Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Boleśnie typowa historia domu, w którym rządzi alkohol - mąż pije na umór, pastwi się nad rodziną, żona jednak nie potrafi się z nim rozstać, przyjmując narzucone powszechnie absurdalne przekonanie, że "lepszy taki ojciec niż żaden". Sąsiedzi, nauczyciele, czy nawet ksiądz w żaden sposób nie reagują - w ich wsi pijaństwo jest porządku dziennym, a zresztą boją się agresywnego mężczyzny. Hania jest do tego stopnia zastraszona i jednocześnie zobojętniała, że nawet pobicie do nieprzytomności najstarszej córki i brutalny gwałt na niej samej, i to na oczach dzieci, nie skłaniają jej do opuszczenia tyrana. Jedyną osobą, która usiłuje wyrwać Hanię z tego piekła, jest jej siostra. Dzieci bardzo chciałyby też coś zdziałać, są jednak za małe, by sprostać problemowi - piszą więc tylko listy do Pana Boga...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 400
Rok wydania: 2011
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Nie ma gorszego upokorzenia
niż bać się bliskiego człowieka
Wszystkie wydarzenia, osoby, nazwy miejscowości, nazwiska
i imiona ludzi są tylko fikcją literacką.
– Wyłaź, wyłaź! – krzyczał Michał. W pierwszej chwili nie wiedziałam na kogo. Dobrze było mi w dziupli. – Wyłaź! Zośka! Bo nas pozabija, rozumiesz?! – darł się jak rozwścieczony kojot, gotowy do zdobycia pożywienia pomimo wszystko. Pomimo wszelkich przeciwności. Tym razem pożywieniem byłam ja, a mój brat tylko nośnikiem złej energii naszego ojca. Nie miałam zamiaru jeszcze schodzić, ale musiałam się jakoś wytłumaczyć przed Michałem i zażegnać niebezpieczeństwo.
– Powiedz, że zaraz będę! – krzyknęłam. – Wymyśl coś, jeśli jest tak strasznie!
– Złaź, mówię, bo w końcu wydam, gdzie tak przesiadujesz! Zawsze gdzieś cię nosi, a my obrywamy!
Po takim stwierdzeniu musiałam wyjść. Znowu musi być krzyk, płacz, bicie i wrzaski, bo tylko to uspokaja naszego ojca. Tak jak kupa czerwonego, krwistego mięsa z zagryzionego zwierzęcia uspokaja rozjuszonego lwa. Dziwne są czasami prawa natury. Łańcuszek zależności pokarmowych i prawo zwierzchnictwa silniejszego nad słabszym sprawdzało się w naszej rodzinie. Coraz bardziej przestawałam wierzyć w sprawiedliwość i jakiekolwiek prawa tego świata.
Odkąd pamiętam, zawsze byłam częścią społeczności, w której królem i bohaterem był alkohol. W naszym domu to on zajmował szczególne miejsce. Zawsze był pierwszy. Wszyscy myśleliśmy o nim albo o konsekwencjach, jakie zgotował nam każdego dnia. Nie potrafiliśmy wyrzucić go z naszego życia. Każdego następnego dnia fundował nam coraz to nowe niespodzianki. Byliśmy z nim związani. Nie mogliśmy tak po prostu go wyrzucić, bo on był związany z naszym ojcem. Nasze codzienne życie było podporządkowane fanaberiom naszego ojca, jego potrzebom i zachciankom. Szybko stawaliśmy się dorośli, przejmowaliśmy ich obowiązki.
Mieszkaliśmy w dużym budynku, gdzie było dużo pomieszczeń, ale nie było miłości ani zrozumienia. Nasze życie wyglądało jak stara, zniszczona maszyna, która potrzebuje natychmiastowej naprawy, a nie ma na to pieniędzy. W dzieciństwie nauczyłam się odpowiedzialności, przede wszystkim za bliskich. Każdy nowy dzień przynosił niespodzianki, na które nie mieliśmy wpływu. Każdy z nas miał masę obowiązków w domu, które zawsze wykonywaliśmy sumiennie. Nie było dla nas wakacji ani wycieczek, nie było szczególnych rozrywek. Najczęściej podglądaliśmy starsze dzieci albo zwierzęta. Moi starsi bracia zrobili bazę na drzewie. Kilka zbitych desek na rozłożystej lipie, w rogach niskie ławki i niewielki daszek z reszty desek. Nasze małe królestwo. Tam zawsze był spokój, można było obserwować ptaki i spokojnie pisać. Tam pisałam listy do Boga, do losu, do ludzi. Swoje żale i przemyślenia spisywałam na papierze. Później chowałam w słoik i wsadzałam do dziupli. Myślałam, że w ten sposób zaczaruję jakoś rzeczywistość. Czasami godzinami siedziałam i słuchałam ptaków. Taka cisza zawsze uspokaja… Ale po zejściu z drzewa nic się nie zmieniało. Nikt nie odczarował mojej rzeczywistości… Zabierałam też czasem Irkę albo Wojtka, wtedy wymyślaliśmy fajne zabawy. Wojtek zawsze wygrywał w statki albo w skreślanki. Wtedy, kiedy byłam sama, pisałam listy.
Panie Boże!
Rozpoczynam mój list do Ciebie może dziesiąty już raz i nie wiem,czy zdążę go skończyć? Nie wiem, czy dam radę przekonać Ciebiedo pomocy. Dalej tak być nie może. Podobno jesteś i widziszto wszystko z góry. Widzisz moje upokorzenia, widzisz nasząniemoc, widzisz tę straszną biedę, nędzę i brak jakichkolwiekperspektyw.
Jesteś Wszechmocny, Wszechwiedzący, Dobroczynny i Sprawiedliwy.Więc zrób coś! Proszę Cię…
Ty masz wszystko, nie potrzebujesz zeszytów, bo wszystko już wieszi nie musisz się uczyć. Nie chodzisz do szkoły i nikt się z Ciebienie śmieje, że masz zniszczone, rozsypujące się buty, a twojespodnie są tak sprane i stare, że wszyscy oglądają się za Tobąz politowaniem.
Czujesz te spojrzenia i nic nie możesz zrobić, nie możeszw kółko bić się ze wszystkimi albo pokazywać im języka. Botak nie wolno, bo Ty się pogniewasz, bo to grzech, bo tak niewypada.
Nie możesz ciągle być obrażona na wszystkich, bo to i tak nic nieda. Bo skoro Bóg ci nie pomoże, to kto?
Ciągle słyszę tylko: „…Bóg ci pomoże”. Jeżeli możesz… Nie, tak niemogę pisać do Ciebie. Mama by powiedziała, że nie ma pokoryw moim pisaniu. Ale ja nie chcę już być taka pokorna.
Wybacz, Panie Boże!
I znowu następny, i jeszcze jeden… Niekończące się listy bez odpowiedzi. Mama opowiadała nam czasami o tym, jak ludzie pisali listy, wsadzali do butelek i wrzucali do wody. Czasami, po wielu miesiącach, ktoś odnalazł butelkę, i to w najmniej spodziewanym miejscu. Czasami ludzie wstydzili się swoich uczuć i wyznawali komuś miłość z nadzieją, że ten ktoś to dostanie. I ja pisałam też zawsze z nadzieją. Takie moje SOS.
Bardzo Cię proszę, Panie Boże, zmień ten świat!
Ty wszystko możesz, więc zmień tę naszą męczarnię, przecieżja nie chcę bardzo dużo, tylko trochę spokoju i bezpieczeństwa.Siadam tu ciągle i czekam na rozmowę z Tobą, a Ty nigdy się nieodzywasz, nie pocieszysz, nie obiecasz, że ten koszmar się skończy.Chciałabym usłyszeć, że to wszystko, co się dzieje, to tylko złysen, i tak jak we śnie wszystko skończy się wraz z nastaniemdnia.
Ale to nie mija, nie przechodzi, nie kończy się, jest prawie taksamo, albo podobnie jak wczoraj, i ja nic nie mogę zrobić. Odezwij sięchociaż raz, albo daj poznać, że na pewno jesteś, niech nie mówię dosamej siebie, albo lepiej powiedz mi, jak zrobić i co zrobić, żeby mójświat był lepszy, przecież ludzie, o których myślę i mówię, to moinajbliżsi.
Powinno być bezpiecznie tam, gdzie są najbliżsi, gdzie rodzina,Dom, mama i tata. A nie jest… Dlaczego…?
Pozwól, Panie Boże, chociaż raz obudzić się w pięknym świecie,gdzie nie ma obłudy, nie ma pijaństwa, nie ma znęcania się nadsłabszym.
Bardzo Cię proszę, spróbuj zrozumieć i odmienić mój mały świat.Zrób coś, by ludzie zrozumieli granicę między dobrem a złem, międzygłupotą a mądrością, żeby pojęli, jak mało potrzeba, żeby człowiek byłszczęśliwy i zadowolony.
Panie Jezu, pozwól moim małym braciom i siostrom żyćspokojnie i szczęśliwie. Pozwól dzieciom być po prostu dziećmi. Jeślimożesz, zabierz już mojego Tatę, bo my już nie możemy z nimwytrzymać.
Nie wiem dokąd. Ale weź go ze sobą albo zmień coś w tymczłowieku.
Kolejny raz siadam i kolejny raz zadaję sobie to samo pytanie, czywreszcie wysłuchasz mnie i coś z tym zrobisz. Nie mogę zapomnieći przestać czuć tych razów, nie mogę udawać, że nie słyszę płaczumoich sióstr i braci.
Chcę zapomnieć i wymazać z pamięci przerażony wzrok matki,wyrzucić wszystko to, co niepotrzebne, niemiłe. Te rany są jakropiejące krosty. Nie można ich niczym wyleczyć. A może jest jakieślekarstwo, to podpowiedz jakie. Ty nic nie czujesz, czy nie chcesz czuć,a może jedno i drugie?
Po każdej awanturze choć na kilka minut chowałam się w domku na drzewie i pisałam to wszystko, co bałam się powiedzieć głośno. Czekałam na jakąś zmianę…
Mój Panie!
Czy jest coś, co możesz mi dać? Ja tak niewiele potrzebuję, tylkospokoju i ciszy, wybaczenia i przekonania, że jutro będzie lepiej. Tonic nie kosztuje.
Pozwól mi wierzyć jeszcze w drugiego człowieka, pozwól mi ufaćTobie.
Czekam na ten wymarzony, jedyny dzień, kiedy ten koszmar sięskończy…
Dzisiejszy dzień zaczął się bardzo spokojnie, więc bez żadnego zastanowienia się mogłam dłużej posiedzieć na drzewie.
– Zosiu, Zosiu! – ciągle dochodzi do mnie wołanie mamy, głos coraz natarczywiej woła, a ja, skulona w schowku na drzewie, nie wiem, czy wyjść czy skończyć mój list. Zastanawiam się: co zastanę, jak stąd wyjdę?
Powoli wynurzam głowę z naszego schowka. Marzę. Wyobrażam sobie, że idę wysokim chodnikiem, który się nie kończy, jest piękny dzień, świat kolorowy, a ja bardzo szczęśliwa.
Moje oczy widzą cudowny świat, fascynujących ludzi i roześmiane dzieci. Zawsze szczęście kojarzy mi się z pięknymi barwami, z ciepłem, słońcem i wesołym śmiechem. Jestem w stanie wyobrazić sobie, jak powinien wyglądać nasz dom. Wiem nawet, jakie kapcie przynosiłabym tacie, gdyby był zmęczony. Widzę wesołych i szczęśliwych ludzi wokół, często zamykam oczy i marzę… i czekam. To przecież takie niewielkie marzenia, bo nie marzę o królestwie ani o kolorowych ciuchach. Marzę o normalności. Mam swój własny obraz naszej rodziny, naszego bytowania… Jakiż on inny niż ten dzisiejszy. Taki mój wymyślony tylko na moje potrzeby. Ten obraz nie pasuje nijak do rzeczywistości. Ta rzeczywistość jest zbyt szara, bura, smutna…
Tymczasem wieś przygotowuje się do odpoczynku, słychać dziwny dźwięk szemrzących krowich łańcuchów, czuć słodkawy zapach świeżego mleka i cichy pośpiech, który zapowiada spokój i nadchodzącą noc. Ludzie bardzo ciężko pracują, więc należy im się odpoczynek.
– Maniek!!! – wrzasnęła sąsiadka koło mojego ucha i to przywróciło mi ziemskie myślenie.
– O, Zosia! – zdziwiła się wyraźnie na mój widok. Przybierała takie miny, jakby widziała mnie pierwszy raz. – A nie widziałaś ty naszego Mańka? Nie wiem, gdzie się dziś cały dzień podziewał…
Nareszcie, pomyślałam, może się zainteresowała wreszcie swoją rodziną. Chciałam coś bardzo niegrzecznego jej odpowiedzieć, ale w porę się powstrzymałam. Renia ciągle chodzi, nigdy nie ma jej w domu i nigdy się niczym nie zajmuje. Jest taka trochę niedokończona, jak mówi ciotka Róża. Czasami głupio się śmieje, to innym razem głośno płacze, spazmuje bez żadnego powodu. Jest za to bardzo ładna, wysoka. Ciemne, długie, kręcone włosy, ładna, śniada cera i piękne zęby. Tylko rozum nie taki jak trzeba. Zawsze miała adoratorów. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jest trochę upośledzona, nie przeszkadzało to nikomu do czasu, aż zaszła w ciążę i na świecie pojawił się Kacper. Jej matka rwała sobie włosy z głowy, bo i tak nie było w domu co jeść. A tu jeszcze dziecko, które nie miało ojca. Nie szukali specjalnie „winowajcy”, ani nikt się też specjalnie nie przyznawał. Matka myślała, że wszystko się zmieni, że jej córka zmądrzeje po porodzie, ale Reni to wcale nie przeszkadzało, znów włóczyła się ze wszystkimi, nie interesowała się dzieckiem. Aż zdarzył się wypadek we wsi. Zginęła młoda kobieta. Sieczkarnia wciągnęła ją za fartuch w swoje tryby. Została tak pokiereszowana, że nie udało się jej uratować. Wszyscy we wsi byli głęboko poruszeni tą tragedią i na różne sposoby szukali żony dla młodego wdowca. Z dwojga złego chociaż to jedno można było naprawić.
I tak Renia bardzo szybko znalazła męża. On potrzebował kobiety, bo miał dwoje małych dzieci, a ona potrzebowała męża i ojca dla swojego Kacpra. I tak Renia stała się matką i żoną.
Od tej pory chodziła tylko za nim, urodziła jeszcze czworo dzieci, ale nigdy się nimi nie zajmowała, tylko jej matka. Ona była szczęśliwa. Wszystko, czego potrzebowała w życiu, znalazła w jednym człowieku. I zawsze starała się być w jego pobliżu.
– Cały dzień gdzieś się włóczy, jakby nie miał co robić w domu… – mówiła szybko, nieskładnie, ale robiła wokół siebie taką ciepłą aurę, że chciało się jej słuchać. Była bardzo ładna. Mrużyła oczy i zakrywała je długimi rzęsami. Wszystkim chciała się podobać.
Robić to może by i miał, ale czy jeść co? – myślałam. Szczerze jej nie znosiłam. To jej wyuzdanie budziło we mnie bunt i wyzwalało dziwne, niekontrolowane zachowania.
– To wiesz, gdzie jest, czy nie? – zapytała.
Nie mogłam bardziej przedłużać tej rozmowy, bo stawała się coraz bardziej napięta – rozmowa, ja i pani Renia. Ludzie opowiadali, że Renia bywała też agresywna.
– Poszedł paść bydło z Jurkiem i z Szymkiem, ale nie bójcie się, wzięli ze sobą prowiant, zrobią ognisko, to nie wróci głodny – odpowiedziałam jej.
Popatrzyła na mnie bezmyślnym wzrokiem, potrzepała fartuch na sobie, poprawiła włosy i poszła. Poszła znowu obściskiwać się ze swoim mężem, ciekawe, czy od tego obściskiwania to u nich jest tyle dzieci – myślałam. Zaraz było słychać urywane, niedokończone słowa:
– Nie, no! …coś ty! – mruczała sąsiadka. Nie chciałam tego słuchać, więc zatkałam tylko uszy. Wyszłam do drogi; środkiem wiją się koleiny od wozu, długie jak serpentyny, po obu stronach tych kolein ścieżki wydeptane przez ludzi i wyjeżdżone przez rowery. Wszystkie ulice schodzą się w centralnym miejscu przy kościele, tam jest tylko trochę kocich łbów. Nigdzie więcej nie ma takiej drogi. Ciągle patrzyłam na te kamienie. Ile pracy kosztowało ułożenie tego kawałka. Każdy kamień był inny, ułożony w pewną całość. Nikt nigdy nie mówił o tym, kto to zrobił.
Czasami tylko, gdy mama chciała nam powiedzieć, jak bardzo ciężka jest praca, mówiła: „to tak jakbyś drogę kamieniami wykładał przy kościele…” i wtedy wiedzieliśmy, że to bardzo ciężko. Dziś wieczorem, tak jak codziennie, słychać tylko brzęk wiader przy studniach i plusk wlewanej wody do koryt, mlaskanie koni i krów przy piciu, odgłosy pokrzykiwań dzieci i szczekanie psów. Od czasu do czasu przejedzie koń z wozem i zrobi tuman kurzu, i to wszystko. Wieś ma swoje prawa i obowiązki, ale tych ostatnich jest o wiele więcej. Ludzie i zwierzęta czekają na zasłużony odpoczynek. A ziemia paruje i wydziela cudowny zapach świeżości… Noc za to wcale się nie spieszy. Słońce zachodzi na czerwono. To na pogodę. Mama może przewidzieć pogodę na następny dzień. Wie, kiedy będzie lać, kiedy będzie słońce, i wie, kiedy będzie straszny wiatr. Zimą zawsze wie, jak duży będzie mróz i czy śnieg będzie padał. Bardzo ważne podobno jest, z której strony wieje wiatr. Jak od wschodu, to będzie najzimniej.
Wracałam bardzo powoli, nie spieszyłam się. Chcę pobyć czasem sama, pomyśleć, coś napisać, poczytać. W naszej dziupli mamy i papier, i ołówek, każdy coś czasem przynosi i tak to się zbiera. Jest wszystko, co potrzebne. W domu ciągle harmider, to się nie da. Żałuję, że dzień się tak szybko skończył i muszę wracać do domu. Za to wczoraj spacerowaliśmy długo, prawie do jedenastej. Ja, mama, Wiola, Krysia i stara pani Badlowa. Chodziłyśmy tak do kościoła, potem na przystanek. Tu chciałyśmy posiedzieć, ale ławki były zajęte przez młodzież. Rowery porozrzucane dookoła i pełno tam dziewcząt i chłopców. Wszyscy chłopcy pozapuszczali włosy do ramion. Pytali mnie o Michała, czemu nie przyszedł, ale jak zwykle nie mogłam im powiedzieć prawdy.
– Widzi pani, co się dzieje, młodzież… Ile oni mają lat? Piętnaście, szesnaście, czy rok więcej. Tak dokuczają długo w noc, że zawsze musimy zamykać okna. Palą papierosy, piją to wino patykiem pisane i tak przeklinają, że uszy puchną. Wiele razy zastanawiałam się, skąd mają pieniądze i kto im sprzedaje to wino?
– Ja też wiele o tym myślałam, przecież to sama trucizna. Ale co człowiek może zrobić, rodzice nie pilnują, a młodzi nie mają co ze sobą począć. Wiele razy zachodzili po Krzysia, ale on ma tyle zajęć, że nigdy nie może się wyrwać – mama przechylała głowę do tyłu. Wiatr dmuchał jej po szyi. Włosy rozlatywały się jak talia kart, były takie długie i prościutkie.
– To bardzo dobrze, bo patrząc na to, co się dzieje, to niczego dobrego z tego nie będzie.
– Będzie, będzie, pani Badlowa. Młodość ma swoje prawa. Wyszumią się, wyskaczą i wylądują we właściwym miejscu. Trzeba w nich tylko wierzyć, bo sami się pogubią.
– Z tego szumienia i skakania nie zawsze dobrze wychodzi.
– No nie zawsze, ale przeważnie tak. Niektórzy mają dużo szczęścia, inni mniej – mama zamyślała się tak czasami, że aż się bałam. Twarz jej wtedy matowiała, a oczy traciły blask. Przy kiosku Ruchu jeszcze stali ludzie. Też pewnie po papierosy. Kłaniali się mamie wszyscy. Wzbudzała zainteresowanie i szacunek. To dobrze. Mamy też coś, czego nie musimy się wstydzić. Przyjemnie było tak pospacerować. Ciepły wiosenny wiatr, kumkanie żab i zapach świeżej ziemi…
– Dobranoc, pani Badlowa, do następnego razu! – Pożegnałyśmy się, odprowadzając ją do samej furtki.
Spis treści - fragment
Strona tytułowa
Motto
*
*
*
