Cztery pory śmierci - Olga Warykowska - ebook + audiobook

Cztery pory śmierci ebook

Olga Warykowska

4,0

Opis

Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Nic bardziej mylnego...

Podczas premierowego koncertu „Czterech Pór Roku” Antonio Vivaldiego w Filharmonii Wrocławskiej główny skrzypek - solista pada martwy na ziemię. Policyjne śledztwo nie trwa długo i kończy się osadzeniem w areszcie niewinnej osoby. Wtedy do akcji wkracza on – Amadeusz Wagner, nieśmiały, otyły flecista, który myśli przede wszystkim za pomocą swojego żołądka. Z zaskoczeniem stwierdza, że w roli detektywa czuje się jak ryba w wodzie. Już wkrótce uda mu się odnaleźć trop prowadzący do rozwikłania zagadkowej śmierci skrzypka, a niedostępny i mroczny świat artystycznych intryg stanie przed nim otworem...

Oto zaskakujący kryminał kulinarno-muzyczny, który przyprawi was o dreszcze i... burczenie w brzuchu!

Wszyscy wydawali się rozkojarzeni. Każdy grał inaczej, jakby na coś czekając. Na oklaski? Musiał się skupić. Może inni odwalają fuszerkę, ale on nie zamierzał.

Amadeusz zdążył zagrać kawałek allegro, kiedy usłyszał, że coś jest nie tak. Krzyżczak grał swoją solówkę, ale coraz bardziej zwalniał, aż w końcu przestał grać i popatrzył na zaskoczoną publiczność. Westchnął głęboko.

– Nienawidzę Vivaldiego.

I padł nieżywy na scenę.

Olga Warykowska – urodziła się we Wrocławiu, gdzie ukończyła studia z zakresu polityki regionalnej Unii Europejskiej. Pracowała jako producent muzyczny i teatralny dla Narodowego Forum Muzyki, Teatru Polskiego we Wrocławiu oraz Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Zrealizowała ponad 90 produkcji kulturalnych w Polsce i za granicą. Dwa spektakle teatralne jej autorstwa zostały wystawione na deskach Teatru Polskiego oraz Teatru Derywacji. Pasjonuje się zarówno filmem okresu przed i międzywojennego, jak i brytyjską Regency Erą. W wolnym czasie uwielbia pisać krótkie formy sceniczne i piosenki, jeździć na rowerze oraz oglądać musicale na West Endzie.

facebook fanpage: Olga Warykowska

Instagram: olga.warykowska

strona internetowa: olgawarykowska.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 172

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1.

Wiosna to nie jest dobra pora roku, szczególnie dla muzyka. Tak… korpulentny mężczyzna opadł ciężko na ławkę przed filharmonią i wypuścił z siebie powietrze. Tak. Zdecydowanie. Amadeusz Wagner nienawidził wiosny. Nienawidził pączków kwiatów, zwierząt i tego gorąca, od którego puchły mu palce. A palce były dla niego najważniejsze, ponieważ:

dzięki nim jedzenie trafiało do ust,

dzięki nim miał z czego zlizywać lukier i tłuszcz,

dzięki nim zarabiał.

Amadeusz Wagner spojrzał na szarawy budynek filharmonii. Małe, niedopasowane do otoczenia szkaradztwo, z którego ktoś na siłę chciał zrobić świątynię dumania i smakowania muzyki. Od ponad miesiąca pracował jako flecista w orkiestrze i nigdy nie czuł się bardziej zmęczony. Nikt nie szanował flecistów. Na flecie mógł grać każdy – od przedszkolaka po emeryta. Tak rozumowali wszyscy i jeszcze nie spotkał nikogo, kto myślałby inaczej. Ten, kto wybierał flet, szedł po linii najmniejszego oporu. Najprostszy kawałek drewna. Wagner zerknął na swoje pogrubiałe palce. Pot spływał mu z czoła, a brzuch burczał z głodu. Niektórzy mówili mu, że powinien schudnąć, ale jak tu schudnąć, skoro cały czas chodzi się głodnym? Ma umrzeć z niedojedzenia? Mężczyzna pokręcił nerwowo głową i zacisnął pięść.

– Serwus, Flecik! – Amadeusz podniósł głowę i zobaczył największą muzyczną gwiazdę filharmonii tego i przyszłego sezonu. Główny skrzypek, a jednocześnie koncertmistrz, Grzegorz Krzyżczak, szedł ku niemu powolnym krokiem pewnego siebie człowieka. Swoje długie włosy związał w warkocz, który dyndał mu przy każdym ruchu. Jak bardzo Amadeusz nienawidził tego warkocza! Przypominał mu wahadło Foucaulta, od którego nie ma ucieczki. Z prawa na lewo, z prawa na lewo… Hipnotyzował i przerażał. Zdarzało się, że ten warkocz śnił mu się po nocach i budził się wtedy cały zlany potem. Mężczyzna był tak dziwny, że nikt nie miał dla niego żadnego przezwiska.

– Witaj, Grzegorzu – powiedział, jąkając się. Byle nie patrzeć mu w oczy, powtarzał sobie. To był klucz, aby przeżyć.

– Dla ciebie pan Krzyżczak, Flecik. – Skrzypek usiadł nonszalancko na ławce obok Amadeusza. Emanował pewnością siebie, której Wagnerowi brakowało. – Dlaczego jesteś smutny? Zamknęli Starą Pączkarnię? A może skończyła ci się czekolada?

– Bardzo śmieszne – westchnął. Był całkowicie świadomy swojej tuszy i nie potrzebował komentarzy innych, żeby o tym pamiętać.

– Widziałeś nowy program na ten miesiąc? Znowu wydrukowali moje nazwisko mniejszą czcionką! Nie może być tak, że nazwisko gwiazdy wieczoru jest napisane taką samą czcionką, co inne! Przecież to żart! Skąd ludzie mają wiedzieć, komu zawdzięczają najlepszy koncert swojego życia? Będę musiał porozmawiać z edytorami. – Amadeusz zerknął z grymasem na Krzyżczaka. Nie lubił go, odkąd zaczął pracować w filharmonii. Pewny siebie bubek, z pretensjami do wszystkich i o wszystko, był na ostatnim miejscu osób, z którymi mógłby się zaprzyjaźnić. A było ich niewiele…

W orkiestrze nie ma przyjaciół. Każdy czyha na twoje miejsce albo czeka, żeby zwolniło się dla kogoś innego. Kogoś, kogo będzie można albo przeciągnąć na swoją stronę i nim rządzić, albo zwolnić. Jedyną harmonię między muzykami było słychać podczas grania, ale też nie zawsze. Wszystko zależało od dyrygenta – jak bardzo potrafił ukrócić ambicje i egocentryzm muzyków, żeby stopili się w jedną całość. Z Krzyżczakiem nigdy się to nie udawało.

– Widziałem.

– Za słabo cię słychać w tych fletach. Gdyby nie twoja… figura, to bym nawet nie wiedział, że tam jesteś. Mógłbyś trochę schudnąć, by the way. Ostatnio słyszałem, jak techniczni marudzili, że wyginasz im nogi od krzeseł. Od samego siadania.

– No, cóż. – Amadeusz wiedział, że z takimi typkami, jak Krzyżczak, nie warto się wdawać w dyskusje, bo nigdy nic dobrego z nich nie wynikało.

– A ten cały dyrygent… pożal się Boże, co za oferma! Czy on nie słyszy, jak kontrabasy się spóźniają? Przecież każdy laik od razu to usłyszy, nawet flecista. – Krzyżczak chuchnął w jego stronę i Wagner poczuł zapach pizzy i czosnku. Skrzypek musiał wracać z pizzerii. Oblizał się w duchu. Cztery sery, pepperoni i oliwki…

– Owszem. – Zacisnął palce w pięści i starał się uspokoić tętno. Ostatnio czytał, że puls jest bardzo ważny u osób otyłych, ponieważ… no właśnie… zapomniał. – Ja lubię Rubina Diamenta.

– Rubin Diament?! Jan Kowal, a nie Rubin Diament. Zachciało mu się zmienić nazwisko, żeby zrobić karierę międzynarodową. Marzył indyk o niedzieli, a w piątek łeb mu ścięli.

– W sobotę – poprawił go. Ty z kolei nigdy nie zrobisz kariery międzynarodowej, jeśli dalej będziesz się tytułować: Grzegorz Krzyżczak, pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.

– Ty nie bądź taki do przodu, bo ci fletu zabraknie. – Skrzypek zarechotał i wstał z werwą. Swój warkocz przewrócił przez ramię, tak że Amadeusz miał okazję widzieć, jak jego włosy związane są rzemykiem. – Ciao, Flecik. – Machnął mu głową na pożegnanie i śmiejąc się z własnych myśli, wszedł do budynku filharmonii.

– Bubek – westchnął. Na nic innego nie było go stać. Miał ochotę na pączka. A do Starej Pączkarni był kawałek… jaka szkoda, że nie robili dowozów. Wagner westchnął i sapiąc, udał się w stronę najbliższej Żabki. Miał nadzieję, że dzieciarnia ze szkół nie wykupiła wszystkich słodkich bułek, bo bez nich nie był w stanie funkcjonować.

* * *

Siedem pączków i dwie drożdżówki później poczuł, jak żołądek się uspokaja, a jego tętno zwalnia. Nic nie relaksowało go tak bardzo jak pączki. Najbardziej lubił te z karmelem, różą, truskawką i bitą śmietaną. Nie przepadał za to za nadzieniem morelowym i brzoskwiniowym. Nie wiedział dlaczego – będzie musiał zapytać mamusi, czy to nie ma przypadkiem jakiegoś związku z traumą z dzieciństwa. Ale z drugiej strony, nie ma problemu z sernikiem brzoskwiniowym polanym lukrem, z bitą śmietaną, posypanym wiórkami czekoladowymi. Na ciepło. Z gałką lodów. Już miał zawrócić z drogi i pójść do cukierni, kiedy przypomniał sobie, że musi zdążyć na próbę. A musiał iść na próbę, żeby zarabiać pieniądze, aby móc je wydawać na pączki. Błędne koło. Westchnął i krokiem dziecka, które musi iść na lekcje, poczłapał do pracy.

Przy wejściu do filharmonii zobaczył panią Martę – małą, pulchną blondynkę o brązowych oczach, która z zapałem wieszała kartkę na drzwiach.

– Dzień dobry, pani Marto. – Amadeusz zarumienił się lekko na jej widok. Od kiedy tylko zaczął pracę, od razu ją polubił. Może dlatego, że była jedyną osobą w filharmonii, która mówiła dokładnie to, co myśli. A może dlatego, że wyglądała tak apetycznie? Jak kremówka…

– Dzień dobry, panie Wagner. – Pani Marta znała wszystkich z imienia i nazwiska. Był to bardzo rzadki dar, który szczególnie sobie cenił. Pomimo tego, że nazywał się, jak się nazywał – Amadeusz Wagner – ludzie mieli problem z zapamiętaniem jego imienia i nazwiska. Często nazywali go Arkadiusz lub Anastazy.

– Dyrektor zarządził nowe godziny prób. – Amadeusz zerknął na kartkę, którą dopiero co powiesiła Marta.

– Czternasta trzydzieści? Przecież miała być o piętnastej trzydzieści!

– Ale się zmieniło. – Pani Marta, sekretarka dyrektora, uderzyła w szybę i krytycznie spojrzała na krzywo przyklejoną kartkę. Widział w niej konflikt wewnętrzny.

– Czyli…

– Czyli jest pan już spóźniony. Bardzo nieprofesjonalnie, panie Wagner. Bardzo nieprofesjonalnie.

– Kiedy ja… – Flecista próbował wyminąć panią Martę i przejść przez drzwi, jednakże ta uparcie tarasowała wejście.

– Ma pan lukier na ustach, panie Wagner. Wysoce nieprofesjonalnie jak na muzyka. Wysoce nieprofesjonalnie.

– Czy ja mógłbym… – Starał się ją wyminąć, jednakże nieskutecznie.

– Co mógłby pan? Pośpieszyć się na próbę?

– Tak – wystękał zaczerwieniony. Zaczęło mu burczeć w brzuchu. Marta spojrzała na niego z przekąsem i z czymś jeszcze w swoich pięknych, brązowych oczach.

– To co panu staje na drodze?

– Pani – wyszeptał już podenerwowany i zrobił się karmazynowy na twarzy.

– Wystarczyłoby magiczne słowo, panie Wagner. Magiczne słowo. – Pani Marta odsunęła się od drzwi, przepuszczając sapiącego Amadeusza. – Magiczne słowo – rzuciła jeszcze w jego kierunku i wróciła myślami do krzywo przyklejonej kartki.

* * *

Zawsze, kiedy Amadeusz Wagner starał się cicho wchodzić na scenę, po drodze zahaczał o kotły i kontrabas. Tak było też i tym razem – przewrócił kontrabas i trąbkę, zanim usiadł na swoim miejscu obok Karoliny, drugiej flecistki w orkiestrze. Była od niego starsza i bardziej doświadczona, ale zamiast ubierać się zgodnie ze swoim wiekiem, starała się wyglądać jak szóstoklasistka – włosy plotła w warkocze, używała kolorowych wstążek oraz zapinek w kształcie truskawki lub różowego pudelka. Do tego zawsze miała spódnicę do połowy ud, rajstopy oraz lakierki.

– Gdzie byłeś? – wyszeptała Karolina, szybko podając mu jego futerał na flet. Znowu zostawił go po próbie. Pierwsze trzy razy, kiedy to się zdarzyło, koledzy z orkiestry robili mu psikusy, żeby nauczyć go, że filharmonia to nie obora – nie zostawia się tu instrumentów. Jeszcze się tego nie nauczył. Zawsze, gdy już miał brać futerał do ręki, jego myśli sunęły ku apetycznym schabom polanym sosem grzybowym z ziemniaczkami prosto z piekarnika i tracił głowę.

– Właśnie, szanowny panie Wagner. – Usłyszał donośny baryton. – Dziękujemy, że raczył pan zaszczycić nas swoją presence, ale jest pan spóźniony. – Amadeusz podniósł zawstydzony głowę i zaczerwienił się pod drwiącym spojrzeniem dyrygenta Rubina Diamenta. Jak wcześniej wspominał Krzyżczak, Diament był Polakiem z krwi i kości, z dziada pradziada, ale uznał, że z nazwiskiem Kowal i imieniem Jan nie zrobi wielkiej kariery, więc przyjął pseudonim artystyczny, który miał określać, cytując: „jest nietypowy niczym rubin oraz nieskazitelny jak diament”. Blond włosy zafarbował na czarno, a zawsze rano i wieczorem zakręcał je na papiloty. Tak przynajmniej twierdziła Karolina. Oprócz tego, co miesiąc zmieniał akcent, w zależności od kraju, z którego akurat wrócił. Tym razem padło na Francję.

– La flute i tyle zachodu. O que? – To po hiszpańsku. – Zachichotała Karolina. Amadeusz powstrzymał swoje usta, które chciały się uśmiechnąć. Już i tak miał przechlapane, więc lepiej nie dolewać oliwy do ognia.

– Gdy pan już będzie łaskawie ready, to czy mogę zaczynać?

– Przepraszam. – Wagner wyciągnął flet z futerału i przygotował się. Przy okazji poczuł, że coś lepkiego klei mu się do instrumentu. Kolejny żart kolegów? Nie, przypomniał sobie. Lukier… jęknął w duchu.

– Jeszcze jedno. – Grzegorz Krzyżczak wstał, złowieszczo kołysząc warkoczem. – Kiedy gram moje solo, to ma nie być żadnych odgłosów. Myślicie, że nie słyszę waszych westchnięć? Wiem, że jestem genialny, ale powstrzymajcie się z zachwytami na potem. O, i altówki fałszują. – W świetle reflektorów Krzyżczak wyglądał tak, jakby dopiero co wyleczył się z gruźlicy. Wagner nie miał w sobie tyle złośliwości, żeby mu jej życzyć. Może jest zmęczony?

– Merci, panie Krzyżczak. – Rubin był zirytowany, ale nie dawał po sobie tego poznać. – Niech pan siada. Możemy commencer?

– Jestem gotowy. – Skrzypek zasiadł z przodu sceny i teatralnie wyciągnął swoje skrzypce. Ubezpieczył je ostatnio na milion złotych. Tak się przynajmniej wszystkim chwalił. Czyżby liczył, że ktoś mu je ukradnie?

– To ruszamy! – Rubin wyciągnął batutę obsadzaną sztucznymi diamentami oraz rubinami i podniósł ręce do góry. Większość orkiestry zamarła, a reszta bezceremonialnie wyjęła gumę z ust i przykleiła do swoich pulpitów.

Cztery pory roku Vivaldiego. Żaden z muzyków nie wiedział, dlaczego Diament zadecydował się na ten właśnie utwór. Był tak bardzo ograny, tak bardzo znany, że nie dało się z tego zrobić niczego nowego, niczego ciekawego. Dało się go jedynie dobrze zagrać. A ta orkiestra nie była w stanie tego zrobić. Za dużo indywidualistów, za mało jedności w muzyce. Każdy chciał się popisać. Altówki grały za głośno, kontrabasy dodawały swoje interpretacje, a dyrygent machał batutą na prawo i lewo, kompletnie zmieniając tempo, do którego i tak nikt się nie stosował. Vivaldi płakał już zapewne wielokrotnie, słuchając zza grobu licznych wykonań swoich utworów, ale przy tym to raczej strzeliłby sobie od razu w łeb. Fletów rzeczywiście nie było słychać. Gdy doszło do solówki Krzyżczaka, jeden z wiolonczelistów kichnął.

– Co to ma być?! – Krzyżczak rzucił smyczkiem w biednego wiolonczelistę, trafiając go prosto w oko. – Ja gram solówkę! – krzyknął, opluwając innych skrzypków.

– Calmez-vous, panie Krzyżczak. – Rubin Diament poprawił czarne okulary i niezadowolony skrzyżował ręce. Dyrygent powinien zapanować nad orkiestrą, a oni powinni go szanować i się go bać. A jego nikt się nie bał.

– Jakie tam „kalme wu”! Łeb mi pęka od waszej amatorszczyzny! Idę się napić! – kopnął w statyw, z którego posypały się nuty.

– Mamy jeszcze próbę!

– Mam to gdzieś! – Krzyżczak machnął swoim warkoczem i zszedł wściekły ze sceny.

– Bravo tutti. Straciliśmy naszą gwiazdę. Próba jest off. – Dyrygent również zszedł ze sceny, mamrocząc coś pod nosem. Karolina zerknęła na Amadeusza.

– Jutro koncert. Co zrobimy? Rubinowi nie oberwie się tak samo jak nam. Imbecyl nas zamorduje. – Karolina wyglądała niewinnie, ale pod warstwą delikatnej dziewczynki w sile wieku, kryła się żądna plotek kobieta, która uwielbiała, gdy coś się działo. Czasami Amadeusz wyobrażał sobie, jak jej uszy powiększają się i wyłapują każdą plotkę w odległości kilometra. Nie śmieszyło go to zbytnio.

– Imbecyl nic nam nie zrobi. – Amadeusz westchnął. Dyrektor filharmonii Immanuel Becal, przez wszystkich pieszczotliwie nazywany Imbecylem, był chodzącą porażką. Zwykle chował się w swoim gabinecie lub uciekał przed ludźmi po całym budynku, ponieważ nie lubił konfrontacji. Od Karoliny usłyszał, że dyrektorem został tylko dzięki swojej żonie, wicedyrektor do spraw kultury w ministerstwie. Jak to wszystko działało, skoro dyrektora nigdy nie było? Nikt nie wiedział.

– Racja, racja. Właśnie uciekł z widowni. – Karolina wskazała palcem na otwierające się w oddali drzwi i kawałek siwych włosów Imbecyla. – Co za tępak.

– To w takim razie… koniec próby? – Odłożył flet do futerału.

– No, ba. – Wagner zobaczył, że większość muzyków już spakowała swoje instrumenty i śmiejąc się, schodziła ze sceny. Kiedy obrócił się w stronę Karoliny, ta już wstawała z futerałem w jednej ręce i z płaszczem w drugiej. – To narka.

– Cześć. – Po chwili Amadeusz został sam na scenie wraz ze swoim ubrudzonym lukrem fletem. Pochodził ze wsi i czasami nie wiedział, jak się zachować. Teraz też nie był w stanie odejść jak reszta. Z wysiłkiem wstał i poprawił swoją partyturę na stojaku. Następnie podszedł i zebrał rozrzucone wcześniej przez Krzyżczaka nuty. Wśród nich leżały jego długie, pojedyncze włosy. – Ohyda. – Wzdrygnął się i upewniwszy, że nikt go nie widzi, zepchnął nogą włosy ze sceny na podłogę. Tym zajmie się już ekipa sprzątająca. Zgłodniał, a burczenie w brzuchu tylko upewniło go w przekonaniu, że powinien iść na pizzę. Albo pizze.

***

Przy wyjściu znowu spotkał Martę.

– Panie Wagner, długo pan tam siedział. Bardzo długo.

– Sprzątałem. – Zarumienił się. Jej czerwone paz-nokcie przypominały mu sos do jego ulubionej pizzy. Może powinien ją zaprosić na pizzę? Albo pizze? A może Marta jest na diecie? Może zaproponować jej sok? Albo lody? Cokolwiek? Spanikował.

– Nie wiem, czy pana pochwalić, czy zganić, więc proszę uznać, że zrobiłam i jedno, i drugie w imieniu dyrektora.

– Oczywiście.

Marta jednym ruchem ściągnęła kartkę z informacją o zmianie godziny prób.

– Czy widział pan dyrektora? – Zgniotła kartkę w kulkę.

– Chyba był na widowni. – Przypomniał sobie sylwetkę umykającą po nieudanej próbie.

– To w takim razie teraz musi siedzieć gdzieś w garderobie. – Kartka wylądowała w koszu na śmieci, którego nikt nie opróżniał od tygodnia, więc zaczął już śmierdzieć. – Dziecko, nie dyrektor. Dziecko, nie dyrektor. – Spojrzała zaniepokojona na Amadeusza. – Nie słyszał pan tego ode mnie.

– Oczywiście, że nie. Jak to możliwe, że Imbecyl…

– Panie Wagner, trochę szacunku dla dyrektora. – Marta mlasnęła niezadowolona.

– Przepraszam… – zmitygował się. – Ale jak to możliwe, że kieruje już dziesięć lat filharmonią? Przecież jest stale nieobecny… W orkiestrze mówią, że jak ktoś go zobaczy, to będzie miał szczęście przez cały tydzień.

– Jak? A, tak. Ja robię wszystko za niego, on tylko podpisuje papierki. A już ostatnio i tego się boi, więc musiałam wyrobić pieczątki z jego podpisem, bo inaczej nic nie byłoby załatwione. Co za nieporadny człowiek. A gdyby pan widział jego żonę!

– Domyślam się, że jest heterą? – W jego mniemaniu tak to funkcjonowało, że za zastraszonym mężczyzną zawsze stała twarda kobieta.

– I to jaką! Przychodzi tu czasami i ma pretensje o długi, w których tonie instytucja. O Boże, co ja wygaduję. Jakie długi? Nie ma żadnych długów. Wszystko jest idealnie, tak jak zawsze było. To przez to zmęczenie. – Marta poklepała się po głowie i uszczypnęła w policzki. Jej brązowe oczy zwilgotniały. – To przez to, że coraz więcej jest na mojej głowie. I nikt mi nie pomaga. I żadnej podwyżki. Nie wiem, jak długo tak jeszcze wytrzymam.

– A nie chce pani odejść?

– Żeby to było takie proste… – westchnęła.

– Dobrze słyszałam, że toniemy w długach? – Ni stąd, ni zowąd pojawiła się Karolina z futerałem. Amadeusz zamrugał kilkakrotnie zaskoczony. Był pewien, że już dawno wyszła. Dlaczego została? Miał wrażenie, że gdzieś na schodach mignęła mu czyjaś stopa. Czyżby Imbecyl też przysłuchiwał się rozmowie? A może jeszcze ktoś inny?

– Nic takiego nie powiedziałam – żachnęła się zaczerwieniona Marta.

– Ależ oczywiście, że nie. O jakiej kwocie mówimy? Miliony? Miliardy? Biliony? Jak bardzo jest źle? Ale dostanę wypłatę, prawda?

– To jest tajna informacja.

– Tajne znaczy powszechne. Chyba Krysia z księgowości będzie wiedzieć. – Karolina klasnęła w ręce i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

– Co za cholera. Nie znoszę jej. – Twarz Marty wykrzywiła się nieprzyjemnie. Amadeusz wzdrygnął się mimowolnie. Po chwili rozpogodziła się jednak. – Gdy pracuje się z artystami, trzeba się przyzwyczaić, że pracuje się z dziećmi. Niektórzy nigdy nie dorastają. Nie warto się nawet denerwować.

– Nie warto. – Gdy tak na nią patrzył, przypomniało mu się, że jest głodny. Przeraźliwie głodny. No już, Amadeusz… zaproś ją na kawę. Albo herbatę. Albo wodę. Albo się jej oświadcz.

– A tak nawiasem mówiąc… – Marta przerwała jego monolog wewnętrzny. – Pani dyrektor od finansów chciałaby pana widzieć w swoim gabinecie. Życzę miłego dnia, panie Wagner. I proszę pracować tyle, ile trzeba, ani za krótko, ani za długo. Ani za krótko, ani za długo. – Grymas na twarzy Marty przemienił się w gładką maskę, z której była znana. – Cmoknęła niezadowolona i odwróciła się do niego plecami. Rozmowa była zakończona. Kolejny raz nie udało mu się jej oświadczyć… znaczy, zaprosić na kawę.

– Miłego dnia, pani Marto. – Obserwował, jak jej zaokrąglona sylwetka znika w budynku i poczuł, że coś jest nie tak, że przegapił coś bardzo istotnego, ważną szansę. Ale zaburczało mu w brzuchu i natychmiast o tym zapomniał.

***

Gabinet pani dyrektor do spraw finansowych Anny Serce znajdował się dokładnie naprzeciwko korytarza, dzięki czemu miała widok na każdego, kto wchodził i wychodził, co czyniło ją pierwszą osobą, która miała okazję zepsuć komuś dzień. Każdy, kogo wzywała, przeczuwał, że coś nabroił i że będzie go czekać bardzo nieprzyjemna rozmowa. Amadeusz przełknął ślinę. Cztery pizze, które zdążył zjeść, zanim odważył się wybrać do jej gabinetu, nie zdołały zdusić poczucia niepokoju, siedzącego mu na żołądku. Nic nie przeskrobał, prawda? Umowy grzecznie podpisywał, nie kłócił się o wynagrodzenie, które nigdy nie zgadzało się z tym, co było na papierze, i zawsze, ale to zawsze był miły dla innych. Zapukał i wszedł.

Anna Serce spojrzała na niego zza swoich ogromnych okularów, które sprawiały, że jej twarz przypominała muchę, i zmarszczyła brwi. W przeciwieństwie do swojego nazwiska, serce służyło jej tylko do pompowania krwi. Bardziej pasowało do niej przezwisko, które powtarzano szeptem na korytarzach: Ostatnia Wieczerza. Po wizycie u niej droga prowadziła tylko w dół. Na Getsemani.

– Proszę, proszę. Kogo moje piękne oczy widzą. – Odłożyła długopis, który trzymała w ręce. Czyżby przerwał jej podpisywanie ważnych dokumentów? Na przykład, wypłat dla pracowników? Będzie wściekła. Trzeba było oficjalnie umówić się na audiencję, licząc na to, że będzie w dobrym humorze.

– Dzień dobry, pani dyrektor Anno Serce. – Amadeusz wszedł do środka gabinetu i wytarł mokre dłonie o swoje spodnie.

– Proszę usiąść – powiedziała dyrektor i bacznie przyglądała się, jak Wagner szamocze się po gabinecie, szukając krzesła, które by go zmieściło. Na jego nieszczęście, wszystkie były albo za małe, albo z podłokietnikami. Nie widział, jak z uciechą jej brwi wędrują wysoko ku górze.

– Postoję – powiedział wreszcie i zaczął nerwowo skubać paznokcie.

– Jak pan woli. – Błyski w jej oczach zamieniły się w lód. – Wie pan, dlaczego tu pana wezwałam? – Pani dyrektor odłożyła swoje duże okulary na biurko i wstała. Była wysoką, chudą kobietą po pięćdziesiątce i wyglądała, jakby ktoś wyssał z niej całe soki życiowe, zostawiając pomarszczoną, napiętą powłokę. Karolina powiedziała mu kiedyś, że nazywa ją Patyczak, bo jest chuda jak patyk i tak samo tępa. Patyczak Ostatnia Wieczerza.

– Nie wiem. – Przełknął ślinę. Czuł, jak pot ścieka mu po czole, ale nie miał odwagi go wytrzeć.

– Jak to, pan nie wie? Przecież powinien pan wiedzieć! To pana obowiązek! – Podniosła głos i odwróciła się do niego plecami. Bacznie spoglądała na to, co się dzieje za oknem, czy kryła radosny uśmiech? Amadeusz przeczuwał, że dręczenie ludzi sprawia jej ogromną przyjemność.

– Przepraszam, ale nie wiem. – Wbił wzrok w swoje buty. Może nie będzie się nad nim pastwić i załatwi to prędko? Zawsze wolał szybkie zdarcie plastra niż ściąganie go po kawałeczku.

– Wie pan, co czuję, kiedy muszę zadawać się z takimi odrażającymi półgłówkami, jak pan?

– Przepraszam, ale nie wiem. – Nie wiedział i nie chciał wiedzieć. Nigdy nie chciałby pracować w zawodzie, który wymagałby poniżania innych.

– No, właśnie. – Spojrzała na niego przeciągle i kaszlnęła. – Niech pan potraktuje to jako ostrzeżenie.

– Przepraszam, ale… czy chodzi o moje spóźnienie? – odważył się zapytać, ignorując ostrzegawcze brzęczenie w swojej głowie.

– Spóźnienie? Czy myśli pan, że ja mam czas zajmować się tym, kto przychodzi na czas do pracy, a kto nie?

– To ja już nie wiem…

– Panie Kobielak! Proszę ze mnie nie strugać wariatki! Czy ja panu wyglądam na kogoś takiego? Myśli pan, że ja nie wiem, jak mnie nazywacie za plecami? Drewno? Patyczak? Ostatnia Wieczerza? – Tak wyobrażał sobie śmierć, która przychodzi zabrać duszę do piekła. Jej oczy nabrzmiały krwią, a na czole pokazała się tętniąca żyła. Bał się. Jeśli wyjdzie cało z tej sytuacji, to pójdzie na lody. I do kościoła.

– Ja nazywam się Wagner, pani dyrektor.

– Wagner? – Anna Serce zmarszczyła brwi i wzięła okulary ze swojego biurka. – Wagner, mówi pan? Ja chciałam rozmawiać z Kobielakiem. Po co pan tu w ogóle przychodzi i zawraca mi głowę?

– Pani Marta mówiła… – Usiłował się bronić.

– Nieważne, proszę iść do księgowości, pewnie chodzi o coś z wypłatą. To nie mój problem. Do widzenia.

– Do widzenia. – Amadeusz wycofał się chyłkiem z gabinetu pani dyrektor i odetchnął z ulgą. – Nawet nie przeprosiła…