Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
17 osób interesuje się tą książką
Jedna rodzina, dwie historie miłości i browar, który może wszystko zmienić
Gdy Michał, znany fotograf gwiazd, wraca na wezwanie stryja do rodzinnego miasta, odkrywa, że ma tylko kilka miesięcy, by ocalić ponadstuletni rodzinny browar przed skorumpowanym burmistrzem. Jedyną osobą, która może mu w tym pomóc, jest Waleria – miejscowa introligatorka i fotografka. Michał podejrzewa, że chce przejąć jego dziedzictwo, ale tylko razem mogą odzyskać skradzione receptury i uratować browar.
Czy zdołają zaufać sobie na tyle, by ocalić to, co najważniejsze: browar, rodzinę i własne serca?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 315
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Ostrzegałem go.
Mężczyzna nawet nie podniósł głosu, jedynie pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek. Przypomniał jeszcze raz spokojnie, że jakiś czas temu złożył mu ofertę, zupełnie przyzwoitą. Ale w świetle odnalezionych w archiwach dokumentów jest już nieaktualna. A on spokojnie poczeka te parę miesięcy i na mocy prawa przejmie to wszystko – co zresztą i tak od dawna należało zrobić.
Zostawił mu ksero tych papierów, niech sobie poczyta i zacznie się pakować, bo po tej dacie nie pozwoli mu zabrać z domu nawet starej ścierki. Może wtedy poczuje to samo co oni wtedy.
Falujący płyn odsłonił twarz. Najpierw zarys owalu, potem delikatnie poszarzałe rysy, a w końcu na Walerię spojrzały oczy. Czerwone przytłumione światło ledwie wydobywało szczegóły, ale oczy wpatrywały się w nią tak przenikliwie, że przeszedł ją dreszcz.
Delikatnie złapała zdjęcie szczypcami i poruszyła kilkakrotnie kuwetą, tak aby płyn dokładnie oblał każdy centymetr twarzy. Następnie – uważając, żeby nie dotknąć niczego palcami, gładko i płynnie, jednym ruchem, tak jak ją uczył dziadek – przełożyła zdjęcie do przerywacza i znowu zakołysała kuwetą. Po chwili zanurzyła je w utrwalaczu i kilkanaście minut kołysała pojemnikiem, żeby nie dopuścić do powstania żółtych plam. I wreszcie płukanie, długi proces, ale ukochany przez Walerię, bo już widać było na pewno, czy wszystko się udało. Mogła wreszcie zawiesić zdjęcie do wyschnięcia i zapalić światło.
Uwielbiała tę magię. Poszczególne odbitki były niepowtarzalne pod każdym względem, zdjęcia zrobione analogowo mają duszę. Cieszyły ją spotkania z dziewczynami z kółka fotograficznego, które miała pod opieką. One wyrosły w czasach cyfrówek i świetnie się nimi posługiwały, ale miały już dosyć pstrykania tysiąca byle jakich zdjęć. Szukały indywidualności i niepowtarzalności, chciały się wyróżnić, a to dawała praca w ciemni.
Musiała na następnych zajęciach poćwiczyć z dziewczynami retuszowanie na negatywach i odbitkach, zamknęła drzwi ciemni.
To zdjęcie nieznajomej kobiety na tle kępy białych brzóz znalazła w szufladzie dziadka Kazimierza, do której nie wolno jej było zaglądać, której nie mogła nawet otwierać. Dziadek nie żył już od prawie trzech lat, a Waleria, otwierając tego ranka szufladę, nadal się czuła tak, jakby popełniała jakieś przestępstwo.
Trzeba wreszcie poprzestawiać wszystko w starej pracowni introligatorskiej, ciemni i w ogóle w całym zakładzie fotograficznym. Wszystko było co prawda poukładane według porządku ustalonego przez dziadka Kazimierza, który po pobycie w wojsku stał się pedantycznie dokładny, jednak gdzieniegdzie już zalegał kurz. W zasadzie zamierzała niedługo opuścić miasteczko – jak tylko znajdzie w Krakowie pracę albo dostanie się na studia – ale że nie wypadało zostawić babci Klary z bałaganem, postanowiła, że przed wyjazdem zrobi generalne porządki.
Odłożyła odbitkę i bez zastanowienia poprawiła przekrzywione pudełko, wyrównała rząd starych aparatów i przesunęła je o pół centymetra, żeby idealnie zrównały się z krawędzią półki.
Co to za kobieta na tym zdjęciu? Przypominała jej kogoś, tylko nie mogła odgadnąć kogo, a nie chciało jej się iść po szkło powiększające, żeby przyjrzeć się dokładniej twarzy, na którą rzucały cień drzewa.
I dlaczego dziadek Kazimierz trzymał negatyw w metalowym pudełku z ważnymi rzeczami, takimi jak zapasowe klucze do domu, teczka z dyplomami zawodowymi i plik starych przedwojennych akcji, podobno bardzo wartościowych? Nie pozwalał wnuczce ich dotykać, pokazywał tylko czasami z daleka ozdobione zawijasami podłużne karty, mówiąc, że kiedyś jeszcze się jej przydadzą.
Babcia też miała swoje ważne, tajne pudełko w szufladzie bieliźniarki. Kiedyś Waleria zobaczyła, jak klęcząc na podłodze, Klara wkłada je ostrożnie pod haftowane obrusy i serwety. Bardzo się rozgniewała, kiedy ujrzała wnuczkę stojącą w drzwiach pokoju. Coś przestraszyło dziewczynkę podczas popołudniowej drzemki, więc ciągnąc ukochanego misia za nogę, poszła powiedzieć o tym babci i zatrzymała się w progu, widząc, że Klara klęczy przy szufladzie i ociera oczy. Waleria już miała spytać, czy też coś jej się przyśniło, kiedy babcia ją ofuknęła:
– Wracaj natychmiast do swojego pokoju!
Następnego dnia rano przyniosła wnuczce śliczną czerwoną lakierowaną skrzyneczkę i powiedziała, że każdy ma prawo mieć własne pudełko z sekretami, do którego nie wolno nikomu innemu zaglądać ani też o którym nie można nikomu mówić. Dlatego Waleria nie wspomniała jej nigdy o sekrecie dziadka Kazimierza.
W czerwonym pudełku Waleria trzymała skarby z różnych etapów życia. Zdjęcia aktorów wycięte z pism, historyjki z gum Donald, które zbierała kiedyś jej matka Helena, fragmenty artykułów o dalekich egzotycznych miejscach, pamiętniki prowadzone od szkoły podstawowej i listy, które Helena pisała ze Stanów, dokąd wyjechała na staż zaraz po zakończeniu studiów i skąd już nie wróciła. Najpierw nie mogła, bo przedłużyła pobyt poza czas dozwolony w wizie, a potem – bo musiała nostryfikować dyplom lekarski, co oznaczało ponowne studia. Ciężko pracowała, żeby się utrzymywać i równocześnie uczyć. Rzadko dzwoniła, niekiedy po paru miesiącach milczenia, tłumacząc się nawałem zajęć. I tak mijały lata.
Potem zaczęła regularniej dzwonić do Walerii albo dziadkowie zamawiali rozmowę przez centralę, kiedy się umówili listownie. Czasami trzeba było czekać dwa dni, aż telefonistka zadzwoni i powie: „Łączę międzynarodową”. Później coś brzęczało, klikało i wreszcie Waleria słyszała głos matki, która szybko coś opowiadała, dopytywała o wszystko naraz, a potem mówiła: „Już niedługo przyjadę, bądź cierpliwa, wysłałam ci paczkę, śliczny sweterek, lalkę, kakao Van Houten, niedostępne u nas”. Babcia Klara zaparzała kakao rano w świąteczne dni, a czasami wyjątkowo w niedzielne poranki, kiedy czuła, że dziewczynka tęskni bardziej niż zwykle, i przynosiła Walerii do łóżka. Kakao od tamtej pory kojarzyło się Walerii z czymś odświętnym.
Waleria przełknęła ślinę. W lustrze zawieszonym dla komfortu klientów zobaczyła swoją pochmurną twarz. Potrząsnęła głową, przepędzając smutne myśli. Czas na obiad. Klara nie tolerowała spóźnień. W niektórych sprawach była mało wyrozumiała. Jedną z nich była kwestia odpowiedniego ubioru „do miasta”. Krótkie kraciaste spodenki i czerwone tenisówki nie mieściły się w tych standardach. Dlatego tego niedzielnego ranka Waleria wymknęła się z domu do zakładu fotograficznego, nim ktokolwiek zdążył ów strój zauważyć. Chciała posprzątać tajną szufladę dziadka Kazimierza, a tylko w niedzielę była pewna, że Klara nie przyjdzie jej pomóc, tak jak miała w zwyczaju w ciągu tygodnia pomagać mężowi.
Zwyczajowo wychodzenie z domu odbywało się według pewnego scenariusza.
Scena pierwsza:
– Babciu, jadę do zakładu.
– Ale jest zimno! Weź sweter.
– Jestem już dorosła. Wiem, jak się ubrać.
– I co z tego? Zimno to zimno. – Klara już biegła po sweter. – I zadzwoń, jak dojedziesz. I wróć przed zmrokiem. I…
– Babciu! – Waleria łapała ją za ramiona. – Wszystko będzie dobrze. Jadę tylko do zakładu na rynku. To dwadzieścia minut stąd. Nie chcę żadnego swetra.
Klara patrzyła na nią z lękiem w oczach.
– Twoja matka też tak mówiła. A potem wyjechała i przestała dzwonić regularnie.
Scena druga:
– To już pa, babciu! – Waleria wsuwała stopy w buty wyciągnięte z dolnej półki.
Na podłodze przy szafce stało kilka par, jej trampki, czółenka Klary, a obok leżały przewrócone kalosze.
Waleria zamykała drzwi.
Po chwili rozlegał się zgrzyt klamki. Najpierw wsuwała się ręka, potem wchodziła pochylona Waleria. Poprawiała przewrócone kalosze i dosuwała czubek pantofla do równej linii. Podnosiła wzrok. Klara stała na końcu przedpokoju ze swetrem przewieszonym przez ramię. Waleria brała bez słowa sweter i znów wychodziła.
Drzwi zamykały się cicho.
Tym razem Waleria wymknęła się bez tego rytuału.
– Kasperska, będzie bura, wiesz. I na dodatek ciągle się garbisz – powiedziała do swojego odbicia w lustrze zawieszonym obok masywnego, rzeźbionego fotela z ciemnego drewna, obitego granatowym aksamitem. Oparcie nosiło ślady zużycia, miejscami materiał miał lekkie przetarcia, a podłokietniki były wyślizgane od dłoni, które przez lata wspierały się o drewno podczas ustawiania pozycji do zdjęcia. Dwudziestoczterolatka o bladej cerze wykonała w lustrze kilka ruchów, starając się naśladować grację typową dla młodej eleganckiej kobiety. Szybko jednak wypuściła powietrze.
– Beznadziejny przypadek. – Pokręciła głową.
Mieszkańcy miasteczka w wytwornych strojach i pozach z galerii na ścianie ewidentnie podzielali ten pogląd i zerkali na nią zasadniczo i surowo.
Związała niesforne rudawe włosy w ciężki węzeł i rozejrzała się po zakładzie oraz przylegającej do niego pracowni introligatorskiej dziadka. Rozproszone światło padające z dużego okna tworzyło złociste refleksy na drewnianej podłodze i drzwiach oddzielających pracownię od zakładu.
Pociągnęła nosem. Och, jak lubiła ten zapach starego papieru, skóry, rozgrzanego kleju i delikatnej nuty wosku, który wypełniał przestrzeń. Wnętrze łączyło resztki przedwojennej elegancji z powojenną oszczędnością.
Na ścianach pracowni wisiały starannie uporządkowane narzędzia:gładkie kostki introligatorskiez polerowanej kości słoniowej, służące Kazimierzowi do wygładzania i kształtowania papieru i skóry, oraznożyki o różnej długości i ostrzach od prostych do zakrzywionych, używane do precyzyjnych nacięć.
– Trzeba będzie je dać do naostrzenia. – Waleria przejechała palcem po nożykach; znowu zapomniała.
I przede wszystkim specjalne zakrzywione igły, które dziadek Kazimierz używał do zszywania starych ksiąg. Waleria upierała się, że będzie mu pomagać, dlatego już dawno pokazał jej, jak się to robi, a widząc, że nader sprawnie sobie z tym radzi, powierzał jej coraz trudniejsze zadania.
„Nic nie jest stracone, dopóki można to naprawić”, zwykł mawiać. Waleria uważała więc, że jej zadaniem jest naprawianie rzeczy. Wszystko można naprawić, jeśli ktoś się wystarczająco postara.
Na półkach stały szklane słoje z pigmentami i proszkami do barwienia papieru, a także buteleczki z mieszankami klejów. W kącie znajdowała się gilotyna introligatorska, ciężka, z ostrzem, które mimo lat wciąż kroiło precyzyjnie, choć rączka była wytarta od pracy.
Prawie każdy kąt pracowni budził jakieś wspomnienia. Dla Walerii było to miejsce, w którym czuła się najbezpieczniej i u siebie.
Na osobnej półce leżały resztki różnych materiałów i skór: koziej, cielęcej, a nawet pergamin. Obok nich Kazimierz trzymał stosy ręcznie czerpanego papieru o lekko chropowatej fakturze i nieregularnych brzegach.
W rogu, na starym regale, piętrzyły się przyniesione przez klientów książki w różnym stanie; niektóre niemal się rozpadały i wymagały solidnej renowacji, inne, naprawione przez Kazimierza, wyglądały jak nowe, z elegancko wytłoczonymi złoceniami na grzbietach.
Waleria była gotowa do wyjścia. Wszystko było już posprzątane, tak jak lubił dziadek Kazimierz. Stół przetarty, narzędzia ułożone i wysuszone. Nawet stary nóż introligatorski trafił do przegródki z podręcznymi narzędziami, obok kawałka kolorowej skóry szykowanej przez Kazimierza na oprawę starej rodzinnej Biblii, którą przyniosła mu pani Teodorowa na tydzień przed jego śmiercią.
– Trzeba oddać Biblię! Och, zapomniałam na amen, a pani Teodorowa tylko raz przypomniała – zreflektowała się Waleria.
Drzwi oddzielające zakład od pracowni były dębowe, ręcznie rzeźbione w motywy chmielu nawiązujące do browarniczych tradycji.
Kazimierz bardzo pilnował, żeby te drzwi zamykać.
– Pamiętaj, dziecko, ludzie często powierzają nam do naprawy swój najcenniejszy przedmiot. Nie może zaginąć przez nasze niedbalstwo.
Zasunęła środkowe ruchome skrzydło drzwi, które poruszały się po starych, mosiężnych prowadnicach. Mimo lat użytkowania działały niemal bezgłośnie, wydając zaledwie cichy skrzyp przy otwieraniu i zamykaniu, i były zadziwiająco lekkie w obsłudze. Dziadek Kazimierz dbał o każdy detal, regularnie konserwując drewno naturalnymi woskami i oliwiąc zawiasy.
„Zamówić nowy pojemnik WD-40”, zapisała w notesie na biurku.
– No nie! On tu ciągle jest! – wykrzyknęła na widok rozczochranego łba i wielkich łap opartych o drzwi zakładu. Przyczepił się do niej rano, kiedy jechała z domu. Wyglądał jak góra sfilcowanej wełny. Biegł za nią aż do wejścia, ale zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, by chwilę później wystawić metalową kuwetkę z wodą. Był upał. Wypił natychmiast wszystko i usiadł, patrząc na nią pytająco.
– Idź sobie! Babcia w życiu się nie zgodzi na psa!
A poza tym Waleria miała niedługo wyjechać. Nie mogła brać sobie zwierzaka na głowę. Odbiegł rozczarowany za róg, kiedy odpędziła go ręką. Zajęła się pracą i przez te kilka godzin nawet nie spojrzała na zewnątrz. A on tam znowu był, leżał w upale pod drzwiami, pewnie odstraszając klientów, i teraz radośnie machał ogonem na jej widok, niezrażony poprzednią odprawą.
Przekręciła dwa razy zdobiony, kuty łebek klucza znajdującego się w solidnym zamku pod klamką, aż usłyszała znajomy klik. Na drzwiach lekko zakołysała się metalowa zawieszka. Waleria się cofnęła i z dystansu obrzuciła wzrokiem starą kamienicę zajmującą róg trójkątnego rynku, wejście do zakładu i napis w oknie: „Kasperski Studio Fotograficzne i Introligatorskie. Wykonywanie wyjątkowych fotografii rodzinnych dla wszystkich pokoleń Chmielnika. Oprawy ksiąg i dokumentów”. Z tego szyldu można było od razu dowiedzieć się najważniejszych rzeczy o firmie.
Dziadek Kazimierz prowadził zakład fotograficzny, który odziedziczył po ojcu, a jego ojciec po swoim ojcu. Jako naczelny fotograf chmielnickiego browaru robił zdjęcia jego właścicielom, a za ich zgodą również mieszkańcom Chmielnika. W miasteczku większość najstarszych i najzamożniejszych rodzin od pokoleń przejmowała zawody, stanowiska i ziemie po swoich przodkach, niczym Ojcowie Założyciele w Stanach Zjednoczonych. Z tą tylko różnicą, że Chmielnik po zamknięciu browaru podupadł na znaczeniu. Leżące na uboczu, z dala od głównych dróg i autostrad, którymi inni pędzili ku nowoczesności, miasteczko żyło swoim powolnym rytmem. Tak powolnym, że Waleria coraz bardziej pragnęła od niego uciec.
Wróciła, znowu podeszła do drzwi i mocno nacisnęła klamkę. Zamknięte.
Z góry, z pierwszego piętra, pomachała do niej Amelka, jej największa fanka z klubu fotograficznego. Skupiona majstrowała przy obiektywie aparatu poklatkowego ustawionego w oknie pokoju. Dziewczyny z kółka miały za zadanie sfotografować coś pięknego w obrębie własnego domu. Amelka wymyśliła epicki projekt „Chmielnik o czterech porach roku”, w którym zamierzała uchwycić obraz sennego miasteczka.
– Znasz tego psa? – krzyknęła Walerka, wskazując na stertę wełny okazującej jej wielkie uczucie przy każdym spojrzeniu.
Amelka pokręciła przecząco głową.
– Pierwszy raz go widzę.
Waleria zdecydowała się, podobnie jak od kilku tygodni, wracać dłuższą trasą przez Chmielowe Wzgórze, mimo że od rynku do ich domu prowadziła nowo wybudowana ulica łącząca się z drogami dojazdowymi do coraz bliższej autostrady.
Dzięki rowerowi i tak dotrze na czas, a może Klara nie zauważy, skąd przyjechała, jeśli nie będzie już czekać w ogródku i jej wypatrywać. Miała nadzieję, że ktoś się zaraz przyzna do psa albo że zwierzak sam odnajdzie drogę do domu. A może wyrzucono go z samochodu na autostradzie? Biedny.
– Halo! A co to za stwór? – Z kancelarii na parterze kamienicy trzy domy dalej od zakładu wyskoczył mecenas Adam Darski.
Cholera. Zapomniała, że on tam zawsze jest i stara się na nią wpaść pod byle pretekstem. Tak było już od pierwszej klasy, od kiedy niezgrabnie okazując jej zainteresowanie, zamoczył jej warkocz w żółtej farbie i trzeba było go obciąć prawie o połowę. Od małego szukał towarzystwa Walerii. To do niej biegł z nowymi pomysłami, to ją próbował wciągać w swoje dziecięce spiski, a gdy, jak to dziewczynka, nie chciała brać udziału w chłopięcych zabawach, potrafił zrobić coś głupiego, by zwrócić na siebie uwagę.
Wszyscy mówili, że są do siebie podobni, i nie chodziło tylko o piegi, którymi wiosenne słońce w podobny sposób obsypywało nos i policzki obojga.
Matka Adama nie ustawała w próbach wychowania go na porządnego młodego człowieka, ale on od dziecka sam wiedział, co jest słuszne, a co nie. Gdy dzieciaki demolowały płot pana Kowalskiego, Adam odmówił udziału. Może właśnie dlatego, że choć był „dzikusem”, miał swój kodeks. Nie lubił narzuconych reguł, lecz od najmłodszych lat rozumiał, po co są. Studia prawnicze tylko utwierdziły go w tym przekonaniu.
Jako młody mężczyzna Adam wciąż miał te same piegi i jasne włosy, choć były już krótsze i bardziej ułożone.
– Nie możesz wyglądać jak byle chłopaczysko z ulicy, jeśli masz budzić zaufanie klientów – powtarzała matka za każdym razem, kiedy pojawiał się na śniadaniu w wyciągniętym podkoszulku.
Wyrósł – ku swojej uldze, bo długo był najniższy wśród rówieśników – na wysokiego mężczyznę o szerokich barkach, ale wciąż nieco niezgrabnego, jakby jeszcze do końca nie osiadł we własnym ciele. Jego matka dbała, by zawsze miał starannie wyprasowaną koszulę, lecz często po staremu rękawy nosił podciągnięte, krawat rozwiązany, a guziki odpięte, bo cały czas miał w sobie iskrę buntu, jakby chciał wszystkim udowodnić, że mimo prawniczej profesji nie jest sztywniakiem.
Wciąż starał się przebywać w pobliżu Walerii, choć teraz zachowywał się mniej natarczywie. To był ten typ mężczyzny, który zamiast mówić wprost, żartuje i się droczy. Przy Walerii udawał, że to zwykła sympatia, bo gdy tylko dawał do zrozumienia, że czuje coś więcej, ona natychmiast robiła krok w tył.
– Mimo że jest lubiany, nigdy do końca nie pasował do grupy rówieśników – opowiadała Klarze Waleria. – Nosi na sobie piętno „syna Darskich”, kogoś, kogo nie można traktować jak zwykłego chłopaka z sąsiedztwa.
– Przypomina mi twojego dziadka Kazimierza z dawnych lat – wzdychała Klara. – Z nim było podobnie. Na dodatek nie umiał się bić, więc trudno mu było wywalczyć pozycję w grupie. Tylko raz byłam świadkiem, jak rzucił się na kogoś z pięściami.
Klara wiedziała, że Adam, podobnie jak jej Kazimierz, uważa, że jeśli będzie o coś się starał dostatecznie długo, to wygra i to zdobędzie. Może nawet Walerię. Kiedy na niego patrzyła, widziała, że wciąż ma w sobie coś z tamtego chłopaka, który pozostawał bezradny tylko w tej jednej kwestii.
– To było oczywiste, że po ukończeniu studiów prawniczych wróci do rodzinnego miasteczka i dołączy do kancelarii prawnej i notarialnej rodziców, przejmując jej część – stwierdziła Waleria, kiedy Adam po obronie pracy magisterskiej osiadł na dobre w Chmielniku. – W końcu prowadził ją jego ojciec, a wcześniej dziadek. Adam wrócił, bo nie polubił wielkich miast. Tak mi powiedział na przyjęciu zorganizowanym na jego cześć przez panię Edwardową.
Nie dodała, że wtedy to był jedyny raz, kiedy Adam przekroczył niepisaną granicę, oświadczając, że nie wyobraża sobie, iż mógłby mieszkać daleko od Walerii, skoro po pierwszej komunii, na którą nie przyjechała jej matka, obiecał, że nigdy nie zostawi jej samej.
– To bardzo miłe i jesteś kochany, że to mówisz, ale byliśmy wtedy dziećmi – odpowiedziała mu zmieszana Waleria. – Naprawdę nie powinieneś się tym kierować, planując sobie życie. Niniejszym zwalniam cię z tego zobowiązania, mój rycerzu. – Klepnęła go lekko po ramieniu.
– Nie musisz – zareagował szybko Adam. – Po prostu uważam, że moje miejsce jest w miasteczku, gdzie wszyscy się znają i gdzie każdy problem można rozwiązać poprzez negocjację i argumenty, a nie tak jak w tej pełnej agresji miejskiej dżungli.
Rodzina Darskich miała ustaloną pozycję w mieście i z tego powodu pani Darska nie okazywała entuzjazmu, kiedy mały Adaś biegł do zakładu Kazimierza za każdym razem, gdy zauważył tam Walerię.
– Znasz tego kundla? Przyczepił się do mnie dzisiaj.
Adam uśmiechnął się do psa i poklepał go po łbie, a ten od razu podsunął się bliżej w oczekiwaniu na dalsze pieszczoty.
– Nie, nigdy go nie widziałem. Bardzo miły psiak, może go zatrzymasz?
– Zapomniałeś, że niedługo wyjeżdżam?
Adam spochmurniał. Waleria mówiła o wyjeździe od kilku lat, ale ostatnio zaczęła o tym wspominać częściej. Nie podobał mu się ten pomysł, jednak nie zdradzał się z tym, żeby nie zniechęcić jej do rozmowy.
– Wpadniesz do mnie? Może zjesz razem z nami obiad? I pomyślimy, gdzie poszukać właściciela. Prawda, mamo?
Zza pleców Adama wychyliła się Edwardowa Darska z Zabłockich w niezmiennie starannie zakręconych lokach. Waleria zastanawiała się, czy to dzieło było codziennie tworzone przez fryzjera, czy układane własnoręcznie za pomocą lokówki. I jak kobieta ma naprawdę na imię. W miasteczku przyjęło się ją nazywać tak, jak się w przedziwny sposób przedstawiała: Edwardowa mecenasowa Darska, wręczając przy tym dla wzmocnienia efektu stosowną wizytówkę.
– Oczywiście, oczywiście, synku. Zawsze chętnie cię widzimy, Walerio. – Pani Darska rozciągnęła usta w uśmiechu, który zmienił się w grymas na widok psa i gołych nóg Walerii w krótkich kraciastych spodenkach, po czym stanęła, wpatrując się w nią bez słowa.
Dziewczyna domyślała się, że Edwardowa nie pochwala tego, iż jej syn od lat się wokół niej kręci. Wprawdzie nie okazywała Walerii otwartej niechęci, ale wprowadzała zawsze atmosferę subtelnej presji; jej milczenie potrafiło być równie wymowne jak nieprzyjazne słowa.
Waleria przypuszczała, że będzie tematem rozmowy na najbliższym spotkaniu starszych pań należących do nieformalnego klubu czytelniczego przy mieszczącej się po przeciwnej stronie rynku księgarni, którą prowadziła pani Teodorowa Makowiczowa, wdowa po pisarzu, znanym lokalnie i pochodzącym z tych rejonów. Księgarnia była elitarnym miejscem, centrum życia towarzyskiego, gdzie spotykały się panie „zainteresowane literaturą i kulturą”, co odróżniało je od reszty mieszkanek.
– Nie chcę robić tobie i twojej mamie kłopotu – powiedziała uprzejmie Waleria, przechodząc na drugą stronę roweru, żeby choć trochę się nim zasłonić. – Poza tym babcia Klara się strasznie wścieka, kiedy nie ma mnie na czas na obiedzie. Szczególnie że dzisiaj ma być jej popisowy ziemniaczany gratin dauphinois ze szparagami w sosie piwnym – zaśmiała się, odpowiednio akcentując francuskie słowa.
– No tak, nie zatrzymujemy cię, skoro jest gratin, to się nie dziwię, że pędzisz już do domu. – Pani Edwardowa znacząco wzięła syna pod ramię. – Zapiekanka ziemniaczana Klary nie ma sobie równych.
– Dziękuję uprzejmie za zaproszenie. – Waleria dygnęła jak mała dziewczynka i wskoczyła na rower, czując, że się czerwieni po same uszy. „Elegancka młoda dama nie mówi o własnej babci, że się wścieka, aaa, znowu wpadka, matka Adama będzie miała o czym rozprawiać. Już i tak ma o mnie ustaloną opinię”. Mocniej nacisnęła pedały, dając znać, że bardzo się śpieszy. Czuła na plecach ich spojrzenia.
– Idziemy na obiad, Adasiu. – Pani Edwardowa lekko ścisnęła ramię syna, który stał nadal wpatrzony w oddalającą się sylwetkę dziewczyny. – Czas, żebyś sobie znalazł jakąś miłą pannę – chrząknęła znacząco – z porządnej rodziny, chcielibyśmy niedzielne popołudnia spędzać z wnukami.
– Oj, mamo, przestań – zirytował się Adam i wszedł do domu, kręcąc głową. „Ciągle to samo”. – Jakoś nie mogę sobie znaleźć, żadna mnie nie chce – powiedział przekornie i od razu pożałował, bo matka natychmiast przypomniała mu, że córka ich przyjaciół Falskich jest przecież od lat w niego wpatrzona.
„Coraz bardziej piszczą te pedały, trzeba będzie je odkręcić i nasmarować”. Waleria mogłaby poprosić o pomoc Adama. Nie, nie, jednak musi jakoś poradzić sobie sama. Bez zobowiązań.
Dziadek Kazimierz był zawsze szczęśliwy, gdy wnuczka potrzebowała jego pomocy. Z zapałem dbał o jej rower, naprawiał zabawki, zbudował domek na drzewie w starym sadzie, a nawet własnoręcznie zrobił jej piękną biblioteczkę na książki.
Ale teraz go nie było i obie z babcią Klarą musiały sobie radzić z codziennymi sprawami.
Zacisnęła mocniej ręce na kierownicy, aż zbielały jej kostki, łydki drżały lekko, kiedy z całej siły dociskała pedały. Nie płakała, od kiedy miała siedem lat i matka nie przyjechała na jej pierwszą komunię, chociaż obiecywała. To wtedy Waleria powiedziała dziadkowi, żeby nie przywoływał jej więcej do telefonu, kiedy będzie rozmawiał z Heleną. I już nigdy nie podeszła do aparatu. Przyjmowała listy od matki, czytała je i chowała do czerwonego lakierowanego pudełka. Babcia Klara próbowała poruszyć z wnuczką ten temat, ale w końcu oboje z Kazimierzem uszanowali jej decyzję. O tę komunię Kazimierz chyba miał do Heleny największe pretensje. Większe niż o to, że na początku nie chciała powiedzieć, kto jest ojcem dziecka, kiedy któregoś deszczowego listopadowego wieczoru stanęła w progu domu i oznajmiła:
– Jestem w ciąży. Potrzebuję pieniędzy, żeby ją usunąć.
Okazało się, że Helena zakochała się w wykładowcy, starszym żonatym mężczyźnie z trójką nastoletnich dzieci. Kiedy wyznała mu, że jest w ciąży, wyrzucił ją z gabinetu i powiedział, żeby poszukała naiwnego wśród tych wszystkich, z którymi się puszczała, a nie próbowała w to wrobić jego. Poważanego człowieka z dorobkiem naukowym.
Kiedy Kazimierz o tym usłyszał, był naprawdę wściekły.
– Takie prestiżowe, trudne studia! Dostałaś się pośród setek chętnych, a teraz, na trzecim roku medycyny, zaszłaś w ciążę i wszystko zaprzepaściłaś. Niedaleko pada jabłko od jabłoni!
Spokojna na ogół Klara w tym momencie wpadła w furię, powiedziała, że ciąża to nie choroba, tylko dar od Boga, że mowy nie ma o żadnym usuwaniu, że oni wychowają dziecko, a Helena ma skończyć studia. Żeby swoją złość wyładował raczej na tym draniu, który tak skrzywdził ich córkę. Szczerze mówiąc, to niech się zastanowi, co właśnie powiedział, bo może to był błąd, że kiedyś za niego wyszła. Myślała, że jest kimś innym. I wyszła z pokoju, trzaskając drzwiami. Długo po tych słowach o jabłku Kazimierz musiał zabiegać, żeby Klara się do niego odezwała.
Od tamtej pory Helena i Kazimierz ze sobą nie rozmawiali. Helena wyjechała zaraz po narodzinach Walerii, najpierw do miasta na uczelnię, a potem, dzięki otrzymanemu stypendium, do Stanów. Kazimierz nie próbował jej zatrzymać. Maleńka Waleria została z dziadkami.
Te studia i wyrwanie się Heleny były ucieczką od dusznej atmosfery miasteczka. Drogą do wielkiego świata oraz kariery z dala od domu.
Waleria o awanturze dowiedziała się któregoś dnia, siedząc pod stołem kuchennym i podsłuchując rozmowę babci z jej siostrą, ciotką Anną. Miała wtedy może cztery lata. Dorosłym wydaje się, że dzieci nie rozumieją, o czym się mówi w ich obecności, ale i tak na wszelki wypadek Klara wypchnęła ją z kuchni i kazała jej iść na górę. Reszty dziewczynka dosłuchała, siedząc na ostatnim schodku. Po latach zrozumiała wszystkie trudne słowa, jak „aborcja”.
Od dzieciństwa wolała zszywać książki, niż mówić o emocjach. Przy książkach były zasady: można coś skleić, zszyć, naprawić. Proste.
Mała ulica Piwna prowadziła od rynku w górę, na Chmielowe Wzgórze i dalej, za miasto przez rzekę, po czym wspinała się dość stromo obok muru okalającego opuszczone budynki dziewiętnastowiecznego browaru. Charakterystyczne, wysokie ceglane kominy górowały nad okolicą. Waleria się zatrzymała. Zajrzała do środka przez powyginaną kutą bramę. Na dziedzińcu, wyłożonym kostką brukową porośniętą trawą, wydeptana ścieżka prowadziła do jednego z budynków o bogato zdobionej fasadzie z dekoracyjnymi łukami nad drzwiami i oknami. Na jednej ze ścian widać było znak firmowy w formie stylizowanego kufla piwa i nazwę Stary Browar, a obok datę 1866. Z boku na dziedzińcu sterczały żeliwne hydranty przeciwpożarowe, a w centralnym punkcie placu znajdowała się nieczynna fontanna.
– Ależ by to było piękne miejsce na nasz festiwal filmowy – westchnęła jak zawsze, kiedy tędy przejeżdżała. Kolejny raz obiecała sobie, że się dowie więcej o historii zakładu, który przez dziesiątki lat wyznaczał rytm życia jej Chmielnika, a teraz dogorywał bezużyteczny.
Piwna pięła się wzdłuż drewnianych rur, którymi wciąż doprowadzano wodę do browaru z pobliskich wzgórz. Nigdzie herbata nie smakowała Walerii tak jak tutaj.
Zasapała się trochę, ale uparła się, że wjedzie rowerem na samą górę. Stąd dobrze było widać rynek, kościół i dachy kamienic. Jeszcze zakręt obok żelaznego płotu, podobnego w formie do bramy, otaczającego najładniejszy według niej dom w Chmielniku. Był to dom właścicieli browaru, Schroederów, zbyt wielki dla ostatniego potomka rodziny, starego pana Antoniego. Podobno ostatnio trochę chorował, bo rzadko schodził do miasteczka.
– A co niby jest w tym domu ładnego? Po co tam chodzić?! – prychała gniewnie Klara, kiedy Waleria zachwycała się, pokazując jej zrobione z różnych stron zdjęcia.
Rozrośnięte krzaki zasłaniały prawie zupełnie front budynku oddalonego od drogi, więc Waleria jak zwykle próbowała przez szerokie pręty zobaczyć, czy coś się zmieniło. Nagle się zawstydziła, bo zauważyła, że ktoś siedzi na werandzie. Był to pan Antoni, wysoki, szczupły mężczyzna o siwych włosach, które kiedyś były ciemnobrązowe. Wydawał się jej przystojny mimo wieku. Podniósł rękę do oczu, osłaniając się od słońca, a po chwili się uśmiechnął i pomachał do niej zachęcająco.
Mogłaby wpaść do niego na chwilę na herbatkę, jak to zrobiła parę dni wcześniej w tajemnicy przed Klarą, ale tym razem już była prawie spóźniona na obiad. Otworzyła więc tylko małą furtkę obok ciężkiej bramy, oparła rower i podeszła z psem.
– Zna pan może jego właściciela? – zapytała, obserwując z lekkim ukłuciem zazdrości, jak zwierzak ufnie kładzie wielki łeb na kolanach Antoniego.
Mężczyzna przez chwilę gładził go delikatnie, drapał za uszami i coś mruczał pieszczotliwie, jakby zapomniawszy o Walerii.
– Co? Nie, nie, ale podobny jest do psa, którego kiedyś miałem… dawno temu. Twojej babci będzie się podobał, zatrzymaj go.
– Mojej babci?! Na pewno nie, nigdy mi nie pozwoliła na psa, w sumie nie wiem dlaczego, przecież lubi zwierzęta i one ją lubią, zawsze się do niej wszystkie psy zza ogrodzeń łaszą, kiedy idzie na targ albo do sklepu. Kiedyś widziałam, jak włożyła rękę przez ogrodzenie, by pogłaskać psa burmistrza, tego wielkiego owczarka azjatyckiego, wie pan, ten szary, który atakuje każdego, kto się zbliży. A do niej łasił się jak szczeniak, zupełnie jak ta przybłęda do pana. Może pan go weźmie?
– Tego pozwoli ci zatrzymać, zobaczysz. – Pan Antoni powiedział to stanowczo i odsunął psa. Wstał. – Napijesz się herbaty? Pójdę po filiżankę.
– Przepraszam, nie mogę dzisiaj. – Waleria spojrzała na zegarek i poderwała się na równe nogi. – Już jestem spóźniona, a babcia strasznie się gniewa, jak się ktoś spóźni. A i pan jest, jak widzę, zajęty. – Wskazała na staroświeckie pióro leżące na odręcznie pisanym liście.
Antoni uśmiechnął się porozumiewawczo.
– No tak, oczywiście, zawsze była bardzo czuła na tym punkcie.
Jazda z góry to była inna historia. Waleria lubiła te chwile, kiedy stojąc na pedałach, zjeżdżała krętą ścieżką w coraz bardziej szaleńczym pędzie i hamowała z piskiem opon tuż przed ogrodzeniem domku babci.
W sumie nie mieszkali daleko od siebie. Dom Antoniego, stojący na samym szczycie Chmielowego Wzgórza, był otoczony ogrodem. Po jednej stronie zbocza przechodził on w tereny Starego Browaru z jego budynkami, a po drugiej w naświetlone słońcem pola chmielu, który kiedyś rósł tu w regularnych zagonach, opadając zielonymi falami aż do samego drewnianego płotu wokół domku dziadka i babci.
Kiedy Waleria patrzyła na biegnące w dół aleje chmielu, przypominały jej się przedwojenne zdjęcia pań z włosami ułożonymi w równe fale za pomocą tak zwanego żelazka Marcela, poprzednika współczesnych lokówek. Wprawdzie kilka lat temu plantacje zamieniły się w wielu miejscach w łąkę porośniętą samosiejkami drzew, ale zdziczały chmiel nadal wspinał się na pozostałe w długich alejach ośmiometrowe tyczki.
Jeszcze niedawno bawiła się w chowanego z gromadą koleżanek i kolegów pomiędzy gęstwiną chmielu, choć nie wolno im było tego robić.
Po raz pierwszy pomyślała, patrząc z tej perspektywy w górę, że dom babci i dom Antoniego wydają się częścią tej samej całości.
Ale co Antoni miał na myśli, mówiąc, że Klara zawsze była bardzo czuła na punkcie spóźniania się? Nie wspominał podczas poprzedniej sekretnej herbatki, że się znali osobiście. Trzeba koniecznie zapytać babcię.
Pchnęła stanowczo małą metalową bramkę. Nagle zauważyła, że ma ona podobny roślinny motyw jak furtka Antoniego. Ale najpierw pies! Kudłata sterta wełny falowała przy niej, starając się przecisnąć obok jej nóg, i zanim Waleria zdążyła cokolwiek powiedzieć, skoczyła z radosnym szczekiem wprost na kruchą Klarę, przewracając ją na trawę.
„O Boże, to koniec! Oby tylko nic sobie nie połamała”, jęknęła w duchu Waleria.
– Babciu, babciu, nic ci nie jest? – Odgoniła psa, który starał się wylizać twarz Klarze leżącej bezładnie na trawie.
O dziwo, uwolniona twarz nie była wcale wściekła, tylko nawet trochę rozbawiona.
– Uff, chyba nic ci nie zrobił, przepraszam, on się tak wyrwał niespodziewanie, jak cię zobaczył.
Klara, wsparta na łokciu, półleżała na trawie pomiędzy żółtymi mleczami i przypatrywała się psu, który bardzo zadowolony dyszał z wysuniętym różowym jęzorem wystającym spod kłębów sfilcowanych dredów.
– Wiesz, co to za pies? Czyj on jest? – zwróciła się do Walerii.
– Nie, kompletnie nie mam pojęcia, przyczepił się do mnie, jak jechałam rano do pracy, dałam mu wody i koniec, już mnie nie zostawił. Nie jesteś na mnie zła?
– Nie, dlaczego… to nie twoja ani jego wina… Ostatni raz widziałam psa tej rasy dawno temu. To owczarek węgierski, komondor, rasa pasterska, bardzo u nas rzadka. Kiedyś właściciele Starego Browaru mieli podobnego, był bardzo oddany rodzinie. I niezwykle czujny.
Pies jakby zrozumiał, co się o nim mówi, bo rzucił się z jazgotem na przechodzącego obok płotu nastolatka. Chłopak odskoczył przestraszony, po czym spojrzał ze zdumieniem na scenę z leżącą na trawie starszą panią w eleganckiej szarej sukni, siedzącą obok niej Walerią, przewróconym rowerem przy furtce i wielkim skołtunionym psem, który przywołany przez kobiety wrócił potulnie i przewrócił się na plecy jak wielka pluszowa zabawka.
Klara z ociąganiem, przy pomocy Walerii, podniosła się z ziemi.
– Trzeba go nakarmić. I dać ogłoszenie. Może ktoś go szuka – stwierdziła bez wielkiego przekonania, otrzepując się z trawy. Poszła do kuchni, przekomarzając się z psem radośnie machającym ogonem.
Waleria zdumiała się jeszcze bardziej. Antoni miał rację, babcia wcale się nie gniewała i nie wyglądało na to, żeby chciała szybko znaleźć właściciela. I nawet nie zapytała jak zwykle, dlaczego Waleria znowu przyjechała do domu drogą przez górę, zamiast wygodną nową ulicą.
Okej, trzeba będzie dać mu jakieś imię. Może dobrze się stało, Klara nie zostanie sama, kiedy Waleria w końcu wyjedzie. No bo przecież musi wyjechać na jakieś studia lub znaleźć inną pracę. Coraz trudniej było się utrzymać z zakładu fotograficznego.
Komandor. To dobre imię dla takiego psa. Tak się będzie nazywał.
Antoni patrzył przez chwilę za odjeżdżającą Walerią. Jaka to miła dziewczyna. Bardzo się cieszył, że udało mu się ją poznać osobiście. Obserwował ją już od dawna. Przed kilkoma tygodniami wpadła do jego ogrodu dość niespodziewanie przez zmurszały kawałek muru; przez który, jak zauważył wcześniej, kilka razy zaglądała do środka, fotografując dom. Strasznie się spłoszyła i zakłopotała, kiedy wyszedł na taras i zapytał, dlaczego po prostu nie wejdzie przez furtkę. Wskazał bramę z motywem malowniczo powyginanych splotów chmielowych pędów, tak wspaniale wykutych przez starego kowala Józefa na zlecenie jego rodziny, wiele lat przed pierwszą wojną.
Weszła. Poruszała się z gracją, której ewidentnie nie była świadoma. Nie była to wymuszona elegancja, raczej naturalna swoboda. Kiedy usiadła i zaczęła opowiadać, kim jest, dlaczego tędy przechodzi i jak bardzo ją ciekawi sam dom, zapaliła się i wtedy zauważył w niej coś znajomego, tę samą żywość, entuzjazm co u kogoś dawno temu.
Przyznała, że i on ją interesuje, dlatego zorientował się, że Waleria nic nie wie. Miło mu było obserwować, jak z podziwem ogląda jego dom, wdycha zapach książek z biblioteki, zachwyca się starymi, spisanymi na pergaminie recepturami warzenia piwa, wklejonymi w jeszcze starszy kalendarz rodzinny.
Zapytał ostrożnie, czy widziała kiedykolwiek coś podobnego. Odpowiedziała swobodnie, że nie, chociaż Kazimierz, jej ukochany dziadek, nie tylko był miasteczkowym fotografem, ale też miał pasję, którą ją zaraził – introligatorstwo. Pomagając dziadkowi oprawiać książki, zdobyła wiele cennych umiejętności. W miasteczku było w dobrym tonie mieć książki oprawione w jednolity sposób. Rzadko jednak trafiały się naprawdę wyjątkowe egzemplarze, wymagające użycia specjalnie wyprawionej skóry i wytłoczenia napisów.
Opowiedziała mu o ostatniej, niedokończonej pracy dziadka, oprawie bardzo starej należącej do pani Teodorowej Biblii, której nie zdążyła oddać. Nie miała odwagi odłożyć na miejsce nożyka ani pędzelka, za pomocą którego dziadek wypełniał złotem tłoczenia w tej oprawie.
I nad tą Biblią dostał zawału, który zmiótł go z ziemi w ciągu piętnastu minut, razem ze wszystkimi wspomnieniami i nieopowiedzianymi historiami, zanim przyjechała karetka. A ona nie wiedziała, co zrobić. Bo świat istniał nadal, ale jej dziadka już nie było, nie licząc ciała bezwładnie leżącego na otwartej księdze, akurat na fragmencie: „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono”.
– Księga Koheleta – powiedział cicho Antoni.
Widział, jak Waleria zaciska powieki, opowiadając mu tę historię, ale nawet mała kropla nie spłynęła jej na policzek. Twarda jest. „To rodzinna cecha”, pomyślał. Była taka podobna do Klary z młodości. Nawet włosy zwijała w kok nad szyją w podobny sposób jak ona kiedyś.
– Wiesz – zaczął ostrożnie – Kazimierz pracował nad czymś symbolicznym, nad Biblią, nad słowem, które trwa przez pokolenia. A ludzie, nawet jak odchodzą, pozostawiają coś trwałego dla innych, idee, relacje, historie lub prostu wspomnienia… Albo receptury, jak tutaj w browarze – dodał po chwili przerwy.
Przechadzał się w majowym słońcu po drewnianym tarasie, omijając instynktownie spróchniałe deski, i rozcierał chmielowe szyszki zerwane z pnączy oplatających dom po lewej stronie. Och, jak one już pachniały cytrusowo, trochę goryczką i oszałamiającym aromatem ziół. To była dobra odmiana Hallertauer z Bawarii – jedyne pnącza, które miał jeszcze siłę okopywać co roku, ciąć karpy i przycinać wąsy, żeby nie zdziczały, tak jak reszta plantacji spływającej do podnóża wzgórza, aż do domu starego Kasperskiego. Kazimierz już dawno nie żyje, a i jemu niedługo przyjdzie się pożegnać z tym domem, miejscem i wspomnieniami. Ale jeszcze nie teraz, nie podda się bez walki. Nigdy się nie poddawał, może poza tym jednym, jedynym razem, który zaważył na całym jego późniejszym życiu.
Sięgnął po pióro odziedziczone po ojcu. Nadal pisał nim ważne listy na zielonej firmowej papeterii Starego Browaru, chociaż potrafił posługiwać się komputerem i wiedział, co to internet. Ten list był najważniejszy ze wszystkich, jakie napisał do tej pory, i miał zmienić życie wielu ludzi.
Antoni musiał wreszcie zrobić porządek.
Redakcja: Anna Landowska
Korekta: Adrianna Hess, Beata Buko
Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Slotorsz
Zdjęcia wykorzystane na okładce: © ikan/Adobe Stock, © AFstudio87/Adobe Stock, © AWK studio/Adobe Stock, © Marina Lohrbach/iStock, © photohampster/iStock
Grafika wykorzystana w treści książki: Maciej Orzażewski
Skład i łamanie: pagegraph.pl
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-53-3
