59,90 zł
Wydanie z przedmową Nicoli Lagioi
Świat zapomniany przez Boga
Trzymają Państwo w dłoniach książkę, która, choć opowiada o Południu Włoch w latach 30. XX wieku, dotyka tematów niezwykle aktualnych: biedy, trudnej relacji między obywatelami a rządzącymi, wykluczenia, ludzkiej godności i siły. Autor za działalność antyfaszystowską został zesłany na przymusowy pobyt w Lukanii. Historię tę spisał kilka lat później, w latach 1943–1944, ukrywając się przed niemiecką okupacją i patrząc na czas zesłania z perspektywy osoby, która po raz kolejny doświadcza wygnania.
Levi obserwuje życie miejscowej społeczności, a zarazem konfrontuje własne przyzwyczajenia z rzeczywistością rządzącą się zupełnie innymi prawami. Opisuje osobne uniwersum: pełne magii i przesądów, oparte na wierzeniach i poczuciu czasu zupełnie innych niż jego własne. Ten świat intryguje go i niepokoi: krytyka marginalizacji mieszkańców południowej Italii splata się tu z zachwytem nad kulturą, która skutecznie oparła się nowoczesności.
To jedno z najważniejszych dzieł włoskiej literatury XX wieku. Jego istotę doskonale oddaje tytuł: zaczerpnięty ze słów miejscowych chłopów, przekonanych, że Chrystus, a wraz z nim cywilizacja i nadzieja, nigdy nie dotarł na ich ziemie.
Julia Wollner
Nowa edycja wspaniałej książki Carla Leviego ma coś z cudu wskrzeszenia z martwych. W Polsce została wydana kilka lat po wojnie, lecz szybko popadła w zapomnienie. Czytano ją wówczas głównie w kodzie ideologicznym: pochylano się nad ciężkim losem mieszkańców Gagliano (w realnej geografii: Aliano), nie szczędząc razów kapitalistycznemu porządkowi, który umożliwiał i sankcjonował bezprzykładną nędzę i zacofanie Lukanii. Dziś, w innych już dekoracjach politycznych i kulturowych, mamy szansę przeczytać ją inaczej.
Książka Leviego jest klasycznym przykładem gatunku zmąconego: po części reportaż, po części pamiętnik, po części studium antropologiczne, a wreszcie: powieść. To gatunkowe pomieszanie wyzwala różne typy lektury. Można czytać ją jako wiarygodny dokument czasu, solidny raport z ziemi niczyjej, zajmującą opowieść o kulturze, której mentalność i duchowość leżą na antypodach nowoczesnego świata. Ale można też przeczytać ją jako historię o stracie, o tym, co utraciliśmy w zdyszanym i bezkrytycznym biegu ku nowoczesności. A przy okazji dostrzec w niej błyski porywającej literatury.
Dariusz Czaja
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 340
Chrystus zatrzymał się w Eboli należy do kanonu literatury włoskiej i europejskiej. To odkrycie innej cywilizacji, „podróż do początku czasów”, opowieść o skolonizowanej ludności, przedstawiona przez kogoś, kto pochodził z rodu kolonizatorów, kogoś, kto zrzucił szaty swojego szlacheckiego przywileju i otrzymał w zamian nowy język. To powieść, dokument, raport, pamiętnik, pradawna księga, która rozkwitła w sercu współczesności. To ewokacja, chóralny dyskurs, pomost między niepojednanymi światami. Żadnemu czytelnikowi nie uda się wejść w jej rozdziały, zachowując przy tym obojętność. Ta, jakże bardzo ludzka książka, jest również problemem, którego nie udało się nam rozwiązać.
Kiedy byłem dzieckiem i mieszkałem w Bari, czytelnicy Carla Leviego, z którymi miałem kontakt, dzielili się na dwie kategorie. Byli więc ci, którym Chrystus zatrzymał się w Eboli dał poczucie wyzwolenia, ponieważ na poziomie literackim stawiał w centrum zainteresowania chłopską społeczność. I byli tacy, którzy — choć uznawali wartość książki — zarzucali jej odpowiedzialność za propagowanie obrazu głęboko zacofanego Południa. Osoby krytykujące Leviego twierdziły, że w sumie to właśnie on otworzył retorycznie drogę dla „wstydu narodowego”, o którym mówił Palmiro Togliatti, zwiedzając w 1948 roku Materę. Akcja Chrystusa rozgrywa się w miasteczku Aliano (przekształconym na potrzeby tekstu w Gagliano), lecz miało ono taką siłę wyrazu, że stało się symbolem całego obszaru.
W latach 80. XX wieku, w czasach, kiedy jako dziecko musiałem zdecydować, czy chcę patrzeć na Leviego z podejrzliwością, czy z wdzięcznością, różne części Bazylikaty i Apulii (dwóch regionów, mimo że tak różnych, uważanych jednak za siostrzane) w pełni były już zintegrowane z włoską nowoczesnością, jednak przyglądając się tym wszystkim, którzy dokonali społecznego awansu, trudno było znaleźć wśród nich inżyniera, lekarza, profesora uniwersyteckiego, adwokata, wziętego przedsiębiorcę, który nie byłby synem czy wnukiem rolników. Świat przedstawiony przez Carla Leviego trwał wciąż bardzo żywy w ludzkiej świadomości. Pamiętam ordynatorów szpitala dyskutujących o medycynie, oświeconych blaskiem Diderota i Woltera, lecz gdy jakiś pacjent dopytywał zbyt natrętnie, kiedy dokładnie wyzdrowieje, wtedy ci lekarze zmieniali rejestr i odpowiadali z ironią: Pescrille e pescruflo (pojutrze i popojutrze). „Crai to jutro i zawsze”, pisze Carlo Levi w nawiązaniu do sposobu, w jaki rolnicy z Gagliano pojmują czas,
ale pojutrze to pescrai, a popojutrze to pescrille; następnie jest pescruflo, a potem maruflo i maruflone; a siódmy dzień to maruflicchio. Jednak te skrupulatne określenia są przede wszystkim zabarwione ironią. Słów tych używa się nie tyle na określenie tego czy innego dnia, lecz raczej wszystkich razem jako listy i już ich samo brzmienie jest groteskowe, są one pewnego rodzaju dowodem na bezużyteczność rozróżniania wśród wiecznych mgieł crai.
Nikt nie potrafi z większą dokładnością określić, kiedy chory wyzdrowieje (lub umrze). Lekarz, który znalazłby się wśród ludności wiejskiej, powinien starać się unikać pułapek nieokiełznanego scjentyzmu, będącego drugą twarzą przesądu.
Otrzymałem typowe drobnomieszczańskie wykształcenie, z kursem na nowoczesność — liceum ogólnokształcące, uniwersytet, zrzeszenia studenckie, koncerty rockowe, wystawy sztuki, filmowe kluby dyskusyjne. Moi dziadkowie od strony matki pochodzili jednak z daleka, pracowali na roli, uprawiali ziemię na mikroskopijnych polach w południowych okolicach Bari. Ich ojcowie byli wyrobnikami, a wśród ojców ich ojców zdarzali się „prostacy w piekle”, o których pisał Tommaso Fiore, nawiązując do legendy o wyrobniku z niziny Tavoliere, który po śmierci został strącony do piekła, gdzie znalazł warunki lepsze od tych, których doświadczył w latyfundium.
W tygodniu uczęszczałem na uniwersytet. W piątki chodziłem do kina. W soboty udawałem się słuchać Arto Lindsaya (w Bari podówczas regularnie grywali Laurie Anderson, Robert Fripp, Roberto Gil, top ówczesnej awangardy). Czułem się zanurzony w kulturze moich czasów. W niedzielę rano jednak odwiedzałem w głębi kontynentu dziadków ze strony mamy i tak w okamgnieniu wpadałem w zupełnie inny wymiar. Żeby być na bieżąco z nowinkami muzycznymi, wystarczyło pójść do sklepu z importowanymi płytami, książki znajdowało się w księgarniach, bibliotekach. Przejście do wiedzy, nad którą pieczę sprawowali dziadkowie, prowadziło przez dużo węższe drzwi.
Krótko mówiąc, miałem przywilej poznania wiejskiej cywilizacji. Spotykałem się z nią w ostatnich latach życia jej przedstawicieli, ich aktywności, zaangażowania w propagowanie coraz skromniejszych okruchów świata, który uległ później ostatecznemu zniszczeniu. Nie byłem jej częścią, zostałem przez nią przygarnięty. Kiedy później czytałem Carla Leviego, nie znalazłem na jego stronicach żadnego śladu egzotyki i nie było mi przykro z tego powodu. Dzisiaj być może ktoś mógłby zarzucić Leviemu przywłaszczenie kulturowe i nie byłby tym samym daleki od prawdy. Coś chwytało mnie za serce za każdym razem, gdy czytałem Chrystusa, czułem się zauważony, posilony, pocieszony wręcz. Za każdym razem uderzało mnie to, z jaką dbałością, precyzją, zdolnością drążenia (czyli wysłuchiwania) Carlo Levi konfrontował się z obcą mu cywilizacją. Później samo Południe nieszczęśliwie relegowało tę kulturę do folkloru, kiedy stanęło przed zadaniem jej przedstawienia (cafone — wieśniaka zastąpił cozzalo, czyli burak, pogardliwe określenie, którym w wielkomiejskich kontekstach szufladkowano mieszkańców wsi uważanych za nieokrzesanych półanalfabetów bez znaczenia w nowym społeczeństwie; tylko że to określenie cozzalo będzie później używane ogólnie w stosunku do tych, którzy w mieście, czy to chłopi, czy nie, zachowują się w sposób nieokrzesany, nieodpowiedni), i skazało ją na marginalizację, by nie powiedzieć: zapomnienie, gdy zaszła potrzeba politycznego spojrzenia na nią. Należałem do tych czytelników Leviego, którzy poczuli się zadośćuczynieni, a nie urażeni jego dziełem.
Chociaż kwestia „zadośćuczynienia” jest zwodnicza. Chrystus zatrzymał się w Eboli nie jest książką przeznaczoną dla kogoś, kto — urodzony na Południu — ma potrzebę nobilitacji swoich korzeni. Być może bardziej przyda się ona temu, kto owo Południe zna mniej. „Kto nie ma pojęcia o południu nie tylko Włoch, ale i Europy, a może i świata”, pisał socjolog Franco Chiarello, odnosząc się do dzieła Franco Cassano. Ale nie chodzi też tylko o to, żeby reszta świata poznała „księżyc Burbonów”. Książka Leviego nie jest — sądzę, że dzisiaj wydaje się to bardziej niż oczywiste — opowieścią o Włoszech, które należy ulepszyć, ratując przed upadkiem niektóre z ich, owszem, fascynujących, obszarów geograficznych, tylko dziełem filozoficznym o tym, w jaki sposób budować Włochy (i Europę) również poprzez kultury odległych miejsc, a więc obecnie jest to książka o kraju, którego nie ma, o kontynencie, którego nie ma. To Południe nie jest ropniem do usunięcia czy uleczenia (choćby kulturowo), ale źródłem wzbogacenia, którym warto zarazić się, z którym powinno wymienić się wiedzą — nie tylko z korzyścią dla cywilizacji chłopskiej (dla której byłoby to wyzwoleniem), ale całych Włoch, których nowoczesność przestałaby wtedy być tak krucha (a w pewnych przypadkach również tak śmieszna i toksyczna), jaką niestety się okazała, doprowadzając nas do tego, że wyszliśmy z XX wieku w kondycji znacznie gorszej, niż można by przypuszczać.
Nie ma wątpliwości, że były w chłopskim świecie również aspekty przerażające: ucisk, izolacja, zacofanie, męski szowinizm, przemoc. Na antropologiczną mutację Pasoliniego (który o owym Południu wiedział niewiele) odpowiadałem zawsze idealnie pasującym głosem staruszek, które twierdziły, że emancypacja zaczęła się dla nich w momencie pojawienia się pralki. Jednak obok skaz tego świata istniały szlachetne elementy, które nowoczesność wyrzuciłaz całą resztą.
Z czysto literackiego punktu widzenia bardzo łatwo dostrzec absolutnie współczesny charakter Carla Leviego. W pierwszych dekadach XX wieku z ust krytyków literackich, dziennikarzy kulturalnych oraz pracowników pokrewnych fachów nie schodziły dwa słowa: „literatura hybrydowa” i „autobiografikcja”. Można powiedzieć, że obydwa te elementy występują (zastosowane z rzadko później spotykaną skutecznością) w Chrystus zatrzymał się w Eboli. Carlo Levi użycza narratorowi swojego własnego głosu, czerpie z własnej biografii i z własnej pamięci, rezygnuje z beletrystyki, używa za to języka, konstrukcji dramaturgicznej i rejestrów właściwych literaturze, aby opowiedzieć o realnym świecie i jego zdarzeniach. Czyni to, nie tylko wyprzedzając przyszłe czasy, ale także czas teraźniejszy, w którym ja piszę te słowa. Największym niebezpieczeństwem autobiografikcji, wiemy o tym, jest pępowina, którą (wraz ze stopniowym wzrostem popularności gatunku) coraz mniej autorów jest w stanie odciąć. Levi rozwiązał ten problem już nie tylko Chrystusem, ale teoretycznie nawet później, w 1950 roku, kiedy opublikował L’Orologio (Zegar). I można uznać, że ta właśnie książka jest opowieścią Leviego o upadku ideałów Ruchu Oporu (o tym, że jest za późno), tak jak Chrystus jest książką Leviego o potencjalnych Włoszech (o tym, czego jeszcze nie ma). W L’Orologio, podczas dyskusji między dziennikarzami dotyczącej wielkich dawnych pisarzy, Levi wkłada w usta jednego z nich takie słowa:
mogli równie dobrze mówić ja, ponieważ mówiąc ja, mieli na myśli wszystkie sprawy. Zło przyszło później, kiedy mówiąc ja, nie miało się już na myśli niczego poza własną skromną osobą, jedyną na świecie i rozbitą na tysiąc części, i abstrakcyjną, i nieżywą, i bez czegokolwiek wokół; i pisano, i kreślono abstrakcyjną powieść w abstrakcyjnym czasie, który zaczyna się i kończy, arbitralnie wycięty ze świata.
Tym, kto mówi i opowiada w Chrystus zatrzymał się w Eboli jest jeszcze wciąż ja, które potrafi objąć „wszystkie sprawy”, zdolne wyjść poza własną „skromną osobę”, ja, które nie jest „samo”, nie jest abstrakcyjne, jest uwikłane w głęboką konkretność świata, a więc można mieć jeszcze nadzieję, że świat ten da się zmienić.
Jednak „autobiografikcja” i „literatura hybrydowa” są z natury ograniczające, byłoby niemal obrazą dać im zadanie choćby tylko literackiego wyczerpania dzieła Chrystus zatrzymał się w Eboli. Poznawcze pragnienie, pietas, pokora, zachwyt, potrzeba niesienia innym własnego „odkrycia” czynią z Carla Leviego „pisarza totalnego”, zdolnego dla dobrej sprawy wziąć na swoje barki dwa stulecia literackiej tradycji europejskiej. Podjęcie tego zobowiązania wynika z obowiązku będącego sumą powinności etycznych, obywatelskich, sentymentalnych, politycznych i — śmiem twierdzić — świętych. Prowadzenie ku „nowoczesności” świata Gagliano to również próba jego uzdrowienia z tych skrajności, które od zawsze stanowią jego najwyraźniejsze bolączki.
W dziedzictwie wiejskiego świata, które warto by przenieść na drugą stronę (a ponieważ nowoczesność tego nie uczyniła, wydrążyła w sobie dziurę, która staje się coraz ciemniejsza i coraz bardziej niepokojąca), zawiera się relacja między żywymi a zmarłymi. Usunięcie śmierci to jedna z najbardziej przejmujących form zła, jakie świat laicki i tak zwany cywilizowany wyrządza sobie samemu, osłabiając się z pokolenia na pokolenie. Wrócę do prywatnej anegdoty. Lektura Chrystusa emocjonuje mnie zazwyczaj już od pierwszej strony, już od swojego tak słynnego i pięknego incipitu, ale czyni to w sposób inny niż, jak sądzę, emocja, której mógłby doświadczać ktoś, kto nie został „wprowadzony” do wiejskiego życia.
„My nie jesteśmy chrześcijanami — pisze Carlo Levi, użyczając głosu chłopom z Gagliano — nie jesteśmy ludźmi, nie jesteśmy uznawani za ludzi, lecz za zwierzęta, juczne zwierzęta, a nawet nie za zwierzęta, tylko za fruschi, frusculicchi”. Tam, gdzie laickiego, a do tego postępowego, czytelnika, urodzonego i wychowanego w mieście, całkowicie odizolowanego od wiejskiego życia, dotyka i porusza „nie jesteśmy chrześcijanami” oraz „zwierzęta, juczne zwierzęta”, mnie urzekają z kolei fruschi, frusculicchi.
„Frusculicchio” wołał na mnie z czułością mój ojciec, gdy byłem mały — od wczesnego dzieciństwa, aż skończyłem sześć lat. Pamiętam to jak dzisiaj. Dopóki nie przeczytałem Carla Leviego, nie wiedziałem, co słowo to oznaczało. Lubiłem jego dźwięk, łagodny i dziarski. „Fruschi, frusculicchi, które żyją wolnością swojego diabelskiego czy to anielskiego istnienia”, pisze Levi. Słownik Treccani podaje, że fruschi to „leśne duszki i dzikie zwierzęta, obdarzone — zgodnie z ludowymi wierzeniami — nadprzyrodzonymi mocami, złymi lub dobrymi”.
W wiejskim świecie dzieci są magicznymi stworzeniami, zawieszonymi między królestwem żywych i cieni, unoszą się swobodnie między tymi dwoma wymiarami, obdarzone wyjątkową mądrością, potrafią wstawiać się u nocnych duchów za powodzenie zbiorów, za pomyślne życie wspólnoty. To pocieszające mieć świadomość, że było się kochanym w ten sposób, będąc dzieckiem.
W chłopskim świecie nie ma chorego strachu przed śmiercią, któremu ulegają nowocześni ludzie. Wśród chłopów o śmierci mówi się po imieniu, z akceptacją, pertraktuje się z nią, celebruje i szanuje. W ten sposób okazuje godność tym, którzy jeszcze nie umarli.
Drzwi niemal wszystkich domów, które jakby balansowały na krawędzi przepaści, bliskie zawalenia i usiane pęknięciami, były tam osobliwie przybrane czarnymi sztandarami, czasami nowymi, innym razem wyblakłymi od słońca i deszczu, tak że całe miasto zdawało się pogrążone w żałobie lub jakby wystrojone na święto Śmierci. Dowiedziałem się później, że istnieje zwyczaj wywieszania takich sztandarów na drzwiach domów, w których ktoś umarł, i że nie zdejmuje się ich, dopóki nie wybieli ich czas.
Mario Vargas Llosa przypomina w jednym ze swoich esejów, że jednak każda książka kryje w sobie środek ciężkości, tajemniczą komnatę, najcenniejsze miejsce w całym dziele. Sądzę, że w przypadku Chrystus zatrzymał się w Eboli ten fragment pojawia się pod sam koniec, kiedy lekarz Carlo Levi, łamiąc zakaz nałożony na niego przez faszystów, zuchwale udaje się do Pantano, do pewnej chłopskiej rodziny, aby ratować tam ciężko chorego. Dotarłszy do celu, stwierdza, że człowiek ten kona. Jest wieczór, zbyt późno, żeby wracać do domu, więc Carlo Levi zatrzymuje się na noc w wiejskiej chacie.
„Śmierć była w domu”, możemy przeczytać w zakończeniu tego rozdziału.
Kochałem tych chłopów — czułem ból i upokorzenie z powodu własnej bezsilności. Dlaczego więc spłynął wtedy na mnie tak wielki spokój? Zdawało się mi, jakbym oderwał się od wszystkich spraw, od miejsc, był tak bardzo daleki od jakichkolwiek przejawów determinacji, zagubiony w czasie, w jakimś bezgranicznym gdzie indziej. Czułem się utajony, niewidoczny dla ludzi, ukryty niczym pęd kiełkujący pod korą drzewa: natężałem słuch pośród nocy i zdawało mi się, jakbym wszedł, nagle, w samo serce świata. Niepomierne, nigdy wcześniej niedoświadczane szczęście oraz nieopisane poczucie bezkresnej pełni rozlewało się we mnie po brzegi.
Uważam to za jeden z najwznioślejszych momentów we włoskiej literaturze XX wieku.
Kolejny element Chrystusa, nad którym Włochy przyszłości powinny się pochylić, temat z pewnych względów antytetyczny wobec kwestii śmierci, nieustannie balansujący między transcendencją a historiografią, dotyczy naszej wrogości w stosunku do państwa. Włosi nie ufają instytucjom, uważają państwo za wroga, rabusia, uciążliwość, uzurpatora („ukrytego wspólnika”, jak zwykli mawiać przedsiębiorcy, postanawiając nie płacić podatków, które uznają za niesłuszne). Amoralność bogatych i władców to źródło zgorszenia. Lecz owym władcom i owym bogaczom uchodzi to na sucho, ponieważ czerpią korzyści z powszechnie panujących nastrojów społecznych. Dopóki nie dostrzeże się, dokąd sięgają korzenie głębokiej nieufności żywionej wobec państwa przez wyrzutków, biedaków, wykorzystywanych i uciśnionych, nigdy nie zrozumiemy niczego z kontrowersyjnej i niemal zawsze autodestrukcyjnej relacji, jaką my, Włosi, mamy z instytucjami. W niewielu książkach nieufność podwładnych została przesiana z taką gracją, wnikliwością, szacunkiem, a nawet komizmem, jak w Chrystus zatrzymał się w Eboli.
Przezabawny jest epizod, w którym narrator natrafia na dziwny pomnik na samym środku placu Gagliano.
Był to szalet — najbardziej monumentalny, najnowocześniejszy, najwystawniejszy szalet, jaki można byłoby sobie wyobrazić; żelbetonowy, czteroosobowy, z masywnym, wystającym dachem, z rodzaju tych, które stawiano ostatnio tylko w dużych miastach. Na ścianie, niczym tablica nagrobna widniało nazwisko bliskie sercom mieszkańców: Ditta Renzi — Torino […] Szalet musiał kosztować, sądząc już po samych jego rozmiarach, dochody gminy Gagliano z wielu lat. Zajrzałem do środka, z jednej strony jakiś prosiak pił wodę, która nagromadziła się na dnie muszli, z drugiej dwóch chłopców puszczało papierowe statki. Później, w ciągu całego roku, nigdy nie widziałem, żeby służył innym celom czy żeby przebywał tam ktokolwiek za wyjątkiem prosiąt, psów, kur lub dzieci, i jedynie pewnego wieczoru, w Matki Boskiej Siewnej, kilku chłopów wspięło się tam na dach, żeby lepiej widzieć z tej wysokości pokaz sztucznych ogni. Tylko jedna osoba używała go często do celów, w których go postawiono, a byłem to ja i nie chodziłem tam — przyznaję — za potrzebą, tylko z sentymentu.
Należałoby przywołać fragment z Rooseveltem („Nigdy, w żadnym domu nie widziałem innych obrazów, ani Króla, ani Duce, ani tym bardziej Garibaldiego czy jakiegoś innego naszego wielkiego człowieka, ani nawet żadnego ze świętych, a przecież można by podać niejeden dobry powód, aby tam się znaleźli, jednak nigdy nie mogło zabraknąć Roosevelta i Madonny z Viggiano”), lecz trudno znaleźć w tej książce, tak jak i w innych, obiektywne nawiązanie do naszego patriotyzmu o większej sile wyrazu niż szalety osobiście dostarczone z Piemontu do Bazylikaty za sprawą firmy Renzi.
Poza tym (ograniczyłem się do kilku przykładów, chociaż znalazłoby się ich dużo więcej) odwieczna relacja chłopów z możnowładcami, tak dobrze opisana w Chrystusie, powinna dać nam cokolwiek do myślenia na temat bierności, z której Włochy mogłyby udzielać lekcji całej Europie. Pod koniec książki chłopi — oburzeni sposobem, w który pozwolono umrzeć jednemu z nich (chory, o którym pisałem wcześniej) — są gotowi do rebelii. Grożą, że zamordują burmistrza, spalą pałac miejski. „Cywilizacja chłopska jest cywilizacją bez państwa i bez armii — zauważa Levi — jej wojny mogą być jedynie tymi powstańczymi zrywami i są zawsze, siłą rzeczy, sromotnymi porażkami”. Obłaskawieni przez samego Leviego chłopi nie doprowadzają do entej „sromotnej porażki”, postanawiają nie korzystać z okazji do buntu, a zamiast tego genialnie i prowokacyjnie improwizują, rozmyślnie pod siedzibą gminy, przedstawienie teatralne, w którym stawiają pod pręgierzem władze — wrogów bezwzględnych nie od czasów faszyzmu, ale od zawsze.
Można by powiedzieć, że Włochy są tym państwem, które przeszło kontrreformację bez wcześniejszej reformacji, tym krajem, którego duszę ledwo uratowano walkami partyzanckimi w imię interesów mniejszości, a co ważniejsze (w odróżnieniu od Francji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych Ameryki) są tą demokracją, która nigdy nie przyszła za rewolucją. Leo Longanesi zwykł mawiać, że we Włoszech rewolucja się nie uda, bo wszyscy się znamy. Z większą goryczą Carlo Levi mówi ustami jednej z postaci z L’Orologio:
Należeliśmy do partii, które chciały światowej rewolucji, a potem zadowoliliśmy się rewolucją we Włoszech, a potem kilkoma reformami, a potem wejściem do rządu, a potem utrzymaniem w nim stołków. I oto przeszliśmy do defensywy: jutro ograniczymy się do walki o istnienie partii, a później chociaż grupy lub grupki, a następnie — kto wie — może nas samych, naszego honoru i naszej duszy, spraw coraz mniejszych i coraz odleglejszych.
Przypomina to prognozę z Chrystusa: „Bez powstania chłopskiego nigdy nie dojdzie do prawdziwej włoskiej rewolucji i vice versa”.
O jakiej rewolucji mówimy? To nie najmniejsi mają udowadniać, że są godni kraju, w którym żyją — przeciwnie. W czasach przedstawionych w Chrystus zatrzymał się w Eboli byli to chłopi z Lukanii. A dzisiaj? Gdybyśmy mieli odwagę poznać dogłębnie po raz kolejny cierpienia, niesprawiedliwości, zdeptane kultury stanowiące podnóżek naszego kraju (żeby nie powiedzieć: świata), mielibyśmy dopiero możliwość jego zmiany. Przedsięwzięcie Carla Leviego w takim ujęciu staje się latarnią, a jego metoda — wzorem.
Nicola Lagioia
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Drogi Giulio,
moja książka Chrystus zatrzymał się w Eboli zaczyna się — jak wiesz — słowami: „Minęło wiele lat wypełnionych wojną i tym, co zwykło się nazywać historią”. Znów przeszło wiele lat, lat wojny i historii, przemian rzeczy i ludzi — lat tak pełnych, gęstych i wskrzeszających, że nie da się ich opisać liczbami, gdyż każda ich żywa chwila, jak to bywa w przypadku rzeczy realnych, była wieczna. Dzisiaj — gdy nadajesz nową szatę tej książce, osiemnaście lat po jej pierwszym wydaniu na zszarzałym deficytowym papierze z 1945 roku, kiedy to Twój Dom Wydawniczy odradzał się po przymusowej wojennej przerwie i śmierci Leona Ginzburga, i po naszym ogólnym rozproszeniu, czy też dwadzieścia lat po dniu, w którym, nie wiedząc, co się potem wydarzy, napisałem te pierwsze słowa i zacząłem z nich snuć nicią pamięci nie tylko zdarzenia minione, lecz bezgraniczną i poetycką współczesność czasów i losów, w domu we Florencji, schronieniu przed dziką śmiercią, kroczącą po ulicach miasta, które na powrót stało się puszczą cieni i bestii — te osiemnaście, te dwadzieścia lat są być może całą epoką, a może tylko krótką chwilą.
Każda chwila mogła być wówczas ostatnią, sama w sobie była ostatnią i jedyną, nie było miejsca na ozdobniki, eksperymenty, literaturę, lecz jedynie na realną prawdę leżącą w rzeczach i poza rzeczami. I na miłość, tak samo zdławioną i bezbronną, lecz jednocześnie tą jedyną, która może spoić świat, bo bez niej przepadłby i się unicestwił.
Dom był schronieniem, a książka aktywną obroną, czyniącą śmierć niemożliwą. Nigdy później nie przeczytałem jej w całości, uległa więc pełnej obiektywizacji i pozostała mi w pamięci jako młodzieńczy obraz czystej energii — niezłomnej wobec rzeczy, w stronę których się kierowała — stała się melancholijnym i pełnym miłości sprawozdaniem i spojrzeniem. Kim zatem było to „ja” liryczne, które błąkało się, spoglądając po raz pierwszy na rzeczy znajdujące się gdzie indziej, ukryte niczym pęd kiełkujący pod korą drzewa, pośród tamtych jałowych ziem, w odwiecznej stagnacji chłopskiego świata pod bacznym okiem kozy?
Był może i on kimś innym, młodzieńcem nieznanym, jeszcze się kształtującym, którego los i czasy zepchnęły aż tam, gdzie patrzyły na niego te żółte oczy zwierzęce, te czarne oczy kobiet, mężczyzn, dzieci
(oczy czarne, które
łzy nieskończonych czuwań
wydrążyły i uczyniły pustymi —
wejrzyjcie w głąb duszy),
aby znalazł się gdzie indziej, w tym, co poza nim; aby odkrył historię poza historią, czas poza czasem, ból wcześniejszy niż rzeczy i siebie samego poza zwierciadłem Narcyza, w ludziach, na jałowej ziemi? A może był tym samym, co dziś, tylko w swoim pierwszym, ukrytym, młodzieńczym akcie ufności?
Oczywiście, całe doświadczenie, które zdobywał tamten młodzieniec (którym być może byłem ja), ujawniało mu w rzeczywistości nie tylko nieznane ziemie, nieznane języki, zajęcia, znoje, bóle, nędzę i zwyczaje, nie tylko zwierzęta i magię, nierozwiązane pradawne problemy, siłę przeciw władzy, ale i obecną odmienność, bezgraniczną współczesność, istnienie jako współistnienie, jednostkę jako przestrzeń wszystkich relacji oraz nieruchomy świat zamkniętych, a jednocześnie nieskończonych możliwości, czarną młodość stuleci gotowych wyjść i ruszyć w drogę niczym motyle wylatujące z kokonu; a także indywidualną wieczność tego doświadczenia — Lukanii drzemiącej w każdym z nas, życiowej siły gotowej przyoblec się w formę, życie, instytucje walczące z instytucjami ojców i panów, których aspiracje do wyłączności są już minione i martwe.
Jedyne wielkie szczęście tamtego młodzieńca polegało na tym, że był on — z racji wieku, wykształcenia, charakteru i niemożności zaakceptowania negatywnego świata — tak oderwany od swoich czasów, tak przez nie wygnany, że mógł naprawdę być człowiekiem współczesnym; i to nie tylko człowiekiem współczesnym względem współczesności bez granic, lecz w istocie człowiekiem współczesnym ludziom nowym, małym, nieznanym, z którymi dane mu było żyć, kształtować się i poznawać samego siebie. Tak więc dojrzewał ze światem dojrzewającym i niewyrażalnym, był młody ze światem młodzieńczym, dramatycznie i niebezpiecznie wyzwalającym się, i stał się dorosłym wraz z dorastaniem tego świata we wszystkich braterskich istotach pochodzących ze wszystkich Lukanii każdego zakątka świata.
Dlatego właśnie książka Chrystus zatrzymał się w Eboli była najpierw doświadczeniem, malarstwem i poezją, a dopiero potem teorią i radością prawdy (wraz z Paura della libertà1), by ostatecznie i otwarcie stać się opowieścią, gdy nowe, analogiczne doświadczenie, niczym w procesie miłosnej krystalizacji, uczyniło to możliwym. Rozwijała się potem w kolejnych książkach, ponieważ w autorze przemianie ulegały duch, ciało, słowa wraz z przemianą ludzi w czasach oświeconych nową świadomością. Proces ten nie jest — ani nigdy nie był — utożsamieniem się z danymi, ucieczką w obiektywizm, lecz raczej ciągłym rozróżnianiem miłości. Jest — jak napisał wyjątkowo mi drogi Rocco Scotellaro w Uva puttanella2, gdzie opowiada o tym, jak czytał tę książkę, ten „pamiętnik”, osiemnastu towarzyszom w celi więziennej w Materze — podobieństwem i miłością własnego podobieństwa.
Dlatego właśnie Chrystus zatrzymał się w Eboli jawi mi się dziś pierwszym etapem długiej historii, która trwała dalej, zmieniając się, i trwa nadal, w innej formie, we mnie, w rzeczach, w faktach, w ludzkich sercach i we wszystkich napisanych przeze mnie książkach, i w tych, które piszę i które napiszę (a Ty wydasz), dopóki będę w stanie przeżywać współczesność,współistnienie i zjednoczenie wszystkiego, co rzeczywiste, dopóki będę w stanie pojąć, w oderwaniu od literatury, sens gestu, twarzy, słowa jako prostą, poetycką wolność.
Carlo Levi
Rzym, czerwiec 1963
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1Lęk przed wolnością, esej filozoficzno-polityczny napisany przez CarlaLeviego w 1939 roku na wygnaniu we Francji i opublikowany w 1946 roku (przyp. tłum.; wszystkie przypisy tłumaczek).
2 „Zdzirowate winogrona”.
