Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Ciało kobiety, doskonałość, piękno, świątynia narodzin, obiekt pożądania. Tak często jednak bezczeszczone, uprzedmiotowiane, traktowane jako trofeum i składane na ołtarzu wojen, które rzekomo rządzą się własnymi prawami.
„Czarny Trójkąt” to opowieść o kobietach, które muszą ponieść największą ofiarę, bo z siebie samych. Współczesna historia z retrospekcją do czasów nazizmu i holokaustu z elementami mistycyzmu, tajemnicą i miłością w wielu odsłonach. Porusza kwestię piętna jakie noszą kolejne pokolenia na skutek nieprzepracowanych traum wojennych naszych matek i babć, ale też walki o prawdę i prawo do własnej tożsamości.
Jak daleko sięga ludzka tolerancja wobec szeroko rozumianej inności? Do czego może się posunąć niekochany człowiek, a ile ktoś inny jest w stanie poświęcić dla miłości…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jeżeli opuszczą mnie moje diabły, obawiam się, że ulecą z nimi moje anioły.
Rainer Maria Rilke
Mądrość ta wyraża przez siebie, nie mniej niż więcej, jak kolejność zejścia korzeni, uwarunkowanych połączeniem przyczyny i skutku, podporządkowanych stałym i absolutnym prawom, które połączone ze sobą i ukierunkowane na jeden wielki, lecz bardzo ukryty cel, który nazywany jest: „Otwarcie Boskości Stwórcy jego stworzeniom w tym świecie…”.
Baal ha-Sulam, Istota kabały
Ogólna liczba lat, które Adam przeżył, była dziewięćset trzydzieści.
Księga Rodzaju 5,5
***
jestem Lilith kobieta której nie chciałeś
kość z twojej kości a ciało z ciała
pełna śluzu i krwi wrzącej jak pustynne słońce
pachnę świeżym chlebem i miłością
nie mam początku ani końca gdy spalam się w twoich snach
ubrana w skrzydła nocy zakrywam wstyd
przeklęta bo równa tobie nie chciałam leżeć na dole
jestem czernią ogniem węglem popiołem śmiercią jestem
każdego dnia gdy spojrzysz w niebo ja
rozgrzanym powietrzem dotknę twojej skóry
a ty wspomnisz moje imię i smak
gdy kolejny raz będziesz na niej zrozumiesz
twoje nozdrza wyczują zapach świeżego chleba i miłości
poczujesz głód potężny jak serca galaktyk
już zawsze będziesz pragnął leżeć obok
Marta leżała na łóżku, wpatrując się w bezdenną ciemność, ale obrazy, których szukała w pamięci, już dawno pochowały się głęboko w przeszłości. Cisza rozsadzała jej czaszkę, tylko myśli kotłowały się niczym wiosenne niebo przed burzą, kłębiły się i piętrzyły, tworząc w głowie niezwykły, oniryczny spektakl. Nie wiedziała, w co wierzyć, nie umiała też racjonalnie wytłumaczyć wczorajszego zdarzenia. To musiała być pomyłka, dziwna, irracjonalna pomyłka, bo przecież osobiście była na jego pogrzebie. Coś w duszy podpowiadało jej jednak, że Igor spotkał profesora Cenina naprawdę. Zresztą on sam nie miał co do tego jakichkolwiek wątpliwości. Przylgnięcie – to słowo drapało teraz w gardle, równoznaczne z boską klątwą, słowo, które pamiętała z opowieści babci, traktowane zawsze z przymrużeniem oka, do granic możliwości zaostrzające dziecięcą ciekawość. W tej chwili jednak złowrogie, niemal materialne, zawisło pod sufitem i nonszalancko łypało na kobietę swoim kaprawym okiem. Zdarza się tak, że umysł boi się czegoś dotknąć, omija wyimaginowany, nietykalny, wręcz intymny krąg, obawiając się wspomnień i rodzinnych historii, tym bardziej że przywołanie ich niemal na pewno spowoduje przekroczenie nietykalnych granic, przestrzeni pomiędzy oddechem a jego brakiem, zmaterializuje przejście pomiędzy życiem a śmiercią.
Odkąd pamiętała, temat śmierci ją fascynował. Miała świadomość, że to śmieszne pomyśleć tak o sobie, czterdziestosiedmioletniej kobiecie, wiodącej nudne życie u boku męża, z którym w zasadzie nie łączyło jej już dużo więcej poza przyzwyczajeniem i przed laty wypowiedzianą, nomen omen, formułką: póki śmierć was nie rozłączy. Jednakże śmierć prześladowała ją niemal od chwili narodzin, dyszała za plecami, nie dając o sobie zapomnieć. Nie miała pojęcia, skąd się to u niej wzięło, ale czuła jej obecność bardzo mocno. Zresztą w rodzinie Marty temat śmierci nie był tabu, wydawać by się nawet mogło, że był codzienny jak płatki owsiane, niekiedy naciągany do granic przyzwoitości i z dziwnie masochistycznym zacięciem wplatany w rodową fabułę. W zasadzie nie powinno to nikogo dziwić, bo każda rodzinna historia to splot ludzkich żywotów pomiędzy dwoma zjawiskami: narodzinami i śmiercią, jednak w przypadku przodków kobiety wydawać by się mogło, że ludzie umierali znacznie częściej, niż się rodzili. Piętno śmierci, wypalone w jej rodowodzie, a jednocześnie na skórze i w sercu babci, paliło gdzieś w środku niegasnącym żarem.
O babci Zuzannie nie wiedziała zbyt wiele – bo to z kolei był temat tabu – oprócz tego, że urodziła się we Wrocławiu, w niemieckiej rodzinie pochodzenia żydowskiego, o czym nachalnie przypominał numer na jej lewym przedramieniu, wytatuowany najprawdopodobniej igłą osadzoną w drewnianym trzonku, którą po zanurzeniu w tuszu jakiś zupełnie obcy człowiek, którego imienia nigdy nie pozna, beznamiętnie i niemal automatycznie wbijał w miękką i gładką kobiecą skórę, zostawiając w niej punkty tworzące cyfry. Dobrze pamiętała, gdy będąc małą dziewczynką, zaintrygowana tym znakiem na skórze babci, zapytała, co to jest, i dodała, że też chciałaby mieć taki numer na swojej dziecięcej rączce. Był to jedyny raz w życiu, gdy zobaczyła na twarzy tej, wydawać by się mogło, bezemocjonalnej kobiety złość i przerażenie. Jej wielkie, czarne oczy, zawsze spokojne i jakby nieobecne, nagle rozbiegły się po pokoju niczym tabun spłoszonych źrebiąt i syknęła tylko do wystraszonej dziewczynki, żeby się zamknęła, bo jest głupią sziksą1. Marta nigdy tego nie zapomniała, tym bardziej że poza tym przypadkiem babcia rozumiała ją jak nikt inny i pomimo dzielących je pokoleń, była kobietą nowoczesną, można by rzec nawet – postępową i feminizującą.
To niezwykłe, że nie matka, a właśnie ona, najstarsza z żyjącego pokolenia, wspierała dziewczynę, gdy ta przechodziła okres nastoletniego buntu czy odważała się wypowiadać głośno własne, niekoniecznie zgodne z „zasadami domu” zdanie. Zasady te bezkompromisowo narzucał ojciec dziewczyny, wychowany w przekonaniu, że w rodzinie musi panować wyraźny podział praw i obowiązków, przy czym zarówno prawa, jak i obowiązki były całkowicie odmienne dla kobiet i dla mężczyzn. Mówiąc wprost, żona miała być bezwzględnie podporządkowana mężowi i najlepiej, gdyby w ogóle nie miała poglądów, a jeśli już – to ewentualnie takie, jakie głosi jej ślubny. Niejednokrotnie słyszała powielane zarówno przez ojca, jak i dziadka przekonanie, iż kobieta ma myśleć tak jak mężczyzna, z którym sypia. Można by uznać, że w ich domu panował ultrakatolicki, patriarchalny ład, gdyby nie fakt, że ojciec był ateistą, podobnie jak jego ojciec i pradziadek, którzy w okresie powojennym gorliwie wyznawali teorie marksistowsko-leninowskie i należeli do PZPR. Gomułka, Gierek, Kania byli co prawda nieobecnymi fizycznie, aczkolwiek codziennymi towarzyszami rodzinnych posiłków – wraz z bezkrytyczną wiarą w socjalizm. Nic zatem dziwnego, że ojciec Marty niepisanym rodzinnym dekretem został uznany za zdrajcę ideologii i doktryny familijnej, gdy zakochał się w jej matce. Brak odpowiednich koneksji dziewczyny oraz semickie rysy babki nie pozostawiały wątpliwości, że jest to nieodpowiednia partia dla świetnie zapowiadającego się, młodego ekonomisty.
Marta rozdzierała teraz szczelnie pozaszywaną pamięć, rozrzucając ciasno poukładane w jej szufladkach obrazy. Przypomniała sobie zdarzenie z imienin ojca, gdy jeszcze wtedy żyjący dziadek po spożyciu sporej dawki alkoholu, co było stałym elementem ówczesnych przyjęć, zaczął w obecności zebranych kobiet opowiadać sprośne, szowinistyczne żarty i zaśmiewać się z nich do rozpuku. Panie zebrane przy stole były wyraźne zażenowane, ale niektóre wtórowały mężczyznom i udawały rozbawienie. Jednak nie babka Zuzanna, ona nie pozostawiła na mężczyźnie suchej nitki. Niestety, żadna z obecnych kobiet jej nie poparła. Przeciwnie, niektóre z nich zaczęły bronić dziadka – że to tylko żarty i trzeba mieć dystans do siebie. Wtedy babka, jak to ona, bez zająknięcia strzeliła jakąś celną ripostę, wstała od stołu – a była niezwykle, o ile można tak powiedzieć o kobiecie, przystojna – i kręcąc biodrami, demonstracyjnie wyszła z przyjęcia. Marcie przemknęło przez myśl, jak bardzo chciałaby być do niej podobna. Choć fizycznie właśnie po niej odziedziczyła ciemne oczy i włosy, nos i semickie rysy, to jednak nie miała tego dostojeństwa i klasy, ale przede wszystkim – jej odwagi cywilnej, błyskotliwości i zadziorności. Mówiąc wprost – ona była boleśnie nijaka.
Wertowała kolejne strony pamięci i usiłowała odnaleźć wspomnienia dotyczące Zuzanny. Strzępki słów układała w całość, chcąc stworzyć z nich patchworkową płaszczyznę sensu. Przypomniała sobie fragment podsłuchanej rozmowy, której wtedy zupełnie nie rozumiała, gdy babka mówiła do mamy, że to niesprawiedliwe i uwłaczające, bo nawet pobożni Żydzi codziennie w modlitwie porannej dziękują Bogu, że nie stworzył ich kobietami, a te z kolei co rano odczytywały w swoich modlitewnikach podziękę skierowaną do Jahwe za to, że je stworzył wedle swojej woli2. Słyszała też, jak matka mówiła, że mężczyźni przecież według rabinicznych interpretacji nie okazują w ten sposób pogardy, ale raczej podkreślają, iż kobiety mają mniej micwot3 do przestrzegania, bo obowiązują je tylko trzy reguły: zapalanie i błogosławienie świec w szabas, dzielenie chały i zanurzenie w mykwie4 po menstruacji. I że one mają łatwiej, bo zostały stworzone tylko po to, aby pracować i rodzić dzieci. Babka wtedy z wypiekami na twarzy opowiedziała, jak za młodu jej rzekomo zbyt krótka sukienka sprowokowała jednego z rabinów i uderzył dziewczynę publicznie w twarz za to, jak mówił, że urągała nakazom religijnym, bo kobiety powinny być skromne i nie prowokować, nie odciągać mężczyzn od studiowania Tory. Marta przypominała sobie te słowa z wypiekami na twarzy, bo matka, w przeciwieństwie do Zuzanny, nigdy nie przyznawała się do pochodzenia. Wprawdzie była to tajemnica poliszynela, ale wszystkim wygodniej było milczeć. Teraz była oburzona tamtymi słowami rodzicielki, które odżyły w jej pamięci, bo przecież wychowała się w nieortodoksyjnej rodzinie, nie praktykowała, w dodatku wyszła za mąż za człowieka, który nigdy by jej na chodzenie do kościoła, a tym bardziej do synagogi nie pozwolił. Obie były z innych bajek. Matka twierdziła, że nic w tym złego, iż kobieta żydowska powinna być skromna, cicha, dbać o rodzinę i być posłuszna mężowi oraz wspierać go w studiowaniu Tory i Talmudu. Zbulwersowana jej słowami babka protestowała, że jeśli tak, to nie rozumie, dlaczego skończyła studia, wyszła za komunistę i że nie ma pojęcia o czym mówi. W czasach młodości Zuzanny ortodoksyjne rodziny nie posyłały kobiet do szkół, uważano, że kobiecie nie jest potrzebna wiedza, bo jej przeznaczeniem jest wyjść za mąż, rodzić dzieci i podobać się mężowi, a wtedy Bogu i tak się spodoba. Zuzanna chodziła do szkoły, gdyż jej ojciec był mądrym człowiekiem, wiedział, że edukacja jest bardzo ważna również, a może przede wszystkim, dla kobiety. Dlatego ta, uczona doświadczeniem, także zawsze dbała o edukację córki. Bała się jednak coraz bardziej o wnuczkę, bo – jak mówiła – z taką matką daleko nie zajdzie. Podkreślała, że od pokoleń w rodzinach żydowskich faworyzowano synów i to w ich edukacji pokładano nadzieję, ale że ona tego nie akceptuje i słowa córki, a matki Marty, są jej osobistą porażką wychowawczą, bo patriarchat to zło tego świata. Wtedy matka, jak przy wielu podobnych sytuacjach, wspominała o ojcu, pytając, kim był i jakie były jego poglądy, ale wtedy temat zawsze się gwałtownie urywał, choć babka dodawała najczęściej, że to bez znaczenia, bo Żydem jest się po matce.
Tak, Marta wiedziała, że jest Żydówką. Nigdy nie rozumiała, dlaczego ten fakt pomijano i przez lata przed nią zatajano. Widocznie jednak matka uznała, że tak będzie lepiej dla nich obu, nieprzyznawanie się do pochodzenia w czasach komuny gwarantowało bezpieczeństwo. Miała żal do siebie, że gdy babka i mama żyły, nigdy nie odważyła się o to zapytać, a potem już było za późno. Pozostała sama, ze spuścizną po ich doświadczeniach i przeszłości, o których tak naprawdę niewiele wiedziała. Babka Zuzanna niestety miała wtedy rację, bo ona, Marta, faktycznie niczego nie osiągnęła, a myśli o tym tej nocy wyjątkowo jej doskwierały. Tak naprawdę obie pozwoliły na to, że Marta nie wiedziała, kim jest, a człowiek bez tożsamości istnieje tylko częściowo. Jedyne, co jej ofiarowały, to wieczne napięcie, jakąś niewypowiedzianą tajemnicę i strach przed wypowiadaniem własnego zdania, bo czego by nie powiedziała, to którejś by się naraziła. Całe życie przewijało jej się przed oczami, tak jak to się podobno dzieje, gdy człowiek umiera. Pomyślała sobie nawet, że może tak faktycznie jest, że w pewnym sensie ona właśnie teraz umiera, a najgorsze, że i tak nikt po niej specjalnie płakał nie będzie.
Kiedy się nieco uspokoiła, spojrzała na siebie z dystansem i zgodnie z przepowiednią babki, ale chyba i oczekiwaniami matki, dostrzegła w sobie kobietę kompletnie podporządkowaną mężowi, cichą i posłuszną, niezrealizowaną, bezbarwną, bez marzeń i planów na przyszłość. W zasadzie nie umiałaby wskazać choćby jednej rzeczy, która dawała jej satysfakcję. Uświadomiła sobie, że jej największym osiągnięciem było urodzenie syna. Tak, Kacper, jego obecność w jej życiu nadawała mu sens i pozwalała na chwile szczęścia. Wprawdzie wypowiadając w myślach to słowo, zaśmiała się do siebie, bo gdyby miała teraz wymienić jakiś antonim szczęścia, to byłaby nim ona sama. Poczuła w piersiach ucisk, ciężar kompletnego niespełnienia, nie miała niczego, co by ją określało, co dawałoby jej motywację. Boże – tak właśnie pomyślała – Boże, daj mi jakiś znak.
Tego dnia Marta wstała przed budzikiem i wyślizgnęła się z łóżka, starając się nie obudzić męża. Wiedziała, że byłby niezadowolony, źle sypiał, miał teraz gorący czas w firmie. Zerknęła na śpiącego mężczyznę i przeszło jej przez myśl, jak bardzo kochała tego człowieka, bezinteresownie i bezwarunkowo, jak wierzyła, że są dla siebie stworzeni. Wydawało jej się kiedyś, że jeśli istnieją związki, które będą trwać wiecznie, niezmienne we wzajemnej fascynacji, to ich właśnie taki jest. Leżał teraz tak spokojnie, że przez moment zawahała się nawet, czy oddycha, i nasłuchiwała wdechu powietrza, co ją sytuacyjnie nawet rozbawiło. Żył.
Szybko narzuciła ciepły, kwiecisty szlafrok i szczelnie się nim otuliła. Zimę czuć już było w powietrzu, a zaspany dom nie zdążył się jeszcze nagrzać po nocy. Weszła do łazienki, przemyła twarz chłodną wodą i zerkając przelotnie w lustro, niedbale umyła zęby i nie do końca rozbudzona, ruszyła w stronę kuchni. Zabrała się do zapełniania zmywarki naczyniami po wczorajszej kolacji. Wciąż w głowie miała wieczorną rozmowę z mężem, który opowiadał jej o spotkaniu profesora. Szarpały ją wyrzuty sumienia, niepotrzebnie tak ją poniosło, gdy upierał się, iż jest pewien, że to był on, niepotrzebnie też wspomniała o swoim strachu i wierze w stary żydowski przesąd. Sam ją jednak sprowokował, jak zwykle ją wyśmiał, drwił, że jest oderwana od rzeczywistości i żeby się trochę w końcu ogarnęła z tymi swoimi średniowiecznymi zabobonami. Teraz myślała, że faktycznie powinna się za siebie wziąć, coraz bardziej zapada się w sobie, rzadko się uśmiecha i niewiele rzeczy ją cieszy. I jeszcze to ciągłe uczucie wewnętrznego niepokoju, jakby wiecznego oczekiwania na coś, co miałoby się zdarzyć. To zaczęło ją wykańczać.
Jej rozmyślania przerwał odgłos kroków na schodach. Wyciągnęła szybko patelnię, przygotowała jajka, boczek i włączyła ekspres. Aromat kawy szybko rozniósł się po całej kuchni, jej zapach lubiła znacznie bardziej niż smak. Stanęła przy oknie, czekając, aż bekon zacznie skwierczeć, i patrzyła na przymglony ogród. Świat za szybą wydawał się obcy i nieprzyjazny. Lubiła obserwować ptaki – teraz przykurczone obsiadły pobliskie drzewa, które nagie, bezlistne, nie dawały schronienia. Na sam widok przeszedł ją dreszcz, bo tak jak nie cierpiała wcześnie wstawać, tak jeszcze bardziej nie lubiła zimna. Cieszyła się, że ma jeszcze dwie godziny do wyjścia, więc zdąży się w pełni rozbudzić i przygotować. Miała ochotę ładnie dziś wyglądać.
Igor zatrzasnął za sobą drzwi i odruchowo przekręcił klucz, nie lubił, gdy żona zaglądała do łazienki. Po szybkim prysznicu wytarł skórę szorstkim ręcznikiem, stanął naprzeciwko lustra i zaczął przyglądać się uważnie swojej twarzy. W zasadzie robił to każdego ranka, ale tym razem mężczyzna uwięziony w szklanej tafli wydawał mu się nieatrakcyjny, dziwnie poważny i sporo starszy. Coraz mniej rozpoznawał w nim tego beztroskiego, zbuntowanego chłopaka, jakim był. Posiwiał na skroniach, a niegdyś bujne włosy widocznie się przerzedziły, za to brwi jakby chciały to zrekompensować, zrobiły się krzaczaste, co z podwójnym podbródkiem nadawało twarzy nieco teatralnego wyglądu. Tylko nos zdawał się niezmiennym, dumnym spadkobiercą wrodzonych skłonności przywódczych i dominacji. Ładnie osadzony, wydatny i ostro zakończony, nie pozostawiał wątpliwości, że mężczyzna nie uznaje kompromisów. Pełne, dawniej wręcz mięsiste usta, wciąż były zacięte, a ich kąciki symetrycznie opadały lekko w dół. Mężczyzna popatrzył na siebie krytycznym wzrokiem, wygładził woskiem kilkudniowy zarost i skropił twarz wodą po goleniu. Przejechał dłonią po brzuchu i bokach, jakby chcąc potwierdzić znajdujący się tam nadmiar tkanki tłuszczowej, i niezadowolony z siebie wyszedł z pomieszczenia.
– Dzień dobry, wcześnie wstałaś – powiedział pod nosem, nie patrząc na żonę.
– No, hej, nie mogłam spać, może jest pełnia, bo wtedy zawsze mam problem z zaśnięciem.
– Może, ale to raczej nie z tego powodu, bez przesady!
– To nie przesada, nigdy nie śpię podczas pełni, zresztą nie tylko ja.
– Babskie gadanie, czary mary i tyle.
– Nieprawda, poczytaj sobie na ten temat. Ludzie nie tylko nie mogą spać podczas pełni, ale są też rozdrażnieni i rozkojarzeni.
– To chyba faktycznie mamy pełnię, bo dałaś wczoraj czadu – burknął.
– Nie wiem kto bardziej.
– Nie ja zacząłem wymyślać niestworzone historie o dybukach. Żydowskie korzonki się odezwały, co?
– Świnia!
– Gena nie wydłubiesz – powiedział z ironią.
– To fakt, burak pozostanie burakiem. – Poczuła napływające do oczu łzy.
– Dobra, spadam, a ty się uczesz, bo wyglądasz jak meszuge5. – Dociął jej, świadomie chcąc dotknąć.
– Ja jestem nieuczesana, a ty głupi. I wiesz, ja się mogę uczesać i to zmienię, ale ty cokolwiek byś zrobił…
– Jesteś jak twoja babka.
– Chciałabym! Była mądrą i piękną kobietą.
– Ale gębę miała niewyparzoną, a kobieta powinna znać swoje miejsce.
– Mizogin! – W myślach zobaczyła teścia i nawet ton głosu wydał jej się identyczny.
– Też cię kocham! Wrócę dzisiaj później.
– Znowu?
– Ktoś musi zarobić na ten cały bałagan, z twojej pensji raczej byśmy nie pojedli.
– Może akurat to by ci dobrze zrobiło! – Odwdzięczyła się pięknym za nadobne.
Wyszedł z kuchni, a ona się rozpłakała, ale przecież to nic szczególnego, przecież nie ma idealnych par. Kocha ją, skoro jest z nią, to musi tak być, jest porządnym facetem, jest przystojny, pracuje, nie pije, mają syna, nie powinna narzekać. A że uczucie wygasło, że zabrakło wspólnych tematów, to w sumie chyba normalne. Najpierw on ciągle w pracy, a ona wychowywała syna, potem skupili się na jego karierze, to zapewniało godne życie. Zrezygnowała z dawnych ambicji, głupia była, ale czasu nie cofnie. Chciała zostać na uczelni, tańczyć, uczyć się śpiewu, podobno miała talent, jednak zajmując się domem i pracując, nie miała na to szans. Sama sobie winna, widocznie było jej tak wygodnie, nie ma prawa narzekać. Zresztą kobieta jest w wiecznym rozdarciu pomiędzy domem i karierą zawodową, zawsze którąś ze sfer zaniedbuje. Kiedy pracuje, zaniedbuje dom i zewsząd słyszy, że jest skoncentrowaną na sobie egoistką, złą żoną i matką, a gdy zostaje z dzieckiem, przy pierwszej nadarzającej się okazji dowiaduje się, że zrobiła z siebie matkę Polkę, kurę domową i trudno się dziwić, gdy mężczyźni potem takie zostawiają. Niejedną noc przepłakała, oj, niejedną. Gdyby jeszcze miała wsparcie w matce lub teściowej, ale niestety nie mogła liczyć na żadną z nich. Teściowa, która traktowała ją zawsze jak mniejsze zło, chroniące jej syna od pozostania w stanie starokawalerskim, tak naprawdę nigdy jej nie lubiła i zawsze znajdowała okazję, aby dociąć synowej. Igor z kolei nigdy nie odważył się narazić matce i robiąc niewinną minę, trzymał jej stronę. Najwyraźniej wciąż nie odciąwszy pępowiny, tkwił pomiędzy młotem a kowadłem, niestety ta silniejsza z nich zawsze umiała przekabacić go na swoją stronę. Jej nieżyjąca już mama była natomiast kobietą, jak sama siebie określała, staroświecką, choć z czasem Marta zrozumiała, że wychowała się, nie mając zupełnie oparcia w mężczyznach. Ojca nie poznała, a egoistyczny, despotyczny mąż nigdy jej nie szanował, więc sam fakt posiadania przez córkę względnie stabilnego i dostatniego życia i tak był czymś, czego jej samej nie udało się doświadczyć. Wolała widzieć ją tkwiącą w złotej klatce niż narażać się na nieprzychylność opinii znajomych i ponosić konsekwencje ewentualnego buntu Marty. Na zewnątrz byli z Igorem idealnym małżeństwem, którym można się było pochwalić, jakże często słyszała, że miło na nich patrzeć, jacy to są szczęśliwi, piękni i że mąż w nią taki zapatrzony. Marta miała do niej o to żal, ale jednocześnie wiedziała, że jej matka także nie miała wsparcia w Zuzannie, babka dbała o nią materialnie i pilnowała nauki, ale nigdy nie obdarzyła jej należną matczyną czułością. Widząc to, Marta obiecała sobie kiedyś, że jeśli będzie miała dziecko, zrobi wszystko, aby było szczęśliwe i czuło się kochane. Zatem Kacper zawdzięcza swoim antenatkom to, że jego mama przytulała go i rozpieszczała, jak tylko potrafiła.
Nie zamienili już z Igorem ani słowa, usłyszała tylko zapinanie zamka kurtki i trzaśnięcie drzwi. Wyszedł z domu, a ona poczuła ulgę. Trudno było znieść tę wiecznie napiętą atmosferę. Coraz częściej przychodziła jej do głowy myśl o rozwodzie, ale natychmiast to słowo wymazywała w myślach, jakby bojąc się wewnętrznej kary za samo jego przywołanie. Z jednej strony miała świadomość, że jest w tym śmieszna, bo nie dość, że w sumie gojka6, to w dodatku niezwiązana z żadną religią, a jednak status kobiety rozwiedzionej był dla niej czymś, czego chyba nie umiałaby zdzierżyć, od razu stanęła jej przed oczami matka, która by tego chyba nie przeżyła, pomimo że nie żyła już od dawna. Jednocześnie przypomniała jej się babka i jej słowa podczas ślubu Marty – kościelnego, bo taka była wola rodziców Igora pomimo ich „niepraktykowania”: „Pamiętaj, masz być wierna i uczciwa do śmierci, ale przede wszystkim sobie”. Starała się jednak zawsze podchodzić do słów babki z dystansem, bo Zuzannę ewidentnie mężczyźni mierzili i o ile potrafiła polubić któregoś indywidualnie, to cały męski ród napawał ją ewidentną niechęcią. Bywała nieprzewidywalna, zachwycała się na przykład grubym na pięć palców warkoczem wnuczki, a chwilę potem dodawała, żeby ta uważała na niego, bo Magnus Hirschfeld7 zaliczał złodziei włosów do grona najbardziej uciążliwych fetyszystów i za jej młodości niejedną dziewczynę pozbawiono w ten sposób starannie hodowanych pukli, a niekiedy za ich sprawą także życia. Potem na chwilę odlatywała myślami w tylko sobie znajome miejsce, a po ocknięciu się uśmiechnęła się nienaturalnie i mówiła niewyraźnie coś w stylu, że mężczyźni to prawdziwe potwory. Na słowa wnuczki, że chyba jednak nie wszyscy, odpowiedziała bez wahania, że wszyscy, bo ludzie to drapieżniki, a władza wyzwala w nich agresję.
Garsonkę Marta przygotowała już poprzedniego wieczoru, nie lubiła rano zaprzątać sobie głowy ubraniem, szczególnie gdy czekało ją jakieś ważne spotkanie w pracy, a tak było właśnie tego dnia. Od kilku lat pracowała w dużej kancelarii prawnej. Początkowo jako sekretarka, z czasem jednak stała się specjalistką od public relations. Obok codziennych spraw biurowych była odpowiedzialna za utrzymywanie dobrych, stałych relacji z przedstawicielami ośrodków opiniotwórczych, jak prasa, telewizja, internet oraz planowanie działań, opracowywanie i realizację strategii wizerunkowej firmy. Nie miała wykształcenia w tym kierunku. Okazało się jednak, że ma samorodny talent, który wystarczyło poprzeć kilkoma kursami. Jednanie ludzi od najmłodszych lat było jej mocną stroną, więc początkowo angażowano ją w procesy mediacyjne przy rozwodach. Wykraczało to dalece poza zakres jej kompetencji, ale jednocześnie dało szanse ma rozwój. Czuła się tam potrzebna i doceniona więc z pełnym zaangażowaniem poświęcała się sprawom firmy.
Tego dnia kancelaria świętowała swoje trzydziestolecie i choć oficjalny bal dla pracowników i gości miał się odbyć dopiero w przyszły weekend, to symbolicznie mieli go uczcić również we własnym gronie. Z ulgą stwierdziła, że dawno nienoszona koszula z żabotem wciąż dopina się bez problemu. Przypomniała sobie jednak, iż mankiety potrzebują spinek, o czym kompletnie zapomniała. Pędem ruszyła do łazienki, bo jedyne miejsce, jakie jej przyszło na myśl, to szafka Igora. Po otwarciu drzwiczek otulił ją zapach jego ulubionych perfum, od lat tych samych. Zrobiło jej się przyjemnie, lubiła zapachy, a do tego miała wyjątkowy sentyment. Pomimo faktu, że od dawna nie układało się pomiędzy nimi za dobrze, aromat wyzwolił w niej dawno zapomniane uczucia, zrobiło jej się nostalgicznie, jakby dotknęła czegoś ulotnego, co jednak jest wciąż obecne i bliskie. Poczuła w sercu ucisk, bolesne przypomnienie, że coś minęło i już nie wróci. Zaczęła przekładać przedmioty ustawione w szafce, czując się trochę nieswojo. Nie lubiła przeglądać cudzych rzeczy, choć nie umiała do końca wytłumaczyć dlaczego. Może czuła, że wchodzi w czyjąś przestrzeń, bez zaproszenia, że przekraczała granice prywatności, której tak strzeżono w jej rodzinnym domu. Dostrzegła kilka małych pudełeczek stojących obok siebie i rozpoznała, że jedno z nich było opakowaniem spinek, które podarowała mężowi kilkanaście lat temu. Sięgnęła po nie i uśmiechnęła się, bo spinki, wtedy tak efektowne, przekraczające budżet, jakim na co dzień dysponowała, dziś wydawały jej się niewymownie tandetne. Zawahała się, czy ich nie założyć ze względów sentymentalnych, ale sama siebie skarciła w myślach za ten pomysł. Ogarnęła wzrokiem pozostałe pudełka i sięgnęła po malutkie, czarne, z eleganckimi żłobieniami, inkrustowane nefrytem. Zaciekawiło ją, bo wyglądało jak szkatułka. Po otwarciu wieczka przez dłuższą chwilę nie umiała zebrać myśli. Na aksamitnym podłożu leżały spinki do mankietów w kształcie serca pik. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nie przypominała sobie, aby Igor takie kupował lub dostał, a już na pewno nie od niej. W dodatku były znanej modowej firmy, więc musiały być bardzo drogie. Nigdy nie robili sobie takich prezentów, a pamiętałaby, gdyby je od kogoś dostał. Kobieca intuicja nie dawała jej szans na wątpliwości. Dostał je od kobiety i choć wielokrotnie mówiła sobie w duchu, że chciałaby się dowiedzieć, że mąż kogoś ma, bo ułatwiłoby jej to odejście, w tej chwili ją to zabolało, trafiło ostrzem mocno i celnie, bo nie tyle w serce, co w kobiecą dumę. Wyciągnęła z opakowania dwie wysadzane czarnymi kamieniami spinki i zapięła mankiety. Otaksowała się w lustrze i znów uśmiechnęła. Wśród ludzi była kimś zupełnie innym niż w domu, tam sprawiała wrażenie odważnej i profesjonalnej, współpracownicy lubili jej poczucie humoru, zdarzały się również komplementy. Początkowo nie umiała ich przyjmować, krępowały ją, czuła, że nie przystoi kobiecie jakkolwiek reagować, ale stopniowo nauczyła się z nich po prostu cieszyć. Nigdy nie umówiła się na proponowane spotkanie, nawet symboliczną kawę, bo wiedziała, że Igor byłby niezadowolony, więc sama obwarowała się wysokim murem niczym nieuzasadnionych ograniczeń i sztucznie wykreowanych zasad. W tej chwili jednak fakt, iż ładnie wygląda, poprawił jej humor. Zrobiła szybki makijaż, rozczesała nakręcone wieczorem na wałki włosy i mocno potrząsnęła głową. Włosów jednak było zbyt dużo, zdominowały jej drobną figurę, więc sprawnie zaczesała wszystkie wysoko w duży, przepleciony już srebrnymi pasemkami kok.
Gdy wychodziła z łazienki, zadzwonił telefon. Podbiegła do niego, a widząc, kto dzwoni, rozpromieniła się i po chwili po całym domu niósł się jej wesoły głos:
– No, cześć, synku, co tam u ciebie?… Tak, kochanie, jeszcze w domu, ale zaraz wychodzę… Zimno u was? Tutaj już strasznie, jest chyba minus sześć stopni. – Odruchowo spojrzała w okno. – Już się nie mogę doczekać. O której dokładnie lądujecie, wiesz już? – dopytywała niecierpliwie. – Ale jakie badania? Co ty mówisz? Jaki lekarz? Kacper?
Ton jej głosu raptownie się zmienił. Marta przystanęła w kuchni.
– GFR, kreatynina, mocznik, fosfataza? No to nerki, ewidentnie. – Westchnęła głośno. – No wiem, przesączanie kłębuszkowe. – A ile tego GFR miałeś? – Niepokój w głosie był już wyraźny. – Cholera, mało! Synku, a boli cię coś?
Znów krążyła po domu i potakiwała, słuchając odpowiedzi, po chwili prawie krzyknęła do słuchawki:
– Nie schizuję, tylko się martwię! No to powtórzymy, poumawiam cię i powiem tacie, on zna lekarzy… Emilka też się pewnie martwi? – Zamilkła, zasłuchana w słowa syna. – Będzie dobrze, przestań, na razie skupmy się na badaniach. – Kacper! Przestań opowiadać głupoty, to nie jest śmieszne! – Odruchowo zrobiła karcącą minę. – Jakieś specjalne życzenia? – zadała troskliwe pytanie. – Ale ja o jedzenie pytam, głuptasie. – Zaśmiała się, chcąc rozładować atmosferę. – No to się zastanówcie, jest jeszcze trochę czasu, zdzwonimy się – kończyła rozmowę, śpiesząc się do wyjścia. – Ja ciebie też, synku, pa, pa!
Zawsze gdy dzwonił, robiło jej się ciepło na sercu. Odkąd wyjechał, wszystko się zmieniło. Całe szczęście miała pracę, w której się w końcu odnalazła, bo chyba by oszalała. Tęskniła, ale starała się go nie obarczać swoimi problemami. Chciała, aby był szczęśliwy. To najważniejsze! Wiedziała, że nie może przeżyć życia za niego, a tym bardziej on za nią. Przeszło jej przez myśl, że umrzeć, niestety, też by za niego nie mogła – i od razu zganiła się za tę niedorzeczną myśl.
Dzień w pracy minął Marcie szybko, dostała premię, została pochwalona na forum za zaangażowanie, a w dodatku jej strój nie umknął uwadze koleżanek i kolegów w pracy. Nawet te nieszczęsne spinki do mankietów znalazły swoich pochlebców. Tego akurat wolałaby uniknąć, bo wzmianka o nich powodowała skurcz w żołądku, ale summa summarum warto było je założyć. Przyglądała się współpracownikom, szefom i młodziutkiej ciemnowłosej sekretarce. Przez myśl przeszło jej pytanie, czy oni wszyscy są szczęśliwi, bo tak naprawdę, choć spotykają się codziennie, to niewiele o sobie wiedzą. Właściwie tylko tyle, na ile któreś z nich opowie lub nieco rozszczelni w mediach społecznościowych swój, najczęściej hermetycznie spakowany, świat. Wspólnicy kancelarii – zawsze nienagannie ubrani, niewiele mówiący. Słyszała, że dwóch z nich ma rodziny, ale odkąd ona tu pracuje, nigdy nie widziała ich żon ani dzieci. Wiadomo było, że trzeci jest singlem i boryka się z łuszczycą, bo tego nie dało się łatwo ukryć, a czwartego spotkała kiedyś w górach w towarzystwie sporo młodszego mężczyzny. Spędzali każdą chwilę razem, wydawali się mocno zaprzyjaźnieni, z pewnością nie była to relacja ojciec – syn. Nie obchodziło jej to i nie miało żadnego znaczenia, a nawet przeszło jej przez myśl, że chyba nikt nigdy tak czule nie dotykał jej włosów, jak starszy z nich dotykał przyjaciela. Jednak pech chciał, że mężczyzna najprawdopodobniej wyczuł jej spojrzenie i popatrzył na nią, zanim zdążyła odwrócić wzrok. Rano widziała przez okno, że pospiesznie opuszczają pensjonat. Nie podzieliła się tą wiedzą z Igorem, wiedziała, że z pewnością to jakoś głupio skomentuje, a nie chciała tego słuchać.
Marta uświadomiła sobie po raz kolejny, że każda z zebranych wokół niej osób ma swoje tajemnice, że nie ma rodziny, która nie doświadczyłaby problemów: ciężkich chorób, śmierci, gwałtów, aborcji, rozwodów, zdrad czy zabójstw. Wszyscy w kancelarii są z pokolenia, którego dziadkowie, a niekiedy rodzice przeżyli wojnę, potem komunę, a to przecież musiało w taki czy inny sposób wpłynąć na ich losy. Marta zatrzymała wzrok na młodej dziewczynie, niedawno zatrudnionej jako pomoc biurowa. Nie miała wątpliwości, że nie kierowano się wyłącznie jej kompetencjami, ale także urodą. W zasadzie to chyba nawet głównie nią. Kobieta była bardzo atrakcyjna, męska część kancelarii niekiedy bezceremonialnie taksowała ją wzrokiem, najbardziej ci, którzy mieli niewielkie szanse na jej zainteresowanie. Może dlatego, że mieli najmniej do stracenia. Pamiętała siebie w jej wieku, swoje zagubienie i niepewność. Gdyby była mężczyzną, z pewnością zaszłaby tu znacznie dalej, tym bardziej że na drugi etat musiała być matką. Igor jej tego nie ułatwiał. Z domu wyniósł przekonanie o podziale obowiązków na kobiece i męskie; te związane ze sprzątaniem, gotowaniem, prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci go nie dotyczyły. Stworzony został do wyższych celów, on był od podejmowania wszelkich decyzji. Nigdy jej nie wspierał i to, że czasami sobie nie radziła, zupełnie go nie interesowało. Może nawet było mu wygodnie, że nie miała szans na rozwijanie swojej kariery zawodowej, dzięki temu miał żonę całkowicie pod kontrolą. Wiedziała jednak, że sama do tego doprowadziła, nie stawiała granic, początkowo ślepo zapatrzona w małżonka nie myślała, że kiedyś się to na niej zemści. Czy była naiwna? Nie, raczej ufna. Teraz zrobiło jej się szkoda dziewczyny, choć jednocześnie przeszło jej przez myśl, że właśnie taka jak ona mogłaby być obiektem westchnień Igora.
Dokładnie w tym momencie jej wzrok zetknął się ze spojrzeniem jednego ze wspólników, które nie budziło wątpliwości, że wykracza daleko poza służbowy charakter. Poczuła na plecach przyjemny dreszcz. Założyła nogę na nogę i poprawiła spódnicę. Dotknęła jednej ze spinek. Wydała jej się w tej chwili gorąca, bardzo gorąca.
Podwieźć cię? – usłyszała za plecami męski głos, gdy wymykała się dyskretnie ze spotkania.
– Nie, dziękuję bardzo, niepotrzebny kłopot, mam blisko do przystanku.
– To dla mnie przyjemność, nie kłopot.
– Jednak podziękuję.
– Co, zazdrosny mąż? – zapytał zaczepnie.
– Nie bierzesz pod uwagę, że mogę po prostu nie chcieć?
– Nie zgrywaj niedostępnej. – Nie zmieniał taktyki.
– Nie zgrywam, ja jestem niedostępna!
Trzasnęła drzwiami i szybkim krokiem ruszyła w stronę przystanku. Było bardzo jasno, napęczniały w swojej pełni księżyc obmacywał cienie pobliskich ulic i kamienic. Marta pomyślała, że znów nie zaśnie, i od razu przypomniała jej się poranna sprzeczka z mężem. Rozejrzała się, w promieniu kilkudziesięciu metrów nie dostrzegła żadnego człowieka, zrobiło jej się nieprzyjemnie i przeszło jej przez myśl, że mogła jednak skorzystać z propozycji podwózki. W oddali słychać było wycie psa, które od razu przywołało refleksję, że psy wyją, gdy ktoś umiera. Przeszył ją dreszcz i przyśpieszyła kroku. Nagle jak spod ziemi wyrosła przed nią kobieca postać, pociągała nosem i cuchnęła przetrawionym alkoholem. W pierwszej chwili jej twarz wydała się Marcie łudząco podobna do tamtej młodej sekretarki. Była jednak od niej starsza, a może tylko życie nie pozwoliło jej na młodość, odbierając zbyt szybko dziewczęcą świeżość. Miała niestarannie upięte włosy i rozmazany makijaż.
– Może by pani kopsnęła szluga, co? – Chropowaty, przepity głos kobiety spowodował, że Marta aż podskoczyła, a serce zaczęło bić w przyspieszonym tempie.
– Przepraszam, ale chyba nie mam.
– No kurwa, zlituj się, kobieto!
– Chwila, przypomniałam sobie, że może jednak coś… – Bez zastanowienia zaczęła szukać w torebce opakowania cienkich papierosów, które nosiła od kilku miesięcy, bo lubiła od czasu do czasu zapalić do lampki koniaku.
– O, dzięki ci, Boże, z nieba mi pani spadła, bo kurewski wieczór mam! – powiedziała kobieta, wycierając nos rękawem, na którym została czerwona smużka.
– Czy to krew? – Marta odsunęła się instynktownie, a przyglądając się rozmówczyni uważniej, dostrzegła liczne siniaki na szyi i twarzy, nieudolnie zamaskowane fluidem.
– No! A niby co ma być? Ale to nic, takie tam sprzeczki małżeńskie, sama pani wie. – Tamta zaśmiała się nieszczerze i odrażająco.
– Nie, nie wiem! Powinna pani jechać do szpitala!
– Co pani? Nie przyjmą mnie, nawet nikt ze mną nie będzie gadał.
– Chyba muszą?
– Ubezpieczenia nie mam. Łatwo pani mówić. Gdzie pani żyje?
– A prywatnie?
– Ocipiała pani? Myśli pani, że ja dupy daję, żeby na konowałów wydawać? Stary to by mnie chyba wtedy całkiem ukatrupił.
– Dam pani pieniądze! – Marta wyciągnęła portfel i zaczęła przeglądać jego zawartość.
– Nie! Nie wezmę! – powiedziała rozmówczyni po chwili wahania i rozejrzała się wokół, jakby sprawdzając, czy nie ma nikogo w pobliżu.
– Ale dlaczego?
– Nie, nie chcę, zresztą i tak nie poszłabym do lekarza.
– Nieważne, proszę wziąć! – Wyciągnęła w kierunku kobiety dwieście złotych.
– Odbiło pani? Dobrą ciotkę zgrywamy, co? Lepsza się pani czuje teraz? Niech sobie pani w dupę wsadzi te pieniądze!
– Przepraszam, nie, absolutnie… Nie chciałam pani obrazić…
– No dobra, nieważne. Wezmę, ale nie za darmo – powiedziała i znów się rozejrzała.
– O, matko! O czym pani mówi?
– Nie, pani się nie boi, nie będzie numerku. – Dziewczyna zaśmiała się, rozbawiona miną Marty.
– Nie rozumiem chyba…
– Powróżę pani!
– Powróży mi pani?
– Tak, umiem. A co, nie wyglądam na wróżkę? – Znów się zaśmiała.
– Przyznam, że… trochę… faktycznie nie. – Marta zawtórowała jej śmiechem.
– Pani poda rękę! No, nie boi się, nic jej nie zrobię!
Marta zawahała się, ale podała dłoń. Cała sytuacja wydała jej się tak irracjonalna, że traciła pewność, czy to prawda czy sen, ale chciała być w tym miejscu, czuła, że powinna. Kobieta obejrzała dokładnie jej śródręcze oraz żyły wiodące wzdłuż przedramienia, po czym, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odrzuciła głowę w nienaturalny sposób, przechylając ją gwałtownie do tyłu, i stanęła na palcach. Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała się unieść nad ziemią. Białka oczu stały się niezwykle widoczne, drgały, a twarz poszarzała, co dodatkowo podkreślały ślady pobicia i wciąż niezastygła w kącikach ust krew. Niemal nie ruszając wargami, zaczęła wypowiadać cicho zdania, a Marta w skupieniu wsłuchiwała się w to, co kobieta mówi:
– Ty dajesz Bogu, on daje tobie. Jak życie i śmierć, tak dwa nałożone na siebie trójkąty oznaczają równowagę wszechświata, w którym ważne są tylko dobro i zło, miłość i strach. Każde dobro zaczyna się i kończy na miłości, a każde zło zaczyna i kończy się strachem.
Nieznajoma po wypowiedzeniu tych słów wzięła głęboki wdech, zachłanny jak pierwszy oddech dziecka i dodała:
– Nie mieli litości dla kobiet, ich dzieci i starców, tak, tak, stała im się krzywda, ale sami byli sobie winni.
Skończywszy, popatrzyła już całkiem przytomnie na Martę, która trzęsła się z przerażenia i nie czekając na dalszy przebieg wypadków, zaczęła biec, chcąc jak najszybciej uciec z tego miejsca. Gdy dotarła do rogu kamienicy, usłyszała za sobą wołanie:
– Zuzanna mówi, że wyjmowała jasny pukiel jej włosów i całowała, była niewidzialna, bo miała amulet z kłódki Salomona.
– Jezu, co? – Marta stanęła jak wryta, nie dowierzając temu, co usłyszała.
Odwróciła się gwałtownie, ale, gdy spojrzała za siebie, nikogo już tam nie było.
1 Sziksa (z języka jidysz) – słowo oznaczające młodą, przeważnie atrakcyjną kobietę nie-Żydówkę; jest to określenie o raczej pejoratywnym wydźwięku. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki.
2 Szachirit, błogosławieństwo poranne – tradycyjna, codzienna modlitwa poranna w judaizmie, w której mężczyźni dziękują Bogu za to, że nie stworzył ich kobietami (Sze-lo asani isza), co wynika z odmiennych obowiązków religijnych. Kobiety natomiast dziękują Bogu, że stworzył je wedle swojej woli (Sze-asani ki-rcono).
3 Micwoty (słowo z języka hebrajskiego) – przykazanie, dobry uczynek; w judaizmie to 613 religijnych nakazów i zakazów prawa religijnego (365 zakazów symbolizujących dni roku oraz 248 nakazów odpowiadających liczbie kości w ciele).
4 Mykwa to żydowska łaźnia rytualna, w której powinna znajdować się bieżąca woda. Rytualna kąpiel obowiązuje nowych wyznawców przyjmujących judaizm. Kobiety udają się do mykwy po menstruacji i po połogu, aby odzyskać rytualną czystość.
5 Meszuge (jidysz), od hebrajskiego meszug(g)a – wariat, pomylony, obłąkany, szalony.
6 Gojka – lekceważące, pogardliwe określenie używane przez Żydów wobec innowierców.
7 Magnus Hirschfeld był niemieckim lekarzem, seksuologiem i działaczem na rzecz mniejszości seksualnych, któremu w 1933 roku nazistowski rząd odebrał obywatelstwo niemieckie. Podważył wcześniej panujące przekonanie, że homoseksualizm należy traktować jako chorobę, jest uznawany za pierwszego, który oddzielił tożsamość płciową od seksualności.
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Bianka Kunicka, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302569
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
1.
2.
3.
4.
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
