Czas wojny - Cliff Graham - ebook + książka

Czas wojny ebook

Cliff Graham

4,0

Opis

Czas wojny  to porywająca powieść osnuta wokół dziejów biblijnego króla Dawida i jego żołnierzy. Autor wiernie przedstawia historię wojen żydowskich, lecz ukazuje ją w zupełnie niestandardowy i zaskakujący sposób. Dzięki temu wzbudza ona wielkie zainteresowanie także u współczesnego czytelnika. Ta fascynująca opowieść ukazuje bez żadnych upiększeń krwawą walkę na śmierć i życie, wprowadza w trudy obozowego życia oraz twardą, męską przyjaźń.
Bohaterscy wojownicy Dawida wsławili się nie tylko heroicznymi, wręcz szaleńczymi czynami, stając w obronie tego, co słuszne, lecz także swą bezgraniczną lojalnością, trwając przy swym dowódcy, nawet za cenę życia. Nakreślony przez Autora, z wielkim rozmachem, obraz życia Dawida ukazuje nam, że w istocie było ono nieustanną walką w takiej czy innej formie.  Choć wizerunek grającego na cytrze i pilnującego owiec pasterza mocno tkwi w naszej świadomości, to prawdziwy charakter króla Dawida można poznać dopiero śledząc lata jego wojennych zmagań. Nie jest to postać bez skazy. Przecież nie kto inny, lecz on sam podstępnie wysłał na śmierć swego najlepszego żołnierza tylko po to, by zatuszować romans, jaki miał z jego żoną.
Barwny, współczesny język, plastyczne opisy scen walki, pełnowymiarowe postaci – wszystko to sprawia, że powieść trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, tak, iż nie można się od niej oderwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 455

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (6 ocen)
4
0
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ta książka jest pierwszą z cy­klu

CZAS BO­HA­TERÓW

Jest to fik­cyj­na opo­wieść,jed­nak niektóre za­war­te w niej imio­na, ob­ra­zy, isto­tyi wy­da­rze­nia za­czerp­nięto z życia au­ten­tycz­nych po­sta­ci.

Tytuł ory­gi­nału:

Day of War

Przekład:

Alek­san­dra Czwoj­drak

Re­dak­cja:

Be­ata Kacz­mar­czyk

Re­dak­cja tech­nicz­na:

Paweł Le­wan­dow­ski

Ko­rek­ta:

Jo­an­na Racz­kow­ska

Pro­jekt okładki:

Ra­dosław Kraw­czyk

Zdjęcia na okładce:

shut­ter­stock.com

Trans­la­tion co­py­ri­ght © by Cliff Gra­ham

Pu­bli­shed by per­mis­sion of Zon­de­rvan, Grand Ra­pids, Mi­chi­gan

Co­py­ri­ght © 2011 by Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza „Vo­ca­tio”.

All ri­ghts re­se­rved.

Wszel­kie pra­wa do wy­da­nia za­strzeżone.

Książka, ani żadna jej część, nie może być prze­dru­ko­wy­wa­na ani w ja­ki­kol­wiek inny sposób re­pro­du­ko­wa­na czy po­wie­la­na me­cha­nicz­nie, fo­to­op­tycz­nie, za­pi­sy­wa­na elek­tro­nicz­nie lub ma­gne­tycz­nie, ani od­czy­ty­wa­na w środ­kach pu­blicz­ne­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

W spra­wie ze­zwo­leń należy zwra­cać się do:

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza „Vo­ca­tio”

02-798 War­sza­wa, ul. Po­lnej Róży 1

e-mail:vo­ca­tio@vo­ca­tio.com.pl

Re­dak­cja: fax (22) 648 63 82, tel. (22) 648 54 50

Dział han­dlo­wy: fax (22) 648 03 79, tel. (22) 648 03 78

e-mail:han­dlo­wy@vo­ca­tio.com.pl

Księgar­nia Wysyłkowa

02-798 War­sza­wa 78, skr. poczt. 54

tel. (603) 861 952

e-mail:ksie­gar­nia@vo­ca­tio.com.pl

www.vo­ca­tio.com.pl

ISBN 978-83-7829-090-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Cas­san­drze, L.Y.H.B.,

moim sy­nom Jo­shui i Le­vie­mu, abyście po­zna­li wo­jen­ne ścieżki,

oraz mo­je­mu ta­cie, temu, który pierw­szy mi je po­ka­zał.

Po­dzięko­wa­nia

PRZED­SIĘWZIĘCIE tego ro­dza­ju nig­dy nie jest dziełem in­dy­wi­du­alym. Wszel­kie war­tościo­we rze­czy, ja­kie można zna­leźć na stro­ni­cach tej książki, są zasługą wy­mie­nio­nych niżej osób.

Pragnę po­dziękować ka­drze na­uko­wej Bap­ty­stycz­ne­go Se­mi­na­rium Teo­lo­gicz­ne­go Li­ber­ty za wska­za­nie mi źródeł po­moc­nych w za­cho­wa­niu wier­ności hi­sto­rycz­nej i kul­tu­ro­wej, Tod­do­wi Hil­lar­do­wi, mo­je­mu mi­strzo­wi w pi­sar­skim fa­chu, Nic­ko­wi Ewin­go­wi, Mike’owi Alt­stie­lo­wi i Jes­se­mu Ewin­go­wi za przy­czy­nie­nie się w ogrom­nej mie­rze do po­wsta­nia tej idei, Bry­ano­wi Yoscie z Yost De­sign Gro­up, ge­niu­szo­wi twórcze­mu, który two­rzy naszą stronę in­ter­ne­tową, Joh­no­wi Cob­bo­wi za wspa­niałe ilu­stra­cje, Da­vi­do­wi Wal­ke­ro­wi, Jer­ry’emu Smi­tho­wi i człon­kom wspólno­ty Ala­mo City Chri­stian Fel­low­ship, którzy są wy­ra­zi­stym przykładem serc na wzór króla Da­wi­da, pułkow­ni­ko­wi (w sta­nie spo­czyn­ku) Ja­me­so­wi O’Ne­alo­wi za nie­zwy­kle przej­mujące wta­jem­ni­cze­nie mnie w to, co dzie­je się w umyśle żołnie­rza w ogniu wal­ki, moim ro­dzi­com i sio­strom za oka­zaną mi pełnię wia­ry i ufności bez żad­nych po­wodów, tak jak to tyl­ko naj­bliżsi po­tra­fią uczy­nić, Ire­ne Gra­ham za im­po­nujący przykład tego, co to zna­czy być sługą, Jane Wal­ker za nie­ustanną go­to­wość do poświęca­nia długich go­dzin na oma­wia­nie oso­by króla Da­wi­da, Ju­lie Mec­ca, której próby do­strzeżenia w tej opo­wieści cze­goś war­tościo­we­go trud­no do­praw­dy prze­ce­nić, Ji­mo­wi Mil­le­ro­wi, mo­je­mu re­dak­to­ro­wi w wy­daw­nic­twie Tate Pu­bli­shing, który „do­znał” wi­zji tego przed­sięwzięcia i który odtąd nie szczędził ani kon­struk­tyw­nej kry­ty­ki, ani en­tu­zja­stycz­nych słów zachęty.

Oraz mo­jej żonie Cas­san­drze za jej niezłomną wiarę i na­iw­ny opty­mizm, dzięki którym nie pod­da­wałem się na­wet w trud­nych chwi­lach.

Słowo do Czy­tel­ni­ka

PRÓBOM pi­sa­nia be­le­try­sty­ki opar­tej na Bi­blii za­wsze po­win­na to­wa­rzy­szyć pew­na oba­wa. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, gdy po raz pierw­szy przy­szedł mi do głowy taki po­mysł, za­marłem ze stra­chu. Pi­sarz tworzący po­wieść żyje w nie­ustan­nej pa­ra­noi, żeby się nie po­my­lić, nie prze­ina­czyć faktów, a jeśli jesz­cze na do­da­tek pla­nu­je ułożyć opo­wieść osa­dzoną w re­aliach Księgi, która w jego prze­ko­na­niu za­wie­ra odpo­wiedzi na wszyst­kie naj­ważniej­sze py­ta­nia życio­we, cze­ka go za­iste kar­kołomne za­da­nie.

Dwu­dzie­sty trze­ci roz­dział Dru­giej Księgi Sa­mu­ela to za­ska­kujący ustęp Pi­sma Świętego. Nie tchnie on być może po­krze­piającym ciepłem niektórych listów Pawłowych, nie po­da­je też zgrab­nie ujętych reguł chrześcijańskie­go życia cieszących się ta­kim wzięciem w dzi­siej­szych księgar­niach. A mimo to za­wie­ra ma­te­riał za­ska­kująco ożyw­czy w ze­sta­wie­niu z ugrzecz­nioną, za­me­ry­ka­ni­zo­waną po­sta­cią wia­ry chrześcijańskiej.

Roz­dział ten opo­wia­da o Bo­ha­te­rach z wojsk króla Da­wi­da, z których większość wy­mie­nio­no tyl­ko w tym jed­nym miej­scu Bi­blii. Lecz ich czy­ny były tak he­ro­icz­ne i oszałamiające, a słabości ich dowódcy tak ja­skra­we, że na­wet te gołe fak­ty po­bu­dzają wy­obraźnię. Wraz z gro­nem naj­bliższych przy­ja­ciół ma­rzy­liśmy kie­dyś o tym, żeby ktoś nakręcił film albo na­pi­sał książkę o tych lu­dziach – co przeżywa­li, na ile zna­li Boga, jak wyglądało ich obo­zo­we życie pod wodzą za­pra­wio­ne­go w bo­jach przywódcy, ja­kim był król Da­wid. Ta książka jest wy­ni­kiem tych ma­rzeń.

Z bie­giem lat uświa­do­miłem so­bie, że pragnąłbym po­dzie­lić się z in­ny­mi swoją fa­scy­nacją tymi praw­dzi­wy­mi opo­wieścia­mi o od­wa­dze i męstwie. Czułem też po­trzebę, aby po­ka­zać – zwłasz­cza mężczy­znom – że Bi­blia to nie­ko­niecz­nie wy­ide­ali­zo­wa­ny ob­raz Je­zu­sa głaszczącego ja­gnięta. Bi­blia jest su­ro­wa, uczci­wa i bez­kom­pro­mi­so­wa. Trak­tu­je samą sie­bie bar­dzo poważnie. Wy­nie­sio­ne ze szkółki nie­dziel­nej czy z lek­cji re­li­gii wy­obrażenia Da­wi­da jako chłopca o słod­kiej twa­rzycz­ce, który strze­la z pro­cy do bro­da­te­go wo­jow­ni­ka, sta­no­wią je­dy­nie część całego ob­razu. Za mo­ich czasów rzad­ko kie­dy wspo­mi­nało się o tym, że chwilę później Da­wid odciął Go­lia­to­wi głowę. Pi­smo Święte nig­dy nie glo­ry­fi­ku­je woj­ny, ale też nie uda­je, że ona nie ist­nie­je. Uczci­we spoj­rze­nie na Bi­blię skłania do wnio­sku, że Bóg nie za­mie­rzał kryć przed nami boleśnie okrut­nych czynów, do ja­kich zdol­ni są lu­dzie. Słusznie postąpimy, jeśli nie będzie­my przy­kra­wać Słowa Bożego do na­szych wy­obrażeń na Jego te­mat, lecz będzie­my Je ana­li­zo­wać włącznie ze wszyst­ki­mi po­nu­ry­mi szczegółami, które po­ma­gają ogarnąć skalę upad­ku człowie­ka i jego roz­pacz­liwą po­trzebę od­ku­pie­nia. Wo­jow­ni­cy Da­wi­da chętnie go­dzi­li się wy­ko­ny­wać tę „czarną ro­botę”, którą dzi­siej­si lu­dzie tak często za­nie­dbują: sta­wa­nie w obro­nie tego, co słuszne, ujarz­mia­nie własnej skłonności do gwałtu i lo­jal­ność do końca, na­wet za cenę życia. Być może ci bo­ha­te­ro­wie nie byli ta­ki­mi du­cho­wy­mi gi­gan­ta­mi, jak Mojżesz czy apo­stoł Paweł, lecz prze­cież Bi­blia nie szczędzi po­chwał dla ich od­wa­gi i chwa­leb­nych czynów.

Życie Da­wi­da było nie­ustanną walką w ta­kiej czy in­nej for­mie. Choć jego wi­ze­ru­nek jako grającego na cy­trze i pil­nującego owiec moc­no tkwi w na­szej świa­do­mości i zo­stał uwzględnio­ny również w tej książce, to jed­nak w moim prze­ko­na­niu jego praw­dzi­wy cha­rak­ter ujaw­nił się właśnie pod­czas tych wo­jen­nych lat. Po­zna­je­my wówczas zarówno jego do­bre stro­ny (de­spe­rac­kie trwa­nie wo­bec miażdżącej prze­wa­gi wro­ga w na­dziei na Boży ra­tu­nek), jak i złe (wysłanie na śmierć swe­go naj­lep­sze­go żołnie­rza w celu za­tu­szo­wa­nia cu­dzołóstwa z jego żoną).

Ta po­wieść to plon wie­lo­go­dzin­nych badań, kon­sul­ta­cji z eks­per­ta­mi oraz owoc pra­gnie­nia za­cho­wa­nia jak naj­większej zgod­ności z rze­czy­wi­stością. Do­sto­so­wałem sposób mówie­nia po­szczególnych po­sta­ci do ucha dzi­siej­sze­go czy­tel­ni­ka. Długie opi­sy, zwłasz­cza he­braj­skich tra­dy­cji i zwy­czajów, skra­całem bądź w ogóle po­mi­jałem, nie z bra­ku sza­cun­ku dla he­braj­skie­go dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go, lecz aby za­cho­wać wart­ki tok ak­cji. Według mo­jej naj­lep­szej wie­dzy żaden ele­ment tej po­wieści nie jest sprzecz­ny z Bi­blią, po­nie­waż jed­nak nie je­stem eks­per­tem w dzie­dzi­nie sta­rożyt­nej an­tro­po­lo­gii he­braj­skiej, muszę pro­sić spo­strze­gaw­czych czy­tel­ników o wy­ba­cze­nie ewen­tu­al­nych błędów.

Ter­mi­no­lo­gia woj­sko­wa za­brzmi zna­jo­mo w uszach wie­lu dzi­siej­szych żołnie­rzy. Po­nie­waż na­sza wie­dza o sta­rożyt­nych od­po­wied­ni­kach ta­kich określeń jak „od­dział sztur­mo­wy” czy „pułk” jest skąpa, a jed­no­cześnie wie­my, że określe­nia­mi o ta­kim zna­cze­niu się posługi­wa­no, za­sto­so­wałem ter­mi­ny współcze­sne, które są zro­zu­miałe.

Po­sta­ci są fik­cyj­ne, jed­nak stwo­rzo­ne z za­cho­wa­niem sza­cun­ku dla kon­tek­stu. In­ter­pre­ta­cji ich myśli i mo­tywów działania do­ko­nałem sa­mo­dziel­nie. Pi­smo Święte sta­no­wiło filtr, przez który prze­pusz­czałem każdą próbę snu­cia opo­wieści. Jeśli co­kol­wiek kłóci się ze Słowem, nie było to prze­ze mnie za­mie­rzo­ne, i jeśli występują ja­kieś roz­bieżności, jest to wyłącznie moja wina.

Inną kwe­stią wy­ma­gającą wyjaśnie­nia jest chro­no­lo­gia. W tekście bi­blij­nym brak jest wyraźnych sta­rań o za­cho­wa­nie ścisłego porządku i następstwa w cza­sie. Pierw­szorzędne zna­cze­nie ma za­zwy­czaj teo­lo­gicz­ny sens wy­da­rzeń opi­sy­wa­nych przez au­to­ra księgi. Próby usta­le­nia cza­su roz­gry­wa­nia po­szczególnych bi­tew wy­ma­gały ode mnie mo­zol­nej pra­cy i muszę wy­znać, że nie­jed­no­krot­nie tra­ciłem cier­pli­wość, kie­dy co rusz tra­fiałem na sprzecz­ne opi­nie zna­ko­mi­tych ba­da­czy. Osta­tecz­nie, w kwe­stii chro­no­lo­gii obrałem sta­no­wi­sko większościo­we, a następnie prze­pro­wa­dziłem „do­mysły stra­te­gicz­ne”, czy­li do­mysły opar­te na próbie sy­mu­la­cji myśle­nia dowódcy woj­sko­we­go, ja­kim był Da­wid. W przy­pad­ku do­strzeżenia ewi­dent­nych różnic między mo­imi wnio­ska­mi a Bi­blią bar­dzo proszę trzy­mać się Bi­blii. Wie­le za­wdzięczam też pra­cy ba­daw­czej Cha­ima He­rzo­ga i Mor­de­cha­ja Gi­cho­na na te­mat sta­rożyt­nej he­braj­skiej tak­ty­ki bi­tewnej.

Za­le­caną li­te­ra­turę uzu­pełniającą dla osób za­in­te­re­so­wa­nych zgłębia­niem usta­leń na­uko­wych, na których opie­ra się ta po­wieść, za­warłem w Anek­sie.

Na ko­niec jed­na uwa­ga: w książce nie bra­ku­je scen prze­mo­cy. Sta­rałem się nią nie epa­to­wać, chciałem jed­nak wier­nie oddać rze­czy­wi­stość sta­rożyt­nej woj­ny. Po­wieść nie jest jed­nak krwaw­sza niż sama Bi­blia, bar­dziej na­to­miast krwa­wa niż większość książek opar­tych na Bi­blii. Po­ru­sza ona również wątki wy­bit­nie dla do­rosłych – o po­ku­sie sek­su­al­nej i pożądli­wości, za­pre­zen­to­wa­ne w sposób po­ka­zujący nisz­czy­ciel­ski po­ten­cjał ta­kich skłonności, co wy­ma­ga od czy­tel­ni­ka od­po­wied­niej doj­rzałości, po­zwa­lającej zro­zu­mieć sens wy­da­rzeń. Pro­siłbym o sta­ran­ne prze­myśle­nie tej kwe­stii przed za­le­ce­niem książki młod­sze­mu czy­tel­ni­ko­wi. Na­szym pra­gnie­niem w Men of War Mi­ni­stries jest, aby czy­tel­ni­kami Cza­su woj­ny byli przede wszyst­kim oj­co­wie i sy­no­wie, lecz w przy­pad­ku młod­szych „wo­jow­ników” po­win­no to nastąpić do­pie­ro w od­po­wied­nim cza­sie.

Jest to pierw­sza z se­rii książek o do­ko­na­niach mi­li­tar­nych króla Da­wi­da za­pre­zen­to­wa­nych z per­spek­ty­wy jego wo­jow­ników. Dziękuję, że po nią sięgnęliście. Mam na­dzieję, że pierw­szym od­ru­chem czy­tel­ni­ka po zakończe­niu jej lek­tu­ry będzie otwo­rze­nie sta­re­go, wysłużone­go eg­zem­pla­rza Bi­blii i spoj­rze­nie na nią świeżym okiem i z no­wym za­chwy­tem.

Bo każdy but pie­sze­go żołnie­rza,

każdy płaszcz zbro­czo­ny krwią

pójdą na spa­le­nie, na pastwę ognia.

Księga Iza­ja­sza 9,4 (BT)

Pro­log

MŁODY człowiek pa­trzył w ko­ry­to stru­mie­nia, w zamyśle­niu ob­ser­wując pro­mie­nie słońca mie­niące się w stru­gach lo­do­wa­tej wody. Było na tyle płytko, że wi­dział, jak nurt de­li­kat­nie opływa kamie­nie, mknąc z wio­sen­nych roz­topów na północy i spłukując z do­li­ny reszt­ki zimy.

Je­den z ka­mie­ni był okrągły i nie­duży, i wyglądał ide­al­nie. Wyciągnął go z po­to­ku i wy­tarł do su­cha o kraj tu­ni­ki. Ka­mień był gładki, bez gru­dek i bez uszko­dzeń, do­sko­nałego kształtu, jak­by od za­wsze cze­kał właśnie na nie­go. Te­raz będzie ich już pięć.

Szemrząca woda koiła sto­py po całodzien­nym mar­szu. Kręgosłup ze­sztyw­niał od tobołka, który młodzie­niec dźwigał na ple­cach, a san­dały uwie­rały bar­dziej, niż to zwy­kle bywało po ta­kiej podróży. Po­zwo­lił sto­pom roz­ko­szo­wać się zimną wodą i za­mknął oczy, nasłuchując.

Spa­dek te­re­nu po­zwo­lił mu zna­leźć to ustron­ne miej­sce w sa­mym środ­ku do­li­ny, osłonięte przed czuj­nym wzro­kiem tych za nim i tych przed nim. Będą cze­kać, wie­dział o tym, miał nie­wie­le cza­su. Otwo­rzył oczy i spoj­rzał na skarpę po dru­giej stro­nie stru­mie­nia. Już niedługo – pomyślał. Cze­ka­li. On też.

Muł na dnie stru­mie­nia za­pa­dał się pod jego sto­pa­mi. Prze­szedł na dru­gi brzeg i za­trzy­mał się przed piasz­czystą skarpą. Jesz­cze kil­ka kroków i znaj­dzie się na górze, wi­docz­ny jak na dłoni dla całego mro­wia mężczyzn na wzgórzach oka­lających do­linę. Wypełnia­li jego umysł swą obec­nością, w ich sze­re­gach wy­czu­wał strach i żądzę śmier­ci. Od­dy­chał płytko, jesz­cze raz ćwicząc w myślach ko­or­dy­nację ruchów. Roz­mach, cel. Roz­mach, cel. Tak trzy razy z rzędu i prze­rwać.

W dali do­strzegł swo­ich pięciu bra­ci: jed­ne­go na przed­po­lu, a czte­rech w sze­re­gach woj­ska. Wszy­scy ogrom­ni, ale nie tak jak ten przed nim. Żaden z jego bra­ci nie wy­szedł ra­zem nim, by sta­wić czoła temu ogrom­ne­mu har­cow­ni­ko­wi. Mają ro­dzi­ny, muszą ob­ra­biać pola… A on był dla nich za­wsze jak piąte koło u wozu. Za­wsze przy owcach. Nie poważali go, nie za­uważali w nim nic god­ne­go sza­cun­ku. Był dla nich za­wsze tyl­ko sy­nem ich ojca. Nie przyszłoby im na­wet do głowy, żeby go tu­taj wes­przeć. Zresztą prze­cież nie zna­li Tar­czy.

Dziś zo­baczą.

Trzy­mając kij na ra­mie­niu, zaczął wspi­nać się na piasz­czystą skarpę nad po­to­kiem. Słońce stało dokład­nie nad jego głową, cie­nia pra­wie nie było. Wdra­pując się, mówił coś ci­cho, jak­by roz­ma­wiał z kimś, kto wspi­na się obok. Często mówił na głos w chwi­lach za­grożenia, choć ni­ko­go nie było w po­bliżu, a nie­wie­lu wie­działo o tym, że prze­ma­wia tak od świtu do nocy, bez względu na trud­ności, ja­kie ma aku­rat do po­ko­na­nia. Kto go znał, wie­dział, że mo­dli się do swe­go Boga.

Do­tarł na szczyt skar­py i przed nim znów roz­po­starł się ob­raz pola bi­twy. Błyszczące sze­re­gi zbroi i chorągwi oka­lały gar­dziel do­li­ny. Były ich nie­zli­czo­ne tysiące, odgłosy wrzasków i urągań, przed­tem tłumio­ne przez skarpę nad po­to­kiem, te­raz do­tarły do nie­go z całą siłą.

Ci­sza spra­wiała mu przy­jem­ność – ale nad­szedł już czas. Sku­pił umysł na krzy­kach lu­dzi, którymi gar­dził. Kawałek da­lej, na nie­wiel­kim występie skal­nym, na tle na­gie­go zbo­cza wiodącego do jego woj­ska, stał ów ogrom­ny wo­jow­nik.

Był naj­potężniej­szym człowie­kiem, ja­kie­go który­kol­wiek z nich wi­dział, wyższym na­wet, niż gdy­by dwaj jego po­bra­tym­cy stanęli je­den dru­gie­mu na ra­mio­nach. Miał oszczep tak ogrom­ny, że przy­po­mi­nał ra­czej oścień na woły, a z tyłu swej ciężkiej zbroi przy­pa­sał bułat. Zbroję nosił taką, jak cały jego ród: na­go­le­ni­ce osłaniające nogi, me­ta­lo­wy pan­cerz na pier­si i gru­by hełm z brązu ozdo­bio­ny końskim włosiem na czub­ku. Tors okry­wała kol­czu­ga przy­po­mi­nająca ry­bie łuski, lśniąca w południo­wym słońcu, błyszcząca tak ja­sno, że trze­ba było od­wra­cać wzrok.

Za­snu­te lekką mgłą pole dud­niło od jego szy­derstw mio­ta­nych pod ad­re­sem Boga He­braj­czyków. W spie­ko­cie upal­ne­go dnia syl­wet­ka ol­brzy­ma zda­wała się prze­mie­niać w ja­kie­goś złego du­cha. U jego boku stał gier­mek, również im­po­nującej po­stu­ry, choć nie aż tak mon­stru­al­nych roz­miarów, jak jego pan. Młody człowiek wie­dział, że trze­ba będzie zmie­rzyć się z nimi dwo­ma i z całym ich pogańskim ro­dem. Będzie mu­siał sta­wić czoła im wszyst­kim.

Pogróżki ol­brzy­ma nie prze­sta­wały dud­nić mu w uszach, więc od­wza­jem­nił się własny­mi, choć wie­dział, że będą jak gro­chem o ścianę. Tam­ci nig­dy nie słucha­li. Nie po­zo­stało mu nic in­ne­go, jak zro­bić to, co miał do zro­bienia.

Ol­brzym szcze­rzył zęby w uśmie­chu, przez otwór w przyłbicy wy­le­wała się kędzie­rza­wa bro­da. Po­now­nie, jesz­cze głośniej, wy­krzy­czał swe posępne pogróżki i pod­niósł ramię, by pod­sy­cić en­tu­zjazm w swych sze­re­gach.

Młodzie­niec uśmiechnął się, patrząc na har­cow­ni­ka, który wciąż nie wie­dział, co go cze­ka.

Nie­ba­wem się do­wie.

Młody człowiek rzu­cił na zie­mię swą laskę pa­sterską i wyciągnął procę. Była wy­ko­na­na z dwóch li­nek skręco­nych z ko­ziej sierści, przy­mo­co­wa­nych do skórza­ne­go rze­mie­nia. Gdy bębny wo­jen­ne ar­mii ze­bra­nej po dru­giej stro­nie do­li­ny zaczęły wy­bi­jać za­po­wiedź po­je­dyn­ku, sięgnął do kie­sze­ni ukry­tej na wy­so­kości pasa. Wal­czyć mie­li wo­jow­ni­cy oby­dwu ar­mii, ale obaj królo­wie chcie­li, żeby ich lu­dzie byli go­to­wi do ata­ku w chwi­li, gdy prze­gra wo­jow­nik nie­przy­ja­cie­la. Star­cie dwóch żołnie­rzy miało roz­strzygnąć wy­nik bi­twy, jed­nak w oby­dwu ar­miach ki­piała zbyt wiel­ka wza­jem­na nie­na­wiść. Krew miała polać się stru­mie­nia­mi, nie­za­leżnie od wy­niku po­je­dyn­ku.

Wyciągnął je­den z ka­mie­ni, które zna­lazł w ko­ry­cie po­to­ku, i umieścił go w skórza­nym pa­sku u na­sa­dy pro­cy. Pa­lec wska­zujący jego dłoni po­kry­wały od­ci­ski, których na­ba­wił się, ćwicząc do upadłego, by osiągnąć jak naj­większą biegłość w posługi­wa­niu się tą bro­nią. Nig­dy dotąd go nie za­wiodła. Nie za­wie­dzie i te­raz.

Bębny grały co­raz głośniej. Żołnie­rze prze­ciw­ni­ka śmia­li się, skry­ci za żela­znym orężem. Mie­li wyraźną prze­wagę w lu­dziach i uzbro­je­niu. Młodzie­niec słuchał i ob­ser­wo­wał, jak wrzeszczą i ude­rzają w tar­cze, ziejąc nie­na­wiścią do zgrai słabo wy­ekwi­po­wa­nych He­braj­czyków, kulących się ze stra­chu w do­li­nie. Obcy byli bar­ba­rzyńcami. Wy­czu­wa­li rzeź ni­czym sta­do hien. Pa­trzył na nich gniew­nie, słysząc, jak urągają jego Bogu. W jego ser­cu wzbie­rała wściekłość.

I wte­dy po­czuł ogień.

Naj­pierw zapłonął w pier­siach. W oka­mgnie­niu objął ra­mio­na. W pal­cach wzbie­rała mu ener­gia i zda­wało się, że mięśnie za chwilę wyrwą się z ciała, jeśli nie da jej ujścia. Za­cisnął po­wie­ki, słuchając dud­nie­nia bębnów. Prze­ni­kało ono skórę i czuł, że na­ra­stający w środ­ku żar za chwilę go roz­sa­dzi.

Odgłos ognia ryczącego w uszach przytłumił resztę zmysłów i od tej chwi­li młody człowiek nie czuł już nic, tyl­ko ten żar, który ogar­niał go sil­niej niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Pro­ca drżała w jego dłoniach. Bębny hu­czały, żołnie­rze zaczęli ude­rzać mie­cza­mi zgod­nie z ich ryt­mem, pod­niósł się krzyk.

Otwo­rzył oczy i po­przez piekący ból do­strzegł, że ol­brzym sa­dzi ku nie­mu potężnymi su­sa­mi, za każdym z nich po­ko­nując ja­kieś trzy­dzieści łokci, a gier­mek bie­gnie tuż za nim. Młodzie­niec krzyknął, chcąc dać ujście napięciu, lecz ogień w jego cie­le roz­go­rzał tym moc­niej. Na­wet nie wie­dział, kie­dy sam też puścił się bie­giem, skacząc z głazu na głaz i naprężając procę. Ka­mień ide­al­nie wpa­so­wał się w rze­mień. Zakręcił nim młynka.

Roz­mach.

Zwol­nił nie­co.

Cel.

Biegł da­lej i da­lej kręcił procą. Wie­dział, że nie­rozsądnie jest strze­lać w bie­gu, ale nie mógł dłużej tłumić wewnętrzne­go ognia.

Roz­mach…

Kręcił co­raz szyb­ciej.

Cel.

Ol­brzym już nad­bie­gał, nie było cza­su do stra­ce­nia.

Roz­mach – szyb­ciej – cel!

Krzyknął – pe­wien, że ogień za chwilę go stra­wi. Lecz nie – pchał go naprzód po­przez ka­mie­nie i tu­ma­ny pyłu.

Za ostat­nim za­ma­chem puścił lin­ki i ka­mień ze świ­stem prze­szył po­wie­trze. Gdy mknął ku czar­nej syl­wet­ce wo­jow­ni­ka, młody człowiek wy­szep­tał w du­chu: Daj mi swą Tarczę w dniu bi­twy.

Część pierw­sza

1

BE­NA­JA, syn Je­ho­ja­dy, nig­dy jesz­cze nie wi­dział za­mie­ci śnieżnej, ale wie­dział już, że nie przy­pad­nie mu ona do gu­stu. Na południu, skąd po­cho­dził, nig­dy nie padał śnieg. Mężczy­zna uznał, że tak po­win­no być wszędzie.

Jako chłopiec słuchał bajań o za­mar­z­niętym desz­czu. Opo­wia­da­li o nim wędrow­cy ze wscho­du, kie­dy za­trzy­my­wa­li się w jego wsi, żeby na­poić wielbłądy i uzu­pełnić za­pa­sy na drogę. Snu­li opo­wieści o ogrom­nych połaciach bie­li, jaka okry­wa zie­mię i za­bi­ja bydło. W tam­tych cza­sach, w za­pa­le młode­go ser­ca spra­gnio­ne­go przygód, pragnął uj­rzeć to na własne oczy. Lecz tak jak wie­le in­nych ta­jem­nic tego życia, również i ta szyb­ko stra­ciła na atrak­cyj­ności, gdy tyl­ko uświa­do­mił so­bie, jak bar­dzo utrud­ni mu ona za­da­nie.

Zim­ny po­wiew znów ude­rzył go w twarz. Be­na­ja przy­stanął i przysłonił oczy dłonią, cze­kając, aż wiatr nie­co przy­cich­nie. Ścieżkę za­sy­pał śnieg, mu­siał więc uważnie szu­kać dro­gi między ob­lo­dzo­ny­mi ka­mie­nia­mi. Wie­dział, że jest zbyt zim­no jak na tę porę roku, wiosną górska kra­ina zwy­kle roz­kwi­tała, pławiąc się w pro­mie­niach słońca. Lecz te­raz biel wieńcząca wy­so­kie urwi­ska i po­nu­re sza­re nie­bo za­po­wia­dały, że może być jesz­cze go­rzej.

Przy­kucnąwszy za ja­kimś ogrom­nym głazem, moc­niej uchwy­cił oszczep i nasłuchi­wał. Wiatr wył tak, że można by wyłowić inne dźwięki naj­wyżej w pro­mie­niu kil­ku­na­stu kroków. Za licz­ny­mi na sto­ku głaza­mi kryły się gro­ty i nyże.

Wie­dział, że potwór mógł za­czaić się w którejś z nich, i sta­ran­nie badał wzro­kiem każde zagłębie­nie w ska­le, wy­pa­trując złoci­stej sierści. Zmarsz­czyw­szy brwi, zaczął po­su­wać się da­lej wzdłuż ścieżki. Mówili, że jest ogrom­ny, wiel­kości trzech mężów, długości ze dwu­dzie­stu łokci. Bzdu­ra, ja­kie stwo­rze­nie mogłoby li­czyć so­bie dwa­dzieścia łokci! Star­szy wio­sko­wy po­wie­dział, że be­stia przy­by­wa późną nocą, i Be­na­ja zaczął po­dej­rze­wać, że ta­kie sza­cun­ki roz­miarów zwierzęcia zro­dziły się być może pod wpływem al­ko­ho­lu.

Ale po­nie­waż całe życie po­lo­wał na lwy, do­sko­na­le zda­wał so­bie sprawę z tego, że zwierzętom tym wy­star­czy, by raz zabiły, a już będą sądziły, że człowiek to łatwy łup. Lu­dzie z wio­ski nie będą bez­piecz­ni, dopóki be­stia żyje. Naj­le­piej było po­lo­wać na lwy w trzy­oso­bo­wych gru­pach, lecz po­nie­waż resz­ta wo­jow­ników z jego pułku ma­sze­ro­wała właśnie da­le­ko na północ, zwer­bo­wał do po­mo­cy czte­rech miej­sco­wych. Wy­da­li mu się dziel­ni, jed­nak trzej byli już dość moc­no po­su­nięci w la­tach, a czwar­ty za­le­d­wie prze­stał być dziec­kiem. Wszy­scy mężczyźni zdol­ni do wal­ki na otwar­tym polu szy­ko­wa­li się do woj­ny na północy, gro­madząc ekwi­pu­nek i ćwicząc się w wo­jen­nym rze­miośle w ob­li­czu spo­dzie­wa­ne­go na­jaz­du Fi­li­stynów. Król powołał pod broń i rol­ników, i pa­ste­rzy, tak iż we wsiach nie­wie­lu po­zo­stało mężczyzn zdol­nych do cięższe­go wysiłku.

Ta osa­da była tak nie­duża, że Be­na­ja o mały włos prze­oczyłby ją, gdy wresz­cie wcze­snym ran­kiem wy­nu­rzył się z lasu. Za­uważył, że jej miesz­kańcy przy­wiązują dużą wagę do wyglądu swo­ich do­mostw, z przy­jem­nością pa­trzył na sta­ran­nie po­sta­wio­ne ka­mien­ne mury i da­chy kry­te gli­nia­ny­mi dachówka­mi. Osad­ni­cy pomyśleli na­wet o urządze­niu kil­ku zakątków wspólnych, ze swo­bod­nym wstępem dla każdego miesz­kańca wio­ski.

Wi­dział za­bu­do­wa­nia, gdzie rol­ni­cy zwo­zi­li ziar­no, by je wymłócić na kle­pi­sku. Słomę wiązano w sno­py i rzu­ca­no pod ścia­ny spi­chle­rza z równiut­ko cio­sa­nych ka­mie­ni. Pod­czas żniw żeńcy od­ci­na­li krze­mien­ny­mi ostrza­mi wierz­chołki tych snopów, żeby ogra­ni­czyć ilość słomy roz­rzu­co­nej po kle­pi­sku.

Za­raz koło spi­chlerzów po­sta­wio­no tłocznię oli­wy i choć nie czas był jesz­cze na zbio­ry, niektórzy już krzątali się dokoła, przy­go­to­wując ją na zbliżające się oliw­ne żniwa. Pra­sa dźwi­gnio­wa mieściła kil­ka koszów oli­wek wsta­wia­nych do zbior­ni­ka, nad którym znaj­do­wał się ka­mień. Z ka­miennej ścia­ny tuż powyżej ster­czała bel­ka z row­ka­mi do za­wie­sza­nia obciążników – tak po­wsta­wał ucisk na prasę, która wytłaczała z owoców ob­fi­tość oli­wy spływającej do na­czy­nia umiesz­czo­ne­go pod ko­sza­mi.

Lecz Be­na­ja zo­rien­to­wał się, że jest to społecz­ność głównie pa­ster­ska. Owce do­pie­ro co uro­dziły, w całym re­gio­nie set­ki zwierząt wy­ma­gało strzyżenia. Wcześniej zapędza­no je do sa­dzaw­ki, gdzie pa­ste­rze szo­ro­wa­li wełnę do czy­sta, po czym wy­pusz­cza­li owce, które becząc, wy­bie­gały na brzeg, su­szyć się w słońcu. Tyle że tego dnia słońce za­miast su­szyć wełnę wca­le się nie po­ka­zało. Be­na­ja wi­dział iry­tację pa­ste­rzy mi­ja­nych po dro­dze.

Przy­stanął na chwilę, by po­pa­trzeć na jed­ne­go, mo­cującego się z jakąś nie­sforną owcą. Zwierzę be­czało jak opętane, wresz­cie mężczy­zna ude­rzył je w pysk. Na próżno. Ude­rzył więc moc­niej, aż po­ciekła krew. Ten dru­gi cios oka­zał się wy­star­czająco sil­ny, by owca ze­chciała w końcu po­go­dzić się ze swo­im lo­sem i uspo­koić się nie­co. Pa­sterz, widać wpra­wio­ny w ści­ga­niu nie­sfornych zwierząt po górach, ścisnął ją między ko­la­na­mi, a pod­winąwszy suk­nię, za­tknął jej kraj za pas i prze­cze­sał pal­ca­mi za­chla­paną wełnę, by wy­grze­bać z niej błoto i mar­twe owa­dy.

Gdy skończył, puścił zwierzę, a ono rzu­ciło się na oślep przez wodę w po­szu­ki­wa­niu resz­ty sta­da, roztrzęsio­ne, ale już czy­ste, z cienką strużką krwi wy­cie­kającą jesz­cze z noz­drzy. Mężczy­zna otarł czoło i za­uważył przyglądającego mu się Be­naję. Spo­strzegł jego woj­sko­wy ubiór i oręż, i skinął głową za­nie­po­ko­jo­ny. Żołnierz od­wza­jem­nił po­zdro­wie­nie i po­szedł da­lej.

Niektórzy ro­bot­ni­cy cio­sający ka­mie­nie i przy­go­to­wujący sprzęt do żniw co jakiś czas prze­ry­wa­li pracę, żeby po­si­lić się owsianką ze zsiadłego ko­zie­go mle­ka, zwaną le­ben. Twar­de chle­by ma­cza­no w oc­cie i po­da­wa­no je­den dru­gie­mu. Niektórzy wsy­py­wa­li do ust garść prażone­go ziar­na i żuli pod­czas pra­cy.

Gdy zbliżał się do wio­ski, po dro­dze mijały go ka­ra­wa­ny rol­ników i pa­ste­rzy z górskiej kra­iny: muły ugi­nały się pod ciężarem juków, wozy zaprzężone w woły z tru­dem to­czyły się po ka­mie­niach, zwierzęta cza­sem nie chciały zakręcać i ich właści­cie­le bili je cien­ki­mi trzci­na­mi, do­tkli­wie na­wet dla gru­bej skóry.

Be­na­ja był mężczyzną oka­załej po­stu­ry, o sze­ro­kim tor­sie i potężnych ra­mio­nach. Gdy szedł przez wioskę, odzia­ny w ciem­ny płaszcz podróżny, dzie­ci wo­dziły za nim sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi; mu­siał wydać im się ja­kimś wid­mem, które wy­nu­rzyło się z po­ran­nej mgły.

Był wy­so­ki w porówna­niu z resztą swo­je­go ple­mie­nia. Idąc, nie prze­sta­wał rozglądać się na wszyst­kie stro­ny swy­mi głęboko osa­dzo­ny­mi brązo­wy­mi ocza­mi, tak jak to mają w zwy­cza­ju wszy­scy doświad­cze­ni wo­jow­ni­cy. Czar­ne włosy i brodę przy­strzyżone miał krótko, przed­wiośnie było porą bi­tewną, w cza­sie której królo­wie wie­dli swe ar­mie na wojnę. Wy­ru­szając, Be­na­ja spo­dzie­wał się cie­plej­szej po­go­dy, chcąc nie chcąc mu­siał więc od­by­wać drogę w gru­bym i utrud­niającym swo­bod­ne po­ru­sza­nie się wełnia­nym płasz­czu. Pod nim miał tyl­ko krótką tu­nikę sięgającą ud, prze­ty­kaną na krawędziach błękitną nicią, zgod­nie z pra­wem i oby­cza­ja­mi jego ludu i jego Boga. Nad­miar ma­te­riału stwa­rzałby za­grożenie.

Wo­jow­nik miał ze sobą dwa różne oszcze­py, łuk i kołczan ze strzałami, miecz, a przy pa­sie szty­let, wszyst­ko z żela­za, co przy­ku­wało w tej chwi­li wzrok oto­cze­nia. Żela­zo wi­dy­wało się rzad­ko, zwłasz­cza w for­mie oręża.

Star­si po­wi­ta­li go, gdy już zdołał ich od­szu­kać, a on pokrótce wyjaśnił, kto go przysłał i po co. Spy­ta­li, cze­mu przy­szedł sam, ale wyjaśnił, że resz­ta ciągnie na północ jak wszy­scy żołnie­rze w kra­ju, tak że tyl­ko on mógł przy­być.

Czte­rech mężczyzn zgłosiło się, żeby mu to­wa­rzy­szyć, ale gdy Be­na­ja do­ko­nał przeglądu ich uzbro­je­nia, od razu spo­strzegł, że po­dob­nie jak w in­nych zna­nych mu górskich osie­dlach nikt w za­sa­dzie nie po­sia­dał bro­ni z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Mie­li rdze­wiejące le­mie­sze i inne narzędzia go­spo­dar­skie. Jak się oka­zało, najmłod­szy po­tra­fił strze­lać z pro­cy, dał mu więc sakwę pełną po­cisków i po­le­cił strzec jej jak oka w głowie. Po­zo­stałym kazał zo­sta­wić pry­mi­tyw­ne narzędzia wal­ki i roz­dzie­lił między nich swo­je własne uzbro­je­nie. Miecz dał Ja­ira­so­wi, jed­ne­mu z wiej­skiej star­szy­zny, który uparł się z nimi iść. Gdy za­py­ta­li go, skąd ma żela­zo, nie od­po­wie­dział.

Zwierzę zabiło już kil­ka osób, w tym małego chłopca, który powędro­wał sam do lasu roz­go­ry­czo­ny do­cin­ka­mi star­sze­go ro­dzeństwa. Jego pogrążeni w żalu bli­scy jako jed­ni z pierw­szych przy­szli z błaga­niem. Mat­ka płakała, jak to ko­bie­ta, ale to roz­pacz w oczach ojca była tym, co utwier­dziło Be­naję w za­mia­rze wy­tro­pie­nia dra­pieżnika. Ten wy­raz twa­rzy był mu aż zbyt do­brze zna­jo­my.

Te­raz wspi­na­li się w górę, idąc tro­pem zwierzęcia. Szli już kil­ka go­dzin. Słońce od cza­su do cza­su wy­zie­rało zza si­ne­go nie­ba, by po chwi­li znów zniknąć za zasłoną śnie­go­wych chmur. Be­na­ja popędzał lu­dzi, nie dając cza­su na od­po­czy­nek, z oba­wy, żeby w chwi­lach wy­tchnie­nia nie stop­niała ich de­ter­mi­na­cja. Nie szli szyb­ko, mimo to pod ubra­niem zaczął już zbie­rać się pot, co gro­ziło za­mar­z­nięciem. Mroźna oko­li­ca dawała się we zna­ki zwłasz­cza star­szym uczest­ni­kom wy­pra­wy, którzy le­d­wo za nim nadążali.

Od cza­su do cza­su sta­rał się wlać nie­co otu­chy w ich ser­ca, twierdząc, że do południa po­win­ni zna­leźć dra­pieżnika, po­nie­waż lwy jako zwierzęta te­ry­to­rial­ne niechętnie opusz­czają ob­szar swych łowów. Nie dbał o to, żeby po­su­wać się ci­cho, bo i tak wcześniej zo­stały wy­pusz­czo­ne psy myśliw­skie, których uja­da­nie roz­le­gało się od cza­su do cza­su między wzgórza­mi.

Było już późne popołudnie. Im wyżej wcho­dzi­li, tym zim­niej się robiło. Be­na­ja wi­dział, jak czte­rech lu­dzi z wio­ski wy­pusz­cza usta­mi kłębki pary, i za­sta­na­wiał się, ile jesz­cze wy­trzy­mają, zwłasz­cza w ob­li­czu tego, co cze­kało ich wśród górskich skał. Od cza­su do cza­su spraw­dzał trop. Lew podążał mniej więcej ścieżką, którą lu­dzie wy­ku­li przez przełęcz. Be­na­ja przy­pusz­czał, że to właśnie dzięki niej zwierzę zapuściło się tak da­le­ko, idąc za za­pa­chem ludz­kie­go ciała, a nie mogąc po­rwać żad­nej owcy, po­nie­waż wszyst­kie sta­da spro­wa­dzo­ne w dół na czas strzyżenia znaj­do­wały się te­raz w oko­li­cach wio­ski. Lwy po­lują nocą, chłopiec mu­siał być łatwym łupem.

Ścieżka wiodła ku po­kry­tym śnie­giem ska­li­stym występom na zbo­czu. Po­wo­li za­czy­nało się zmierz­chać i Be­na­ja za­sta­na­wiał się w du­chu, czy nie za­rzu­cić pościgu i nie wrócić na­za­jutrz. Wytężał słuch, sta­rając się złowić uchem po­przez wiatr jakiś odgłos ptaków albo ostrze­gaw­czy pisk góralków. Co kil­ka chwil kopał w ścieżkę, by tu­man ku­rzu i lek­kie­go jak proch śnie­gu po­ka­zał kie­ru­nek wia­tru.

Spoj­rzał na po­zo­stałych. Wyglądali na zmęczo­nych, ale skon­cen­tro­wa­nych. Mie­li jesz­cze siły na kil­ka go­dzin. Więc pójdą da­lej. Po­czuł, że pal­ce stóp za­czy­nają mu cierpnąć, jak zwy­kle pod­czas długiej wspi­nacz­ki, kie­dy krew nie do­cie­ra do nich należycie.

W tej sa­mej chwi­li za zakrętem ścieżki na przo­dzie zaczęły uja­dać psy. Otwo­rzył sze­ro­ko oczy i wytężył wszyst­kie zmysły. Zaczął biec i słyszał, że inni biegną za nim. Ob­lo­dzo­ne ka­mie­nie iry­tująco spo­wal­niały tem­po, ale nie można było po­su­wać się szyb­ciej. Złama­na noga nie ułatwiłaby za­da­nia.

Gdy okrążyli je­den ze ska­li­stych występów, roz­to­czył się przed nimi wi­dok na przełęcz między górami, a Be­na­ja mógł na­resz­cie oce­nić sy­tu­ację. Za nie­wielką roz­pa­dliną, przy ska­le, pod którą uja­dały psy, czaił się osa­czo­ny ogrom­ny sa­miec.

Sierść miał w ko­lo­rze wypłowiałej żółci, po­pla­mioną po­soką którejś z ostat­nich ofiar. Kępy czar­ne­go fu­tra układały się w grzywę, oka­lając łeb i okry­wając bar­ki. Mięśnie prężyły się i pul­so­wały ni­czym tłoki wio­sko­wej pra­sy oliw­nej, a sta­wy i ścięgna drgały ze skry­waną siłą na każde szczek­nięcie psa. Ryk nie milkł, tak głośny, że cały stok zda­wał się drżeć od echa. Ten star­szy nie prze­sa­dził co do roz­miarów – tak wiel­kie­go lwa Be­na­ja jesz­cze nie wi­dział.

Któryś z młodych psów spo­strzegł, że nad­chodzą, i na chwilę za­po­mniał o czuj­ności. Lew mruknął i machnął łapą, po­zba­wiając go czu­cia. Po­zo­stałe psy zawyły i jęły kąsać go od tyłu, a choć nie miały większych szans, wal­czyły dziel­nie.

Be­na­ja przy­stanął rap­tow­nie i chwy­cił za ramię młodzieńca z procą.

– Ty! Bie­gnij w pra­wo! Ja zajdę od le­wej i będę szył strzałami. Za­bi­je­my go ta­kim ogniem krzyżowym!

Chłopiec skinął głową. Na młodej twa­rzy Be­na­ja do­strzegł strach, lecz chłopak po­biegł co sił w no­gach. Po­zo­stałym wo­jow­nik na­ka­zał iść za sobą. Po­le­cił, aby szli w pew­nych od­ległościach na wy­pa­dek ata­ku, i zmu­sił swo­je nogi do for­so­wa­nia sto­ku po le­wej stro­nie lwa. Wciąż ześli­zgi­wał się po śnie­gu i lo­dzie, każdy ko­lej­ny krok był nie lada wysiłkiem.

Po­de­szli na od­ległość dzie­sięciu długości. Pies po­wa­lo­ny przez lwa leżał w kałuży krwi, sko­wycząc, jego to­wa­rzy­sze nie ustępo­wa­li. Lecz za­cie­kle ude­rzając łapą, dra­pieżnik dosięgnął w końcu ostat­nich dwóch psów i zabił je na miej­scu. Gdy ryknął, z jego pasz­czy uszła para. Wo­jow­nik za­uważył, że młodzie­niec z procą z prze­rażenia stanął jak wry­ty.

– Strze­laj! Już! – krzyknął.

Dy­goczącymi dłońmi chłopiec próbował włożyć po­cisk do pro­cy, lew tym­cza­sem zniżył łeb i położył po so­bie uszy, szy­kując się do ata­ku. Znów ryknął.

Be­na­ja był już wy­star­czająco bli­sko, a łuk, który nosił na ple­cach, w jed­nej chwi­li zna­lazł się w jego dłoniach. Chwy­cił go moc­no i osa­dził strzałę na cięci­wie. Ru­chy miał tak wyćwi­czo­ne, że lew w ułamku se­kun­dy zna­lazł się na ce­low­ni­ku.

Zwierzę z przy­sia­du wy­strze­liło w górę i popłynęło w po­wie­trzu wprost na prze­rażone­go chłopca. Be­na­ja znów krzyknął, żeby wypuścił po­cisk. Za­nim be­stia na nim wylądowała, młodzie­niec zdążył wy­rzu­cić ka­mień, który ja­kimś cu­dem ude­rzył rozwście­czo­ne zwierzę w noz­drza. W tej sa­mej se­kun­dzie wo­jow­nik wypuścił strzałę. Jesz­cze jed­no mruk­nięcie i lew już był na chłopcu, lecz Be­na­ja spo­strzegł, że jego strzała tkwi w boku zwierzęcia.

– Wsadź ramię do pasz­czy! – krzyknął do chłopa­ka.

Był co­raz bliżej, klnąc pod no­sem na śnieg i lód. Rzu­cił swój łuk jed­ne­mu z mężczyzn i schwy­cił w lo­cie rzu­co­ny mu oszczep. Chłopiec krzy­czał prze­raźli­wie, gdy lew wy­dzie­rał mu z tułowia ja­sno­czer­wo­ne kawałki mięsa. Be­na­ja z tru­dem po­wstrzy­mał się przed po­chop­nym rzu­tem. Biegł co sił w no­gach. Gdy wresz­cie zna­lazł się na miej­scu wal­ki, cisnął oszczep między żebra zwierzęcia. Nie miał cza­su, żeby spraw­dzić, czy dzie­li go bez­piecz­na od­ległość od chłopca, i z prze­rażeniem pa­trzył, jak grot bro­ni prze­szy­wa zwierzę na wy­lot i ude­rza nie­do­rost­ka w czu­bek głowy.

Krzyknął i moc­no przy­trzy­mał drzew­ce. Lew znów za­ry­czał. Ści­skając kur­czo­wo włócznię, Be­na­ja krzyknął do resz­ty, żeby się po­spie­szy­li. Wi­dział za­laną krwią twarz młoko­sa, wytężającego siły i od­su­wającego się jak naj­da­lej od kłapiących szczęk. Znów krzyknął i za­kasłał chra­pli­wie, nie wy­pusz­czając z rąk oszcze­pu.

Po­zo­sta­li trzej do­tar­li wresz­cie i zdołali wbić swój oręż w ciel­sko be­stii. Lew puścił chłopca, który sto­czył się na bok, za­la­ny krwią i po­szar­pa­ny. Klat­ka pier­sio­wa była roz­ora­na, prześwi­ty­wały przez nią na­gie kości. W mroźnym po­wie­trzu brze­gi ran za­czy­nały czer­nieć. Chłopak jęczał w szo­ku, przy­ci­skając dłonie do krwa­wiącej pier­si. Oszczep Be­nai zdarł tkan­ki z czub­ka jego głowy. Ma­to­wa biel obnażonej czasz­ki szyb­ko po­kryła się czer­wie­nią.

Na szczęście be­stia już do­go­ry­wała. Żołnierz po­le­cił swo­im po­moc­ni­kom trzy­mać broń w po­go­to­wiu, dopóki nie ustaną ostat­nie drgaw­ki. Wie­lu mężów zginęło od cio­su pa­zurów zwierzęcia, które uzna­li za mar­twe.

Lew, już osłabio­ny, za­machnął się zno­wu, wy­dając głuchy po­mruk. Wy­kasz­lał po­sokę z płuc, a odór gnijącego ciała i krwi nada­wał jej woń mie­dzi. Be­na­ja czuł go­tującą się w dra­pieżniku nie­na­wiść, aż ostat­ni raz ude­rzył łapą, gryząc ka­mie­nie i zie­mię, by w końcu znie­ru­cho­mieć.

Wo­jow­nik wyjął oszczep z ciel­ska i z wściekłością od­rzu­cił na skały opo­dal. Roz­pacz­li­wie próbował złapać od­dech, aż płuca ze­sztyw­niały mu na mo­ment od mroźnego po­wie­trza. Czoło miał zro­szo­ne po­tem, który spływał, szczy­piąc go w oczy. Resz­ta cofała się nie­pew­nie, je­den z mężczyzn pośli­zgnął się na lo­dzie i runął jak długi. Dwaj po­zo­sta­li sięgnęli po bukłaki z wodą i mo­co­wa­li się z nimi, żeby roz­wiązać otwo­ry, nie umiejąc strząsnąć resz­tek gorączko­wej ener­gii pul­sującej wciąż w dłoniach i ciałach. Od­de­chy z ich ust zda­wały się za­ma­rzać w po­wie­trzu.

Trze­ba się było na­tych­miast zająć oka­le­czo­nym chłopcem. Be­na­ja zaczął opa­try­wać jego rany wełnia­ny­mi ban­dażami, nasączając je oliwą, którą miał przy so­bie. Same rany za­sy­pał solą, żeby nie dopuścić do zakażenia, i do­cisnął skórę tam, gdzie zo­stała ode­rwa­na. Młodzie­niec był w szo­ku, Wo­jow­nik ude­rzył go w twarz i kazał pa­trzeć so­bie pro­sto w oczy. Po­le­cił jed­ne­mu z mężczyzn przy­trzy­mać chłopa­ka i za­cisnął węzeł, żeby za­ta­mo­wać krew, która spo­koj­nie spływała na śnieg, tworząc szkarłatną kałużę. Zdzi­wił się, widząc w tym oso­bli­we piękno. Chłód pa­ra­liżował mu myśli. Do­pie­ro po chwi­li usłyszał wołające go głosy. Pod­niósł wzrok, otrząsnął się i przy­po­mniał so­bie, co ma robić.

Po­pa­trzył na mężczyznę w śred­nim wie­ku w wy­blakłej sza­rej sza­cie i z no­sem znie­kształco­nym od ja­kie­goś sta­re­go złama­nia.

– Bie­gnij do wio­ski i uprzedź wa­sze­go me­dy­ka. Tyl­ko się nie pośliźnij. Jak złamiesz nogę, na nic się nie przy­dasz – po­wie­dział.

Mężczy­zna skinął głową i ru­szył w drogę. Be­na­ja jesz­cze raz obej­rzał za­ban­dażowa­ne rany chłopca i dał znak po­zo­stałym dwóm, żeby po­mo­gli go pod­nieść.

– To jak ci na imię? – za­py­tał.

Plując krwią, chłopak od­parł:

– Ha­ra­ta, syn Ele­ba.

Wzrok miał nie­przy­tom­ny, a wsku­tek upływu krwi jego skóra przy­po­mi­nała barwą śnieg.

– Ha­ra­to, synu Ele­ba, do­brześ dziś wal­czył. Wrócisz do swo­jej ko­bie­ty, tyl­ko nie wol­no ci zasnąć.

Ha­ra­ta odwrócił wzrok zażeno­wa­ny, krzy­wiąc się od urazów na żebrach.

– Ja… nie mam ko­bie­ty. Ale się sta­ram.

Be­na­ja uśmiechnął się i klepnął go lek­ko w zdro­wy bark. Dał znać po­zo­stałym dwóm, żeby ułożyli chłopca na jego płasz­czu, który leżał już roz­ciągnięty na zie­mi, go­to­wy służyć jako no­sze.

W od­da­li do­strzegł człowie­ka, którego odesłał do wio­ski. Biegł za szyb­ko po ośnieżonej ścieżce. Jesz­cze niżej widać było ko­lej­ny wał chmur śnieżnych nad­ciągający po­wo­li w ich stronę. Skrzy­wił się i prze­cze­sał pal­ca­mi brodę, a po­tem w ner­wo­wym od­ru­chu, którego jakoś nie po­tra­fił się po­zbyć, chwy­cił kołnierz tu­ni­ki i odciągnął go od kar­ku. Jeśli się nie po­spieszą, zabłądzą.

Od­li­czyw­szy, równo­cześnie złapa­li chłopca i ułożyli go na tka­ni­nie. Trzy­mając płaszcz za rogi, zaczęli równo­mier­nym kro­kiem i możli­wie jak naj­ostrożniej scho­dzić z przełęczy w kie­run­ku wio­ski. Śnieg padał już ob­fi­cie, wypełniając te gołe połacie zie­mi, które ostały się pod­czas po­przed­niej za­mie­ci.

W śnieżycy Be­na­ja stra­cił orien­tację i za­py­tał jed­ne­go z mężczyzn, jak da­le­ko jest do wio­ski. Tam­ten oce­nił, że jego zda­niem dro­ga może zająć ład­nych parę go­dzin. Do­tar­li­by więc na miej­sce już po zmro­ku, jed­nak jesz­cze za­nim dra­pieżniki wy­ruszą na łów. W oko­li­cy gra­so­wały nie tyl­ko lwy, ale i wil­ki, i hie­ny. Woń krwi przy­ciągnęłaby je na­wet z da­le­ka.

Po kil­ku mi­nu­tach kuśty­ka­nia osiągnęli wresz­cie sta­bil­ny rytm, obaj niosący dokład­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­li kro­ki. Ran­ny chłopiec ko­le­bał się nie­co między nimi, ale przy­najm­niej po­su­wa­li się spraw­nie naprzód. Be­na­ja na­brał na­dziei, że zdołają zejść z przełęczy przed ko­lejną śnieżycą. Zaczął już od­dy­chać spo­koj­niej.

Wte­dy za­ata­ko­wał ich dru­gi lew.

Zwierzę czaiło się tuż przy występie skal­nym, który mi­ja­li wcześniej. Wy­czuło jed­nak zbliżające się psy i uciekło, lecz nie mogło oprzeć się woni śmier­ci i krążyło wokół całej gru­py, wy­cze­kując na sto­sowną chwilę. Po­czu­li go, za­nim jesz­cze doj­rze­li. Le­d­wo Be­na­ja się obej­rzał, a już w twarz zionął mu gorący ryk, głowa zaś otrzy­mała cios od potężnych łap. Wzniósł ramię tuż przed paszczą, wy­dając za­chrypły krzyk i czując, jak ugi­nają się pod nim nogi. Siła be­stii była nie­wy­obrażalna, wi­dział je­dy­nie złotą sierść i czuł miażdżący uścisk. Słyszał po­mru­ki i krzy­ki, lecz nie mógł nic zro­bić, bo ra­mio­na miał całko­wi­cie unie­ru­cho­mio­ne. Za­nim zdążył obmyślić jakąś obronę, lew ścisnął go tyl­ny­mi łapa­mi i zaczął szar­pać bok tułowia, na szczęście ochro­niła go skórza­na żołnie­rska tu­ni­ka. Od razu uświa­do­mił so­bie, że to też sa­miec. Jesz­cze większy niż tam­ten.

– Za­bierz­cie… stąd… chłopa­ka! – wy­krztu­sił ostat­kiem sił, przy­gnie­cio­ny przez lwa.

Spo­wi­jało go gorąco i para bu­chające z lwiej pasz­czy. Ryk tuż nad uchem przy­pra­wiał o zawrót głowy. Próbował wal­czyć, ale zdołał tyl­ko prze­to­czyć się na bok, byle da­lej od po­zo­stałych dwóch i od ran­ne­go chłopca. Robiło mu się słabo od ohyd­ne­go zjełczałego odo­ru gnijącej pa­dli­ny.

Sta­czał się ra­zem z lwem po sto­ku, jego ręka nadal tkwiła w pasz­czy be­stii, pa­ni­ka przy­pra­wiała o obłęd. Po­zo­sta­li pa­trzy­li tyl­ko, onie­mia­li z za­sko­cze­nia. Szczęki kłapały i za­ci­skały się na ra­mie­niu Be­nai chro­nio­nym przez skórza­ny na­ra­mien­nik. Po chwi­li zo­rien­to­wał się, że walczą na krawędzi ja­kie­goś urwi­ska, nad prze­paścią albo nad roz­pa­dliną. Wtem po­czuł przypływ siły i zrzu­cił z sie­bie zwierzę z całą mocą, na jaką mógł się zdo­być, jed­no­cześnie wpy­chając mu kciuk w oko. Dra­pieżnik ryknął i puścił jego rękę. Wo­jow­nik spo­strzegł, że lew ześli­zgu­je się po gołobo­rzu i sta­cza w głąb ja­kie­goś jaru.

Otarł z czoła krew z ran za­da­nych pa­zu­ra­mi i chwiej­nym kro­kiem ru­szył w górę. Musi szyb­ko zna­leźć so­bie broń. Lew lada mo­ment wy­grze­bie się z jaru i wzno­wi atak. Po­zo­sta­li dwaj wciąż pa­trzy­li.

– Mówiłem! Bierz­cie go stąd!

Pluł krwią. Ślady po pa­zu­rach paliły jak rozżarzo­ne węgle, wie­dział, że tra­ci krew. Dwaj mężczyźni podjęli w końcu mo­zolną wędrówkę, dźwi­gając chłopca między sobą. Be­na­ja chwy­cił oszczep. Wszyst­ko go bolało. Skórza­na tu­ni­ka z boku była w strzępach, jed­no ramię otrzy­mało cios pa­zu­ra­mi, poza tym jed­nak wciąż mógł się ru­szać.

Zo­rien­to­wał się, że parów, do którego wpadł dra­pieżnik, to pułapka wy­ko­pa­na przed laty na lwy. Za­zwy­czaj ta­kie doły przy­kry­wa­no gałęzia­mi i kon­stru­owa­no spe­cjal­ne dojścia, tak aby gru­pa myśli­wych mogła zwa­bić swą ofiarę w określone miej­sce, gdzie gałęzie za­pa­dały się i zwierzę tra­fiało do pułapki. Be­na­ja cie­szył się, że taki sta­ry dół tra­fił mu się aku­rat te­raz po dro­dze. Widząc, że mężczyźni znów się za­trzy­ma­li, krzyknął:

– Muszę się z nim po­ra­cho­wać! Który ma mój łuk?

Ja­iras, je­den ze star­szy­zny, podał mu łuk. Be­na­ja przyj­rzał mu się, oce­nił stan i uznał, że wciąż na­da­je się do użytku. Po­pro­sił o strzały.

– Wszyst­kie były w tym kołcza­nie – od­rzekł Ja­iras. Be­na­ja podążył wzro­kiem za ręką mężczy­zny i spo­strzegł, że strzały są złama­ne, równo na pół. Pękły w chwi­li, gdy sko­czył na nie­go lew. Od­rzu­cił łuk za­wie­dzio­ny. Głupo­ta trzy­mać je wszyst­kie w jed­nym kołcza­nie. Doświad­cze­ni wo­jow­ni­cy o tym wiedzą. Ci lu­dzie ta­ki­mi nie są, ale on? Co się z nim dzie­je? Pokręcił głową. Będzie mu­siał ra­dzić so­bie tyl­ko z oszcze­pem.

Próbo­wa­li ułożyć Ha­ratę z po­wro­tem na płasz­czu, ale chłopak dy­go­tał jak w fe­brze, aż dzwo­niły mu zęby. Be­na­ja wie­dział, że nie tyl­ko mróz jest tego przy­czyną. Lwy miały coś pod pa­zu­ra­mi, cho­robę, która prze­cho­dziła na człowie­ka i za­bi­jała go, jeśli nie zmie­niał opa­trunków wy­star­czająco często. Na­wet mroźne po­wie­trze nie zdołało temu za­po­biec. Ban­daże były w porządku i związane wpraw­ny­mi rękoma, na­wykłymi do opa­try­wa­nia ran bi­tew­nych, lecz chłopiec po­trze­bo­wał le­ka­rza.

Nad­szedł czas na de­cyzję. Jeśli każe im na sie­bie cze­kać, wrócą wszy­scy ra­zem naj­wcześniej późną nocą. Po wzgórzach włóczyły się ban­dy rozbójników, prze­by­wa­nie poza do­mem po zmro­ku i pod­czas ta­kiej po­go­dy nie wcho­dziło w ra­chubę. Jeśli odejdą bez nie­go, a na wal­ce z lwem upłynie jesz­cze z go­dzi­na, będzie zda­ny tyl­ko na sie­bie. To było oczy­wi­ste, po­dob­nie jak wyraźna utra­ta krwi.

Stra­ta wo­jow­ni­ka w po­tycz­ce z lwem jesz­cze bar­dziej osłabi szczupłe siły Da­wi­da. W nad­chodzących dniach każdy z nich był na wagę złota. Lecz nie­omal wbrew jego woli w myślach Be­nai stanęły jak żywe twa­rze ro­dziców za­bi­te­go mal­ca. Do­brze mu zna­ne miej­sce gdzieś w żołądku nie dawało spo­ko­ju i już wie­dział, że nie spo­cznie, póki nie uśmier­ci be­stii. Gdy­by uciekła, powróciłaby, by znów ter­ro­ry­zo­wać wioskę. Lwy, gdy raz po­sma­kują człowie­ka, nig­dy nie dają za wy­graną.

Zaklął pod no­sem i wyciągnął rękę do Ja­ira­sa.

– Daj oszczep. Zejdę w dół i roz­pra­wię się z nim. Wy dwaj bierz­cie Ha­ratę do wsi.

Ja­iras pokręcił głową.

– Sam? Czyś osza­lał?

– Dzięki za troskę, przy­ja­cie­lu, ale mu­si­cie go znieść. To jesz­cze chłopiec. Jego oj­ciec go po­trze­bu­je – od­parł Be­na­ja. Ręce mu drżały, gdy odciągał kołnierz z kar­ku. Tak było za­wsze od tam­te­go dnia przed laty, nie po­tra­fił nad tym za­pa­no­wać. Zim­no – pomyślał. Za­wsze można było zna­leźć jakąś przy­czynę.

– Może zdech­nie sam tam w dole – ode­zwał się Ja­iras. – Nie wy­cho­dzi. Może ugrzązł na do­bre?

– A jeśli uciek­nie? Po­sma­ko­wał już ludz­kie­go mięsa, jak tam­ten pierw­szy. Nie odpuści – od­rzekł Be­na­ja. – Za­bierz­cie chłopa­ka do wsi. O mnie się nie mar­tw­cie. To mój fach.

Ha­ra­ta, Ja­iras i ten trze­ci pa­trzy­li na nie­go w mil­cze­niu. Wresz­cie Ja­iras objął go i uścisnął, po­dob­nie jego to­wa­rzysz, którego imie­nia Be­na­ja jakoś nie za­pa­miętał. Chwy­ci­li płaszcz i znów zaczęli z mozołem scho­dzić za­sy­paną śnie­giem ścieżką.

Pa­trzył za nimi przez chwilę i na­gle po­czuł, że musi coś jesz­cze po­wie­dzieć. Nie wie­dział co. Krzyknął w ich stronę, a wiatr poniósł słowa.

– Mam ko­bietę… po­wiedz­cie jej…

Ale nie usłysze­li go wśród wy­cia wi­chru i śnieżycy. Dał za wy­graną.

Zaczął przeglądać, co ma do dys­po­zy­cji: dwa oszcze­py, małą drew­nianą tarczę, którą przy­niósł któryś z mężczyzn, szty­let, łuk, bukłak z wodą. Ja­iras zo­sta­wił mu swo­je okry­cie, po­nie­waż płaszcz Be­nai służył jako no­sze dla Ha­ra­ty. Tar­cza na nic by się nie zdała, zo­sta­wił ją na ścieżce. Po­pra­wił szty­let za pa­sem, chwy­cił po oszcze­pie w każdą z dłoni, po czym nie­mra­wo ru­szył w stronę dołu.

Pro­mie­nie słońca prze­ni­kające zza chmur zaczęły blednąć, oko­li­ca sza­rzała. Słyszał, że be­stia ry­czy równie głośno, jak przy pierw­szej po­tycz­ce. Te­raz, patrząc w głąb jaru i widząc, jak cho­dzi tam i z po­wro­tem, wzdrygnął się na sam odgłos po­mru­ku. Ten lew, po­dob­nie jak ów już za­bi­ty, również był mon­stru­al­nych roz­miarów – sa­miec o czar­nej spłowiałej grzy­wie i skórze po­zna­czo­nej po­szar­pa­ny­mi bli­zna­mi z licz­nych bi­tew. W mro­ku le­d­wie było go widać, lecz on do­strzegł wo­jow­ni­ka stojącego na krawędzi dołu, ryknął i próbował wdra­pać się do nie­go po ka­mie­ni­stym zbo­czu, świ­drując go swym bursz­ty­no­wym wzro­kiem.

Żołnierz Da­wi­da osza­co­wał głębokość dołu na dwie wy­so­kości człowie­ka. Nie dość głęboki, by po­wstrzy­mać lwa, gdy już znaj­dzie od­po­wied­nią drogę wyjścia. Nie ma rady. Po­ki­wał głową. Po­nie­waż dra­pieżnik nie stał spo­koj­nie w miej­scu, mężczy­zna uznał rzut oszcze­pem za zbyt ry­zy­kow­ny. Mu­siał zejść na dół. Spoj­rzał na sine nie­bo, po­czuł na twa­rzy palące szczy­pa­nie płatków śnie­gu i wresz­cie dopuścił do sie­bie myśl, że może mu się nie po­wieść.

Więc przy­najm­niej, jeśli lew go za­bi­je, uwol­ni ją od sie­bie.

Potrząsnął gwałtow­nie głową, od­rzu­cając te myśli. Próbował sku­pić się na lwie i na stra­te­gii wal­ki. Jak się po­ru­szać tam w dole, ja­kie ma­new­ry po­zwolą mu ujść z życiem. Lecz nie po­tra­fił oprzeć się wspo­mnie­niom. Pa­trzył na ryczącego lwa, na te strasz­li­we bursz­ty­no­we oczy nie­przy­tom­ne z nie­na­wiści. Stał jak za­cza­ro­wa­ny, a tam­ten dzień znów stanął mu w pamięci. Dzień, kie­dy wszyst­ko prze­padło. I choć próbował się opie­rać, nie po­tra­fił już dłużej…

*

…W izbie jest zim­no i ciem­no. Zbyt ciem­no, żeby choć trochę słońca. Trze­ba stąd wyjść. Czuć za­pach śmier­ci. Żeby choć trochę słońca… muszę stąd wyjść. Gdzie ona jest? Tam – ze swoją matką sie­dzi w kącie. Płacze. Też po­trze­buję łez. Cze­mu nie płaczę? Czuję ból w pier­siach, ból i odrętwie­nie. Po­dejdę do niej. Do­tknę. Wyciągam rękę – od­su­wa się. Co zro­biłem? Ze­wsząd te odgłosy prze­rażenia, cier­pie­nie ro­dzin. Oj­co­wie krzyczą, wołają do Jah­we. Jak mógł do tego dopuścić? W izbie jest za ciem­no. Trze­ba wyjść na słońce.

*

Za­mru­gał ocza­mi. Wil­goć na skra­ju po­wiek za­szczy­pała go w mroźnym po­wie­trzu, otarł ją drżącym pal­cem. Przed nim ział ciem­ny dół. Czuł to. Czuł obec­ność po­two­ra, który cze­kał na nie­go tam głęboko, wśród śnie­gu i ciem­ności. Ścisnął moc­niej drzew­ce oszcze­pu i po­czuł, że znów trzęsą mu się ręce. Wol­nym kciu­kiem ma­chi­nal­nie pod­ciągnął kołnierz. Było coś ta­kie­go, o czym za­wsze mówił wódz. Przed­tem po­ma­gało. Kto wie, czy i te­raz nie pomoże?

Daj mi swą Tarczę w dniu bi­twy.

Nie po­czuł nic. Po­ki­wał głową. Czyż nie tego się spo­dzie­wał? Tar­cza opuściła go już daw­no temu.

Oparł oby­dwa oszcze­py na krawędzi wy­ko­pu, wy­pa­trzył w dole miej­sce, które wydało mu się miękką zie­mią, i cisnął je z całej siły. Opadły na zie­mię z brzękiem, a lew za­ry­czał. Po chwi­li be­stia umilkła, zno­wu próbując wypełznąć z dołu. Wresz­cie przy­czaiła się w jed­nym z rogów, jak gdy­by wie­działa, na co się za­no­si, i szy­ko­wała się do obro­ny.

Wo­jow­nik wziął kil­ka głębo­kich wdechów, upa­jając się spo­ko­jem śnieżnego kra­jo­bra­zu i sza­rością za­mie­ci, która spadła na przełęcz. I sko­czył w dół.

2

GDY tyl­ko Be­na­ja zna­lazł się w wy­ko­pie, dra­pieżnik runął na nie­go z ciem­ności. Gorący od­dech nie­omal po­zba­wił mężczyznę tchu. Nim zdążył chwy­cić oszczep, uj­rzał błysk złota – lew był już na nim. Wyciągnął szty­let i próbował za­to­pić w boku zwierzęcia, lecz na próżno – ostrze zje­chało po żebrze. Pasz­cza co rusz za­mie­rzała się na jego głowę. Be­na­ja siłą wcisnął pięść w otwar­te szczęki i włożył ją głęboko w gardło, nie chcąc dopuścić, by kły za­to­piły się w jego czasz­ce. Be­stia ryknęła jesz­cze głośniej, orząc pa­zu­ra­mi i nie­omal miażdżąc go swym ciężarem.

Wo­jow­nik wie­dział, że ze­sko­czył w po­bliże oszczepów, a jeśli chciał mieć ja­kieś szan­se na wy­graną, mu­siał do nich do­trzeć. Wbił szty­let aż po rękojeść, lecz znów na­tra­fił na żebro, tym jed­nak ra­zem lew się za­wa­hał. Łapa przy­trzy­mująca pra­we ramię puściła na chwilę i Be­na­ja szyb­ko wbił ostrze w bok mor­dy lwa. Roz­legł się ryk i zwierzę w końcu gwałtow­nie od nie­go od­sko­czyło.

Opadł na ko­la­na, chwy­cił oszczep i oparł się o ścianę dołu. Lew do­ty­kał łapą noża tkwiącego w py­sku. Rana nie była poważna, jed­nak szczęka zwi­sała bezwład­nie.

Widać prze­ciąłem jakiś mięsień…

Be­na­ja sko­czył do przo­du, wiedząc, że zwierzę po­ko­na go, jeśli nie zada mu za­raz śmier­tel­ne­go cio­su. Biegnąc, krzyknął głośno – i na­gle do­strzegł pewną możliwość. Jego oszczep zna­lazł swój cel, wsu­wając się gładko przez twardą skórę w miękkie par­tie ciała. Lew zwinął się w skur­czu, wy­ry­wając włócznię z jego dłoni i chla­piąc mu krwią w oczy. Wo­jow­nik po­spiesz­nie otarł czoło i sięgnął po drzew­ce, żeby nie złamało się w wal­ce. W końcu zdołał schwy­cić je z po­wro­tem, choć śli­zgało mu się w dłoniach, wil­got­ne od po­so­ki. Próbował złapać je moc­niej, lecz krew chlu­stała już po­to­kiem. W twarz buchnął mu odór zgni­li­zny, aż po­czuł mdłości i mu­siał odwrócić głowę. Oszczep nie trzy­mał się rąk. Wtem zo­ba­czył odsłonięte oko i ude­rzył w nie pięścią. Nic. Ude­rzył zno­wu i jesz­cze raz. Zno­wu nic. Oszczep ześliznął się gro­tem w dół, Be­na­ja po­czuł, że od­zy­skał nad nim władzę.

Przekręcił ostrze. Piekł go ze­rwa­ny z czasz­ki strzęp skóry, który za­krył mu oko. Wszędzie była krew. Nie wie­dział, czy­ja.

Ogłuszył go ryk tuż przy uchu. Cuchnący od­dech znów buchnął mu w twarz, lecz tym ra­zem z rosnącą na­dzieją Be­na­ja spo­strzegł, że lew jest nie­co słab­szy. Tuż przed sobą uj­rzał paszczę, szczęki kłapnęły moc­no, gniotąc mu żebra, ale nie prze­ci­nając skóry. Uszko­dzo­ne szty­le­tem mięśnie nie po­zwa­lały lwu za­gryźć na śmierć. Be­na­ja czuł ból nie do wy­trzy­ma­nia, mimo to nie wy­pusz­czał z rąk ugrzęzłego głęboko oszcze­pu, swej je­dy­nej na­dziei.

Zaczął wy­czu­wać, że ciel­sko drży, mimo że ryk nie słabł. Pa­zu­ry wciąż orały mu tu­nikę. Po­cze­kał na mo­ment, gdy be­stia brała od­dech, i le­piej uchwy­cił drzew­ce. Krew nie prze­sta­wała płynąć, przez co trud­no było złapać je moc­niej.

Po­cze­kał na ko­lejną przerwę w cio­sach pa­zurów, pchnął przed sie­bie z całych sił i wto­czył się na zwierzę. Nie zniósłby już ko­lejnego kłapnięcia tych szczęk, mimo że osłabio­nych, oszczep cały czas ucie­kał mu z rąk. Nie za­sta­na­wiając się, wcisnął rękę aż po pachę do gorącej gar­dzie­li. Jakiś kieł wbił mu się w ramię, ale nie przejął się tym, ciesząc się, że kły nie roz­ry­wają mu gardła. Jeśli trze­ba, stra­ci rękę. Lep­sze to, niż stra­cić życie.

Za­pusz­czając ramię do gar­dzie­li lwa, roz­nie­cił w nim na nowo in­stynkt życia. Znów roz­legł się po­mruk, pa­zu­ry zaczęły szar­pać. Be­na­ja ukrył twarz w cuchnącym fu­trze i sku­pił całą siłę na tym, aby wpy­chać oszczep głębiej i nie wyciągać ra­mie­nia. Oczy za­le­wała mu krew, bry­zgając na wszyst­kie stro­ny.

Wie­dział, że to długo nie po­trwa. Albo be­stia od­gry­zie mu rękę, albo oszczep wy­mknie mu się z dłoni. Na krótką chwilę pa­zu­ry prze­stały szar­pać mu boki i moc­niej uchwy­cił drzew­ce.

Pod­nosząc głowę, ze­brał wszyst­kie siły i wy­ko­nał sal­to po­nad głową zwierzęcia, w jed­nej se­kun­dzie wy­su­wając ramię z pasz­czy i wyciągając oszczep. Prze­to­czył się po zie­mi i próbował pod­nieść, po­tknął się jed­nak o jakiś ka­mień i runął jak długi.

Lecz atak nie nastąpił.

Otarł czoło kra­jem tu­ni­ki i za­ta­czając się, pod­szedł do miej­sca, gdzie po­zo­sta­wił leżącą be­stię. Mio­tała się w kółko i roz­ry­wała pa­zu­ra­mi ranę w boku, z której wciąż bu­chała krew. Wyglądała nie­omal tak, jak­by całkiem za­po­mniała o jego obec­ności, szar­piąc usil­nie roz­cięcie we własnym tułowiu.

Uniósł ramię i z mozołem usta­wił drzew­ce oszcze­pu w od­po­wied­niej po­zy­cji, a po­tem cisnął nim z całej siły w złoci­sto-czarną syl­wetkę. Grot szczęknął o kość w przed­niej łapie i oszczep za­wisł luźno na sa­mej skórze. Nie był to śmier­tel­ny cios.

Zla­ny po­tem, bez mała pa­dając z wy­czer­pa­nia, mężczy­zna przy­kucnął za nie­wiel­kim głazem i rozglądał się za czymś twar­dym, cze­go mógłby użyć. Zie­mię po­kryła już cien­ka war­stwa śnie­gu, przy­sy­pując całe dno jamy, które wyglądało te­raz jak okry­te ja­skra­wo­białym wełnia­nym ple­dem.

Dał nura tam, gdzie do­strzegł błysk dru­gie­go oszcze­pu, i stęknął, czując na klat­ce pier­sio­wej ostre ka­mie­nie. Be­stia tym­cza­sem zaczęła szar­pać pa­zu­ra­mi drzew­ce zwi­sające z łapy. Be­na­ja dobył z sie­bie chra­pli­wy okrzyk wo­jen­ny i sko­czył w przód, dzierżąc drugą włócznię, tę, która wcześniej mu się za­po­działa. Runął z nią na grzbiet zwierzęcia, które od chwi­li, gdy wy­rwał się z jego uści­sku, na­wet na nie­go nie spoj­rzało.

Grot zagłębił się w cie­le lwa. Dra­pieżnik zawył, roz­sier­dzo­ny i za­sko­czo­ny, i wciąż zbyt szyb­ki – ude­rzył go w bok twa­rzy, zdzie­rając skórę z czoła. Be­na­ja zo­ba­czył białe gwiaz­dy.

Czuł, że pada na ple­cy, ma­chając ra­mio­na­mi jak dziec­ko.

Znów roz­legł się ryk i znów po­ja­wiła się krew, wszędzie, za­le­wając mu twarz. Sięgnął ręką po garść zie­mi i śnie­gu i wtarł ją w ranę na czo­le, by za­ha­mo­wać krwo­tok. W uszach dud­niło mu od ryku i char­cze­nia. Drzew­ce oszcze­pu waliło głucho po ka­mie­niach, gdy zwierzę zaczęło z tru­dem zmie­rzać w jego stronę. Ciężko po­ra­nio­ne, nie mogło pod­nieść się na czte­ry łapy, więc pełzło, ziejąc nie­na­wiścią.

Be­na­ja, oszołomio­ny, prze­to­czył się da­lej. Nie mógł już wy­krze­sać z sie­bie choćby odro­bi­ny sił. Musi od­su­wać się tak aż do skut­ku, aż be­stia wy­krwa­wi się na śmierć. Czuł się jak ryba mio­tająca się w sie­ci. Kończy­ny nie re­ago­wały na po­le­ce­nia, czołgał się więc w kółko po dnie dołu. Nie mógł zna­leźć ani szty­le­tu, ani pierw­sze­go oszcze­pu i gorączko­wo macał na­około w po­szu­ki­wa­niu ka­mie­ni, kijów, cze­go­kol­wiek, czym można by rzu­cić w lwa, żeby go po­wstrzy­mać.

Po ja­kimś cza­sie, kie­dy już wy­da­wało mu się, że pułapka wypełni się krwią po wręby, ryk zaczął słabnąć, a odgłosy mio­ta­nia się po zie­mi przy­cichły. Mo­zol­nie od­su­wając się jak naj­da­lej od mon­strum, Be­na­ja do­strzegł jesz­cze jedną szansę.

Ostat­kiem sił pod­niósł się i stojąc tak na drżących no­gach, chwy­cił drzew­ce oszcze­pu. Wyśliznęło się z dłoni, ale złapał je moc­niej i po raz ostat­ni we­pchnął jak najgłębiej, aku­rat w chwi­li, gdy lew znów rzu­cił się na nie­go.

Oszczep wszedł w gar­dziel be­stii i pra­wie cały zniknął w środ­ku. Be­na­ja czuł, jak prze­ni­ka do wnętrzności zwierzęcia i wy­cho­dzi z dru­giej stro­ny żeber. Sil­nie przekręcił drzew­ce i puścił je, po czym znów od­sunął się jak naj­da­lej. Lew wal­czył jesz­cze kil­ka chwil, lecz w końcu wy­char­czał obłoczek różowej pary i wydał ostat­nie tchnie­nie.

Głowa Be­nai opadła na skra­wek lodu tuż obok ciel­ska zwierzęcia. Leżał nie­ru­cho­mo, słuchając mroźnego wi­chru, który świ­stał w dole, i cze­kając na przypływ sił. Na pół przy­tom­nie za­sta­na­wiał się, ile stra­cił krwi. Przy­po­mniał so­bie o ra­nach na głowie i na ra­mie­niu i znów wtarł w nie mie­sza­ninę zie­mi i śnie­gu. Ciel­sko lwa pa­ro­wało, czuł jego ciepło.

Leż, nie ru­szaj się…

Od mroźnego po­wie­trza i gorąca ema­nującego z tru­pa po­czuł dziwną sen­ność. Przy­po­mniał so­bie, że to nor­mal­ne uczu­cie, lecz nie mógł so­bie po­zwo­lić na sen. Żołnie­rze za­wsze muszą być w ru­chu, muszą bez prze­rwy czymś się zaj­mo­wać, tak żeby utra­ta krwi nie skłoniła ich do snu. Sen ozna­czałby ko­niec, na­wet jeśli bar­dzo się go pra­gnie.

Usiadł i próbował sku­pić uwagę na zie­mi wokół sie­bie. Z lwa wciąż wypływał różowo­czer­wo­ny płyn, roz­le­wając się po grun­cie. Je­den oszczep tkwił w ciel­sku koło kręgosłupa, dru­gi wy­sta­wał z oko­lic zadu, szty­let ster­czał w pasz­czy. Be­na­ja pomyślał mgliście, że po­wi­nien za­raz coś zjeść, a jeśli ma jeść su­ro­we mięso zwierzęcia, zgod­nie z pra­wem musi wpierw usunąć z nie­go krew. Ale prze­cież od tam­te­go dnia i tak nie kie­ro­wał się pra­wem. Wes­tchnął wy­cieńczo­ny i do­szedł do wnio­sku, że to wy­ma­gałoby zbyt wie­le za­cho­du.

Gdy po­czuł się dość sil­ny na ko­lej­ny ruch, pod­czołgał się do mar­twe­go lwa i uklęknąwszy na jego głowie, zaczął wyciągnąć swoją broń. Szty­let wy­szedł łatwo, lecz nad jed­nym z oszczepów trze­ba było trochę po­pra­co­wać. Po kil­ku próbach wyciągnięcia go uznał, że w jego obec­nym sta­nie le­piej dać za wy­graną i nie trwo­nić ener­gii. Zro­bił nacięcie w skórze lwa na kar­ku i wy­kroił kawałek mięsa. We­pchnąwszy je do ust, przeżuł i połknął. Gdzieś z tyłu głowy po­czuł coś na kształt żalu, ale go zi­gno­ro­wał. Nie czas mar­twić się o pra­wo. Wpierw trze­ba wy­do­stać się z wy­ko­pu.

Spoj­rzał w górę. Na wy­so­kości dwu­dzie­stu łokci, które piętrzyły mu się nad głową, wi­dział wi­rujące płatki śnie­gu. Skacząc za lwem, zna­lazł się głębiej, niż początko­wo sądził. Prze­su­wał wzrok od krawędzi dołu po ścieżce, którą będzie mu­siał się wdra­pać, po­kry­tej te­raz lo­dem i skal­nym ru­mo­wi­skiem. Myśliwi, którzy przed laty przy­go­to­wa­li tę pułapkę, do­brze wywiązali się z za­da­nia, niełatwo było wy­pa­trzeć drogę na po­wierzch­nię. Na nie­wiel­kich występach, których mógłby się uchwy­cić, zbie­rał się już śnieg, robiło się też co­raz zim­niej, a słońce pra­wie zaszło.

Za­schnięta krew w ustach miała mie­dzia­ny po­smak. Splunął. Pod­szedł pod ścianę jaru i zaczął piąć się w górę kawałek po kawałku, co rusz ześli­zgując się i spa­dając. Wspi­nacz­ka szła mo­zol­nie, a mi­nu­ty dłużyły się nie do wy­trzy­ma­nia. W końcu jed­nak wy­gra­mo­lił się na krawędź dołu i padł na ple­cy.

Było już ciem­no, a księżyc scho­wał się za chmu­ra­mi. Śnieg prze­stał padać, lecz wzma­gał się wiatr, dmąc w stronę do­li­ny ko­lejną śnieżycę. Kawałki lodu szczy­pały po­ra­nioną twarz i za­krwa­wio­ne dłonie. Nie był w sta­nie myśleć trzeźwo, wie­dział tyl­ko, że musi się spie­szyć. Nie może tra­cić więcej cza­su.

Za­raz spo­strzegł ścieżkę i zaczął scho­dzić w dół, stąpając uważnie wśród ka­mie­ni. W dole urwi­ska było su­che ko­ry­to rze­ki, pomyślał, że do­pro­wa­dzi go do wsi. Wokół sie­bie wi­dział tyl­ko mo­rze białego pu­chu i czar­ne ob­lo­dzo­ne skały. Czuł, że cierpną mu pal­ce. Po­ty­kał się co kil­ka kroków, jęcząc w głos, gdy ka­le­czyły go ukry­te pod śnie­giem gałęzie i ostre ka­mie­nie.

Wresz­cie uj­rzał przed sobą las, skręcił więc i po­szedł w stronę ko­ry­ta rze­ki. Zważał na każdy krok, po­mi­mo bólu i chłodu z całych sił próbując za­cho­wać trzeźwość myśli. Wie­dział, że w za­mie­ci nie­trud­no zabłądzić pośród drzew.

3

SCHO­DZE­NIE z przełęczy zajęło mu długie go­dzi­ny. Wąwóz roz­wi­dlał się kil­ka­krot­nie i Be­na­ja bił się z myślami, którą obrać drogę, od­cze­ki­wał więc, aż śnieżyca uspo­koi się choć na chwilę, by do­strzec, że oby­dwie pro­wadzą w to samo miej­sce. Sta­rał się nie od­da­lać zbyt­nio ani od ko­ry­ta rze­ki, ani od li­nii drzew.

Miał wrażenie, że mu­siała już minąć cała noc, gdy śnieżyca ustała tak na­gle, jak się zaczęła. Chmu­ry rozstąpiły się ni­czym zasłona i od­kryły księżyc w pełni, rozświe­tlający górzystą oko­licę. Be­na­ja pa­trzył, jak wał chmur cofa się w tyle za nim, i na­gle pojął, że śnieżyca wca­le się nie skończyła, tyl­ko on zszedł już tak ni­sko, że zo­sta­wił ją za sobą. Stąpał po ka­mie­niach wciąż ob­lo­dzo­nych i oprószo­nych śnie­giem, lecz już nie tak podstępnych jak te, po których scho­dził wcześniej.

Sta­rał się utrzy­my­wać stałe tem­po. Czuł wielką po­kusę, by puścić się bie­giem, jed­nak wie­dział, że jeśli ubra­nie nasiąknie po­tem, mroźne po­wie­trze może go uśmier­cić. W którymś mo­men­cie ześliznął się do po­to­ku, przez co zmo­czył swe gru­be zi­mo­we san­dały. Mu­siał się za­trzy­mać i zdjąć je, by wyżąć jak naj­dokład­niej, za­nim ru­szył da­lej.

Wresz­cie w gęstwi­nie drzew do­strzegł błyski ognisk. Wieś była już nie­da­le­ko. Miał na­dzieję, że po­zo­sta­li do­tar­li do niej za dnia w krótszym cza­sie i nie nakładając dro­gi jak on. Podążanie za za­ko­la­mi ko­ry­ta rze­ki trwało dłużej, niż się spo­dzie­wał.

Rana na głowie tak pul­so­wała bólem, że po­sta­no­wił prze­rwać na chwilę marsz i opadł na zie­mię w po­bliżu po­to­ku, a po­tem za­nu­rzył twarz w jego nur­cie. Zim­na woda przytępiła ból. Krwa­wie­nie ustało na tyle, że mógł już obmyć rany, więc od razu się tym zajął.

Leżał w nie­wy­god­nej po­zy­cji, z nie­na­tu­ral­nie wykręco­ny­mi no­ga­mi i opie­rając się o ran­ne ramię, lecz ulga, jaką spra­wiała mu lo­do­wa­ta woda, była tego war­ta. Tak jak się oba­wiał, noc­ne po­wie­trze już prze­ni­kało przez pot, do­cie­rając do skóry. Dy­go­tał, dzwo­niąc zębami.

Po ja­kimś cza­sie wyciągnął twarz ze stru­mie­nia i położył się płasko na su­chej po­wierzch­ni ko­ry­ta. Było mu zim­no, ale przy­najm­niej nie czuł ran. Bark lek­ko pul­so­wał, na szczęście roz­dzie­rający ból stępiał. Pod­niósł rękę i po­ma­cał roz­cięcie w na głowie. Wy­czuł kość. Wie­dział, że musi jak naj­szyb­ciej do­trzeć do wsi.

Za­mru­gał po­wie­ka­mi i usiadł, strze­pując kro­ple wody, a po­tem zaczął po­pra­wiać ułożenie ekwi­pun­ku tak, aby wy­trzy­mało do końca wędrówki. Rzu­cił okiem przed sie­bie i oce­nił, że cze­ka go jesz­cze go­dzi­na dro­gi przez las. Właśnie kończył mo­co­wać pas, gdy kątem oka spo­strzegł tę po­stać wśród drzew.

Po­czuł, jak włosy jeżą mu się na kar­ku. Szyb­ko rzu­cił okiem w stronę wsi i ogarnął wzro­kiem linię drzew. Moc­no za­cisnął po­wie­ki, żeby wy­ostrzyć wi­dze­nie, i po­pa­trzył jesz­cze raz, wiodąc wzro­kiem od naj­dal­sze­go le­we­go skra­ju wid­nokręgu w prawą stronę. Czy tam coś w ogóle było? Może jakiś ptak?

Choć wytężał wzrok, te­raz nie do­strze­gał już nic. Księżyc upo­rał się w końcu z chmu­ra­mi i oświe­tlił całą oko­licę. Be­na­ja nie doj­rzał żad­ne­go ob­ce­go kształtu. Skraj­nie wy­czer­pa­ny, nie­omal zi­gno­ro­wał to pierw­sze uczu­cie, lecz na­by­ta dys­cy­pli­na nie dawała za wy­graną, przy­po­mi­nając, że nig­dy nie po­wi­nien wątpić w in­stynkt. In­stynkt re­je­stro­wał za­grożenie dużo wcześniej niż umysł.

Sys­te­ma­tycz­nie ob­ser­wo­wał więc linię lasu. Drze­wa o po­wy­gi­na­nych ko­na­rach i głazy o nie­ty­po­wych kształtach ma­ja­czyły wszędzie, w każdej chwi­li coś mogło się wy­nu­rzyć albo ukryć, za­nim by to za­uważył. Prze­czu­cie nie­bez­pie­czeństwa go nie opusz­czało. Jesz­cze raz prze­tarł oczy i znów roz­począł ob­ser­wację lasu. Wte­dy zo­ba­czył.

Ja­kieś sto kroków od nie­go wid­niała syl­wet­ka człowie­ka opar­te­go o drze­wo. Początko­wo nie zwrócił na nią uwa­gi, bo wyglądała jak odrośl z pnia. Lecz gdy wpa­trzył się w nią, wyraźnie wi­dział kształt. Po­czuł pul­sujący ucisk w pier­si – ser­ce załomo­tało nierówno i za­marło. Ten człowiek nie ru­szał się, po pro­stu stał. Be­na­ja do­strze­gał tyl­ko za­rys nóg i tor­su. Po kil­ku chwi­lach zaczął się za­sta­na­wiać, czy rze­czy­wiście nie jest to pień z jakąś odroślą. Wte­dy syl­wet­ka się po­ru­szyła.

Po­stać opuściła ręce i skręciła w jego kie­run­ku, idąc, lecz tak płyn­nie, jak­by pod sto­pa­mi miała płaską po­wierzch­nię je­zio­ra, a nie usłany ka­mie­nia­mi grunt. Nie za­chwiała się ani razu ani nie po­tknęła, choć zie­mię po­kry­wał lód. Be­na­ja po­wi­nien ze­rwać się, gotów do wal­ki, lecz w spo­so­bie, w jaki czar­na syl­wet­ka przy­bliżała się do nie­go, było coś, co go obezwład­niało. Próbował zmu­sić ramię do ja­kie­goś ru­chu, chwy­cić rękojeść szty­le­tu u boku, przy­szy­ko­wać się do obro­ny. Lecz ramię na­wet nie drgnęło, a gdy po­stać przy­bliżała się, Be­na­ja czuł, jak­by jego ciało ogarnął pa­ra­liż.

Choć księżyc zalał poświatą całą po­lanę, zbliżającą się syl­wetkę spo­wi­jał mrok. Odgłos jej kroków roz­brzmie­wał echem, w które wkra­dał się ci­chy brzęk. Be­na­ja pomyślał, że widać ko­niu­szek mie­cza ocie­ra się o zie­mię. Po­wie­trze wokół dziw­nej fi­gu­ry drgało, jak­by jej płaszcz bu­rzył się na wie­trze. Wtem równie nie­spo­dzie­wa­nie jak wy­ru­szyła, po­stać na­gle stanęła, nie­ru­cho­miejąc dzie­sięć kroków od nie­go.

Wo­jow­nik wi­dział swój własny od­dech wy­bi­jający sza­leńczy rytm i próbował się opa­no­wać. Po­stać się nie ru­szała. Usiłował za­cho­wać trzeźwość umysłu, lęk mie­szał mu w głowie. Nie, tyl­ko nie strach.

Roz­pacz. Smu­tek. Gniew. Od­czu­wał w tej chwi­li taki natłok emo­cji, iż był pe­wien, że już nig­dy nie uśmiech­nie się ani nie roześmie­je. Przez jego myśli prze­ma­sze­ro­wały wszyst­kie porażki i słabości, przeżywał każdą z nich na nowo. Wi­dział twa­rze swo­ich dzie­ci, wi­dział krew, czuł gryzący odór pa­lo­nych wsi.

Żaden lew, żaden znie­na­wi­dzo­ny Ama­le­ki­ta czy Fi­li­styn, nic nie mogło być gor­sze­go niż to coś. Wciąż nie mógł doj­rzeć twa­rzy po­sta­ci, nie do­strze­gał też obłoczków pary zdra­dzających od­dech. Żad­nej ozna­ki życia.

Pomyślał właśnie, że za chwilę ser­ce prze­sta­nie mu bić, gdy w tyle za nim roz­legł się jakiś dźwięk, a syl­wet­ka przed nim ze­sztyw­niała. Po­chy­liła się lek­ko, jak­by szy­kując się do ata­ku, po czym zaczęła się cofać, co­raz da­lej i da­lej. Be­na­ja nie wie­dział, co to był za dźwięk, nie zwrócił na nie­go uwa­gi, spa­ra­liżowa­ny i tak zmęczo­ny, że mógł je­dy­nie pa­trzeć.

Po­stać odwróciła się i wiel­ki­mi kro­ka­mi odeszła w stronę lasu. Wkrótce zniknęła w ciem­ności.

Mężczy­zna za­czerpnął kil­ka haustów po­wie­trza i za­uważył, że cały się trzęsie. Nie miał cza­su dłużej się nad tym za­sta­na­wiać, bo właśnie spo­strzegł człowie­ka, który klęczał tuż obok nie­go.

Było to tak nie­ocze­ki­wa­ne, że aż roześmiał się półgębkiem. Człowiek ów trzy­mał dłoń na rękojeści mie­cza, którego klin­ga lśniła w księżyco­wej poświa­cie. Widać pod­szedł do nie­go ci­cho, kie­dy tam­ta po­stać od­cho­dziła.

– Nie bój się.

Be­na­ja był wciąż tak za­sko­czo­ny, że tyl­ko pa­trzył z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie byłeś na to go­to­wy – dodał ów człowiek, wciąż patrząc na las, gdzie zniknął cień.

Żołnierz Da­wi­da zdołał wresz­cie wymyślić i wy­krztu­sić słowa:

– Co to było?

– Jesz­cze się z nim spo­tkasz.

Po­znając po la­ko­nicz­nych od­po­wie­dziach, że nie­zna­jo­my będzie od­zy­wał się tyl­ko wte­dy, gdy sam ze­chce, Be­na­ja ostrożnie skinął głową, z za­do­wo­le­niem od­czu­wając dziw­ne ciepło w obec­ności tego człowie­ka. Zwrócił uwagę na oso­bliwą zmianę at­mos­fe­ry dokoła, jak­by gdzieś w po­bliżu roz­go­rzało pa­le­ni­sko w kuźni albo rozżarzo­ne węgle. Za­uważył, że nie­zna­jo­my nie pa­trzy na nie­go, tyl­ko ciągle spogląda w stronę lasu, gdzie zniknęła po­stać.

W końcu na­chy­lił się i położył dłoń na głowie Be­nai, do­ty­kając rany. Zdjął rękę i wstał, a Be­na­ja po­czuł wokół sie­bie ja­kieś ciśnie­nie, siłę, jak gdy­by mroźne noc­ne po­wie­trze rozżarzył pio­run. Do­tknął głowy i zo­rien­to­wał się, że nie krwa­wi. Ramię nie było już ta­kie sztyw­ne.

Żołnierz po­zwo­lił nie­zna­jo­me­mu po­sta­wić się na nogi i próbował przyglądać się jego twa­rzy, jed­no­cześnie po­pra­wiając ekwi­pu­nek. W ry­sach mężczy­zny nie było ni­cze­go nad­zwy­czaj­ne­go, wyglądały naj­zu­pełniej nor­mal­nie. Ciem­ne włosy, ciem­ne oczy, krótka bro­da, przy­strzyżona po­dob­nie jak u wszyst­kich żołnie­rzy. Mógłby zasiąść przy każdym obo­zo­wym ogni­sku w ich ar­mii. Be­na­ja był zły sam na sie­bie, że nie za­da­je więcej pytań, nie sta­ra się usta­lić, co to za je­den i ja­kim cu­dem zja­wił się tak na­gle, lecz rany i chłód wiązały mu język.

Wiatr zno­wu się wzmógł, unosząc w spi­ra­le kawałki lodu i obaj przysłoni­li twa­rze płasz­cza­mi. Be­na­ja wzdra­gał się na myśl o okry­wa­niu zra­nio­ne­go ra­mie­nia grubą wełną, bo rana była wciąż otwar­ta i sączyła się, lecz po­czuł, że nie­zna­jo­my zachęca go do tego wzro­kiem. Wstrzy­mując od­dech, owinął ramię, skrzy­wił się, po czym chwy­cił drzew­ce oszcze­pu. Ręka wciąż bolała, ale stwier­dził, że wy­trzy­ma przez noc. Do­tyk ta­jem­ni­cze­go mężczy­zny widać pomógł.

Wo­jow­nik wska­zał w stronę wio­ski i cze­kał na Be­naję. Wy­ru­szy­li, po­su­wając się nie­spiesz­nie po ob­lo­dzo­nej po­wierzch­ni. Po­wie­trze było przej­mująco zim­ne, aż trud­no się od­dy­chało. Be­naja za­sta­na­wiał się, czy w trak­cie wal­ki z lwem nie uszko­dził cza­sem płuca. Nie po­tra­fił oce­nić, czy przy­czyną płytkości od­de­chu jest mroźne po­wie­trze, czy ja­kieś uszko­dze­nie w klat­ce pier­sio­wej. Słyszał, że mężczy­zna obok po­ru­sza się bez tru­du, a im dłużej szedł obok nie­go, tym bar­dziej przy­by­wało mu sił, jak­by to­wa­rzysz wędrówki do­da­wał jego ru­chom większej sta­now­czości.