Coal on paper - Rozalia Trawińska - ebook

Coal on paper ebook

Trawińska Rozalia

4,3

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Mavis Reid oficjalnie przejmuje szkołę tańca matki. Wszystko wydawałoby się w porządku, gdyby nie fakt, że któregoś dnia, klucze do szkoły giną. Czy zgubiła je przez swoją nieuwagę, czy może ktoś maczał w tym palce? 

Charles Keegan od wielu lat, pragnął zemsty na ojcu Mavis, bo ten zabił mu brata. Ale jego plany nieco się komplikują, gdy widzi Mavis pierwszy raz na oczy. Kobieta stała się jego muzą, natchnieniem, a przecież żadna inspiracja nie powinna skończyć martwa. 

Zaczyna się niebezpieczna gra między tą dwójką. Ale kto wygra? Kto pierwszy wyjdzie z cienia? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 358

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lilla1986

Nie oderwiesz się od lektury

,, Coal On Paper” totalnie skradło moje serce.Jestem zachwycona tą historią.Mam nadzieję że ta dwójka bohaterów skradnie również wasze serca. Gorąco Polecam
00
egrambor

Całkiem niezła

Uwiebiam Charlesa, sle Mavis jest mocno irytujaca. Nie potrafilam jej polubic.
00



Copyright © Stargard 2026

Rozalia Trawińska

Wydawnictwo Black Dragon

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być kopiowana, reprodukowana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

All rights reserved

redakcja i korekta:

Natalia Szoppa

okładka, skład i łamanie:

Szymon Bolek (Studio Grafpa, www.grafpa.pl)

www.wydawnictwoblackdragon.pl

@wydawnictwoblackdragon

@balbina_ros

ISBN 978-83-978818-8-4

Książkę można czytać bez znajomości „Fly Butterfly”, ale będzie czytało się znacznie przyjemniej, gdy poznasz historię rodziców Mavis przed sięgnięciem po „Coal on paper”. Ta historia może być małym, ale wielkim spojlerem do „Fly butterfly”.

!

OSTRZEŻENIE

Książka zawiera wiele drastycznych scen!

Morderstwa

Przemoc psychiczna oraz fizyczna

Niemoralne zachowania bohaterów

Sceny erotyczne.

Wszystko co dzieje się w książce, jest tylko i wyłącznie fikcją literacką

Dla wszystkich tych, którzy boją się wyjść z ciemności. Mam nadzieję, że odnajdziecie swoje światło.

Playlista:

Zella Day –

East of Eden

Lindsey Stirling –

Elements

Marc Atlas –

Falling Like A Stone

Jaymes Young –

Infinity

Shaya Zamora –

Cigarette

Lindsey Stirling –

The Arena

Imagine Dragons –

Eyes Closed

Sam Smith –

Writing's On The Wall

Teddy Swims –

Lose Control

April Jai – Morally Grey

Lindsey Stirling –

Master of Tides

LORDE –

Everybody Wants to Rule the World

Myles Smith –

Stargazing

Alex Warren –

Ordinary

Lana Del Rey –

Dark Paradise

Livingston –

Shadow

David Kushner –

Daylight

Livingston –

Last Man Standing

Livingston –

The Game

Josh Makazo –

Half of my heart

Livingston –

Gravedigger

Alex Warren –

Eternity

Livingston –

The Ending You Deserve

PrologMavis

Kojarzycie Juliette i Setha Reidów? To moi rodzice. Połączenie dwóch tak mocnych charakterów, podobno dało mieszankę wybuchową. Chociaż tata cały czas twierdzi, że jestem cholernie podobna do matki – tak samo szalona, tak samo roztrzepana, czasami też nieodpowiedzialna. Nie uważam tego za ujmę, wręcz przeciwnie, bo matka zawsze radziła sobie ze wszystkim i robi to do tej pory.

Swojego czasu miałam okazję poznać ich powaloną historię miłosną – do normalnych ona nie należy – ale mi się podoba. Jest ich własna, a ojciec może i na początku był niepoprawnym romantykiem, składając propozycję nie do odrzucenia, ale to matka była właśnie tak szalona, by zniszczyć mu samochód, a drugi ukraść. Nie wiem, czego ona się wtedy spodziewała, ale ostatecznie dobrze wyszło, że na siebie trafili. Ponoć to miłość od pierwszego wejrzenia, ponoć to „zing”. Nie rozumiałam, co to „zing”, do momentu, aż nie puścili mi pierwszy raz bajki „Hotel Transylwania”. Wtedy też dowiedziałam się, dlaczego zdecydowali się dać mi takie, a nie inne imię.

Mama uczyła mnie tańczyć, tata zajmował się w tym czasie swoimi biznesami, o których wiedziałam od początku. Nie ukrywali się z niczym – stwierdzili, że powinnam wiedzieć, do jakiej rodziny należę, ale też nie wciągali mnie bardziej w ten biznes, mimo że byłam jedynaczką. Nauczyli mnie, jak posługiwać się bronią, uczyłam się sztuk walki, ale to tyle z ich „brudnego świata”.

Mama długo tańczyła i prowadziła szkołę tańca, aż w końcu przez niefortunny skok złamała kostkę i stało się pewne, że więcej już nie zatańczy. Od roku chodziła do szkoły i mimo że nie uczyła już dzieciaków, to ona wszystko kontrolowała. Zamykała i otwierała budynek, do momentu, aż ojciec postanowił, że to nie ma sensu – skoro mam dwadzieścia trzy lata i tak non stop tam siedzę, i to ja przejęłam naukę dzieci, podczas gdy ona i tak mu towarzyszyła przez resztę dnia. Dostałam klucze, szkoła oficjalnie trafiła w moje ręce, bo i papiery matka przepisała na mnie – ale jak twierdzi: „Fly Butterfly i tak miało być twoje”.

Cieszyłam się jak cholera, ale nie myślałam, że te klucze będą powodem moich problemów i początkiem czegoś, czego jeszcze nie potrafię nazwać. Zamiast to przerwać, wymienić zamki w całym budynku – ja brnę w to dalej, bo jestem ciekawa, co jeszcze się wydarzy. Jaki jeszcze rysunek dostanę od nieznajomego, który chowa się w ciemnościach.

Ale zacznijmy od początku…

Nazywam się Mavis Reid.

Poznajcie moją historię.

Rozdział 1Mavis

Rok wcześniej

Siedziałam na piasku i patrzyłam w ocean. Światło księżyca odbijało się w tafli wody, ale przez ilość zbierających się chmur nie zapowiadało się, by lśnił całą noc. Zastanawiałam się, co teraz będzie – matka złamała kostkę. Pewne jest, że więcej nie zatańczy.

Co ze szkołą? Co z „Fly Butterfly”? Co z dziećmi, które uczyła? Czy teraz moja kolej, by przejąć pałeczkę i zająć się wszystkim? Ale co, jeśli ona tego nie udźwignie?

Mama przecież tak bardzo kochała taniec…

Nie czułam nic, a jednocześnie czułam tak wiele. Strach, złość, ale w tym momencie również swoisty spokój, bo był środek nocy i tylko mrok potrafił zrozumieć moje emocje. Ta mieszanka uczuć była dziwna, ale nigdy nie byłam normalna – moje emocje również nie.

Poczułam pierwsze krople deszczu na policzku. Uniosłam wzrok – nie zorientowałam się, kiedy chmury całkowicie zakryły księżyc. Podniosłam się z piasku i zamiast wrócić do domu, zaczęłam tańczyć do muzyki płynącej ze słuchawek w moich uszach.

Chciałam pozbyć się emocji, chciałam się zmęczyć, by resztę nocy normalnie przespać.

Chciałam być sobą, bo tylko poprzez taniec mogę pokazać prawdziwą siebie – mało kto zna tę Mavis. Mała garstka, która i tak nie wie o mnie za wiele. Nie wiedzą, że uwielbiam noc, nie wiedzą, co czuję, nie wiedzą nic poza tym, co chciałabym, by wiedzieli. Nie widzą prawdziwej mnie, bo nikt nie potrafi zrozumieć, czym dla mnie jest taniec.

Taniec to sztuka wyrażana przez ruchy do danego utworu. Odważni tańczą bez melodii – oni sami są melodią, sami potrafią stworzyć coś, co jest tylko ich. To jest tak intymne, że nawet najcichszy dźwięk nie powinien być tego świadkiem.

Rozpadało się na dobre. Mokra koszulka przykleiła się do ciała, mokre kosmyki włosów kleiły się do twarzy – ale ja tańczyłam dalej.

Ja. Taniec. Ciemność.

Muzyka była tylko dodatkiem, lecz nigdy nie miałam okazji ani odwagi, by zatańczyć bez niej.

Zatrzymałam się, gdy utwór się skończył. Uwielbiałam piosenkę „Zella Day – East of Eden”, nieraz do niej wracałam i wiedziałam, że będę wracać – więc nie było w tym nic dziwnego, że akurat przy tej melodii próbowałam wyrzucić z siebie kilka emocji.

Zmierzwiłam mokre włosy, spojrzałam ostatni raz w zachmurzone niebo i znacznie lżejsza, ruszyłam w stronę schodów prowadzących do mojego domu. Otworzyłam drzwi, zamknęłam je na klucz i poszłam prosto na piętro, nie przejmując się mokrymi śladami i pewnie piaskiem, które zostawiałam za sobą.

Weszłam do sypialni, a zaraz potem do łazienki. Wyciągnęłam słuchawki i telefon z kieszeni spodenek, położyłam je na szafce. Ściągnęłam mokre ubrania i wrzuciłam do pralki. Włączyłam wodę w kabinie prysznicowej i stanęłam w jej centrum, odchyliłam głowę do tyłu, czując, jak zmęczenie dnia i nocy daje o sobie znać. Powinnam się przespać chociaż kilka godzin. Namydliłam się, opłukałam i wyszłam spod prysznica. Wytarłam ciało i od razu skierowałam się w stronę łóżka. Położyłam się na materacu i zasnęłam, jak tylko poczułam pod głową miękką poduszkę.

Rozdział 2Mavis

Tydzień wcześniej

Dziś niedziela. Obiad u rodziców. Zabawne jest to, że często nalegają na niedzielne obiady u siebie, a mieszkamy praktycznie obok – jedynym budynkiem, który nas dzieli, jest szkoła tańca. Widujemy się niemal codziennie, ale nie mam serca odmawiać im tych spotkań. Może też dlatego, że nie mam co robić i dla mnie to jest w jakimś stopniu „wyrwanie się”. Założyłam beżowy komplet składający się z materiałowych spodni i topu. Długie brązowe włosy zostawiłam rozpuszczone i nałożyłam delikatny makijaż.

Wyszłam z domu godzinę przed umówionym obiadem. Droga pieszo zajmowała mi około dziesięciu minut, ale lubiłam trochę pomóc i po prostu porozmawiać na luzie z rodzicami, pośmiać się. Matka często pytała, czy mam jakiegoś faceta, a zanim zdążyłam odpowiedzieć, ojciec mówił, że po jego trupie – chociaż do trumny się nie śpieszył. Trochę bawiło mnie jego podejście, bo przecież nie będę wiecznie sama, ale…

Też chyba było mi przykro, że jednak nikogo nie mam. Chciałabym mieć kogoś. Po prostu kogoś, do kogo mogłabym się przytulić, być sobą – tak jak co noc. Być dla kogoś widoczną bardziej niż dla innych. Tak po prostu.

Dotarłszy pod drzwi domu rodziców, nie zapukałam, nie zadzwoniłam. Weszłam jak do siebie, bo doskonale wiedzieli, że zawsze jestem przed czasem – więc i tym razem nie będzie inaczej. Poszłam do kuchni. To tata stał przy kuchence, a mama układała zastawę na wyspie, bo jak zawsze twierdziła: „Jadalnia jest zbędna”.

– Cześć, słoneczko – odezwał się pierwszy ojciec, mimo że stał do mnie tyłem. Uśmiechnęłam się delikatnie na to określenie.

Trochę bawiło mnie, że nazywa mnie słoneczkiem, a ja uwielbiam księżyc – ale właściwie skąd miał wiedzieć, skoro nigdy im nie powiedziałam?

– Co tym razem gotujesz? – zapytałam ciekawa, chociaż po zapachu mogłam śmiało stwierdzić, że to spaghetti.

– Spaghetti, twoje ulubione – odparła matka, a ja znów się uśmiechnęłam.

– Pomóc w czymś? – Oboje pokręcili głową, na co westchnęłam. Usiadłam na jednym z krzeseł przy wyspie i po prostu ich obserwowałam. Wiedziałam, że matka zaraz zapyta o faceta – tak jak zazwyczaj – a tata jak zwykle się zagotuje, i to szybciej niż woda w garnku.

– Zmieniło się coś? Spotykasz się z kimś? – wypaliła, zerkając na mnie wyraźnie zadowolona. Spojrzałam na Setha, który cały się spiął.

– Prędzej umrę niż…

Jęknęłam żałośnie, przez co przerwał w połowie zdania.

– Zaraz mam dwadzieścia trzy lata. Biorąc pod uwagę, że całe dnie spędzam w szkole tańca, nie mam czasu na randki. Poza tym, po co mam szukać? To nie tak, że miłość sama puka do twoich drzwi? – Celowo nawiązałam do ich początków, a ojciec wycelował we mnie drewnianą łyżką ubrudzoną sosem pomidorowym i spojrzał na mnie wymownie.

– Teoretycznie tak jest, w praktyce zazwyczaj też, ale ty powinnaś ją potraktować paralizatorem ustawionym na odpowiednią moc, by skutecznie się jej pozbyć.

Parsknęłam śmiechem, Juliette również.

– Wszyscy w Miami wiedzą, kim jest Seth Reid, więc wiedzą też, że jestem twoją córką, i to jest znacznie lepsze niż paralizator, bo nasze nazwisko skutecznie odpędza potencjalnych partnerów – wytłumaczyłam, a on z czystą satysfakcją przytaknął i wrócił do mieszania sosu.

– I mam, kurwa, nadzieję, że tak zostanie – powiedział pewnie, na co przewróciłam oczami.

Gadanie. Dobrze wie, że jak już ktoś się znajdzie i poczuje to coś, to nie zrezygnuje tak szybko. Tym bardziej, że będzie na tyle odważny, by się Setha Reida nie bać. Nie odezwałam się więcej, oni również nie – ale mama co chwilę rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę taty, a ja wiedziałam, że coś nie gra i coś się święci, lecz za cholerę nic nie ­przychodziło mi do głowy.

– No wyduście to z siebie, bo żołądek zdąży mi się skurczyć przez te wasze spojrzenia i nic nie zjem – wymamrotałam, a oboje się zaśmiali.

Tata dalej stał przy garach, a Juliette ruszyła do salonu i po chwili wróciła z czarną teczką i pękiem kluczy od szkoły. Położyła wszystko na blacie przede mną, a ja zdezorientowana zmarszczyłam brwi. Spojrzałam na nią pytająco, a ona uśmiechnęła się ciepło.

– W teczce są wszystkie papiery dotyczące „Fly Butterfly”. Szkoła oficjalnie jest twoja – mówiła spokojnie i czekała na moją reakcję, a ja otworzyłam zszokowana usta.

Fakt faktem, mama tylko otwierała szkołę i ją zamykała, nie zawsze siedziała w trakcie zajęć – ale nie spodziewałam się, że wszystko tak szybko będzie moje.

– Ale przecież… – zaczęłam, jednak urwałam, nie wiedząc, co miałabym powiedzieć. Nie będzie już przychodzić? Czy to znaczy, że to ja w stu procentach decyduję o dzieciakach? Nie dostaną od niej żadnej rady? Ja nie dostanę? Spojrzałam na teczkę i zaraz powoli przeniosłam wzrok na mamę. – Ale co z występem? Przecież nie możesz nas teraz tak po prostu zostawić! Co ty sobie w ogóle myślisz? To nie jest w porządku. Za niecałe dwa tygodnie mamy pierwszy występ w teatrze, a ty z dnia na dzień się wycofujesz? – mówiłam jak najęta, a jej uśmiech się poszerzył i zaprzeczyła ruchem głowy.

– Nie wycofuję się. Będę na próbach, będę na występie i przed nim, by pomóc wam się naszykować, ale to już ten moment, by oddać ci piłeczkę. Nie tańczę od dobrego roku, wiem, że więcej nie zatańczę. Chyba że wolnego z twoim ojcem. A ty… – przerwała na chwilę i zaraz kontynuowała: – Tańczysz znacznie lepiej ode mnie i każdy to widzi. Wierzę, że sobie poradzisz, bo już to robisz, ale ty również musisz w to uwierzyć.

– No chyba że nie chcesz, to nie było tematu – wtrącił ojciec.

Jak mogę nie chcieć? Ba, jak mógł pomyśleć, że nie chcę? Ta szkoła była moim azylem, bezpiecznym miejscem, do którego uciekałam co noc.

– Oczywiście, że chcę, ale bez mamy to już nie będzie to samo – powiedziałam cicho.

Juliette była początkiem tego miejsca, ona była tym miejscem i całe dnie spędzała w tym budynku. Przyzwyczaiłam się do jej obecności, a teraz tak po prostu chciała z tego zrezygnować…

– Od dłuższego czasu jest tak, jakby mnie tam nie było, Mavis. Nie wiadomo, jak długo jeszcze ojciec pożyje, więc chciałabym spędzać z nim trochę więcej czasu – wypaliła moja rodzicielka, a ja mało co nie zakrztusiłam się śliną.

– Jesteś na coś chory? – zapytałam całkiem poważnie.

Seth westchnął i przejechał dłonią po twarzy, a matka zaczęła się chichrać pod nosem.

– Na starość, Mavis, na starość – powiedziała rozbawiona Juliette, a tata spojrzał na mnie z nad ramienia.

– Twoja matka od początku lubiła dogryzać na temat mojego wieku, więc nie dziwi mnie, że robi to teraz – wytłumaczył, a ja parsknęłam.

W sumie to mogło być całkiem prawdopodobne, bo mama nigdy nie odpuściła momentu, w którym mogła dopiec mojemu ojcu. Rodzicielka otworzyła teczkę, wyciągnęła z niej papiery i sięgnęła po leżący już na blacie długopis, po czym mi go podała.

– Podpisz i „Fly Butterfly” jest twoje. – Usłyszałam w jej głosie wzruszenie, ale również radość i podekscytowanie. Spojrzałam na jej podpis na dole dokumentu i swój złożyłam obok.

Wiedziałam, że nie ma sensu pytać kolejny raz, czy jest pewna. Nie zmieni zdania. Podpisując ten papierek, miałam wrażenie, że zaczynam jakiś nowy rozdział w życiu – chociaż tak właściwie nic się nie zmieniło i nie zmieni. Odkąd pamiętam, niemal codziennie przesiadywałam w szkole tańca. Ale teraz… Teraz będę mogła ją nazywać swoją, choć w środku zawsze będę wiedziała, że od początku do końca należała do mojej matki – Juliette Reid. Uśmiechnęłam się delikatnie. Schowałam papierki do teczki i przesunęłam ją na bok, wraz z kluczami i długopisem – ojciec nakładał już spaghetti na talerze i nie chciałam, żeby się pobrudziły.

– Jak się czujesz? – zapytała, a ja wzruszyłam lekko ramionami. Nie wiedziałam, co czułam i co powiedzieć, bo właściwie niewiele się zmieniło.

– Ta szkoła zawsze będzie należeć do ciebie, nieważne, kto będzie jej właścicielem – odpowiedziałam, a ona machnęła dłonią.

– To, że zastrzegłam, by nie zmieniać nazwy budynku, nic nie znaczy – wypaliła, na co pokręciłam głową, bo nie o to mi chodziło.

– Dzięki tacie nauczyłaś się latać, dzięki wam obojgu powstała ta szkoła, a dzięki tobie, bo gdyby nie ty, tata nie zainwestowałby tyle pieniędzy w taki budynek. Poza tym to dzięki tobie dzieciaki nauczyły się tak tańczyć… więc tak, szkoła zawsze będzie należeć do ciebie, bo ty jesteś całym tym budynkiem, nie tylko nazwą – wytłumaczyłam, a w jej brązowych oczach zaczęły zbierać się łzy.

Kątem oka zauważyłam, że nawet ojciec zatrzymał dłoń w połowie drogi do łyżki. Sądziłam, że żadne z nich tego nie skomentuje, ale po chwili ojciec położył trzy talerze na blat, usiadł obok matki i odparł:

– Naprawdę nie mam pojęcia, po kim ty jesteś taka mądra.

– Też się czasami zastanawiam – dogryzłam i wsunęłam dość sporą ilość makaronu do ust, by się nie zaśmiać. Matka zaczęła się rechotać, a ojciec przewrócił oczami. – Ale o co ci chodzi? – zapytałam z pełną buzią, celując w niego widelcem. – Przecież ponoć to ty dałeś się wsadzić na pięć dni do aresztu i to przez matkę, więc… Gdybyś był mądrzejszy, nie musia…

Zażenowany uniósł dłoń i wbił we mnie mordercze spojrzenie. Nigdy to na mnie nie działało, ale tym razem po prostu uśmiechnęłam się szeroko i zamilkłam.

– Jesteś taka jak matka: nie przepuścisz okazji, by dogryźć staruszkowi – wypalił całkiem poważnie, a ja, razem z rodzicielką, wybuchnęłam śmiechem.

Do tej pory zawsze twierdził, że jest wiecznie młody, więc dziwiło mnie, że słowo „staruszek” przeszło mu przez gardło. Seth nic nie powiedział, ale przejechał językiem po zębach, by ukryć uśmiech, i wskazał swoim jeszcze czystym widelcem na nasze pełne talerze.

– Żałuję, że nie wybrałem takiego makaronu, co mógłby wam w gardle stanąć. Smacznego. – Zaczął jeść, a my śmiałyśmy się dalej.

Do spaghetti wybrać inny makaron?

Dobre sobie.

Rozdział 3Mavis

Po obiedzie i spędzonym popołudniu u rodziców ruszyłam w drogę powrotną do domu. Mijając budynek szkoły, zatrzymałam się na chwilę. Stanęłam przed dużymi, solidnymi, drewnianymi drzwiami i patrzyłam prosto na nie. Szkoła oficjalnie jest moja. Chyba jeszcze do mnie nie docierało. Uniosłam wzrok i spojrzałam na napis. „Fly Butterfly” zawsze będzie należeć do Juliette Reid – chociażby dlatego, że to ją tata nazywa motylkiem. Może gdy wejdę w nocy do budynku przez drzwi, a nie uchylone okno, wtedy uwierzę, że należy on do mnie? Westchnęłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam dalej w stronę domu, który właściwie stał obok.

Zaczęłam się zastanawiać, co na tę wiadomość powie Brooke.

Gdyby ktoś zapytał mnie, kim jest dla mnie Abbot, nie wiem, czy nazwałabym ją przyjaciółką. Była dobrą znajomą i właściwie jedyną, bo z racji tego, że całe dnie siedziałam w szkole tańca, nie miałam czasu – i właściwie chęci – na nowe znajomości. A ona? Po prostu była. Mogłam jej powiedzieć dość sporo, ale nie wszystko.

Przyjaźń chyba powinna polegać na tym, by w razie potrzeby rzucić wszystko i jechać do tej drugiej osoby. Brooke? Cóż, dla niej ważniejsze były spotkania z facetami – na numerek albo dwa, mało kiedy więcej – bo jak to ona twierdzi, musi korzystać, dopóki jest młoda, chce się wyszaleć. Ja nigdy nie ingerowałam w jej życie seksualne, ona nigdy w moje, ale nie raz w jej tonie głosu czy sposobie mówienia czułam, że ma się za lepszą, bo ona już swój pierwszy raz ma za sobą.

Ale czy to źle, że chciałabym czegoś więcej? Jakiegokolwiek silnego uczucia, a nie pod wpływem świadomości „bo już ten czas”?

Brooke może nie była moją przyjaciółką, ale z pewnością podzielę się z nią tą nowiną – chociażby dlatego, że dość często przychodzi do mnie rano przed pracą albo wieczorem, by próbować mnie wyrwać do klubu, „bo ma nową randkę, ale nie jest pewna tego faceta”. Czyli głównie i tak wszystko kręciło się wokół niej.

A może po prostu nie pasowałyśmy do siebie? Byłyśmy z dwóch różnych światów – ona z tego rozrywkowego, ja z tego spokojniejszego. O ile świat nazwiska Reid można nazwać spokojnym.

Weszłam do domu. Odłożyłam teczkę i klucze na komodzie w salonie. Usiadłam na kanapie i wyciągnęłam z torebki telefon. Wybrałam numer Abbot i przyłożyłam urządzenie do ucha. Jedno połączenie, drugie, trzecie – i gdy już myślałam, że nie odbierze, ona jednak to zrobiła.

– Nie uw… – zaczęłam, jednak mi przerwała.

– Nie bardzo mogę rozmawiać. Muszę się wyszykować, bo wieczorem wychodzę z nowym facetem, a wiesz, że muszę wyglądać idealnie, a jednak doprowadzenie się do tego stanu trochę mi zajmuje – wypaliła na jednym wdechu, jakby chciała się mnie jak najszybciej pozbyć. I właściwie chciała, bo przecież ma kolejną randkę.

– Jasne – odpowiedziałam tylko i się rozłączyłam. Znów była tylko ona i jej świat.

Nie lubiłam się narzucać, dlatego też nigdy tego nie robiłam – bo dlaczego miałabym walczyć o odrobinę uwagi? Jeśli ktoś chciałby mi ją dać, robiłby to tak po prostu. Ona nie chciała – chyba że potrzebowała czasozapychacza albo towarzystwa w klubie. Ale nawet to towarzystwo w klubie ciężko uargumentować – chciała, żebym tam z nią poszła tylko dlatego, że nie jest pewna nowo poznanego faceta. Na początku mnie to bolało, jednak już się przyzwyczaiłam.

Na nowo chwyciłam teczkę oraz klucze i ruszyłam na piętro do sypialni. Weszłam do pokoju, otworzyłam szafkę i włożyłam do niej dokumenty, a klucze położyłam na komodzie. Tutaj przynajmniej będę miała je na widoku i nie zapomnę, gdzie je zostawiłam. Weszłam do łazienki i zmyłam dokładnie makijaż, wiedząc, że dziś już i tak nigdzie nie wyjdę. Przynajmniej się nie zapowiadało. Gdy skończyłam, położyłam się na łóżku i gapiłam się w sufit.

Czy ze mną jest coś nie tak? Kim właściwie jestem? Ojciec często porównuje mnie do matki. Brooke zapewne ma mnie za nudziarę. A ja? Ja po prostu… Nie wiem. Może jestem trochę roztrzepana, ale nie na tyle, by być taka jak Abbot. Nie na tyle szalona, by być jak moja rodzicielka. Połączenie charakterów moich rodziców powinno dać mieszankę wybuchową, a ja właściwie nie wiem, co miałabym o sobie powiedzieć.

Prócz tego, że mam na nazwisko Reid i kocham taniec…

Rozdział 4Mavis

Teraźniejszość

Matka mnie zabije… Minął tydzień – TYDZIEŃ – odkąd dostałam klucze i w pełni przejęłam „Fly Butterfly”, a już je zgubiłam. Były tutaj, do cholery! Przecież pamiętam, że odkładałam je w to miejsce co zawsze – zawsze kładłam je na stoliku w rogu sali, razem z telefonem. A teraz? Teraz telefon jest, ale kluczy nie ma. Oszaleję. Sprawdziłam każdy kąt budynku. Klucze wyparowały, nie ma ich. Przecież jak zadzwonię do mamy i jej powiem, to ona dostanie zawału, a tata zaraz po niej, bo jej się coś stało. Nie dość, że zgubiłam klucze, to jeszcze doprowadzę do ich szybszej śmierci. Będę miała wyrzuty sumienia do końca życia i…

– Nie panikuj, znajdą się. Zadzwoń do ojca, powiedz, jak wygląda sytuacja, i ci podrzuci zapasowe. Zawsze to matka cię kryła, ale w tym przypadku role muszą się odwrócić – rzuciła Brooke, gdy ja chodziłam w kółko i z całych sił próbowałam nie zjeść z nerwów paznokci.

Zatrzymałam się momentalnie i spojrzałam na nią wymownie.

– Nie ma zapasowych kluczy, Abbot. Do tej pory nie były potrzebne, bo matka traktuje to miejsce jak świętość i przysięgam, nawet spała z tymi kluczami – wytłumaczyłam, a ona się zaśmiała.

– No to masz przejebane – dodała brunetka, jakbym tego nie wiedziała. – Ale właściwie, po co panikujesz? Dom rodziców jest niedaleko, twój stary wybudował ci dom obok szkoły, więc będziesz mogła mieć na nią oko, a klucze się znajdą.

– Mój tata – od razu ją poprawiłam, a ona w odpowiedzi przewróciła oczami.

– Dobra, ale naprawdę niepotrzebnie panikujesz.

Westchnęłam i usiadłam na podłodze. Gorzej być nie może.

– Będę przesiadywać tu całe dnie i noce, przysięgam. Przynajmniej do momentu, aż nie znajdę tych pieprzonych kluczy.

Brooke kiwnęła głową i zaraz skrzywiła się lekko.

– A muszę siedzieć z tobą? Bo wiesz, umówiłam się dzisiaj na randkę z takim jednym i musiałabym się ogarnąć, a jest już trochę późno i…

– Idź – przerwałam jej i machnęłam dłonią w stronę drzwi.

Oczywiście, mogłam się tego spodziewać, bo co by innego było tak ważne? Dziwiłam się, jakim cudem nie złapała jakiegoś syfa, bo częstotliwość jej „randek” była naprawdę niezła. Czasami miałam wrażenie, że Brooke rusza dupą częściej, niż ja tańczę – a to jednak jest niemożliwe, chyba.

– Dziękuję ci, złota kobieto, jak coś to dzwoń. – Ruszyła w stronę wyjścia, a ja wiedziałam, że jak coś to dzwonić nie mogę, bo gdy nie dostanie tego, czego chce, chodzi naburmuszona przez kilka dni.

Jęknęłam żałośnie, gdy usłyszałam trzask drzwi frontowych. Położyłam się na podłodze i wpatrywałam się w sufit.

Tych kluczy było kilka w pęczku, więc jak mogłam je zgubić? Matka naprawdę mnie zabije – ale może faktycznie powinnam zadzwonić do ojca, bo może jednak mają gdzieś zapasowe? Może nie powie mamie i będzie mnie krył? Wzięłam głęboki oddech, wyciągnęłam telefon z kieszeni dresowych spodni i wybrałam numer. Jedno połączenie, drugie… Czekałam jak na skazanie, aż odbierze.

– Coś się stało, Mavis? – zapytał Seth.

– Zgubiłam klucze, tato… Są może zapasowe? I możemy zrobić to po cichu, żeby mama się nie dowiedziała? – powiedziałam cicho. Czułam zażenowanie, bo wiedziałam, że zapewne zaraz dostanę ochrzan za to, że jestem nieodpowiedzialna i roztrzepana. Jednak myliłam się: nic takiego nie nadeszło, a zamiast tego ojciec zaczął się śmiać. Ściągnęłam brwi i podniosłam się z wrażenia do siadu. – Co? – wypaliłam zdezorientowana.

– Zanim dostałaś klucze, dorobiłem dwa komplety na wszelki wypadek. Juliette twierdziła, że nie będą potrzebne, bo nie jest się w stanie zgubić tylu kluczy, bo widać je z dobrych dziesięciu metrów, ale miałem rację, a twoja matka, jak widać, nie zna twoich możliwości.

Nie wiedziałam, czy mam skakać ze szczęścia, czy być jeszcze bardziej poirytowana. To jakieś żarty.

– Naprawdę? Przeszukałam cały budynek, wewnątrz i z zewnątrz, bo bałam się jak cholera i żyłam w przekonaniu, że to jedyne klucze… a wy macie dwa zapasowe komplety? – Musiałam się upewnić, że dobrze usłyszałam.

– Dokładnie tak. Twoją matkę znam na wylot, ciebie również, tym bardziej, że jesteście takie same.

Tylko westchnęłam. Skoro matka wie o dorobionych kluczach, to zapewne poszły jakieś zakłady. Lubili to robić, gdy chodziło o mnie i moją lekkomyślność czy nieuwagę, ale nigdy nie mówili mi, co ma wygrany, a ja jakoś niespecjalnie dopytywałam.

– To przyjedziesz?

– Zaraz będę. – I się rozłączył. Wiedziałam, że będzie za maksymalnie pięć minut, jeśli są w domu, dlatego od razu wstałam, ruszyłam przed budynek i oparłam się o murek przy schodach. Wpatrywałam się w zachodzące słońce i znów analizowałam cały dzień, próbując ustalić, kiedy zniknęły klucze.

Otworzyłam drzwi… Weszłam na salę, gdzie odbywały się dziś zajęcia, odłożyłam klucze i zaczęły się schodzić dzieciaki. Może podczas tańca gdzieś upadły i zostały kopnięte? Ale wydaje mi się, że jeszcze były na swoim miejscu, gdy zadzwoniła Brooke, że zaraz będzie… Odłożyłam telefon, poszłam na zewnątrz, by na nią poczekać – i już przebrane dzieciaki wracały z rodzicami do swoich domów… Na pewno znajdą się dziś albo jutro. Zawsze tak jest, gdy już się załatwi coś na zastępstwo lub kupi nową tę samą rzecz.

Nie trwało długo, gdy usłyszałam dźwięk silnika. Ruszyłam w stronę Rolls­-Royce’a ojca. Wyszedł zadowolony z siebie, wyciągnął dłoń do przodu i pomachał mi przed nosem kluczami.

– Jeśli je zgubisz…

– To ponoć masz zapasowe zapasowych – wtrąciłam. Wzruszyłam ramionami i wzięłam klucze z jego dłoni. Zmarszczył brwi, gdy ruszyłam do drzwi.

– Mavis, masz ich nie zgubić.

Jęknęłam żałośnie i zamknęłam na klucz drzwi szkoły tańca. Odwróciłam się do ojca przodem.

– No przecież żartuję, tamte się znajdą, a te ci oddam, żebym… – Tym razem to ja ściągnęłam brwi i ugryzłam się w język.

– Żebyś ich nie zgubiła? – dokończył za mnie, na co przytaknęłam.

– Dokładnie tak – potwierdziłam, bo nie miałam zwyczaju kłamać.

Może i byłam trochę roztrzepana, ale rodzice mi ufali, bo zawsze byłam z nimi szczera. Może i byłam już dorosła, ale relacja z nimi była dla mnie ważna,tym bardziej, że naprawdę byli cudowni.

– Za miesiąc masz urodziny, pomyśleliśmy z mamą, że… – Tata zmienił temat.

Pokręciłam głową.

– Dobrze wiecie, że nie obchodzę ich, odkąd zdechły dobermany tej samej nocy. Nie chcę imprezy, nie chcę tortu.

Ojciec zrezygnowany przejechał dłonią po twarzy.

– Więc co? Znów się tu zamkniesz i będziesz siedziała cały dzień? – Wskazał na budynek, a ja przygryzłam policzek.

– Nie siedzę, tylko tańczę…i tak, znów to zrobię. – Wiedziałam, że ojciec znów wspomni o tym, że miał podobną sytuację z jego siostrą i siostrzenicą.

Taka rozmowa była co roku od piętnastu lat – bo psy zdechły, gdy miałam osiem lat, i mimo że rodzice chcieli mi kupić innego, nigdy się na to nie zgodziłam.

– Sam też to przechodziłem i…

– Tę historię słyszałam nie raz… Jest bolesna, ale cudowna, bo to mama cię z tego wyciągnęła… Może ja też potrzebuję swojej drugiej połówki, by mnie przekonała do świętowania tego dnia? – Jak zwykle, gdy wspominałam o jakimś facecie, ojciec zaczynał się śmiać.

– Znajdziesz drugą połówkę, oczywiście, że tak… Ale jak umrę, bo nie chcę mieć świadomości, że ktoś ci…

Wzięłam głęboki oddech. Kawa na ławę. Czas to przerwać.

– Za miesiąc mam dwadzieścia trzy lata, więc myślę, że powinieneś przestać zachowywać się tak, jakbym miała piętnaście. Poza tym… – Wycelowałam w niego palec wskazujący. – Nie wiem, czy wiesz, ale od jakiegoś czasu zdaję sobie sprawę z istnienia waszego pokoju w piwnicy, więc nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć ani zagiąć. Po tym, co tam zobaczyłam, jestem gotowa na każdą niespodziankę, jaką przygotowało mi życie.

W tym momencie ojciec zakrztusił się śliną i mało co nie wyskoczyły mu gałki oczne. Czułam małą satysfakcję, bo jeszcze nigdy nie widziałam go tak zaskoczonego.

– No więc… Przestań… albo jak już kogoś znajdę, to wam nie powiem przez dłuższy czas, tak dla bezpieczeństwa. – Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę swojego domu, który faktycznie był obok.

– Mavis, ale ty chyba nie… – zaczął, ale ewidentnie nie chciało mu to przejść przez gardło.

– Nic nie używałam. Tak szybko, jak weszłam, tak szybko wyszłam, jeśli o to pytasz – wróciłam do tematu czerwonego pokoju, celowo się z nim drażniąc.

– Na litość boską, Mavis! – krzyknął zrezygnowany, a ja zaczęłam się śmiać.

– Odstraszasz wszystkich potencjalnych partnerów… Właściwie nasze nazwisko to robi, więc nie martw się, jeszcze tego nie robiłam. Jeszcze – podkreśliłam ostatnie słowo i pomachałam kluczami. – Dziękuję i do następnego! – Rzuciłam się biegiem w stronę domu, bo wiedziałam, że to ta pora, by się ulotnić na dobre.

Z rodzicami rozmawiałam o wszystkim, ale jednak to z mamą dzieliłam się moimi przeżyciami z facetami. A właściwie ich brakiem, bo jedyne „przeżycie” to pocałunek z chłopakiem, który mi się – jak wtedy uważałam – podobał. Jednak z racji tego, że smakował jak jakiś stary kapeć, odpuściłam i więcej z nim nawet nie rozmawiałam. No może też dlatego, że aż wzięło mnie na mdłości po tym pocałunku i poszłam wymiotować w krzaki – ale wymówką było to, że trochę wypiłam tamtego wieczoru i to zapewne alkohol tak na mnie podziałał. Może i tak było, ale jednak ten kapeć zadziałał na mnie jak zapalnik.

Weszłam do domu, zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam do kuchni, by zrobić sobie kolację. Swoją drogą, jutro sobota… Może Brooke nie ma zaplanowanej żadnej jednorazowej randki i pójdziemy na imprezę?

Poza szkołą dawno nigdzie nie byłam, więc trzeba się oderwać i przestać przez chwilę myśleć o tych zaginionych kluczach – bo chyba zdążyłam dostać do głowy. Przecież wiem, że tam były, chyba nie wyparowały? Znam każdego rodzica i opiekuna dzieci, więc wiem, że żadne z nich by ich nie wzięło – bo po co mieliby? A wyjście na imprezę pozwoli mi się odchamić i może chociaż trochę oderwać od tego wszystkiego. Może tym razem mi się spodoba i będę chciała wychodzić częściej, zamiast zamykać się na świat w czterech ścianach?

Rozdział 5Mavis

Tej nocy spałam jak zabita. Może to wydarzenia z poprzedniego dnia tak mnie wykończyły, że przespałam całą noc ciągiem? A może podświadomie wiedziałam, że nie ma sensu się budzić, bo nie będę miała odwagi iść tańczyć, skoro zagadka zaginionych kluczy się nie rozwiązała?

Obudziłam się z nastawieniem, że nie będę myślała o nich przez weekend – musiałam trochę odpocząć psychicznie, bo zapewne stres przed naszym pierwszym występem da o sobie znać już w poniedziałek rano, podczas generalnych prób. A z racji, że nie mogę pokazać dzieciakom, że denerwuję się równie mocno jak one, będę dusić wszystko w środku i bezsenność jest gwarantowana.

Do Brooke zadzwoniłam zaraz po śniadaniu. Musiałam zapytać, czy ma jakieś plany na wieczór i czy jest chętna na wspólne wyjście do klubu. Chyba pierwszy raz to ja namawiałam ją, a nie ona mnie. Abbot oczywiście odsypiała zarwaną nockę i odebrała ledwo przytomna.

– Znalazłaś klucze i chcesz się pochwalić, czy o co chodzi? – zapytała na dzień dobry.

– Tata miał zapasowe, ale to nieważne. Idziemy dzisiaj na imprezę. Mam ochotę wyjść gdzieś i się odmóżdżyć.

Abbot jęknęła przeciągle.

– Jestem umówiona…

Nie ma mowy. Nie dam za wygraną.

– Cipa z ciebie, a nie koleżanka. Tylko faceci i faceci… Gdy ty chciałaś mnie wyciągnąć, wychodziłam z tobą, a nie zachowywałam się tak jak ty – wypaliłam podirytowana.

– Ale przestałaś, więc jak ja odmawiam, to masz problem? – powiedziała prześmiewczo.

– Przestałam, bo za każdym razem uświadamiałaś mnie, że jestem ci potrzebna tylko po to, bo masz spotkanie z facetem, którego nie jesteś pewna. Jak miałam się czuć, hm? – wysyczałam. Tego było już za wiele. – Wibrator sobie kup… Mniejsze prawdopodobieństwo zarażenia się jakimś grzybem i możesz używać, kiedy chcesz – dodałam wściekła, a Brooke milczała przez chwilę.

– Dobra, ale wiedz, że ostatnio spotykam się cały czas z jednym, ale powiem mu, że przyjaciółka ma kryzys i musi się odchamić w babskim towarzystwie. Gdybyś sobie kogoś znalazła, też byś miała mniej czasu, więc mi nie wyjeżdżaj z takimi tekstami.

Prychnęłam – oczywiście usłyszała tylko to, co chciała usłyszeć.

– I ja przynajmniej mam chociaż szansę na tego grzyba, a nie tak jak ty: cnotka niewydymka czeka na księcia z bajki, który nie istnieje – dodała, a ja zagotowałam się jeszcze bardziej.

– Spierdalaj, Brooke. Idź się bzykać, pójdę sama. – Rozłączyłam się, bo nie miałam zamiaru z nią więcej rozmawiać. Na pewno nie teraz.

Dobra, może mam zaraz dwadzieścia trzy lata i jestem dziewicą – ale do cholery, to ujma? Rozumiem, gdybym miała czterdzieści, to mogłaby się czepiać, ale bez przesady.

Zawsze byłam zdania, że potrzebuję faceta, który będzie mnie intrygował, który będzie miał to coś… Ale jeszcze na takiego nie trafiłam. A biorąc pod uwagę fakt, że rodzice ciągle byli w sobie zakochani po uszy i patrzyli na siebie maślanymi oczami – chciałam dokładnie tego samego. Ojciec wciąż zwraca się do matki „Motylku”, a po imieniu mówi tylko, gdy coś nawywija. Chcę dokładnie tego samego – dostać pieprzony pseudonim od faceta i by patrzył na mnie tak jak ojciec na matkę. Naprawdę tak dużo wymagam?

A Brooke? Brooke chce tylko chuja między nogami, nic więcej.

Pójdę sama do klubu. Nic się nie stanie.

Nie potrzebuję takiej „przyjaciółki”.

Po tej rozmowie wiedziałam, że znów cały dzień mam z głowy, bo będę chodziła wkurzona. Wczoraj zgubiłam klucze, dziś rozmowa z Abbot. Weekend zapowiada się naprawdę cudownie. Lepiej być nie może.

Poddenerwowana rozmową wyszłam z domu i poszłam do budynku obok. Chciałam pozbyć się chociaż jednej sprawy z głowy – musiałam znaleźć te pieprzone klucze. Nie mogły się rozpłynąć, to nie jest możliwe, poza tym pęk był dość spory.

Prócz przeszukania szkoły jeszcze raz nie zrobiłam kompletnie nic. Miałam wrażenie, że coś jest nie tak – ale oczywiście zbagatelizowałam to uczucie. Dopiero pod wieczór wróciłam do domu, zjadłam obiadokolację i poszłam wziąć prysznic, żeby zacząć się ogarniać do wyjścia.

Wysuszyłam i wyprostowałam długie brązowe włosy, ale ostatecznie i tak związałam je w wysokiego kucyka. Nałożyłam delikatny makijaż na oczy, za to na usta czerwoną matową szminkę, by dodać nieco pazura. Czarny krótki top i spodnie z wysokim stanem z szarego jeansu, czarne szpilki i złote dodatki – bransoletka, łańcuszek i kolczyki. Właściwie łańcuszek nosiłam cały czas. Złoty, delikatny, z literką „M” – dostałam go od rodziców na ósme urodziny, dokładnie te, podczas których zdechły Borys i Hades. Na początku nie chciałam go nosić, ale w końcu się przekonałam.

Dochodziła już dwudziesta pierwsza, więc wiedziałam, że powinnam się zbierać, by uniknąć kolejki. Mimo że ojciec był właścicielem, nie lubiłam korzystać z tego przywileju i możliwości wejścia bez czekania. Oczywiście Brooke tego nie rozumiała, ale nic na to nie poradzę – taka już byłam.

Wyszłam z domu i ruszyłam pieszo w stronę centrum i wspomnianego klubu. Lubiłam spacerować, czuć zapach morza i piasku. Wiedziałam, że droga zajmie mi kilka dobrych minut, ale nie przejmowałam się tym. Najwyżej jutro będę leżała plackiem i marudziła, że stopy mnie bolą od szpilek.

Po niecałych czterdziestu minutach dotarłam na miejsce. Od razu jęknęłam, gdy zobaczyłam sznur ludzi do wejścia. Zazwyczaj ludzie dopiero schodzili się po dwudziestej drugiej, nie przed – a tym razem tłum był niesamowity. Zanim wejdę, minie kolejna godzina, jak nie dłużej. Nie ma mowy. Jestem Reid i tak jak starałam się nie korzystać z tego nazwiska, tak dziś stwierdziłam, że jednak to zrobię.

Szłam dalej w stronę wejścia, aż w końcu zobaczyłam Marca, który kasował bilety. Kiwnęłam w jego stronę, a on jak zwykle z uśmiechem na twarzy skierował dłoń w stronę korytarza prowadzącego na główną salę. Weszłam do środka i udałam się do baru, bo na szczęście było jeszcze w miarę pusto. Usiadłam na wysokim krześle i czekałam, aż podejdzie znajomy barman.

– Nie wierzę! Mavis Reid we własnej osobie i to sama – wypalił, gdy już uraczył mnie swoją obecnością.

– Cieszysz się? – rzuciłam, a on się zaśmiał.

– Ależ oczywiście, tylko zastanawia mnie, gdzie masz Brooke, bo zazwyczaj przychodziłyście razem.

Spojrzałam na niego wymownie – przecież znał Brooke i jej zwyczaje. Sam też był jej jednorazowym numerkiem.

– Abbot ma randkę, a ja potrzebuję się odchamić.

Kiwnął głową w geście zrozumienia.

– Więc też szukasz randki? – zapytał wyraźnie ciekawy. Parsknęłam śmiechem, bo gdyby ojciec wiedział, o co on mnie pyta, zapewne już by wyleciał.

– Nie, po prostu chcę się napić i dobrze bawić, tyle. – Wzruszyłam ramionami.

– Podwójne mojito? – upewnił się, mimo że nigdy nic innego nie wybierałam, jak już się tutaj zjawiałam.

– Dokładnie tak – potwierdziłam, a mężczyzna od razu zaczął robić drinka.

Drake był trochę starszy ode mnie – nie wiem dokładnie ile, miał coś około trzydziestu lat, a na pewno zbliżał się do tego wieku. Był przystojny, ale nie mój typ.

Właściwie chyba jeszcze nie odkryłam tego, co mi się podoba u mężczyzn – jeśli chodzi o wygląd – bo jeszcze nie było takiego, który by mnie zachwycił na tyle, bym padła na kolana. Dosłownie i w przenośni.

Nie trwało długo, gdy szklanka z alkoholem znalazła się na blacie przede mną.

– Dzięki. – Napiłam się i jak zwykle uśmiechnęłam się pod nosem, czując ten cudowny smak.

– Jak coś to wołaj. Ludzie się schodzą, więc będę miał trochę roboty, ale wiadomo, Reid zawsze na pierwszym miejscu.

Przewróciłam oczami, a Drake rozbawiony poszedł do innych klientów. Doskonale wiedział, że nie lubię się afiszować – nie to, że się wstydziłam, wręcz przeciwnie. Po prostu ludzie, gdy słyszeli to nazwisko, trzymali się na dystans, bo wiedzieli, kim jest mój ojciec.

Każdy w Miami wiedział.

Wypiłam połowę drinka i odwróciłam się przodem do parkietu, gdzie już tańczyli ludzie. Faktycznie jeszcze nie zdążyła wybić dwudziesta druga, a ludzi już było dość sporo i wciąż ich przybywało.

Lubiłam tu przychodzić, chociażby po to, by patrzeć na tańczących – kochałam taniec całą sobą, a widok innych tańczących sprawił, że czułam się lepiej. Dodatkowo czerwone oświetlenie i czarne dodatki nadawały temu miejscu swojego klimatu.

Wcześniej nie rozumiałam, dlaczego ojciec stawiał na takie kolory, ale po zobaczeniu ukrytego pokoju w domu wiedziałam już wszystko i zdecydowanie nie potrzebowałam więcej. Każdy ma jakieś swoje upodobania i fetysze – i nie mnie oceniać, skoro sama jeszcze nie odkryłam tego, co ja lubię.

Dopiero gdy parkiet był niemal pełny, odwróciłam się z powrotem do baru, chwyciłam szklankę i dopiłam trunek. Zeszłam z krzesła i poszłam na środek. Zaczęłam tańczyć w rytm muzyki – po prostu bujać się na boki z zamkniętymi oczami, bo nie wypadało się popisywać, a wtopić w tłum, skoro każdy przyszedł tu się tylko bawić.

Momentalnie zaczęło robić mi się niedobrze, a w głowie wirować. Otworzyłam oczy, ale to tylko pogorszyło mój stan. Zrobiłam krok w tył, czując, jak przestaję panować nad swoim ciałem i umysłem. Coś jest nie tak… Przeciskając się przez tłum, slalomem ruszyłam w stronę wyjścia. Potrzebowałam świeżego powietrza. Obraz przed oczami mi się zamazywał, nie byłam pewna, czy idę w dobrym kierunku.

– Mavis, wszystko w porządku? – zapytał Marco, więc wiedziałam, że zaraz będę na zewnątrz.

Kiwnęłam tylko, że wszystko gra, bo jeśli zadzwoni do ojca, to dostanę dożywotni zakaz wchodzenia do tego miejsca.

Oparłam się plecami o ciepłą ścianę budynku. Próbowałam nieco się uspokoić, wziąć głębokie wdechy, czując, jak robi mi się słabo. Zdecydowanie nie powinnam pić, skoro byłam wykończona ostatnimi wydarzeniami. Zaczęłam się osuwać po ścianie. Ostatnim, co zarejestrowałam, było stłumione uderzenie, jęk jakiegoś faceta i męskie dłonie, które złapały mnie, gdy traciłam kontakt z rzeczywistością.

Rozdział 6Charles

Trzymając Mavis w ramionach, wszedłem do jej domu. Udałem się na piętro, doskonale wiedząc, gdzie znajduje się jej sypialnia. Położyłem ją nieprzytomną na łóżku i usiadłem na materacu. Oparłem łokcie o kolana i schowałem twarz w dłoniach. Zapowiadał się naprawdę długi wieczór, bo nie popuszczę temu facetowi. Nie po tym, co chciał jej zrobić. Dosypując jej proszki do drinka, wydał na siebie wyrok.

Wziąłem głęboki oddech i się podniosłem.

Poszedłem do łazienki połączonej z pokojem. Otworzyłem szafkę i chwyciłem pierwszą lepszą butelkę. Trafiłem idealnie – płyn micelarny. Zabrałem też inne potrzebne przedmioty i wróciłem do kobiety. Nalałem trochę płynu na wacik i zacząłem ostrożnie zmywać makijaż Mavis. Powody były dwa: ponoć nie powinno spać się w makijażu i – drugi, ważniejszy – znacznie bardziej podobała mi się bez niego.

Gdy skończyłem, odłożyłem wszystko na miejsce, a brudne płatki higieniczne wywaliłem do małego kosza. W normalnych okolicznościach zapewne siedziałbym i po prostu na nią patrzył, ale to nie były normalne okoliczności. Musiałem się pozbyć tego barmana – i to tej nocy. Musiałem zrobić to ja, musiałem odebrać satysfakcję oraz możliwość zabicia go Sethowi Reidowi, bo on zapewne tego tak nie zostawi. A pewne jest, że to do niego zadzwoni Mavis, jak już się obudzi.

Wyszedłem z jej domu i wsiadłem do auta, które po raz pierwszy zaparkowałem na jej podjeździe. Ruszyłem z powrotem do klubu. Zatrzymałem się na parkingu i po prostu czekałem, aż mężczyzna wyjdzie. Minęło zaledwie kilka minut – a biorąc pod uwagę, że musiał doprowadzić się do porządku, przynajmniej swój nos, i że musiał załatwić sobie szybsze wyjście, nie mogło mu to zająć tak mało czasu.

Patrzyłem, kto wchodzi do klubu i kto wychodzi. Kolejki na dworze już nie było, a na parkingu stały tylko pojedyncze osoby, każda z papierosem w ręku. W końcu barman wyszedł. Trzymał się za nos i wymieniał zakrwawione chusteczki. Skoro aż tak puściła się krew, z pewnością nos miał złamany – ale jakoś się tym nie przejmowałem. Czeka go znacznie gorszy los. Spojrzałem na palących ludzi – upici, ledwo stali, więc było to mało prawdopodobne, by cokolwiek pamiętali następnego dnia.

Wyszedłem z auta i szedłem prosto na mój cel. Mężczyzna nie zwracał kompletnie na nic uwagi – był za bardzo przejęty złamaniem i wypływającą juchą. Zatrzymałem się, on również, jak tylko zobaczył postać przed sobą. Uniósł głowę. Na początku widziałem na jego twarzy wkurwienie, ale szybko zmieniło się to w strach, gdy zdał sobie sprawę, że to ja doprowadziłem go do takiego stanu.

– Mam nadzieję, że nie odmówisz mi przejażdżki. Inaczej będę musiał być mało del… – nie dokończyłem, bo zaczął uciekać.

Zaśmiałem się i puściłem się za nim biegiem. Chwyciłem go za tył koszuli, przez co zatoczył się do tyłu – natychmiast założyłem mu dźwignię. Bez najmniejszego problemu włożyłem dłoń do tylnej kieszeni jego spodni, bo to stamtąd wyciągał woreczek z proszkiem. Otworzyłem folię, zatkałem mu nos, by otworzył buzię, a gdy to zrobił, wsypałem całą zawartość do jego ust.

– Zaczynamy zabawę – odezwałem się i schowałem pusty woreczek do jego spodni. Zamknąłem jego gębę, by połknął proszek, a nie próbował go wypluć.

Pociągnąłem go w stronę swojego samochodu i wepchnąłem na miejsce pasażera. Wiedziałem, że zaraz odpłynie. Wsiadłem za kierownicę i ruszyłem z piskiem opon w stronę swojego domu. Zerknąłem na niego i wróciłem wzrokiem na drogę.

– Chciałbym z tobą porozmawiać. Gdyby nie twój wybryk, może bylibyśmy kumplami – wyglądasz na naprawdę sympatycznego gościa, ale to nie wchodzi w grę – wypaliłem i znów na niego spojrzałem.

Widziałem, jak powoli trafia do innego świata, jak traci świadomość.

– Nie będę pytał po co, bo i tak już mi nie odpowiesz, a odpowiedź jest jasna. Ale powiem ci, co się z tobą stanie, bo twój mózg jeszcze przyswaja informacje… przynajmniej tak myślę – przerwałem na chwilę i zaraz kontynuowałem: – Najpierw cię pokroję, następnie wrzucę do wanny i zaleję kwasem. Rozpuścisz się w ciągu doby, może dwóch. Na koniec, jeśli będzie trzeba, zmielę cię i wrzucę do kibla. Mam nadzieję, że nie wypłyniesz jak gówno albo nie zapchasz mi sedesu, bo naprawdę się wkurwię – wytłumaczyłem.

Zatrzymałem się przed bramą garażową, otworzyłem ją pilotem i wjechałem do środka. Gdy brama się zamknęła, wyszedłem z auta.

Podszedłem do dużej metalowej szafy na narzędzia, przesunąłem ją i otworzyłem duże, również metalowe, drzwi, które były za nią ukryte.

Wróciłem do samochodu, wyciągnąłem nieprzytomnego już faceta, chwyciłem go pod pachami i zaciągnąłem do drugiego pomieszczenia. Wciągnąłem go na duży metalowy stół. Podszedłem do stołu obok, chwyciłem piłę tarczową i podłączyłem kabel do prądu. Wróciłem do mojej ofiary. Włączyłem urządzenie i zacząłem ciąć w miejscu szyi. Nie przejmowałem się, że krew była wszędzie – zapewne również na mnie. Chwyciłem odciętą głowę i rzuciłem jak piłkę do wanny stojącej w rogu. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy trafiłem, i zacząłem ciąć resztę ciała – ręce, nogi, a na koniec korpus.

Odłożyłem piłę, odłączyłem ją od prądu i wyczyściłem tarczę. Gdy urządzenie było już czyste, zacząłem pozbywać się reszty krwi z pomieszczenia. Ściągnąłem również swoje ubrania i wrzuciłem do wanny obok trupa. Założyłem rękawice i ubranie ochronne. Chwyciłem baniak z kwasem i wlałem do wanny – zaraz następny i kolejny. I tak do momentu, gdy płyn pokrył całe ciało.

Wyszedłem z pomieszczenia, choć i tak wrócę tutaj za dwa dni, by pozbyć się resztek. Zamknąłem drzwi, przesunąłem szafę i ruszyłem w głąb domu, a następnie na piętro, do łazienki.

Rozdział 7Mavis

Gdy się obudziłam, bolało mnie całe ciało, powieki były ciężkie. Miałam wrażenie, że przejechał po mnie walec drogowy. Zerwałam się z łóżka, gdy poczułam, jak cała zawartość żołądka podeszła mi do gardła. Wparowałam do łazienki, otworzyłam muszlę klozetową i zaczęłam wymiotować.

Dopiero po kilku torsjach dotarło do mnie, że jestem w swoim domu i że jeden drink nie mógł spowodować tego, co się stało poprzedniego wieczoru. Ktoś ewidentnie mi czegoś dosypał.

Pytanie – kto i co?

Kolejne pytanie – kto odwiózł mnie do domu?

Podniosłam się z podłogi. Spuściłam wodę i podeszłam do umywalki. Umyłam zęby i dopiero teraz spojrzałam w lustro. Wyglądałam paskudnie – podkrążone oczy i lekko zaczerwieniona twarz, zapewne spowodowana wymiotami. Makijaż był zmyty, ale wciąż byłam ubrana w to, w czym poszłam do klubu. Byłam zdezorientowana jak cholera. Nikt konkretny nie przychodził mi do głowy. Gdybym pojechała z Brooke, to zapewne ona zmyłaby mi makijaż – ale przecież byłam tam sama.

Musiałam sprawdzić monitoring, ale to było chyba jedyne miejsce, do którego nie wpuszczą mnie bez ojca. Dlaczego? Bo jeśli już chciałabym tam wejść, to oznacza, że coś się stało – i od razu doniosą. Wiedziałam, że telefon do niego zapewni mi dożywotni zakaz pojawiania się w klubie, ale musiałam wiedzieć, kto to był – i w tym momencie nie obchodziło mnie, że nie wejdę już do środka. I tak nie bywałam tam często, a ten jeden raz okazał o jednym za dużo. Ze mną się nie udało, ale może być następna dziewczyna, która nie będzie miała tyle szczęścia. A zagadkę, kto odwiózł mnie do domu, rozwiążę sama.

Ledwo podnosząc nogi, weszłam do sypialni. Chwyciłam telefon leżący na szafce nocnej. Usiadłam na materacu i westchnęłam, widząc, że zaraz wybije szesnasta. Przespałam prawie cały dzień – cudownie. Wybrałam numer taty i czekałam, aż odbierze.

– Nie mów, że znów zgubiłaś klucze – wypalił na dzień dobry, ale ja nie miałam zamiaru owijać w bawełnę.

– Byłam wczoraj w klubie, ktoś dosypał mi coś do drinka i…

– Że co?! – wydarł się, a mi aż zapulsowało w głowie.

– Jestem w domu, ktoś dopilnował, by nie stała mi się krzywda. Możemy jechać do klubu i sprawdzić monitoring? Inna dziewczyna może nie mieć tyle szczęścia…

Spis treści

Prolog Mavis

Rozdział 1 Mavis

Rozdział 2 Mavis

Rozdział 3 Mavis

Rozdział 4 Mavis

Rozdział 5 Mavis

Rozdział 6 Charles

Rozdział 7 Mavis

Rozdział 8 Mavis

Rozdział 9 Charles

Rozdział 10 Mavis

Rozdział 11 Mavis

Rozdział 12 Charles

Rozdział 13 Mavis

Rozdział 14 Charles

Rozdział 15 Mavis

Rozdział 16 Charles

Rozdział 17 Mavis

Rozdział 18 Charles

Rozdział 19 Mavis

Rozdział 20 Charles

Rozdział 21 Mavis

Rozdział 22 Charles

Rozdział 23 Mavis

Rozdział 24 Mavis

Rozdział 25 Charles

Rozdział 26 Mavis

Rozdział 27 Charles

Rozdział 28 Charles

Rozdział 29 Mavis

Rozdział 30 Charles

Rozdział 31 Charles

Rozdział 32 Mavis

Rozdział 33 Charles

Rozdział 34 Mavis

Rozdział 35 Charles

Rozdział 36 Charles

Rozdział 37 Mavis

Rozdział 38 Charles

Rozdział 39 Mavis

Rozdział 40 Mavis

Rozdział 41 Charles

Rozdział 42 Mavis

Rozdział 43 Charles

Rozdział 44 Charles

Rozdział 45 Charles

Rozdział 46 Mavis

Rozdział 47 Mavis

Rozdział 48 Mavis

Rozdział 49 Mavis

Epilog Mavis

Podziękowania