Co przyniesie nam wiatr - Dominika Szymanowska - ebook
NOWOŚĆ

Co przyniesie nam wiatr ebook

Dominika Szymanowska

0,0

41 osób interesuje się tą książką

Opis

Pełna humoru opowieść o miejscu, w którym ​każdy przypadek ma drugie dno

Witaj w Solbarku – małym mazurskim miasteczku, gdzie czas płynie wolniej, a nowe historie czekają tuż za rogiem. Poznaj Teodora Ambroziaka, weterana weterynarii, który doświadczenie z pracy ze zwierzętami gospodarskimi próbuje przełożyć na leczenie psów i kotów, a także jego nowego pracownika Mateusza Laskowskiego, młodego lekarza poszukującego ucieczki od zgiełku Warszawy. Wspólnie z nimi posłuchaj plotek starej Kowalikowej, poznaj wyjątkowe, czasem niewiarygodne historie zwierząt oraz ich opiekunów, inspirowane prawdziwymi przypadkami i odkryj małomiasteczkowy klimat Solbarka oraz sekrety jego mieszkańców.

 

„Co przyniesie nam wiatr. Mazurska lecznica” to opowieść o ludziach i zwierzętach z lekką dozą humoru i mnóstwem nieoczekiwanych przygód. Wizyta w Solbarku sprawi, że zechcesz zostać w nim na dłużej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 314

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczynie: Katarzyna Masłowska, Ewelina Czajkowska

Redakcja: Dagmara Deska

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcia na okładce: © Tamar Gogua / Unsplash.com; © Kimo; © Isadora; © michael; © lovelysay12 / Stock.Adobe.com

Wyklejka: © Evgeniia / Stock.Adobe.com

Copyright © 2026 by Dominika Szymanowska

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece sp. z o.o.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8466-052-2

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

Wszystkie historie pacjentów lecznicy przedstawione w książce są prawdziwe i przydarzyły się mnie lub moim kolegom po fachu. Zbieżność nazwisk i pozostałych wydarzeń jest przypadkowa.

SOBOTA

Rozdział 1

Poczekalnia była pełna ludzi, ale nikt nie stękał i nie narzekał.

Stara Kowalikowa okupowała miejsce obok stojaka na parasole i donośnym głosem relacjonowała wydarzenia ostatnich dni dwóm innym seniorkom pomniejszych rodów solbarskich. Cała jej słuszna sylwetka zdawała się wzburzona, kok podskakiwał, kiedy kręciła z niedowierzaniem głową, a torebka niebezpiecznie fruwała na końcu gestykulującej ręki. Kobieta żywo opowiadała o skandalicznym graffiti na murze otaczającym kościół i kradzieży soków w melinie. Mniej lub bardziej wdzięczne słuchaczki w burych płaszczach i rozdeptanych pantoflach kiwały głowami na te rewelacje i mruczały pod nosem komentarze, ciekawsko się rozglądając.

Na krzesłach po drugiej stronie poczekalni dwóch mężczyzn, każdy z pokaźnym wąsem, pocierało czoła, narzekając na ceny skupu. Z kolei bliżej wejścia do gabinetu lekarskiego cicho siedziała doktorowa Kopczyńska. Wiosenny trencz w kolorze soczystej czerwieni niebezpiecznie wydymał się jej przy guzikach, ale w ryzach trzymał go jeszcze szeroki pasek zawiązany w talii na kokardę, która ginęła jednak w załamaniach tkaniny.

Modne, zakręcone przez Żanetę loki okalały jej krągłą buzię, pochyloną w stronę plastikowego transporterka stojącego na krześle obok. Oczywiście, jak każdy inny, ten również pewnie się nie otwierał i miał połamane zapięcia. Nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, ale transporter, w którym nic nie odpada w pierwszym półroczu użytkowania, jest niczym mityczny przedmiot – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go nie widział. W środku siedział biały pers i pełnym politowania spojrzeniem żółtych ślepi rozglądał się po całym zbiegowisku.

Drzwi do zatłoczonego pomieszczenia nagle się otworzyły, wpuszczając do wnętrza szum ulicy i zapach pieczarkarni, od którego łzy stawały w oczach.

– Dzień dobry, doktor to przyjmuje? – Szczupły chłopak rozejrzał się niepewnie po poczekalni. Zza pazuchy wystawał mu kawałek długiego pyska, nad którym świeciły czarne ślepka i sterczały wielkie niczym radary uszy.

– Przyjmuje, przyjmuje – powiedziała Kowalikowa. – A co ty tam masz, Olszak? Skąd żeś to przytachał? – Zmierzyła chłopaka ostrym spojrzeniem, aż torebka zatrzęsła jej się w dłoni.

Ten lekko cofnął się ku drzwiom, poprawiając połę kurtki na stworzeniu ukrytym przy piersi.

– Szczeniak, ojciec znalazł go w lesie przy rozwiązanym worku. Ktoś wyrzucił malucha – mruknął, drapiąc psiaka przy nosie.

Nagle zza drzwi gabinetu doszedł zebranych wrzask. W poczekalni zapadła cisza jak makiem zasiał. Olszak wymacał za sobą klamkę, gotów ratować siebie i szczeniaka ucieczką. Okrzyk powtórzył się, następnie wybrzmiało donośne przekleństwo, potem jęki przeplatane z zawodzeniem, po czym zapanowało głuche milczenie.

Wszyscy zastygli w oczekiwaniu, spodziewając się ciągu dalszego, ale po chwili dało się słyszeć szczęknięcie drzwi i z gabinetu wyszła Jowita, kosmetyczka z chihuahua Paco na rękach. Szeptała swojemu przyjacielowi do uszka miłe słowa z delikatnym uśmiechem, chociaż tona podkładu na twarzy została przecięta linią łzy uronionej nad biednym psem walczącym prawdopodobnie o życie.

Za roztrzęsionym duetem wkroczył na salony doktor w białym fartuchu i z palcem owiniętym gazikiem.

– Będzie dwadzieścia złotych, pani Jowitko. A za stratę palca się pani nie wypłaci. – Zaśmiał się rubasznie, patrząc na mikropsa, który w odpowiedzi wyszczerzył zęby.

Paco telepał się na rękach opiekunki i ewidentnie zerkał, czy aby okropny facet w białym kitlu nie wyciąga kolejnej igły z kieszeni.

– Dziękuję i do widzenia! – rzuciła Jowita i chwilę później pozostał po niej tylko zapach mocnych perfum.

– Kto następny? – Doktor rozejrzał się po milczącym zbiegowisku.

Każdy siedział cicho, trawiąc przeraźliwe wrzaski, jednak po chwili w stronę doktora ruszyła stara Kowalikowa, machając torebką i kokiem.

– Panie doktorze, ja tylko zapytać. Jak niosłam dzisiaj karmę Dżekowi, to on jakoś tak dziwnie leżał i smutny był, wie doktor. Leciwy już jest, pewnie to ze starości, co? – opowiadała, sunąc przez poczekalnię. – Da może doktor jakiś zastrzyk na wzmocnienie?

Nie usłyszawszy protestów, podążyła za białym kitlem do wnętrza gabinetu. Po chwili wyszli stamtąd oboje, a kobieta trzymała w ręku małą papierową torebkę z domniemanym antidotum na starość. Za nią z przychodni wymknęły się jej wierne towarzyszki.

Doktorowa Kopczyńska weszła ze swoim pupilem przedostatnia.

– To co tam u Brutusa? – spytał lekarz, zerkając na białą mordkę.

Kot siedział w transporterze i łypał bacznie na doktora, prawdopodobnie szacując swoje szanse w tym starciu. Kopczyńska pogłaskała plastikowy kontenerek i opowiedziała, że ostatnio Brutus ma problem z oddawaniem moczu – biega do kuwety po kilkanaście razy i nie robi tam prawie nic.

– Ale prawie nic czy zupełnie nic? A krew jest w tym, co robi? – dopytywał lekarz.

Z rozmowy wynikało, że państwo Kopczyńscy byli na wakacjach w Egipcie i Brutus został na ten czas z sąsiadką. Doktor stwierdził, że w takiej sytuacji najodpowiedniejszy będzie antybiotyk. Naszykował kilka zastrzyków i po donośnych protestach związanych z kłuciem igłą kot został wpakowany ze stołu, na którym znalazł się w czasie badania, z powrotem do transportera.

– Pani Mieczysławo, dzisiaj dostał leki w zastrzykach, a od jutra po pół tabletki rano i wieczorem przez siedem dni. Powinno się poprawić. Najprawdopodobniej Brutus zestresował się waszym wyjazdem, a to może powodować zapalenie pęcherza u kotów. Na przyszłość albo mniej wyjeżdżać, albo dać mu jakieś ziółko na uspokojenie. – Zaśmiał się rubasznie.

– Panie doktorze, a może jakieś badanie zrobić? Moczu czy coś? – spytała kobieta nieśmiało.

Zerknęła na swojego obrażonego ulubieńca, który z prawdziwym oddaniem wylizywał bolesne miejsce po zastrzykach, ale napotykając jej wzrok, zastygł na chwilę w bezruchu. Kopczyńska podniosła głowę i spojrzała na doktora.

– Oj, a pani to się za dużo nasłuchała męża. Jakie badanie? Ja już wiem, co mu jest, nie będziemy się tu nad nim pastwić.

Zegar z kotami, wiszący nad drzwiami do gabinetu, odmierzał kolejne kwadranse. Dwóch wąsatych rolników w kaloszach wyszło z plikiem tubek dowymieniowych, a Olszak i jego nowa znajda umówili się na wizytę za tydzień, otrzymawszy wcześniej tabletki na robaki i krople na kleszcze i pchły, bo te ostatnie brykały po szczeniaku, jakby jutra miało nie być.

Doktor Ambroziak rozejrzał się po poczekalni swojej lecznicy. Podłoga była upstrzona kawałkami trawy i wiosennym błotem, ciemne ślady znaczyły trasy interesantów. Mężczyzna westchnął, potarł dłonią czoło i pomyślał, że to dobry moment na przerwę. Na zapleczu naszykował szklankę z metalowym sitkiem i wsypał do niej dwie czubate łyżki kawy. Lubił taką z mułem, uznawał ją za jedyną prawdziwą. Na talerzyku ze wzorem w niebieskie kwiatki i obtłuczonym z jednej strony ułożył trzy ciastka z marmoladą, wygrzebane z dużego pudła. Zamieszał kawę, oblizał łyżeczkę, po czym zgarnął talerzyk i szklankę i ruszył ku tylnemu wyjściu, aby przysiąść na kamiennych schodkach i złapać odrobinę wiosennego słońca. Jakież było jego rozczarowanie, kiedy wyjrzał i zobaczył siąpiący deszcz, a że nie miał nad drzwiami daszku, wrócił na zaplecze i oddał się rozmyślaniom w miłym, wysiedzianym przez lata fotelu.

Solbark mógł zdawać się uroczym miasteczkiem. Położony na Mazurach i otoczony z każdej strony lasami, sprawiał wrażenie sielskiego. A jednak jeśli spędziło się tam choć chwilę dłużej, szybko okazywało się, że było to typowe miasteczko przelotowe, przecięte drogą krajową, po której samochody z głębszych i piękniejszych rejonów Mazur przemykały do Warszawy, a żądni pobytu nad wodą turyści ze stolicy równie prędko mijali je w drodze na wymarzone wakacje. Bo Solbarkowi brakowało przede wszystkim jeziora. Między innymi dlatego smętny, ponadprzeciętnie głęboki strumień, krzyżujący się z drogą krajową, nazywano tu szumnie rzeką Sawicą.

Po obu stronach przelotówki rozpierzchały się mniejsze uliczki, przy których rozsiadły się peerelowskie domy klocki, otoczone obowiązkowym szpalerem równych tuj. Był też w Solbarku park, w którym trudno było spacerować ze względu na ograniczoną przestrzeń, a jego centralne miejsce, czyli ławeczki, zajmowali zazwyczaj panowie, którzy przy mocniejszym trunku spędzali dnie na rozmowach o życiu, by potem wrócić do smutnych i zmęczonych swoim życiowym wyborem żon. Każdy każdego znał, plotki rozprzestrzeniały się z prędkością typową dla wsi i zataczały kręgi po domach, przyjmując coraz bardziej niestworzone kształty i detale.

Do niedawna centrum spotkań zakupowych i towarzyskich była Biedronka, do której nikt nie mógł wybrać się niepostrzeżenie. Pobliska Leśniczanka, w której Magda Gessler naście lat temu dokonała rewolucji, wyznaczała koniec miejscowości w kierunku Szczytna, a całe miasto regularnie nawiedzał okrutny smród pobliskiej pieczarkarni.

Ale Ambroziakowi mimo wszystko żyło się tu dobrze. Ludzie go znali, odwiedzali ze swoimi zwierzakami i kłaniali się na ulicy, kiedy szedł po sprawunki.

Westchnął na tę myśl i sięgnął po paczkę papierosów, która leżała na ławie obok fotela. Wyciągnął lekko już sfatygowane zawiniątko i powąchał. A potem znowu wziął głębszy oddech i odłożył go na miejsce w białym szeregu pachnących tytoniem słabostek. Palił ostatnio mniej, bo lekarz stanowczo mu zabronił. Dlatego wyznaczył sobie limit i starał się go trzymać, z mniejszym lub większym uporem. „Kiedyś na nockach paliło się jednego za drugim”, pomyślał.

Gdy lecznice były państwowe, panował w nich rozgardiasz. Na dziennych dyżurach było kilku lekarzy i kilkadziesiąt zgłoszeń z gospodarstw. Tu wycielenie, tam wypadnięta macica, a jeszcze gdzie indziej nagłe zdarzenia, które oznaczały mnóstwo roboty, ale i dobry pieniądz. Nieraz lekarz, samochodem zapakowanym po dach lekami, ruszał na zgłoszenia i wracał po wielu godzinach krążenia po okolicznych gospodarstwach, upaprany odchodami i po kilku głębszych, bo przecież trzeba wypić kolejkę za wyciągniętego ciągnikiem z krowy cielaka, żeby wyrósł na porządnego byczka albo dobrą krasulę. Telefon brzęczał niekiedy non stop, dlatego ktoś musiał być na miejscu.

W latach osiemdziesiątych państwowe gospodarstwa rolne zaczęły chylić się jednak ku upadkowi. W przychodni dało się odczuć coraz częściej zapadającą ciszę, stagnację i oczekiwanie. Jak nie było nic do roboty, to zaglądało się częściej do kieliszka. Staszek się zapił, a reszta przeszła na emerytury. Albo wyjechała za pieniądzem, bo likwidacja PGR-ów oznaczała brak zarobku. Ktoś tam został leczyć pojedyncze krowy i świnie, które mieli mali rolnicy, czasami trzeba było podskoczyć do konia czy przydomowych ekologicznych kurek. Duże kurniki przejęły firmy, zrzeszające lekarzy zajmujących się drobiem, którzy wozili się drogimi samochodami i chodzili ubrani tak elegancko, jakby leczyli ukochaną klacz arabskiego szejka, a nie zwykłe kury.

Ambroziak był właśnie tym, który trwał codziennie na posterunku i nasłuchiwał pełnego niepokoju donośnego dźwięku czerwonego telefonu z tarczą. Zasiadał w fotelu obitym tkaniną w żółte kwiaty, na podorędziu miał w szklance kawę i zapas ciastek, rozkładał gazetę i czekał. Czasami ktoś go wezwał, czasami ktoś wszedł porozmawiać, a czasami doktor siedział cały dzień, na zmianę przysypiając i czuwając w rytmie cykania zegara. Pieniędzy z tego nie było wiele, dlatego postanowił zmienić to i owo w lecznicy. „Świat poszedł naprzód”, zadumał się pewnego dnia. Trzeba podążać z duchem czasu. I z tą myślą wstał z fotela i udał się na obchód kątów, niegdyś pełnych dźwięków.

Pierwsze pomieszczenie od drzwi wejściowych się nada, uznał, gapiąc się na niewielki, wyłożony białymi kafelkami pokój z małym okienkiem. Nad umywalką umieszczoną w blacie po lewej stronie gabinetu wisiały dwie szafki w najmodniejszym niegdyś łososiowym kolorze. W zamyśleniu Ambroziak złapał palcem wskazującym i kciukiem wąsy i pocierał je, rozglądając się wokoło. Po chwili przytachał z zaplecza metalowy stół, któremu w kilku miejscach odpadała farba olejna. Po jego prawej stronie, na wprost drzwi, ustawił biurko i szafkę na dokumenty. Później dotaszczył wygrzebaną z odmętów zakładu lampę bezcieniową. Z szafek wiszących nad zlewem wyrzucił stare plakaty ostrzegające wizerunkiem zdziczałego, szczerzącego zęby psa o śmiertelnej wściekliźnie, stosy papierów, słoiki i ciemnobrązowe butelki z korkami i nieczytelnymi etykietami. Przetarł fronty, umył okienko i dosunął do biurka wypłowiałe krzesło obrotowe, w którym ktoś ułamał wajchę regulacji wysokości. W szufladzie jednej z szafek poukładał koszyczki z igłami i ze strzykawkami, na blacie ustawił jodynę, pudełko z gazikami i jednorazowe rękawiczki, a na wiszących półkach poustawiał leki, których, jak mu się zdawało, używa się też u jego nowych pacjentów, niekoniecznie będących zwierzętami gospodarskimi. Jeszcze nie był pewien, ale przecież lekarstwa to lekarstwa – uczył się o nich kiedyś, to douczy się i teraz.

Po skończonej pracy wrócił na zaplecze i z ulgą oraz poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oddał się rozwiązywaniu krzyżówki. Musi tylko przypomnieć sobie parę rzeczy i lecznica znowu zacznie tętnić życiem.

Nadszedł czas leczenia pupilków.

Rozdział 2

Deszcz padał od kilku dni, zupełnie jakby matka natura postanowiła zatopić Solbark z jego małomiasteczkowymi problemami i absurdami. Woda zalewała ulice i piwniczki, samochody toczące się po dziurawych uliczkach chlastały błotnistymi biczami gołe nogi śmiałków, którzy zdecydowali się wyściubić nosy z domów. Ruch panował tylko w stałych punktach życia towarzyskiego mieściny. Sklep wielobranżowy pani Bożeny, nazywany przez tutejszych meliną ze względu na możliwość praktycznie całodobowego dostępu do wysokoprocentowych trunków, był jednym z nich.

Mirka kończyła pakować kupione po drodze z poczty ogórki małosolne i sok pomidorowy, kiedy dzwonek nad drzwiami radośnie, i zupełnie nieadekwatnie do smętnej aury, obwieścił nadejście klienta. Do wnętrza wparowały stara Kowalikowa z Grażyną, emerytowaną nauczycielką geografii i swoją wierną towarzyszką. Mirka, nie chcąc angażować się w nadciągający plotkarski sztorm, pochyliła głowę i zaczęła szybko wkładać banknoty do portfela.

– Dzień dobry, pani Roszkowska, dzień dobry! – usłyszała skierowane w swoją stronę oskarżycielskim tonem powitanie. Eleonora Kowalik, z całym swoim jaśniepaństwem, przywdziała dzisiaj seledynową zieleń. Niczym jaszczurka opięta była dość ciasną już pelerynką przeciwdeszczową, która w kapturze miała dodatkowy daszek, osłaniający pomalowane na zielono powieki przed kroplami deszczu mogącymi popsuć idealne plamy barw. Nóżki obute miała w zielone trzewiki, trochę już rozchlapane i ewidentnie niepasujące do pogody i potoków zmywających cały kurz miasta. W dłoni kurczowo ściskała torebkę pod kolor butów i zupełnie odbiegającą od reszty stylizacji brązową parasolkę z reklamą firmy produkującej tubki dowymieniowe dla bydła. – A co u pani słychać, Mireczko? Córka była? – spytała, świdrując kobietę ciekawskimi oczkami.

– Była? – zawahała się Mirka, zastanawiając się, czy to pytanie dotyczy pobytu córki wczoraj na kilka godzin, czy miesiąc temu na jedną noc. „Skąd ona, u licha, wie, że ktoś do mnie przyjeżdża?” – Dzień dobry, tak, była, dziękuję. Muszę lecieć, mąż z obiadem czeka. – Zgarnęła foliówkę z niewielkimi zakupami i ruszyła do drzwi.

– A widziałam samochodzik ostatnio, tak sobie myślałam, że wpadła. A jak mąż? – Stara Kowalikowa ani myślała drgnąć i niczym wielka zielona gąbka skapywała radośnie na podłogę sklepiku. Szybko jednak jej świdrujące spojrzenie uciekło w bok, bo coś poruszyło się za wejściem i próbowało przesunąć zwalistą zieloną barykadę w celu szerszego otwarcia drzwi.

Stanowczo w sklepie wielobranżowym, w którym na powierzchni jakichś dwudziestu pięciu metrów kwadratowych można było kupić wszystko, robiło się zbyt ciasno dla chcącej uciec Mirki. Wykorzystała więc okazję i rzucając szybkie „do widzenia” przecisnęła się do drzwi i wyszła, mijając próbującą się wepchnąć do środka drugą gąbkę w kolorze szarym. Do meliny na ploteczki przybyła gosposia księdza, Wiesia, i również zaczęła skapywać nazbieranymi na dworze kroplami na burą podłogę.

– Pani Wiesiu! Jak zdrówko? – zagadnęła Bożena, sięgając z półki paczkę Pall Malli, bo jedyną słabostką pobożnej i spokojnej pani Wiesławy był dymek, który w ukryciu przed księdzem puszczała kilka razy dziennie za plebanią.

Ekspedientka przesunęła po ladzie nakrytą dłoniami paczkę, którą takim samym ruchem przejęła gosposia, po czym wsunęła pudełko do kieszeni swojej peleryny. Mistrzostwo szmuglowania paczki fajek zostało osiągnięte, bo ani Kowalikowa, ani Grażyna nic nie zauważyły, choć akurat Grażyna zajęta była oglądaniem wiszących na witrynie wianków, które robiła Mirka Roszkowska, dorabiając sobie do emerytury. A że Grażyna była prawie głucha na lewe ucho, to trudno byłoby jej usłyszeć dużo głośniejsze dźwięki niż szuranie po ladzie kartonika stanowiącego wstydliwy sekret gosposi księdza. Może to właśnie z powodu jednostronnej głuchoty Grażyna darła się przeokrutnie w kościelnym chórze i nawet nowe organy nie były w stanie zagłuszyć jej rozdzierającego „alleluja”.

Pani Wiesia poczuła kropelkę potu spływającą wzdłuż kręgosłupa. Stanowczo za stara już była na taką adrenalinę.

– A dobrze, dziękuję, pani Bożenko. Dzień dobry paniom – dodała, spoglądając w kierunku miejscowych plotkar. – Potrzebuję mleka, zabrakło na plebanii do kawki, a dzisiaj ksiądz przyjmuje po południu interesantów. To tłuste, nie ma co sobie żałować. Lepiej kawa smakuje, jak mleko ma trochę procentów – powiedziała do sklepowej i rozejrzała się po ciasnym wnętrzu, wypełnionym wszelkiego rodzaju towarami.

W tym miejscu nie było rzeczy, której nie dało się załatwić i kupić, a najdziwniejsze życzenia klienta udawało się spełnić jeśli nie natychmiast, to w ciągu kilku godzin. Najlepiej kręciła się sprzedaż alkoholu i artykułów pierwszej potrzeby, po które nie było warto pchać się do Biedronki czy Dino, ale interes napędzały też artykuły papiernicze, przybory krawieckie, chemia domowa i znicze.

Bożena panowała nad całym tym chaosem i zawsze wiedziała, gdzie sięgnąć po konkretny towar. Była tam od rana do nocy, widując swojego męża Karola tylko wtedy, kiedy ten przywoził dostawę albo pomagał przestawiać ciężkie skrzynki.

Jeśli zaś ktoś chciał poznać najświeższe plotki z każdego zakątka Solbarka, to właśnie tutaj była ich wylęgarnia, sortownia i stacja nadawcza, bo noga każdego mieszkańca prędzej czy później musiała stanąć w melinie, chociażby w niedzielę, w celu zakupu piwa, gdy duże i tańsze dyskonty miały dzień wolny, jak nakazuje ustawa. I ksiądz, który wielokrotnie toczył z Bożeną boje o otwieranie sklepu w dzień święty. O, co to to nie! Ekspedientka sprzeciwiła się tak stanowczo, że teraz duchowny wysyłał po zakupy panią Wiesię, a sam przechodził na drugą stronę ulicy, nie chcąc nawet mijać witryny przybytku łamiącego przykazania kościelne. I tym sposobem handelek kwitł, a Bożena stanowiła niejako strażniczkę plotek, które zbierała i dzieliła się nimi, pobierając myto w postaci dochodu ze sprzedaży. W przeciwieństwie do starej Kowalikowej, która chlapała językiem zupełnie za darmo.

Kowalikowa wbiła wzrok w gosposię pakującą mleko i ciasteczka z galaretką do torby.

– A ksiądz już zamalował graffiti? Skandal, żeby ktoś wypisywał takie głupoty na murach domu Bożego. Jakieś maziaje bez sensu! – sapnęła ze złością na wspomnienie skandalu, który wybuchł wśród lokalnej społeczności, kiedy ktoś nabazgrał na otaczającym plebanię i kościół murze słowa: „Polska dla każdej wiary”.

– Tak, mur już odmalowany. Dodatkowo proboszcz uszczelnił drzwi, bo i wiało mu zimą przy progu, i tiry jadące krajówką przeszkadzały w modlitwie. Narzekał, że nie może się skupić i zebrać myśli, gdy wpadają kołami w dziury. Teraz w kościele nic nie słychać, jutro zobaczycie! A jak organy pięknie w tej ciszy brzmią – dorzuciła, regulując należność.

Eleonora oderwała wzrok od swojego odbicia w szkle zawieszonego obrazka, gdzie wpatrywała się, żeby zbadać nienaganność swojego koczka i makijażu, i zerknęła na gosposię.

– Całe szczęście! Wreszcie będzie można cieszyć się prawdziwie pięknym nabożeństwem, prawda, Grażyna? – Spojrzała na buszującą pośród wianków przyjaciółkę. – Grażyna?! – huknęła głośniej, na co głuchawa kobieta wzdrygnęła się i odwróciła w stronę sklepikowego tłumku.

– Tak, tak – przytaknęła z miłym uśmiechem pulchna kobieta.

Oglądane wianki bardzo jej się podobały, ale Kowalikowa uważała, że wcale nie są ładne, i Grażyna trochę bała się przyznać, że ma już jeden na drzwiach sypialni w domu. Nauczona doświadczeniem, wolała nie stawiać się przyjaciółce i raczej przytakiwać jej pokornie, a co sobie myślała, to jej. Swoje opinie mogła wyrażać Mietkowi, który znad gazety rzucał jej wtedy uważne spojrzenie i zawsze zastanawiał się w duchu, co też jego skromna, miła i kochana żona robi z takim babskiem jak Kowalikowa.

Grażyna zadumała się nad tym, co usłyszała tym jednym uchem, które sprawowało się całkiem nieźle. Czasami udawała bardziej głuchą, niż była w rzeczywistości, tylko po to, żeby nie musieć uczestniczyć w zalewającym ją słowotoku Eleonory. „Udawanie niedołężnej ma swoje plusy”, uznała, patrząc na pakującą zakupy Kowalikową. „Mogę się wiele dowiedzieć i jednocześnie nikt mnie nie wciąga w głupie pogaduszki”, dodała w myślach. Jej introwertyczna natura i paniczny lęk przed tym, co gadają o niej ludzie, często były prawdziwą udręką. A tak wiedziała o wszystkim i będąc w ogniu plotkarskiego świata, sama nie stawała się ofiarą fałszywych i wyolbrzymionych opinii.

Zerknęła na Eleonorę, która pakowała do powieszonej na ramieniu torebki cukierki toffi na wagę, kefir i drożdże. Zamaszystym ruchem zasunęła zamek, po czym, cała na zielono, dzierżąc brązową parasolkę z tubami dowymieniowymi, pożegnała sklepową i przekroczyła próg, wpadając prosto pod ogromnego bełta wyplutego spod kół przejeżdżającego ulicą tira.

Rozdział 3

Doktor Ambroziak westchnął i dźwignął się z fotela. Na talerzyku leżały same okruszki, a po kawie pozostały tylko wspomnienie i muł na dnie szklanki. Trzeba było ogarnąć ten błotny bałagan w poczekalni i powoli zamykać, bo dochodziła siedemnasta.

Nie spieszył się do domu, bo też i nikt tam na niego nie czekał. Wandzia odeszła już trzy lata temu. Puste mury stały i straszyły ciszą.

Teodor lubił pogrzebać w ziemi, dbał o ogród, który tak kochała jego żona, i często myślał, że ona tam z góry patrzy na kwitnące przy altance róże i uśmiecha się do niego. Ale w taką paskudną pogodę nie było po co i o co się troszczyć.

Ruszył powoli w kierunku poczekalni, po drodze wstawiając do pełnego już zlewu dodatkowe naczynia. Zdumiał się, bo w poczekalni siedział cicho młody chłopak, a rude włosy oklejały mu czaszkę mokrymi strąkami. Trudno było powiedzieć, ile ma lat, ponieważ dzisiejsza młodzież jakoś tak szybciej zaczyna wyglądać dojrzale, ale chyba był pełnoletni. Jak każdy młodzieniec miał na sobie czarne ubrania, prawdopodobnie inne kolory nie znajdowały się aktualnie w palecie barw tego pokolenia.

Chłopak zaszurał adidasami, wstając. Sprawiał wrażenie, jakby był równie zaskoczony widokiem doktora jak on jego.

– Dzień dobry – powiedział, prawie salutując. – Jestem Edek, pan Zbysław przysłał mnie po listy. Miałem coś tam odebrać, jadąc do pracy i…

– A tak, dzień dobry, dobry… E-edwardzie?

– Edmundzie – powiedział Edek, chociaż doktor chyba nawet nie dosłyszał jego poprawki.

– Już idę po przesyłki – mruknął Ambroziak, który zupełnie zapomniał o sprawie.

Listonosz w Solbarku to był prawdziwy wybryk natury. Najdłużej stanowisko piastował pan Zbysław, ale chyba tylko dlatego nadal pracował dla Poczty Polskiej, że poza nim nikt nie wytrzymał dłużej niż dwa tygodnie. Różni śmiałkowie szukali wcześniej sposobów, żeby narobić się za państwowe pieniądze adekwatnie do ich wartości. Czyli nie narobić się wcale. Był listonosz, który pisał esemesy o treści: „W domu jest?” i podrzucał całą korespondencję jednemu gospodarstwu, prosząc o rozdanie jej sąsiadom. Był i taki, co wtykał listy w ogrodzenia, bo było mu za daleko do skrzynki, gdy wisiała na drzwiach domu. A ostatniego pogryzł Ares, wilczur Janusza Kozika. A nikt z Kozikiem sądzić się nie zamierzał, bo jak wyszedł z więzienia za kradzieże samochodów, to dopiero zaczął wyglądać jak prawdziwy bandyta. Świecąc nowymi tatuażami i łysą głową, całe dnie oglądał boks, rozparty na sofie w zszarzałej żonobijce i bokserkach, popijając piwo i dumając nad nowym interesem.

Zresztą co tu dużo gadać – nieświadomy niczego listonosz zignorował tabliczkę o psie pilnującym domu i chcąc dostarczyć Kozikowi polecony z sądu, ambitnie wkroczył na posesję. I prędko wyskoczył stamtąd z dość znaczną raną na pośladku i urażoną dumą. Z prawdziwą satysfakcją, klnąc pod nosem, wypisał awizo i zmięte w kulkę cisnął prosto w paszczę wilczura, który szczerzył się za bramką. Dosiedział – chociaż ugryzienie w strategiczną część ciała uniemożliwiało mu przyjęcie wygodnej pozycji – zwolnienie lekarskie do końca, po czym złożył wypowiedzenie i postanowił zająć się robieniem kebaba w budzie przy rynku w Szczytnie.

I tak właśnie pan Zbysław, chociaż już dawno powinien cieszyć się emeryturą, nadal świadczył swoje wątpliwej jakości usługi doręczyciela. Ambroziak zrobił mu ostatnio karczemną awanturę, bo listonoszowi nie chciało się przez trzy dni zajechać do jego gabinetu i doręczyć poleconego z nadzoru, a czekał pilnie na ten list i przedłużenie zgody na leki.

Cwany Zbysław wyręczał się swoim kuzynem Edkiem, żeby tylko zbytnio się nie przepracować. A chłopak, chociaż robotny i ambitny, był niestety strasznie roztrzepany. Na tyle, że czasem zapominał wziąć z domu własnego rozumu. Pracował teraz jako pomocnik kucharza w Sali Weselnej Mazuria za Szczytnem, a jak długo utrzyma to stanowisko, zależało od tego, jak wiele gaf jeszcze popełni. Dla Edka Zbysław był jak dziadek, więc starał się pomagać mu, jak potrafił, i załatwiał dla niego to i owo, również w kwestii doręczenia bardziej kłopotliwych przesyłek.

W poczekalni zapadło milczenie, bo Edek nie miał nic do powiedzenia. Onieśmielał go doktor z jego sumiastym wąsem i lekarską wiedzą. Czuł pewnego rodzaju respekt przed każdym, kto miał przychodnię. Właściwie uważał nawet, że lekarz troszczący się o wiele gatunków zwierząt jest lepszy niż taki, który leczy tylko człowieka. Bo przecież świnia czy pies to zupełnie inne zwierzaki, a doktor Ambroziak wiedział, jak rozprawić się z takimi chorobami, o jakich doktorowi Kopczyńskiemu się pewnie nie śniło. Weterynarz to był gość.

Edek zakręcił się po pomieszczeniu, wyjrzał przez witrynkę i wsunął ręce do kieszeni czarnej kurtki. Wymacał zwitek papieru i nagle olśniło go, że miał przekazać doktorowi przesyłkę. Jak zwykle o czymś by zapomniał, a przecież od wczoraj pukał i stukał do gabinetu kilkakrotnie, tyle że drzwi zamknięte na głucho były dość jasnym komunikatem, że weterynarz pojechał w teren i gania za jakimiś zwierzakami. Olśniony chłopak pacnął się dłonią w czoło, pokręcił głową i poszurał niezgrabnie w kierunku zaplecza.

– Panie doktorze, mam też przesyłkę dla pana, ale za potwierdzeniem odbioru! – oznajmił z korytarza, na co Ambroziak wychylił krągłą twarz zza drzwi prowadzących na zaplecze. – Chyba z urzędu gminy, nie wiem, ale pokwitować trzeba. Byłem wczoraj koło piętnastej i jakoś później, ale nie było pana na miejscu… – tłumaczył się, chcąc zamaskować fakt, że teraz prawie zapomniał o liście. A niech to, Zbysław by go prześwięcił.

– Mhm, nie było mnie, prosiaki szczepiłem u Borsuków, potem u Zarębów. Pokaż, co tam masz, zaraz pokwituję… – Zerknął na pomięty list z jednym tłustym śladem palucha w rogu koperty. Uniósł brwi, zmierzył Edka spojrzeniem i wąs zadrgał mu jakoś tak groźniej.

Wystraszony Edek spuścił oczy i wlepił wzrok w swoje czarne adidasy.

– Dokarmiałem parówką psa Kozika, żeby mnie nie atakował – mruknął nagle chłopak.

Ambroziak westchnął, bo już wiedział, skąd u wilczura biegunka. Kozika świerzbiły ręce, żeby przyłożyć doktorowi, bo jego pies miał co jakiś czas rozwolnienie i gorzej się czuł, a leki pomagały tylko krótkotrwale. Za trzecim razem widać było, jak na czole byłego złodzieja samochodów powoli nabrzmiewa wielka żyła, a żuchwa niepokojąco zarysowuje się na twarzy pod wpływem zaciskania zębów. Ostatecznie się pohamował, bo raz, że szanował Ambroziaka, a dwa, że nie było innego weterynarza w mieście.

– Edmundzie, mógłbyś tego nie robić? Podkarmiaj, ale, nie wiem, może mięsem? Czymś, przez co pies nie będzie chory – powiedział dyscyplinująco doktor, chociaż na jego twarzy widać było lekki uśmiech.

– Kiedy on żre tylko te parówki. I twaróg… – oznajmił, na co Ambroziak wywrócił oczami.

Jeszcze lepiej! Jedno i drugi szkodzi, ale skoro wilczur do jedzenia dostaje jakieś wióry ze zmielonych kopyt z supermarketu, to i nie dziwota, że chce odmiany.

Lekarz zamyślił się, ale nie skomentował. Edka nie wsypie, bo by się chłopakowi dostało od Kozika, ale sam też musiał się jakoś chronić.

– A przysmaki psie dawałeś? Wiesz, takie specjalnie dla psa – zapytał, ale Edek zdawał się nie do końca wiedzieć, o co chodzi. Psy u jego rodziców zawsze jadły resztki ze stołu, nikt im nie kupował karmy. Co zostało, to się im niosło. I wszystkie żyły długo i zdrowo.

Doktor, podając chłopakowi kilka listów i małą paczuszkę, wyjaśnił mu, że on sam ma kłopoty przez Edkową parówkową rozpustę i nie zamierza dostać od Kozika za biegunki u Aresa. Lubił swój nos i nie chciał musieć go operować.

– Dobrze, doktorze. To wszystkie przesyłki? – spytał chłopak, zmieszany reprymendą.

Na kiwnięcie głowy Ambroziaka odwrócił się i już chciał wyjść z przychodni, kiedy nagle w jego głowie pojawiła się jakaś niespokojna myśl. Kątem oka zobaczył coś szybko przebiegającego po podłodze. Jeszcze nie wiedział, co to, chociaż podświadomie czuł, że to może być bardzo kłopotliwa mysz. Nie podobało mu się to. Powoli zmierzał do drzwi, zastanawiając się, czy ma zwidy, czy może chodzi tak naprawdę o coś innego. „Może to przez naszą rozmowę i fakt, że się przyznałem?”, dumał.

Edek wetknął przesyłki pod kurtkę i nacisnął na klamkę. I wtedy dotarło do niego, jaka mysz przebiegła przed chwilą po podłodze jego umysłu. Zapomniał o prosiaku!

Nogi się pod nim ugięły, po plecach przebiegł zimny dreszcz i na sekundę zabrakło mu tchu. Wyskoczył z przychodni jak poparzony i ruszył szybkim krokiem do starej zielonej Škody zaparkowanej na poboczu. Ulewa ustąpiła miejsca kapuśniaczkowi, ale Edek dusił paczki od doktora, jakby to, że uchroni je przed zamoczeniem, mogło w jakiś sposób zaradzić katastrofie, która nieustannie zbliżała się od kilku minut. Ba, od zeszłego tygodnia. Tyle że wtedy jeszcze o tym nie wiedział. Jak mógł zapomnieć o prosiaku?!

Rozdział 4

Doktor poczłapał powoli w kierunku zaplecza i już miał wziąć wiadro od mopa, kiedy do jego uszu dotarł nagły szum jadących ulicą samochodów, a poczekalnię owionął zapach deszczowego powietrza. Znowu kogoś diabli nadali, a on już chciał zamykać.

Od wejścia dobiegło wysokie i głośne „dzień dobry”, a stukot obcasów jednoznacznie wskazywał na kogoś, kto nie zamierza czekać i ma zostać natychmiast przyjęty. Ambroziak porzucił zamiar wyjścia do domu i wyjrzał ku drzwiom wejściowym. Od razu było wiadomo, że przyjezdna, skoro odważyła się chodzić po krzywym i podziurawionym solbarskim chodniku w szpilkach.

W poczekalni napotkał spojrzenie czarnych ślepi brązowego jamnika, zaskoczone jego nagłym przybyciem, i zniecierpliwioną minę kobiety dobiegającej czterdziestki. Włosy miała spięte w wysoki koński ogon, spodnie na kant elegancko okrywały bordowe czółenka, a całości dopełniał ciemny żakiet. Kobieta kręciła się w okolicy recepcji, a jamnik na automatycznej smyczy dreptał na krótkich łapkach za swoją opiekunką, ukradkowo zerkając w stronę drzwi. Wyjście ewakuacyjne pozostawało jednak bezlitośnie odcięte, więc pies mógł liczyć wyłącznie na jakiś cud i łaskę z nieba.

Ambroziak przywitał się i gestem zaprosił intrygujący duet do gabinetu. Kobieta zaczęła mówić w rytm stukotu szpilek na posadzce.

– Mamy problem. Przyjechałam na wesele i zatrzymaliśmy się z mężem u mojej ciotki. Wie pan, jak już człowiek się ruszy z tej Warszawy, to chce poodwiedzać stare kąty i załatwić parę spraw. A u wujostwa dużo miejsca, jest gdzie spać. I ona, moja ciotka, znaczy się, ma dużo dywanów… – Opowieść zmierzała w interesującą stronę, więc Teodor zawiesił spojrzenie na twarzy kobiety i splótł ręce na biurku w oczekiwaniu na dalszy ciąg. – To są stare dywany, ale nie jakieś perskie, raczej z sentymentu chyba ciotka nie chce ich wymienić. I Wacław zwariował. Oni też mają psa, Reksa, ułożony jest i grzeczny, pewnie wdzięczny, bo wuj go uratował, kiedy jakiś chłystek chciał w niego rzucić kamieniem – kontynuowała historię, skupiając spojrzenie na doktorze i międląc w dłoni książeczkę zdrowia psa. – No i chodzi o to, że wuj twierdzi, że Wacław ma robaki, ale mnie się zdaje, że to niemożliwe, bo my go przecież odrobaczamy – zakończyła historię i zrobiła pauzę.

Odłożyła książeczkę na blat biurka, poprawiła wysunięty kosmyk włosów i najwyraźniej czekała na rozwiązanie szaleństwa Wacława. Jamnik spokojnie stukał pazurami w kafelki, przestępując nerwowo z łapki na łapkę, i patrzył z nadzieją na kobietę swojego życia.

– A Wacław to kto? – zapytał przytomnie Ambroziak, któremu gdzieś w tej historii zabrakło dokładniejszych danych.

– No… to jest Wacław – odparła kobieta, wskazując oskarżycielsko palcem na jamnika, który usiadł i zaszurał ogonem po podłodze.

– Pani… – Zerknął w uzupełnioną wcześniej kartę wizyty – … Diano. Uporządkujmy pewne kwestie. Co to znaczy, że pies zwariował, i co mają do tego dywany? – Uniósł brew.

– No… on jeździ pupą po tych dywanach. Od wczoraj cały czas, jak na sankach, szura po nich pośladkami i wydaje przy tym pomruki zadowolenia. Wygląda to co najmniej dziwnie, w domu nigdy tak nie robi, ale wie pan, ja mam panele. Strasznie nie lubię dywanów, siedlisko kurzu.

– A od kiedy jesteście z Wacławem u wujostwa? – dopytał lekarz.

Jamnik gapił się na opiekunkę, czekając na hasło do opuszczenia przybytku strachów.

– Będzie ze trzy dni, wesele jest za tydzień, w sobotę. – Diana zastukała w ekran telefonu palcem, wskazując w kalendarzu jakiś dzień.

– A czy Wacław jest zabezpieczony przed kleszczami i pchłami? – dopytał doktor, chcąc wykluczyć jedną z ewentualności.

– Oczywiście, odrobaczamy go co trzy miesiące, na kleszcze dostaje tabletkę. – Tu doktor skrzywił się lekko, słysząc o tym nowym wynalazku, który choć podobno skuteczny i bezpieczny, nadal budził w nim nieuzasadniony lęk. – I je dobrą karmę, nie jakieś śmieci. I wcześniej tego nie było, zaczęło się wczoraj! I panie doktorze, mam wrażenie, że od niego śmierdzi rybą. Myślałam, że się w czymś wytarzał, i wykąpałam go, ale nie pomogło.

Ambroziak uśmiechnął się pod wąsem, bo najprostsze rozwiązania czasami są najlepsze. Już podejrzewał, co mogło się wydarzyć. Ludzie w dzisiejszych czasach chcieli diagnozować, robić testy alergiczne, badania krwi i cuda na kiju, a przecież doświadczenie to coś, czego nikt mu nie zabierze. Poprosił opiekunkę, żeby podniosła psa na stół.

– Wie pani, kolana i kręgosłup już nie te. Muszę mniej kucać. Wiele lat kucałem jako lekarz terenowy i przemarzałem zimą w oborach. Mrozy były takie, że łapy natychmiast kostniały, chyba że kroplówka była ciepła. Teraz to luksusy, w ciepłym budynku siedzę. – Diana spojrzała na niego z lekką obawą, wszak jej pies nie był krową, i chwilę zawahała się, czy dobrze trafiła. Spojrzała na swojego pupila i na wielkie dłonie lekarza, które obejmowały go niczym imadło. Ale nie miała wyjścia, nie chciała jechać do Szczytna, skoro tutaj, na miejscu, ciotka poleciła weterynarza jako człowieka z powołaniem. – Muszę sprawdzić mu gruczoły. Tam gromadzi się wydzielina, która swędzi i śmierdzi… – Zawiesił głos, łapiąc już serio wystraszonego Wacława powyżej klejnotów.

Pies spanikował i zapiszczał, uznając, że najwyraźniej zaraz albo straci przyrodzenie niczym prosię, albo zginie w inny, równie przerażający sposób. Diana krzyknęła razem z nim. Natychmiast doskoczyła do stołu, aby ratować nieszczęsne stworzenie od niechybnej śmierci, ale wtedy poczuła obezwładniający smród. Cofnęła się więc, postanawiając wspierać pupila z dystansu.

– Wacław, jestem tutaj, skarbeńku. Nic się nie bój. – Wysyłała przerażonemu zwierzęciu dobrą energię, zatykając nos dłonią.

Doktor puścił psa i pokazał ręcznik kuchenny z dużą ilością ciemnej, cuchnącej mazi. Zapach był niezapomniany i błyskawicznie rozszedł się po gabinecie, wżerając się w śluzówkę nosa nieprzyzwyczajonej do takich aromatów kobiety. Ambroziak chrząknął, zdejmując rękawiczki, po czym zawinął ślady zbrodni na godności jamnika i wrzucił pakunek do kosza w rogu gabinetu.

– Właśnie to, droga pani, było przyczyną szorowania o dywan. Podejrzewam, że wujostwo, jeśli mówi pani o Domańskich i ich Reksie, lubi pieskowi dogodzić. Od lat tłumaczę Gustawowi, że zwierzętom nie daje się jedzenia ze stołu. Ale jak grochem o ścianę. A te gruczoły często napełniają się przy złej diecie. Tak więc wasz wielkomiejski pupil zapewne przeżywa teraz prawdziwe rozkosze podniebienia. Myślę, że kiełbaska to najmniej niewłaściwa rzecz, której skosztował w ostatnich dniach podczas pani nieuwagi. Proponuję po wyjeździe od ciotki i wuja wybrać się ponownie do waszego lekarza i usunąć to, co nazbiera Wacław przy okazji kolejnych degustacji. Bo saneczkowanie, czyli jeżdżenie pupą po ziemi, to najmniej kłopotliwy objaw. Warto za kilka dni sprawdzić uszy, bo też mogą zacząć swędzieć, gdy pies naje się ludzkich frykasów – powiedział lekarz, wycierając mokre po umyciu dłonie w ręcznik.

Kobieta wyglądała na zawieszoną pomiędzy odurzeniem unoszącym się w powietrzu aromatem a radością, że pies przeżył spotkanie z wiejskim lekarzem, nawet jeśli jego godność znacząco ucierpiała. Złapała Wacława za pyszczek i spojrzała mu w oczy, ale pies jeszcze nie odważył się wstać i nadal siedział na stole, zasłaniając strategiczne miejsca.

Nagle od strony wejścia do lecznicy dobiegło ich uszu trzaśnięcie i szuranie butami o zmęczoną już błotem i wilgocią tegorocznego kwietnia wycieraczkę, której zdolności chłonne skończyły się kilka ulewnych dni temu. Przybycie nowego gościa wyrwało Dianę z marazmu, bo wzdrygnęła się lekko. Pogłaskała jamnika po głowie i zestawiła na ziemię, a on otrzepał się i pewien, że jego koszmar dobiegł końca, ruszył w stronę drzwi.

– Już nie będzie ocierał się o te dywany? Bo ciotka patrzyła na niego jak na opętanego, jeszcze marudziła, że wszystko zabrudzi. A te dywany wyglądają i tak, jakby ktoś na nie… – urwała zawstydzona, bo nie wypadało tak opowiadać o własnej rodzinie.

Teodor zaśmiał się głośno i zapewnił, że teraz będzie lepiej.

– Ile płacę, doktorze? – spytała opiekunka Wacława, wchodząc do recepcji, w której już czekał młody mężczyzna, na oko trzydziestoletni.

Włosy niesfornie sterczały mu na głowie, a szczupła twarz i zawadiacki uśmiech sprawiały, że od razu budził sympatię. Usiadł na ławce po prawej stronie i jak zauważył Ambroziak, nie towarzyszył mu żaden zwierzak. „Widoczny zwierzak”, dodał w myślach, rozważając chomika w pudełku i szczura pod kurtką.

– Będzie dwadzieścia złotych – powiedział Ambroziak, sięgając do szufladki pod biurkiem, w której stała kasetka na pieniądze.

Brew klientki uniosła się wysoko, a na twarzy odmalował się wyraz zaskoczenia.

– Trochę mało, panie doktorze. Na pewno? Bo tutaj cała wizyta, rozmowa… No i mam nadzieję, że problem zniknie – powiedziała, przesuwając banknot po blacie.

– Zniknie, zniknie. A ja jakoś daję radę. Kocham swój zawód, to i nie zdzieram na ludziach – odpowiedział Teodor, chowając pieniądze.

Oczy siedzącego na ławce chłopaka się rozszerzyły, a uśmiech znikł z twarzy, ustępując miejsca zaskoczeniu. Pokręcił delikatnie głową i zamyślił się, gapiąc się na jamnika, który usilnie próbował przednimi łapkami wyważyć drzwi na zewnątrz.

– Do widzenia, doktorze, i dziękuję. Będę pilnować Wacława – rzuciła opiekunka na odchodne i wreszcie uwolniła psa, który szybko oddalił się byle dalej od miejsca swoich tortur.

– W czym mogę pomóc? – zapytał Ambroziak mężczyznę, ale ten zdawał się go nie słyszeć.

Lekarz ponowił pytanie nieco głośniej i pocierając dłonią wąsy, czekał na reakcję. Chłopak spojrzał na niego, wyrwany z zamyślenia, a potem padły słowa, których Ambroziak podświadomie się obawiał, bo bał się zmian w swoim spokojnym życiu.

– Nazywam się Mateusz Laskowski, przyjechałem tu do pracy jako lekarz weterynarii.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji