Czuj się pocałowana - Jessica Stanley - ebook + książka

Czuj się pocałowana ebook

Stanley Jessica

0,0
47,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czuj się pocałowana– CO SIĘ DZIEJE, GDY ZNAJDZIESZ MIŁOŚĆ, ALE ŻYCIE WCIĄŻ RZUCA CI KŁODY POD NOGI?

Ta historia zaczyna się w momencie, w którym wiele opowieści się kończy – Coralie ratuje uroczą czterolatkę, po czym na zabój i z wzajemnością zakochuje się w jej ojcu. „I żyli długo i szczęśliwie”? Nie do końca. Ich wspólne życie w Londynie bywa radosne i pełne rodzinnego ciepła, ale równie często frustrujące i wyczerpujące. Coralie ma na głowie dwie rodziny pracę w agencji reklamowej i przedłużający się remont. A rzeczywistość również nie daje chwili na oddech: brexit, pandemia, zmieniający się premierzy przy Downing Street. Wszystko to wpływa na Coralie i Adama. A także na ich związek.

Czuj się pocałowana to poruszająca powieść o miłości i codzienności. O tym, że nawet jeśli ludzie się kochają, to życie czasem ich przytłacza. O niełatwej sztuce bycia razem – nie tyle „na dobre i na złe”, ile „na co dzień”.

Coralie chciała urodzić dwójkę dzieci, zanim ukończy trzydzieści pięć lat. Adam zawsze marzył o dużej rodzinie. Ona najbardziej bała się bezdomności, ataku kwasem oraz gniewnych odgłosów – westchnień, cmoknięć, posapywań, pochrząkiwań – które zapowiadały nadchodzącą burę. On czuł lęk przed myszami, zaburzeniami erekcji i obojętnością, którą mógłby poczuć, widząc, że jego partnerka płacze. Oboje zgodnie stwierdzili, że o wszystkim muszą ze sobą rozmawiać. I byli przekonani, święcie przekonani, że zawsze tak będzie. – fragment książki

Nie chciałam, żeby się skończyła. – Liane Moriarty, autorkaWielkich kłamstewek

Urzekająca historia miłosna. – „The Guardian”

Zabawna i błyskotliwa, zapada w pamięć. – „The New York Times

Jessica Stanley– australijska powieściopisarka, która w 2011 roku przeprowadziła się do Londynu (z miłości). Pracowała jako dziennikarka, na planie serialu telewizyjnego „Sąsiedzi” i przy kampaniach polityków. Teraz jest copywriterką i specjalistką do spraw strategii w branży reklamowej. Pisanie „Czuj się pocałowana” było najbardziej fascynującą ze wszystkich prac, które wykonywała. Mieszka z mężem i trójką dzieci w Hackney, wschodniej części Londynu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Kitten, Boppy i Nonny,z miłością

2022

Pranie nie sprawiało problemu. Sprzątanie też jej nie przerastało. Przykryła łóżeczko córki letnią kołdrą, a na wierzch narzuciła ręcznie szytą kapę ozdobioną imieniem FLORENCE. Posadziła Kocika i skrzyżowała po turecku jego długie nogi, a czarne pluszowe ramiona rozchyliła jakby w gotowości do przytulasków. Ulubioną maskotką Maxiego był baranek; położyła go na boku w łóżeczku. Kolorowe magnesy wylądowały w jednym koszu, a klocki Duplo w drugim. Piętro wyżej zasłała łóżko Zory pościelą dopiero co zdjętą ze sznurka do suszenia bielizny – ciepłą i pachnącą słońcem. Jej zmęczony umysł przeprowadził inwentaryzację wszystkich źródeł szczęścia: dom, dzieci, Adam. Pod wieloma względami było to spełnienie jej marzeń.

Z Coralie coś było nie tak. To coś sprawiało, że czuła się odmieńcem – nie potrafiła być zakochana, a jednocześnie nie umiała żyć bez miłości. Kiedy nie kochała, była człowiekiem jedynie w połowie. A jeśli już kochała, to nie czuła się kompletna i spełniona. Podczas pakowania torby trzęsły jej się ręce. Matka, pisarka, pracownica, siostra, przyjaciółka, obywatelka, córka, (niby) żona. Gdyby mogła być tylko jedną z nich, może jakoś by to ogarnęła. Spróbowawszy być wszystkim naraz, doszła do wniosku, że nie nadaje się do żadnej z tych ról. Wieczorem w samym środku lata na dworze było jeszcze jasno – mewy szybowały wysoko i krzyczały. Tak bardzo go kochała, najbardziej na świecie. Ale kiedy Adam wróci do domu, jej już w nim nie będzie.

1.

2013

Wstał nowy marcowy dzień – niedziela podczas jednej z najchłodniejszych londyńskich zim, jakie odnotowano w ostatnich czasach, a Coralie Bower, kobieta w wieku dwudziestu dziewięciu i pół roku, może i była całkiem sama, ale z pewnością nie była nieszczęśliwa.

Którą z nadprzyrodzonych mocy wolałabyś mieć: niewidzialność czy zdolność latania? Takie pytanie zadał jej pierwszy i jedyny facet z portalu Guardian Soulmates, z którym umówiła się na randkę w Nando’s. (Agronom z Walthamstow, który twierdził, że jest „kontestatorem”, przyszedł ubrany w strój kolarski, jakby się wybierał na Tour de France, i wypytywał ją, czy w Australii są jakiekolwiek uniwersytety. Nigdy więcej). Odparła, że wybrałaby niewidzialność, i właśnie z tej mocy obecnie korzystała. Wystarczyło przeprowadzić się na drugi koniec świata.

Szła wzdłuż kanału, mijając rowery i spacerujące pary. Kiedy dotarła do Victoria Park, uprzytomniła sobie, że od rana nie wypowiedziała ani słowa. Odchrząknęła kilka razy, żeby rozruszać struny głosowe. Przećwiczyła w myślach zamówienie: „Poproszę jedną latte...”. Spróbowała na głos:

– Jedną latte.

Czy to głupie? No tak. Ale głupie! Cały weekend pisała, obłożona książkami i kartkami walającymi się po całym mieszkaniu, aż zapomniała, jak należy się zachowywać w miejscach publicznych. Było niewiarygodnie zimno – wyprowadzone przez swoich właścicieli na spacer charty angielskie trzęsły się nawet w dwóch wartwach ubranek. Jedynie myśl o kawie utrzymywała Coralie przy życiu.

Ubiegłej nocy w pubie na rogu ulic odbywała się głośna zabawa w pomieszczeniu, które przylegało do jej sypialni. Imprez zamkniętych widocznie nie obowiązywały oficjalne godziny otwarcia pubu, które dokładnie sprawdziła przed podpisaniem umowy najmu mieszkania na cały rok. Już kilka tygodni po przeprowadzce wysłała maila do właściciela ze skargą na hałas. Odpisał, że „przecież pub dało się zobaczyć gołym okiem”. Ponadto jego sąsiedztwo „zostało uwzględnione w czynszu”. Czynsz pochłaniał dokładnie czterdzieści trzy procent pensji Coralie. Zostało jej jeszcze sześć miesięcy najmu.

Sytuacja była daleka od ideału. (A raczej fatalna). Podczas sezonu hucznych imprez w okolicach Gwiazdki i karnawału Coralie nauczyła się jednak, że już lepiej w ogóle nie spać i zająć się czymś pożytecznym, niż leżeć na łóżku, nie mogąc zasnąć i kwestionując każdy ze swoich życiowych wyborów. Do północy zdążyła już rozwiesić pranie przy kaloryferze. Uporała się z korespondencją służbową, przygotowała na poniedziałek odpowiedzi na maile i umieściła je w folderze Wersje robocze. Wróciła też w końcu do wiadomości otrzymanej z miejsca, które pewnie powinna nazywać domem. Dostała ją od brata, który za wszelką cenę starał się unikać sformułowań mogących sugerować krytykę jej postępowania. Jego uprzejmy mail dawał do zrozumienia: „Nie martw się, wszystko w porządku, trzymaj się z daleka. Nikt cię tu nie chce ani nie potrzebuje”. Na co dzień Coralie zawodowo zarządzała emocjami innych ludzi. Nie podobało jej się, że Daniel próbuje odwrócić role. Dotknięta napisała, a potem usunęła kilka wersji odpowiedzi, lecz ostatecznie wzniosła się ponad to. Świetnie sobie radzisz z mamą – odpisała. – Mogłabym pójść o zakład, że jest szczęśliwa, mając Cię przy sobie. Proszę, informuj mnie o wszystkim na bieżąco. Prawda przedstawiała się tak, że ledwo mogła znieść myśli o tym, co tam się dzieje.

W kawiarni Pavilion wszystkie miejsca były zajęte. Ciepłe oddechy roześmianych przyjaciół i rodzin osiadały parą na oknach, a nawet na szklanej kopule wysoko nad głowami. („Poproszę jedną latte” wyszło jej gładko, chociaż musiała zaimprowizować dalszą niezobowiązującą wymianę zdań, bo barista okazał się miły i rozmowny). Wyszła z kawą na dwór, żeby ją wypić na brzegu jeziora. Wkrótce wiatr zmienił kierunek, a wraz z nim ustawił się pod innym kątem strumień wody w fontannie. Na chwilę ukazało się słońce, mgiełka rozbłysnęła kolorami tęczy. Coralie wsunęła rękę do kieszeni płaszcza po telefon. Tego rodzaju fotografie robiły furorę na jej raczkującym koncie na Instagramie oraz pełniły inną ważną funkcję – uspokajały jej przyjaciół w Australii, że nadal żyje.

– Tęcza – rozległ się męski głos. – Zora, popatrz, tęcza.

Jezioro, a w każdym razie jego fragment sąsiadujący z kawiarnią, otaczało niskie ogrodzenie z przecinających się żeliwnych półokręgów. Mała dziewczynka podjechała hulajnogą i uderzyła kołem w płotek.

– Tęcza!

Była słodka, miała półdługie włosy z grzywką oraz poważne ciemne oczy i grube brwi. Coralie podniosła głowę, żeby zerknąć na mężczyznę w godnym pozazdroszczenia, ciepłym wełnianym swetrze, szaliku i płaszczu. Zaskoczona przekonała się, że on też już od jakiegoś czasu intensywnie jej się przyglądał. Czyżby skądś się znali? Tyle że cały sens przyjazdu Coralie Bower do Londynu zawierał się w tym, że nie znała w tym mieście nikogo oprócz kolegów i koleżanek z biura.

– Tatuś, widzisz? Tam są małe kaczusie.

– Widzę je – odparł rozbawiony, a jego głos dobiegał z kierunku, który mógł sugerować, że nadal patrzy na Coralie, mimo że ta już się odwróciła i zatopiła w myślach, patrząc niewidzącym wzrokiem na wyświetlacz telefonu.

– Możesz mi taką kupić? Małą kaczusię?

– Kupię ci rogalika. Albo bułkę z rodzynkami. Może być?

– Ale ja nie chcę kaczusi do jedzenia – odparła dziewczynka.

Mężczyzna zaśmiał się i podniósł hulajnogę.

– Do czego więc jej potrzebujesz?

– Żeby ją kochać i się nią opiekować!

Ruszyli dalej – mężczyzna w jednej ręce niósł hulajnogę, a drugą podał dziewczynce.

Kiedy Coralie miała pięć albo sześć lat, kotka jej sąsiadki się okociła. Świeżo upieczona mama przyjmowała gości niczym królowa, leżąc na stercie ręczników w pralni, otoczona przez swoje dzieci, takie małe, że jeszcze nie otworzyły oczu. Gdyby Coralie wiedziała, że ujdzie jej to na sucho, przywłaszczyłaby sobie jedno z nich – mocno pragnęła mieć takie kociątko. Rozumiała, co dokładnie czuła ta mała dziewczynka z grzywką. Teraz patrzyła na kaczątka – bardzo puszyste, dopiero co wyklute. Na pewno wylęgły się za wcześnie, jeszcze było zbyt zimno. Nagle zawładnęło nią dziwne współczucie, chociaż kaczki pływały koło niej już dobre pięć minut, a ona przedtem nie zwróciła na nie uwagi.

Wtem dziewczynka wróciła – wsparła się o płotek otaczający jezioro. Coralie zerknęła na okna kawiarni i zdawało jej się, że za jednym z nich widzi tamtego mężczyznę, który zaśmiał się, odchylając głowę. Wiatr znów się zmienił, a ściana lodowatej mgiełki z fontanny ruszyła w ich stronę. Coralie podniosła rękę, żeby zasłonić twarz. Kiedy ją opuściła, dziewczynka leżała w wodzie twarzą do dołu. „Cholera jasna!”

Czy to była sytuacja awaryjna? Tak, sytuacja awaryjna. Coralie poczuła, że panika boleśnie wzbiera jej w gardle, ale niczym w koszmarze nie mogła krzyknąć ani wezwać pomocy. Mijały kolejne sekundy okropnej chwili grozy. Dlaczego ta mała leżała taka nieruchoma z płaszczykiem wzdętym dokoła jej ciała jak kamizelka ratunkowa? Coralie przeszła przez płot, zebrała się w sobie i wskoczyła do jeziora. Woda sięgała jej do pasa. Podniosła dziecko i przełożyła je przez przedramię. Uderzyła mocno pięścią w górną część pleców, między łopatkami. Dziewczynka zakaszlała, prychnęła i wrzasnęła oburzona:

– Aaa!

Coralie odwróciła się w stronę kawiarni. Z budynku zaczęli wychodzić ludzie – milczący, z otwartymi ustami. Brodząc w wodzie, pokonała kilka kroków dzielących ją od brzegu, wyciągnęła ręce i postawiła dziewczynkę za ogrodzeniem. Potem już nie miała powodu, by dalej stać po pas w lodowatej wodzie, a czuła, że wciąż przybywa nowych gapiów, którzy patrzą na nią jak na wariatkę. Przerażona zorientowała się, że jej telefon tkwi w kieszeni, zamoknięty. Trudno. Wdrapała się na kamienny brzeg, odzyskała równowagę i przeszła niezdarnym krokiem na suchy teren.

Mała była w takim szoku, że jej twarz zrobiła się kredowobiała. Coralie kucnęła i pogłaskała ją po plecach.

– Przyszłaś popatrzeć na kaczki?

Dziewczynka skinęła głową. Pod grzywką miała otarte czoło w miejscu, gdzie się uderzyła. Oczy zaszły jej łzami. Zaczęła płakać.

Otaczał je krąg ludzi. Jakaś kobieta zdjęła płaszcz i otuliła nim dziewczynkę. W szeptanych uwagach dochodzących z tłumu pobrzmiewały oskarżycielskie nuty, jakby ktoś – zapewne Coralie – zaniedbał swoje obowiązki, a teraz (gdy niebezpieczeństwo minęło) należało obarczyć kogoś winą.

– Pójdę po jej tatę – powiedziała Coralie, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

Kiedy jednak szła ociężale w mokrych dżinsach i butach w stronę kawiarni, w drzwiach stanął tamten mężczyzna z dużym kubkiem w jednej ręce i małym w drugiej. Zobaczywszy zbiegowisko nad wodą, szybko postawił kubki na ławce i podbiegł do dziewczynki.

– Zora!

Kucnął i wziął ją w ramiona. Ściskał ją tak mocno, że z płaszcza kapała na ziemię woda, jakby go wyżymał. Szeptał jej coś do ucha. Dziewczynka przycisnęła policzek do jego policzka. Przez chwilę mężczyzna znów skrzyżował spojrzenia z Coralie. Krąg gapiów zacieśniał się, sypały się propozycje swetrów, szalików, podwózki do domu. Mężczyzna i jego córka zniknęli z pola widzenia.

Coralie zaczęła się oddalać w kierunku domu, idąc na tyle normalnie, na ile to możliwe, żeby nikt nie zwracał na nią uwagi. Drżała z zimna, a w głowie miała gonitwę paranoicznych myśli o pasożytach żyjących w jeziorze. Coś się jednak zmieniło. Przestała być niewidzialna. Tamten mężczyzna naprawdę ją zobaczył, a ona zdecydowanie widziała jego.

*

„Kiedy nie jesteś w stanie pisać, znajdź sobie jakieś inne zajęcie” – tak radziła pewna autorka w podcaście, którego resztę Coralie już zapomniała. Tydzień po wypadku nad jeziorem cały weekend poświęciła porządkowaniu notatek do swojego projektu, zapisanych w mailach do samej siebie, na paragonach, na skrawkach papieru i w notesach. Czym właściwie miało być to, co pisała? (Pytała o to dyskretnie w mailu jej przyjaciółka z dzieciństwa, Elspeth). Nawet samej sobie nie umiała odpowiedzieć jasno na to pytanie. Czymś o oddaleniu się od domu, o przeszłości tak odległej, że stała się zamierzchłą historią, o przyszłości tutaj, nieznanej i niezbadanej, bez nikogo, kto przyglądałby się jej próbom – zapewne wiele razy nieudanym – przelewania słów na papier, gdzie miały pozostać utrwalone. Zapiski te nie dotyczyły autentycznych wydarzeń z jej życia ani prawdziwych osób – to nie był pamiętnik. Raczej coś w rodzaju: „Uczucia, których nie potrafię nazwać”. Albo: „Rzeczy, które robię, lecz nie umiem ich zrozumieć”. Wobec deficytu nowych zjawisk, które mogłyby stanowić pożywkę dla tych prób, zaczęła je wymyślać. To było coś nowego – to już przypominało rzeczywiste pisanie.

W niedzielę mimo wczesnego popołudnia było tak zimno i ciemno, że nie mogła się zdobyć na wyjście daleko na kawę. Zatrzasnęła drzwi mieszkania i poszła na drugą stronę ulicy, do Climpsons, małej kafejki z ławkami z surowych desek i ze smaczną kawą.

– Czy to ona? – usłyszała, składając zamówienie. – To ona!

To był mężczyzna z parku. Wstał ze swojego miejsca przy oknie.

– To ty!

Coralie pomachała do siedzącej koło niego dziewczynki.

– To ty!

Dziewczynka też do niej pomachała, huśtając nogami.

Mężczyzna podszedł. Przez chwilę nie była pewna, czy ją obejmie, uściśnie jej dłoń, czy może nawet – pomyślała przez jedną szaloną sekundę – pocałuje. Zdawało jej się, że brał pod uwagę każdą z tych możliwości. Stanął przed nią z rozłożonymi rękami. Dorównywał jej wzrostem (nie był wysoki). Przyglądali się sobie.

– Nie do wiary, że tak uciekłaś – wykrztusił w końcu.

– Nie uciekłam – odparła Coralie. – Raczej tak jakby... prysnęłam.

– Zora mi powiedziała, że to ty. – Zwrócił się do córki: – Prawda?

Zora, zajęta wyjadaniem cukru prosto z cukiernicy, nie zareagowała.

– Mmm – powiedział mężczyzna. – Pysznie i zdrowo!

Oboje się zaśmiali, a potem chwilę uśmiechali się w milczeniu.

– Czyli nic jej się nie stało?

– Zupełnie nic! Bałem się, że będzie miała traumę do końca życia, lęk przed kaczkami i wodą, ale żyje normalnie, bierze kąpiel jakby nigdy nic, kwacze... Ma się dobrze. Dzięki tobie. – Nagle spoważniał.

Coralie machnęła ręką.

– Daj spokój, to nic takiego. Nic się nie stało.

– Musiało ci być cholernie zimno.

Było jej strasznie zimno, musiała kupić nowy telefon, a porządny wełniany płaszcz nie nadawał się już do niczego, bo stracił fason i się zmechacił.

– Nie, no wiesz, ja po prostu wytwornie sobie... plusnęłam. Z zamiłowania, jak pan Darcy pluskający się w jeziorze.

– Ludzie często mi mówią, że wyglądam jak młody Colin Firth.

Pochylił się, żeby mogła przyjrzeć się jego twarzy i natychmiast potwierdzić w myślach, że to prawda, ale co miała zrobić? Przytaknąć?

– Colin Firth ma sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu.

(„W odróżnieniu od ciebie”, dodała w myślach, ale nie powiedziała tego głośno).

Zaśmiał się, w ogóle nieurażony.

– To ty napisałaś jego biografię w Wikipedii?

– Możliwe.

Coralie czekała na jego spostrzeżenie, że sama wygląda jak Lizzy Bennet, co w szkolnych latach było powszechnie znanym faktem i nawet przez jakiś czas uwielbiała to porównanie.

Tymczasem on znów spoważniał.

– Ale tak serio. Zachowałaś się bardzo odważnie i tak szybko zareagowałaś. To stłuczenie na czole wyglądało naprawdę paskudnie, mogła się utopić! Ze czterdzieści kobiet z psami ustawiło się w kolejce, żeby mi powiedzieć, co o mnie sądzą.

– Naprawdę nie rozumiem, jak to się stało. Była z jednej strony ogrodzenia, a w następnej chwili znalazła się w wodzie.

– Pewnie zrobiła fikołka przez płot, wiesz, coś w tym rodzaju... – Zaczął zginać się wpół.

– Tatuś! – krzyknęła Zora, zerkając ze swojego miejsca przy oknie. – Nie gadaj już o tym!

Mężczyzna zrobił przepraszającą minę. Popatrzył na Coralie i jakby zebrał się w sobie, wziął głębszy oddech, żeby ją o coś zapytać – ale o co? Nagle przeraziła się, że poprosi ją o opiekę nad dzieckiem. W Hackney roiło się od niań z Australii, które pchały przed sobą wózki Bugaboo i kupowały babyccino.

– Latte! – oznajmił głośno barista.

– Och, to moje.

Czy dosiadłaby się do nich? Domyślała się, że pewnie tak. Ale już trzymała w ręce kubek na wynos. Już szła w stronę drzwi. Za późno. Zresztą jej umysł był w kompletnej rozsypce i zostawiła swoje myśli w mieszkaniu. Pora wracać do pisania.

– Chodź, dosiądź się do nas – zaproponował mężczyzna.

– Ojej, nie mogę. Muszę... – Wskazała ruchem głowy na drzwi. – Przepraszam, dziękuję, miło było cię spotkać.

– Śnieg! – krzyknął ktoś.

– Śnieg, tatuś! Tatuś! Śnieg!

Coralie się obróciła. Wszyscy wyglądali na ulicę. Płatki śniegu spadały w jednostajnym tempie, każdy z nich zdawał się zawieszony w powietrzu. Śnieg! Coralie pchnęła drzwi kafejki. W połowie Broadway Market pożałowała, że wyszła. Co jej odbiło? Dokonała szalonego, perwersyjnego aktu samookaleczenia – odpuściła sobie sympatyczną rozmowę w przytulnej kafejce z niższym i młodszym bratem bliźniakiem Colina Firtha! Tyle że on był ojcem, miał córkę, a to znaczyło, że gdzieś jest też matka. Poza tym Coralie wyszła z wprawy, jeśli chodzi o miłe, niezobowiązujące rozmowy.

Pewnie wyglądała jak wariatka, stojąc niczym słup soli na środku drogi pośród śnieżycy. Czy on na nią patrzył? Tak, pomachał jej krótko na pożegnanie (może z żalem?). Coralie się uśmiechnęła. On też się uśmiechał. Kiedy otworzyła drzwi do mieszkania, odwróciła się, żeby zerknąć ostatni raz. Mężczyzna obejmował córkę, wspierając podbródek na jej głowie. Teraz Coralie pomachała pierwsza, a oni odwzajemnili ten gest.

*

Biuro huczało od rozmów, których temat przewodni stanowiło pytanie: „Macie już plany na Wielkanoc?”. Coralie zastanawiała się nad jakąś krótką wycieczką za miasto tylko po to, żeby też mieć o czym opowiedzieć. Od długiego czasu utrzymywała się jednak zła pogoda... Nawet rodowici Anglicy zgadzali się, że dawno nie było aż tak brzydko. Nie kusiła jej perspektywa tkwienia w pensjonacie, podczas gdy na dworze wciąż miałby padać śnieg z deszczem. W czwartek surowa, budząca respekt podszyty grozą dyrektorka kreatywna, Antoinette, nie przyszła do pracy. O wpół do czwartej Coralie i Stefan już wlewali w siebie tanie czerwone wino w pubie Coach and Horses.

We wrześniu, kiedy Coralie przeniosła się z Sydney do filii agencji w Londynie, nieoficjalnie przydzielono ją do dwuosobowego zespołu kreatywnego, którego drugim członkiem był Stefan. Polubili się i dobrze się dogadywali, ale przez kilka tygodni nie nawiązali bliższych relacji, dopóki pewnego dnia Stefan nie odkrył, że w nocy, gdy spał, jego chłopak wyprowadził się bez uprzedzenia. Marcus przestał odpowiadać na telefony i maile. Po upływie tygodnia Stefan wpadł w taką desperację, że zgłosił jego zaginięcie. Wtedy Marcus wysłał mu wiadomość: „Stefan, ja żyję”. „A ja nie” – szlochał Stefan przy biurku, podczas gdy Coralie szukała w bazie Psychology Today linków do artykułów o osobowości unikającej i toksycznym narcyzmie. Matka rezerwowała mu co chwila loty do domu rodzinnego w Norymberdze, on jednak w weekendy nie chciał w ogóle wychodzić z mieszkania, na wypadek gdyby Marcus zmienił zdanie. Zmizerniał tak, że pewnego dnia w drodze do pracy ktoś ustąpił mu miejsca w metrze. Stefan był tak osłabiony szokiem i żalem, że z wdzięcznością je zajął.

Analizowanie pod każdym kątem afery z Marcusem stało się fundamentem przyjaźni Coralie i Stefana. Po jakimś czasie Marcus równie nagle i znowu bez wyjaśnienia zapytał, czy może wrócić. Od tamtej pory Stefan był szczęśliwszy, a Coralie cieszyło jego szczęście, chociaż miała pewien problem z tym, jak szybko jej przyjaciel zmienił front, a ponadto – z egoistycznych powodów – żałowała, że kryzys, który ich połączył, tak nagle został zażegnany. Teraz nawet gdy rozmawiali o serialach w telewizji i obśmiewali swoich kolegów, dało się wyczuć, że cały czas ciągnie go niczym magnes do Marcusa, który wkrótce kończył zmianę w konkurencyjnej agencji w Soho.

Stefan – znów towarzyski, zalotny, już niecierpiący katuszy sercowych, bez cieni pod oczami, z jasnymi włosami, które odzyskały blask – pochylił się do niej.

– A tak w ogóle to prawda o szefie z Sydney? O Richardzie?

Już myślała, że udało jej się od tego odciąć.

– Krąży o nim wiele plotek. – Poczuła przypływ strachu. – Co konkretnie masz na myśli?

– To, że nazywa się Pickard... ale jeszcze nikt nie przerobił tego na Dick Pic?

– Dick Pic? Że niby fotka z kutasem? Nie! – Zaśmiała się tyleż z zaskoczeniem, co z ulgą. – Przynajmniej nikt nie powiedział mu tego prosto w oczy.

– Szkoda, zmarnowana okazja.

– To prawda – odparła Coralie. – Chociaż właściwie...

Ale w tej chwili wyświetlacz telefonu Stefana się rozjarzył i zwierzenia się skończyły.

Coralie nie skorzystała z jego zaproszenia na kolację oraz drinki z nim i Marcusem. Kiedy szła pieszo z Clerkenwell do domu, ciałem była w Londynie, ale jej myśli wróciły do rodzinnych stron i na nowo przeżywała swoją przeszłość, porażki, banicję, hańbę, a wszystko to porozkładane po całym mieszkaniu pod postacią notatek, szkiców i pytań. Jej dzieło nabierało kształtu. Przyspieszyła kroku, żeby wrócić do pisania.

Kiedy jednak dotarła do Broadway Market, okazało się, że w pubie po sąsiedzku znów odbywa się późna impreza. Ludzie wysypywali się na ulicę, wpadali sobie w ramiona i krzyczeli. W środku dudniła muzyka, przez wszystkich ignorowana, nikomu niesprawiająca przyjemności, rujnująca zdrowie psychiczne Coralie, jej sen oraz życie. Nastrój, który zdołała w sobie wykrzesać, zapał, którego nabrała, chęć wyrażenia siebie od razu poszarzały i rozwiały się jak chmura dymu z papierosa. Lubiła Londyn oraz swoje życie w tym mieście – wiedziała, że dopiero się zaczyna – i była pewna, że za jakiś czas stanie się głębsze, bogatsze. Ale stojąc w swoim mikroskopijnym mieszkaniu i słuchając piosenek śpiewanych przez obcych ludzi, czuła to bardzo wyraźnie: równie dobrze mogła zniknąć na miejscu – po prostu wyparować. I nikogo by to naprawdę nie obeszło.

*

Nazajutrz wstała późno i doszła do wniosku, że straciła kontakt z własną kreatywnością. Ugotowała zupę z soczewicy na lunch. Zasypała zlew w kuchni sodą oczyszczoną, po czym szorowała go, dopóki nie zaczął lśnić. Zdjęła i odkurzyła kratkę wentylatora w swojej łazience bez okna. Ułożyła papiery w równe sterty. Po południu już czuła się wyczerpana, głodna i zdołowana przez głos wewnętrzny, który krytykował ją – nie bez racji – że zmarnowała cały dzień. Wsunęła dziennik do torby, wyszła na zastawioną straganami ulicę i zamówiła rybę z frytkami w The Dove.

Nie chciała jeść w zatłoczonej głównej sali, więc podeszła z winem w ręce do mniejszych, odosobnionych stolików pod ścianą. Przy jednym z nich, zasłanym gazetami, siedział on. Tamten mężczyzna.

Czuła, że w panującym w pubie zgiełku i ścisku może mu się przez chwilę bezpiecznie przyjrzeć. Nad jeziorem onieśmielała ją bezpośredniość, z jaką ją obserwował. W Climpsons, a dokładniej nieco później, w zaciszu swojego mieszkania, rozwodziła się w mailu do Elspeth nad jego brązowymi oczami, brązowymi włosami i uśmiechem. Spuścił wzrok, bo przeglądał gazety, więc mogła na niego popatrzeć z profilu. Miał duży nos i ładny kwadratowy podbródek. Czy to nie podobne cechy tak zawróciły w głowie Sylvii Plath, że ugryzła Teda Hughesa w policzek? Kieliszek zakołysał się w jej dłoni. Wycofała się za ścianę.

W głębi pubu, w pobliżu toalet było zbyt ciasno i ciemno, żeby wyjąć notes i pisać. Na sąsiedniej ławce siedział charcik włoski wpatrzony smętnie w jej talerz. Wpisała w wyszukiwarkę w telefonie: „Czy psy mogą jeść rybę i frytki?”. „Psy karmione jedzeniem przeznaczonym dla ludzi, takim jak ryba z frytkami, mogą nie mieć zapewnionych czterdziestu jeden niezbędnych składników odżywczych wymaganych dla ich optymalnego zdrowia”. Dokładnie czterdziestu jeden? Coralie musiała z zawodowego punktu widzenia pochwalić producenta karmy dla zwierząt, który za pomocą takiego niepopartego źródłami „faktu” dodał wagi swojej mało konkretnej poradzie.

– Przepraszam, nie mogę. Nie gniewaj się na mnie – powiedziała do charcika.

Ten odwrócił się od niej i wsparł drobny pysk na kolanach właściciela.

– Łamiesz psu serce – doszedł ją głos jakiegoś mężczyzny. Tego mężczyzny. – Czy to prawda, że Colin Firth ma dwa metry wzrostu?

– Metr osiemdziesiąt siedem – odparła. – I bardzo przepraszam, ale Elspeth, moja najlepsza przyjaciółka ze szkolnych czasów, była już dość wysoka, kiedy po raz pierwszy oglądałyśmy Dumę i uprzedzenie. Dlatego dokładnie to sprawdziłyśmy.

– Żeby ustalić, czy pasowaliby do siebie?

Coralie potwierdziła skinieniem głowy.

– Właściwie jestem o ponad centymetr wyższy od przeciętnego Brytyjczyka – powiedział mężczyzna. – A ponadto mam na pięterku naprawdę fajny stolik.

Coralie się zaśmiała.

– Mówię to na wypadek, gdyby twoja przyjaciółka ze szkolnych czasów chciała się do mnie dosiąść.

Coralie znów się zaśmiała.

– Nie, oczywiście chodziło mi o to, że gdybyś ty chciała się dosiąść...

Chciała.

*

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginałuCONSIDER YOURSELF KISSED

Przygotowanie okładki do drukuKarolina Żelazińska-Sobiech

Projekt okładkiCeara Elliot

Ilustracje na okładceGetty Images & Shutterstock

Redaktor prowadzącaMonika Koch

RedakcjaAleksandra Kubis

KorektaTeresa Zielińska, Monika Pruska

Copyright © Jessica Stanley, 2025 This translation published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC. All rights reserved. Copyright © for the Polish translation by Maciej Potulny, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026

Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.

ISBN 978-83-8360-332-2

Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.