin później rozpinam zamek sukienki, żeby w końcu się od niej uwolnić i najlepiej spalić w kominku, bo wiem, że i tak nigdy więcej już jej nie założę, odczuwam niewypowiedzianą ulgę. Mam dość ciasno opinającego mnie materiału, gładko ułożonych włosów, ale przede wszystkim dzisiejszego dnia.

Upewniam się, że drzwi mojej sypialni są zamknięte. Telefon odkładam na nocny stolik, wcześniej sprawdzając, czy nikt więcej nie dobijał się do mnie z kondolencjami. Zakładam na siebie luźny top, zmywam makijaż i opadam na łóżko. Kiedy tępy ból głowy narasta, rozmasowuję skronie, ale to nie pomaga – ani to, ani leki przeciwbólowe. Czuję napięcie w każdej części ciała, ale – do cholery – przetrwałam. Ściskam poduszkę, szczelnie okrywam się kołdrą i układam się na łóżku w pozycji embrionalnej. Cisza dźwięczy mi w uszach, a świadomość kurczy się do oddechu. Wdech. Wydech.

Nie przyszedł – ta myśl spada na mnie jak głaz i wywołuje skurcz w żołądku. Łudziłam się, że na końcu tej bolesnej drogi czeka coś, co nada temu wszystkiemu sens. Naprawdę wierzyłam, że zrobi to dla mnie, ale najwyraźniej nie byłam dla niego wystarczająco ważna. Nie na tyle, żeby pojawić się na pogrzebie mojej mamy.

1

Maxine

Półtora roku później

Lubię początek wiosny. Z jednej strony jest jak zapowiedź czegoś nowego, z drugiej – przywodzi na myśl najcieplejsze wspomnienia. Ciepło, które ma kolor jego oczu i pachnie wiosennymi nocami. Mogłabym przysiąc, że czuję jego smak na ustach. Ostry i wyrazisty, a jednocześnie czuły. Niestety to tylko wiatr.

Dość – karcę się w myślach. Mam to już za sobą i nie chcę więcej wracać do tamtych czasów. Nawet we wspomnieniach.

Bramka skrzypi, to znak, że ktoś przyszedł. W samą porę, żeby ściągnąć mnie na ziemię. Otwieram oczy i widzę dziecięcą postać zmierzającą w moją stronę. Robi mi się ciepło na sercu na widok blond główki w okrągłych okularkach na nosie i z łobuzerskim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy. Podnoszę się na leżaku i rozkładam ręce na powitanie. Kiedy jej ciepłe ciałko przylega do mojego, całkiem się rozpływam. Jej włosy pachną rumiankowym szamponem z dodatkiem czegoś jeszcze. Może truskawek? Potem wyciągam szyję i zerkam przed siebie. Gdzieś tam majaczy druga dziecięca postać. Ma ten sam odcień włosów, ale te są krótsze, chociaż bardziej rozmierzwione. Chłopiec ma kwaśną minę. Brat bliźniak Lucy jest jak jej odbicie w alternatywnym wymiarze rzeczywistości. Kiedy ona się śmieje, on się krzywi.

Zaraz za dziećmi podążają ich rodzice. Indie poprawia w pasie czerwoną sukienkę w kwiaty, która ładnie podkreśla jej figurę, podobnie jak krótka, dopasowana kurtka dżinsowa. Na tę okazję nawet zakręciła włosy. Idą dzisiaj z Alexem na randkę, a opieka nad bliźniętami przypada mnie. Im przyda się trochę ciszy, a ja z przyjemnością spędzę czas z Lucy i Drakiem.

Podczas gdy Alex bawi się z dziećmi na podwórku, Indie i ja siadamy przy stoliku ogrodowym. Zupełnie jak wtedy, gdy byłyśmy nastolatkami.

– Jesteś pewna, że sobie poradzisz? – dopytuje, a na jej czole rysują się poziome kreski.

– Tak, dlaczego miałabym sobie nie poradzić? – Robię zdziwioną minę. – Uczę w szkole, pamiętasz? Poza tym jestem najstarszym dzieckiem i od zawsze niańczyłam młodsze rodzeństwo i inne dzieciaki w okolicy. Jordan do tej pory nie może się ode mnie odkleić.

– Max, nie wątpię w ciebie, ale wiesz… To dwójka dwulatków.

– Nie pierwszy raz z nimi zostaję. Dam sobie radę.

– Dzięki. −Odgarnia z czoła grzywkę. – Przyda nam się to wyjście.

Brzmi tak, jakby z jednej strony odetchnęła z ulgą, a z drugiej czuła się winna.

– Rozumiem – zapewniam ją, ale prawda jest taka, że nie mogę mówić z własnego doświadczenia. Sama nie mam dzieci, mogę się tylko domyślać, przez co przechodzi. Że czasem bywa im ciężko. Jeden dwulatek potrafi wywrócić świat do góry nogami, a co dopiero dwójka. – Wiesz, czasem ci zazdroszczę – dodaję słabym, ledwo słyszalnym głosem, zawieszając wzrok na jakimś punkcie przed sobą.

– Czego? – pyta, unosząc brew w zaskoczeniu.

– Mam dwadzieścia siedem lat. Nie tak dawno rozstałam się z narzeczonym. Nie mam dzieci ani perspektyw, żeby je mieć w najbliższym czasie. Mieszkam z prawie osiemnastoletnim bratem i od trzech lat nie napisałam ani jednej strony nowej książki. – Ekhm, zapomnij – dodaję. – Jest dobrze tak, jak jest.

2

Maxine

Czas z bliźniętami mija mi zaskakująco szybko. Udaje mi się zająć ich uwagę zabawą przez stosunkowo długi czas, zaspokoić ich głód i nie dopuścić do eskalacji konfliktów wybuchających między nimi średnio co trzydzieści minut. Po niespełna trzech godzinach ich rodzice wracają, a ja witam ich z poczuciem dobrze wykonanego zadania.

– Hej, hej, przyjaciółko. – Uśmiecham się z satysfakcją. – Twoje dzieci są w nienaruszonym stanie. Całe i zdrowe, a do tego w komplecie. Żadnego nie zgubiłam – chełpię się.

– Dzięki, dobra z ciebie ciocia – odburkuje Indie, ale jej mina wcale nie wyraża zadowolenia.

Mieli spędzić miło czas i odpocząć, tymczasem ona wygląda na bardziej spiętą niż przed wyjściem.

– Taaa… – stwierdzam niepewnie, obserwując, jak ponuro snuje się po ogrodzie. – Nie sprawiasz wrażenia wyluzowanej – dodaję niepewnie. – Coś poszło nie tak?

Indie wzdycha i namierza wzrokiem Alexa przeglądającego telefon.

– Alex, zajmij się dziećmi – prosi. – Chcę pogadać z Max.

– Dzieci zajmują się sobą – odburkuje mąż mojej przyjaciółki, ale ta gromi go wzrokiem.

Ostatecznie mężczyzna kapituluje. Wzdycha i chowa telefon do kieszeni. Ja i Indie kierujemy się do salonu. Ona siada na sofie i podkurcza nogi. Gdy wracam z kuchni, kładę na stole paterę z babeczkami i trzy szklanki z wodą. Kiedy wszystko jest gotowe, zajmuję miejsce obok niej.

– Och, Max… – jęczy, znęcając się nad kawałkiem babeczki. – Chyba straciłam funkcję wyluzowywania się. Co z tego, że wyszliśmy sami z Alexem na miasto, skoro ja tylko odmierzałam czas do powrotu do dzieci. I nie chodzi o to, że źle się bawiłam, tylko zwyczajnie czułam, jak zegar tyka. – Patrzy na mnie nieobecnie. – Jakby spędzenie czasu z mężem było kolejnym na liście zadaniem do odhaczenia – wyrzuca z siebie, sama zaskoczona swoją szczerością. – No i nie umiałam się zrelaksować… – Zwiesza ramiona. – W zasadzie to ulżyło mi, że już wróciliśmy.

Robi mi się przykro na te słowa. Chciałabym jej jakoś pomóc. Poradzić coś, spróbować rozwiązać problem, ale nie wiem, czy tego ode mnie oczekuje. Może chce się tylko wygadać? Odkąd na świat przyszli Lucy i Drake, widujemy się rzadziej. Nasze drogi trochę się rozjechały, ale wciąż jesteśmy sobie bliskie.

– Może odzwyczaiłaś się od życia bez dzieci i teraz ciężko ci się odnaleźć – sugeruję.

– Sama nie wiem, może…

Naciągam rękawy bluzy na dłonie i oplatam się ramionami.

– A może wyszłaś z wprawy, bo za rzadko to robisz? – Ryzykuję stwierdzenie. – Będzie dobrze, czas leci. Dzieciaki podrosną, a ty odzyskasz tę część siebie, która gdzieś zagubiła się w procesie macierzyństwa.

Obserwuję, jak wyraz jej twarzy się zmienia. Kąciki jej ust opadają i wygląda, jakby miała się rozpłakać. Kurde, co ja jej nagadałam?! – zastanawiam się.

– Wiesz co, z drugiej strony co ja tam wiem! – Macham ręką. – Nie mam dzieci, nie mam nawet męża. Nie słuchaj mnie! – wypalam.

– Nie, w porządku, Max – uspokaja mnie Indie. – Po prostu czasem czuję się trochę przytłoczona.

Wzdycham i powstrzymuję się od komentarza.

– Dzięki – dodaje Indie i ściska moją dłoń na kilka długich sekund, a mnie zalewa fala ulgi, bo najwyraźniej nie powiedziałam nic, co mogłoby ją urazić.

Rozlega się dzwonek piekarnika, co znaczy, że ostatnia porcja babeczek jest gotowa. Odrywam się od przyjaciółki, żeby wyjąć wypieki.

– No, a teraz mów, co u ciebie. – Indie przeciera dłońmi oczy i się otrząsa. – Powiedz, jak tam w pracy?

Nabieram powietrza w płuca i powoli je wypuszczam.

– W pracy w porządku… – Wzruszam ramionami, zaciągając się waniliowym aromatem babeczek.

Pracę w korporacji rzuciłam krótko po wyjeździe Charliego. Po aferze z Markiem i Lilly nie mogłam tam dłużej pracować, poza tym od początku czułam, że to nie było moje miejsce. Zrobiłam więc kurs pedagogiczny i dostałam stanowisko nauczycielki literatury w lokalnym ogólniaku, gdzie prawie wszystkie uczennice znały moją pierwszą powieść Ever After. Można powiedzieć, że zaczęłam pracę ze statusem gwiazdy. Jednak szybko się okazało, że poza fankami literatury w szkole średniej trzeba mierzyć się z trudną młodzieżą. Mimo to nigdy nie żałowałam decyzji o zmianie pracy.

W międzyczasie udało mi się zrobić też kurs redaktorski, a niedługo później trafiłam do pracy w wydawnictwie. Tym samym, które wydało Ever After. Uwielbiam jako pierwsza czytać nowe historie. Praca redaktorki daje mi ogromną satysfakcję, zwłaszcza że po napisaniu drugiej części, Never More, która zdobyła jeszcze większy rozgłos niż Ever After, nie stworzyłam już ani jednej nowej strony.

– A jak życie miłosne? Pojawił się ktoś nowy na horyzoncie? – zapytała Indie, wyrywając mnie z zamyślenia.

– Hm… Raczej nie – bąkam.

Chociaż trafniej byłoby powiedzieć, że coś takiego jak moje „życie miłosne” zwyczajnie nie istnieje.

Kiedy trzy lata temu Charlie wyjechał na misję, nie rozstaliśmy się w najlepszych stosunkach. To, co wtedy czułam, można by nazwać nienawiścią w najczystszej postaci. Przez pierwszy rok jego nieobecności liczyłam na to, że wróci. Żyłam nadzieją, że to tylko bezsensowna przerwa, że to nie może być koniec. Co jakiś czas pisał do mnie maile. Nie było ich dużo, tylko pięć, ale na żaden nie odpisałam. Były konkretne, tak jak Charlie. Pisał, gdzie stacjonuje, czym się zajmują, jak mija mu dzień. Za każdym razem, kiedy czytałam jego wiadomości, jakaś część mojej duszy umierała ze strachu. Nie mogłam przestać się zastanawiać nad tym, czy kiedy ja czytam jego wiadomości, on jest bezpieczny, czy wciąż żyje? Dlatego postanowiłam mu nie odpisywać, żeby ukrócić swoje męki. Wolałam się odciąć, niż cały czas rozdrapywać tę ranę. A może chciałam sprowokować go takim zachowaniem do powrotu? Myślałam, że skoro mnie kocha, to milczeniem zmuszę go do zmiany decyzji, ale najwyraźniej byłam w błędzie.

Wkrótce maile przestały przychodzić. Charlie ani razu nie przyjechał do domu na przepustkę. Wyjechał, całkowicie odcinając się ode mnie, od Silverstones, nawet od Deacona. Tak, jakby nigdy nie zamierzał wracać. Pozostawił po sobie niemożliwą do wypełnienia pustkę, a ja musiałam się nauczyć z tym żyć. I wtedy wreszcie zaczęło do mnie docierać, że to naprawdę koniec, że Charlie o mnie zapomniał.

Mniej więcej w tym samym czasie dowiedzieliśmy się o chorobie mamy. Nowotwór żołądka przez długi czas nie dawał żadnych objawów – aż do momentu, gdy był już w zaawansowanym stadium. W dwóch szpitalach zaproponowano mamie wyłącznie leczenie paliatywne. Nie potrafiliśmy się z tym pogodzić, więc w końcu znaleźliśmy klinikę, która zgodziła się podjąć eksperymentalnej terapii. Mimo to mama zmarła niedługo po rozpoczęciu leczenia.

Przeszywający ból wraca na wspomnienie tamtych chwil i ściska serce jak wtedy. Chyba już zawsze będę go w sobie nosić. Staram się odsuwać żal, bo nie wiem, czy potrafiłabym się pozbierać, gdybym pozwoliła mu nade mną zapanować. Pewnie nigdy nie pogodzę się w pełni ze stratą najbliższych, ale wiem, że muszę być silna dla Jordana. To dzięki niemu całkiem się nie rozpadłam. Miałam dla kogo wstać z łóżka i iść dalej – a on wyrósł na wspaniałego chłopaka. Na pogrzebie do ostatniej chwili wierzyłam, że Charlie się pojawi. Nieraz już mnie zaskakiwał, a wtedy potrzebowałam go jak nigdy wcześniej. Kiedy jednak nie przyszedł, coś wreszcie do mnie dotarło – Charliego Devine’a już nie ma. Odszedł. Zostawił mnie. I nie będzie żadnego happy endu.

– Och, szkoda – komentuje Indie, wyrywając mnie z zamyślenia. Wzdycha i bierze do ust kęs babeczki, a ja wracam do rzeczywistości.

Nagle z ogrodu dobiega krzyk i obie zerkamy w stronę tarasu. Na szczęście okazuje się, że to Alex wygłupia się z dziećmi i nic złego się nie dzieje. Obie oddychamy z ulgą i wracamy do rozmowy.

– A Henry już się nie odzywa? – pyta przyjaciółka, a ja niemal krztuszę się łykiem wody.

Kiedy zmarła mama, a ja zrozumiałam, że Charlie to zamknięty rozdział mojego życia, przytrafiło mi się małe załamanie nerwowe. Wtedy doszło też do pewnego incydentu w szkole, w której pracuję. Jeden z uczniów, napędzany hormonami szesnastolatek, w sposób napastliwy zachowywał się wobec młodszej koleżanki. Zwróciłam mu uwagę, a kiedy to nie podziałało, wykręciłam mu rękę i wyprowadziłam go z dala od przestraszonej uczennicy. Moje szlachetne zachowanie miało poważne konsekwencje w pracy. Zostałam wezwana na dywanik i otrzymałam ostrzeżenie od dyrektora. Szczęśliwie dla mnie po mojej stronie stanęli rodzice dziewczyny. Korzystnie złożyło się, że jej mama była wziętą prawniczką, a rodzice chłopaka, który próbował ją molestować, nie chcieli kłopotów. Skończyło się więc ostrzeżeniem i nakazem, żebym wzięła udział w terapii kontroli gniewu. Na samą myśl o tym przewracam oczami…

Moim terapeutą okazał się Henry. Między nami od razu zaiskrzyło, a że żadne z nas najwyraźniej nie było szczególnie profesjonalne, to po jednej z sesji trafiliśmy do łóżka i tak już zostało. Urzekło mnie jego ciepło, wewnętrzny luz i uporządkowanie. Posklejał mnie i dał mi dokładnie to, czego wtedy potrzebowałam: poczucie bezpieczeństwa i wiarę w to, że jeszcze może być dobrze. Zaledwie po kilku miesiącach znajomości Henry oświadczył mi się na wakacjach w Grecji. W przypływie emocji zgodziłam się. Wątpliwości przyszły potem. Kiedyś przyłapałam go na sprawdzaniu mojego maila i kontrolowaniu moich mediów społecznościowych. Wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Ostatecznie zerwałam zaręczyny. Oficjalnym powodem było jego kontrolujące zachowanie i brak chęci porozumienia po obu stronach, ale mam wrażenie, że oboje wiedzieliśmy, że stało za tym coś więcej. Henry nie był mężczyzną, z którym chciałabym spędzić życie. Nie byłam pewna i nadal nie jestem, czy taki w ogóle istnieje, z pewnością jednak nie był nim on.

– Nie, Henry się nie odzywa – mówię, błądząc wzrokiem po podłodze. – To już zamknięty rozdział.

Zapada cisza, której moja przyjaciółka nie znosi.

– To może napisałaś coś nowego? – pyta, a ja zawieszam się na moment, bo to pytanie brzmi w mojej głowie, jakby ktoś właśnie stuknął w szkło.

– Nie – kręcę głową. – Na razie nic nowego nie napisałam.

Wydawało mi się, że kocham pisać, ale najwyraźniej byłam w błędzie, bo od czasu postawienia kropki w mojej drugiej powieści nie potrafię przelać swoich myśli na papier. Z kontynuacją Ever After poszło gładko. Życie nie dało mi okazji skonfrontować się z Charliem, więc w drugiej części dylogii postanowiłam zmierzyć się z Chasem. I zniszczyłam go. Uśmierciłam tę postać, a czytelniczki zalewały się łzami. Na TikToku powstały filmiki, na których urządzano jego pogrzeb. Dostałam też kilka wiadomości z pogróżkami, że mam wskrzesić Chase’a, które wprawiały mnie w rozbawienie, bo nie ma chyba fikcyjnego bohatera, który przeżyłby zmasowany atak dronów niszczycieli i wybuch jądrowy. Dałam upust swojej złości i uporałam się z Chasem raz na zawsze. A potem okazało się, że nie potrafię już pisać. Jakby emocje we mnie umarły, a przecież nie ma historii miłosnej bez emocji.

Za to lubię pracę redaktorki i to, że mogę zażynać teksty koleżanek i kolegów z wydawnictwa. Mówią o mnie, że jestem bezwzględna, bo bezlitośnie tnę powieści, okraszając je komentarzami w stylu: po co to? Lanie wody! Nuda! To się nie nadaje. Przynajmniej na tym polu świetnie sobie radzę.

Wkrótce się ściemnia, a na zewnątrz robi się chłodniej. Indie i Alex zabierają bliźniaki i w ogrodzie zapada cisza. Wtedy wypuszczam z kojca Jean-Clouda – mojego owczarka, którego zafundowałam sobie po rozstaniu z Henrym. Ten na mój widok szczeka i piszczy, a ja pozwalam, aby położył mi swój słodki pyszczek na kolanach. Teraz to on jest jedynym mężczyzną w moim życiu, oczywiście nie licząc Jordana. Chociaż mój brat więcej czasu spędza poza domem niż w domu. Wiem, że z kimś się spotyka, ale na razie nie miałam okazji poznać jego dziewczyny.

Jeszcze przez chwilę siedzę sama na huśtawce, lekko się na niej bujając i co jakiś czas zatapiając dłonie w sierści mojego owczarka. Nie wiem dlaczego, ale nachodzi mnie nostalgiczny nastrój. Jakby zabłąkane uczucie sprzed lat próbowało znów zagnieździć się w moim sercu. Czy tak już będzie? Czy zamknę się w przeszłości, wciąż rozpamiętując minione szczęście? Tego jednego nie powiedziałam Indie – że choć mam dwadzieścia siedem lat, czuję się tak, jakby lato dawno już się skończyło, zdecydowanie za szybko, a mnie coś po drodze umknęło…

3

Charlie

To zaskakujące, ale wracając do domu po trzech latach, wcale nie czuję się dziwnie. Czuję się bardziej na miejscu niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby mój wewnętrzny kompas w końcu zaczął wskazywać właściwy kierunek i wszystkie elementy układanki niespodziewanie wskoczyły na swoje miejsce. Spokój miesza się z radością na widok znanych mi miejsc. Moje tętno przyspiesza, wiem dlaczego. To bliskość Maxine tak na mnie działa. Świadomość tego, że prędzej czy później przyjdzie nam się spotkać, sprawia, że moje serce łomocze w piersi.

Wzgórza i wąskie drogi wijące się jak serpentyny są znakiem rozpoznawczym tego miasteczka. Miasteczka, które znam na wskroś, gdzie mam wspomnienia związane z nią. Z dziewczyną, z którą żegnałem się już tak wiele razy, że straciłem rachubę. Uciekłem na koniec świata, żeby wrócić dokładnie tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Próbowałem o niej zapomnieć, zastąpić ją, ale kurwa… Są ludzie w twoim życiu, których nie da się zastąpić.

Zwalniam, kiedy zbliżam się do okolicy, w której mieszka. Już za chwilę będę mijał jej dom. Nie wiem, co ze sobą zrobię, jeśli zobaczę, że jakiś typ wystawia jej kosz na śmieci. Może wyjadę stąd tego samego dnia, w którym przyjechałem.

Obniżam się na siedzeniu i mrużę oczy, jadąc powoli moim Ramem. Zatrzymuję się na moment. Czy to czyni ze mnie stalkera? Nie sądzę. Zabawa dopiero się zaczyna.

Na jej podjeździe stoi tylko jedno auto. Stary Ford Windstar jej mamy. W salonie pali się światło, więc ktoś musi być w środku. Parę sekund później zapala się kolejna lampa w pokoju Maxine. Tętno wystrzela mi w kosmos, gdy widzę cień przemykający po pokoju. Serce podpowiada mi, że to ona. Nie widziałem jej od trzech lat, więc sam jej cień wzbudza we mnie ekscytację. Przełykam ślinę i walczę ze sobą, żeby stłumić swój naturalny odruch. Dawny Charlie zaparkowałby auto w ustronnym miejscu, przeszedł przez ogrodzenie i wspiął się, żeby wejść przez okno prosto do jej sypialni. Ta wizja jest naprawdę kusząca… Mógłbym poczekać i popatrzeć, jak słodko śpi. Zobaczyć, czy się zmieniła, kim się stała. Wystarczyłoby mi posłuchać jej oddechu, wciągnąć zapach jej włosów, czuwać przy jej śnie. Napawać się jej bliskością i ciepłem. Albo skonfrontować się z nią? To byłoby szaleństwo. Pozwolić się jej wykrzyczeć, rozładować złość, bo czuję, że moja Max będzie na mnie wkurwiona. Mogłoby dojść do jakichś rękoczynów z jej strony. Na samo wspomnienie tego, jak mnie ugryzła tamtej nocy, kiedy zamknęli Deacona, czuję mrowienie w wardze. Instynktownie pocieram tamto miejsce palcami. Nie została nawet blizna, jaka szkoda. Miło byłoby nosić jej ślad na sobie.

Do bramki podbiega pies i obszczekuje auto, czym ściąga mnie na ziemię. Okej, Maxine ma psa, i to całkiem dużego. Może lepiej, że odpuściłem sobie wtargnięcie do jej sypialni, chociaż wiem, że gdybym naprawdę chciał do niej dotrzeć, nic nie stanęłoby mi na drodze.

Wzdycham. Sięgam po gumę do żucia, bo odkąd rzuciłem palenie, żuję ją niemal bez przerwy. Wciskam pedał gazu i zostawiam dom mojej Max za sobą.

Do zobaczenia, Okruszku.

4

Maxine

Kończę pracę i jadę na siłownię. Lubiłam ćwiczyć w domowym zaciszu, ale moja terapeutka twierdzi, że powinnam otworzyć się na ludzi i częściej wychodzić z domu. Z wiekiem mój introwertyzm przybrał na mocy. Osobiście nie widzę w tym nic złego, za to ona owszem. A że to od niej zależy pozytywna ocena moich postępów i ciągłość pracy w szkole, to ostatecznie zapisałam się do nowo otwartej siłowni niedaleko szkoły, w której pracuję.

Nadal nie jestem przekonana do tego typu kolektywu, ale są też pewne plusy. A jeden z nich właśnie podnosi się na drążku. Nie znam nawet jego imienia. Czasem tylko zdarza się, że nasze spojrzenia przypadkiem się krzyżują, co wywołuje przyjemne mrowienie na mojej skórze. To nikt istotny, tylko przystojny facet, na którym czasem lubię zawiesić oko. Całkiem niewinny i nic nieznaczący crush z siłowni. Nadal nie czuję się gotowa na nową relację, więc wysyłam mu sprzeczne sygnały. Jego uwaga mi schlebia, dlatego ją podsycam, ale kiedy mężczyzna podchodzi zbyt blisko, wycofuję się.

***

Po wyjściu z centrum sportowego wsiadam do mojego sfatygowanego Forda, którego pieszczotliwie nazywam Gwiazdeczką, i kieruję się w stronę marketu. Po tym, jak Charlie zaciągnął się do Gwardii Narodowej, postawiłam sobie za cel zdanie egzaminu na prawo jazdy. Chciałam sobie udowodnić, że dam sobie radę. I to mi się udało. Wiem też, że tata byłby ze mnie dumny. Samochód należał do naszej mamy. Co prawda auto pamięta lepsze czasy, ale trudno mi się z nim rozstać.

Przeklinam pod nosem, krążąc po zatłoczonym parkingu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Nie lubię tłumów, dlatego staram się unikać godzin szczytu, ale czasem, tak jak dzisiaj, to nieuniknione. Gdy w końcu udaje mi się zaparkować, okazuje się, że w portfelu mam tylko kartę. Szperam więc po całym samochodzie w poszukiwaniu monety do wózka spożywczego, ale jak na złość żadnej nie znajduję. Po chwili stwierdzam, że potrzebuję tylko kilku rzeczy, więc koszyk lepiej się sprawdzi.

Kiedy drzwi w markecie się rozsuwają, wprost na mnie wybiega dwójka rozwrzeszczanych dzieciaków. Zastygam i się krzywię, po czym ruszam dalej, bo ludzie przy wejściu tłoczą się jak szaleni. Od razu dostrzegam, że nie ma koszyków.

No oczywiście, że nie ma.

Jasmin, moja terapeutka, powiedziała mi, że łatwo wyprowadzić mnie z równowagi i po głębszej refleksji doszłam do wniosku, że miała rację. Podobno sama świadomość problemu to już krok ku poprawie. Dlatego biorę głęboki, uspokajający wdech. To tylko błahostka. Błahostka, która w połączeniu z tłumem ludzi w sklepie, irytującą muzyką i ostrym światłem sprawia, że krew się we mnie gotuje i mam ochotę stąd uciec.

Owoce pakuję do jednorazowych woreczków, potrzebuję jeszcze tylko mleka i pieczywa. Nie jest tak źle – powtarzam sobie w głowie, mijając ludzi stłoczonych w markecie. Kiedy wydaje mi się, że mam już wszystko i mieści mi się to w rękach, przypominam sobie o tamponach. Cholera. Muszę wrócić. To ostatnia rzecz z listy, którą mam w głowie. Zwykle kupuję je w drogerii, dlatego tutejszy asortyment wprawia mnie w konsternację. Bezmyślnie omiatam wzrokiem półki, a potem w moim polu widzenia pojawia się postać, która ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciemne włosy i oczy w kolorze oceanu. Zamieram. Krew krąży w żyłach tak szybko, że zaczyna szumieć mi w uszach. Chyba mam przewidzenia… Był w moim życiu taki etap, w którym gdy widziałam wysokiego bruneta w czarnej bluzie z kapturem, od razu stwierdzałam, że to Charlie Devine. Ale dawno już się z tego wyleczyłam. Więc jeśli to, co widzę na końcu alejki z artykułami higienicznymi, nie jest złudzeniem optycznym ani hologramem, to stoi przede mną człowiek, który zmienił moje życie w koszmar.

Ściskam zakupy w rękach tak mocno, jakby od tego zależało moje życie. Otwieram szeroko oczy, nadal nie mogąc przetworzyć obrazu, jaki się przede mną maluje. Dwudziestosiedmioletni Charlie wygląda jeszcze lepiej niż jego poprzednie wersje, co jest kurewsko irytujące. W mojej wyobraźni wyłysiał, stracił kilka zębów, a urok osobisty uleciał z niego bezpowrotnie. Nic, kurwa, bardziej mylnego! Dupek ostatnich kilka lat spędził w wojsku, więc już na pierwszy rzut oka mogę stwierdzić, że jest w dobrej, nawet bardzo dobrej formie. Włosy ma krótsze niż kiedyś, być może doszło nawet parę siwych, poza tym ma też kilka drobnych zmarszczek wokół oczu. Oczu w kolorze oceanu, które teraz wpatrują się we mnie bez najmniejszego skrępowania.

Wciągam powietrze w płuca, zaciskam usta i obrzucam go spojrzeniem pełnym urazy. Wtedy jego wyraz twarzy też się zmienia. Jeszcze chwilę wcześniej patrzył na mnie tak, jakby się ucieszył. Z nadzieją i ekscytacją. Jakby przepełniała go radość stęsknionego szczeniaka, który wreszcie się doczekał powrotu swojej pani. Ale teraz ten blask znika i zastępuje go grymas rozczarowania albo poczucia winy.

Nie wiem, na co liczył, i mam to gdzieś. Otrząsam się, wyciągam dumnie szyję i kiedy w końcu udaje mi się poruszyć, robię krok przed siebie. Jednak wtedy dzieje się coś, czego nie wzięłam pod uwagę. Cała piramida moich zakupów zaczyna drżeć i niebezpiecznie się przechylać, aż wreszcie worek z jabłkami spada na podłogę, rozrywa się, a owoce toczą się w różnych kierunkach. Mój puls przyspiesza, a do myśli wkrada się panika.

To tylko jabłka, nic się nie stało – pocieszam się w myślach i z pokorą się po nie schylam. Próbuję je pozbierać, a wtedy leci już wszystko bez wyjątku. Produkty wypadają mi z rąk, a ja czuję się zażenowana tą sytuacją.

– Cholera – mruczę pod nosem i zaczynam zbierać rzeczy z podłogi.

Ręce mi się trzęsą, co nie ułatwia sprawy. Ktoś kopie jabłko, ktoś inny obrzuca mnie współczującym spojrzeniem. Czuję, że moje policzki płoną. Chcę już tylko stąd wyjść, jeśli zaraz tego nie zrobię, to wybuchnę.

– Potrzebujesz pomocy? – pyta Charlie, który kuca obok mnie. – Maxine? – przywołuje mnie do siebie swoim niskim, głębokim głosem, który od zawsze mnie rozpalał.

Oto i on. Mężczyzna, którego wykreśliłam ze swojego życia, a on właśnie ponownie się do niego zakradał. Dociera do mnie, że nie byłam gotowa na jego powrót. Tak długo starałam się o nim zapomnieć, przestać czuć, że teraz na jego widok w mojej głowie rozlega się alarm: walcz albo uciekaj. Ogarnia mnie nieprzyjemne napięcie. Nagle wszystkie mądre rady dotyczące kontroli gniewu wylatują mi z głowy, dlatego żeby nie wybuchnąć, wybieram ucieczkę. Przygryzam wargę, bo muszę gdzieś ukierunkować swoją złość, i zadaję sobie ból.

– Chcę ci tylko pomóc… – rzuca pokrzepiająco, tylko że ja już nie chcę jego pomocy.

Boleśnie zaciskam powieki i wydycham głośno powietrze. W mojej głowie panuje chaos. Nagle czuję się całkiem słaba, a zakupy zdają się ważyć tonę. Nogi mam jak z waty, ale ostatkiem sił udaje mi się utrzymać pozycję.

– W sumie to się obejdzie – stwierdzam i wstaję. Naciągam bluzę i się prostuję. – Aż tak bardzo nie potrzebuję tych rzeczy – dodaję i zostawiam zakupy.

– Maxine… – mówi Charlie błagalnym tonem.

Pewnie wolałby, żebym straciła nad sobą kontrolę i dała mu w twarz. On poczułby się rozgrzeszony, ale ja nie dam mu tej satysfakcji. Zostawiam zakupy na podłodze i obracam się na pięcie. Wychodzę.

Na wysokości kas fiskalnych dopadają mnie wyrzuty sumienia, bo zostawiłam po sobie bałagan w sklepowej alejce. Czuję się z tym paskudnie, zawsze odkładam rzeczy na miejsce, ale to są naprawdę wyjątkowe okoliczności i muszę uciekać, zanim stanie się coś złego mnie albo Charliemu.

Drzwi otwierają się przede mną, jaka szkoda, że nie mogę nimi trzasnąć…

5

Maxine

Trzęsę się z wściekłości i szybkim krokiem zmierzam w stronę auta. Kiedy jestem już w środku, wzdycham ciężko. Tak, widok Charliego po trzech latach wywołał we mnie wybuch rozpaczy. Podświadomie czułam, że prędzej czy później nasze drogi się skrzyżują, ale i tak nie byłam na to gotowa, dlatego teraz chowam głowę w dłoniach i dyszę głośno.

Widząc go przed momentem, czułam, jak coś się we mnie znowu rozdziera i jednocześnie goi. To strasznie dziwne uczucie. Emocje, które przez długi czas odsuwałam od siebie, teraz wracają ze zdwojoną siłą. Stan odrętwienia, w którym tkwiłam przez ostatnie lata, był jak schron, ale ten właśnie runął, zostawiając mnie zupełnie bezradną.

Daję sobie trochę czasu, aby się otrząsnąć z pierwszego szoku, a potem prostuję się i jak nawiedzona walę dłońmi w kierownicę.

– Kurwa! – wyrzucam z siebie.

Nie zliczę, ile razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Zawsze widziałam siebie jako silną i asertywną, nie wiotką i roztrzęsioną jak przed chwilą. Wyszło żenująco. Jestem kretynką, która zostawiła zakupy w markecie i uciekła przed swoim eks. Może ta terapia jednak jest mi potrzebna…

Para uchodzi ze mnie, a ogień mojej wściekłości niespiesznie dogasa. Już po kilku minutach mój oddech się uspokaja, a ramiona się odprężają. Za chwilę będę gotowa, żeby ruszyć dalej. Zerkam w lusterko i z ulgą stwierdzam, że na szczęście moja twarz nie oddaje szoku, jaki przeżyłam. Poprawiam włosy i nakładam błyszczyk na usta. Chcę zostawić za sobą tę żałosną scenę, wrócić do domu, zrzucić ubrania i wziąć cholernie długi, gorący prysznic.

Jeszcze raz na chwilę przymykam oczy, żeby zebrać się w sobie. Odpalam auto, ale wtedy dobiega mnie stukanie do okna. Aż podskakuję na fotelu.

– Co jest do… – mruczę do siebie z irytacją, gdy moje serce wali w piersi jak szalone.

Z niedowierzaniem zerkam w szybę od strony pasażera i widzę Devina z torbą pełną zakupów. Moich zakupów. Jedną ręką ściska torbę, a drugą wskazuje na okno, dając mi znak, żebym opuściła szybę. Patrzę na niego ze zdumieniem. Poważnie, Charlie?

Przyszedł tutaj, chociaż widział, że przed nim uciekłam. Co jest z nim nie tak? Nie znam drugiego człowieka, który byłby aż tak słaby w odczytywaniu sygnałów niewerbalnych. A może on je ignoruje?

Zrezygnowana, gaszę silnik, wywracam oczami i opuszczam szybę, bo zakładam, że typ tak łatwo nie da za wygraną.

– Twoje zakupy – mówi uprzejmym tonem.

Jakbym przypadkiem o nich zapomniała, a nie porzuciła ich i nie wybiegła ze sklepu w popłochu. Zakładam, że próbuje być miły, udawać, że nic się nie stało, że możemy zachowywać się jak dorośli. Nie jestem jednak pewna, czy ja tak potrafię.

– Nie musiałeś… – bąkam, żeby powiedzieć cokolwiek.

– Ale chciałem. – Posyła mi wymowne spojrzenie spod uniesionych brwi. – Mam je włożyć do bagażnika czy położyć tutaj? – Ruchem głowy wskazuje na miejsce pasażera.

Mrugam kilka razy, żeby dobrze przetworzyć okoliczności, w jakich się znalazłam. Nadeszła chwila, której wyczekiwałam, jednocześnie licząc, że może nigdy nie nastąpi. Cóż, poziom ambiwalencji moich uczuć wobec tego mężczyzny osiągnął zenit już jakiś czas temu. Dochodzę do wniosku, że konfrontacja i tak jest nieunikniona, więc może lepiej mieć ją za sobą, niż znowu trwać w zawieszeniu i dusić się we własnej skórze.

– W porządku – rzucam leniwie. – Możesz położyć je tutaj. – Wskazuję na fotel pasażera, a Charlie łapie za klamkę.

Patrzy na mnie tak, jakby znał mnie od zawsze, jakbyśmy byli sobie bliscy i nie dzieliły nas długie trzy lata rozłąki.

– Mogę? – pyta, pokazując palcem siedzenie.

Coś ściska mnie w środku na myśl, że tak łatwo mu to przychodzi. Ja jestem o krok od załamania się, za to on sprawia wrażenie tak cholernie opanowanego.

– Jasne – bąkam i wzruszam ramionami, wpatrując się w widok z przedniej szyby samochodu.

Serce wali mi jak szalone, ale kiedy zdaję sobie z tego sprawę, karcę się w myślach. Opanuj się, błaga mnie mój wewnętrzny głos, a ja całą swoją życiową energię koncentruję na tym, aby przebrnąć przez ten moment z godnością. Mężczyzna siada obok mnie i robi się jakoś dziwnie. Znajomo i nostalgicznie, a jednocześnie boleśnie. Jakby gość, na którego czekałam, w końcu się zjawił. Tylko czekałam tak długo, że wszystko zdążyło już ostygnąć i pozostał tylko przenikliwy chłód.

Charlie mruży oczy i składa usta w ten znajomy sposób, który wskazuje na to, że jednak jest spięty. Porusza nogą w miarowy rytm, ale kiedy zdaje sobie z tego sprawę, przestaje. Chyba też się denerwuje, chociaż jeszcze chwilę temu sprawiał wrażenie pewnego siebie. Zawsze tak miał. Nadrabiał hardością i arogancją. Tym razem jednak wydaje się inny. Jakby nie chciał się już obnosić ze swoją defensywną postawą. Może spokorniał, a może tylko udaje przede mną, żeby wzbudzić empatię.

– Co u ciebie słychać, Max? – pyta, a ja patrzę na niego z niedowierzaniem.

– Serio? – odpowiadam z nutką ironii.

Wkurza mnie to, jak bardzo Charlie próbuje udawać, że nic takiego się nie stało i możemy normalnie rozmawiać. Nie, nie możemy.

– Chciałbym wiedzieć… – mamrocze, a ja wywracam oczami i kręcę głową.

Nie zaszczycam go odpowiedzią, tylko wpatruję się w widok przed sobą. Nie dzieje się nic szczególnego, ale szukam wzrokiem czegokolwiek, co choćby na chwilę mogłoby odwrócić moją uwagę.

– Maxine – przywołuje mnie do siebie tym tonem, który kiedyś zwalał mnie z nóg i uwalniał motyle w brzuchu. Tyle że teraz zamiast motyli czuję miliony maleńkich igieł bezlitośnie wbijających się w moje wnętrze. – Chcę tylko porozmawiać – mówi stanowczym tonem.

– Znowu zaczynasz?! – podnoszę głos i obserwuję, jak mężczyzna obok mnie zaczyna tracić grunt pod nogami.

– Co zaczynam?

Między nami zapada cisza, którą najchętniej wypełniłabym krzykiem i płaczem, ale on zwyczajnie na to nie zasługuje. Oddycham więc głęboko i uśmiecham się ironicznie.

– Nieważne. – Zaplatam ręce na piersiach.

Złośliwa pamięć podsuwa mi wspomnienie tego dnia, gdy rozstaliśmy się na dworcu, a wtedy wściekłość rozlewa się po moim ciele. Nie licząc kilku maili, nie mieliśmy ze sobą kontaktu przez ostatnie lata, a teraz on staje przede mną z moimi głupimi zakupami i wpatruje się we mnie jak jakiś zakochany kundel. Co on sobie myśli? Że wszystko jest okej? Nie mam na to siły. Odsuwam od siebie wspomnienia i towarzyszącą im złość. Chcę mieć to z głowy, dlatego biorę się w garść. Lepiej od razu zmierzyć się z nieuniknionym. Zamienimy kilka zdań, będziemy udawać, że między nami wszystko jest w porządku, a potem każde z nas pójdzie w swoją stronę i będzie po wszystkim.

– Pytaj, o co chcesz – rzucam z udawaną obojętnością. Po jego minie wnioskuję, że sam już nie wie, co myśleć, ale ostatecznie podejmuje rozmowę.

– Mieszkasz tam, gdzie kiedyś?

– Yhm.

– Jakieś dzieci? Mąż? – wypowiada to ostatnie słowo z taką niechęcią, jakby z trudem przechodziło mu przez gardło.

– Mieszkam sama. To znaczy mam psa – poprawiam się w ekspresowym tempie i zerkam na niego, jak całe napięcie nagle z niego schodzi. To urocze, że czekał tylko na to, by usłyszeć, że nie ułożyłam sobie życia i nie założyłam rodziny… – Aha, no i mieszkam z Jordanem.

– Co u niego? – Charlie łapie się tego tematu, chcąc ukryć satysfakcję, która jeszcze przed chwilą malowała się na jego twarzy.

– Spytaj Jordana – fukam.

– Maxine… – Znów ten jego słodki ton, od którego aż mnie mdli.

– Możesz przestać?! – wybucham i od razu tego żałuję.

Znów dałam się podejść, pozwoliłam złości nade mną zapanować, a co najgorsze – okazałam słabość przy tym dupku. Atmosfera robi się nie do wytrzymania.

– Przepraszam – rzuca Charlie, a ja znów zaczynam sprawiać wrażenie osoby zrównoważonej, żebyśmy mogli dokończyć rozmowę.

Mężczyzna zaciska usta, jakby próbował zdusić emocje. Przechodzi mi przez myśl, że może on też walczy ze sobą, że wcale nie przychodzi mu to tak łatwo, jak początkowo mi się zdawało.

– A ty? Po co wróciłeś? Żeby z żoną i dziećmi osiedlić się na starych śmieciach? – pytam z cieniem ironii w głosie, ale prawda jest taka, że kiedy wypowiadam te słowa, mam wrażenie, jakby coś rozsadzało mnie od środka.

Charlie, żona i dzieci? Umrę, jeśli to prawda…

– Nie mam żony. Jestem sam – oznajmia bez emocji.

– To fajnie – wypalam, a on uśmiecha się półgębkiem.

Moja reakcja najwyraźniej wprawia go w rozbawienie. Przez chwilę robi się jakoś lżej, jakby najgorsze było już za nami. Charlie pociera dłonią policzek, na którym widać kilkudniowy zarost. Dokładnie taki, jaki lubię najbardziej. Chyba szykuje się na kolejne pytania, ale ja mam na dzisiaj dość. I tak dostał więcej, niż na to zasługiwał.

Przesuwa się na fotelu, ja odruchowo też się poruszam. Nagle w samochodzie zaczyna robić się zbyt ciasno i duszno.

– Może moglibyśmy kiedyś… – Wbija we mnie wzrok.

– Raczej nie – odburkuję oschle, nie dając mu dokończyć. – Na razie – spławiam go.

– Co? – pyta, jakby naprawdę niedosłyszał, a jego twarz wykrzywia dziwny grymas.

– Słyszałeś? Koniec na dzisiaj – mówię, a on zerka na mnie tak, jakby nie dowierzał.

Marszczy brwi, przez co poprzeczna zmarszczka na jego czole się pogłębia. Wreszcie dociera do niego mój przekaz.

– Okej – odpowiada.

Odwracam wzrok, żeby nie musieć dłużej na niego patrzeć, ale to nie ma znaczenia, bo i tak cały mój samochód pachnie teraz nim, Old Spice’em i lasem. Wyczuwam zapach sosen.

Charlie łapie za klamkę i już ma wychodzić, kiedy tym razem ja się odzywam.

– Aha… – Łapie moje spojrzenie z dziwnym błyskiem w oku, jakby miał na coś nadzieję. – Ile jestem ci winna?

– Za co? – pyta zbity z tropu, a ja wzrokiem wskazuję na zakupy. – Aaa… Nic – bąka.

– Nie chcę mieć u ciebie żadnych długów.

– Daj spokój, Max – rzuca smętnie.

– Jak chcesz. – Wzruszam ramionami. – To cześć.

– Do zobaczenia – odpowiada.

Oby nie prędko.

Redakcja: Aleksandra Juryszczak Korekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Małgorzata Bylica 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026

Druk i oprawa:Drukarnia Sowa

ISBN: 978-83-68657-38-8

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5