Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Czarne chmury zbierają się nad Żegotą Nadolskim i jego bliskimi pozostawionymi w ojczyźnie, a śmierć czyha na tych, którzy najmniej jej się spodziewają.
Przeczytaj koniecznie jeśli lubisz:
W serii o Żegocie Nadolskim ukazały się:
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 781
Data ważności licencji: 9/30/2029
Logo seriiWALDEMAR KORALEWSKI
Metryczka seriiWALDEMAR KORALEWSKI, MAŁGORZATA WIATR
Projekt okładkiDANIEL RUSIŁOWICZ
Projekt layoutu seriiWWW.DESIGNPARTNERS.PL
Koordynacja projektuANNA RYCHLICKA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaJACEK RING
KorektaANNA KURZYCA
Redakcja technicznaSTANISŁAW TUCHOŁKA – PANBOOK.PL
Polish edition © Maciej Liziniewicz, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)
All rights reserved
ISBN 978-83-271-7043-9
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
POLECAMY CYKL O NADOLSKIM
CZAS POMSTY TOM 1
Muszę przyznać z własnej i nieprzymuszonej woli, że powieść Macieja Liziniewicza wybija się ponad całą polską twórczość literacką i sprawia, że nie tylko wraca wiara w polskich pisarzy, ale prowokuje do stwierdzenia, że oto narodził się pisarz światowego formatu.
Ivo Vuco, Hultajliteracki.pl
Dotychczas niekwestionowanym królem sarmackiego fantasy był Jacek Komuda, ale teraz będzie musiał się trochę posunąć na tronie i zrobić miejsce dla Macieja Liziniewicza.
Jagna Rolska, Fahrenheit.net.pl
MROCZNY ZEW TOM 2
Mroczny zew wybija się na tle innych powieści przygodowo-historycznych. Maciej Liziniewicz łączy talent do snucia opowieści z posiadaną specjalistyczną wiedzą i umiejętnością jej zaprezentowania w przystępnej formie.
Maciej Tomczak, Fahrenheit.net.pl
Autor zachował swój unikalny styl i pomysłowość. Nie brakuje tu zatem dobrze nakreślonego tła historycznego czy oddania charakteru epoki. Poza awanturniczymi szlachcicami, sporami o ziemię, okrucieństwem XVIII wieku, archaizacją słownictwa i wszystkim tym, co tak zachwyca w Czasie pomsty, dostajemy jeszcze szeroką perspektywę konfliktów na tle religijnym oraz metod wykorzystywania wiary do osiągania własnych celów.
Marta Guz, Konwenty-południowe.pl
DIABELSKI POSŁANIEC TOM 3
Trzecia część cyklu o Żegocie Nadolskim to prawdziwa gratka dla fanów szabli, czarów i sarmackich przygód! Autor mistrzowsko łączy historyczny klimat Rzeczpospolitej Szlacheckiej z fantastyką, grozą i gawędziarskim urokiem. Pełnokrwista opowieść na miarę Komudy i Sienkiewicza – nie sposób się oderwać!
ach, lubimyczytac.pl
To jest książka, którą się pochłania. Przedstawiona historia jest wielowątkowa i zgrabnie poprowadzona, przez co nawet przez chwilę nie czułem zmęczenia lekturą. Niecierpliwie czekam na kontynuację, bo wiadomo, że Żegota Nadolski nie powiedział ostatniego słowa. Zostały mu dwie przysięgi, jedna do spełnienia, druga do złamania. Dobrze, że czytelnik musi tylko podjąć decyzję, czytać czy nie czytać. Ja delikatnie sugeruję – czytać.
Damian Podoba, paradoks.net.pl
STEPOWA KLĄTWA TOM 4
Kawał dobrze skrojonej literatury: barwna, mroczna, kulturowo nasiąknięta i z bohaterem, którego zapamiętasz. To idealny wybór dla tych, którzy chcą uciec w świat, gdzie historia miesza się z magią i grozą, a każda decyzja przynieść może śmierć.
Dave, lubimyczytac.pl
Czy polecam? Zdecydowanie! Jeśli kochacie książki z duszą, pełne mroku, tajemnic i tego niesamowitego słowiańskiego pierwiastka, Stepowa klątwa Was nie zawiedzie. Maciej Liziniewicz stworzył dzieło, które powinno znaleźć się w biblioteczce każdego miłośnika historycznej grozy z domieszką magii.
Notatnik_recenzentki, lubimyczytac.pl
Moim Najbliższym, Patrycji i Ignacemu
Wszystko, co zgubę przynosi i psuje, to zło,a to, co ocala i przynosi pożytek, to dobro1.
Jezus Maria! Jezus Maria! Jegomość! Olaboga!
Nagły krzyk z majdanu sprawił, że Sulatycki natychmiast wybiegł ze stajni. Od razu dostrzegł zapłakaną dziewczynę, w której rozpoznał Marysię, córkę jednego z tutejszych chłopów. W rozchełstanym kożuchu, z potarganymi włosami, czerwona na twarzy od wysiłku, zdyszana, łkała i wznosiła ręce ku niebu.
Przestraszony rękodajny przypadł do niej i dla otrzeźwienia zawodzącej dziewki chwycił ją i potrząsnął:
– Na Boga! Mów! Co się dzieje?!
Z zabudowań obejścia wyszło trzech zaciekawionych krzykiem parobków, a z kuchennych drzwi wyjrzała zlękniona kucharka.
– No mów! – ostrzej powtórzył pan Wawrzyniec.
– Napadli nas! Najechali...!
– Kto napadł?! Gadaj do rzeczy!
Maryśka wierzchem ręki otarła zasmarkany nos, a potem wskazała na drogę wiodącą do leżącego o półtorej wiorsty przysiółka.
– Ady tam! We wsi są! Matula kazała...
– Kto?! – przerwał jej gwałtownie Sulatycki, chociaż domyślał się już wszystkiego.
– Ludzie od pana Stano!
Nie czekając na więcej wyjaśnień, rękodajny odwrócił się na pięcie i krzyknął ku stojącemu przy stajni Jaśkowi:
– Konia!
Przestraszony parobek w mig się uwinął i po chwili stary szlachcic wskoczył na siodło, jakby mu ze dwadzieścia lat ubyło. Nie myślał ani o tym, że nie ma żadnej broni przy sobie, ani o własnym bezpieczeństwie. Tak walnął piętami w boki wierzchowca, że ten aż kwiknął, po czym niemal z miejsca zerwał się do galopu. Posypały się drobiny zmrożonego śniegu spod podkutych kopyt, poniósł się głuchy tętent, a potem na podwórzu zostali jedynie parobcy z rozdziawionymi gębami, zapłakana, zmęczona biegiem dziewczyna i kucharka, która co chwila żegnała się nerwowo, mamrocząc pod nosem modlitwę. Zapadła złowróżbna, martwa cisza.
Z daleka dostrzegł rękodajny krążących po przysiółku jezdnych, pieszych plądrujących chałupy i biegających pomiędzy nimi chłopów, baby i dzieci. Potem dało się słyszeć w mroźnym powietrzu pokrzykiwania, płacz, zawodzenie i głośne śmiechy. Wszystko to, co rozbrzmiewa, kiedy jedni ludzie czynią innym krzywdę.
Najwyraźniej oprawcy zauważyli pędzącego ku nim Sulatyckiego, dwóch z nich bowiem oderwało się od reszty i niespiesznie wyjechało mu naprzeciw. Tak zastawili przejazd pomiędzy przydrożnymi zaspami, że nie sposób było ich minąć. Dlatego pan Wawrzyniec musiał ściągnąć wodze, zwolnić, a potem zatrzymać się tuż przed ludźmi blokującymi mu przejazd. Od razu rozpoznał w jednym z nich Hantuska Dobrzańskiego. Drugiego mężczyzny, odzianego po szlachecku chudego łachudry o szczurzej gębie, nie znał.
Rozwścieczony widokiem gwałtów dokonywanych na poddanych Nadolskich i tym, że go zatrzymano, rękodajny wprawnie zakręcił się na koniu i natarł pomiędzy dwóch jeźdźców, próbując ich roztrącić tym atakiem. Warknął przy tym ze złością głosem pełnym nienawiści i pogardy:
– Z drogi, chamy!
Mężczyźni jednak ani myśleli ustąpić. Wręcz przeciwnie. Młodszy z Dobrzańskich trącił swojego wierzchowca ostrogami i zamachnął się nahajką, uderzając ogiera pana Wawrzyńca, tak że ten z cichym rżeniem odskoczył. Wtenczas Hantusek zaśmiał się głośno.
– Hola! Wolnego, mości Sulatycki! Gdzie to waści tak spieszno?! Nie ma przejazdu! Pod pierzynę wracaj!
– Precz! – wysyczał rękodajny i na nowo natarł koniem.
Tym razem drugi z jeźdźców błyskawicznie pochylił się i wprawnie chwycił za rzemienie uprzęży na głowie ogiera. Szarpnął za podgardle i pasek na policzku, sprawiając tym nagły ból zwierzęciu. Wystraszony wierzchowiec zatoczył się na bok, prawie zrzucając starego szlachcica w zaspę. Sulatycki ledwie utrzymał się w siodle, lecz to przywróciło mu nieco trzeźwości umysłu.
Uspokoił ogiera, cofnął się dwa kroki i dopiero wówczas, ręką wskazując na chaty Wygnanki, krzyknął:
– Co to jest?! Co wy robicie?! Jakim prawem!
– A takim, że tutejsi chłopi z beskidnikami się kumają i zbójów ukrywają po chałupach! Mają skrytki, gdzie trzymają pokradzione ludziom dobra, o czym nam doniesiono i co teraz sprawdzamy!
– Łgarstwo!
– Łgarstwo?! – Hantusek uniósł brwi w udawanym zdziwieniu. – Chcesz mi waść w żywe oczy kłamstwo zarzucić, co?! – Popatrzył znacząco na swego towarzysza. – Słyszysz, panie Modrzewski?! Ów człek ma czelność mnie obrażać! Mnie, który nie szczędząc sił, z upoważnienia podstarościego Pieniążka na tołhajów poluje i pilnuje porządku w okolicy! – Zmrużył oczy, kończąc: – A może on sam coś lub kogoś skrywa i dlatego taki hardy?! Jak sądzisz?! – Nie czekając odpowiedzi kompana, odwrócił oczy na pana Wawrzyńca i stępa przybliżył się do niego, cedząc: – Co, panie rękodajny! Może i we dworze trzeba nam poszukać?! Hę?!
– To bezprawie! – zawołał pan Wawrzyniec – Zamach na prawa szlacheckie! Ja nie pozwalam! Ja protestuję!
– Taaak?! – odpowiedział przeciągle Dobrzański. – A kim ty jesteś?! Jakie masz tu prawa! Wygnanka to twój majątek?!
– Ja tu z umocowania!
– W rzyci mam twoje umocowania, stary capie! – Hantusek już nie bawił się w grzeczność.
Natarł koniem na wierzchowca Sulatyckiego tak ostro i niespodziewanie, że ogier rękodajnego potknął się i wpadł w zaspę. Zwierzę, bezradnie szukając nogami oparcia w śnieżnym zwale, zaczęło się miotać i szarpać, by na koniec, rżąc przeraźliwie, skoczyć gwałtownie w przód, zrzucając przy tym jeźdźca z siodła. Gdyby wiekowy szlachcic spadł na zlodowaciałą drogę, niechybnie byłby się połamał, a może nawet i zabił. Na szczęście dla niego wylądował w głębokim śniegu. Oszołomiony, jął się niezgrabnie gramolić z zaspy, co rusz na nowo wywracając, czym wywołał salwę gromkiego śmiechu u obserwujących te nieskładne poczynania jeźdźców. Szymon Modrzewski schwycił luźnego konia za uzdę, a młodszy Dobrzański, machnąwszy głową w tę stronę, gdzie leżał Sanok, rzucił kpiąco:
– Jak chcesz, jedź się skarżyć do grodu! Tyle że jako kto?! Jesteś zwykłym pachołkiem bez domu, którego opuścili jego dobrodzieje! Nikim, dożywającym swych marnych dni na cudzym wikcie! – Ostentacyjnie splunął, aby dać wyraz swej pogardy dla Sulatyckiego. – Protestować to mógłby Nadolski, ale, jak widzisz, nie ma go tutaj! Jak zwykle woli szwendać się byle gdzie, niż w domu siedzieć! Tak samo moją siostrę nieboszczkę samą z dziećmi na śmierć ostawił! A ta jego połowica, co się Strzetelską z domu bezprawnie mieni, jakby wróciła, niech jedzie się żalić do Sanoka! Już tam na nią podstarości Pieniążek czeka z gościną!
Zarechotał na to szlachcic ze szczurzą twarzą i wycedził przez zęby:
– Niech jedzie gruby wieprz ze skargą do grodu! Wszak my mu wtenczas obejścia i domu popilnujemy jak trzeba!
– Słusznie waść mówisz, panie Modrzewski! – podchwycił Dobrzański. – Niech bierze rzyć w troki i czym prędzej rusza! – Obrzucił drwiącym spojrzeniem siedzącego wśród śniegu, żałośnie wyglądającego pana Wawrzyńca. – No! Mości Sulatycki! Co ty na to, byśmy pod nieobecność mojego szurzego Żegoty zaopiekowali się jego domem, hę?! Wszak to mój powinowaty, więc bliższy on mnie niż tobie, prawda?!
Nic na to nie odrzekł stary szlachcic, wiedząc, że cokolwiek by wymyślił i jakąkolwiek miałby ripostę, nie będzie ona nic warta, kiedy siła jest po stronie tych, co z niego dworują. Przez długą chwilę mierzył jeszcze Hantusek rękodajnego szyderczym wzrokiem, by w końcu zawrócić konia, komenderując:
– Jedźmy już, bo nieużyty mruk z tego niedojdy, co się nawet na koniu nie umie utrzymać. Gadać z nami nie chce, widać języka w gębie zapomniał. A jeszcze niedawno taki był rozmowny, taki hardy... – Ostentacyjnie pokręcił głową, jakby samemu się dziwując nad rzekomą zaskakującą zmianą w charakterze pana Wawrzyńca.
Ciągnąc za sobą luźnego ogiera, Modrzewski posłusznie ruszył za Dobrzańskim. Na odchodne rzucił tylko za plecy:
– Wierzchowiec w przysiółku będzie czekał, żeby nie było, że kto go ukradł! Przejdziesz się waść krzynkę po niego, to ci dobrze zrobi, boś nieruchawy i zad ci zanadto urósł, niczym u baby!
Zaśmiał się głośno z grubego żartu towarzysza Hantusek, a potem w milczeniu, niespiesznie odjechali w stronę zbierających się kompanów.
Patrzył pan Sulatycki otępiałym, zmęczonym wzrokiem, jak opuszcza przysiółek zbójecka gromada jeźdźców i pieszych, ciągnąc za sobą na postronkach owce, świnie i krowy. Spod pach wystawały rozradowanym łotrom gęsi, kury, prosięta, a przez końskie grzbiety przerzucone były zrabowane chłopom co lepsze kożuchy czy suknie. Widział to wszystko stary rękodajny i nic nie mógł na to zaradzić. Zakręciły mu się w oczach łzy bezsilnej złości, a w sercu poczuł ból tak nagły i gwałtowny, aż zawirowało mu w głowie. Powoli zgniótł w dłoni garść śniegu i przejechał nim po czole i twarzy, zimnem odganiając nagłą słabość. Na niewiele się to zdało, albowiem gdy spróbował wstać, pociemniało mu w oczach i opadł z powrotem na ziemię. Z ledwością łapał powietrze, czując, jak pot przykleja mu koszulę do ciała.
Ludzkie lamenty i płacz niosły się przez pola, ginąc w mroźnym powietrzu, tak jakby nic nie znaczyły. Zagryzając wargi, blady, wręcz siny na twarzy pan Wawrzyniec poczuł, iż jeśli nie przemoże ogarniającej go niemocy, umrze właśnie tu, przy drodze, pośród śniegu jak pies. Serce łomotało mu w piersiach nierównym rytmem, a w głowie rosła pewność, że musi wstać. Zebrawszy więc resztę ulatujących sił, podpierając się oburącz, przechylił się i stanął na czworakach. Nagła zmiana pozycji sprawiła, że zaczął kaszleć gwałtownie, aż ślina pociekła mu z ust. Pociemniało mu przez moment w oczach, łapczywie schwycił do płuc powietrze jak wyciągany z wody topielec i wtedy właśnie odczuł ulgę, jakby ktoś zdjął mu ściskającą piersi obręcz.
Powoli, ostrożnie wstał niczym dziecko robiące to po raz pierwszy. Przez chwilę chwiał się, lecz nie stracił równowagi. Kiedy wreszcie zapanował nad ciałem, powlókł się noga za nogą przed siebie, tam skąd dobiegało zawodzenie i rozpaczliwe skargi.
Patrzyli włościanie, jak idzie polną drogą słaniający się na nogach, oblepiony śniegiem rękodajny. Ten widok jego poniżenia i bezradności dopełnił w chłopskich umysłach obrazu nieszczęść, które ich tego dnia dotknęły. Uświadomił im, że nikt ich nie obroni. Muszą więc poddać się swemu losowi i pokornie znosić wszelkie cierpienia.
Umilkły skargi, ucichły lamenty. Stary Fiodor z dwoma innymi, zgarbieni, przyciśnięci do ziemi niedolą, ruszyli ku szlachcicowi. Kiedy doszli do niego i ostrożnie podjęli go pod ramiona, usłyszeli ciche pytanie:
– Ludzie... Dałem wam rusznice... Czemuście się nie bronili?
Patrząc pustymi oczami w zimną, obojętną dal, ojciec Semka głucho odrzekł tylko:
– Bo wtenczas bezkarnie pozabijaliby nas jak bydlęta.
Po tych słowach nikt już nic więcej nie powiedział.
Dwa dni leżał pan Wawrzyniec na wpół przytomny w posłaniu, aż się stara Fiodorowa musiała przenieść do dworu, żeby na miejscu parzyć szlachcicowi nasercowe napary z głogu i naparstnicy. Kiedy zaś w końcu rękodajny zwlókł się z łoża, wyglądał, jakby mu najmniej z dziesięć lat przybyło. Siwe włosy tak mu się przerzedziły, że pomiędzy posklejanymi kosmykami prześwitywała goła skóra. Wąsy onegdaj zadbane i grube, teraz zwisały smętnie znad ust. Skóra na twarzy i rękach wyschła i zaczęła przypominać cienki, wymięty pergamin poznaczony ciemnoniebieską plątaniną żyłek. Nawet głos zmienił się Sulatyckiemu. Osłabł, nabierając smętnej, zmęczonej nuty. Najczytelniejszym jednak znakiem choroby i strapienia było to, że od chwili powrotu do domu stary szlachcic ani razu nie poprosił o wino ani miód, pozostając jedynie przy podawanych mu naparach, mleku i wodzie.
Na prośby mieszkańców przysiółka pan Wawrzyniec zezwolił, aby do folwarcznych obór, stajni i kurników ludzie przenieśli to, co im jeszcze zostało ze zwierząt po najeździe Dobrzańskich. Tym, co chcieli, kazał przygotować w zabudowaniach miejsca do spania. Polecił też przewozić siano i zboże zgromadzone przez chłopów do dworskich stodół i spichlerza. Wszystko po to, aby zabezpieczyć resztkę dobytku włościan przed kolejną napaścią. Nie przypuszczał bowiem rękodajny, by mimo wszystko banda Hantuska i Stalonego ośmieliła się najechać szlacheckie domostwo.
Mimo że wierzył w gwarantowaną prawem nietykalność majętności, nie pojechał ze skargą na braci z Dobrej do Sanoka. Raz, ponieważ zdrowie wciąż mu na to nie pozwalało, a dwa, gdzieś w głębi duszy bał się, że jeśli wyjedzie z dworu, to już do niego nie powróci. Miał zresztą powód do takich przypuszczeń, jako że nie było dnia, aby chłopi nie donosili mu o krążących przy folwarku jeźdźcach, którzy wypatrywali tego, co się dzieje. Na razie, widać syci po ostatnim rabunku, jakoś szczególnie ludzi nie zaczepiali. Czasem tylko pokrzykiwali kpiąco w stronę dziewek albo też złośliwie pytali o kondycję Sulatyckiego, na co im jednak nikt nie odpowiadał.
Szlachcic dwa wieczory pisał w sprawie zajazdu przysiółka protestację do grodu, którą po ukończeniu złożył starannie i opieczętował, wycisnąwszy w laku swój herb. Nakazał Jaśkowi zawieźć ów list do Sanoka i przekazać w ręce woźnego Gruszeckiego. Choć zgodnie z prawem to sam pokrzywdzony winien osobiście przedstawić skargę w urzędzie, Sulatycki liczył, że woźny nie odmówi odebrania pisma i będzie je można uznać za doręczone. Parobek sprawił się jak należy, gdyż, jak twierdził, zrobił wszystko, co mu pan nakazał, ale skutku tego nie było widać żadnego. Ani nie pojawił się nikt od podstarościego w Wygnance, ani żadna odpowiedź nie przyszła. Pojął wtenczas ostatecznie stary rękodajny, że żadnej ochrony się od pana Pieniążka spodziewać nie może.
Także i okoliczna szlachta milczała, choć z pewnością wiedziała, co się zdarzyło. Nawet Podhorecki, o którym słyszał pan Wawrzyniec, że do sił już doszedł, nie zajechał do sąsiada, ani nawet nie przysłał posłańca z zapytaniem. Smutna wielce była ta ludzka obojętność, lecz z racji wieku i doświadczenia nie spodziewał się Sulatycki niczego innego po znajomych z nieodległych majątków. Dotąd bowiem można liczyć na innych, póki usłużyć pomocą mogą bez lęku o własną szkodę. Kiedy zaś pojawi się jakiekolwiek ryzyko, mało kto gotów jest nadstawiać karku, jeśli tylko sądzi, że bezczynnością uchroni się przed niebezpieczeństwem.
Łatwo ludziom przychodzi nic nie czynić, nawet gdy widzą zło, zawsze bowiem znajdą usprawiedliwienie w tym, że również inni nie protestują i w sukurs pokrzywdzonym nie idą. Wszak nietrudno zadać sobie wtenczas pytanie: „A dlaczego to ja mam się wychylić?” i znaleźć tysiące argumentów za tym, iż to ktoś inny powinien pierwszy zabrać głos i usłużyć szablą. Kiedy zaś jedni na drugich się oglądają, krzywda może dziać się bez przeszkód aż do samego końca. Gdy zaś zło się wypełni, dobrzy ludzie jeno pokiwają głowami i stwierdzą, że cóż, stało się, teraz za późno cokolwiek czynić. Trzeba żyć dalej, wstydliwie omijając pamięcią chwile własnej lękliwej bezczynności, albo też tłumacząc je sobie samemu arcyważnymi powodami i znajdując przyczyny bierności w wymyślanych później wytłumaczeniach. Taka jest bowiem natura ludzka, że jeśli można przez bezczynność uniknąć kłopotów, człowiek nic przeciw zbrodni robił nie będzie i uda, że jej nie dostrzega.
Poznał Sulatycki, że jeśli nie zdarzy się jakiś cud, sprawa z Wygnanką jest przesądzona. Nie było w folwarku ani Żegoty, ani jego małżonki. Nikogo, kto zgodnie z prawem mógłby dochodzić swoich krzywd. Rękodajnego, chociaż był domownikiem, można było pominąć, szczególnie że nie zadbał o udzielenie mu pisemnych plenipotencji. Mając zaś rzekomy dług i kupionych świadków, mógł teraz chorąży Stano bez trudu dochodzić wierzytelności. Pewnie już wystarał się w kancelarii królewskiej o papiery znoszące uprzednie listy wstrzymujące proces, o które onegdaj zadbał jeszcze biskup Próchnicki. Tylko krok dzielił sąsiada z Nadolan od uzyskania przychylnego wyroku w sądzie ziemskim, a potem siłowego zajęcia folwarku Nadolskich. Jeśli zaś zrobiłby to, odebranie mu zawłaszczonej majętności mogło trwać całe lata, a skutek tych starań był bardziej niż niepewny. Na dodatek sprawę komplikowało zanegowanie pochodzenia pani Agnieszki, co też nie pozostawało bez wpływu na kwestie majątkowe. Groziło to utratą jej praw do Kadobnej, a więc całkowitym pozbawieniem ziemi. Bez gotowizny nikt swojego nie mógł dojść przed sądem w Rzeczpospolitej, o czym dobrze wiedział każdy, kto się kiedykolwiek procesował. Sprawiedliwość bowiem zwykle jest bardzo kosztowna.
Sprytnie rozegrał całą rzecz jegomość Stano, nie negując szlachectwa Nadolskiej, a tym samym unikając wywodu przed sejmikiem w Wiszni, gdzie mogłaby rzecz pójść nie po jego myśli. Ani myślał pan Jerzy narażać się braci szlacheckiej, potrzebował bowiem kresek przy głosowaniach na posła i nie chciał zbytniego szumu wokół całej sprawy. Teraz zaś rozstrzygnąć miał o wszystkim przychylny mu sąd w grodzie, więc mógł się o rezultat nie trwożyć. Zdało się, że tylko dni mogą dzielić go od uzyskania tego, czego chciał. Tym zaś, że przy okazji naginał prawo i łamał szlacheckie przywileje, niewiele się przejmował, ponieważ w Polsce tego była racja, kto miał siłę. A chorążemu na zbrojnych i na złocie nie zbywało. Musiał jedynie znaleźć dobry powód, aby Sulatyckiego z dworu ostatecznie wykurzyć. Nawet bowiem niesprawiedliwość lubi przywdziewać maskę praworządności, aby się ładniej przed ludźmi prezentować. Łatwiej wtedy bowiem godzą się wszyscy z nieprawością, kiedy ma pozór słuszności. Można wtenczas bez skrupułów przyznać rację komu trzeba, nie wchodząc w zbędne rozważania. Czas zaś ostatecznie pozwalał zapomnieć o wszelkich wątpliwościach, nawet jeśli się je kiedykolwiek miało.
Czuł pan Wawrzyniec, że był jak zwierz w potrzasku, z którego nijak nie sposób znaleźć wyjścia. Zrobił dotąd, co mógł, więcej w tych okolicznościach było niepodobna. Gdyby wyjechał szukać pomocy, zostawiając Wygnankę bez nikogo, wnet wszedłby na jego miejsce ktoś od chorążego sanockiego i umocnił się w folwarku. Mając zaś władzę nad majątkiem, łatwo by jej nie oddał.
Jeszcze listy mógłby próbować słać rękodajny do wyższych instancji, a nawet do króla, i o sprawiedliwość wołać, lecz pojmował, że teraz przyszła pora już nie prawem, lecz siłą swego bronić. Tej zaś nie miał, albowiem wrogowie go otaczali, a jemu pozostała garstka wystraszonych chłopów, którzy może i stanęliby do walki, gdyby ktoś ich wsparł choćby przykładem, lecz teraz trudno byłoby na nich liczyć. Po raz kolejny dotknięci przez los, z niepokojem wyglądali przyszłych zdarzeń, a niejednemu pewnie było już wszystko jedno, co się stanie, byleby tylko skończyła się niepewność jutra.
Długo nie mógł spać w nocy pan Wawrzyniec, męczony nachodzącymi go myślami i gnębiony strapieniami. Przewracał się z boku na bok, próbując wyrzucić z głowy troski, lecz im bardziej się starał, tym mocniej go opadały zgryzoty. Na dodatek drażnił go wszelki dźwięk dochodzący z pogrążonego we śnie domostwa. A to ciche skrzypienie drewna, a to jakiś szelest na poddaszu, wszystko sprawiało, że Sulatycki zamiast zasypiać, czujnie nadstawiał uszu, wyczekując kolejnych dźwięków. Rozeźlony, dwakroć chodził napić się wody zapobiegliwie postawionej w dzbanie przy drzwiach. Kiedy tam stał z kubkiem w dłoni, doszło do jego uszu chrapanie z czeladnych izb i nie wiedzieć czemu tak się tymi odgłosami rozzłościł, że aż zaklął pod nosem. Gdy wrócił na posłanie, zdało mu się, że i tu dopływa nierówny charkot przerywany posapywaniem i mlaskaniem, chociaż wcześniej tego nie słyszał. Zdenerwowany rękodajny spróbował zatkać uszy, nakrywając głowę poduszką, lecz od razu zrobiło mu się duszno, więc prędko zrezygnował z tego sposobu. Położył się na wznak, zamknął oczy, zaplótł palce dłoni ułożonych na piersiach, jakby spoczywał w trumnie, wyrównał niespokojny oddech. Spróbował oderwać się od wszelkich teraźniejszych trosk, kierując myśli na przyjemne wspomnienia z odległej młodości. Niestety, mimo wysiłku, nie udało się Sulatyckiemu uciec w obrazy zielonego i słonecznego kraju lat dziecinnych. Znów bowiem zaskrzypiała gdzieś podłoga, wiatr zawył cichutko w kominie, jakaś mysz zaszeleściła w kącie, a potem, co było najgorsze, doszło do uszu starego szlachcica basowe chrapnięcie, dobywające się chyba z samych trzewi.
Klnąc cicho, pan Wawrzyniec usiadł gwałtownie, stęknął, bo zabolało go coś w krzyżach, a potem opuścił nogi na podłogę. Pochylony, schował twarz w dłoniach i westchnął ciężko. Pokręcił głową, pomyślawszy o tym zadziwiającym stanie, w jakim się znajdował, kiedy mimo zmęczenia i klejących się oczu nie można zapaść w sen, tylko błądzi się myślami gdzieś na granicy świadomości i nocnego koszmaru. Z żalem wspomniał dawne dzieje, kiedy starczyło mu się gdziekolwiek położyć, choćby na ziemi z kamieniem pod głową, zamknąć oczy, a już wpadał w objęcia Morfeusza, by po godzinie lub dwóch budzić się rześkim i wypoczętym. Starość odbierała nawet i tę przyjemność. Dziś trzeba by niczym oseskowi zadać panu Wawrzyńcowi mleka makowego, żeby mógł twardo zasnąć. Zaiste, zadumał się Sulatycki, wiele jest podobieństw pomiędzy dziecięcą nieporadnością i starczym niedołęstwem. Tyle że u niemowlęcia rozczulają owe niezgrabności, a u tych w podeszłym wieku jedynie irytują. Przykro mu się zrobiło od tej myśli, lecz jedynie na moment, zaraz bowiem dobiegło z izby czeladnej gardłowe rzężenie, które wnet w złość zamieniło melancholijną zadumę rękodajnego.
Wstał i przeszedł się po ciemnej izbie. Jako że było zimno, wymacał zawieszoną na oparciu krzesła kamizelkę z baraniej skóry i zarzucił ją na siebie. Już miał po raz kolejny iść napić się z dzbana, gdy nagle, tuż za oknem wychodzącym na podwórze, usłyszał ciche skrzypnięcie śniegu.
Zamarł pan Sulatycki bez ruchu, wytężając słuch. Przez głowę przeleciały mu w mgnieniu oka wszystkie najgorsze przypuszczenia. Zastygły, przełknął ślinę i wbił wzrok w pokryte wyrysowanymi przez mróz ornamentami okno. Ponieważ jednak nic więcej nie usłyszał, po chwili w sercu starego szlachcica zrodziła się nadzieja, że ot, przywidziało mu się, albo też pies przelazł wedle domu. Bezszelestnie niemalże przesunął się ku oknu i przycupnął za framugą. Przez oprawione w ołów oszronione grube gomółki nic nie było widać, dlatego powoli przesunął dłoń i dotykając szkła, dwoma palcami, ostrożnie jął przecierać małe kółeczko. Przerwał natychmiast, kiedy z majdanu znów usłyszał wyraźne skrzypnięcie zmrożonego śniegu pod czyimiś butami. Tym razem nie mógł się omylić. Reszta włosów stanęła na głowie pana Wawrzyńca, gdyż był pewny, że to Dobrzańscy są już przy dworze. Sam nie wiedział, co robić. Krzyczeć, szukać broni, czy też po cichu budzić służbę. Nim zdołał się zdecydować, zupełnie niespodziewanie usłyszał, że ktoś lekko puka.
Przestraszony Sulatycki błyskawicznie odsunął dłoń od okna i plecami przylgnął do ściany. W duchu wyrzucał sobie, że zostawił gdzieś na stole naładowany półhak, z którym teraz czułby się bezpieczniej. Nawet szabla leżała za łóżkiem, zupełnie niewidoczna w ciemności. Tymczasem ktoś na zewnątrz znów, tym razem nieco odważniej, zapukał w szybę. Pan Wawrzyniec, któremu serce waliło w piersiach, jakby chciało się stamtąd wyrwać, rozejrzał się bezradnie, szukając w pobliżu czegokolwiek, co mogłoby się nadać do obrony. Nie był jednak w stanie przeniknąć spojrzeniem panującego w alkowie mroku, dlatego zatoczył przed sobą ręką koło w poszukiwaniu lichtarza. Odczuł ulgę, gdy potrącił go koniuszkami palców. Po chwili chwycił ciężki kawałek srebra w dłoń i przyczaił się, gotowy bezpardonowo zdzielić w łeb tego, kto ośmieliłby się włazić przez okienny otwór. Tymczasem znów dało się słyszeć pukanie, a po nim niespodziewane słowa rzucone trochę głośniej niż szeptem:
– Mości Sulatycki... Otwórzcie...
Nie poznał pan Wawrzyniec, do kogo należy głos za oknem, lecz uspokoiło go to, że w ogóle odezwał się tajemniczy nieznajomy. Dlatego, zbliżywszy głowę do szyby, wciąż krzepko dzierżąc lichtarz, zapytał:
– Kto tu?!
Od razu usłyszał odpowiedź:
– To ja, Semko... Otwórzcie!
Pocztowy nie musiał drugi raz powtarzać. Od razu uchyliło się okno, z którego wyjrzał Sulatycki, by ostatecznie upewnić się, kto kryje się przed domem. Zdziwiony, dostrzegł w mdłym świetle wyglądającego zza chmur księżyca obleczonego w prześcieradła młodego mężczyznę, w którym natychmiast rozpoznał syna Fiodora. Machając gwałtownie ręką, stary szlachcic cofnął się od okna i ponaglił Semka:
– Prędko, właź do środka!
W jednej chwili przybysz przeskoczył nad parapetem i znalazł się w izbie, a pan Wawrzyniec starannie zamknął za nim okienne skrzydło. Dopiero wówczas chwycił chłopaka w ramiona, szepcąc na równi radośnie, jak nerwowo:
– Jezus Maria! Semko! Skądeś ty...?!
Tak ścisnął przybysza, że ten nie mógł wydusić słowa.
Kiedy niespodziewany gość wreszcie uwolnił się z objęć pana Wawrzyńca, najpierw zrzucił z siebie sztywne od mrozu i wilgoci białe płótno, cisnął je w kąt, a potem poklepał się po ramionach i zatupał cicho, szepcąc przez drżące usta:
– Ziiimmmno...
Skoczył pan Wawrzyniec, aby służkę budzić i kazać jej natychmiast napalić w piecu, ale zatrzymał się w pół drogi do drzwi. Odwracając się na pięcie, stwierdził:
– Nikt przecież nie może wiedzieć, że tu jesteś.
Semko zgodnie kiwnął głową i przysiadł na krześle. Powoli robiło mu się cieplej, a krew zaczynała żywiej krążyć w jego zmarzniętym ciele. Sulatycki, macając ręką przed sobą, dotarł do stołu i odszukawszy świecę, jął krzesać ogień. Zajęty tym, zapytał:
– Gdzie oni? Bezpieczni?
– Bezpieczni – potwierdził krótko dawny pocztowy.
– W Ustianowej? U pana Herburta?
Semko pokręcił głową, czego rękodajny nie widział.
– Nie. Ale gdzie są, pani Nadolska zabroniła mówić.
– Zabroniła? – Pan Wawrzyniec na chwilę zastygł nad zapalonym knotem.
Ponieważ pocztowy nic na to nie odrzekł, Sulatycki, kiwając kilkakroć głową, sam sobie wyjaśnił ów rozkaz Agnieszki:
– Słusznie. Im mniej ludzi wie, tym lepiej. Nawet ja... – Przerwał, uniósł świecę i skierował wzrok na gościa. – Powiedz mi tylko, czy zdrowi i dobrze się mają.
– Zdrowi. – Semko się uśmiechnął. – Lepszego miejsca na kryjówkę nie mogliby sobie wymarzyć. Nikt ich tam nie znajdzie.
– To dobrze... To dobrze... – Pan Wawrzyniec przysunął się do przybysza, postawił lichtarz na rogu stołu i z westchnieniem ulgi usiadł na brzegu posłania. Popatrzył na Semka.
– A ty? Nie mógł kto inny przyjechać? Wiesz, że ciebie szukają, a jak znajdą...
– A co mają znaleźć? – Chłopak cicho się zaśmiał, udając beztroskę.
– Oj... – pokręcił głową Sulatycki – ...nie wiesz, co tutaj się wyprawia. – Zmarszczył brwi. – Źle się dzieje Semko w Wygnance, bardzo źle.
Twarz pocztowego od razu spoważniała. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach i mruknął cicho:
– Wiem. Widziałem. – Wypuścił powietrze nosem. – Konia zostawiłem w Wiernejówce. Bezpiecznie, u dawnego beskidnika, co jak mu się zapłaci, umie język na wodzy trzymać. Potem pieszo, żeby nie ryzykować na biało odziany – ruchem głowy wskazał na leżące w kącie prześcieradła – przeszedłem tutaj lasem. W dzień skryłem się w starym brodle2 za Sziemkową Wolą i przeczekałem do nocy. Na kość wymarzłem. Stamtąd patrzyłem na zbrojnych, co wokoło jeżdżą. Poznałem, że to Dobrzańscy, bracia pani Zofii, świeć Panie nad jej duszą, mają nad nimi komendę...
– Sukinsyny! – wycedził przez zęby rękodajny, co starczyło za wszelkie wyjaśnienia.
Dłuższą chwilę się nie odzywali. Sulatycki głowił się, jak nie budząc nikogo, choćby chleba i gorzałki na rozgrzewkę przynieść wymarzniętemu mężczyźnie. Wreszcie, nie znajdując rozwiązania, powstał i wyjął zza skrzyni na wpół opróżnioną butelkę wina. Podając ją pocztowemu, usprawiedliwił się:
– Tylko to tutaj mam albo wodę. Napij się, zanim coś wymyślę.
Semko solidnie pociągnął prosto z flaszki, sapnął i otarł usta wierzchem dłoni. Jako że miał zupełnie pusty żołądek, po chwili zaszumiał mu w głowie trunek, ale dzięki temu zrobiło mu się jeszcze cieplej. Zadowolony, poprawił drugim łykiem, a potem odstawił butelkę na bok. Mrużąc oczy, powiedział:
– Widziałem, że dużo ludzi ze wsi w folwarku siedzi. Bydło też tutaj. Musi coś się niedobrego stało, prawda?
– Prawda. – Rękodajny skinął głową. – Nawet twoi ojciec i matka nocują we dworze, w czeladnej... – Zmieszany przerwał, na co Semko zapytał:
– Znów sąsiad z Nadolan szkodzi?
– Znów – przyznał Sulatycki, westchnął i przysiadł ponownie na skraju łóżka.
Z opuszczoną głową wpatrywał się długo w wytarte deski podłogi. W końcu, unosząc wzrok, zaczął:
– Jak tylko pani Nadolska wyjechała...
Popłynęła opowieść o biedzie, jaka nadciągnęła na Wygnankę. O ludzkiej krzywdzie i zadawnionym sporze, który teraz, pod nieobecność Nadolskiego, postanowił rozstrzygnąć chorąży sanocki przy udziale Marka Ramułta. O niesprawiedliwości i ludzkiej obojętności, a także bezczynności władzy. Wylał z siebie pan Wawrzyniec cały żal, nie starając się ubierać w zgrabne zdania tego, co czuł. Mówił prosto z serca, tak jakby samemu sobie opowiadał. Czasem łamał mu się głos, czasem przerywał na moment, bo coś dławiło mu gardło. Gdy zaś doszedł do śmierci Krupki i pohańbienia jego ciała, zakręciły się łzy w kącikach oczu starego rękodajnego.
Semko słuchał, nie przerywając. Jadąc tutaj, przypuszczał, że pewnie nie jest w Wygnance najlepiej, ale tego, o czym się dowiadywał, nie spodziewał się. Szczególnie dotknęły go wiadomości o obrabowaniu przysiółka i pobiciu co bardziej opornych chłopów przez bandę Dobrzańskich. Z ulgą usłyszał, iż na szczęście nic złego nie przytrafiło się jego rodzicom, gdyż obawiał się przez moment, że jego ojciec mógł próbować sprzeciwiać się napastnikom. Znał go i wiedział, że ma twardy charakter. Tym razem stary Fiodor widać uznał, że lepiej jest zdrowie zachować, niż ratować bydło i ruchomości.
Kiedy Sulatycki skończył, pocztowy o nic nie zapytał, ani nawet nie skomentował usłyszanych nowin. Dobrze pojmował, że tę samą krzywdę inaczej widzi on, a inaczej siedzący naprzeciw szlachcic. To, z jakiego stanu się człowiek wywodził i czego w przeszłości doświadczył, naznaczało jego spojrzenie na świat. Dla Semka więcej znaczyła chłopska, niezawiniona krzywda, pan Wawrzyniec z kolei bardziej mówił o sprawach bliższych swojemu stanowi. Kozak nie zamierzał jednak spierać się o leżącą gdzieś pośrodku prawdę. Zamiast tego, jakby przypominając sobie o czymś, sięgnął za pazuchę. Wyjął stamtąd pomiętą, złożoną na czworo, zapieczętowaną kartkę i oznajmił:
– Pismo mi dała pani Nadolska do waszmości.
Pan Wawrzyniec chwycił podany mu papier i rozgorączkowany przełamał pieczęć. Czuł, że w liście nie znajdzie nic nadzwyczajnego, ale mimo to głodny był widoku słów skreślonych ręką Agnieszki, którą uważał niemalże za córkę. Odruchowo przysuwając się do światła, mrużąc niedowidzące oczy, łapczywie przebiegł wzrokiem po równo wykaligrafowanych liniach. Rozczarowała go zdawkowość przesłanej informacji. Nadolska pisała jedynie, że jest z Maćkiem bezpieczna i mają się dobrze. Prosiła, aby Sulatycki uważał na siebie i nie narażał się bez potrzeby, nawet kosztem majętności. Dalej zaś oznajmiała, że wierzy w boską opiekę i sprawiedliwość, które pozwolą pokonać zło. W ostatnim zdaniu napisała o codziennej modlitwie w intencji bezpieczeństwa i rychłego powrotu małżonka oraz spokoju dla pana Sulatyckiego. Nic więcej. Niby rozumiał stary rękodajny, że Agnieszka musiała być oszczędna w słowach, na wypadek gdyby pismo wpadło w niepowołane ręce, ale zabolała go ta powściągliwość. Westchnąwszy, przeczytał jeszcze raz zwięzłe wersy, próbując się w nich podświadomie doszukać czegoś więcej. Ponieważ jednak nic nowego nie znalazł, kryjąc zawód, uniósł wzrok na Semka.
– Nie dała ci pani Nadolska jakichś poleceń dla mnie?
– Nie. – Gość pokręcił głową.
– Taaak... – podsumował przeciągle pan Wawrzyniec i zasępił się wciąż pochylony nad zapisaną kartką.
Widząc ów niewesoły obraz, na dodatek przybity usłyszanymi wieściami, pocztowy spróbował zmienić nieco niewesoły nastrój, mówiąc rzeczowo:
– Niech waść o wszystkim napisze do jejmość pani, ja zawiozę. A teraz, jeśli łaska, rad bym się z rodzicami spotkać...
– Z rodzicami? – powtórzył bezwiednie Sulatycki, bo zupełnie o czymś innym myślał i nieco wytrąciła go z tych rozważań nagła zmiana tematu.
– Tak – potwierdził młody przybysz, po czym sięgnął po postawioną na podłodze butelkę i dopił resztę wina. Gdy przełknął, wyjaśnił: – Tak samo dla nich tu przyjechałem, jak po to, żeby usłużyć pani Nadolskiej. Poprzednio nie było czasu z matką i ojcem pomówić, a pewnie długo ich nie zobaczę... – Palcami przejechał po brodzie, głucho kończąc: – Może już wcale...
– Aaa! – Niby to złoszcząc się, pan Wawrzyniec machnął dłonią. – Co ty gadasz?
– To – dawny pocztowy Żegoty poważnie popatrzył rękodajnemu w oczy – że ja tu pewnie nie wrócę. Wiosną, jak tylko śniegi stopnieją, z towarzyszami na Sicz znowu pojadę. A tam? – Odchylił się na oparcie krzesła i rozłożył ręce przed sobą. – Tam, jeden Bóg wie, jak się mój los potoczy. Już raz, dzięki jegomości Żegocie, uszedłem spod kosy. Drugi raz mogę nie mieć tyle szczęścia.
Sulatycki prychnął nerwowo i wstał z posłania. Przeszedł się w tę i we w tę po izbie, myśląc gorączkowo o tym, czego chciał Semko, a także o czymś zupełnie innym, co właśnie rodziło się w głowie starego szlachcica. Po jakiejś minucie przystanął i wskazał palcem na swoje posłanie.
– Tu się prześpij.
– Ale gdzie tam jegomość, starczy mi w kącie! – spróbował zaprotestować młody gość, lecz pan Wawrzyniec przerwał mu w pół zdania:
– Nie gadaj, tylko się kładź! – Oparł się dłońmi o stół i patrząc na dawnego pocztowego, powiedział. – Do rana nikogo z izby czeladnej nie będę wołał, więc na jedzenie musisz poczekać. Śniadanie zwykła przynosić mi służka do jadalni, ale powiem, żem się bólów w krzyżach nabawił i wstawał z łoża nie będę. Każę posiłek tutaj podać i wołać twoją matkę, bo przecież zna się na chorobach. Będziesz się z nią mógł do woli nagadać, a potem twojego ojca zawezwę, niby to dla rozkazania, co ma parobkom polecić do zrobienia. Może tak być?
– No jakże! – zgodził się skwapliwie Semko.
– Więc słuchaj dalej. – Sulatycki zmarszczył brwi. – Obiad i wieczerzę też tutaj dostaniesz. Wypoczniesz i posilisz się, z rodzicielami nagadasz, a ja w tym czasie list przygotuję. Na noc zaś trzeba ci się będzie zebrać, bo zaraz by się mógł ktoś zorientować, że tu się skrywasz. Przemkniesz się do konia, tylko nie daj się złapać, a potem pojedziesz...
– Pewnie! – podchwycił dawny pocztowy. – W dwa dni u pani Nadolskiej będę!
Pan Wawrzyniec, nie spuszczając oczu z gościa, wolno pokręcił głową:
– Idzie o to, Semko, że chciałbym, byś zupełnie gdzieś indziej się udał. – Zmrużył oko. – Zrobisz to dla mnie i pani Agnieszki? Pojedziesz?
Młody mężczyzna dłonią przejechał po ostrzyżonej do gołej skóry głowie, uśmiechnął się, wzruszył ramionami i mruknął:
– Jak trzeba, pojadę.
Pan Wawrzyniec wyprostował się, niespiesznie podszedł do stojącej w kącie skrzyni, przez chwilę pogrzebał w niej, a na koniec wrócił, ściskając coś w ręce. Myślał Semko, że chce mu w garść jakiś grosz wcisnąć i już miał odmówić, gdyż aż nadto dostał od pani Nadolskiej, lecz zdziwił się, kiedy mu Sulatycki przed nosem dłoń otworzył. Na jego ręce leżała mała ołowiana kula z pistoletu. Pocztowy podniósł na gospodarza pytający wzrok, na co ten powiedział:
– Posłuchaj mnie uważnie, bo trzeba ci będzie wszystko, co rzeknę, jak należy powtórzyć panu Cameronowi w Zamościu. Znasz tego Szkota, bywał tu przecież, a i on ciebie pamięta. Gdybyś go w mieście nie znalazł, wypytasz się kogo trzeba i pojedziesz go dalej szukać. Musisz go prędko znaleźć. Jak najprędzej. – Stary szlachcic położył dłoń na ramieniu siedzącego przed nim Kozaka i popatrzył mu w oczy. – Weźmiesz ode mnie tę kulę oraz list, lecz w nim dla bezpieczeństwa o innych sprawach napiszę. Ty zaś oddasz ten pocisk panu Cameronowi i powiesz mu...
Popłynęły ciche słowa z usta pana Wawrzyńca, a zasłuchany Semko karbował je w pamięci, aby z nich nic nie uronić. Wyłaniała się z tych zdań historia zbrodni na odrzechowskich polach, a także nadzieja jej ukarania. Z nią zaś pojawiła się iskra wiary, że wszystko, co złe zdarzyło się w Wygnance za sprawą Ramułta i Stano, można jeszcze odwrócić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Platon, Państwo, księga X, przeł. Władysław Witwicki. ↩
2 Duży stóg siana lub słomy. ↩
