Cienie w Bieszczadach - Mariusz Leszczyński - ebook
NOWOŚĆ

Cienie w Bieszczadach ebook

Mariusz Leszczyński

0,0

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Komisarz Michał Horst prowadzi śledztwo, które okaże się jednym z trudniejszych w jego karierze. Będzie inne od poprzednich. Mroczne, pełne skrywanych przez góry tajemnic i osobiste. Dotknie Horsta głęboko i postawi na granicy wytrzymałości. Z każdą kolejną ofiarą mordercy z Bieszczad ilość pytań i niewiadomych będzie rosła, a odpowiedzi nie zawsze przyniosą ukojenie.
Bieszczady strzegą swoich tajemnic, a morderca prowadzi z policją grę opartą na tylko jemu znanych zasadach. Czy Horst zdoła odkryć prawdę? Czy ochroni swoich bliskich i siebie przed cieniami z przeszłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Mariusz Leszczyński Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: visoot, Jira, Piotr Krzeslak (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Katarzyna Pastuszka

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrtybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-16-2

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wspomnienie jest wieczne – jak słowa, które nigdy nie gasną; jak literatura, która buduje mosty, wyznacza drogi, rysuje krajobrazy i ocala ludzi, nawet tych, którzy już dawno przestali być sobą.

A jednak cierpienie jest moim imieniem.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

Dopóki istnieją słowa, istnieje i moje życie – kruchy cień na papierze, oddech zamknięty w sylabach, światło, które powraca, nawet jeśli mnie już nie znacie.

A gdy nadejdzie ten dzień, cicho odejdę bez echa, zabiorę swój cień, by słońce mogło rozświetlić każdy dzień.

A jednak smutek jest moim sercem.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

Nie byłem tym, na kogo czekaliście; byłem fragmentem, ułamkiem światła, które chciało Was ogrzać, a zgasło zbyt szybko. Smutek rozdarł moje serce, strach zabrał mi świat. Błądziłem w ciemności, aż odzyskałem go w ciszy, której nie sposób dotknąć.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

Choć mnie nie ma, wciąż jestem – w pustce własnego odbicia, w niedopowiedzianym krzyku, w niezapisanym słowie. Jestem tylko mną: nagim oddechem, nieukończonym zdaniem, dźwiękiem, który milknie, choć pragnie trwać.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

W moim istnieniu płynie rzeka ciemna, niosąca wspomnienia jak kamienne serca. A gdy zniknę cicho, zabiorę swój cień – by słońce mogło wzejść, by słońce mogło wzejść, by słońce mogło wzejść i świecić; by ogień mógł płonąć, światło rodzić dzień, cisza mogła śpiewać, a noc mogła trwać.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

Każdy mój krok to echo w ciszy, każdy oddech – smak żalu. W moich oczach gasną gwiazdy, dłonie drżą, jakby trzymały cień. Lecz w popiele nocy tli się iskra światła, a płomień rodzi dzień, choć cień nie chce zgasnąć.

A gdy zniknę cicho, zabiorę swój cień – by słońce mogło wzejść i świecić, by ogień mógł płonąć, światło rodzić dzień, cisza śpiewać, a noc trwać.

Cierpię. Smutnieję. Istnieję.

Pytam w modlitwie, kto pamiętał będzie nas.

Tam nikt niczego nie zabiera.

WspomnienieMariusz Leszczyński

Wtorek, 8 października 2024,Bieszczady

Świt w Bieszczadach był tak cichy, jakby góry wstrzymały oddech, przeczuwając zbliżające się zło. Komisarz Michał Horst stał na jednym z pagórków i spoglądał na wioskę położoną w dolinie. Między domami snuła się mgła, która tłumiła światła; wydawało się, że chce ukryć przed światem to, co się tu wydarzyło. Otaczająca mężczyznę cisza miała w sobie coś kojącego, kontrastowała z chaosem, który właśnie się rozgrywał na jego oczach.

Śledztwo, które przypadło mu w udziale, było ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował. A jednak to właśnie jego profesjonalizm i determinacja, cenione w środowisku policyjnym, sprawiły, że powierzono mu prowadzenie tej skomplikowanej i wymagającej sprawy. Swoje znaczenie miała też stara znajomość z komendantem miejscowej komendy powiatowej. Choć w głębi duszy Horst marzył o chwili wytchnienia i próbie naprawienia błędów przeszłości, nie potrafił odmówić pomocy. Rozwód oraz przeprowadzka byłej żony z nowym partnerem i ukochaną córką Wiktorią do Bawarii wciąż spędzały mu sen z powiek. Teraz musiał odłożyć na bok rodzinne problemy i zająć się dochodzeniem.

Śmierć zbierała swoje żniwo, była brutalna i precyzyjna, jakby stanowiła element makabrycznego rytuału. Sprawca igrał z policją jak drapieżnik ze swoją ofiarą. Jednak Horst był uparty – kiedy już się za coś brał, angażował się całkowicie. Tym razem nie mogło być inaczej.

Miejsce zbrodni odgrodzono policyjną taśmą, która lekko kołysała się na wietrze. Funkcjonariusze uwijali się, zabezpieczając teren i zbierając dowody. Pulsujące światła radiowozów rozświetlały okolicę ostrym, migotliwym błękitem.

Komisarz Horst, z rękami głęboko wciśniętymi w kieszenie płaszcza, ruszył w stronę Moniki Wrońskiej, młodej technik kryminalnej, która pochylona nad ciałem robiła zdjęcia. Aparat raz po raz wydawał cichy trzask migawki.

Horst się zatrzymał i obserwował jej pracę. Była w pełni skoncentrowana, jej każdy ruch był precyzyjny, jakby obawiała się naruszyć makabryczną równowagę. W końcu poczuła na sobie jego spojrzenie i uniosła wzrok.

– Co dokładnie mamy? – zapytał, kucając obok zwłok. W jego głosie mieszały się zmęczenie i stanowczość.

Wrońska odsunęła aparat od twarzy. Dostrzegł w jej oczach niepokój.

– Kobieta. Za miesiąc skończyłaby trzydzieści pięć lat. Ciało zostało porzucone w tym miejscu. – Przerwała i przyglądała mu się uważnie. – Swoją drogą, wyglądasz kiepsko. Ciężka noc? – zapytała, zauważywszy jego podkrążone oczy.

– Wręcz przeciwnie. Spałem jak niemowlę – odparł sucho z ironią.

Monika uniosła brwi, ale nie skomentowała. Wskazała na coś przy ciele.

– Spójrz. Znaleźliśmy to przy ofierze.

Horst się pochylił. Na ziemi leżał mały, zapieczętowany list. Koperta była śnieżnobiała, widniało na niej staranne pismo. Komisarz poczuł, jak zimny dreszcz przebiega mu po plecach.

– Co jest w środku?

– Jeszcze nie otwieraliśmy. Uznałam, że będziesz chciał to zrobić osobiście – odparła i wręczyła mu kopertę.

Sięgnął po rękawiczki, ostrożnie otworzył list i wyjął z niego złożoną na pół kartkę papieru. Widniały na niej tylko trzy słowa napisane czerwoną farbą: „To dopiero początek”.

– Morderca zostawił coś poza listem? Jakieś ślady? – dopytał, spoglądając na Wrońską.

– Facet jest piekielnie ostrożny. Ale... znalazłam to. – Podała mu mały, srebrny wisiorek. – To leżało pod nią. Raczej nie znalazło się tam przypadkowo. Z tyłu są jej inicjały.

Horst obrócił przedmiot w palcach. Dokładnie mu się przyglądał.

– Zostawił to celowo. Chce nam coś przekazać. To nie jest zwykły psychopata. Zna te góry, wie, jak się w nich poruszać. Ten skurwiel dopiero się rozkręca, a to nie wróży nic dobrego.

– Widzisz tego w kapturze? – szepnęła Wrońska. Nie odrywała wzroku od mężczyzny stojącego za policyjną taśmą. Czarny dres, kaptur głęboko nasunięty. Twarzy prawie nie było widać. – Patrzy na nas – dodała cicho – od jakiegoś czasu.

Komisarz się odwrócił.

– Zostań tutaj – polecił i ruszył w stronę mężczyzny.

Dzieliło ich tylko kilkanaście kroków, ale zamiast czekać, intruz zaczął się powoli oddalać.

– Zatrzymajcie go! – krzyknął komisarz do najbliżej stojących policjantów.

Przyglądający im się facet przyspieszył, a chwilę później rzucił się biegiem w stronę lasu. Horst przystanął. Wpatrywał się w znikającą w gęstwinie sylwetkę. Westchnął ciężko. Nie było szans, żeby go dogonić. Ale dlaczego uciekał? Przez głowę przemknęła mu myśl: albo coś wie, albo ma powody, by unikać policji.

Praca na miejscu zbrodni przeciągnęła się do późnego popołudnia.

Horst, zmęczony i zdezorientowany, podszedł do swojego samochodu. W głowie miał chaos – próbował poskładać elementy układanki, ale wszystko było coraz bardziej zagmatwane. Ślady nie prowadziły w jednoznacznym kierunku, a czas uciekał.

Z zamyślenia wyrwały go słowa Wrońskiej.

– Widzimy się wieczorem w Siekierezadzie? Będzie cały zespół i kilku miejscowych gliniarzy. To najsłynniejsza knajpa w Cisnej, nie można tam nie zajrzeć – powiedziała z lekkim uśmiechem, poprawiając włosy. Mimo pewności, z jaką to zabrzmiało, nie zdołała ukryć obawy o jego odpowiedź, co widoczne było w jej oczach.

Horst patrzył na nią z wyraźnym zaskoczeniem. Milczał. Zastanawiał się, czy te słowa pasują do powagi sytuacji. W końcu się odwrócił.

– Zobaczymy – odparł krótko i otworzył drzwi. Jego głos był neutralny, niemal obojętny, jakby chciał odciąć się od rozmowy. Celowo unikał spojrzenia koleżanki, skupiając wzrok na klamce.

Wrońska westchnęła i przygryzła wargę. Na jej twarzy pojawił się blady uśmiech, który nie przykrył jednak rozczarowania.

– W takim razie... będziemy czekać – powiedziała i cofnęła się o krok. Słowa zawisły w powietrzu. Może próbowała dać mu jeszcze szansę na zmianę decyzji?

Horst wsiadł do auta. Przez chwilę tkwił z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy i próbował uporządkować myśli. W końcu przekręcił kluczyk – warkot silnika przeciął niezręczną ciszę. Jego spojrzenie raz jeszcze powędrowało ku miejscu zbrodni. Policjanci pakowali sprzęt, kończyli swoje zadania, ale on nie mógł oderwać wzroku od linii drzew, za którą zniknął mężczyzna w kapturze.

Wrzucił bieg. Samochód ruszył, wzbijając chmurę kurzu, którą zimny wiatr natychmiast porwał w ciemność.

Droga do pensjonatu, w którym miał zarezerwowany pokój, wiła się wśród gęstego lasu. Latarnie pojawiały się tu rzadko – nikłe, rozproszone, jakby same bały się tego miejsca. Reflektory samochodu przecinały mrok, rzucając długie cienie na dywan suchych liści zalegających na jezdni. Ciszę zapadającego zmroku przerywało jedynie jednostajne buczenie silnika i szum opon sunących po asfalcie.

Nagle zza zakrętu wyłoniło się coś dziwnego. Horst gwałtownie zahamował – opony zapiszczały, a auto zatrzymało się kilka metrów przed nieznanym obiektem. Na środku drogi, oświetlone przez reflektory, stało coś, co przypominało prowizoryczny stojak. W jego centrum błyszczał metaliczny przedmiot, który natychmiast przykuł uwagę komisarza. Jego serce zabiło mocniej. Dłoń automatycznie powędrowała do kabury, choć intuicja podpowiadała mu, że nikogo tu nie znajdzie.

Wysiadł. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz ostrym przypomnieniem, że nie ma odwrotu. Z każdym krokiem napięcie mocniej ściskało mu gardło. Blask metalu migotał w świetle lamp, jakby kpił z jego odwagi.

Konstrukcja w kształcie litery X wyglądała dziwnie – zbyt starannie wykonana, by była przypadkowa, a jednocześnie wystarczająco prowizoryczna, by przypominać dzieło rąk amatora. Metaliczny przedmiot w centrum był identyczny z tym, który znaleziono przy ciele ofiary. Horst poczuł, jak nieprzyjemny dreszcz przebiega mu po plecach. Ukucnął.

– Co chcesz mi powiedzieć? – wyszeptał ledwo słyszalnie. Nie chciał zakłócać ponurej ciszy, która wisiała nad lasem.

Natura wokół zdawała się żyć własnym, niepokojącym życiem. Liście szeleściły lekko na wietrze, choć drzew nie poruszał żaden powiew. W oddali słychać było stłumiony odgłos pohukiwania sowy, a gdzieś blisko, zbyt blisko, chrząknęło jakieś nocne zwierzę. Wszystkie te dźwięki, choć normalne, wydawały się teraz podejrzanie złowrogie.

Horst poczuł nieprzyjemny chłód przenikający jego skórę, samo istnienie tego miejsca karmiło jego obawy. Znał tę grę – morderca igrał z nimi, narzucał swoje zasady i zmuszał ich do podążania za jego wskazówkami, traktował jak pionki w swojej chorej szachowej partii.

Po chwili, która trwała jak wieczność, Horst wrócił do samochodu. Wsunął znalezisko do plastikowej torebki i każdy szczegół odnotował w pamięci. Czuł, że sprawca go prowadzi – celowo zostawia ślady, które on ma odnaleźć. I właśnie to poczucie bycia o krok za nim budziło w komisarzu narastającą frustrację.

Sięgnął po telefon i zawiadomił śledczych o znalezisku, precyzyjnie podając lokalizację. Potem zapalił papierosa i czekał. Obserwował, jak mgła gęstnieje nad drogą. Gdy w oddali zamigotały światła radiowozu i technicy rozpoczęli pracę, Horst jeszcze przez chwilę stał obok samochodu, jakby chciał zapamiętać to miejsce. Dopiero wtedy wsiadł do auta i odpalił silnik.

Reflektory musnęły jeszcze prowizoryczną konstrukcję, nim pochłonął ją mrok. Droga zamieniała się w tunel – las zaciskał się wokół, gotów połknąć go wraz z jego niepokojem.

Gdy dotarł na miejsce, Helena Kornatowska, właścicielka pensjonatu, czekała na niego w drzwiach. Prosty, jasny sweter i dżinsy nadawały jej zwyczajny, swojski wygląd. Długi warkocz spoczywał na ramieniu. Uśmiech rozjaśniał szarówkę wieczoru, lecz w jej spojrzeniu mignęło coś, co trudno było uchwycić – cień, który nie pasował do tej pozornej pogody ducha. Dla Horsta jej widok był jak latarnia w burzliwym morzu, choć gdzieś w głębi czuł, że to światło może skrywać coś więcej niż ukojenie.

– Dobry wieczór, panie komisarzu – przywitała się Kornatowska i uchyliła drzwi szerzej. – Jak minął dzień? – dodała po chwili, przerywając niezręczną ciszę.

– Nienajgorzej, zważywszy na okoliczności – burknął Horst, minął ją w progu i wszedł do środka.

Kilka minut później byli już po imieniu, a na stole pojawił się talerz gorącej zupy. Aromat bulionu rozlał się po niewielkiej kuchni, obiecując spokój, który wydawał się zbyt kruchy, by mógł być prawdziwy. Ciepło tego miejsca miało w sobie coś sztucznego – jakby próbowało przykryć to, co kryło się w mroku za ścianą.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Horst pozwolił, by zapach ciepłej potrawy i subtelna obecność Heleny choć na moment rozproszyły niepokój, który go pochłaniał od środka. To był ten rzadki rodzaj milczenia, w którym chciał zostać, mimo że wiedział, jak złudne potrafi być.

– Widziałam dziś w telewizji wiadomości o tej sprawie... To musiało być trudne – odezwała się w końcu Helena. Jej głos był przepełniony troską.

Horst nie lubił rozmawiać o swojej pracy poza komisariatem, a tym bardziej z ludźmi spoza zespołu. Jednak coś w oczach Heleny sprawiało, że czuł się mniej przytłoczony. Była w nich szczerość i ciepło, których rzadko doświadczał.

– Trudne, jak każda taka sprawa. Nie chodzi tylko o to, co się stało, ale o to, co zostaje – odpowiedział w końcu, omijając szczegóły. Nie chciał przerzucać ciężaru swojej pracy na innych, zwłaszcza na nią.

– Proszę, pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował rozmowy... – Urwała, przestraszona własną szczerością. W tych słowach pojawiła się czułość, dla Horsta nie do odczytania.

Komisarz przez chwilę milczał, po czym uśmiechnął się lekko.

– Dzięki, Helena. To miłe – odparł. Czuł, że jej troska nie jest wymuszona.

W jej oczach błysnęła ulga, ale prawie natychmiast odwróciła wzrok, w obawie, że zdradzi zbyt wiele.

Horst spojrzał na stojący przed nim talerz. W zupie pływały kawałki warzyw, a parujący bulion wydzielał ciepły, wręcz kojący aromat. Przypominał mu smak czegoś, czego od dawna brakowało w jego życiu – zwykłej codzienności, pozbawionej pośpiechu i mroku, który postępował za nim krok w krok.

Chociaż wiedział, że jutro znów rzuci się w wir śledztwa, choć czuł ciężar kolejnych niewiadomych, w tym momencie pozwolił sobie na odrobinę beztroski. Atmosfera pensjonatu i obecność Heleny były jak plaster na jego zmęczone serce. Zaskakiwało go to – przecież dopiero się poznali, a jednak jej spokój działał na niego w sposób, jakiego dawno nie doświadczył. Nie rozumiał, skąd to poczucie bliskości, ale nie próbował z nim walczyć. Po raz pierwszy od wielu miesięcy pozwolił sobie po prostu być, bez myślenia o tym, co czeka go jutro.

Za oknem zmrok oplatał krajobraz gęstą pajęczyną cieni. Drzewa na tle czerwonego nieba przybierały upiorne kształty, które mogłyby pasować do opowieści o diabłach z Siekierezady. Pachniało wilgotnym drewnem i ziemią, a z oddali dochodziło sporadyczne pohukiwanie sowy. Helena podeszła do okna. Zacisnęła dłonie na framudze, jakby chciała uciec przed tym, co zamierza powiedzieć.

– Szkoda mi tej dziewczyny... To straszne, co się tutaj dzieje. Ludzie mówią, że nad tą miejscowością ciąży jakieś przekleństwo – powiedziała ze smutkiem. Głęboka zmarszczka, która pojawiła się na jej czole, świadczyła, że sama nie wierzy w wypowiedziane słowa.

Horst przyglądał jej się uważnie. Potrafił czytać ludzi, widział emocje, które próbowali zamaskować, a teraz czuł, że jej słowa kryją coś więcej niż tylko powtarzane bajki.

– Co mają na myśli, mówiąc o klątwie? – zapytał spokojnie, ale brzmiał stanowczo. Nie zamierzał odpuścić.

Helena odwróciła się od okna i zerknęła na niego kątem oka. Walczyła ze sobą, szukając odpowiednich słów. Po chwili rzuciła lekko:

– To tylko gadanie. Zwykłe bajki ludzi gór.

Ale w jej głosie dźwięczała nuta niepewności, która nie uszła uwadze komisarza. Nie naciskał, pozwolił, by cisza sama zmusiła ją do kontynuacji. W końcu dodała szeptem:

– Powiadają, że te góry są nawiedzone. Że czasem zło powraca, by zabrać niewinnych za grzechy mieszkańców. Osobiście w to nie wierzę, ale... niektórzy naprawdę się boją.

Jej słowa zlały się z głuchym poszumem lasu. Horst uniósł brwi i uśmiechnął się krzywo. Nie krył sceptycyzmu. A jednak coś w tonie Heleny sprawiło, że poczuł lekki dreszcz. Wiedział aż za dobrze, że w każdej legendzie kryje się ziarno prawdy – a czasem także trop prowadzący do mordercy.

– Legenda czy nie, mamy tu do czynienia z prawdziwą zbrodnią. I mam zamiar rozwikłać tę zagadkę – oznajmił.

Kornatowska spuściła wzrok i cofnęła się o krok, wskazując na talerz.

– Proszę, jedz. Musisz mieć siły – powiedziała łagodnie.

Horst uśmiechnął się blado. Nie przyznałby się do tego, ale wdzięczność ścisnęła go w gardle – tak rzadko doświadczał spokoju.

Zupa była gorąca, aromatyczna i kojąca. Mimo to ciepło, które wypełniało żołądek, nie potrafiło ogrzać chłodu od dawna gnieżdżącego się w jego wnętrzu.

To śledztwo od samego początku było dla niego obciążeniem. Każdy nowy trop tylko komplikował sprawę, a niepokojące szczegóły, które wyłaniały się z ciemności, były zaledwie wstępem do czegoś większego. Mimo to Horst coraz wyraźniej czuł, że nie może stąd odejść. Nie tylko dlatego, że miał rozkaz, ale dlatego, że same góry zdawały się wciągać go w swój mroczny krąg – w świat, który krył więcej niż jedną tajemnicę.

Bieszczady, choć piękne i dzikie, mają w sobie coś pierwotnego, co niepokoi nawet takich ludzi jak on – twardych, doświadczonych, niewierzących w przesądy. Te lasy żyją własnym życiem, kryją w gęstwinach historie, których nikt nigdy nie opowie.

Potwór, z którym mierzył się teraz, nie był tylko mordercą. Był cieniem, kształtem poruszającym się między drzewami, echem strachu odbijającym się w oczach mieszkańców. Nieuchwytny i niemal nierzeczywisty, a jednak prawdziwy w skutkach, które po sobie zostawiał.

Horst czuł ciężar odpowiedzialności. Chodziło nie tylko o schwytanie sprawcy. Również o to, by ten przerażający cień nie pochłonął kolejnych istnień. Każda minuta zwłoki oddawała mordercy władzę nad tą grą.

Wziął głęboki oddech.

Obecność Heleny przypominała mu, że nawet w najciemniejszych chwilach pojawiają się ludzie, którzy przynoszą światło – choćby niewielkie, ale wystarczające, by odnaleźć drogę w ciemnościach. Musiał to światło wykorzystać. Instynkt podpowiadał mu, że zbliża się do czegoś, co może przechylić szalę na jego korzyść.

Ale czy zdąży?

Pomieszczenie znów wypełniło się odgłosami lasu, pohukiwaniem sowy i szelestem liści poruszanych przez wiatr. Za oknem migotały światła domów, zbyt odległych, by dać poczucie bliskości. Bieszczady były piękne, ale tej nocy zdawały się równie zimne i nieprzystępne jak dusza mordercy, którego musiał złapać.

Późnym wieczorem, gdy księżyc w pełni rzucał srebrzystą poświatę na okolicę, Horst wyszedł na spacer, by znaleźć ukojenie dla targających nim uczuć. Powietrze było przesycone zapachem mchu oraz mokrej ziemi. Górskie ścieżki świeciły pustkami, jedynie dźwięki nocy przerywały niepokojący bezruch.

Jego myśli krążyły wokół ofiary i jej bliskich, uwięzionych w bólu, którego nie dało się oswoić. Sprawa wyglądała na beznadziejną – brak tropów, rytuały, które coś znaczyły, choć nie dawały odpowiedzi. Wszystko splatało się w ciemny węzeł, zaciskający się coraz mocniej w jego głowie.

Nagle usłyszał za sobą kroki. Ostrożne, ale wyraźne, przeszyły ciszę jak ostrze noża. Trzask gałęzi zmusił Horsta do gwałtownego odwrócenia się. Dłoń instynktownie powędrowała do kabury i zacisnęła się na rękojeści pistoletu.

Spomiędzy konarów drzew wyłoniła się sylwetka mężczyzny – wysokiego, o szerokich barkach, z kapturem nasuniętym głęboko na głowę. Stał nieruchomo, jak cień wyrwany z ciemności, wpatrzony w Horsta. Na lewym policzku miał bliznę, znak czasu.

Serce komisarza przyspieszyło, choć jego twarz pozostała kamienna. Wśród drzew czuł się jak myśliwy, który nagle zrozumiał, że sam stał się zwierzyną. Mimo to coś w postawie mężczyzny było znajome – nie był to przypadkowy spacerowicz.

– Znamy się? – zawołał. Starał się brzmieć twardo i stanowczo. – Kim jesteś i czego chcesz?

Znów zapadła cisza, niemal namacalna, jakby las wstrzymał oddech. Mężczyzna nie drgnął, jego sylwetka stapiała się z mrokiem. Gdy w końcu przemówił, jego głos był głęboki i lodowaty, przypominał zimny wiatr smagający pustkowia.

– Jestem tym, kto wie więcej niż inni. Uważaj na siebie, komisarzu. Bieszczady mają swoje sekrety, a nie wszystkie są przyjazne dla obcych.

W słowach mężczyzny nie było nic z pustego straszenia. Horst zrobił krok naprzód, próbując dojrzeć twarz ukrytą w cieniu kaptura.

– Grozisz mi? – zapytał chłodno. – A sam kryjesz się w mroku. Wyjdź i zmierz się ze mną jak mężczyzna. Pamiętam cię. To ty byłeś na miejscu zbrodni. Stałeś i gapiłeś się na zwłoki. Podnieca cię taki widok?

Osobnik przekrzywił głowę, rozbawiły go te słowa.

– Ja nie noszę broni, komisarzu. To kto tu jest tchórzem? – rzucił z kpiną.

Była w nim irytująca pewność, która wywołała u Horsta falę gniewu. Zanim zdążył zareagować, postać cofnęła się nieznacznie, po czym rozpłynęła się w ciemnościach. Tylko jeden dźwięk – szelest liści – zdradził, że tajemniczy nieznajomy oddalał się w głąb lasu.

Horst stał nieruchomo. Nasłuchiwał. Serce waliło mu w piersi, a adrenalina pulsowała w jego żyłach. Słychać było tylko jego oddech. Las znów zastygł w bezruchu, jak świadek, który nie powinien widzieć tej sceny.

– Co, do diabła... – wymamrotał, powoli opuszczając rękę zaciśniętą na broni.

Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w punkt, w którym zniknął mężczyzna, jakby spodziewał się, że zaraz wróci. Jednak mrok niczego już nie zdradzał, a drzewa znów stały się jedynie drzewami.

Gdy wracał do pensjonatu, miał wrażenie, że jego nogi dźwigają więcej niż tylko jego samego. Każdy krok wydawał się obciążony czymś nienazwanym, co narastało w nim od momentu, w którym zobaczył zwłoki kobiety.

Czuł, że ta sprawa to coś więcej niż kolejne śledztwo. Coś w niej wymykało się schematom, które znał i którym ufał przez lata pracy w wydziale kryminalnym stołecznej policji. W głębi serca wiedział, że to już zaczęło go pochłaniać, wciągać w mroczną, nieodgadnioną otchłań.

Tej nocy sen pozostawał nieosiągalny. Horst przewracał się z boku na bok, bezskutecznie próbując odpędzić obrazy, które nie chciały opuścić jego umysłu. Twarze dawnych ofiar i ich rodzin – przepełnione bólem i niemą rozpaczą – wracały do niego uparcie, jak cienie snujące się w najgłębszym mroku.

Pragnął choć chwili wytchnienia, oddechu od narastającego chaosu. Lecz umysł nie znał litości. Oplatały go niewidzialne macki, wciągając coraz głębiej. Horst wiedział, że nie może się poddać. Musiał zachować trzeźwość i siłę, jeśli chciał odkryć prawdę – niezależnie od tego, jak przerażająca mogła się okazać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki