Czarna Wstęga - Podgórski Michał - ebook
NOWOŚĆ

Czarna Wstęga ebook

Podgórski Michał

0,0

Opis

Troje bohaterów. Jedno zadanie.

Christian, dawny gwardzista królewski, Dardan de Brandt, szlachcic na wygnaniu oraz jego towarzyszka, wojownicza Kaia stają naprzeciw mrocznych sił budzących się w Vorenau. Porwania, brutalne morderstwa i pradawne zło okazują się zaledwie zapowiedzią tajemniczej grozy niepowstrzymanie zalewającej królestwo. Wciągnięci w bezlitosną walkę, w której każdy błąd może kosztować życie, muszą zmierzyć się z jednym wyzwaniem: powstrzymać Czarną Wstęgę i ocalić królestwo, zanim zapadnie mrok zdolny pochłonąć wszystko.

Czym naprawdę jest Czarna Wstęga i kto stoi na jej czele? Czy odwaga i przyjaźń wystarczą, by przeciwstawić się sile zdolnej pogrążyć całe państwo?

Ostrzeżenie: Wejście do tego świata fantasy może skutkować zarwaną nocą!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 273

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © Mi­chał Pod­gór­ski

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

e-ISBN: 978-83-68498-40-0

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki, stron ty­tu­ło­wych i za­dru­ku brze­gu

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Zdję­cie na okład­ce, ele­men­ty gra­ficz­ne

Fre­epik

Re­dak­cja

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska | sta­cja­pro­jekt.my.ca­nva.si­te

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Czar­na wstę­ga

Wkra­czasz w świat fan­ta­sy

na wła­sną od­po­wie­dzial­ność

Mi­chał Pod­gór­ski

Roz­dział 1

Na szczyt naj­wyż­szej z klasz­tor­nych baszt pro­wa­dzi­ły krę­te scho­dy. Po­ko­na­nie ich wy­wo­ły­wa­ło za­dysz­kę na­wet u mło­de­go, mo­gą­ce­go po­chwa­lić się so­lid­ną tę­ży­zną fi­zycz­ną, męż­czy­zny. Sześć­set stro­mych stop­ni, pną­cych się wo­kół gru­be­go, ka­mien­ne­go mu­ru, mia­ło sta­no­wić prze­szko­dę dla po­ten­cjal­nych na­jeźdź­ców na ty­le zde­cy­do­wa­nych, by splą­dro­wać klasz­tor. Być mo­że tech­ni­ka bu­do­wy scho­dów by­ła rów­nież sym­bo­lem opo­ru, ja­ki na­le­ża­ło prze­ła­mać, by osią­gnąć naj­wyż­sze ce­le. Lu­dzie o sła­bej wo­li re­zy­gno­wa­li z po­ko­na­nia tej jak­że trud­nej ścież­ki. Śmiał­ko­wie, któ­rzy wy­obra­ża­li so­bie zbyt wie­le, mu­sie­li wresz­cie uko­rzyć się przed zmę­cze­niem, ci na­zbyt le­ni­wi zaś w ogó­le nie po­dej­mo­wa­li się prób. Gdy czło­wiek wspi­nał się po tej wy­ma­ga­ją­cej spi­ra­li, na­cho­dzi­ły go roz­ma­ite my­śli. Chwy­tał się wszyst­kie­go, choć­by i naj­bar­dziej za­wi­łej fi­lo­zo­fii, by­le­by nie my­śleć o tym, z ja­kie­go po­wo­du wła­ści­wie się tam uda­je.

Dla­cze­go wy­zna­czo­no mu spo­tka­nie z naj­wyż­szym ka­pła­nem? Co go tam cze­ka? Ja­kiej tre­ści roz­mo­wę przyj­dzie mu prze- pro­wa­dzić? Czy spo­tkał go naj­więk­szy z moż­li­wych za­szczy­tów, czy mo­że naj­wyż­sza z do­stęp­nych kar? Ja­kim uczyn­kiem za­słu­żył so­bie na jed­no lub dru­gie?

Chri­stian mu­siał przy­sta­nąć w po­ło­wie, by zła­pać od­dech. Pra­wą dłoń oparł na zim­nej, ka­mien­nej ścia­nie, le­wą zaś po­ło­żył na ko­la­nie, gdyż scho­dy nie po­sia­da­ły żad­nej ba­rier­ki, któ­rej mógł­by się chwy­cić. Po­wstrzy­my­wał się, by nie spoj­rzeć w bok, w prze­paść. Ko­lej­ny ele­ment utrud­nia­ją­cy śmiał­kom wej­ście na sa­mą gó­rę – brak ja­kich­kol­wiek za­bez­pie­czeń. Wy­star­czy­ło­by prze­cież ja­kieś drew­nia­ne rusz­to­wa­nie al­bo me­ta­lo­we wspor­ni­ki roz­sta­wio­ne co kil­ka­na­ście stop­ni. Nie­ste­ty, bu­dow­la mia­ła bu­dzić gro­zę i nie­wąt­pli­wie speł­nia­ła to za­da­nie. Za­sta­no­wił się, ilu po­dróż­nych spa­dło i stra­ci­ło ży­cie tyl­ko dla­te­go, że spo­glą­da­jąc w dół, za­krę­ci­ło się im w gło­wie. Ode­pchnął od sie­bie te my­śli. Po­pro­sił Moc Stwo­rze­nia, by do­da­ła mu si­łę, jak uczo­no go na wie­czor­nych za­ję­ciach na no­wi­cja­cie, i ru­szył da­lej.

Zna­la­zł­szy się u szczy­tu, ode­tchnął z ulgą. W ka­mien­nym przed­sion­ku pod­ło­ga pod sto­pa­mi i brak prze­raź­li­wej prze­pa­ści da­wa­ły wresz­cie po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Po­sta­no­wił od­cze­kać chwi­lę, by od­po­cząć i wy­rów­nać od­dech.

Gdy je­go ser­ce nie­co się uspo­ko­iło, otarł pot z czo­ła i po­pra­wił ha­bit. Czuł, że wy­glą­da źle i nie po­wi­nien w ta­kim sta­nie po­ka­zy­wać się prze­oro­wi. Ale mo­że wła­śnie o to cho­dzi­ło? Kto­kol­wiek przy­cho­dził zło­żyć mu wi­zy­tę, miał wy­glą­dać jak po ca­łym dniu pra­cy?

Swo­ją dro­gą, Chri­stian sły­szał, że ten, któ­ry go we­zwał, był już w po­de­szłym wie­ku. Jak za­tem zdo­łał się tu­taj do­stać? Czy ktoś po­mógł mu po­ko­nać scho­dy? A mo­że wdra­pał się na basz­tę jesz­cze za mło­du i od lat nie scho­dził? Nie, to ab­surd. Naj­wyż­szy ka­płan Mo­cy Stwo­rze­nia po­ja­wiał się prze­cież nie­raz we wspól­nej czę­ści za­bu­do­wań, udzie­lał wy­kła­dów, brał udział w spo­tka­niach ra­dy Try­bu­na­łu, a tak­że skła­dał wi­zy­ty kró­lo­wej, zwłasz­cza przy oka­zji pań­stwo­wych uro­czy­sto­ści. Kto wie, mo­że Moc Stwo­rze­nia do­da­wa­ła mu sił, by mi­mo za­awan­so­wa­ne­go wie­ku zdo­łał bez prze­szkód po­ko­ny­wać tę mor­der­czą dro­gę?

Chri­stian usły­szał ruch w po­miesz­cze­niu za drzwia­mi, więc na­tych­miast ode­pchnął od sie­bie ja­ło­we roz­wa­ża­nia pod­su­wa­ne przez grzesz­ny umysł. Zbli­żył się do wrót i, po­pra­wiw­szy ostat­ni raz po­ły ha­bi­tu, się­gnął w kie­run­ku mo­sięż­nej ko­łat­ki. Za­stu­ka­ła głu­cho w dę­bo­we de­ski.

– Wejdź – usły­szał przy­tłu­mio­ny głos z dru­giej stro­ny.

Uchy­lił drzwi i nie­śmia­ło wszedł do po­miesz­cze­nia. Pa­no­wa­ła tu ciem­ność. Mro­ki no­cy roz­świe­tlał je­dy­nie cięż­ki świecz­nik usta­wio­ny na dę­bo­wym sto­le. Sa­ma ce­la oka­za­ła się su­ro­wa i pra­wie po­zba­wio­na me­bli, co nie dzi­wi­ło Chri­stia­na. Re­gu­ła klasz­to­ru na­ka­zy­wa­ła skrom­ność i wy­zby­cie się do­cze­snych uciech. Oprócz sto­łu znaj­do­wa­ły się w niej je­dy­nie pro­ste łóż­ko, ku­fer na ubra­nia i re­gał z książ­ka­mi. Za sto­łem sie­dział star­szy męż­czy­zna, któ­re­go twarz zło­wro­go oświe­tlał blask świe­cy. Na tle okna za je­go ple­ca­mi, skąd do­cho­dzi­ło wą­tłe świa­tło księ­ży­ca, wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co. Chri­stia­no­wi na­tych­miast sko­ja­rzył się ze straż­ni­kiem miej­skim, pro­wa­dzą­cym prze­słu­cha­nie.

– Sia­daj. – Sta­rzec wska­zał przy­by­szo­wi ma­lut­ki sto­łek.

Mnich za­jął po­słusz­nie miej­sce na­prze­ciw­ko go­spo­da­rza. Ten chy­ba od­czy­tał z twa­rzy Chri­stia­na nie­po­kój, gdyż ode­zwał się ła­god­niej­szym to­nem:

– Nie oba­wiaj się. Nic złe­go się nie wy­da­rzy.

Za­kon­nik po­ki­wał gło­wą, choć mię­śnie na­dal miał spię­te. Uło­żył rę­ce na udach i cze­kał cier­pli­wie na to, co męż­czy­zna ma mu do prze­ka­za­nia.

Naj­wyż­szy ka­płan Ram­mas, sto­ją­cy na cze­le Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, a za­ra­zem prze­or klasz­to­ru Mo­cy Stwo­rze­nia, omiótł go wzro­kiem, jak­by pró­bu­jąc oce­nić, czy jest czło­wie­kiem god­nym za­ufa­nia.

Ci­sza prze­dłu­ża­ła się nie­zno­śnie i Chri­stian za­czął mi­mo­wol­nie wier­cić się na zbyt ma­łym sie­dze­niu. Prze­or wresz­cie prze­mó­wił:

– Opo­wiedz mi o so­bie, Chri­stia­nie.

Te­go mnich się nie spo­dzie­wał, cze­mu dał wy­raz, uno­sząc brwi ze zdzi­wie­nia. Ocze­ki­wał ra­czej ka­ry lub na­gro­dy, być mo­że ja­kie­goś po­le­ce­nia, ale to? Dla­cze­go je­go los in­te­re­so­wał tak zna­czą­cą oso­bę?

– Ja… – za­czął nie­śmia­ło.

– Uj­mę to ina­czej – prze­rwał mu Ram­mas. – In­te­re­su­je mnie, co ro­bi­łeś przed wstą­pie­niem do za­ko­nu. Czy to praw­da, że słu­ży­łeś w kró­lew­skiej gwar­dii?

– Tak jest. – Chri­stian kiw­nął gło­wą.

– W ran­dze?

– Dzie­sięt­ni­ka. Wcze­śniej peł­ni­łem funk­cję straż­ni­ka miej­skie­go.

Ka­płan się za­my­ślił, po czym w je­go oczach za­lśni­ło za­in­te­re­so­wa­nie.

– Tu­taj, w sto­li­cy?

– Tak. Choć przez pe­wien czas słu­ży­łem tak­że w Fan­ne­as.

– Mia­sto por­to­we – stwier­dził Ram­mas. – Sły­sza­łem, że przed in­wa­zją stró­że pra­wa mie­li tam cięż­ko.

– To praw­da. Do­ki za­wsze przy­cią­ga­ły roz­ma­itych rze­zi­miesz­ków.

– Ro­zu­miem… – Ka­płan zro­bił pau­zę, jak­by za­sta­na­wia­jąc się nad czymś. – A po­wiedz mi, dla­cze­go od­sze­dłeś z gwar­dii?

Chri­stian znów uniósł brwi. Był prze­ko­na­ny, że to po­wszech­na wie­dza. Za­nim do­łą­czył do klasz­to­ru, mu­siał udzie­lić szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji o swo­im po­przed­nim ży­ciu. Tak po­waż­na in­sty­tu­cja jak Try­bu­nał Stwo­rze­nia z pew­no­ścią mia­ła świa­do­mość te­go fak­tu.

– Okry­łem się hań­bą.

– Roz­wiń, pro­szę, te­mat. – Mnich wes­tchnął. Nie miał szcze­gól­nej ocho­ty wra­cać do wspo­mnień z prze­szło­ści.

– Peł­niąc służ­bę w gwar­dii kró­lew­skiej, nie zdo­ła­łem za­wcza­su roz­po­znać za­gro­że­nia ze stro­ny na­jeźdź­cy. Nie obro­ni­li­śmy sto­li­cy, król zaś mu­siał udać się na wy­gna­nie.

Ka­płan od­po­wie­dział od ra­zu. Nie uda­wał za­sko­cze­nia. Mu­siał prze­cież do­sko­na­le znać prze­szłe wy­da­rze­nia.

– Chy­ba je­steś dla sie­bie zbyt su­ro­wy. Nie ty je­den po­no­sisz od­po­wie­dzial­ność za po­raż­kę. Sam król uległ opę­ta­niu przez si­ły zła, na­to­miast ar­mia, gwar­dia i nie­mal wszy­scy pod­da­ni nie po­tra­fi­li prze­ciw­sta­wić się na­jaz­do­wi.

– Jed­nak mo­je za­nie­cha­nia do­pro­wa­dzi­ły do śmier­ci wie­lu osób.

Ram­mas wzniósł roz­ło­żo­ne rę­ce.

 – Wo­la Mo­cy Stwo­rze­nia – oznaj­mił i za­milkł na chwi­lę, uda­jąc, że od­ma­wia mo­dli­twę. Po chwi­li wzno­wił roz­mo­wę: – Uwa­żam, że nie po­wi­nie­neś obar­czać się tym, co nas spo­tka­ło. Wszy­scy oka­za­li­śmy się śle­pi na si­ły, któ­re do­pro­wa­dzi­ły Vo­re­nau na skraj upad­ku. Dla­te­go też kró­lo­wa Va­dien­ne po­sta­no­wi­ła utwo­rzyć Try­bu­nał Stwo­rze­nia. Je­go nad­rzęd­nym za­da­niem jest za­pew­nić kra­jo­wi bez­pie­czeń­stwo i nie do­pu­ścić do te­go, by hi­sto­ria się po­wtó­rzy­ła. Za­gro­że­nie oka­za­ło się tak sil­ne, po­nie­waż ktoś skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wał się od lat do za­da­nia nam osta­tecz­ne­go cio­su. Uda­ło się to od­wró­cić je­dy­nie dzię­ki bo­ha­ter­skim czy­nom kró­lo­wej, ale to nie ozna­cza, że zło zo­sta­ło cał­ko­wi­cie po­ko­na­ne.

Prze­or po­chy­lił się w stro­nę Chri­stia­na, a ten mi­mo­wol­nie nie­co się od­su­nął. Sta­rzec spoj­rzał mu w oczy.

– Wróg nie śpi. Mam po­waż­ne pod­sta­wy, by są­dzić, że przy­go­to­wu­je się do ko­lej­nej woj­ny, znacz­nie groź­niej­szej niż po­przed­nia. Tym ra­zem za­gro­że­nie nie czai się po­za gra­ni­ca­mi kra­ju.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć, naj­wyż­szy ka­pła­nie? – za­py­tał Chri­stian.

Ram­mas wy­pro­sto­wał się na swo­im krze­śle i wes­tchnął cięż­ko.

– Czy sły­sza­łeś kie­dyś o Czar­nej Wstę­dze?

Chri­stian prze­chy­lił lek­ko gło­wę. Gdzieś już sły­szał to okre­śle- nie, lecz nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, w ja­kich oko­licz­no­ściach.

– Wie­lu uwa­ża­ło, że to tyl­ko le­gen­da. Coś, czym stra­szy­ło się dzie­ci. Ja jed­nak wiem, że jest ina­czej.

– Czym jest ta Czar­na Wstę­ga?

– Or­ga­ni­za­cją. Gru­pą lu­dzi, tfu, po­gań­skich po­mio­tów, któ­rzy dą­żą do znisz­cze­nia na­sze­go pięk­ne­go kró­le­stwa. Kwe­stio­nu­ją wszyst­ko, co nam dro­gie i pięk­ne. Od­rzu­ca­ją wła­dzę pa­nu­ją­cej dy­na­stii, a na­de wszyst­ko prze­ciw­sta­wia­ją się Mo­cy Stwo­rze­nia. Na­sza re­li­gia jest im wro­ga i ją rów­nież pra­gną uni­ce­stwić.

Naj­wyż­szy ka­płan za­milkł i wpa­try­wał się przez chwi­lę w mni­cha, jak­by ocze­ku­jąc je­go od­po­wie­dzi.

– Wy­bacz śmia­łość, naj­wyż­szy ka­pła­nie… Skąd o tym wie­my?

Ram­mas wy­jął coś spod sto­łu i prze­su­nął po bla­cie w stro­nę Chri­stia­na.

Męż­czy­zna do­strzegł nie­wiel­ką kart­kę. Przyj­rzał się jej. Był tam tyl­ko je­den sym­bol. Dwie ciem­ne, fa­lu­ją­ce kre­ski, spla­ta­ją­ce się ni­czym…

– Czar­na Wstę­ga…

– Nie ina­czej.

– Ale… Czy to…

Ram­mas uniósł rę­kę, prze­ry­wa­jąc je­go wy­po­wiedź.

– Ta­kich sym­bo­li zna­leź­li­śmy już po­nad tu­zin. W róż­nych miej­scach. Na pa­pie­rze w ku­piec­kich sa­kwach, na ścia­nach ka­mie­nic, a na­wet w za­mtu­zach. Są do­brze ukry­te, ni­g­dy na wi­do­ku. Zwy­kle na­po­tkać je moż­na w ciem­nych za­ka­mar­kach, w szem­ra­nych dziel­ni­cach. Lu­dzie, przy któ­rych znaj­du­je­my ów sym­bol, opie­ra­ją się tor­tu­rom i wo­lą zgi­nąć, niż po­dzie­lić się ja­ką­kol­wiek in­for­ma­cją. Są nie­złom­ni.

Chri­stian słu­chał z prze­ję­ciem. Moż­li­we, że kró­le­stwo znów mia­ło sta­nąć u pro­gu woj­ny… tym ra­zem do­mo­wej?

– Co wię­cej, spły­wa­ją do nas ra­por­ty z in­nych miast. W ostat­nich mie­sią­cach sym­bol za­czął po­ja­wiać się nie­mal w każ­dym za­kąt­ku Vo­re­nau.

– Czy po­za sym­bo­lem za­uwa­żo­no ja­kieś in­ne dzia­ła­nia?

Ram­mas po­krę­cił gło­wą.

– Nic po­nad nor­mę. Drob­ne kra­dzie­że, prze­krę­ty nie­uczci­wych kup­ców, grzesz­ne wy­stęp­ki, ale nic, cze­go w kró­le­stwie nie by­ło­by od za­wsze. I to wła­śnie naj­bar­dziej mnie nie­po­koi.

– Dla­cze­go, naj­wyż­szy ka­pła­nie?

– Wy­glą­da na to, że Czar­na Wstę­ga jest do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­na. Je­stem pe­wien, że do cze­goś się szy­ku­ją, ale nie- sły­cha­nie trud­no nam od­gad­nąć do cze­go. Nie uda­ło nam się, jak do­tąd, usta­lić ni­cze­go kon­kret­ne­go. Jed­nak ich sym­bol po­ja­wia się w każ­dym z miast i je­stem pe­wien, że na­le­ży się spo­dzie­wać naj­gor­sze­go.

Sta­rzec umilkł i przez chwi­lę sie­dzie­li w ci­szy.

Chri­stian wpa­try­wał się w okno za ple­ca­mi Ram­ma­sa. Spo­dzie­wał się już, cze­go prze­or mo­że od nie­go chcieć, choć myśl ta wy­da­ła mu się ab­sur­dal­na.

 – Po­wiedz mi, Chri­stia­nie, do­brze znasz na­sze kró­le­stwo? – Mnich wy­rwał się z za­my­śle­nia.

 – Tak. Po­cho­dzę z ro­dzi­ny ku­piec­kiej. Za mło­du zjeź­dzi­łem kraj wzdłuż i wszerz.

– Do­sko­na­le. Tak się bo­wiem skła­da, że mam dla cie­bie spe­cjal­ne za­da­nie.

Chri­stian wy­pro­sto­wał się na stoł­ku i spoj­rzał w oczy prze­ło­żo­ne­go.

– Chciał­bym, że­byś zde­ma­sko­wał or­ga­ni­za­cję Czar­nej Wstę­gi. Od­na­lazł ich sie­dzi­bę, do­tarł do pro­wo­dy­rów i za­mel­do­wał o tym Try­bu­na­ło­wi.

Męż­czy­zna prze­łknął śli­nę. On…? No­wi­cjusz? Był wpraw­dzie woj­sko­wym i straż­ni­kiem. Cza­sem pro­wa­dził śledz­twa prze­ciw po­mniej­szym ban­dy­tom, ale to…

– Naj­wyż­szy ka­pła­nie… Dla­cze­go ja?

– Bo je­steś czło­wie­kiem po­boż­nym i uczci­wym. Znam do­brze two­ją hi­sto­rię. Przyj­rza­łem się jej. Wy­py­ty­wa­łem cię, gdyż chcia­łem usły­szeć ją od cie­bie, po­znać re­ak­cję. Nie­mniej Try­bu­nał prze­świe­tlił cię na wy­lot. Na­da­jesz się do te­go za­da­nia jak ma­ło kto.

Chri­stia­no­wi nie chcia­ło się w to wie­rzyć. Nie ucho­dził wszak za ni­ko­go szcze­gól­ne­go. Nie otrzy­mał szko­le­nia, ja­kie prze­wi­dzia­no choć­by dla kró­lew­skich szpie­gów.

Dla­cze­go on? Bo po­świę­cił się spra­wie? Ce­cho­wa­ła go po­boż­ność i lo­jal­ność, jak po­wie­dział Ram­mas. Czy na pew­no cho­dzi­ło tyl­ko o to, czy kry­ło się za tym coś jesz­cze?

Chri­stian przy­pusz­czał, że Try­bu­nał miał zde­cy­do­wa­nie wię­cej wy­znaw­ców, któ­rym po­wie­rzo­no po­dob­ne za­da­nie.

– Masz moż­li­wość zma­zać hań­bę, ja­ką, jak sam twier­dzisz, okry­łeś się w prze­szło­ści. – Prze­or wy­rwał go z roz­my­ślań.

Chri­stian przy­tak­nął. Po­sta­no­wił, że po­dzie­li się swy­mi roz­ter­ka­mi. Na­wet je­śli za­da­wa­nie zbyt wie­lu py­tań nie bę­dzie zbyt do­brze ode­bra­ne przez ka­pła­na.

– Naj­wyż­szy ka­pła­nie, na­dal nie po­tra­fię uwie­rzyć, że to wła­śnie mnie wy­zna­czo­no do te­go za­da­nia. Śmiem twier­dzić, że nie je­stem je­dy­ny. – Ram­mas się uśmiech­nął.

– No i wi­dzisz, Chri­stia­nie. Już udo­wod­ni­łeś, że do­ko­na­łem słusz­ne­go wy­bo­ru. Bły­sko­tli­wość… Klu­czo­wa ce­cha, któ­rą po­win­ni od­zna­czać się na­si wy­słan­ni­cy.

– A więc bę­dzie nas wię­cej?

– Nie mo­gę po­twier­dzić.

– Ro­zu­miem. – Tym ra­zem na twa­rzy Chri­stia­na za­go­ścił lek­ki uśmiech. – Ro­zu­miem, że nie bę­dzie­my mie­li ze so­bą kon­tak­tu? To roz­sąd­ne, praw­da? Je­śli ma­my wy­tro­pić taj­ną or­ga­ni­za­cję, sa­mi mu­si­my dzia­łać w po­dob­ny spo­sób.

Ram­mas nie­znacz­nie kiw­nął gło­wą, nie od­po­wia­da­jąc jed­nak wprost – po­zwa­lał Chri­stia­no­wi sa­me­mu do­cho­dzić do wnio­sków.

– W ja­ki spo­sób bę­dę ra­por­to­wał po­stę­py swych prac?

– Po­do­basz mi się. – Prze­or spoj­rzał na nie­go z apro­ba­tą. – Szyb­ko prze­cho­dzisz do rze­czy. Na po­czą­tek udaj się do świą­ty­ni w To­rian-syd. Od tam­tej­sze­go ka­pła­na otrzy­masz dal­sze wska­zów- ki. Wie tyl­ko ty­le, ile po­wi­nien, bądź więc ostroż­ny.

– O czym nie wol­no mi mó­wić?

– Że pra­cu­jesz bez­po­śred­nio dla mnie i że je­steś na tro­pie Czar­nej Wstę­gi. Ka­płan w To­rian-syd zo­stał po­in­for­mo­wa­ny je­dy­nie, że ktoś z Try­bu­na­łu ma ode­brać od nie­go ra­port.

– Dla­cze­go aku­rat to mia­sto?

– Od­na­leź­li­śmy tam naj­wię­cej sym­bo­li Wstę­gi.

– Ro­zu­miem.

– Do­brze. Wie­rzę, że przy­słu­żysz się Try­bu­na­ło­wi i kró­le­stwu. Te­raz idź już.

Chri­stian ski­nął gło­wą i wstał od sto­łu. Gdy zmie­rzał ku drzwiom, Ram­mas ode­zwał się po raz ostat­ni. Je­go głos brzmiał po­waż­niej niż do­tych­czas – po­brzmie­wa­ła w nim gro­za.

– Nie za­wiedź nas.

***

Roz­ma­ite my­śli kłę­bi­ły się w gło­wie Chri­stia­na. Wra­ca­jąc do klasz­tor­nej ce­li, roz­my­ślał o tym, co usły­szał od sta­re­go za­kon­ni­ka.

Z jed­nej stro­ny du­mą na­pa­wał go fakt, że wy­zna­czo­no go do trud­ne­go za­da­nia, z dru­giej zaś od­czu­wał ogrom­ny nie­po­kój.

Po­wie­rzo­na mu mi­sja ja­wi­ła się nie tyl­ko ja­ko nie­zwy­kle wy­ma­ga­ją­ca, ale i nie­ja­sna. Otrzy­mał szcząt­ko­we in­for­ma­cje, a do te­go ostrze­że­nie, że nie bę­dzie mógł z ni­kim dzie­lić się ani zdo­by­ty­mi wia­do­mo­ścia­mi, ani ce­lem swo­jej służ­by – wca­le nie na­pa­wa­ło go opty­mi­zmem.

Wie­dział przy tym, że Try­bu­nał po­wie­rzył roz­pra­co­wa­nie ta­jem­ni­czej or­ga­ni­za­cji wię­cej niż jed­ne­mu ze swo­ich lu­dzi. By­ło to oczy­wi­ście lo­gicz­ne. Sieć dzia­ła­ją­cych w ukry­ciu agen­tów, nie­po­wią­za­nych ze so­bą bez­po­śred­nio, zwięk­sza­ła szan­se po­wo­dze­nia ca­łe­go przed­się­wzię­cia. Nie­ste­ty, w ra­zie po­ja­wie­nia się oko­licz­no­ści nie­wy­god­nych dla Try­bu­na­łu, po­je­dyn­czy wy­słan­nik mógł zo­stać po­świę­co­ny bez więk­szych kon­se­kwen­cji.

Chri­stian za­sta­na­wiał się, czy ja­ko pio­nek w nie­bez­piecz­nej grze miał w ogó­le szan­sę od­nieść suk­ces.

Pręd­ko skar­cił się za te my­śli. Wy­zna­czo­no mu za­da­nie i na­le­ża­ło się na nim sku­pić. Miał szan­sę przy­nieść chlu­bę nie tyl­ko wła­sne­mu za­ko­no­wi, ale i kró­le­stwu. Do­stał moż­li­wość od­ku­pie­nia swo­ich win – naj­pew­niej ostat­nią. Po­sta­no­wił więc, że cał­ko­wi­cie od­da się służ­bie, choć­by miał przez to zgi­nąć.

Drzwi do ce­li po­zo­sta­wa­ły otwar­te, co w klasz­to­rze ni­ko­go nie dzi­wi­ło. Mi­mo to Chri­stian, nie­gdyś śled­czy, szyb­ko zo­rien­to­wał się, że ktoś był tu przed nim. Ostroż­nie wszedł do po­miesz­cze­nia i się ro­zej­rzał. Na je­go pry­czy le­ża­ła skó­rza­na tor­ba, a obok niej po­chwa z mie­czem. Z cie­ka­wo­ścią zaj­rzał do sa­kwy. Zna­lazł cięż­ki mie­szek, wy­peł­nio­ny spo­rą ilo­ścią kró­lew­skich mo­net. Prze­li­czył je szyb­ko i zmarsz­czył czo­ło ze zdu­mie­nia.

Za ta­ką su­mę mógł żyć wy­god­nie, po­dró­żu­jąc po ca­łym Vo­re­nau przez bli­sko rok. Roz­rzut­ność sta­ła w sprzecz­no­ści z re­gu­łą za­ko­nu i mnich wzdry­gnął się na myśl o tym, co mógł­by so­bie ku­pić za ta­ką kwo­tę.

Oprócz sa­kiew­ki zna­lazł w tor­bie list do ka­pła­na In­de­na w To­rian-syd, opa­trzo­ny pie­czę­cią Try­bu­na­łu, a tak­że kró­lew­ski glejt przy­zna­ją­cy mu pra­wo do swo­bod­ne­go po­ru­sza­nia się po kró­les- twie. Za­kon­nik aż za­gwiz­dał z wra­że­nia.

Od chwi­li wstą­pie­nia kró­lo­wej Va­dien­ne I na tron w Vo­re­nau wie­le się zmie­ni­ło. Wszy­scy oby­wa­te­le po­dró­żu­ją­cy mię­dzy mia­sta­mi mu­sie­li po­sia­dać sto­sow­ną zgo­dę, któ­rą w ra­zie za­trzy­ma­nia na­le­ża­ło oka­zać kró­lew­skie­mu żoł­nie­rzo­wi. Glej­ty naj­czę­ściej wy­da­wa­no na okre­ślo­nych tra­sach, na­to­miast te umoż­li­wia­ją­ce swo­bod­ne prze­miesz­cza­nie się po ca­łym kró­le­stwie sta­no­wi­ły rzad­kość i re­zer­wo­wa­no je wy­łącz­nie dla waż­nych urzęd­ni­ków lub wy­so­ko po­sta­wio­nych przed­sta­wi­cie­li Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia.

Na sa­mym koń­cu Chri­stian wziął w rę­ce miecz. Nie są­dził, że jesz­cze kie­dyś bę­dzie mu da­ne do­być bro­ni. Wpraw­dzie wca­le te­go nie pra­gnął, jed­nak chwy­ta­jąc rę­ko­jeść i wy­su­wa­jąc klin­gę z po­chwy, po­czuł przy­jem­ne cie­pło wy­peł­nia­ją­ce cia­ło. Broń do­sko­na­le le­ża­ła w dło­ni, a ostrze by­ło lśnią­ce i ide­al­nie na­ostrzo­ne. Nie miał w rę­ku tak wspa­nia­łe­go orę­ża na­wet wte­dy, gdy słu­żył w gwar­dii kró­lew­skiej.

– Tym ostrzem bę­dę wy­ko­ny­wał wy­ro­ki Try­bu­na­łu – po­wie­dział pod no­sem. – Mo­cy Stwo­rze­nia, pro­wadź mą rę­kę, by za­wsze do­się­ga­ła twych wro­gów.

Już daw­no za­pa­dła noc, więc Chri­stian, mi­mo ogól­ne­go pod­nie­ce­nia, po­sta­no­wił, że naj­wyż­szy czas udać się na spo­czy­nek. Tor­bę i miecz scho­wał pod łóż­kiem i za­sta­wił szaf­ką, jak­by w oba­wie, że gdy bę­dzie spał, ktoś od­wa­ży się po nie się­gnąć. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su i zmę­czo­ne oczy za­kon­ni­ka za­mknę­ły się i za­padł w bło­gi sen.

***

Ly­na kro­czy­ła bo­so przez za­tło­czo­ny plac, a jej drob­ne sto­py nie­przy­jem­nie za­pa­da­ły się we wszech­obec­nym bło­cie.

Mia­ła na so­bie po­szar­pa­ną, brud­ną tka­ni­nę, za­ło­żo­ną spe­cjal­nie po to, by nie od­róż­niać się od miej­sco­wej bie­do­ty. Po­tar­ga­ła słom­ko­we wło­sy i dla nie­po­zna­ki wtar­ła w twarz tro­chę bło­ta, krzy­wiąc się przy tym okrut­nie. By­ło to nie­ste­ty ko­niecz­ne. Te­go chciał­by Oj­ciec. Choć nie­dłu­go mia­ła wkro­czyć w do­ro­słość, jej ni­ski wzrost upo­dab­niał ją do miej­sco­wych dzie­ci. Upew­niw­szy się, że nikt nie zwra­ca na nią uwa­gi – ani na nią, ani na szty­let ukry­ty w fał­dach ma­te­ria­łu – ru­szy­ła w stro­nę ryn­ku.

Spo­dzie­wa­ła się za­stać tam swo­ją przy­szłą ofia­rę. W dzień tar­go­wy w mie­ście pa­no­wał nie­sa­mo­wi­ty tłok. Ly­na ce­lo­wo wy­bra­ła wła­śnie ten mo­ment na wy­ko­na­nie za­da­nia. Li­czy­ła na to, że w ści­sku ła­twiej bę­dzie jej znik­nąć, nim kto­kol­wiek zo­rien­tu­je się, co się sta­ło.

Wszyst­ko do­brze prze­my­śla­ła. Prze­ci­śnie się jak naj­bli­żej try­bu­ny, na któ­rej za­zwy­czaj stał he­rold i ob­wiesz­czał miesz­kań­com roz­ma­ite ko­mu­ni­ka­ty. W po­bli­żu he­rol­da prze­by­wał naj­czę­ściej przed­sta­wi­ciel Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, czu­wa­jąc nad tym, by w ogło­sze­niach nie po­ja­wi­ły się przy­pad­kiem wi­chrzy­ciel­skie lub he­re­tyc­kie tre­ści. Ly­na nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, co zna­czą te sło­wa, lecz do­kład­nie tak po­wie­dział Oj­ciec.

Oj­ciec wie­dział, co mó­wi.

Oj­ciec był dla niej do­bry.

Gdy tyl­ko znaj­dzie się do­sta­tecz­nie bli­sko ka­pła­na, wy­ko­rzy­sta oka­zję i zro­bi to, do cze­go zo­sta­ła po­wo­ła­na.

Speł­ni wo­lę Oj­ca.

Mu­sia­ła się sku­pić. Mi­mo mło­de­go wie­ku Ly­na wy­ka­zy­wa­ła się du­żą by­stro­ścią i spo­strze­gaw­czo­ścią. Nie mo­gła po­zwo­lić, by pod­czas ogło­szeń tłum ode­pchnął ją z da­la od po­de­stu. Prze­ci­ska­ła się mię­dzy ludź­mi, nie zwa­ża­jąc na to, że ktoś rzu­cał w jej stro­nę prze­kleń­stwem lub na­wet za­ma­chi­wał się, by ją od­pę­dzić. W ści­sku lu­dzie szyb­ko o ta­kich drob­nost­kach za­po­mi­na­li.

Opra­co­wa­ła też plan uciecz­ki. Wie­dzia­ła do­kład­nie, w któ­rą stro­nę po­bie­gnie. Po wszyst­kim za­mie­rza­ła udać się czym prę­dzej do dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, w dzień tar­go­wy opu­sto­sza­łej. Cia­sne ulicz­ki i sto­ją­ce przy nich wy­so­kie ka­mie­ni­ce za­pew­nią jej schro­nie­nie.

Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie. Miesz­kań­cy wciąż prze­cha­dza­li się mię­dzy stra­ga­na­mi, tar­gu­jąc się i prze­krzy­ku­jąc, jed­nak co­raz wię­cej z nich gro­ma­dzi­ło się już w cen­tral­nej czę­ści ryn­ku. Wresz­cie na drew­nia­ne pod­wyż­sze­nie wkro­czy­ła de­le­ga­cja na cze­le z kró­lew­skim he­rol­dem. To­wa­rzy­szy­ło mu dwóch uzbro­jo­nych straż­ni­ków oraz ka­płan Try­bu­na­łu Stwo­rze­nia, idą­cy nie­co z ty­łu.

Ly­na po­czu­ła, jak wło­sy sta­ją jej dę­ba. By­ła tak bli­sko. Mu­sia­ła za­cho­wać peł­ne sku­pie­nie i nie dać się po­nieść emo­cjom – na­le­ża­ło po­cze­kać na wła­ści­wy mo­ment, gdy wszy­scy bę­dą mie­li oczy utkwio­ne w po­de­ście.

He­rold wy­cią­gnął trąb­kę ze skó­rza­ne­go po­krow­ca i ode­grał krót­ką me­lo­dię. Na ryn­ku zro­bi­ło się ci­szej, a lu­dzie za­czę­li zbie­rać się wo­kół try­bu­ny. Wkrót­ce he­rold roz­po­czął prze­mo­wę swo­im tu­bal­nym gło­sem.

– Po­słu­chaj­cie, do­brzy lu­dzie! W imię Mo­cy Stwo­rze­nia prze­ka­zu­ję wam, miesz­kań­com To­rian-syd, na­stę­pu­ją­ce sło­wa. Ucie­szy was za­pew­ne wia­do­mość, że w przy­szłym mie­sią­cu w wa­szym mie­ście od­bę­dzie się fe­sti­wal ku czci kró­lo­wej, or­ga­ni­zo­wa­ny przez miej­sco­we­go za­rząd­cę. Ze sto­li­cy przy­bę­dzie spe­cjal­na tru­pa te­atral­na, pla­no­wa­ny jest tak­że tur­niej ry­cer­ski.

Z tłu­mu da­ły się sły­szeć po­je­dyn­cze od­gło­sy za­do­wo­le­nia.

– Pra­gnę was rów­nież po­in­for­mo­wać, że przy­go­to­wa­nia do co­rocz­ne­go wiel­kie­go tar­gu w sto­li­cy ru­szy­ły peł­ną pa­rą. Wszy­scy chęt­ni za­pro­sze­ni są do od­wie­dze­nia Vo­re­nau. Opła­ta za han­del zo­sta­nie na czas tar­gu ob­ni­żo­na o po­ło­wę!

Tym ra­zem tłum wy­ka­zał nie­co wię­cej en­tu­zja­zmu. Wkrót­ce jed­nak umilkł.

Po do­brych wia­do­mo­ściach zwy­kle przy­cho­dzi­ły złe. He­rold od­chrząk­nął i wziął głę­bo­ki wdech, po czym mó­wił da­lej. Je­go głos nie­co się ła­mał, jak­by oba­wiał się re­ak­cji ze­bra­nych na to, co miał im do prze­ka­za­nia.

– Z roz­ka­zu kró­lo­wej Va­dien­ne Pierw­szej rocz­ny po­da­tek zo­sta­nie pod­nie­sio­ny o trzy srebr­ne mo­ne­ty od go­spo­dar­stwa…

Prze­rwa­ły mu bu­cze­nie i gwiz­dy. He­rold naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się in­nej re­ak­cji – czy­tał więc da­lej, co ja­kiś czas ner­wo­wo zer­ka­jąc na tłum, by w ra­zie po­trze­by uchy­lić się przed le­cą­cy­mi w je­go stro­nę po­mi­do­ra­mi lub jaj­ka­mi.

– Jest to uza­sad­nio­ne ko­niecz­no­ścią zwięk­sze­nia na­kła­dów na wal­kę z he­re­zją, któ­ra roz­pa­no­szy­ła się w kró­le­stwie. – Sto­ją­cy nie­opo­dal ka­płan Try­bu­na­łu wy­pro­sto­wał się dum­nie i za­plótł rę­ce na pier­si. Tłum był co­raz bar­dziej nie­spo­koj­ny.

– Hań­ba! – krzy­cze­li lu­dzie.

– Zło­dziej­stwo!

– Do­pie­ro co pod­no­si­li!

– Co ja ba­cho­rom do gę­by wło­żę?

W stro­nę he­rol­da za­czę­ły rze­czy­wi­ście le­cieć roz­ma­ite wa­rzy­wa i drob­ne przed­mio­ty.

Ly­na uzna­ła, że lep­szej oka­zji nie bę­dzie. Wy­ję­ła szty­let i wy- ce­lo­waw­szy spo­koj­nie, ci­snę­ła nim pro­sto w sto­ją­ce­go za he­rol­dem ka­pła­na.

Nóż prze­ci­nał po­wie­trze z ci­chym świ­stem, by osta­tecz­nie wbić się w krtań męż­czy­zny. Nim kto­kol­wiek zo­rien­to­wał się, co się sta­ło, ka­płan osu­nął się na ko­la­na i, char­cząc, pró­bo­wał ta­mo­wać try­ska­ją­cą z gar­dła krew. Nikt nie zdą­żył mu po­móc.

Na ryn­ku za­pa­no­wał po­tęż­ny cha­os. Straż­ni­cy he­rol­da sta­li w osłu­pie­niu, nie wie­dząc, co ro­bić, sam he­rold zaś z pi­skiem ze­sko­czył z po­de­stu i za­czął prze­dzie­rać się przez tłum. Ze­bra­ni wrzesz­cze­li i roz­bie­ga­li się w róż­ne stro­ny, po­trą­ca­jąc się na­wza­jem i prze­wra­ca­jąc roz­sta­wio­ne kra­my. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło do tra­ge­dii – ogar­nię­ci pa­ni­ką lu­dzie mo­gli za­cząć tra­to­wać słab­szych.

W tym za­mie­sza­niu Ly­na zwin­nie prze­mknę­ła przez tłum i nie­po­strze­że­nie znik­nę­ła wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Ja­kiś czas póź­niej opie­ra­ła się o ścia­nę jed­nej z ka­mie­nic w dziel­ni­cy rze­mieśl­ni­czej, wy­rów­nu­jąc od­dech. W mie­ście na­dal roz­le­ga­ły się krzy­ki, lecz ona by­ła bez­piecz­na.

Zro­bi­ła to.

Wy­ko­na­ła za­da­nie.

Oj­ciec bę­dzie za­do­wo­lo­ny.

Roz­dział 2

Każ­de­go wie­czo­ru karcz­ma „Pod Li­chym Go­łę­biem” przy­cią­ga­ła po­dróż­nych nie ty­le nie­zbyt for­tun­ną na­zwą, co pół­ka­mi ugi­na­ją­cy­mi się od roz­ma­itych al­ko­ho­li i za­pa­chem cie­płej stra­wy, do­cho­dzą­cym z kuch­ni.

Tu­tej­sze je­dze­nie z pew­no­ścią nie za­chwy­ci­ło­by miesz­kań­ców naj­bo­gat­szych dziel­nic sto­li­cy, lecz nie­wy­su­bli­mo­wa­ne pod­nie­bie­nia stru­dzo­nych wę­drow­ców, zmę­czo­nych ca­ło­dzien­ną po­dró­żą, nie po­tra­fi­ły mu się oprzeć. Do­dat­ko­wy atut za­jaz­du sta­no­wi­ło je­go po­ło­że­nie. Przy­by­tek usy­tu­owa­no na sty­ku dwóch waż­nych szla­ków po­gra­ni­cza – pół­noc-po­łu­dnie oraz wschód-za­chód.

Ja­dąc przez Vo­re­nau z kra­in po­łu­dnio­wych, moż­na by­ło wpraw­dzie wy­brać kil­ka in­nych dróg, jed­nak ta zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­sza­ła po­zo­sta­łe pro­sto­tą: pro­wa­dzi­ła przez pła­skie rów­ni­ny, omi­ja­ła mo­kra­dła, a na tra­sie na­po­ty­ka­ło się straż­ni­ce ob­sa­dzo­ne przez kró­lew­skie woj­sko – zja­wi­sko rzad­kie w tej czę­ści świa­ta. Ze wscho­du na za­chód na­to­miast ukształ­to­wa­nie te­re­nu wy­mu­sza­ło w za­sa­dzie tyl­ko jed­ną dro­gę.

Wła­ści­ciel za­jaz­du nie mógł więc na­rze­kać na brak klien­te­li, zwłasz­cza od cza­su, gdy sy­tu­acja na ru­bie­żach kró­le­stwa uspo­ko­iła się i miesz­kań­com nie za­gra­ża­ły już na­jaz­dy dzi­kich bar­ba­rzyń­ców. Je­dy­ne, z czym mu­siał się li­czyć, to spo­ra­dycz­ne łu­pież­cze ban­dy, któ­re od cza­su do cza­su za­pusz­cza­ły się w nie­co bar­dziej za­lud­nio­ne czę­ści re­gio­nu.

Dzień chy­lił się ku koń­co­wi. Słoń­ce za­cho­dzi­ło le­ni­wie za tra­wia­stym ho­ry­zon­tem. Ze­rwał się lek­ki wiatr, trza­ska­jąc nie- przy­jem­nie otwar­ty­mi okna­mi. Z uwa­gi na cie­płą po­rę ro­ku we­wnątrz pa­no­wał za­duch, a ka­ra­lu­chy chęt­nie pe­ne­tro­wa­ły po­miesz­cze­nie, nie zwa­ża­jąc na sie­dzą­cych przy sto­łach go­ści.

– Jesz­cze pi­wa! – krzyk­nął ktoś do py­za­tej Anu­si.

Dziew­czy­na uwi­ja­ła się mię­dzy sto­ła­mi z gra­cją jucz­ne­go osła, nie­chcą­cy ocie­ra­jąc się o za­ja­da­ją­cych się gro­chem i ka­szą kon­su­men­tów. Ro­bi­ła, co mo­gła, jed­nak licz­ba za­mó­wień zde­cy­do­wa­nie prze­ra­sta­ła jej zdol­no­ści za­pa­mię­ty­wa­nia, więc mu­sia­ła wy­słu­chi­wać nie­wy­bred­nych obelg od znie­cier­pli­wio­nych go­ści.

W pew­nym mo­men­cie kar­czem­ny gwar prze­rwa­ło skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi, w któ­rych sta­nę­ła bar­czy­sta po­stać. Męż­czy­zna za­dbał o to, by na­ro­bić od­po­wied­nio du­żo ha­ła­su, przy­ku­wa­jąc uwa­gę nie­mal wszyst­kich obec­nych. Wy­so­ki, umięś- nio­ny bro­dacz, wy­stro­jo­ny ni­czym na świą­tecz­ny targ w sto­li­cy, za­krę­cił za­wa­diac­ko gru­bym wą­sem i huk­nął:

– Go­spo­da­rzu! Miej­sce dla mnie i dla mo­ich to­wa­rzy­szy! Naj­więk­szy stół, ja­ki ma­cie! Da­wać wszyst­ko, co dziś ser­wu­je „Go­łąb”! I oby nie by­ło li­che!

Zza je­go ple­ców da­ły się sły­szeć ru­basz­ne śmie­chy rze­czo­nych to­wa­rzy­szy. W mgnie­niu oka na par­kie­cie przed wej­ściem sta­nę­ło sze­ściu ro­słych dra­bów.

Szyn­karz, pulch­ny, ły­sie­ją­cy męż­czy­zna, pod­niósł wzrok znad prze­cie­ra­ne­go ku­fla i na­tych­miast od­sta­wił go na la­dę. Ski­nął gło­wą na Anu­się, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, by zi­gno­ro­wa­ła wszyst­kie za­mó­wie­nia i czym prę­dzej za­ję­ła się przy­go­to­wa­niem sto­łu po­środ­ku izby.

Anu­sia oży­wi­ła się i na mięk­kich no­gach po­de­szła do ła­wy, wy­cie­ra­jąc ją śmier­dzą­cą szma­tą.

Nim skoń­czy­ła, no­wo przy­by­li nie­spiesz­nie zaj­mo­wa­li miej­sca. Ocią­ga­li się przy tym strasz­nie, gdyż każ­dy z nich wy­ka­zy­wał nad­mier­ne za­in­te­re­so­wa­nie kel­ner­ką.

Ko­bie­ta, choć przy­zwy­cza­jo­na do lu­bież­nych spoj­rzeń i ge­stów, któ­re no­to­rycz­nie kie­ro­wa­li w jej stro­nę go­ście karcz­my, po­czu­ła się nie­swo­jo.

Je­den z męż­czyzn po­su­nął się zde­cy­do­wa­nie za da­le­ko i dziar­skim ru­chem wsu­nął jej dłoń mię­dzy no­gi. Uczu­cie chro­po­wa­tej rę­ki ocie­ra­ją­cej się o we­wnętrz­ną stro­nę uda przy­pra­wi­ło ją o mdło­ści. Z ca­łych sił ode­pchnę­ła męż­czy­znę i od­sko­czyw­szy, po­bie­gła pręd­ko za szynk­was.

Zbó­je wy­bu­chli śmie­chem i za­sie­dli wresz­cie na ła­wach, co rusz zer­ka­jąc w stro­nę pra­cow­ni­cy.

Karcz­marz nie za­re­ago­wał, lecz czo­ło zro­sił mu pot. I bez zdol­no­ści wróż­biar­skich da­ło się prze­wi­dzieć, że z ty­mi tu­taj nie bę­dzie miał spo­koj­nej no­cy. Bał się przede wszyst­kim o Anu­się – ła­two by­ło so­bie wy­obra­zić, ja­kie po­my­sły mo­gły przyjść do gło­wy ta­kim dra­bom, zwłasz­cza po kil­ku ku­flach mio­du.

Mi­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim przy­go­to­wa­no stra­wę dla przy­by­szów. Wła­ści­ciel po­sta­no­wił sa­mo­dziel­nie ob­słu­żyć ich stół, pro­sząc jed­no­cze­śnie Anu­się, by po­zo­sta­łych go­ści ob­słu­gi­wa­ła jak zwy­kle, tych zaś omi­ja­ła jak naj­szer­szym łu­kiem.

Głod­ni zbó­je – bo pa­trząc na ich wy­gląd, trud­no by­ło przy­pusz­czać, by trud­ni­li się wy­pa­sem by­dła, rol­nic­twem lub ja­ką­kol­wiek in­ną uczci­wą pro­fe­sją – po­cząt­ko­wo nie zwró­ci­li na to uwa­gi. Za­ję­li się po­że­ra­niem świe­żych se­rów, bo­chen­ków chle­ba i ka­wał­ków szyn­ki, któ­re za­ser­wo­wał im karcz­marz.

Gdy wła­ści­ciel za­czął ży­wić na­dzie­ję, że na­je­dze­ni przy­by­sze nie­co się uspo­ko­ili i być mo­że skłon­ni bę­dą od­stą­pić od spra­wia­nia pro­ble­mów, herszt ban­dy strą­cił ku­fel z mio­dem tak, że roz­bił się o pod­ło­gę z gło­śnym trza­skiem. Nie pró­bo­wał na­wet uda­wać, że zro­bił to przez przy­pa­dek.

– Karcz­marz! – krzyk­nął za­chryp­nię­tym gło­sem, po czym gło­śno bek­nął. – Trze­ba tu po­sprzą­tać! Nie­chaj przyj­dzie ta dzie­wu­cha, a jesz­cze ze dwa ku­fle przy­nie­sie. I to na twój koszt!

Wła­ści­ciel wes­tchnął i wziął głę­bo­ki od­dech, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Cia­ło od­ma­wia­ło mu po­słu­szeń­stwa – nie był w sta­nie po­wstrzy­mać drże­nia rąk. Strach co­raz sil­niej przej­mo­wał nad nim kon­tro­lę. Wi­dział broń przy pa­sach męż­czyzn. Dłu­gie mie­cze, to­por­ki do rzu­ca­nia, szty­le­ty… ca­ły ar­se­nał śmier­cio­no­śnych na­rzę­dzi. Po­nad­to twa­rze kil­ku z nich zdo­bi­ły bli­zny, z pew­no­ścią od­nie­sio­ne w wal­ce. Ewi­dent­nie nie miał do czy­nie­nia ze zgra­ją zwy­kłych rze­zi­miesz­ków, od któ­rych ro­iło się na trak­tach po­gra­ni­cza – moc­nych w gę­bie, nie­sko­rych jed­nak do udzia­łu w praw­dzi­wych, krwa­wych awan­tu­rach. Z ty­mi tu­taj nie by­ło żar­tów. Mu­siał za wszel­ką ce­nę ochro­nić przed ni­mi Anu­się. Dziew­czy­na nie grze­szy­ła in­te­lek­tem, ale spraw­dza­ła się ja­ko so­lid­na pra­cow­ni­ca i po pro­stu do­bry czło­wiek.

– Na co, kur­wa, cze­kasz? – wark­nął drab.

– Już, pa­nie – od­parł karcz­marz, uno­sząc rę­ce w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście. Głos mu się ła­mał. Dło­nie trzę­sły się co­raz bar­dziej, gdy na­le­wał miód do ku­fli. Po­sta­no­wił przy­nieść ich wię­cej. – Pro­szę, pa­nie. Na mój koszt, za to, że mu­sie­li­ście cze­kać. – Po­sta­wił ku­fle na sto­le, po czym chwy­cił szczot­kę i za­czął ner­wo­wo sprzą­tać sko­ru­py roz­bi­te­go na­czy­nia.

Gdy się na­chy­lał, kro­ple po­tu po­ja­wi­ły się na je­go ple­cach i za­czę­ły nie­przy­jem­nie spły­wać co­raz ni­żej. Na­gle usły­szał, że je­den z męż­czyzn – ten, co roz­bił ku­fel – wsta­je, i na­tych­miast po­czuł za so­bą je­go obec­ność. Sil­ne dło­nie chwy­ci­ły go za bark i od­wró­ci­ły ku so­bie. Pa­trzył te­raz w oczy po­tęż­ne­go ła­chu­dry i czuł je­go śmier­dzą­cy od­dech.

– Ty chy­ba je­steś głu­chy, co? – za­py­tał tam­ten, przy­my­ka­jąc po­wie­ki i za­ci­ska­jąc co­raz moc­niej dłoń na ra­mie­niu karcz- ma­rza. – Po­wie­dzia­łem, że sprzą­tać ma dziew­ka.

– Co się cze­piasz, Ka­zan – rzu­cił je­den z sie­dzą­cych przy sto­le ban­dy­tów. – Ten tu­taj też ma cyc­ki! – Ryk­nę­li śmie­chem.

Ka­zan się nie za­śmiał. Za­miast te­go wy­szcze­rzył zę­by i z ca­łej si­ły wal­nął karcz­ma­rza czo­łem w nos. Szyn­karz upadł i chwy­cił się za za­krwa­wio­ną twarz, ję­cząc z bó­lu.

W karcz­mie za­pa­no­wa­ła na­gle gro­bo­wa ci­sza, prze­ry­wa­na je­dy­nie wy­ciem le­żą­ce­go na pod­ło­dze wła­ści­cie­la. Ka­zan mi­nął go i dziar­skim kro­kiem skie­ro­wał się w stro­nę Anu­si. Kom­pa­ni ze­rwa­li się z ław i ru­szy­li za nim.

Anu­sia krzą­ta­ła się przy jed­nym ze sto­łów, uda­jąc, że nie za­uwa­ża idą­cych ku niej męż­czyzn. Gdy Ka­zan zna­lazł się le­d­wie pół kro­ku od niej, od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. W jej oczach wi­dać by­ło prze­ra­że­nie.

Męż­czy­zna szyb­kim ru­chem zła­pał ją za gar­dło i przy­cią­gnął do sie­bie.

– Po­win­naś się cie­szyć – wy­char­czał lu­bież­nie. – Do­stą­pisz dziś za­szczy­tu za­do­wa­la­nia Ka­za­na i je­go słyn­nej Ban­dy Blizn!

Anu­sia krzyk­nę­ła, jed­nak męż­czy­zna pchnął ją na ścia­nę i za­czął ob­ła­piać jej ob­fi­te pier­si. Usły­szał je­dy­nie świst le­cą­ce­go ostrza, po czym wy­prę­żył się jak stru­na. Prze­szy­wa­ją­cy ból roz­szedł się od ło­pat­ki.

– Co, do kur­wy?!

Wy­pu­ścił Anu­się, a ta osu­nę­ła się na pod­ło­gę, ku­ląc ze stra­chu.

Człon­ko­wie ban­dy od­wró­ci­li się na­tych­miast ku miej­scu, z któ­re­go przy­le­ciał nóż, i jed­no­cze­śnie się­gnę­li po broń.

Na koń­cu sa­li sta­ła ko­bie­ta, wciąż z wy­su­nię­tą dło­nią. Uśmiech­nę­ła się zło­wiesz­czo. Zza ple­ców wy­cią­gnę­ła dru­gie ostrze i ci­snę­ła w ich stro­nę. Szty­let wbił się w szy­ję jed­ne­go z dra­bów; ten, dła­wiąc się krwią, padł na pod­ło­gę, a cia­łem wstrzą­snę­ły drgaw­ki.

– Za­bić ją! – wrza­snął roz­wście­czo­ny Ka­zan i rzu­cił się, ze szty­le­tem na­dal tkwią­cym w ple­cach, w stro­nę ko­bie­ty.

Wo­jow­nicz­ka wy­cią­gnę­ła zza pa­sa krót­ki miecz i przy­ję­ła szer­mier­czą po­zy­cję, wy­su­wa­jąc jed­ną no­gę lek­ko do ty­łu i w bok.

W tym sa­mym cza­sie je­den z bie­gną­cych na nią zbó­jów za­wył z bó­lu – je­go pierś prze­bi­ło ostrze mie­cza. Spoj­rzał z prze­ra­że­niem na wy­sta­ją­cą z cia­ła stal. Rę­ko­jeść trzy­mał sto­ją­cy za nim mło­dy męż­czy­zna. Z nie­na­wi­ścią w oczach prze­krę­cił ostrze i wy­cią­gnął je z pier­si dra­ba, kop­nia­kiem po­wa­la­jąc go na zie­mię. Spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na ko­bie­tę z mie­czem – ta krót­ko ski­nę­ła gło­wą. Po­tem roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Mło­dzie­niec ob­ró­cił się bły­ska­wicz­nie, gdy spa­dał na nie­go cios to­po­ra, któ­ry spa­ro­wał z wy­sił­kiem. Sa­la go­spo­dy, choć ob­szer­na, mia­ła swo­je ogra­ni­cze­nia i spraw­ne ma­new­ry przy­cho­dzi­ły z tru­dem. Mi­mo to wy­ko­nał pi­ru­et z nie­by­wa­łą zwin­no­ścią i ciął w udo jed­ne­go z na­past­ni­ków. Krew try­snę­ła gwał­tow­nie z roz­cię­tej tęt­ni­cy, obry­zgu­jąc pod­ło­gę.

Im­pet, z ja­kim ata­ko­wa­li człon­ko­wie Ban­dy Blizn, zde­cy­do­wa­nie osłabł. Zło­czyń­cy zo­rien­to­wa­li się, że stra­ci­li już trzech to­wa­rzy­szy i nie ma­ją do czy­nie­nia z by­le kim.

Męż­czy­zna i ko­bie­ta nie cze­ka­li, aż ban­da się prze­gru­pu­je – sa­mi przy­stą­pi­li do ata­ku. Mi­mo li­czeb­nej prze­wa­gi ban­dy­ci nie mie­li szans. Zwin­ność dwój­ki wo­jow­ni­ków oraz ich nie­ma­łe umie­jęt­no­ści spra­wi­ły, że je­den po dru­gim pa­da­li mar­twi po wy­mia­nie za­le­d­wie kil­ku cio­sów.

Nie­dłu­go po­tem Ka­zan stał sam, trzy­ma­jąc w trzę­są­cej się dło­ni miecz. Dy­szał cięż­ko, ból w ple­cach do­skwie­rał mu co­raz bar­dziej, a wi­dok kom­pa­nów le­żą­cych w ka­łu­żach krwi od­bie­rał mu reszt­ki pew­no­ści sie­bie.

– Oszczędź­cie, pa­nie…

Męż­czy­zna z mie­czem nie oszczę­dził.

Spraw­nie wy­trą­cił broń z dło­ni Ka­za­na, po czym jed­nym ru­chem po­de­rżnął mu gar­dło. Umie­ra­ją­cy za­czął char­czeć tak prze­raź­li­wie, że na­wet ku­lą­cą się w ką­cie Anu­się ten dźwięk przy­pra­wił o dresz­cze. Gdy jed­nak cia­ło bez­wład­nie osu­nę­ło się na pod­ło­gę, w ca­łej karcz­mie za­pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Po chwi­li, gdy dwój­ka wo­jow­ni­ków scho­wa­ła mie­cze do po­chew, da­ły się sły­szeć po­je­dyn­cze, peł­ne ulgi od­de­chy. Klien­ci, któ­rzy wcze­śniej szu­ka­li schro­nie­nia przed krwa­wą jat­ką, za­czę­li po­wo­li wy­cho­dzić spod sto­łów.

Za­bój­ca Ka­za­na wró­cił na śro­dek sa­li i na­chy­lił się nad karcz­ma­rzem. Ten, wciąż trzy­ma­jąc się za za­krwa­wio­ną twarz i krzy­wiąc z bó­lu, wzdry­gnął się na wi­dok wo­jow­ni­ka.

– Nie bój się – po­wie­dział za­ska­ku­ją­co spo­koj­nym gło­sem i wy­cią­gnął rę­kę do szyn­ka­rza. Po­mógł mu wstać, po czym po­spie­szył na za­ple­cze i wró­cił po chwi­li ze zmo­czo­ną szmat­ką. – Przy­łóż do twa­rzy.

– Dzię­ku­ję, pa­nie… – wy­sa­pał z tru­dem karcz­marz, z nie­co więk­szą uf­no­ścią pa­trząc na nie­zna­jo­me­go.

– Dar­dan – przed­sta­wił się wo­jow­nik. – Dar­dan de Brandt.

Brwi karcz­ma­rza ścią­gnę­ły się w za­my­śle­niu, jak­by na­zwi­sko obi­ło mu się już kie­dyś o uszy. Po­nie­waż pa­mięć za­wio­dła, ski­nął gło­wą z uzna­niem.

– Ura­to­wa­li­ście nas, pa­nie de Brandt. Ura­to­wa­li­ście na­szą Anu­się. Je­ste­śmy wdzięcz­ni. – W tym cza­sie to­wa­rzysz­ka Dar­da­na na­chy­la­ła się nad wciąż ku­lą­cą się pod ścia­ną ko­bie­tą.

– Chodź, po­mo­gę ci wstać. Po­tem pój­dziesz się ob­myć.

Anu­sia trzę­sła się i pa­trzy­ła z prze­ra­że­niem na wy­ba­wi­ciel­kę. Wpraw­dzie nie­zna­jo­ma ura­to­wa­ła ją przed nie­chyb­nym gwał­tem, lecz chwi­lę po­tem – wraz z part­ne­rem – za­mie­ni­ła go­spo­dę w krwa­wy plac bi­twy.

– Je­stem Ka­ia, a ty?

– Anu­sia.

– Pięk­ne imię. – Ka­ia uśmie­cha­ła się cie­pło, co nie­co uspo­ko­iło pra­cow­ni­cę.

– Je­steś pa­ni… ry­cer­ką? – spy­ta­ła Anu­sia, naj­wy­raź­niej nie znaj­du­jąc lep­sze­go sło­wa na okre­śle­nie pro­fe­sji Kai. „Ry­cer­ka” szcze­rze się za­śmia­ła.

– Tak… mo­żesz mnie tak na­zy­wać, na­wet mi się po­do­ba.

– Ja… – wy­mam­ro­ta­ła Anu­sia – …dzię­ku­ję.

– Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać, ko­cha­na. Nikt nie ma pra­wa do ni­cze­go cię zmu­szać, ro­zu­miesz? – Anu­sia spu­ści­ła wzrok. – Ro­zu­miesz? – po­wtó­rzy­ła Ka­ia. Po­ki­wa­ła gło­wą. Wo­jow­nicz­ka przy­tu­li­ła moc­no dziew­czy­nę, któ­ra od­wza­jem­ni­ła uścisk. Z jej oczu po­cie­kły łzy.

Gdy Dar­dan po­ma­gał szyn­ka­rzo­wi, nie­śmia­ło pod­szedł do nich je­den z go­ści.

 – Wy­bacz­cie śmia­łość, pa­nie, ale… jak­że to tak mor­do­wać?

Kil­ka osób po­ki­wa­ło gło­wa­mi z apro­ba­tą. In­ni za­pro­te­sto­wa­li.

– Co ty opo­wia­dasz?! – krzyk­nął ktoś z ty­łu. – To by­ły wy­jąt­ko­we men­dy!

Męż­czy­zna spe­szył się, jed­nak wciąż wpa­try­wał się w Dar­da­na, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi.

Ten mil­czał, sku­pia­jąc się na opa­try­wa­niu karcz­ma­rza.

W sa­li za­pa­no­wał roz­gar­diasz i at­mos­fe­ra ro­bi­ła się co­raz bar­dziej nie­przy­jem­na. Wtem je­den z go­ści, star­szy męż­czy­zna z wy­raź­ną nad­wa­gą, pod­niósł się od sto­łu. Od­chrząk­nął i spoj­rzał na ze­bra­nych. Naj­wy­raź­niej cie­szył się wśród nich po­wa­ża­niem, gdyż zwró­ci­li wzrok w je­go kie­run­ku, cze­ka­jąc na sło­wa. W po­miesz­cze­niu za­pa­no­wa­ła ci­sza.

– Głup­cy! – ode­zwał się gło­sem za­ska­ku­ją­co do­nio­słym, jak na swój wiek. – Czy nie wi­dzi­cie, że ten tu mło­dzie­niec nas oca­lił? – Od­po­wie­dzia­ły mu za­rów­no po­mru­ki apro­ba­ty, jak i bu­cze­nie nie­licz­nych scep­ty­ków. Sta­rzec nie zra­żał się i cią­gnął da­lej: – Czy nie sły­sze­li­ście, co ostat­nio wy­da­rzy­ło się w Rud­ce? Nie­co po­nad mie­siąc te­mu miesz­kań­cy zo­sta­li ogra­bie­ni z nie­mal ca­łe­go do­byt­ku, a co bar­dziej od­waż­ni… za­bi­ci! Dzie­ci po­zba­wio­no oj­ców, ko­bie­ty zgwał­co­no. Kto te­go do­ko­nał? – Męż­czy­zna wska­zał rę­ką na le­żą­ce na pod­ło­dze zwło­ki. – Ci tu­taj, ban­dy­ci spod zna­ku Bli­zny i hersz­tu­ją­cy im Ka­zan.

– Na po­hy­bel! – rzu­cił ktoś zza jed­ne­go ze sto­łów.

– O to, to! – zgo­dził się sta­rzec. – Mu­sie­li­by­ście chy­ba być śle­pi i głu­si, że­by nie do­strzec, co chcie­li zro­bić sza­cow­nej pan­nie Anu­si, któ­ra z ta­ką gra­cją po­da­je nam stra­wę i na­pi­tek!

– Praw­da!

Męż­czy­zna prze­rwał na chwi­lę, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny, że zdo­był przy­chyl­ność zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści ze­bra­nych.

– Wiedz­cie więc, iż spo­tka­ło nas praw­dzi­we szczę­ście, że ci dziel­ni wo­jow­ni­cy zna­leź­li się we wła­ści­wym miej­scu o wła­ści­wym cza­sie. – Tym ra­zem od­po­wie­dzia­ły mu nie­mal wy­łącz­nie po­tak­nię­cia. – A i za­szczyt wiel­ki! – cią­gnął sta­rzec. – Wszak­że to nie by­le kto nas ura­to­wał, a sam Dar­dan de Brandt, bo­ha­ter po­gra­ni­cza.

Lu­dzie za­czę­li wzdy­chać ze zdu­mie­nia.

– A tak! Dar­dan! Ten sam, co nie­jed­ną wieś i nie­jed­ną go­spo­dę od uci­sku gra­san­tów uchro­nił. Nie­jed­no ży­cie ura­to­wał przed za­gła­dą. A wraz z nim je­go czci­god­na to­wa­rzysz­ka Ka­ia! O niej tak­że le­gen­dy już krą­żą po na­szym umę­czo­nym po­gra­ni­czu.

Dar­dan zer­k­nął ukrad­kiem w stro­nę Kai, któ­ra – od­pro­wa­dziw­szy Anu­się na za­ple­cze – szła w je­go kie­run­ku i mi­mo sta­rań nie mo­gła ukryć ru­mień­ca na twa­rzy.

– Pa­ni­czu de Brandt… – zwró­cił się doń karcz­marz, ale Dar­dan uci­szył go ge­stem rę­ki.

– Nic nie mów, od­po­czy­waj.

– Nie bądź­cie więc pro­sta­ka­mi, tyl­ko po­dzię­kuj­cie za­cne­mu ry­ce­rzo­wi, że ra­czył od­wie­dzić dziś na­szą go­spo­dę i uchro­nić bied­nych lu­dzi ode złe­go.

– Za­raz za­czną ci bić po­kło­ny – szep­nę­ła Ka­ia do swe­go part­ne­ra.

– Wiem… – burk­nął pod no­sem. – Dla­te­go mu­si­my stąd iść, i to czym prę­dzej.

– Ech… – wes­tchnę­ła. – Mia­łam na­dzie­ję, że wresz­cie zje­my coś po­rząd­ne­go i po­sie­dzi­my w cie­ple…

– In­nym ra­zem – uciął Dar­dan. Wstał i skie­ro­wał się do wyj­ścia, igno­ru­jąc go­ści; nie­któ­rzy wsta­wa­li już zza sto­łów, wo­dzi­li za nim wzro­kiem i naj­wy­raź­niej pra­gnę­li oso­bi­ście po­dzię­ko­wać swe­mu wy­baw­cy. Ka­ia po­dą­ży­ła w ślad za nim.

***

Ogni­sko roz­pa­li­li do­pie­ro głę­bo­ką no­cą, gdy od­na­leź­li oso­bli­wą for­ma­cję skal­ną – dość ob­szer­ną, by za­pew­nić choć odro­bi­nę osło­ny przed ewen­tu­al­nym desz­czem, i za­ra­zem le­żą­cą z da­la od uczęsz­cza­ne­go szla­ku. Przy­wią­za­ne do drze­wa ko­nie sta­ły spo­koj­nie, sku­biąc tra­wę i pry­cha­jąc od cza­su do cza­su. Noc by­ła chłod­na, sie­dzie­li więc bli­sko ognia, przy­tu­le­ni do sie­bie, owi­nię­ci cia­sno w po­dróż­ne ko­ce. Prze­by­li dziś dłu­gą dro­gę, po­dą­ża­jąc za Ka­za­nem i Ban­dą Blizn, a zwień­czy­ła ją rzeź urzą­dzo­na w karcz­mie. Mi­mo to dłu­go jesz­cze nie mo­gli za­snąć. Ad­re­na­li­na wy­wo­ła­na krwa­wą po­tycz­ką nie chcia­ła ich opu­ścić.

– Sław­ny je­steś… – za­gad­nę­ła Ka­ia, gdy zda­ła so­bie spra­wę, że sen nie przy­cho­dzi i nie ma sen­su na­wet się kłaść. Jesz­cze nie.

Dar­dan od­po­wie­dział je­dy­nie ci­chym burk­nię­ciem.

– Co cię tra­pi? – za­py­ta­ła, wi­dząc, że ogar­nął go po­nu­ry na­strój. W od­po­wie­dzi wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Wy­rzu­ty su­mie­nia? – za­gad­nę­ła.

Tym ra­zem spoj­rzał na nią py­ta­ją­cym wzro­kiem.

– Z po­wo­du tych gnid? Chy­ba żar­tu­jesz… – od­po­wie­dział.

– Więc o co cho­dzi? – Nie da­wa­ła za wy­gra­ną. – Spra­wi­li­śmy dziś świa­tu nie­ma­ły pre­zent, po­zby­wa­jąc się tych zwy­rod­nial­ców…

– Tak… – Dar­dan kiw­nął gło­wą, jed­nak je­go my­śli wy­raź­nie błą­dzi­ły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku. Wpa­try­wał się w pa­tyk, któ­rym grze­bał w ża­rzą­cych się po­la­nach.

Ka­ia przy­su­nę­ła się i opar­ła gło­wę na je­go ra­mie­niu.

– Nie roz­ma­wiasz ze mną… – po­wie­dzia­ła ci­szej, z nu­tą przy­gnę­bie­nia.

De Brandt za­re­ago­wał wresz­cie nie­co cie­plej i ob­jął ją.

– Za­sta­na­wiam się, czy to, co ro­bi­my, ma sens.

Pod­nio­sła gło­wę i unio­sła brwi.

– Dla­cze­go?

Nie od­po­wie­dział od ra­zu. Prze­niósł wzrok na roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Tu­taj, nad po­gra­ni­czem, kon­ste­la­cje by­ły wy­raź­nie wi­docz­ne, two­rząc za­pie­ra­ją­cy dech wi­dok.

– Jest ich co­raz wię­cej. Z każ­dą roz­bi­tą ban­dą przy­cho­dzą dwie na­stęp­ne. Coś złe­go dzie­je się z tym kra­jem…

Ka­ia przez chwi­lę roz­wa­ża­ła je­go sło­wa. Oba­wia­ła się, wo­kół cze­go mo­gły krą­żyć je­go my­śli.

Daw­no te­mu Dar­dan mógł wy­brać in­ną dro­gę – zo­stać kró­lem, rzą­dzić Vo­re­nau u bo­ku pięk­nej Va­dien­ne, sie­dzieć w bo­ga­to zdo­bio­nych kom­na­tach sto­łecz­ne­go zam­ku, a nie na zim­nej ska­le gdzieś na ru­bie­żach.

Wte­dy wy­brał in­ne ży­cie.

Wy­brał ją.

Przez wie­le mie­się­cy cie­szy­li się tą wol­no­ścią, po­dą­ża­jąc tam, gdzie za­pro­wa­dził ich śle­py los. Stop­nio­wo jed­nak coś za­czę­ło się zmie­niać… On się zmie­niał i Kai nie po­do­ba­ło się to, ja­ki się sta­wał. Cho­ciaż – czy tak na­praw­dę kie­dy­kol­wiek praw­dzi­wie go po­zna­ła?

Od kie­dy po­sta­no­wi­li prze­mie­rzać świat, nio­sąc po­moc słab­szym i oczysz­cza­jąc kraj z ban­dy­tów po­kro­ju Ka­za­na, wy­da­wa­ło się, że wresz­cie od­na­leź­li cel. Dar­dan od­dał się te­mu za­da­niu bez resz­ty. Ona zresz­tą z po­cząt­ku do­rów­ny­wa­ła mu za­an­ga­żo­wa­niem. Z cza­sem jed­nak w jej ser­cu za­czę­ły po­ja­wiać się wąt­pli­wo­ści. Czy na­praw­dę chcia­ła spę­dzić ca­łe ży­cie w sio­dle i z mie­czem w dło­ni?

– Nic nie mó­wisz… – wy­rwał ją z za­my­śle­nia Dar­dan. – Nie do­strze­gasz te­go sa­me­go?

– Wy­bacz, Dar­da­nie, ja po pro­stu… – za­jąk­nę­ła się.

– O co cho­dzi? – Zmarsz­czył brwi i ob­ró­cił gło­wę w jej stro­nę.

– Za­graj­my w grę, do­brze? Ja po­wiem ci wprost, co my­ślę, a ty się na mnie nie ob­ra­zisz. Co ty na to?

De Brandt się uśmiech­nął. Sta­no­wi­ło mi­łą od­mia­nę w ob­li­czu je­go po­nu­re­go na­stro­ju.

– Niech bę­dzie – za­chę­cił ją, by wy­rzu­ci­ła z sie­bie to, co ją tra­pi­ło.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy po­win­na go tym za­drę­czać, wresz­cie jed­nak stwier­dzi­ła, że spró­bu­je. Do­tąd za­wsze mo­gli li­czyć na wza­jem­ną szcze­rość.

– My­ślisz cza­sem o niej?

– O kim? – zdu­miał się de Brandt.

– Do­brze wiesz… – Ka­ia zda­wa­ła się lek­ko zi­ry­to­wa­na. – O kró­lo­wej Va­dien­ne. Two­jej nie­do­szłej żo­nie.

Dar­dan uniósł brwi. Naj­wy­raź­niej nie spo­dzie­wał się ta­kie­go py­ta­nia. Po chwi­li zdzi­wie­nie ustą­pi­ło wy­bu­cho­wi śmie­chu.

– Czy ty je­steś za­zdro­sna? – mó­wił, tłu­miąc roz­ba­wie­nie i ocie­ra­jąc łzy, któ­re na­pły­nę­ły mu do oczu.

Ka­ia wy­wró­ci­ła ocza­mi. Jej nie by­ło do śmie­chu.

– Do­brze wiesz, o co mi cho­dzi…

– Oświeć mnie, nie czy­tam ci w my­ślach.

Za­ci­snę­ła moc­no pięść, jej knyk­cie zbie­la­ły. Co­raz trud­niej się z nim roz­ma­wia­ło.

– Cho­dzi mi o to, czy nie ża­łu­jesz pod­ję­tej de­cy­zji. Mo­głeś być kró­lem Vo­re­nau! Sie­dzieć w zam­ku i rzą­dzić kró­le­stwem, z pięk­ną żo­ną u bo­ku. Za­miast te­go trzę­siesz się z zim­na gdzieś na koń­cu świa­ta.

– To nie jest ko­niec świa­ta – uśmiech­nął się Dar­dan. – Je­ste­śmy na trak­cie ze wscho­du na za­chód, po­mię­dzy Zie­lo­nym Ro­giem a Hur­mann. Gdy­by­śmy po­je­cha­li w tam­tą stro­nę… – Uniósł dłoń, wska­zu­jąc kie­ru­nek, ale Ka­ia prze­rwa­ła mu, sztur­cha­jąc go w bok.

– Aua! – Dar­dan udał, że za­bo­la­ło.

– Od­po­wiedz mi. Pro­szę. – Ko­bie­cie wciąż nie by­ło do śmie­chu.

De Brandt wes­tchnął, po czym ujął jej dło­nie i spoj­rzał jej głę­bo­ko w oczy. Nie do­strze­gła w nich fał­szu – tyl­ko prze­błysk daw­ne­go Dar­da­na.

– Ka­ia – za­czął, a po jej cie­le roz­la­ło się przy­jem­ne cie­pło. – Wy­bra­łem to ży­cie. Cie­bie. Nie ża­łu­ję. Dru­gi raz po­stą­pił­bym tak sa­mo. Kró­lew­skie kom­na­ty nie są dla mnie.

Ski­nę­ła gło­wą.

– A jed­nak coś cię tra­pi… – wy­szep­ta­ła ła­god­nie. Je­go do­tyk ją uspo­ka­jał. Kto by po­my­ślał, że sta­nie się ta­ka mięk­ka… To chy­ba sta­rość.

– Tak – od­po­wie­dział Dar­dan. – Nie po­tra­fię te­go wy­tłu­ma­czyć. Mar­twię się o kró­le­stwo. Czu­ję, że coś jest nie w po­rząd­ku, ale nie wiem, co ani skąd to uczu­cie.

– Zno­wu masz sny?

Po­ki­wał gło­wą.

– Opo­wiesz?

– Tak. Ale nie dzi­siaj. Chodź­my już spać.

Spis tre­ści

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

Ma­pa

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents