Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Hailey Scott tylko udaje, że żyje. Chociaż z wypadku samochodowego, w którym straciła siostrę, wyszła niemal bez szwanku, tamtej nocy coś w niej umarło. Mimo że dziewczyna stwarza pozory normalności, ciągle szaleją w niej emocje: smutek, samotność i żal. Tłumi ból alkoholem, a pod maską obojętności skrywa destrukcyjne poczucie winy.
Raiden Graves ma gdzieś, co myślą o nim inni. Dla niego liczą się tylko wyścigi motocyklowe, praca i garstka najbliższych znajomych – w tej kolejności. Wszystko inne jest mu absolutnie obojętne. Jednak, gdy w jego życiu pojawia się Hailey, Raiden zaczyna kwestionować kłamstwa, które opowiadał sobie od lat. I choć oboje ciągle wzajemnie się ranią, ta niszczycielska relacja staje się jedyną prawdziwą rzeczą w ich życiu.
Nielegalne wyścigi. Zakrapiane imprezy. Toksyczne relacje. Poznaj mroczną stronę Detroit, gdzie każde zderzenie może być tym ostatnim.
___________________________________________________________________________
Hope S. Ward - pseudonim autorki mieszkającej w Poznaniu, która zadebiutowała w 2022 roku. Hope kocha nocne przejażdżki samochodem, kawę, podróże oraz koreańską kuchnię i popkulturę, zwłaszcza muzykę. Jednak najwięcej radości daje jej pisanie historii, które są emocjonalnymi rollercoasterami, i budowanie relacji z czytelnikami. Choć ostrzega: nie oszczędza ani czytelników, ani bohaterów.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Hope S. Ward
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026
Opieka wydawnicza: Julita Gębska
Redakcja tekstu: Agnieszka Bogucka
Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak
Adaptacja makiety na potrzeby wydania: Agnieszka Gontarz
Ilustracja w książce: rawpixel.com / Freepik
Adiustacja i korekta: d2d.pl
Promocja i marketing: Gaja Grochocka
Projekt okładki: Magda Gardeła
ISBN 978-83-8399-566-3
www.uniesienia.pl
Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla każdej dziewczyny, której życie dzieli się na to „przed nim” i „po nim”.
Dla każdej osoby, która musiała nauczyć się żyć po stracie.
Dla tych, którzy widzą więcej i odważyli się szukać światła w mroku.
I dla tych, którzy upadli, ale znaleźli w sobie siłę, by wstać.
„Mam w sobie wielką miłość, której nie potrafisz sobie wyobrazić. Oraz wielki gniew, który zadziwiłby Cię ogromnie. Jeśli nie zaspokoję jednego… pogrążę się w drugim”.
Mary Shelley, Frankenstein, tłum. Paweł Szadkowski
Drogi Czytelniku, w trosce o Twój komfort pragnę już na wstępie poinformować o kilku istotnych kwestiach związanych z treścią tej książki.
Collide zawiera szczegółowe opisy scen erotycznych i wulgarny język, a także porusza tematy, które mogą być trudne lub niekomfortowe dla części odbiorców. W fabule pojawiają się również wątki związane z żałobą i śmiercią, a także depresją, myślami samobójczymi oraz innymi problemami natury psychicznej. Niektóre wydarzenia czy sposób przedstawienia relacji między bohaterami mogą budzić kontrowersje. Ich więź jest skomplikowana i niejednoznaczna, dlatego nie należy jej traktować jako wzorca zdrowego związku. Jako autorka nie pochwalam wszystkich decyzji podejmowanych przez bohaterów ani ich zachowań.
Jeśli masz obawy, że którykolwiek z tych tematów może wpłynąć negatywnie na Twoje samopoczucie, proszę, rozważ, czy ta lektura jest dla Ciebie odpowiednia. Pamiętaj, że Twój komfort jest najważniejszy.
Miej też na uwadze, że wszystko, co znajdziesz w Collide, jest fikcją. Chociaż książka porusza trudne tematy, to jej bohaterowie, relacje między nimi oraz przedstawione tu wydarzenia są tylko wytworami wyobraźni.
Jeśli jednak mimo powyższych ostrzeżeń postanowisz przeczytać tę książkę, z całego serca Ci za to dziękuję.
Jeśli zmagasz się z traumą, depresją lub innymi problemami, nie wahaj się prosić o pomoc. Nie jesteś sam/sama. Są ludzie, którzy chcą i mogą Ci pomóc. Skorzystanie ze wsparcia specjalistów to oznaka siły, a nie słabości.
Jeżeli potrzebujesz pomocy, skontaktuj się z odpowiednimi instytucjami:
116 123 – telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
800 70 22 22 – Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym
800 108 108 – telefon wsparcia dla osób w żałobie i po stracie
Proszę, dbaj o siebie i pamiętaj, że nie jesteś sam/sama.
1. Justine Skye, Tyga – Collide
2. Travis Scott, Playboi Carti – Fe!n
3. NF – Hate Myself
4. Eminem, Sia – Beautiful Pain
5. The Neighbourhood – W.D.Y.W.F.M?
6. Chase Atlantic – Numb to the Feeling
7. Britney Spears – My Prerogative
8. Radiohead – Everything in Its Right Place
9. Lil Peep – Star Shopping
10. Evanescence – Going Under
11. Billie Eilish – Bittersuite
12. The Weeknd – House of Balloons / Glass Table Girls
13. The Neighbourhood – R.I.P. 2 My Youth
14. Metallica – The Unforgiven
15. Isabel LaRosa – Help
16. my!lane – This Feeling
17. Artemas – Wet Dreams
18. Linkin Park – Numb
19. Lana Del Rey – Dark Paradise
20. Ellie Goulding, Juice WRLD – Hate Me
21. Radiohead – Creep
Zapraszam Cię do świata, w którym bohaterowie szukają światła w ciemności, prawdy pośród kłamstw i miłości w towarzystwie śmierci. Do miejsca, gdzie milczenie mówi więcej niż słowa, a cisza bywa głośniejsza niż krzyk. Bo tutaj każdy coś ukrywa… Czasami nawet przed samym sobą.
– Błagam, wybacz mi…
Leżałam na zimnej i wilgotnej ziemi z twarzą przyciśniętą do granitowej płyty. Wygrawerowane na niej litery rozmazywały mi się przed oczami z powodu łez.
Imię. Nazwisko. Data. To wszystko, co mi pozostało.
– Przepraszam – wyszeptałam w otaczającą mnie nicość. – To wszystko moja wina. Gdybym tylko wtedy… – Mój głos zadrżał i nie wypowiedziałam już ani słowa.
Łzy płynęły nieprzerwanie po moich policzkach, a ciało drżało od chłodu i ciężaru emocji, które mną targały. Nie potrafiłam uciszyć myśli w głowie, bo wiedziałam, że to powinnam być ja. To ja powinnam była umrzeć.
Tamtego wieczoru wszystko, w co wierzyłam – marzenia, pragnienia i nadzieje – legło w gruzach. Możemy snuć plany i wizje naszych reakcji w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach, ale nigdy, przenigdy nie będziemy w stanie przewidzieć wszystkiego. Życie jest nieobliczalne, zadaje nam ciosy wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Wystarczyła jedna noc, żeby wszystko się zmieniło.
Jedna decyzja, która na zawsze wycisnęła piętno na moim życiu. A mimo to nie szukałam ratunku.
Nie chciałam go.
Aż pojawił sięon,a razem z nim – moje wybawienie.
Wystarczyło jedno spojrzenie.
Przypadkowe muśnięcie dłoni.
Pocałunek, którego żadne z nas nie planowało – i świat, który znałam, rozpadł się w ciszy.
Czy gdybym wiedziała, dokąd mnie to zaprowadzi, postąpiłabym inaczej?
Uciekłabym?
Chciałam wierzyć, że tak, ale prawda była inna.
Bo to, co mnie przerażało…
…było też tym, co zaczęło mnie leczyć.
Raiden
Istniały dziesiątki sposobów na śmierć. Gdy z tlącym się papierosem w dłoni siedziałem na podłodze w ciemnym pokoju, czasami zastanawiałem się, który bym wybrał. Jak chciałbym umrzeć? Zrobiłbym to szybko czy powoli? Świadomie czy we śnie? Czy podciąłbym sobie żyły, skoczyłbym z dachu wieżowca, a może naćpałbym się antydepresantami?
Z moich rozmyślań wynikało jedno: nie bałem się śmierci. Niekiedy nawet chciałem umrzeć.
Czasami wręcz za bardzo tego chciałem.
– Kurwa, Raiden. – Poczułem, że ktoś klepie mnie po ramieniu. Tym kimś był Xander. Uniosłem na niego wzrok i ostentacyjnie wsunąłem papierosa między wargi. – Słuchałeś mnie w ogóle?
Faktycznie coś mówił. Od dwudziestu minut pieprzył o jakiejś imprezie, a ja nie miałem ochoty na cały ten szajs.
– Kiedy ona jest? – zapytałem, wydychając kłęby dymu.
Całkiem możliwe, że to właśnie ten nałóg przyczynił się ostatnio do pogorszenia mojej kondycji fizycznej.
– W sobotę.
– W tę sobotę? – Spojrzałem na niego, unosząc brew, i zgasiłem papierosa w popielniczce.
Xander skinął głową i czekał na moją odpowiedź, wlepiając we mnie wzrok jak golden retriever.
– Nie ma szans – odparłem, podnosząc się z niewygodnego drewnianego krzesła. Przesunąłem nim po parkiecie, który z całą pewnością pamiętał lepsze czasy, tak samo jak cały ten bar, a potem schowałem paczkę fajek do kieszeni spodni. – Mam wyścig do wygrania.
– Świat by się nie skończył, gdybyś ominął któryś wyścig.
– Muszę ćwiczyć i wygrywać, tym bardziej że w przyszłym roku znowu czeka mnie Ghost Race.
– Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz brać w nim udział – wymamrotał, snując się za mną jak cień z posępną miną.
– A ja nie rozumiem, dlaczego masz z tym taki problem. – Położyłem na blacie kilka wymiętych banknotów i skinąłem do Ryana, który akurat czyścił kufle. – W zeszłym roku bez problemu wygrałem.
– Ta – odburknął. – Bo Knox wylądował na ścianie i została z niego mokra plama.
Skrzywiłem się na to wspomnienie. Nie lubiłem gnoja, ale widok jego ciała i roztrzaskanej czaszki sprawił, że przez kilka nocy po wyścigu nie mogłem spać. Ciągle budziłem się spocony, więc piłem wódkę, żeby zasnąć, a potem rzygałem jak pies. Nikomu się do tego nie przyznałem, lecz po tamtym dniu miałem sny, w których to ja lądowałem na murze. To mój mózg i moją krew zmywali z asfaltu. Te sny szybko minęły, bo ostatecznie życie nie było czymś, na czym szczególnie mi zależało. I przez długi czas sądziłem, że to się nigdy nie zmieni…
– Masz do mnie coś jeszcze? – zapytałem, bo pragnąłem czym prędzej się stamtąd zmyć.
– Nie.
Przelotnie na niego spojrzałem i dostrzegłem, że chciał coś dodać, bo na chwilę rozchylił usta, ale zaraz je zamknął. Zapewne zauważył moje nastawienie do tej rozmowy, bo skapitulował. I dobrze. Nie chciało mi się słuchać tego wszystkiego po raz kolejny. Znałem ryzyko moich decyzji.
Bez słowa pożegnania wyszedłem, żeby wsiąść na moje Ducati. Czarne jak smoła, jak moja cholerna egzystencja.
Włożyłem kask i odpaliłem silnik. Jego ryk odbił się echem od ścian budynków. Powietrze owiało moją twarz, zanim spuściłem szybkę i wyjechałem na ulicę. O tej porze miasto było puste, niemal wymarłe. Lubiłem, gdy nikt na mnie nie patrzył podczas jazdy, gdy mogłem po prostu istnieć, bez cienia zainteresowania ze strony kogokolwiek.
Przyspieszyłem. Wibracje motocykla przenikały moje ciało. Każda dziura w asfalcie i każdy zakręt były tylko kolejnymi przeszkodami do pokonania. Moje mieszkanie nie znajdowało się daleko, ale chyba specjalnie wybrałem okrężną drogę. Może liczyłem na to, że los rzuci mi jakąś przeszkodę, której nie będę w stanie ominąć. Coś, co sprawi, że nie będę musiał dalej pędzić.
Noc była jednak spokojna i cicha, przez co głosy w mojej głowie stały się zbyt głośne. Po kilku minutach zahamowałem przed szarą kamienicą, która stanowiła dla mnie bardziej więzienie niż dom. Wyłączyłem silnik i przez chwilę siedziałem nieruchomo, pozwalając jego dźwiękowi ucichnąć. Zdjąłem kask i spojrzałem w górę, na ciemne okna mojego mieszkania. Miałem dwadzieścia trzy lata, mieszkałem sam i – paradoksalnie – samotność nie była dla mnie ciężarem. Czasami miałem wrażenie, że to właśnie ona idealnie do mnie pasuje. Nie czekało tam na mnie nic i też niczego nie oczekiwałem. Żadnego ciepła, żadnej ulgi. Jedynie kolejne godziny, które trzeba było przetrwać, zanim znowu będę mógł poczuć coś, co przypomina życie. Zazwyczaj były to wyścigi. Przez tych kilka chwil, kiedy gnałem wyznaczoną trasą, starając się prześcignąć życie lub dogonić śmierć, czułem się żywy.
Wszedłem do kamienicy. Ciemny korytarz przywitał mnie ciszą przerywaną brzękiem starych, ledwo działających świetlówek. Skrzypienie schodów odbijało się echem. Tutaj nic się nie zmieniało. Nie było tu życia, nie było niczego, co mogłoby mnie tu zatrzymywać.
Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. W chłodnym, ciemnym wnętrzu stało kilka mebli: proste i funkcjonalne rzeczy, które nie miały żadnego znaczenia – poza tym, że spełniały swoje zadanie. Nic osobistego – żadnych zdjęć, żadnych przedmiotów, które mogłyby przypominać o czymś lub o kimś. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i rzuciłem klucze na stół.
Zdjąłem bluzę i odrzuciłem ją na krzesło, a potem wyjrzałem przez okno. Światła latarni oświetlały pustą ulicę, a ich blask odbijał się w mokrym asfalcie. Dźwięk deszczu uderzającego o szybę ledwo do mnie docierał.
Poczułem rosnącą pustkę, która towarzyszyła mi od dawna. Czasami była silniejsza, czasami słabsza, ale zawsze obecna. Ten stan oderwania, który sprawiał, że wszystko dookoła wydawało się odległe i bez znaczenia.
Otworzyłem lodówkę, choć wiedziałem, że niczego w niej nie znajdę. Tylko kilka puszek piwa i jakieś resztki, które dawno powinny zostać wyrzucone. Zamknąłem drzwiczki i oparłem się o blat, wpatrzony w przestrzeń przed sobą. Myśli krążyły wokół jednego pytania: Co dalej? Odpowiedź była zawsze taka sama. Nieważne, co zrobię, i tak nic się nie zmieni. Życie toczyło się swoim rytmem, a ja byłem jego widzem bez prawa głosu.
Sięgnąłem po telefon, żeby sprawdzić wiadomości. Nic nowego. Kilka powiadomień, które mogłyby czekać w nieskończoność. Rzuciłem go na stół i ponownie spojrzałem przez okno.
Krople deszczu spływały po szybie, zacierając widok miasta. Czas mijał, a ja stałem tam, jakbym czekał na coś, co nigdy nie nadejdzie. W końcu zgasiłem światło i ruszyłem do sypialni. Łóżko stało nietknięte, tak jak zostawiłem je rano. Usiadłem na krawędzi i zdjąłem buty – mechanicznie, bez pośpiechu. W pokoju było ciemno, ale nie zapaliłem światła. Potrzebowałem ciemności, tak jakbym znajdował w niej jakieś dziwne ukojenie.
Położyłem się wreszcie, lecz wciąż wpatrywałem się w sufit. Deszcz bębnił o szyby, a miasto żyło gdzieś w oddali. Zacisnąłem powieki, próbując zatrzymać myśli, ale one nie chciały zwolnić ani zniknąć. Krążyły wokół tych samych pytań, tych samych wątpliwości.
Wiedziałem, że choć w końcu zasnę, sen nie przyniesie mi ulgi, że rano obudzę się z tym samym poczuciem pustki, z tym chłodem w sercu, które będą towarzyszyły mi przez kolejny dzień i kolejną noc. I będzie tak do czasu wyścigów. Wtedy ryzyko sprawi, że moje serce zacznie mocniej bić.
A później znowu cisza i znowu pustka. I tak bez końca.
*
W warsztacie unosił się zapach oleju i smaru. Pracowałem nad silnikiem starego Chevroleta, który już dawno powinien zostać wyrzucony na złom, ale jego właściciel miał co do tego inne plany. Silnik stary jak świat, pełen osadu i zużytych części. Był na granicy życia i śmierci, zupełnie jak ja. Wymieniałem uszczelkę pod głowicą, ręce miałem umazane olejem. Rutyna. Wszystko sprowadzało się do automatycznych ruchów.
Kiedy telefon zadzwonił, byłem akurat w trakcie przykręcania jednej ze śrub. Wyciągnąłem go z kieszeni kombinezonu i spojrzałem na ekran. Ava. Westchnąłem cicho i przez chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle odebrać. Wiedziałem jednak, że jeżeli tego nie zrobię, będzie dzwonić do skutku. Wytarłem dłonie w szmatkę i przesunąłem palcem po ekranie.
– Co tam?
– Raiden! – W jej głosie słychać było uśmiech, jakby świat za jej oknem wyglądał zupełnie inaczej niż ten przed moimi oczami. – Co robisz?
– Pracuję – odpowiedziałem znudzonym głosem, spoglądając na silnik, który kończyłem składać.
– Słuchaj, mam sprawę – zaczęła. – W ten weekend jest impreza i…
– Już mówiłem Xanderowi, że nie przyjdę – przerwałem jej, przykręcając ostatnią śrubę. – Mam wyścig.
– Wiem przecież – przyznała, czułem jednak, że nie zamierza odpuścić. – Ale wyścig masz o północy, więc możesz wpaść na chwilę. Kiedy ostatnio spędziliśmy czas wszyscy razem?
– Ava, nie mam nastroju na imprezy. – Odsunąłem się od samochodu i oparłem o blat roboczy.
– Ostatnio ciągle w ten sposób się wykręcasz. W Nocturne też się już prawie nie pojawiasz. Zrozum, że za tobą tęsknimy, idioto – wytknęła mi. – Nie daj się prosić. Możesz wpaść na godzinę czy dwie, a stamtąd od razu pojedziemy razem na wyścig.
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem, że choć moje życie było cholerną porażką, to moi przyjaciele stanowili tę niewielką jego część, którą mogłem nazwać sukcesem. Zawsze byli ze mną. Jeździli na każdy wyścig, kibicowali mi i wspierali mnie, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W rzeczywistości tego nie potrzebowałem – ale przecież byli moimi przyjaciółmi. Powinienem ich potrzebować…
– Słuchaj, Ava…
– Raiden, proszę – weszła mi w słowo zaskakująco stanowczym głosem. – Wiemy, że wyścigi są dla ciebie ważne i masz gorszy czas, bo ostatnio wiele rzeczy się spieprzyło.
Przewróciłem oczami, choć nie mogła tego zobaczyć. Była uparta, a ten jej upór czasami przebijał się przez moje bariery. Zamilkłem, próbując znaleźć jakąś wymówkę, ale każda z nich wydawała się płytka i nieszczera. Wiedziałem, że prędzej czy później i tak się zgodzę. Zawsze tak było, gdy Ava próbowała postawić na swoim.
– Dobra – westchnąłem – wpadnę na chwilę przed wyścigiem.
Czułem, że się uśmiechnęła, gdy odniosła swój mały sukces.
– Wiedziałam, że się zgodzisz! – Starałem się zignorować jej zwycięski i radosny ton. – Zwiniemy się razem z imprezy i pojedziemy ekipą na wyścig. Nie musisz nawet o to prosić! – dodała prześmiewczo.
– Tak jakbym kiedykolwiek to zrobił – rzuciłem z przekąsem.
– Dobra, tak jakby muszę kończyć, bo zaraz szef da mi popalić.
Rozłączyła się, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Schowałem telefon do kieszeni i wróciłem do pracy, ale moje myśli krążyły wokół nadchodzącego weekendu. Względny spokój jednak nie trwał długo, bo zaraz usłyszałem znajomy warkot silnika. Uniosłem wzrok i zatrzymałem go na pomarańczowym Dodge’u Challengerze z dziewięćdziesiątego ósmego, z którego chwilę później wyłonił się Ronan.
– Macie dzisiaj jakiś dzień uwagi dla Raidena? – zapytałem kpiąco, krzyżując ręce na torsie.
Zmierzyłem wzrokiem przyjaciela, który zbliżał się do mnie pewnym krokiem, marszcząc czoło w reakcji na moje złośliwe pytanie.
– Chyba nie wiem, o co ci chodzi – odparł bez krzty emocji.
– Twoja dziewczyna przed chwilą do mnie dzwoniła i truła mi dupę – wyjaśniłem, zbijając z nim żółwika.
– O imprezę?
Skinąłem głową.
– I co, zgodziłeś się? – spytał, ale nie wydawał się szczególnie zainteresowany odpowiedzią.
Bo właśnie taki był Ronan. Może dlatego, że był najstarszy z nas wszystkich – miał dwadzieścia pięć lat – i nie interesowały go już te dramy, plotki i inne gówna, którymi czasem żywiła się jego o cztery lata młodsza dziewczyna. Zresztą sam miał swój bałagan, który próbował ogarnąć. I może dlatego to właśnie z nim z całej ekipy najlepiej mi się rozmawiało. Nie wywierał presji.
– A miałem jakiś wybór?
Ronan oparł się o maskę Chevroleta i wyciągnął paczkę papierosów z kieszeni. Przez chwilę stał w ciszy, wpatrując się w mnie, jakby na coś czekał.
– Pewnie nie. – Spojrzał na mnie z ukosa. – A tak serio, to co się z tobą ostatnio dzieje?
Przyglądałem mu się przez chwilę, próbując ogarnąć napierające z każdej strony myśli. Od jakiegoś czasu unikałem wszystkiego, co nie było związane z wyścigami lub warsztatem, w którym pracowałem.
– Nic się nie dzieje.
– Nic się nie dzieje – powtórzył, przeciągając każde słowo. – Kumasz, że to tak naprawdę znaczy: „Wszystko się jebie, ale nie chcę o tym gadać”, co nie?
Przewróciłem oczami i odszedłem od auta. Sięgnąłem po klucz do śrub, jakby powrót do pracy mógł w jakiś sposób uratować mnie od tej rozmowy.
– Może mam po prostu tego wszystkiego dość?
– Wszystkiego? – zapytał. – Czyli tak właściwie czego? Nas, wyścigów czy warsztatu?
– To znaczy, kurwa, wszystkiego.
– To co, skoro masz dość, to może zostaw robotę w warsztacie, rzuć wyścigi i…
– Wcale nie powiedziałem, że chcę coś rzucać, a już z pewnością nie wyścigi – warknąłem, czując, jak narasta we mnie irytacja. – Ale to Ava zaczęła pieprzyć, że „ciągle mnie nie ma” i „wszyscy za mną tęsknią”. Tak jakbym miał na to czas.
Ronan zapalił papierosa, zaciągnął się i wypuścił dym, przyglądając mi się spod zmrużonych powiek.
– Stary, ona ma trochę racji. Ostatnio faktycznie wszędzie cię brakuje. – Przerwał na chwilę, jakby szukał odpowiednich słów. – Przemyśl to tylko, nic więcej. – Poklepał mnie po ramieniu, a następnie skinął na swój samochód. – Znajdziesz chwilę, żeby zajrzeć pod maskę? Coś stuka. Nie wiem, czy pasek rozrządu nie jest do wymiany.
– Daj mi pięć minut i rzucę okiem – mruknąłem, odsuwając na bok ubrudzoną szmatkę. – A jak z młodym? – spytałem, postanawiając zapalić szluga.
Ronan ciężko westchnął i potarł kark dłonią.
– Niby dobrze, ale skubany ostatnio zajebał mi kasę z portfela i nie chciał powiedzieć, po co mu była.
– Myślisz, że w coś się wpakował? – Zaciągnąłem się dymem, mrużąc oczy.
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Mam nadzieję, że nie, ale ma piętnaście lat, a jego jedynym wzorcem był ojciec diler, który skończył za kratkami.
Skinąłem głową ze zrozumieniem, bo sytuacja nie była kolorowa. Ronan w wieku dwudziestu dwóch lat zajął się przyrodnim bratem i starał się, żeby młody wyrósł na ludzi, dzieciak jednak wychowywał się już wcześniej w konkretnym środowisku. Chciałem coś doradzić, lecz chyba byłem ostatnią osobą, która powinna się wypowiadać na ten temat. Moje życie wyglądało zupełnie inaczej, a jednak nie studiowałem prawa, jak chciał mój ojciec. Pracowałem w warsztacie i brałem udział w nielegalnych wyścigach. Powinienem pewnie odnosić sukcesy, bo wychowywał mnie nie diler, ale sędzia.
Cóż, najwidoczniej też miałem gówniane wzorce.
Hailey
Obudziłam się, zanim zadzwonił budzik. Tak było każdego dnia od wypadku. Jeśli sen w ogóle przychodził, to niełatwo, a kiedy już zasypiałam, to na krótko. Zawsze ten sam ciężar, ten sam lęk, który trzymał mnie w swoim uścisku i nie pozwalał odpocząć. Przez chwilę leżałam bez ruchu, wpatrując się w sufit. W głowie wciąż miałam resztki snu, mgliste obrazy, które szybko się rozpłynęły.
Westchnęłam cicho i wstałam z łóżka. Pokój był pogrążony w półmroku. Przez zaciągnięte zasłony przesączało się blade światło. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła siódma. Jeszcze trochę czasu, zanim rodzice wyjdą do pracy. Mogłam leżeć dalej i udawać, że śpię, ale to nie miało sensu. Zsunęłam się więc z łóżka, a moje stopy dotknęły zimnej podłogi. Przeszłam przez pokój, szybko się ubrałam i… zatrzymałam się na chwilę przy lustrze. Wzięłam głęboki wdech i powoli wypuściłam powietrze. Spojrzałam na swoje odbicie i uniosłam kąciki ust, ćwicząc uśmiech, którym codziennie okłamywałam wszystkich dookoła, bo nie był prawdziwy. Nie był od bardzo dawna.
Delikatnie uchyliłam drzwi. Na korytarzu panowała cisza. O tej porze dom jeszcze nie zdążył wypełnić się zwykłym, codziennym hałasem.
W kuchni zastałam mamę, która przyrządzała sobie kawę. Tata stał obok, czytając gazetę jak co rano.
– Dzień dobry – odezwałam się cicho, próbując jak zwykle brzmieć normalnie, niemal pogodnie, choć tak naprawdę nic nie czułam.
– Hailey, kochanie. – Mama uśmiechnęła się do mnie, jednak w jej oczach widziałam troskę i ból. – Jak się spało?
– Dobrze, dziękuję – skłamałam.
Kłamstwo opuszczało moje usta częściej niż prawda. Nawet nie wiedziałam, kiedy to się stało.
Tata spojrzał na mnie znad gazety i bez słowa wrócił do czytania. Nadal nie rozumiałam, dlaczego wciąż wybierał papierowe wydania zamiast elektronicznych. Był chyba jedynym człowiekiem na ziemi, który jeszcze nie dał się omotać technologii.
Zajęłam się śniadaniem, choć dawno już straciłam apetyt. Wsunęłam kromkę chleba do tostera i przyglądałam mu się wyczekująco.
– Masz na dziś jakieś plany? – zapytała mama, podchodząc bliżej.
Wzruszyłam ramionami. Najchętniej wróciłabym do łóżka, ale cały czas myślałam o pracy, której nadal nie znalazłam.
– Pewnie będę szukać pracy – odpowiedziałam po chwili. – Przejrzę ogłoszenia. W końcu muszę się tym zająć.
Mama się uśmiechnęła, choć wiedziałam, że spodziewała się czegoś innego. Pewnie nadal liczyła, że zmienię zdanie. Odkąd pamiętam, rodzice mówili o studiach. Tak widzieli moją przyszłość. Zachowywali się, jakby życie miało jasno wyznaczoną ścieżkę, którą powinnam podążać. I może kiedyś tak było. Może kiedyś też tego chciałam. Ale wszystko się zmieniło.
– To dobrze – odparła trochę zbyt entuzjastycznie. – Pamiętaj, że zawsze możesz z nami porozmawiać, jeśli będziesz potrzebować pomocy.
– Wiem, mamo – powiedziałam, unosząc filiżankę z kawą do ust, żeby ukryć lekkie drżenie dłoni. – Poradzę sobie.
Zamieniłyśmy jeszcze kilka zdań, aż w końcu mama przytuliła mnie na pożegnanie. Tata natomiast nawet na mnie nie spojrzał i bez słowa wyszedł do pracy. W końcu zostałam sama, ale w mojej głowie dudniło niewypowiedziane na głos pytanie: „Co dalej, Hailey?”.
Wzięłam głęboki wdech i wyjęłam z kieszeni telefon, żeby sprawdzić wiadomości. Ava już pewnie dawno była na nogach. Od kilku miesięcy dorabiała w kawiarni, a za niecały miesiąc miała wrócić na trzeci rok dziennikarstwa.
Ja
Hej, co u ciebie?
Liczyłam na szybką odpowiedź – i się nie pomyliłam. Kilka sekund później komórka zabrzęczała w mojej dłoni.
Ava
Hej, szykuję się do pracy i jestem chyba trochę spóźniona. Kto normalny otwiera kawiarnię o 7 rano?! A ty jak tam?
Ja
Przynajmniej szybko kończysz i szef idzie ci na rękę. Ja ambitnie próbuję udawać, że wiem, co robię z życiem. No i mama pytała znowu o moje plany… Chyba wciąż się łudzi, że pójdę na studia.
Ava
Szef idzie mi na rękę, bo lubi patrzeć na moje cycki. A co do mamy… Każdy szanuje twoją decyzję. Jesteś już dorosła (choć to nadal dziwnie brzmi, wiesz?), a rodzice chcą dla ciebie dobrze, tylko się martwią. Sama wiesz, że kiedyś zamierzałaś iść na studia…
Ja
Dobrze, że lubi tylko popatrzeć! I wiem, że rodzice się martwią, ale może kiedy znajdę jakąś pracę, to w końcu odpuszczą.
Na chwilę zapadła cisza. Wpatrywałam się w telefon, czekając na kolejną wiadomość.
Ava
Gdyby spróbował zrobić coś więcej, to mogłoby się dla niego źle skończyć. Na razie nie mówiłam o tym Ronanowi… Praca na pewno pomoże, ale musisz to zrobić dla siebie. Zresztą wyjście z domu też ci nie zaszkodzi. Skończyłaś szkołę 2 miesiące temu i o ile wiem, prawie nie wychodzisz z pokoju.
Zanim zdołałam zebrać myśli i coś jej odpisać, dostałam od niej kolejną wiadomość.
Ava
Jeśli chcesz, mogę zapytać, czy nie potrzebują kogoś w barze, do którego chodzę ze znajomymi.
Ja
A dlaczego sama się tam nie załapiesz, skoro masz zboczonego szefa?
Ava
Chodzę tam ze znajomymi, naciągaliby mnie na darmowe drinki i nie dostałabym nic z wypłaty. Poza tym to praca głównie wieczorami, czyli o jedynej porze, kiedy mogę się spotkać z Ronanem.
Ja
Hm, w porządku, w takim razie możesz zapytać. Dzięki.
Ava
Dobra, spadam, bo nawet moje duże dekolty mi nie pomogą, jeśli za bardzo się spóźnię. Odezwę się wieczorem, może się czegoś wtedy dowiem. Na razie, nie łam się!
Oparłam się o blat i odłożyłam telefon. Ava miała rację. Nie mogłam wiecznie unikać tego tematu, choć to było najłatwiejsze.
Spojrzałam na zegar. Przede mną był cały dzień, a ja już czułam zmęczenie. Musiałam jednak znaleźć pracę albo przynajmniej się za nią rozejrzeć, bo nie mogłam liczyć tylko na to, że Ava załatwi to za mnie.
Usiadłam przy biurku przed laptopem i skupiłam wzrok na ekranie. Praca. To nie mogło być takie trudne. W końcu każdy to robił. Wpisałam: „Oferty pracy Detroit” w wyszukiwarkę i zaczęłam przeglądać ogłoszenia.
Sekretarka, sprzedawczyni, asystentka w biurze – żadne z tych zajęć nie wzbudzało mojego entuzjazmu, ale nie mogłam być wybredna. Kliknęłam w kilka ofert i zapisałam te, które wydawały się mniej odpychające. Strona za stroną, jedno ogłoszenie po drugim, każde bardziej nijakie niż poprzednie: praca biurowa, praca w sklepie, praca za ladą.
Po godzinie przeglądania ofert byłam znużona, zniechęcona i jeszcze bardziej senna. Nawet gdybym w tej chwili się położyła i spróbowała zdrzemnąć, sen zapewne i tak by nie przyszedł. Oparłam więc głowę na dłoni, ziewając, kiedy nagle telefon na blacie obok mnie zaczął dzwonić. Spojrzałam na wyświetlacz. Cassie. Zawahałam się, nie wiedząc, czy w ogóle chcę z nią teraz rozmawiać. W końcu odebrałam.
– Hej – wysiliłam się na pogodny ton.
– Hailey! – zawołała radośnie do słuchawki telefonu, jak zawsze pełna energii. – Co porabiasz?
– Przeglądam ogłoszenia o pracę – westchnęłam, spoglądając na migające reklamy na stronie internetowej. – I wiesz co? To jest nudniejsze, niż się spodziewałam.
– No to może skoczymy na kawę? – zaproponowała. – Do tej naszej ulubionej kawiarni przy szkole.
– Cassie, nie wiem… – zaczęłam, ale natychmiast mi przerwała.
– Zgódź się, proszę. Od zakończenia szkoły prawie w ogóle się nie widujemy.
Zamilkłam na chwilę, szukając jakiejś wymówki, ale Cassie miała rację. Od dłuższego czasu jej unikałam, bo tak było łatwiej. Nie musiałam zmuszać się do kłamstw i udawania kogoś, kim już nie jestem. Jednocześnie nie mogłam spędzić całego dnia, wpatrując się w ekran. Chociaż czy to naprawdę byłoby aż takie złe? Ostatnio moje życie właśnie tak wyglądało. Zamykałam się w swoim pokoju jak w schronie, w którym ukrywałam się przed innymi ludźmi.
– Dobra, zgoda. Za pół godziny.
– Super! To do zobaczenia!
Rozłączyłam się, zamknęłam laptop i wstałam. Poczułam lekkie zawroty głowy, ale to nie było nic nowego. Ubrałam się szybko i pomalowałam, unikając swojego spojrzenia w lustrze. Przed wyjściem chwyciłam torbę, a potem zamknęłam za sobą drzwi.
Detroit powitało mnie zwykłym szumem poranka: samochody przemykały ulicami, z daleka dochodziły dźwięk syreny i szczekanie psów. Wąskie uliczki, stare budynki i blask neonów, który zanikał w świetle dnia. Przeszłam przez kilka przecznic, mijając ludzi spieszących się do pracy. Większość sklepów i kawiarni już tętniła życiem – w tym również miejsce, w którym byłam umówiona z Cassie. W środku jak zawsze pachniało świeżymi wypiekami i kawą, a atmosfera była miła.
Zanim weszłam, przystanęłam na chwilę przed drzwiami i powoli wypuściłam powietrze. Przywołałam na twarz wyuczony uśmiech i dopiero wtedy wkroczyłam do środka. Rozejrzałam się wokół. Cassie już czekała przy oknie. Machnęła do mnie, a ja podeszłam, słabo się uśmiechając.
– Hej! Zamówiłam nam już kawę.
– Dzięki – rzuciłam, zajmując miejsce.
Chwyciłam filiżankę i uniosłam wzrok na Cassie.
– Mów, jak ci idzie szukanie pracy – zagadnęła.
– Nawet nie pytaj – westchnęłam. – Muszę coś znaleźć, ale wszystkie oferty są beznadziejne i zupełnie nie dla mnie.
Cassie skinęła głową i wzięła łyk kawy.
– To słabo – wymamrotała, a potem przygryzła policzek. – Może wzięłabyś cokolwiek, a w tym czasie będziesz szukać czegoś innego?
– Nie wiem, może… – Wzruszyłam ramionami z rezygnacją. – Lepiej mów, kiedy przeprowadzasz się do akademika.
– Jakoś za dwa tygodnie. Już nie mogę się doczekać, aż uwolnię się od rodziców i tej ich wiecznej kontroli.
– Pogodzili się z tym w końcu? Czy twoja matka dalej jest obrażona i odzywa się do ciebie półsłówkami?
Parsknęłam pod nosem na wspomnienie sytuacji, o których opowiadała mi Cassie.
Uniosłam filiżankę do ust i upiłam łyk kawy, przyglądając się rozpromienionej szatynce. Była taka jak ja kiedyś – pełna energii, pewna siebie i gotowa walczyć o to, na czym jej zależało. Czasami znowu chciałam taka być, a nie przybierać maskę i okłamywać bliskich. Nie miałam jednak ochoty na kolejne pytania i wizyty u terapeuty. To i tak nigdy mi nic nie dawało.
– Jest lepiej, ale i tak wciąż modli się o to, żeby akademik się zawalił, spłonął albo żeby uderzyła w niego asteroida. – Zaśmiała się lekko i radośnie, a mnie na ten dźwięk coś ścisnęło w żołądku. – Ale wiesz, kogo spotkałam w zeszłym tygodniu, kiedy szłam z dziewczynami do klubu? – Potarła dłonie, jakby coś knuła, a następnie dodała: – Ashera.
Zamrugałam szybko, by ukryć to, że moje serce na chwilę się zatrzymało. Odchyliłam się na krześle, udając, że mnie to bawi.
– Ashera? – Przeciągnęłam jego imię. – Co tam u niego?
– Pytał o ciebie.
– Zastanawiam się, czy powinnam podziwiać go za wytrwałość, czy może zasugerować mu terapię. Nie wiem, jakie są teraz trendy w stalkingu.
Cassie przewróciła oczami.
– Przecież jest miły, przystojny i wzdycha do ciebie od drugiej klasy.
– Mam się z nim spotykać, bo jest miły i przystojny? – Spojrzałam na przyjaciółkę z politowaniem. – Czy dlatego, że za mną chodzi i nie rozumie słowa „nie”? A może zamiast terapii powinnam sprezentować mu słownik – oznajmiłam z grymasem na twarzy.
Cassie pochyliła się nad stolikiem, intensywnie mi się przyglądając.
– Hailey… – Zawahała się, jakby szukała odpowiednich słów. – Kiedyś przynajmniej byś się z nim zabawiła. Nie musisz od razu planować wspólnej przyszłości, ale może zaszalej jak dawniej. Nie brakuje ci tego?
Spojrzałam na nią, udając, że się zastanawiam, choć temat był dla mnie skończony. Tak naprawdę nie powinien się nawet zaczynać – to były zaledwie sekundy, w których odczuwałam tęsknotę za przeszłością. Szybko jednak dotarło do mnie, że nie tęskniłam ani za tymi ludźmi, którzy się przy mnie kręcili, ani za kacem czy odlotem, jakiego doznawałam na imprezach. Tęskniłam za tym, czego i tak już nigdy nie odzyskam.
– Cóż, wybacz, że cię rozczaruję, ale jak już mówiłam, nie jestem nim zainteresowana.
Byłam zdecydowana, może nawet trochę zirytowana tym, że próbowała mi wcisnąć Ashera. Zgadzając się na to spotkanie, liczyłam, że większość naszej rozmowy będzie dotyczyć Cassie, a nie mnie.
Ukrywanie tego, co naprawdę czułam, było wyczerpujące, ale nie potrafiłam inaczej. Przed rodzicami, znajomymi, a nawet przed przyjaciółką wciąż grałam dawną siebie, choć nie wiedziałam, czy tak naprawdę wciąż nią była.
Robiłam to, bo chciałam spokoju, ale również ze względu na to, że wszyscy właśnie tego ode mnie oczekiwali. Nie rozumieli, dlaczego nieustannie żyłam tamtą nocą, skoro oni potrafili ruszyć dalej. Kiedy to pojęłam, dostosowałam się do ich oczekiwań. Dawałam im taką siebie, jakiej chcieli, byłam jednak również świadoma, że maska, którą nałożyłam, ma pęknięcia. Nie była idealna, ale mało kto to dostrzegał. A raczej nikt. Nikt tego nie widział.
– Dobra, przepraszam – wymamrotała ze skruchą. – Po prostu czasami za tobą tęsknię.
Prychnęłam.
– Przecież tu jestem.
– Wiesz, o co mi chodzi. Brakuje mi dawnej ciebie – wyznała, a ja z trudem przełknęłam ślinę.
– Bo nie chcę się umówić z Asherem? Chyba trochę dramatyzujesz. – Gorzko się zaśmiałam, próbując panować nad emocjami.
Pod stołem wbijałam paznokcie w wewnętrzną stronę ręki, ale na twarzy wciąż miałam grymas udający uśmiech.
– Nie chodzi o niego.
– Więc o co?
Widziałam, że się waha. Nie była pewna, czy powinna cokolwiek mówić, a ja nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.
– Nie chcesz z nami wychodzić na miasto i zazwyczaj szukasz wymówek, kiedy proponuję ci jakiekolwiek spotkanie. Kiedyś byłaś do tego pierwsza, a teraz trudno cię na cokolwiek namówić.
Więc o to chodziło? Nie bawiło mnie imprezowanie do upadłego i to był problem? Nie pomyślała, że gdy ostatnim razem byłam z nimi wszystkimi na imprezie, to…
Potrząsnęłam głową, żeby pozbyć się tego wspomnienia.
– Brakuje ci dawnej mnie? – wysiliłam się na lekko kpiący ton. – Chyba cię teraz nie rozumiem, bo przecież wciąż tu jestem i wcale aż tak się nie zmieniłam. Po prostu nie imprezuję już tak często i nie chce mi się co weekend leczyć kaca po spotkaniach z Lucasem, Charliem i Beatrice. Poza tym… nic się nie zmieniło. Ja się nie zmieniłam.
Kolejne kłamstwo.
Bo prawda była taka, że tamtej Hailey dawno nie było. Zginęła w tamtym wypadku.
A ja… ja nie chciałam nauczyć się żyć na nowo, bo bałam się, że pewnego dnia zapomnę. Zapomnę o tym, co się stało.
– Dobra – westchnęła Cassie. – Może pogadajmy o czymś innym – zaproponowała, ale miałam wrażenie, że po prostu chce zmienić temat, żebyśmy się nie pokłóciły.
Skinęłam głową. Przeszłyśmy na bezpieczniejsze tematy, a piętnaście minut później wstałyśmy od stolika i wyszłyśmy z kawiarni.
Na ulicach Detroit wszystko żyło swoim codziennym tempem, a ja pożegnałam się z Cassie i powoli ruszyłam w stronę domu. Byłam zmęczona, ale przywykłam już do tego stanu. Nie borykałam się z tym od kilku dni, tygodni czy nawet miesięcy. Bezsenność towarzyszyła mi od dwóch lat i czasem miałam wrażenie, że to jedyna stała rzecz w moim życiu.
Kiedy dotarłam do domu, wzięłam telefon i przysiadłam na łóżku. Na ekranie zobaczyłam nową wiadomość od Avy.
Ava
Wzięłam od Ronana numer do właściciela Nocturne. Mam dobre wieści! Powiedział, że przydałby mu się ktoś dodatkowy za barem i do roznoszenia drinków, bo ostatnio jakaś laska się zwolniła. W poniedziałek wieczorem masz do niego przyjść, żeby pogadać o szczegółach. Pomyślałam, że pójdziemy razem, bo i tak widzę się tam z chłopakami. Co ty na to?
Raiden
Głośna muzyka, tłum nieznajomych i mnóstwo alkoholu. Impreza odbywała się w mieszkaniu u kogoś, kogo w zasadzie nie znałem, i miałem w to wyjebane. Ludzie, którzy mnie otaczali, mieli marginalne znaczenie w moim świecie.
Zapach alkoholu i trawki pomieszany z dymem papierosowym unosił się w powietrzu. Pośrodku pokoju tańczyła grupka ludzi, głównie dziewczyn. Niektóre z nich próbowały zwrócić na siebie uwagę facetów seksownymi ruchami bioder. To było takie przewidywalne. Miałem wrażenie, że te wszystkie dziewczyny i te wszystkie imprezy zawsze były takie same. Nic się nie zmieniało.
Przymknąłem powieki, ponieważ dookoła mnie nie było niczego, na czym chciałbym dłużej zawiesić oko. Od niechcenia słuchałem moich niezawodnych przyjaciół, którzy od dziesięciu minut kłócili się z powodu cholernej gry. Tak, kurwa, gry komputerowej.
– Serio?! – Xander był w swoim żywiole. Krzyczał do Avy, chociaż siedzieli obok siebie. – Myślisz, że jesteś w tym lepsza niż ja? To jakbyś porównywała Ferrari do zaprzęgu konnego.
Ronan w całej swojej powściągliwości cicho parsknął na to porównanie. Ava niemal od razu szturchnęła go łokciem, posyłając mu niezadowolone spojrzenie.
– Ferrari, mówisz? – odpowiedziała Xanderowi. – Rozumiem, że to ty jesteś tym konnym zaprzęgiem – wypaliła, umiejętnie go gasząc.
Ava była całkowitym przeciwieństwem Ronana. Ona – drobna blondynka, a on – brunet wielki jak trzydrzwiowa szafa. Nie pasowali do siebie nawet pod względem charakteru. Ta dziewczyna nieustannie mieliła jadaczką i przysięgam, że zamykała się tylko wtedy, gdy coś zajmowało jej usta.
– Zamiast ciągle krytykować, powinnaś spróbować zagrać – podpuścił ją Xander, który może nawet bardziej pasowałby do Avy niż Ronan.
Ava przewróciła oczami.
– Miałabym grać z tobą? – Zaśmiała się kpiąco. – Nie chcę doprowadzić cię do płaczu.
Spojrzałem na Ronana, który obejmował swoją dziewczynę. Z obojętnością przyglądał się tej sytuacji, choć było widać, że i on dostrzegał absurd ich kłótni.
Xander i Ava w końcu zamilkli, ale tylko na chwilę i dlatego, że dołączył do nas Madoc, jak zwykle spóźniony. Wszedł do pokoju, niosąc ze sobą świeżą falę dymu papierosowego, a potem machnął ręką w kierunku całej grupy.
– Siema – powiedział, z impetem opadając na kanapę obok mnie. – O co tym razem się kłócicie? – spytał, przeskakując wzrokiem między Xanderem a Avą.
– Ava twierdzi, że może mnie prześcignąć w każdej grze, choć nigdy nie grała, a ja… – Teatralnie wskazał na siebie, robiąc minę niewiniątka. – Ja tylko pokazuję, gdzie jest jej miejsce.
Madoc się uśmiechnął i powiedział do nich coś, czego już nie słyszałem. Moją uwagę chwilowo przykuła Lexi, która cały czas siedziała na podłokietniku i przesuwała palcami po moim ciele.
– Może wyjdziemy stąd na chwilę? – wyszeptała mi do ucha.
Zanim jej odpowiedziałem, wyjąłem telefon z kieszeni spodni i sprawdziłem godzinę. Jeżeli chciałem zdążyć na wyścig, za pół godziny powinienem się zwijać. To, co proponowała, nie powinno jednak zająć więcej niż kilka minut…
– Chodź – poleciłem.
Lexi ochoczo poderwała się z miejsca. Obciągnęła materiał krótkiej spódniczki i ruszyła za mną.
– A ty gdzie się już zmywasz? – zapytał Madoc.
– Za chwilę wracam – rzuciłem od niechcenia, bo nietrudno było się domyślić, po co wychodziłem, skoro miałem takie towarzystwo.
Chwyciłem ją za rękę i poprowadziłem w stronę jednego z bocznych korytarzy. Lexi szła za mną bez słowa sprzeciwu. Wciągnąłem ją bez uprzedzenia do jednego z pokoi. Zatrzasnąłem za nami drzwi i nie zważając na jej reakcję, naparłem na jej ciało. Była chętna, ale ona zawsze chciała ode mnie jednej rzeczy. No, może dwóch…
Zarzuciła mi ręce na kark i spróbowała mnie pocałować, ale obróciłem głowę. Wargami zacząłem sunąć po jej szyi, starając się zignorować nieprzyjemny posmak na języku. Setki razy jej mówiłem, żeby, kurwa, nie perfumowała skóry, jeżeli zamierzała się ze mną pieprzyć. Zazwyczaj o tym zapominała lub zwyczajnie nie przywiązywała do tego wagi.
Z grymasem na twarzy, którego nie mogła zauważyć, przeniosłem pocałunki na jej ramię, zsuwając ramiączko bluzki. Czułem ciepło ciała dziewczyny, bardziej irytujące niż przyjemne. To również zignorowałem. Przycisnąłem ją mocniej do ściany. Pospiesznie wsunąłem dłonie pod spódniczkę i podwinąłem ją, a następnie przesunąłem palcami po wnętrzu jej ud. Była mokra, ale pewnie już od czasu, gdy siedzieliśmy na kanapie.
Jej ręce zaczęły się przesuwać po moich ramionach, a później palce delikatnie dotykały mojej klatki piersiowej. Czułem jej wargi na swojej skórze i słyszałem przyspieszony oddech. Kiedy spróbowała sięgnąć moich ust, wychrypiałem:
– Odwróć się.
Rozpiąłem rozporek.
Lexi posłusznie to zrobiła i wypięła pośladki w moją stronę. Po omacku sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem prezerwatywę i wsunąłem ją na siebie. Ułożyłem jedną rękę na jej ramieniu, a drugą poprawiłem podwiniętą spódniczkę i ustawiłem się tuż za nią.
Zero rozmowy. Zero uczuć. Zero zobowiązań.
Wszedłem w nią gwałtownie i do samego końca. Głośno krzyknęła, ale nie w wyniku protestu czy bólu. Lexi zawsze była głośna, choć nie zawsze mi to odpowiadało. Nie wiedzieć czemu, denerwował mnie jej skomlący głos, gdy prosiła o więcej lub wyrażała swoje zadowolenie.
Powoli się z niej wysunąłem, ale tylko po to, by jeszcze mocniej się w nią wbić. Powtarzałem ten ruch raz za razem, wypełniałem ją po samą nasadę, a ona w odpowiedzi pojękiwała, mocniej wypinając pośladki w moją stronę. Ułożyła dłonie na ścianie i przycisnęła do niej również zaróżowiony policzek, a ja zacisnąłem palce na jej ramieniu.
Nie było między nami romantyzmu, czułości czy jakiejkolwiek relacji. Lubiliśmy się pieprzyć, ale nie łączyła nas nawet przyjaźń. Była moją znajomą, ale nie ufałem jej tak jak Avie. Ava aktualnie była jedyną dziewczyną obecną w moim życiu, która nie ssała mi kutasa. Już nie. Oboje uznaliśmy, że ten krótki epizod nie był wart zapamiętania.
Każdy popełnia błędy. A ja miałem ich na swoim koncie od groma.
Kilka minut później wszystko się skończyło. W niewielkim pokoju słychać było nasze przyspieszone oddechy, które jako jedyne świadczyły o tym, że coś się między nami wydarzyło. Nie odzywałem się do niej, nie pocałowałem jej. Po prostu wyszedłem z niej, zdjąłem gumkę, którą wrzuciłem do kosza, a następnie zapiąłem spodnie. Przelotnie spojrzałem na Lexi, która niestarannie poprawiała swój wygląd. Zależało jej na tym, żeby inni widzieli, co tu się stało.
– Jedziesz na wyścigi? – spytałem, zanim wyszedłem z pokoju.
– Dziś nie mogę – odpowiedziała, na co jedynie skinąłem głową.
To by było na tyle w kwestii naszej znajomości.
Wróciłem do salonu. Przesunąłem wzrokiem po milczącym Ronanie, a następnie zerknąłem w kierunku Xandera, który – o dziwo – już nie wykłócał się z Avą, ale flirtował z Destiny. Od kiedy pamiętam, Xan miał do niej słabość i ślinił się na jej widok. Ona jednak nigdy nie wydawała się specjalnie zainteresowana niczym więcej poza koleżeństwem.
– Jeżeli chcecie jechać na ten wyścig, to się ruszcie – zakomunikowałem sucho, wyciągając z kieszeni spodni telefon, który po raz kolejny tego wieczoru zawibrował.
Spojrzałem na wyświetlacz i z obojętnym wyrazem twarzy odrzuciłem połączenie. Nie miałem ochoty na tę rozmowę i jeżeli moje słowa nie docierały, zamierzałem go ignorować.
– Znowu ojciec? – zapytała Ava, która niepostrzeżenie zjawiła się u mojego boku.
Spojrzałem na nią z ukosa, ale nie skomentowałem jej wścibstwa, a jedynie przytaknąłem.
– Dalej nie odpuszcza? – Kolejne pytanie, na które również nie chciałem odpowiadać. Mimo to, podobnie jak poprzednim razem, skinąłem głową.
– Może powinieneś z nim w końcu pogadać? – Spojrzała na mnie ze współczuciem i z troską.
– Nie – odpowiedziałem. To krótkie, ale bardzo treściwe słowo ledwo przecisnęło się przez moje gardło.
Mimo głośno grającej muzyki i otaczającego nas hałasu usłyszałem jej westchnienie.
– Madoc jedzie z nami – poinformował Ronan swoją dziewczynę, obejmując ją w talii.
– A Xan? – Zerknęła przez ramię chłopaka w kierunku naszego przyjaciela, który chyba właśnie z trudem przełykał kolejne odrzucenie przez Destiny.
– Dojedzie sam – odparł, przyciągając do siebie Avę.
– Przecież pił – zauważyła, marszcząc brwi.
– Wiesz, jaki jest Xander. – Ronan wzruszył ramionami. Nie zamierzał wdawać się w dyskusję ani ze swoją dziewczyną, ani z przyjacielem.
Wiedziałem jednak, że Ava nie odpuści. Choć była z nas wszystkich najmłodsza – co zakrawało na ironię – chwilami odgrywała rolę matki całej grupy. Może dlatego, że była jedyną dziewczyną w naszej ekipie, nie licząc Lexi, którą interesowały jedynie imprezy i mój kutas. Natomiast Ava zazwyczaj martwiła się bardziej, niż powinna, i opieprzała nas, gdy robiliśmy z siebie debili, co w przypadku starszego o rok od niej Xandera zdarzało się aż za często.
– Xanderze Wright! – zawołała, a on natychmiast uniósł na nią wzrok. – Czy ty chcesz się przedwcześnie pojednać z Panem Bogiem? Nigdzie sam nie jedziesz, chyba że wybierasz się na tamten świat. Zdajesz sobie sprawę z tego, że w takim stanie możesz, idioto, spowodować wypadek? A jeśli już nie obchodzą cię twoje wymarłe szare komórki, to pomyśl chociaż o innych ludziach! – Wygłosiła monolog i nikt z nas nie odważył się jej przerwać. – Chcesz być odpowiedzialny za czyjąś śmierć, bezmózgi kretynie?!
Zmrużyła oczy, przeszywając wzrokiem lekko pobladłego chłopaka.
Przez chwilę wszyscy siedzieliśmy cicho i miałem wrażenie, że nawet ludzie, którzy stali z boku, przyglądali się sytuacji z zainteresowaniem. W końcu Xander niechętnie wstał. Wyjął z kieszeni klucze do samochodu i rzucił je Avie. Dziewczyna bez problemu je złapała, a następnie schowała w małej torebce zawieszonej na szczupłym ramieniu.
– Jutro będziesz musiała ze mną przyjechać, żeby odebrać auto – mruknął z niezadowoleniem, przeczesując palcami już i tak rozczochrane ciemnobrązowe włosy.
– Istnieje coś takiego jak Uber – napomknął znudzony Ronan.
– Dobra – odezwałem się, bo wyczułem odpowiedni moment. – Nie mam na to teraz czasu. – Skrzywiłem się, przesuwając pobieżnie wzrokiem po nich wszystkich. – Ja jadę, a wy róbcie, co chcecie. Wiecie, gdzie jest wyścig – dodałem ciszej, a potem obróciłem się na pięcie i porzuciłem towarzystwo.
Wyszedłem przed budynek, włożyłem kask, usiadłem na motocyklu i odjechałem.
Kiedy czułem drżenie silnika i prędkość, która jako jedyna mogła mnie w tamtej chwili pokonać, nie widziałem otaczającego mnie świata. Nie czułem nawet upływającego czasu.
Na miejscu było tak samo jak zawsze. Otaczała mnie mieszanka głośnych dźwięków, migających świateł oraz tłumu ludzi. Większość z nich się nie ścigała. Ba! Większość nigdy nawet nie siedziała na motocyklu, lecz kręciły ich adrenalina i łatwa kasa, którą mogli zdobyć dzięki zakładom.
Na chwilę zdjąłem kask, odrzuciłem go na bok i zlustrowałem otoczenie. Kilka osób skinęło głową w moją stronę, ale odpowiedziałem im tylko obojętnym spojrzeniem. Nie potrzebowałem nowych znajomości. Niekiedy nawet obecność Avy, Ronana, Xandera i Madoca to już było dla mnie za dużo.
W końcu zobaczyłem nadjeżdżające znajome auto, a chwilę później wysiadła z niego wspomniana czwórka. Przyglądałem im się ze zmieszaniem na twarzy, bo chwilami sam nie byłem pewien, co czuję i co powinienem czuć. Ava dostrzegła mnie jako pierwsza. Na jej ustach pojawił się niewielki uśmiech i odgarnąwszy włosy za ucho, ruszyła żwawym krokiem w moją stronę. Była w swoim żywiole, pełna energii, której często nie mogłem zrozumieć. Ronan, jak zawsze zdystansowany wobec innych, podążał za nią niczym zakochany kundel. Natomiast Xander i Madoc zapewne wymieniali między sobą jakieś dowcipy, które bawiły tylko ich, bo pokładali się ze śmiechu.
– Raiden! – zawołał Xander, kiedy też mnie zauważył. – Gotowy? – Poklepał mnie po ramieniu. – Słyszałem, że dzisiaj jest paru nowych gości, którzy chcą się z tobą zmierzyć.
Skinąłem głową, ponownie wciągając rękawice, które zdjąłem tylko na kilka minut. Zastanawiałem się, skąd i kiedy się tego dowiedział, skoro przyjechał tu dosłownie przed chwilą.
Ava podeszła bliżej, stanęła obok mnie i popatrzyła w stronę linii startowej.
– Będziemy tu na ciebie czekać – powiedziała, a ja poczułem lekkie ukłucie w sercu.
– Tylko się nie rozbij, stary – wtrącił Madoc z kpiącym uśmiechem. – Byłoby szkoda takiej maszyny.
Przewróciłem oczami, pokazując mu środkowy palec. Dostrzegłem jakieś zamieszanie na linii startu, dlatego postanowiłem włożyć kask. Ostatni raz zerknąłem na przyjaciół i spuściłem wizjer. Zająłem wyznaczone miejsce wśród innych startujących. Warkot silników wokół narastał. Gdy tylko rozległ się sygnał startowy, odruchowo nacisnąłem manetkę, a Ducati wystrzelił do przodu. Poczułem, jak potężna siła wbija mnie w siodło. Asfalt znikał pod kołami, a światła miasta rozmywały się w jedną migotliwą linię.
Obstawiano zakłady, ludzie mogli wiele wygrać lub przegrać, ale dla mnie liczyło się tylko to, by wyjść na prowadzenie. Pierwszy zakręt. Przechyliłem motocykl w lewo, niemal równolegle do ziemi. Wykorzystywałem każdą możliwą chwilę, każdy centymetr nawierzchni. Jeden z zawodników próbował mnie wyprzedzić na zewnętrznej, ale widziałem, jak zabierał się do tego manewru, zanim go wykonał. Przełączyłem się na wyższy bieg i zostawiłem go za sobą.
Światła latarni migały w ciemności, a ja czułem, jak krew pulsuje w moich skroniach. Kolejny zakręt, tym razem w prawo, i znów się przechyliłem, niemal ocierając się kolanem o asfalt. Zbliżał się trudniejszy odcinek, seria ostrych zakrętów, gdzie konieczne były nie tylko dobra maszyna, ale również technika. Wykonałem precyzyjny slalom, przechyliłem motor w lewo i prawo z idealnym wyczuciem czasowym. Miałem wszystko pod kontrolą. Jak zawsze.
Kolejna prosta. Przyspieszyłem jeszcze bardziej, ignorując ryzyko. Droga była pusta, jakby całe miasto zamarło. Jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedno przechylenie ciała, a potem meta. Wyprostowałem motocykl, przyspieszyłem do granic możliwości. Czułem, jak silnik pracuje na pełnych obrotach, a potem, zanim zdążyłem się zorientować, wszystko się skończyło.
Wygrałem.
Hailey
Ze znudzeniem przeglądałam Instagram. Znajomi ze szkoły chwalili się wakacjami, nowym mieszkaniem czy szalonymi imprezami, korzystając z czasu przed rozpoczęciem wymarzonych studiów.
Co prawda nie wszyscy wybierali się na uniwerek, ale większość miała właśnie taki plan. Jeszcze kilka lat temu podobnie wyobrażałam sobie swoje życie po ukończeniu szkoły średniej, ale teraz? Czasami wcale nie widziałam dla siebie przyszłości.
– Hailey! – usłyszałam głos mojej siostry, który wydawał się zbyt radosny.
Zmarszczyłam brwi, spoglądając w kierunku drzwi, a za mną zrobił to też mój kot Nero. Ava stanęła w progu. Zmierzyłam ją wzrokiem, bo jak zwykle wyglądała idealnie. Miała na sobie dopasowane jeansy z luźnymi nogawkami, a materiał opinał jej biodra, talię i zapewne tyłek. Do tego crop top, który ledwo zasłaniał piersi, a całości dopełniały lśniące długie jasne włosy. Makijaż miała równie perfekcyjny, co sylwetkę. Jej sposób bycia wydawał mi się zbyt radosny, co bywało irytujące.
– Co ty tu robisz? – wydusiłam z siebie, siadając na łóżku.
– Ciebie też miło widzieć – zakpiła, wywracając oczami.
– Jestem zwyczajnie zdziwiona – mruknęłam. – Rodziców nie ma, a na pewno zamykałam drzwi na klucz.
W odpowiedzi uniosła pęk kluczy z mnóstwem kolorowych breloczków.
– Wpadłam wcześniej, żebyś zdążyła się wyszykować – wyjaśniła.
– Uważasz, że nie umiem się sama ubrać i wyjść punktualnie? – Uniosłam brew, zirytowana. – Może nie ogarniam życia tak jak ty, ale nie jestem aż tak nieporadna – wypaliłam z przekąsem, a Nero jakby wyczuł mój nastrój, bo postanowił się oddalić i zeskoczył z łóżka.
– Przecież nic takiego nie powiedziałam!
Gdy się denerwowała, jej głos stawał się wysoki i nieco piskliwy.
– Dobra – westchnęłam. – Nieważne.
– Właśnie że ważne – odezwała się już normalnym tonem. – Zawsze to robisz, gdy coś wymaga dyskusji. Ucinasz temat albo zbywasz kogoś złośliwym tekstem.
W międzyczasie zdążyłam wstać z łóżka, a ona na nim usiąść, dlatego odwróciłam się w jej stronę i spojrzałam z rezygnacją.
– Musimy to robić?
– Co takiego?
– Rozmawiać – odparłam krótko, bo nie miałam na to ochoty.
– Tak, bo rodzice też się martwią – wyjaśniła, a ja parsknęłam, choć nie było mi do śmiechu.
– Więc to o nich chodzi – skwitowałam z kpiną w głosie.
Podeszłam do szafy i zaczęłam przeglądać ubrania, zastanawiając się, co powinnam włożyć na rozmowę kwalifikacyjną w barze.
– Chodzi o ciebie, nie o nich. – Ava próbowała sprostować. – To trwa za długo – dodała ciszej.
– Co trwa? – zapytałam nieco zbyt agresywnie, zaciskając palce na czarnej koszulce, którą zdjęłam z półki.
– Żałoba – wyszeptała, jakby bała się tego słowa.
– Nie wiem, o co ci chodzi – parsknęłam. – Nie jestem w żałobie – odparłam pewnie, bo to chyba była prawda.
Żałoba minęła dawno temu. Przeszłam przez wszystkie jej etapy, które opisywali psychologowie, a każdy był rozdzierający: począwszy od zaprzeczenia, przez gniew, obwinianie się, depresję, a skończywszy na akceptacji. Każda faza obdzierała mnie z tego, jaką osobą byłam kiedyś, aż w końcu nie zostało już nic.
– Hailey – wymamrotała moje imię.
– Co „Hailey”? – podniosłam głos, choć planowałam zareagować spokojniej. – Próbujecie mi wmówić, że nie poradziłam sobie z żałobą, ale zwyczajnie nie rozumiecie, że ludzie się zmieniają. Nie będę ciągle osobą, którą byłam kiedyś. Może to wy wciąż jesteście w żałobie i łatwiej wam nieustannie się mnie czepiać? – zaatakowałam ją, ale to było o wiele łatwiejsze niż prawda.
Kłam dalej. Przylgnij do tych słów, oszukuj siebie i innych. Udawaj przed światem, że jesteś silna, że jakoś się trzymasz, że nie gryzie cię ten wewnętrzny pasożyt, który powoli pożera ci duszę. Kłam tak długo, aż sama w to uwierzysz. Kłam, aż to gęste, smoliste kłamstwo oblepi twoje wnętrze, aż nim przesiąkniesz, chociaż wiesz, jaka jest prawda…
Wiesz, że to ty powinnaś wtedy zginąć, że tam, na tej mokrej, zimnej ulicy, powinnaś leżeć martwa. To twoja krew powinna ściekać po spękanym asfalcie. To ty powinnaś tamtej nocy wydać ostatnie tchnienie. To ty powinnaś zamknąć oczy i już nigdy ich nie otworzyć. Za tobą nikt by nie płakał. Ciebie nikt tak bardzo nie kochał. Ty nie byłaś niezastąpiona. Nie byłaś wyjątkowa i nigdy nie będziesz dla nikogo jedyna. Kto by zauważył? Kto by zwrócił uwagę na to, że ciebie już nie ma?
To ty powinnaś zginąć, ale kłam dalej. Kłam, bo prawda nigdy nie przejdzie ci przez gardło.
– Jesteś moją siostrą i po prostu się martwię – wyznała, skubiąc nitkę w moim kocu.
– Więc się nie martw. – Odwróciłam się ponownie plecami i skupiłam wzrok na ubraniach. – Wszystko jest dobrze. – Kłamstwo. – Zwyczajnie się zmieniłam. Dorosłam. Nazwij to, jak chcesz.
– Hm… może faktycznie masz rację.
Wiedziałam, że mi uwierzyła, ale ta sytuacja to był dla mnie jasny sygnał, że nadal wszyscy mnie obserwują. Najwidoczniej przez chwilę nieuwagi nie utrzymałam maski, która musiała na chwilę opaść, przez co zobaczyli coś, czego nie chciałam nikomu pokazywać. Powinnam bardziej się starać, bardziej się pilnować i lepiej kłamać.
– To co według ciebie powinnam włożyć? – Spróbowałam zmienić temat.
– Może jakąś sukienkę – zaproponowała. – Dawno cię w żadnej nie widziałam.
– Odpada.
– Dobra – westchnęła, dźwigając się z łóżka. – To może włóż te czarne spodnie z wysokim stanem i… – Zamyśliła się, przygryzając policzek. Rozejrzała się po mojej szafie i szarpnęła za jeden z wieszaków. Zamachała mi przed twarzą dopasowaną czarną bluzką z długimi, luźnymi rękawami. – Ta – oznajmiła z przekonaniem w głosie.
Na początku nieco sceptycznie jej się przyjrzałam, ale ostatecznie zgodziłam się na jej wybór.
Kiedy w końcu wzięłam prysznic, usiadłam przed toaletką w pokoju. Kątem oka widziałam uśmiech błąkający się na ustach Avy. Nie potrafiła długo milczeć.
– Pamiętasz, że dziś w końcu poznasz mojego chłopaka? – spytała, odkładając telefon na bok.
Akurat malowałam górną powiekę, więc moja twarz pozostała bez wyrazu.
– To ten Ronan, tak? – zapytałam po chwili, gdy zakręciłam eye-liner.
– Tak. – Pokiwała energicznie głową.
– A co to za okazja?
– Żadna okazja. – Wzruszyła ramionami. – Skoro będzie z chłopakami w barze, w którym ty masz rozmowę, to moglibyście się poznać. Zresztą, poznam cię ze wszystkimi.
– Wszystkimi? – Skrzywiłam się, bo szłam tam w sprawie pracy, a nie poznawać jej znajomych.
– No, Ronan, Xander, Madoc, Raiden i może Lexi, ale z nią nigdy nie wiadomo. – Machnęła ręką na wzmiankę o dziewczynie.
Zmarszczyłam czoło, unosząc brwi.
– Zawsze siedzicie wieczorami w tym barze? – Chciałam wiedzieć, jak często musiałabym ich spotykać, gdybym dostała tę pracę.
– Nie zawsze, ale często. Mówiłam ci. – Spojrzała na mnie z niemym wyrzutem.
Pamiętałam, że o tym wspominała, tak samo jak o swoim chłopaku czy o reszcie jej przyjaciół, ale moja wiedza o nich ograniczała się głównie do znajomości imion. Wiedziałam, że istnieją, lecz nigdy ich osobiście nie poznałam. Ava miała swoje życie, ja swoje i choć byłyśmy siostrami, daleko nam było do bliskich przyjaciółek. Nie zwierzałyśmy się sobie, ale od niedawna miałam wrażenie, że Ava stara się być bardziej obecna, jakkolwiek to brzmi. Nie wiedziałam jednak, czy ja chcę cokolwiek zmieniać między nami. Było mi dobrze tak, jak było. A może po prostu chciałam w to wierzyć.
Postanowiłam podtrzymać rozmowę i przy okazji dowiedzieć się o nich czegoś więcej, skoro istniała szansa, że zacznę pracę w miejscu, do którego często przychodzili.
– A dlaczego właśnie ten bar? – zapytałam. – W Detroit jest przecież dużo fajnych miejscówek.
– Bo tam większość z nas się poznała i tak już zostało. Wpadamy tam wieczorami, zamiast spotykać się u kogoś na chacie. Wiesz, ja wynajmuję pokój, a moja współlokatorka jest dziwna. – Wzdrygnęła się. – Xander mieszka w piwnicy u rodziców i czasami się tam widujemy, ale świadomość, że starzy chodzą ci nad głową… – Nie dokończyła, jakby oczekiwała, że sama domyślę się reszty. – Madoc ma wieczny syf, bo całymi dniami siedzi w pracy, a jeśli nie tam, to z nami. W sumie do mieszkania wraca tylko po to, żeby się przespać. Ale za to jest świetny w te technologiczno-komputerowe brednie, więc jeśli będziesz potrzebować pomocy z laptopem albo czymś takim, to śmiało do niego uderzaj. No ale po jednej wizycie u niego powiedziałam, że nigdy więcej tam nie pójdę. Zostali Ronan i Raiden, lecz Ronan ma pod opieką młodszego brata i woli, żeby nikt go nie demoralizował, a Raiden… – Ponownie zamilkła, ale tym razem miałam wrażenie, że szuka odpowiednich słów. – Raiden to Raiden i z nim nigdy nic nie wiadomo.
Skinęłam głową.
– Za chwilę możemy się zbierać – oznajmiłam, skupiając się na wytuszowaniu rzęs.
*
Rozmowa z właścicielem baru, Mikiem, przebiegła szybko i w zaskakująco luźnej atmosferze. Okazał się wygadanym czterdziestolatkiem, choć miałam wrażenie, że rozmawiam z nieco starszym kumplem, a nie z przyszłym szefem. Za barem pracował zaś jego bratanek, Ryan. W dwadzieścia minut dowiedziałam się więcej o jego życiu i życiu jego pracowników niż przez kilka lat o swoich znajomych ze szkoły. Ostatecznie podpisałam umowę, którą Mike niemal od razu podsunął mi pod nos, a po wszystkim pozwolił mi się rozejrzeć za barem i po lokalu. Chciał, żebym zaczęła pracę od następnego dnia, a dziś miałam poobserwować jego bratanka i dowiedzieć się, co i jak powinnam robić.
Kiedy tylko wyszliśmy z jego biura, zobaczyłam Avę czekającą pod drzwiami. Moim zdaniem było to zupełnie bezsensowne, ale nie chciałam się z nią kłócić, skoro najwyraźniej postawiła sobie za cel poprawić nasze relacje. Zmusiłam się do uśmiechu i skinęłam głową, aby dać jej znać, że się udało i mam tę pracę. Mike natomiast rzucił krótkie, niezobowiązujące powitanie.
Ruszyliśmy wąskim, ciemnym korytarzem w stronę sali, a do moich uszu dotarł głośny męski śmiech.
– Ava! – zawołał ktoś, gdy tylko stanęłam z siostrą przy barze.
Na jej szczupłych ramionach pojawiła się męska ręka, a jasne włosy poczochrała dłoń, na której widniało kilka pojedynczych tatuaży.
– Zabieraj łapę. – Odepchnęła wysokiego chłopaka o zaskakująco radosnym spojrzeniu i piwnych oczach. – Hailey, ten przygłup – wskazała na chłopaka obok siebie – to Xander. A to Hailey, moja młodsza siostra.
Ścisnęłam dłoń, którą wyciągnął do mnie na powitanie.
– Cześć. – Słabo się do niego uśmiechnęłam.
– W końcu poznaję tę fajniejszą siostrę Scott. – Wyszczerzył się, a po chwili, nadal trzymając moją dłoń, zgiął się wpół, bo Ava uderzyła go łokciem w brzuch.
– Trzymaj kutasa w spodniach – zagroziła, piorunując go wzrokiem, i spojrzała na nieco bardziej oddalony okrągły stolik pod ścianą. – To dotyczy was wszystkich! – krzyknęła w ich kierunku, wskazując palcem na pozostałych trzech chłopaków. – Słyszałeś, Raiden? – Zatrzymała wzrok na najbardziej ponurym człowieku, który siedział w barze.
On jedynie kpiąco uniósł brew, najwidoczniej nieprzejęty jej słowami. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mogła sobie darować i nie robić mi wstydu, zwłaszcza przy ludziach, których od teraz miałam często spotykać. Może i byłam od niej młodsza, ale różnica wieku między nami to trzy lata, a nie trzydzieści.
– Ty jesteś Hailey?
Na szczęście od całkowitego upokorzenia uratował mnie chłopak stojący za barem. Skinęłam głową, a wtedy wyciągnął do mnie dłoń. Kątem oka zobaczyłam oddalającego się Mike’a, więc domyśliłam się, że to on wskazał mnie swojemu bratankowi.
– Ryan – przedstawił się. – Chodź, pokażę ci, co i jak – zaproponował z przyjaznym uśmiechem.
Początkowo byłam przerażona tą pracą, ale posłusznie stałam pod ścianą i obserwowałam, nie chcąc wybrzydzać. Z każdą chwilą spędzoną za barem u boku Ryana cały stres jednak powoli mnie opuszczał. Było dobrze, mimo wstydu, którego narobiła mi Ava.
Przełknęłam ślinę, w milczeniu przypatrując się, jak Ryan pracuje. Kiedy dotarł do mnie uniesiony, ale rozbawiony męski głos, zerknęłam na stolik zajmowany przez moją siostrę i czterech chłopaków. Domyśliłam się, że Ronan to ten, który cały czas ją obejmował albo trzymał rękę na jej udzie. Co prawda nie wydawał się tak rozmowny jak Xander, ale przynajmniej nie budził grozy.
Co jakiś czas od strony ich stolika docierały podniesione głosy albo nagłe wybuchy śmiechu, ale skoro Ryan na to nie reagował, uznałam, że ja też nie powinnam. W pewnym momencie zerknęłam ukradkiem na chłopaka, którego Ava nazwała Raidenem. To on tylko kpiąco spojrzał na moją siostrę, kiedy kazała mu trzymać się z daleka ode mnie. Wyglądał, jakby miał dość wszystkiego. Przybrał zblazowaną minę i nawet nie próbował udawać, że kogoś słucha. Nie wiedziałam, po co w ogóle tam siedzi, skoro zachowuje się tak, jakby towarzystwo innych ludzi zadawało mu nieopisane cierpienie.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Ostrzeżenie
Playlista
Prolog
Rozdział 1. Raiden
Rozdział 2. Hailey
Rozdział 3. Raiden
Rozdział 4. Hailey
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Ostrzeżenie
Meritum publikacji
