52,43 zł
Kiedyś czciliśmy ich jako bogów.
Przez czterysta lat Woal oddzielał nas od mrocznej magii Alfheimru. Pod okiem Nowych Bogów ludzkość porzuciła grzech na rzecz surowej cnoty i walki o przetrwanie. Całe życie spędziłam na granicy światów, lgnąc do zakazanej magii niczym ćma do ognia.
Potem ginęliśmy od ich mieczy.
Dzień, w którym Woal pęka, kończy nasz świat. Fae powracają, a ich magia naznacza ofiary. Wybór jest tragiczny: niewola u najeźdźców albo śmierć z rąk rodzimej Straży Mgieł, która nie bierze jeńców. Muszę uciekać, jeśli chcę zachować wolność i życie.
Teraz upomną się o to, co ich.
Zanim dopada mnie Dzikie Zastępy, ratuje mnie Caelum – naznaczony wojownik o potężnej mocy. Wspólna ucieczka to droga przez kłamstwa, niepewne sojusze i pożądanie, które w świecie skąpanym w krwi staje się śmiertelną słabością. Gdy zło zaciska pętlę, serce przestaje słuchać rozumu.
Myślisz, że wiesz, co kryje się za woalem? Spróbuj zmierzyć się z tą prawdą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 508
· Co kryje się za Woalem ·
· Co poluje w ciemnościach ·
· Co czyha w przeznaczeniu ·
· Co drzemie w zatoce ·
„Co kryje się za Woalem” to powieść osadzona w świecie inspirowanym średniowieczem, gdzie ludzkie kobiety są podporządkowane mężczyznom. To mroczne i niebezpieczne miejsce dla kobiet, szczególnie tych, które przełamują normy społeczne oraz wymykają się kulturze czystości. Z tego względu niektóre elementy mogą być trudne dla części czytelników:
– religijna kultura czystości;
– przemoc werbalna i fizyczna (NIE ze strony głównego bohatera męskiego);
– wzmianki o zachowaniach groomingowych i napaści na nieletnią przez osobę piastującą wysokie stanowisko (NIE ze strony głównego bohatera męskiego);
– składanie rytualnych ofiar;
– myśli i skłonności samobójcze;
– brutalna przemoc;
– treści erotyczne.
Tym, którzy odnajdują wolność w ciemności
Alfheimr– kraina fae.
arcykapłan/arcykapłanka – najwyżsi kapłani, którzy twierdzą, że są w stanie skontaktować się z Ojcem i Matką i przekazać wiernym ich słowa.
Calfalls – Miasto Ruin, które niegdyś stanowiło miejsce kultu boga umarłych, zanim ten zniszczył je podczas wojny między fae a ludźmi.
Dzikie Zastępy – grupa upiornych fae z Dworu Cienia, której zadaniem jest tropienie naznaczonych przez fae, by sprowadzić ich do przeznaczonych im partnerów w Alfheimrze, a także ściganie każdej osoby uznanej za wrogą fae.
gwardia królewska – armia działająca w imieniu króla Nothreku, dbająca o utrzymanie pokoju i posłuszeństwa jego woli.
Ineburn – stolica ludzkiego królestwa, lśniące miasto ze złota.
kapłan/kapłanka – mężczyźni i kobiety prowadzący świątynie w służbie nowym bogom (Ojcu i Matce).
Mistfell – wioska u krawędzi Woalu, w miejscu, skąd jest najbliżej do Alfheimru. Służy jako punkt przejścia między światami, kiedy Woal nie blokuje drogi.
Nothrek – kraina ludzi.
nowi bogowie – Ojciec i Matka, których ludzie zaczęli czcić po odkryciu prawdy, że starzy bogowie byli w rzeczywistości fae. Ojciec i Matka decydują, czy dusza po prawdziwej śmierci na końcu trzynastego cyklu życia trafi do Valhalli, Folkvangru czy Helheimu.
pierwotne istoty – pierwsze byty stworzenia. Z natury nie posiadają formy przypominającej ludzką, choć z różnych powodów mogą ją przybrać. Są ucieleśnieniem zjawisk i wartości, które reprezentują.
ruch oporu – tajne stowarzyszenie z siedzibą w tunelach Gór Wydrążonych (i w innych częściach Nothreku), sprzeciwiające się zasadom królestwa i żyjące według własnych reguł. Opierają się fae, oferując ochronę naznaczonym i innym uchodźcom uciekającym przed gwardią królewską lub strażą mgły.
sidhe – fae o ludzkim wyglądzie, nienależący do pierwszego pokolenia i mniej potężni niż starzy bogowie. Dysponują magią, lecz znacznie słabszą od tych, którzy byli przed nimi.
starzy bogowie – najpotężniejsi spośród fae. Najczęściej są potomkami pierwotnych istot.
straż mgły – armia powołana wyłącznie do ochrony Woalu i walki z fae, jeśli kiedykolwiek zaatakują ludzi.
viniculum – widoczny na ciele znak osób naznaczonych przez fae. Spiralny wzór w barwie odpowiadającej dworowi pochodzenia danego fae, rozciągający się od dłoni po ramię lub pierś.
Woal – magiczna bariera oddzielająca ludzkie królestwo Nothreku od krainy fae, Alfheimru.
wiedźmy – nieśmiertelne istoty władające mocami związanymi z żywiołami i ciałami niebieskimi, np. wiedźmy cienia, księżycowe, natury, wody itp.
Pierwotne istoty
Najstarsze byty uczestniczące w stworzeniu świata. Mają przypisane sobie domeny.
Khaos – nicość istniejąca przed wszelkim stworzeniem
Ilta – noc
Edrus – ciemność
Zain – niebo
Diell – dzień
Ubel – więzienie Tartar
Bryn – natura
Oshun – morze
Gerwyn – miłość
Aerwyna – stworzenia morskie
Tempest – burza
Peri – góry
Sauda – trucizny
Anke – przymus
Marat – światło
Eylam – czas
Przeznaczenie – los
Ahimoth – nadciągająca zagłada
Wybrani starzy bogowie
Potomkowie pierwotnych istot, najpotężniejsi spośród fae
Aderyn – bogini żniw i królowa Dworu Jesieni
Alastor – król Dworu Zimy, przed śmiercią mąż Twyli
Caldris – bóg umarłych
Jonab – bóg zmiany pór roku; zginął podczas pierwszej wojny fae
Kahlo – bóg bestii i król Dworu Jesieni
Mab – królowa Dworu Cieni, znana głównie jako królowa powietrza i ciemności, siostra Rheaghana, króla Dworu Lata
Rheaghan – bóg słońca i król Dworu Lata, prawowity król Świetlistego Dworu
Sephtis – bóg zaświatów i król Dworu Cienia
Shena – bogini roślin i królowa Dworu Wiosny
Tiam – bóg młodości i król Dworu Wiosny
Twyla – bogini księżyca i królowa Dworu Zimy, prawowita królowa Mrocznego Dworu
Dzikie Zastępy
Sidhe
Kiedyś czciliśmy ich jak bogów.
Przez blisko czterysta lat Woal chronił nas przed fae z Alfheimru. W tym czasie ludzie zapomnieli o czasach grzechu i rozpusty, a skierowali się ku cnotliwemu życiu w tym trudnym świecie pod przewodnictwem nowych bogów. Przez całe życie pielęgnowałam ogrody przy granicy między naszymi światami, przyciągana do migoczącej magii niczym ćma do ognia.
A potem zginęliśmy od ciosów ich mieczy.
Wszystko zmienia się w dniu, kiedy Woal pęka, a fae znowu przypuszczają atak na nasz świat. Ich magia naznacza tych z ludzi, których chcą zabrać do siebie, ale straż mgły chroniąca Nothrek prędzej wszystkich nas wybije, niż pozwoli nam trafić w łapska fae. Nie mam więc wyboru i jeśli chcę dożyć dwudziestych pierwszych urodzin jako wolna kobieta, muszę uciec od wszystkiego, co znam.
Zabiorą to, co uważają za swoje.
Zanim jednak Dzikim Zastępom uda się mnie pojmać, z ich łap wyrywa mnie Caelum, również naznaczony wojownik. Zna techniki walki, o których ja mogłabym tylko pomarzyć. Prześladowcy podążają za nami nieustępliwie, a nasza więź rośnie w siłę; z nieufnego sojuszu rodzą się chwile namiętności. To najgorszy moment, by dać się ponieść pożądaniu. Towarzystwo Caeluma cały czas mnie rozprasza, a zagrożenie, które czyha na każdym kroku, wymaga ode mnie trzeźwych decyzji. Nie potrafię się jednak powstrzymać, nawet gdy stawka jest wyższa niż cokolwiek innego.
Jest nią moje serce.
Lodowaty północny wiatr hulał po ogrodach położonych przy granicy, wiejąc w kierunku połyskującego Woalu, który wyznaczał koniec świata. Biała, zakrzywiona, cienka bariera falowała, rozciągając się daleko jak okiem sięgnąć, aż znikała w iskrzącym się jesiennym słońcu.
Krew spłynęła mi po skroni, gdy zmarzniętymi, obolałymi palcami odgarnęłam z twarzy niesforne kosmyki włosów. Starałam się zignorować śliskie, lepkie wrażenie, gdy zaczęła krzepnąć na skórze. Drżącą ręką sięgnęłam ponownie do krzaka jagód zmierzchu i z największą ostrożnością, unikając ciernistych gałęzi, chwyciłam okrągły, niebieskofioletowy owoc i umieściłam go w koszyku wiszącym mi na przedramieniu. Zmieniłam lekko pozycję, aby odciążyć plecy, które bolały niemiłosiernie od pozostawania od kilku tygodni w tej samej zgarbionej pozycji. Rozejrzałam się po gałązkach w poszukiwaniu charakterystycznych jagód, o tej porze roku wielkich jak moja dłoń.
– Szybciej, Barlowe – warknął jeden z gwardzistów nadzorujących zbiory.
Ostrożności nigdy za wiele. Lepiej działać wolno i dokładnie, gdy w grę wchodzi żywność rosnąca w Królewskich Ogrodach. Zadaniem lorda Byrona było wysyłać zapasy do stolicy, miasta Ineburn, aby wyżywić tamtejszy dwór w czasie surowej zimy. Tymczasem ci z nas, którzy pozostawali w Mistfell przez cały rok, cierpieli i głodowali, mając do dyspozycji jedynie własne skromne ogródki.
Drgnęłam, spodziewając się trzasku bicza. Poczułam kłujący ból, gdy wepchnęłam rękę głęboko w krzak. Kolce rozdarły mi skórę na opuszkach palców, ale w końcu udało mi się chwycić miękką jagodę.
Wyciągnęłam dłoń, po czym delikatnie włożyłam owoc do koszyka, krzywiąc się na widok rubinowej krwi, która zabarwiła jasnofioletowe jagody. Lord Byron nakaże mi je umyć, a potem posadzi mnie na kolanach i nakarmi nimi, dając do zrozumienia, że powinnam być wdzięczna za jego zainteresowanie i jedzenie, za którego spożycie w każdym innym wypadku spotkałaby mnie surowa kara.
Cienkie, białe blizny pokrywające moją dłoń lśniły w blasku słońca niczym pajęczyna arachne. Były bledsze niż reszta skóry, zbrązowiała od ciągłej pracy pod otwartym niebem. Lord Byron oddelegowywał mnie do pracy przy jagodach zmierzchu za każdym razem, gdy popadałam w niełaskę. Już zbyt wiele lat spędziłam na zbieraniu owoców, które na dworze ceniono za niebywały smak, ludzie nie zaznaliby go jednak, gdyby nie sycił się bólem, jaki zadawał tym, których zadaniem było je zrywać. Koniec roku i ostatni dzień zbiorów był zawsze najtrudniejszy, a jednocześnie najważniejszy, jeśli chodzi o zapewnienie dobrobytu dworowi. Dlatego zbliżaliśmy się do Woalu niczym ćmy do płomienia, dla takich osób jak mój brat czy ja nie było to kwestią decyzji – zapędziła nas tu gwardia królewska, która nadzorowała ogród i współpracowała z ligą elitarnych strażników mgły strzegących Woalu. Każdego dnia przez długie, żmudne godziny pracowaliśmy w ciszy, nie ośmielając się ryzykować gniewu gwardzistów, którym zależało jedynie na tym, by jak najszybciej skończyć zbiory i wrócić na dwór, najlepiej jeszcze przed pierwszymi mrozami.
Nikt nie mógł ich winić za to, że chcieli się znaleźć jak najdalej od Mistfell i magicznej granicy, która oddzielała nas od tamtych.
Od fae z Alfheimru.
Każdy, kto miał choć krztę oleju w głowie, nienawidził bliskości bariery i wszystkiego, co reprezentował Woal. Stworzyła go magia starożytnych wiedźm, które zapłaciły najwyższą cenę – poświęciły się, by ochronić nas przed koszmarami zamieszkującymi po drugiej stronie. Woal był niczym cienka tkanina powiewająca na wietrze, mieniąca się światłem tysiąca uwięzionych w niej gwiazd. W jakiś sposób przezroczysta, ale nie do końca; mgła i wody po drugiej stronie zapewniały nam iluzję bycia samemu na tym świecie.
Nawet jeśli wiedzieliśmy, że wcale tak nie było. Nawet jeśli nigdy tak naprawdę nie byliśmy sami.
Pomimo strachu, jakim napawały nas Woal i żyjący za nim fae, była też pewna część krainy Faerie, która przyciągała nas w te tereny, na granicę znanego świata – magia pierwotnej istoty natury odczuwalna w glebie. Zmusiło to niektórych ludzi do życia w tej piekielnej dziurze, gdzie śnieg padał przez ponad połowę roku, a wydająca się nie mieć końca zima pogrążała całą okolicę w ciemności.
Ogrody Mistfell, położone najbliżej Woalu, co roku zapewniały najobfitsze plony, z jagodami wielkości pięści i ogromnymi warzywami, które mogły wyżywić całą rodzinę. To właśnie z powodu wyjątkowej właściwości tej gleby stawialiśmy czoła bliskości Woalu i przeklętej magii Faerie.
Najżyźniejsza ziemia w całej krainie. Życie z samego Alfheimru płynęło przez ziemię pod barierą i przenikało do naszego świata, sprawiając, że uprawy ludzkiego królestwa nigdy nie mogłyby się równać z tutejszymi. Pierwotna natury była jedyną istotą z Alfheimru, której byliśmy naprawdę wdzięczni. Mówi się, że wyrzeźbiła z wody i ziemi pierwszych ludzi, po czym tchnęła życie w powstałą glinianą formę. Była naszą czempionką w walce z fae, ale podobno nawet ona traktowała nas jedynie jak zbłąkane zwierzątka.
Woal drżał i pomrukiwał, a jego powierzchnię przeszywały kolejne grzmoty i błyskawice. Wyładowania pojawiały się niezwykle często, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, skąd się biorą. Zupełnie jakby te niespodziewane zjawiska same z siebie stanowiły nieokiełznaną magię. Odłamki światła rozjaśniające wnętrze bariery były prawdopodobnie najpiękniejszym zjawiskiem, jakie kiedykolwiek było mi dane widzieć. Sprawiały, że Woal lśnił niczym wirujący blask księżyca.
Ludzie zmuszeni do pracy w Królewskich Ogrodach byli najbiedniejszymi mieszkańcami Mistfell i okolicznych wiosek – tymi, których strata w żaden sposób nie zrobiłaby wrażenia na lordzie Byronie. Potrzebował sprawnych rąk do pracy, żeby przed nadejściem zimy dostarczyć królowi jego ulubione owoce. Nie znaczyło to jednak, że nie mógł sobie pozwolić na faworyzowanie niektórych ze swoich parobków.
To dzięki zainteresowaniu lorda razem z bratem zostaliśmy przydzieleni do zbierania jagód zmierzchu na tyłach ogrodów. Krzewy znajdowały się tutaj najdalej od Woalu i emanującej z niego magii, a przez to bliżej dworu Mistfell, gdzie lord wioski, ilekroć tylko zechciał, mógł obserwować mnie z balkonu swojej biblioteki. Należeliśmy do jednej z najbiedniejszych rodzin; powinniśmy pracować zaraz przy Woalu i cierpieć z powodu wszechogarniającej magii, która próbowała przedostać się na drugą stronę. Powinna nam towarzyszyć nasza matka i pracować równie ciężko co my, ale wiedzieliśmy bardzo dobrze, że nie wytrzymałaby długo w tych warunkach. Nikogo oprócz nas nie interesowała jej niepełnosprawność – wynik powikłań po trudnej ciąży i moich narodzinach. Pewnie czekałaby ją rychła śmierć, gdyby rzeczywiście pracowała równo z nami.
Obowiązek był obowiązkiem, nawet w obliczu śmierci.
Zamiast tego pracowała w murach posiadłości lorda, pomagając przygotowywać przetwory z produktów, które inaczej szybko by się zepsuły. Taka przysługa miała jednak wysoką cenę. Przełknęłam ślinę na myśl, że po raz kolejny przyjdzie mi ją później zapłacić, gdy miękkie, wypielęgnowane dłonie lorda Byrona będą karmić mnie jagodami zmierzchu i innymi przysmakami, a z drugiej strony będę czuła jego twardą męskość.
Nie mógł mi jednak odebrać dziewictwa. Nie w świetle naszych praw i boskiego wymogu czystości aż do ślubu, a przynajmniej nie bez skazania nas obojga na wieczne cierpienie.
Nie przeszkadzało mu to jednak w tym, by mnie dotykać i krzywdzić.
Gdy starałam się powstrzymać drżenie rąk na samą myśl o spotkaniu z lordem Byronem, strażnik mgły ruszył dalej i zaczął dręczyć innego biedaka. Odetchnęłam z ulgą, pocieszając się faktem, że nikt nie złoił mi skóry za zbyt wolne zbieranie owoców. Ostatniego dnia zbiorów wszyscy byliśmy wyczerpani do cna, gotowi położyć się i przespać choćby i cały tydzień. Nie mogłam się doczekać, aż ten dzień wreszcie się skończy.
– Brann! – syknęłam na brata pod nosem, gdy zauważyłam, że wepchnął sobie dwie jagody do kieszeni.
Miał szczęście, że nikt go jeszcze nie przyłapał na kradzieży owoców z Królewskich Ogrodów. Nie był to pierwszy raz, już wielokrotnie ryzykował utratę ręki dla kilku kęsów luksusu, którego w innym wypadku nigdy by nie skosztował.
– Któregoś dnia w końcu cię złapią.
– Spokojnie, siostrzyczko – odpowiedział z cichym śmiechem, wydając się zupełnie nie przejmować czujnymi oczami strażnika mgły, który przechadzał się po ogrodzie. – Za bardzo się śpieszą, żeby jak najszybciej dokończyć zbiory. Nikt nie zauważy dwóch brakujących owoców.
– I myślisz, że cały ten pośpiech powstrzyma ich przed odrąbaniem ci ręki, jeśli cię przyłapią? – warknęłam, poirytowana jego lekkomyślnością. Potępiał mnie za słabość do nocnych spacerów po lesie, a sam ryzykował wszystko dla kilku kęsów zakazanego owocu. Straciłby nie tylko rękę, ale też całą przychylność, jaką przez lata musiałam zdobywać u lorda Byrona, a wiedział, że nasza pozycja kosztowała mnie naprawdę wiele.
Najbardziej przerażało mnie jednak to, że bez względu na cenę i grozę nocy, kiedy moje ciało oblewały krople potu, gdy nie mogłam zasnąć w obawie przed wspomnieniami tego, co robił mi lord Byron, to praca na skraju Woalu była najstraszniejszą perspektywą. Słyszałam plotki o przedziwnych roślinach, które wyrastały tuż przed migoczącą barierą, gotowe zjeść jakiegoś nieszczęśnika na śniadanie. Nawet gdyby udało się je w jakiś sposób ominąć, pozostawała jeszcze tajemnicza magiczna choroba, która okradała ciało z energii życiowej i sprawiała, że człowiek zamieniał się w kupkę suchych kości.
– Jak chcesz. W takim razie mam rozumieć, że nie będę musiał się z tobą później nimi dzielić? – zapytał z uśmiechem, doskonale wiedząc, że kiedy byłam mała, jagody zmierzchu były moimi ulubionymi owocami. Uwielbiałam tę nutę luksusu w pierwszych dniach po śmierci ojca, kiedy lord Byron wezwał mnie do swojej biblioteki, by kapłanka udzieliła mi prywatnych lekcji. Gdyby nie sposób, w jaki władca Mistfell zrujnował mi ich smak, czyniąc słodycz kwaśną przez swoje złe intencje, pewnie nadal miałabym do nich słabość.
Oczy Branna pociemniały, gdy obserwował, jak drżącą ręką sięgam do krzaka i zaciskam palce wokół następnej jagody. Kolejny cierń zranił mnie w skórę na grzbiecie dłoni. Szarpnęłam ręką, z sykiem wyrywając z gałęzi kolec. Powoli wyciągnęłam ją z krzaka, uważając, by nie upuścić trzymanej w palcach jagody. Jednocześnie odsunęłam z myśli wspomnienie szeptanych obietnic o życiu, które mogłabym mieć, gdybym tylko była cierpliwa. Gdybym tylko mogła przymknąć oczy na małe szczegóły, które sprawiały, że związek między mną a lordem był zupełnie niemożliwy i nad wyraz obrzydliwy.
Jak chociażby jego żona lub to, że był ode mnie dwa razy starszy. I fakt, że zmusił mnie do patrzenia, jak arcykapłan podrzynał gardło mojemu ojcu, a potem oddał jego ciało w ofierze Woalowi.
To tylko kilka małych szczegółów.
Wzdrygnęłam się, gdy wkładając jagody do koszyka, zobaczyłam, jak wygląda moja dłoń. Postawiłam koszyk na ziemi najdelikatniej jak potrafiłam. Cierń wbił się głębiej, niż się spodziewałam, a gdy rozsuwałam palce, widziałam, jak skóra marszczy się wokół obcego ciała. Niepewnie dotknęłam rany, przez co obok krawędzi kolca wypłynęło jeszcze więcej krwi, plamiąc skórę.
– Musisz być ostrożniejsza, panienko Estrello – powiedział męski głos zza moich pleców.
Na ten dźwięk moje ciało zastygło w bezruchu, a w sercu zagościł strach. Kątem oka obserwowałam, jak Brann z nową energią kieruje uwagę z powrotem na jagody zmierzchu i skupia się na pracy.
Odwróciłam się powoli, spuszczając z szacunkiem wzrok na ziemię. Moje kolana ugięły się w ukłonie, a brudne, zakrwawione dłonie zacisnęły na brzegach znoszonej, groszkowozielonej sukienki.
– Z całym szacunkiem, mój panie, ale oboje wiemy, że daleko mi do dam, które goszczą na twym dworze – odpowiedziałam, unosząc głowę, ale jednocześnie odwróciłam wzrok, by okazać mu szacunek, na jaki uważał, że zasługiwał.
– Cierpliwości – mruknął, podchodząc, po czym ujął moją dłoń. Chwycił wystający cierń między kciuk a palec wskazujący. Skrzywiłam się z bólu, kiedy powoli go wyciągał.
Przez chwilę obserwował, jak skaleczenie wypełnia się krwią. Wyglądał jak oczarowany, zupełnie jakby cieszył się widokiem mojego cierpienia, wiedząc, że da mu to powód, by dzisiejszego wieczoru w zaciszu swojej biblioteki zajął się moimi ranami.
– Pozwolisz, że później ją oczyszczę? – zapytał, unosząc brew.
Może i sformułował słowa jak pytanie, ale tak naprawdę krył się za nimi rozkaz stawienia się w nocy w jego komnacie.
– Przepraszam, panie, ale muszę przyznać, że jestem wyczerpana po zbiorach.
Przyjrzał się mojej twarzy, bez wątpienia odczytując prawdę w podkrążonych oczach.
– Niech będzie. W takim razie przyjdź jutro – powiedział, uśmiechając się lekko. Pochylił się, by dotknąć ustami rany na grzbiecie mojej dłoni. Podniósł głowę, ale zdążyłam zauważyć jego splamione krwią wargi, które oblizał do czysta.
– Jutro – zgodziłam się, nienawidząc słów w chwili, gdy opuściły moje usta. Tak bardzo chciałam mu powiedzieć, żeby lepiej zajął się zdrowiem żony, zamiast spędzać czas ze mną, ale zamknęłam usta i wróciłam do zbierania owoców z krzaków.
Bo obowiązek był obowiązkiem.
Wraz z zachodem słońca wioskę spowił blask Woalu, który sprawił, że nie mogłam zmrużyć oka. Lśniąca w świetle księżyca bariera przyciągała mnie do okna mojej małej, ciasnej sypialni. Byłam tak blisko szkła, że mój oddech osadzał się na szybie. Ostatnie słowa ojca rozbrzmiewały w mojej głowie jak zawsze o tej porze, wzywając mnie do bezkresu nocy i pokusy tego, co może mnie czekać poza tą nędzną wioską.
Leć wolna, Ptaszyno.
Owinęłam podniszczoną kołdrę wokół ramion, próbując przegonić chłód późnojesiennego powietrza. Mróz przesączał się przez szczeliny w krawędziach okna. Wiele zim temu, po śmierci ojca, wepchnęłam w nie skrawki starego materiału z wyciągniętych sukienek, żałośnie próbując uchronić się przed chłodem najzimniejszych nocy. Jesienią mogłam nawet niemal przekonać samą siebie, że tyle wystarczy, kiedy jednak nadchodziła prawdziwa zima, dołączałam do brata na podłodze przed kominkiem, niedaleko matki, śpiącej nieopodal w fotelu na kółkach, który lord Byron dla niej zorganizował wkrótce po złożeniu mojego ojca w ofierze.
Moja sypialnia była niemal pusta, skromny dobytek prawie nie zajmował miejsca w pokoiku niewiele większym od szafy. Łóżko zostało wyrzeźbione ręką mojego ojca, a gnijąca podłoga była wielokrotnie łatana przez brata.
Dotknęłam palcami chłodnego, popękanego okna, kreśląc okrąg, który przez lata przecierałam rękawem więcej razy, niż potrafiłabym zliczyć. Kiedy drżącymi palcami w końcu dotknęłam zatrzasku pośrodku, tylko raz zerknęłam przez ramię, aby upewnić się, że brat nie pojawił się w drzwiach, żeby przyłapać mnie na ponownym wymykaniu się po nocy, i otworzyłam okno na oścież.
Wiatr niemal wyrwał je z zawiasów, gdy gwałtownie wtargnął do naszego lichego domku. Uderzył tak nagle, że chłodne powietrze odebrało mi oddech. Z ogromnym trudem udało mi się złapać skrzydła okna, ale na szczęście obyło się bez wybudzenia wszystkich w domu. Wiatr zdmuchnął mi z twarzy kosmyki ciemnych włosów, które wyrwały się z ciasnego warkocza. Podniosłam się na parapet i przerzuciłam nogi na zewnątrz. Światło księżyca całowało moje nagie dłonie, skóra mrowiła.
Nie mogłam ścierpieć ani chwili dłużej mojego więzienia, budynku, który był zbyt zniszczony, by tak naprawdę nazywać go domem. Nie chciałam w nim dłużej przebywać, słyszałam, jak nocne niebo wzywa moje imię, a dochodzący z drugiej strony parapetu przyjemny zapach sosen wypełniał mi nozdrza.
W tych buntowniczych nocnych spacerach po lesie było coś niemal uzdrawiającego. Coś pociągającego w sposobie, w jaki sprzeciwiały się one rygorom nałożonym przez skorumpowane społeczeństwo, zdeterminowane, by utrzymać kobiety czyste i cnotliwe dla mężów, których nawet im jeszcze nie wybrano. Dobrzy mężczyźni byli w Mistfell prawdziwą rzadkością. Nie śmiałam mieć nadziei na takie małżeństwo, jakie spotkało moich rodziców, i na życie wypełnione szczęściem i miłością.
Zrzuciwszy kołdrę na podłogę pokoju, opuściłam się na trawę i zanurzyłam w ciemności, pozwalając oczom się do niej przyzwyczaić, a jednocześnie po omacku szukając przygotowanej na takie eskapady gałęzi. Oparłam dłoń o ziemię, poczułam między palcami suche i piaszczyste grudki gleby, w której, jak mi się wydawało, nigdy nic nie rosło. Podniosłam się na nogi i zamknęłam za sobą okiennice. Wsunęłam gałązkę w szczelinę w parapecie pod nimi i obróciłam, aż zaczepiła się po drugiej stronie. Dzięki temu okno pozostało otwarte, a ja mogłam spokojnie wrócić później i zakraść się z powrotem do środka, zanim brat odkryje, że znów się wymknęłam.
Mieszanka drewnianych desek, wikliny i gliny, która tworzyła zewnętrzne ściany domu, wypaczyła się i popękała przez lata zaniedbań, a kryty strzechą dach wymagał naprawy w miejscach, przez które czasami przeciekał deszcz. W budynku były tylko dwa szklane okna, popękane i gdzieniegdzie rozbite. Ojciec i brat dostali je w prezencie po tym, jak pomogli jednej z bogatszych rodzin wymienić szyby na nowe.
Zostawiając dom za sobą, ruszyłam w kierunku zagajnika, który rósł tuż za obrzeżami wioski. Gdzieś w oddali słyszałam, jak coś wyło do księżyca, kusząc mnie, by wejść głębiej w ciemność. Pod gwiazdami wędrowały przeróżne stworzenia, wzbudzając pośród mieszkańców wioski powszechne przerażenie. Ja jednak zamiast strachu, który powinien pulsować w moich żyłach, czułam tylko jedno; coś, czego nigdy nie mogłam doznać za dnia, kiedy ludzie wędrowali po ulicach.
Wolność.
Oczywiście była to jedynie tymczasowa iluzja, oszustwo, na które sobie pozwalałam, aby łagodzić bolesną rzeczywistość, w której nie miałam przywileju dokonywania własnych wyborów. Na razie o moim życiu decydował władca Mistfell i elitarny oddział strażników mgły, którzy zapomnieli o swoim pierwotnym celu i przekształcili się w dziwaczną armię, gotową wykonać każdy rozkaz swojego lorda. Mogłam słuchać brata i zgadzać się z jego opiniami, ale jego słowa były na drugim miejscu, zaraz po decyzjach lorda i jego armii. Wybory brata dyktowały moje życie w zastępstwie ojca, którego lord Byron i arcykapłan złożyli w ofierze Woalowi.
Pewnego dnia, prędzej, niż sama chciałam to przed sobą przyznać, o moim losie zadecyduje nowy mężczyzna, mój mąż. Dopiero wtedy moje życie przeistoczy się w prawdziwą grozę.
W końcu dotarłam na skraj lasu. Przeciągnęłam dłonią po korze najbliższego drzewa. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby obejrzeć się za siebie, gdy je okrążyłam i weszłam między pnie. Szybko otoczyła mnie ciemność, otulając mocnym uściskiem, który zachęcał, by iść przed siebie, wzywając tę część mnie tak bardzo różniącą się od tych, którzy bali się nocy.
Nawet odgłosy małych stworzeń przemykających przez zarośla u moich stóp nie były w stanie zmusić mnie do odwrotu, ani też chłodne powietrze na skórze, które sprawiało, że czerwieniła się skóra na moich policzkach. Liczyła się jedynie otaczająca mnie ciemność i prywatność, jaką zapewniała noc. Jedynie tutaj nie musiałam wbrew swojej woli tolerować wścibskich oczu ludzi lorda Byrona, czujnie obserwujących mnie w poszukiwaniu oznak, że znów mogę coś przeskrobać.
Weszłam głębiej w las, zbierając się na odwagę, by oddalić się od wioski bardziej niż zwykle. Na rynku mówiło się, że czasami skalne trolle przychodziły aż tu ze swoich siedlisk, chętnie wybierając ofiary, które były na tyle nierozważne, by wejść na ich tereny w poszukiwaniu schronienia. Nie chciałam kusić losu i natknąć się na jedno z tych stworzeń. Ta chwila upragnionej wolności okazałaby się mało znacząca, gdybym spędziła ją uwięziona w podgardlu jakiejś trzykrotnie większej ode mnie bestii, z ciałem rozerwanym na strzępy i ochłapami leżącymi w kałużach krwi na ziemi.
Trzymałam się z dala od ścieżek, które bez wątpienia patrolowała straż mgły. Przeciągałam palcami po mijanych drzewach, jakbym mogła zapamiętać każde z nich i w razie czego znaleźć drogę powrotną do domu. Bywałam już w tych okolicach – więcej razy, niż mogłam zliczyć – a za przewodników służyły mi jedynie blask księżyca i gwiazd.
W oddali zauważyłam migoczące światła poruszające się pośród drzew w kolistym wzorze, który od razu przyciągnął moją uwagę. Zatrzymałam się, spoglądając przez ramię w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że ktoś mnie śledził lub lord Byron i jego strażnicy mgły schowali się gdzieś pośród drzew i czekali, by złapać mnie w pułapkę jak ciekawską kotkę błąkającą się tam, gdzie nie powinna się pałętać. Za plecami nie widziałam jednak niczego poza lasem, który już przemierzyłam. Zaczęłam się nawet zastanawiać nad zawróceniem, ale w końcu schyliłam się nisko i podpełzłam do przodu, by zbliżyć się do dziwnych świateł.
Gdy na nie patrzyłam, przychodziły mi na myśl światła wróżek, o których opowiadali rodzice, kiedy byłam mała. Straszyli mnie historiami o migoczących smugach wabiących ludzkie dzieci, by schwytać je, a w ich miejsce podstawić zmiennokształtne istoty. Tak miało być jeszcze w czasach przed Woalem. W tamtych stuleciach fae szaleli po ludzkim królestwie, zagrabiając, co i na kogo mieli ochotę, a resztę pozostawiając na pastwę losu.
Nie mogłam odwrócić wzroku od wątłych świateł poruszających się po polanie przede mną. Kiedy zbliżyłam się wystarczająco, zaparło mi dech w piersi na widok ludzi ubranych na biało.
Na lśniącej, beżowej czaszce na środku polany spoczywała pojedyncza świeca, wokół której przechadzały się postacie, rozmawiające cicho tajemniczymi szmerami, tak jakby bały się zostać usłyszane. Przykucnęłam nisko u podstawy świerku, przyciskając policzek do szorstkiej kory i obserwując ich rytmiczne ruchy. Ciekawość walczyła ze strachem, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca, aż zaczęłam się martwić, że pewnie wkrótce usłyszą to kołatanie.
Cicho śpiewając, krążyli wokół czaszki. Poruszali się w obrębie granicy, którą oznaczyli gałązkami. Głowa truposza stała w centrum niczym tarcza strzelnicza, a zewnętrzna granica okręgu była oddalona od niej o kilkanaście kroków.
Co jakiś czas jeden z nieznajomych zwracał się w moją stronę, a biel ich zębów lśniła w migoczącym świetle, gdy podnosili i opuszczali świece trzymane przed sobą. Moje oczy nie mogły przestać wędrować do spoczywającej na ziemi czaszki i sposobu, w jaki wszystko skupiało się na niej. Zastanawiałam się, kogo spotkało takie nieszczęście, że jej lub jego kości zostały użyte w jakimś tajemniczym rytuale.
Nie miałam pojęcia, czego jestem świadkinią, ale nie było wątpliwości, że to coś zgoła innego niż kult Ojca i Matki usankcjonowany przez Koronę. Minęły wieki, odkąd król Bellham I uwolnił nas od starych bogów, przez których ludzkie życie było pełne grzechu i rozpusty, a następnie poprowadził ku cnocie, którą odnaleźliśmy w ramionach nowych bogów.
Jedna z odzianych w szaty postaci przestała się poruszać w kręgu i odwróciła się; zobaczyłam kobiece kształty. Głowa dziewczyny skierowała się w moją stronę, a spojrzenie padło na mnie tak wyraźnie, że nie miałam żadnych wątpliwości, że zostałam zauważona. Mimo że mogłam spodziewać się po niej wrogości i odczuwać strach, ponieważ kult starych bogów był surowo zabroniony przez Koronę, kobieta obdarzyła mnie uprzejmym uśmiechem i westchnęła, przechylając głowę. Jej ciemny warkocz opadł na ramię.
Wyłamała się z grupy, przekraczając krąg, który wyznaczyli wokół siebie patykami i gałęziami. Wszyscy się zatrzymali, gdy zauważyli, że ruszyła w moją stronę. Moje nogi zdawały się za żadne skarby nie chcieć ruszyć, nawet mimo tego, że w tym przypadku byłoby to najrozsądniejszą decyzją. Ciekawość mogłaby doprowadzić mnie do śmierci, gdyby to osobliwe towarzystwo uznało, że pozostawienie mnie przy życiu wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem. Gdybym doniosła na nich strażnikom mgły, mogliby wszyscy zostać spaleni na stosie za herezję.
Oddech drżał mi w płucach, a przed twarzą raz po raz pojawiała się para, która szybko znikała w nocnym powietrzu. Kobieta się zbliżała, a z jej twarzy nie schodził uśmiech. Poruszała się powoli, jakby zbliżała się do płochliwego zwierzęcia. Gdy w końcu stanęła tuż przede mną, wiedziałam już bez wątpienia, że nie pochodzi z Mistfell. Rozejrzałam się po jej towarzyszach, którzy pasowali do niej wyglądem – ich ubrania były w dobrym stanie, a skóra i włosy czyste. Skądkolwiek przybyli, na pewno nie z brudnej wioski, którą nazywałam domem.
– Nic ci tu nie grozi – powiedziała w końcu, a jej głos zawisł w powietrzu między nami. Przełożyła świecę do jednej ręki, a drugą wyciągnęła, by zachęcić mnie do podejścia bliżej. – Bogowie witają wszystkich, którzy chcą poznać ich zwyczaje.
– Ojciec i Matka nigdy by tego nie pochwalili – odpowiedziałam, kręcąc głową i wpatrując się w jej dłoń. Coś w tym geście do mnie przemawiało, ciągnęło mnie do przodu, aż poczułam dotyk jej palców na moich i zdałam sobie sprawę, że to nie ona się poruszyła, ale ja.
Zimno uszczypnęło mnie w policzek, gdy jesienne powietrze dotknęło skóry, która otarła się o korę drzewa. Lewa ręka przesunęła się po szorstkich gałęziach, gdy oddalałam się od iluzji bezpieczeństwa, którą zapewniały drzewa.
– Nie mówię o bogach czczonych w waszych domach, gdzie błagacie o łaskę na kolanach przed istotą obiecującą zbawienie tylko tym, którzy robią to, co im się każe. – Coś w jej głosie brzmiało żałośnie i smutno, jakby bolało ją, że nie wiedziałam o alternatywach dla wiary, którą wbijano mi do głowy, odkąd tylko pamiętałam.
– Oddawanie czci starym bogom jest niezgodne z prawem. Jeśli was złapią… – Urwałam, gdy nieznajoma bez strachu spojrzała mi w oczy, jakby wiedziała, co chciałam powiedzieć.
– Znamy konsekwencje odkrycia tego, co tu robimy, a mimo to decydujemy się czcić starych bogów. Czasami wiara jest większa niż życie – powiedziała, przysuwając dłoń do mojej, aż mogła chwycić mnie mocniej. Delikatnie odciągnęła mnie od drzewa, które stanowiło moją bezpieczną przystań, i poprowadziła w stronę kręgu na środku polany.
– Przynajmniej opuśćcie Mistfell. Strażnicy są naprawdę niedaleko – próbowałam ich ostrzec, ale skrzywiłam się jedynie, widząc uśmiech, który w odpowiedzi posłała mi ubrana na biało kobieta.
– A jednak sama jesteś tutaj, narażając się na karę za przebywanie poza domem o tak późnej porze. Myślę, że rozumiesz lepiej niż większość ludzi, dlaczego musimy zaryzykować. Jest pewne piękno w świadomości tego, że wiesz, kim naprawdę jesteś, i że możesz to w sobie zaakceptować pomimo potencjalnych konsekwencji. Przybywamy tu, by być bliżej bogów, by poczuć energię płynącą z samego Woalu – wyjaśniła, kiwając głową w stronę granicy oddzielającej Nothrek od Alfheimru, która skręcała się, tańcząc w powietrzu, gdy patrzyłyśmy na nią spomiędzy pni drzew. Jej migoczące światło nieustannie mnie przyciągało, pomimo niebezpieczeństw, które za nią czyhały.
Plotka głosiła, że ci, którzy dotknęli magii Woalu, oddawali mu swoje życia, karmiąc mocą, dzięki której wciąż istniał. Majstrowanie przy jedynej rzeczy, która chroniła nas przed fae z Alfheimru, było zabronione i uważane za najgorszy ze wszystkich występków przeciwko ludzkości. Jednak w trosce o zachowanie Woalu i zasilanie podtrzymującej go energii arcykapłan wybierał co roku jedną osobę, którą składał w ofierze w podzięce za kolejny rok bezpieczeństwa. Ostatniego dnia jesiennych żniw przelewano krew nieszczęśnika, a ta wsiąkała w ziemię przed barierą.
Dokładnie tak skończył mój ojciec.
– Tak nie wolno – powiedziałam, zatrzymując się przy kręgu patyków rozłożonych na ziemi. Nie mogłam się zmusić do cofnięcia, ale wejście do wewnętrznego kręgu, w którym oddawano cześć starym bogom, wydawało się takie niewłaściwe. Czułam się, jakbym miała zdradzić wszystko, co wpajano mi przez lata. Cnoty, które powinny mieć dla mnie ogromne znaczenie, ale tak naprawdę nigdy do mnie nie przemawiały.
To nie byłaby już niewinna obserwacja ciekawskiej dziewczyny, która natknęła się na tajemniczy rytuał w środku lasu. Wiedziałam, że jeśli przekroczę tę granicę, stanę się aktywną uczestniczką ceremonii, której nie rozumiałam.
– Nie powinnaś oceniać czegoś, czego nigdy nie doświadczyłaś – powiedziała kobieta, przekraczając krąg, ale jednocześnie mnie obserwując. Nasze wciąż splecione dłonie unosiły się nad gałązkami, gdy czekała, aż postawię krok. – Bez względu na to, w co teraz wierzysz, nie ma nic złego w doświadczaniu wiary innej niż twoja własna. Możesz poznać inne wierzenia bez nawracania się. Jeśli do rana nadal będziesz uważała nas za pogan, powiedz strażnikom mgły, co widziałaś, i uwolnij się od tego grzechu.
Wciągając głęboko powietrze, podniosłam stopę i weszłam do kręgu, nie mogąc dłużej ignorować tego, jak mnie to kusiło. Zupełnie jakbym zanurkowała pod wodę, wszystko spoza polany zdawało się znikać. Kobieta sięgnęła po wolną świecę, odpaliła ją od swojej i podała mi, podczas gdy kilkanaście osób wciąż czekających w kręgu zrobiło miejsce, abym stanęła pośród nich.
– Do kogo należała? – zapytałam, spoglądając na czaszkę w centrum kręgu.
– Miał na imię Jonab – odpowiedziała, również skupiając na niej wzrok. – Za życia był bogiem zmiany pór roku. Zginął podczas pierwszej wojny fae między dworami Świetlistym a Mrocznym, kiedy Mab walczyła przeciwko swojemu bratu Rheaghanowi.
– Jakim cudem udało się wam zdobyć jego czaszkę? – Aż głowa zaczynała boleć, gdy próbowałam sobie wyobrazić, jak dawno temu musiała mieć miejsce pierwsza wojna fae.
– W taki sam sposób, jak udało się zachować nasze tradycje. Wszystko przekazywano po cichu z pokolenia na pokolenie, a artefakty chroniono – odpowiedziała, odwracając się do mnie plecami i ruszając przed siebie. Krąg ludzkich postaci przeszedł wokół czaszki, tuż przy wyznaczonej granicy, podążając za jej przykładem i wciągając mnie między siebie.
Przełknęłam ślinę, podnosząc i opuszczając świecę w dłoniach, tak jak robili to inni, starając się naśladować ruchy, których znaczenia nie znałam. Nie mogłam się powstrzymać. Jeśli miałam już zasłużyć na wieczne cierpienie za udział w zakazanym rytuale, to równie dobrze mogłam dać z siebie wszystko i się w niego zaangażować. Już dużo wcześniej uzmysłowiłam sobie, że nie zgadzam się z wierzeniami w nowych bogów i że czegoś mi brakuje w ich obietnicach.
Minuty mijały, przechodząc w mgliste godziny. Nogi rozbolały mnie na długo przed tym, jak się zatrzymaliśmy, a ciche śpiewy płynęły z moich ust do rytmu reszty zgromadzonych, gdy zapadłam w stan przypominający sen. Jedynie zmieniające się nocne niebo nad nami sugerowało upływ czasu, a słowa pieśni wyryły się w duszy, stały się częścią mnie w sposób, którego nie byłam w stanie zrozumieć.
Od śmierci ku życiu.Od zimy ku wiośnie.Z popiołu i pyłuCzas niesie odnowę.
Kiedy w końcu przestaliśmy chodzić w kółko, kobieta, z którą rozmawiałam, odwróciła się, schyliła i wyjęła z kieszeni szaty kamień. Położyła go na ziemi, a pozostali poszli w jej ślady, tworząc kolejny krąg. Ustawiła swoją świecę na skale, po czym sięgnęła do drugiej kieszeni i podała mi kamień, abym zrobiła to samo.
– Jeśli tej nocy świeca spadnie z kamienia, oznaczać to będzie, że dana osoba nie przetrwa zimy – wyjaśniła, po czym poprosiła mnie o postawienie świecy w centralnej części kamienia. Niekoniecznie wierzyłam we wróżby, przepowiednie czy starych bogów, ale wolałam nie kusić losu.
Kobieta zachichotała pod nosem, obserwując, jak męczyłam się z ustawieniem świecy. W końcu się wyprostowałam i dołączyłam do grupy, która stanęła poza zewnętrznym kręgiem z patyków. Zebrali się na skraju polany, po czym usiedli na ziemi z uśmiechami na twarzach.
– Czy spotykacie się tak regularnie? – zapytałam, zajmując miejsce obok kobiety. Bardzo trudno było określić jej wiek.
– Raz w roku – odpowiedziała, zniżając z gracją głowę. – Tylko w Samhain, czyli dzień, w którym witamy długą zimę.
– Koniec obchodów żniw nastąpi dopiero za dwa dni – zauważyłam, wpatrując się w niebo w oddali. Już za dwa dni znowu będziemy zmuszeni patrzeć, jak arcykapłan podrzyna gardło wybranej przez siebie ofierze. Za dwa dni zostanę bez pracy i będę musiała znaleźć w wiosce jakieś dorywcze zajęcie, żeby wyżywić rodzinę.
– Może według lorda Mistfell – odezwał się jeden z mężczyzn. – Czciciele nowych bogów nienawidzą wszystkiego, co ma związek z fae, i dlatego wieki temu opóźnili obchody ze złości. Wszyscy jednak dobrze wiedzą, że to dzisiaj powinno być święto żniw.
– Jak możecie nie żywić nienawiści do fae? Po tym wszystkim, co zrobili? – zapytałam sceptycznie.
– Należy zawsze pamiętać, że historię piszą zwycięzcy. Może i nie wygraliśmy wojny, ale nasze ziemie od wieków są wolne od fae. Po tej stronie nie pozostał nikt poza ludźmi, którzy z nimi walczyli. Nie znamy innej wersji tej historii prócz naszej. Jak myślisz, co fae powiedzieliby o nas i roli, jaką odegraliśmy w tamtej wojnie? Gdyby mogli się podzielić swoją perspektywą, wątpię, by była tak czarno-biała, jak nam się wydaje – dodała inna kobieta, szperając w swoim plecaku. W końcu wyciągnęła zawiniątko z materiału i położyła je na ziemi. Znajdowało się w nim zbite ciasto, które pokroiła na kawałki. – Myślę, że Adelphia powinna wyjaśnić, co symbolizuje to ciasto, zanim je zjesz. Po tym, jak całe wieki zajęło ci ustawienie świecy, myślę, że możesz nie chcieć brać udziału w tym rytuale – powiedziała, spoglądając w stronę kobiety, która wciągnęła mnie do kręgu. Czyli miała na imię Adelphia.
– W cieście znajdują się różne przedmioty – wyjaśniła z chichotem. – Zgodnie z tradycją, jeśli wybierzesz kawałek i znajdziesz w nim jakiś przedmiot, będzie on symbolizował to, co cię spotka przed następnym Samhain.
Jeden z mężczyzn stojących najbliżej pochylił się i sięgnął po kawałek. Podniósł go do ust, żuł przez chwilę w zamyśleniu, po czym wypluł ręcznie wyrzeźbione malutkie dziecko na otwartą dłoń.
– Nożeż do kurwy nędzy! Jakbym właśnie tego potrzebował. Kolejnej gęby do wykarmienia.
– W takim razie lepiej trzymaj kutasa w spodniach – zażartował inny mężczyzna, klepiąc go po plecach.
Drgnęłam, a moje ciało zesztywniało na dźwięk tych prymitywnych słów. Mężczyźni z mojego otoczenia nieczęsto wypowiadali się równie swobodnie przy kobietach, które powinny przecież być pobożne i cnotliwe. Wiedziałam, czym jest kutas, widziałam jednego, a nawet go doświadczyłam pewnej nocy, w ukryciu przed czujnymi oczami.
Poza Byronem i jego podbojami w zaciszu biblioteki nikt nigdy nie mówił przy mnie o tej części ciała, może poza prywatnymi lekcjami z korepetytorką, która pragnęła przekazać mi wiedzę, czego się spodziewać w noc poślubną. Nie miała świadomości, jak bardzo za późno było na tę lekcję.
Adelphia również wzięła kawałek ciasta, a reszta poszła w jej ślady. Bez zastanowienia sięgnęłam do ściereczki, zanim rozsądek zdołał mnie powstrzymać. Kobieta chichotała u mojego boku, gdy okazało się, że jej kawałek jest wolny od jakichkolwiek wróżb na przyszłość. Gdy na nią spojrzałam, wycierała ręce o trawę, by pozbyć się z nich okruchów.
Wzięłam pierwszy kęs ciasta, czując na języku smaki wanilii i cynamonu. Nic w nim nie ukryto prócz słodyczy samego wypieku. Przyglądałam się, jak inni wokół mnie przeżuwają swoje kawałki.
Przy drugim kęsie coś uderzyło mnie w ząb. Podniosłam rękę do ust, by wyciągnąć znalezisko. Pierścionek połyskiwał brązem na mojej dłoni. Z pewnością musiał sugerować kajdany, o których istnieniu przecież i tak już wiedziałam. W końcu towarzyszyły mi przez całe życie.
Śmierć lub prostytucja były jedynymi drogami ucieczki od małżeństwa w królestwie Nothrek. Mimo to wyraźny symbol na mojej dłoni był niczym pętla na szyi, jak namacalny dowód czekającej mnie śmierci.
– Widzę, że należą ci się gratulacje? – zasugerowała Adelphia niepewnym głosem. Na mojej twarzy nie było śladu radości z perspektywy zbliżających się zaślubin. Nie miało znaczenia, że nawet nie wiedziałam, kto mógłby zostać moim mężem.
Koniec końców wszyscy mężczyźni są niemal tacy sami. Szukają w nas ciepłego miejsca, żeby wsadzić kutasa, zdobyć kobietę jako trofeum i zasiać w niej swoje nasienie.
– Na to wygląda – zgodziłam się. Uśmiechnęłam się i spróbowałam otrząsnąć ze strachu pędzącego mi w żyłach. Nigdy nie wierzyłam wróżbitom, którzy co tydzień przechadzali się po miejscowym targu, przepowiadając, w którym z trzynastu wcieleń akurat znajduje się dana osoba w długim cyklu reinkarnacji przed ostateczną śmiercią. Nigdy też nie wierzyłam w magiczne przedmioty, które można było kupić, wypowiadając odpowiednie słowa przy odpowiednich stoiskach. Nie planowałam zacząć wierzyć w przepowiednie tylko dlatego, że jedna z nich przewidziała coś, o czym i tak zawsze wiedziałam, że mnie spotka.
Za nami rozległo się ciche tąpnięcie o ziemię, a grupa zamilkła, spoglądając na krąg. Odwróciłam się powoli, podążając za ich spojrzeniami do miejsca, gdzie pojedyncza świeca spadła z kamienia i zgasła w chwili, gdy dotknęła trawy, jakby za sprawą niewidzialnej siły.
Przełknęłam, zastanawiając się, czego tak naprawdę byłam świadkiem, aż w końcu odwróciłam się znów do grupy z drżącym oddechem. Cisza między nimi, gdy patrzyli, jak wstaję, mówiła wiele o ich wierze w tradycje Samhain i ich sposoby przepowiadania przyszłości.
– Powinnam wracać do domu – zauważyłam, patrząc na wschodzące słońce przebijające się przez drzewa.
Adelphia skinęła głową, nie zadając sobie nawet trudu, by wchodzić w tej sprawie w dyskusję. Nie było już nic więcej do dodania.
Jedyną świecą, która się przewróciła, była moja.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
Dla Kelly, Arin i Renae, którym nigdy nie będę w stanie wyrazić wdzięczności za to, jak pomogły mi wydobyć z tej historii pełnię potencjału, znosząc moje biadolenie, gdy wszystko wydawało się sypać.
Dla Sheri za to, że nieważne, kiedy jej potrzebowałam, zawsze oferowała pomocną dłoń, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było doszlifować fragmenty książki.
Dla Carli za bycie najlepszą przyjaciółką, bez której nie umiałabym żyć, i za to, że zawsze we mnie wierzy, nawet wtedy kiedy mnie samej już brakuje sił.
Dla czytelniczek i czytelników, którzy zaryzykowali i wyruszyli ze mną w podróż do tego odległego świata. Dziękuję, że byliście tam ze mną.
Kocham was wszystkichAdelaide
COPYRIGHT © BY Harper L. Woods & Adelaide Forrest, 2022COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026
TYTUŁ ORYGINAŁU: What Lies Beyond The Veil
WYDANIE I
ISBN 978-83-8375-078-1
Kod produktu: 4000622
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska
TŁUMACZENIESzymon Bolewicki
REDAKCJAMagdalena Stonawska
KOREKTAAgnieszka Pawlikowska
ILUSTRACJE, MAPA, GRAFIKA NA OKŁADCE ORAZ PROJEKTSzymon Wójciak
SKŁAD WERSJI [email protected]
PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]
DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/
WYDAWCARobert Łakuta
DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska
MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza KwiatkowskaUrszula Słonecka
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]
