Chłopiec, który kochał sarny - Samuel Bjørk - ebook

175 osób właśnie czyta

Opis

Zima 1999. Starszy mężczyzna wraca do domu po Świętach Bożego Narodzenia spędzonych z rodziną. Jest ciemna zimna noc, a na wąskiej drodze nie ma żywej duszy. Nagle światła samochodu wyłapują w oddali jakiś ruch. Kierowca hamuje w ostatniej chwili. Przed nim stoi zszokowany chłopiec, zmarznięty niemal na śmierć. Na głowie ma… poroże jelenia. Kwiecień 2013. Zamordowana zostaje 21-letnia balerina; jej martwe ciało unosi się w górskim jeziorze. W pobliskim lesie policjanci znajdują aparat ustawiony na statywie i wycelowany dokładnie w miejsce zbrodni. Na obiektywie ktoś wydrapał cyfrę 4. Sprawą zajmuje się przywrócony do służby Holger Munch, znany z poprzednich części serii. Do zespołu dołącza Mia Krüger. Co łącze te dwie tajemnicze sprawy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gutten som elsket rådyr Copyright © Samuel Bjørk 2019 Published by agreement with Ahlander Agency Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Karolina Drozdowska (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Grzegorz Krzymianowski
Korekta: Aneta Iwan, Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz
This translation has been published with the financial support of NORLA.
ISBN: 978-83-66460-23-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28e-mail: [email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.
TEGO AUTORA:
Sezon niewinnych
Sowa

W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w 1999 roku górską trasą z Oslo do Hemsedal jechał samotny emeryt. Siedemdziesięciojednoletni wdowiec wracał od córki, u której spędził Wigilię. Zazwyczaj uwielbiał jeździć tą trasą i miał ku temu dwa powody. Po pierwsze, nie przepadał za miastem. Dobrze było móc uciec na chwilę od ludzi i ciągłych wymagań, które sobie nawzajem stawiali. Drugim powodem był po prostu fakt, że w miejscach takich jak to ujawniał się w pełni niezwykły urok natury. Lasy, płaskowyże, górskie szczyty, jeziora – wszystko to równie zachwycające niezależnie od pory roku. Norwegia nie może zaoferować nic wspanialszego. Autentyczne piękno jak okiem sięgnąć. Zima przyszła w tym roku wcześnie, a jadąc przez magiczny, zasypany śniegiem krajobraz, można było pomyśleć, że zostało się wkomponowanym w idylliczną widokówkę. Chociaż nie zawsze. Starszy mężczyzna miał kłopoty ze wzrokiem i bardzo chciał wyruszyć w trasę jak najwcześniej, by móc rozkoszować się drogą do domu w świetle dnia. Niestety, jego plan nie wypalił. Zapadła już ciemność. Nie bardzo za nią przepadał. Siedzieć w domu przed kominkiem to jedno, w takiej sytuacji mu nie wadziła, nie miał wtedy nic przeciwko temu, że mrok spowił właśnie tę część Ziemi i nastała noc, bywało nawet całkiem miło. Można było nalać sobie kieliszeczek jakiegoś dobrego napitku. Zwinąć się w kłębek pod kocem na sofie, z myślą, że za oknem budzą się nocne zwierzęta, a mróz złapie zaraz tak, że zatrzeszczą grube drewniane ściany. Ale w aucie? Tak daleko od domu? Nie, tego zdecydowanie nie lubił. Starszy mężczyzna zwolnił i zbliżył twarz do przedniej szyby. Kupił do samochodu nowe dalekosiężne lampy. Silne reflektory nabyte z myślą o sytuacjach awaryjnych, takich jak ta. Włączył je w chwili, gdy niebo zasnuło się chmurami i zgasła oświetlająca skąpo drogę blada poświata księżyca. W mgnieniu oka zapadła wokół niego grobowa, lodowata ciemność. Starszy pan nabrał powietrza i nawet zastanowił się przez chwilę, czy nie przystanąć i tego nie przeczekać. Myśl ta była rzecz jasna kompletnie kretyńska, Boże drogi. Na dworze panował mróz, ze dwadzieścia stopni, a do najbliższej ludzkiej osady miał jeszcze daleko. Musiał wytrzymać i jakoś sobie z tym poradzić. Miał właśnie włączyć radio, by się na czymś skupić i nie przysnąć, gdy światło reflektorów padło nagle na jakiś kształt. Widząc go, emeryt wdusił obie stopy w podłogę auta.

Jasny gwint.

Postać na środku drogi.

Co to, do diabła...?

Pięćdziesiąt metrów.

Dwadzieścia.

Dziesięć.

Kierowca docisnął pedał hamulca z całych sił, żołądek podszedł mu do gardła, knykcie zaciśniętych na kierownicy dłoni pobielały i całe życie przebiegło mu przed oczyma. W końcu auto stanęło.

Siedemdziesięciojednolatek z trudem łapał oddech.

Co się, do cholery, dzieje?

Na środku szosy, tuż przed nim, stał mały chłopiec.

Bez ruchu.

Z posiniałymi wargami.

I sarnim porożem na głowie.

1

KWIECIEŃ 2013

1

DZIESIĘCIOLETNI CHŁOPIEC Z KĘDZIERZAWĄ czupryną siedział z tyłu łódki, starając się być tak cicho, jak to tylko możliwe. Zerknął na dzierżącego wiosła ojca i poczuł, że robi mu się ciepło na sercu. Znów był w odwiedzinach u taty. Nareszcie. Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio się widzieli. To chyba dlatego, że mama nie była zachwycona, słysząc, jak spędzał czas w tym miejscu, w należącym do taty domu pośród lasów, właściwie już w górach, domu nazywanym przez mamę norą. Chłopiec próbował się tłumaczyć, bo przecież nie przeszkadzało mu, że tata nie robi takich obiadów jak mama albo że pali pod dachem czy trzyma w salonie broń. Strzelał z niej przecież do dzikich pardw, a nie do ludzi, ale mama nie chciała tego słuchać. Zakazała chłopcu odwiedzin, a nawet zadzwoniła na policję albo może gdzieś indziej, w każdym razie do domu przyszedł jakiś urzędnik, rozmawiał z nim przy kuchennym stole i pisał coś w notesie, a on po tym już nie widywał się z tatą. Aż do teraz.

Dziesięciolatek miał ochotę powiedzieć, że po ich ostatnim spotkaniu czytał różne książki. O wędkarstwie. W bibliotece. Że zna już nazwy wielu gatunków ryb: sieja, golec, molwa, pstrąg, łosoś, wie, że w jeziorach takich jak to nie ma szczupaków, bo szczupak lubi się chować w przybrzeżnym sitowiu. A tu nie było sitowia, tylko takie jakby bagno zaraz przy brzegu. Ale chłopiec milczał, bo dobrze przyswoił ojcowską naukę. Na wędkarskich wyprawach nie należało się odzywać, a jeśli już, to bardzo cicho i tylko wtedy, gdy tata odezwał się pierwszy.

– Pierwsza wyprawa na Svarttjønn w tym roku – szepnął ojciec, a jego brodatą twarz rozjaśnił uśmiech.

– Za każdym razem ta sama magia – odszepnął chłopiec. Ojciec mrugnął do niego, a on znów poczuł, jak po ciele rozlewa mu się rozkoszne ciepło.

Dziesięciolatek wiele razy próbował rozmawiać z mamą. Tłumaczyć, jak to jest być u taty. Wyjaśniać, że tak bardzo lubi do niego przyjeżdżać. Uwielbia ćwierkanie ptaków za oknem. Zapach lasu. Że pieniądze nie zawsze są takie ważne, a to przecież nie wina taty, że ludzie nie chcą kupować jego rysunków. Przekonywał, że można zjeść obiad, nie myjąc wcześniej rąk, bez obrusa na stole. Ale mama nie chciała o tym słyszeć, a jemu było tak trudno znaleźć właściwe słowa, że w końcu przestał nawet próbować.

Być u taty.

Uniósł spojrzenie ku chmurom z nadzieją, że wkrótce się rozwieją. Że niebo będzie pogodne i gwieździste. Bo to wtedy łapało się ryby. Chłopiec znów przeniósł wzrok na ojca, na jego silne ramiona, patrzył, jak wiosła zanurzają się w czarnej niczym smoła wodzie, i miał ochotę powiedzieć, że on też ostatnio trochę ćwiczył i wkrótce będzie mógł sam wiosłować, ale nie odezwał się ani słowem. Owszem, ćwiczył, ale nie w klubie fitness, do którego chodziła mama, bo tam nie można było przyprowadzać dzieci. Urządzał sobie za to treningi w swoim pokoju, niemal każdego popołudnia od pół roku robił pompki i brzuszki, przyglądał się sobie w lustrze, lecz mięśnie nieszczególnie mu się powiększyły. Ale przynajmniej miał jakiś plan. Może w następne lato. Może wtedy przyniesie to jakieś widoczne efekty. Chłopiec z kędzierzawą czupryną wyobrażał sobie, jak to będzie. Stanie w furtce z plecakiem, może w takim T-shircie, jakie nosili mężczyźni w klubie fitness mamy, z potężnymi ramionami, mięśniami, dzięki którym można wiosłować, wtedy to tata usiądzie na tylnej ławce, a on sam będzie pruł wodę piórami.

– A jak wyprawa na ryby, to musi być i piwko – szepnął ojciec, mrugnął porozumiewawczo, po czym schylił się i podniósł kolejną z zielonych puszek leżących na dnie łodzi.

Chłopiec skinął w odpowiedzi głową, choć wiedział, że to jedna z rzeczy, o których mama opowiadała tamtym ludziom, twierdząc, że tata za dużo pije i jest nieodpowiedzialny. Svarttjønn. Tajemnicze, piękne jezioro ukryte pośród gór; wiedzieli o nim jedynie nieliczni, a teraz byli tu z tatą, tylko we dwóch, więc starał się nie myśleć za dużo o innych sprawach. O tym, jak mama mówiła, że to już koniec. Z odwiedzinami u taty. Że to już może ostatni raz.

– To co, zarzucamy? – szepnął ojciec, odkładając wiosła.

– Mucha czy błystka? – zapytał cicho chłopiec z kędzierzawą czupryną. Wiedział, że to ważne, choć nie do końca rozumiał dlaczego.

Ojciec pociągnął kolejny łyk z puszki, zerknął ku chmurom, po czym potoczył wzrokiem po ciemnym lustrze wody.

– A jak sądzisz?

– Błystka? – zaproponował chłopiec nieco niepewnie, ale zaraz zarumienił się z dumy, bo ojciec skinął głową, posłał mu uśmiech i sięgnął po leżącą na ławce obok niego puszkę z przynętą.

– Na muchę trochę za ciemno, nie sądzisz?

– Sądzę – przytaknął chłopiec, podnosząc wzrok i udając, że dopiero teraz dostrzegł zasnuwające niebo chmury.

– Proszę – powiedział ojciec, gdy już przywiązał kolorowy haczyk do żyłki.

Nastąpiła uroczysta chwila, w której syn przyjął wędkę z jego rąk, i choć chłopiec doskonale wiedział, jakie słowa za chwilę padną, udawał, że przyjmuje zupełnie nową naukę. Ojciec szepnął:

– Krótkie pociągnięcia, żeby nie zahaczyć o dno, OK?

– OK – odrzekł chłopiec, robiąc zamach.

Trzymać kołowrotek. Unieść wędkę. Pociągnąć. Puścić we właściwym momencie. Chłopiec znów poczuł, że robi mu się ciepło, bo wzrok ojca mówił, że zrobił wszystko jak trzeba. Kolorowy haczyk poleciał po łuku, uderzając w czarne lustro wody z bezgłośnym niemal pluskiem.

– Nie za mocno – szepnął ojciec, otwierając kolejne piwo. – Szarpnij. Ale ostrożnie.

Chłopiec zrobił, co mu kazano, i poczuł nagle chęć, by powiedzieć, że mama nie miała racji. Ta łódź. To jezioro. Tak bardzo chciałby być z tatą. Nieważne, co mówią ludzie z notesami. Może mógłby się tu nawet przeprowadzić? Karmić ptaki? Pomóc przy łataniu dachu chaty? Naprawić obluzowane płytki na schodach? Tak go zajęły rozmyślania, jak by mogło być fajnie, że prawie zapomniał o trzymanej w dłoniach wędce.

– Bierze!

– Co?

– Ryba bierze!

Chłopiec oprzytomniał, widząc, jak wędka się wygina. Zacisnął dłoń na kołowrotku i poczuł, że ma na haczyku wielki ciężar.

– Jakaś duża sztuka! – krzyknął, zapominając na chwilę, że powinien być cicho.

– Kurde – rzucił ojciec, przechodząc na tylną ławkę. – Po pierwszym zarzuceniu! Jesteś pewien, że nie zawadziłeś o dno?

– Chyba... nie... – stęknął chłopiec, kręcąc z mozołem kołowrotkiem; ciężar okazał się tak wielki, że łódź zaczęło powoli znosić w stronę lądu.

– Niewiele już brakuje. – Ojciec wyszczerzył zęby w uśmiechu i wychylił się za burtę. – Ożeż kurwa!

– Co to jest?

– Nie patrz, Thomas! – krzyknął gwałtownie ojciec, gdy to, co było na haczyku, przebiło lustro wody.

– Tato?

– Połóż się w łodzi. Nie patrz!

Chciał go usłuchać, ale nie mógł się ruszyć.

– Tato?

– Kładź się, Thomas, nie patrz!

Więc mimo wszystko spojrzał.

Na wyłaniającą się z wody dziewczynę.

Jej siną twarz.

Otwarte oczy.

Falujące, mokre ubranie, zbyt skąpe na leśną wyprawę.

– Tato?

– Kładź się, Thomas! Kurwa jego mać.

Chłopiec nie zdążył zobaczyć nic więcej, bo ojciec rzucił się nagle w stronę ławki.

I przycisnął go do dna łodzi.

2

TO KŁAMSTWO, ŻE Karoline Berg bała się latać. Stanowiło to tylko wygodną wymówkę. Bo prawda była taka, że w ogóle nie znosiła podróżować. Najlepiej czuła się w domu. Lubiła mieć wszystko po swojemu, chociaż nie, tak naprawdę musiała mieć wszystko po swojemu.

– Nie mogłabyś mnie odwiedzić, mamo?

– Chętnie, Vivian, ale wiesz, ten mój lęk przed lataniem...

– To może byś przyjechała pociągiem?

– Miałabym spędzić szesnaście godzin zamknięta w blaszanej puszce z jakimiś obcymi ludźmi?

– Rozumiem, że to nic przyjemnego, ale tak strasznie bym chciała, żebyś zobaczyła, jak tańczę.

– Przecież widziałam, jak tańczysz, Vivian. Mnóstwo razy.

– Owszem, ale to nie jest już Dom Kultury w Bodø. Tylko Opera Narodowa w Oslo, mamo. Opera Narodowa! Mówiłam ci już, że dostałam się do zespołu Alexandra Ekmana? Zatańczę w Jeziorze łabędzim. Jezioro łabędzie! Przecież to jakiś kosmos!

– Cudownie, Vivian. Gratuluję, kochanie.

– Przecież ty się w ogóle nie ruszasz z domu, mamo, jesteś tam zupełnie sama. Nie mogłabyś przyjechać do Oslo? Poszłybyśmy do restauracji. Na przykład Maaemo, kojarzysz? Jest w przewodniku Michelina i w ogóle, mogłybyśmy...

Oczywiście, że chciała zobaczyć, jak jej córka tańczy.

Boże drogi, niczego tak nie pragnęła.

– Niedługo wpadniesz do domu, wtedy się przecież zobaczymy.

– Jasne, mamo. Muszę już lecieć, zaraz mamy próbę. A jak ty się miewasz?

– Wszystko ze mną dobrze, Vivian, nie musisz się o mnie martwić.

– OK, mamo, do usłyszenia!

– Do usłyszenia.

Boże drogi, kiedy to się tak porobiło?

Co się stało, że dni po prostu przychodziły i znikały jeden po drugim?

Gdzie się podziało jej życie?

To, o którym marzyła?

Miała czterdzieści dwa lata, a czuła się, jakby dobiegała setki. W każdą sobotę siadała nad kanapką z krewetkami w Sydvest, a one nic nie mówiły, ale pewnie ukradkiem się z niej podśmiewały. Jej koleżanki. Te same co wtedy, przed wieloma laty. Z liceum w Bodø. Kiedy chodziły do klasy maturalnej, to ona miała być tą, która coś w życiu zrobi. Pojedzie do Indii. Do Afryki. Będzie zrywać jabłka w Gwatemali. Grać na gitarze na ulicach Amsterdamu. A cała reszta, skąd, nie miały żadnych planów, chciały wyjść za mąż, urodzić dzieci, dostać pracę w budżetówce albo w sklepie, w każdym razie na pewno zostać w Bodø. Ale teraz wyglądało na to, że każda z nich była już w podróży dookoła świata, tylko nie ona.

Dwa lata wcześniej, wiosną, Vivian pojechała do Oslo na przesłuchanie. Silna, śliczna Vivian, która pojawiła się nagle, właściwie zupełnie znikąd. Lotnisko w Bodø. Odlatywały stamtąd samoloty do miast na całym świecie, przylatywali na ćwiczenia żołnierze NATO. Karoline Berg była beztroską dwudziestolatką. A on pochodził z Anglii i zostawił ją z brzuchem, bez adresu ani żadnego innego kontaktu.

Ale czy to była jego wina?

Wina Luke’a Moore’a z Leeds, przystojnego pilota o ciemnych lokach?

Że też ty nigdy nigdzie nie byłaś, Karoline!

Możesz za to winić tylko samą siebie.

Żyła w niewielkim mieszkanku zaledwie dwieście metrów od lotniska, na którym nigdy sama nie była.

W ogóle nigdzie nie była.

Musicie jechać do Alicante, tam jest taaak cudownie!

Mette.

Kiedyś była jej najlepszą przyjaciółką, ale już nią nie jest, teraz miała męża, dzieci, piękny dom w Hundstad i każdego roku spędzała urlop gdzieś daleko.

Rany boskie, Key West, słyszałam, że tam jest ładnie, ale lecieć taki kawał, oszalałaś?

Synnøve.

W gimnazjum z trudem dodawała dwa do dwóch, ale od tego czasu zdołała przygruchać sobie przedsiębiorcę budowlanego z Harstad, który kupował jachty i inwestował w nieruchomości za granicą.

Śmiały się z niej, jasne, na pewno się śmiały.

Za każdym razem, gdy robiły zakupy w markecie COOP.

Oczywiście nie na głos, ale było to po nich widać.

– Paragon? Reklamówkę?

Zakupy na taśmie i zawsze ten dźwięk.

Boże, jak ona nienawidziła tego dźwięku.

Chleb razowy.

Biip.

Mleko.

Biip.

Czteropak coli w promocji.

Biip.

Jesteś brzydka.

Biip.

Niczego nie osiągniesz.

Biip.

Ale nie miały pojęcia, że w końcu, w największej tajemnicy, Karoline zadzwoniła na znaleziony w sieci numer. Musiała wcześniej wypić dla kurażu kilka kieliszków wina. Najpierw dwa razy odłożyła słuchawkę bez słowa, spoconymi ze stresu dłońmi, ale wreszcie, przy trzeciej próbie, zdołała otworzyć usta.

Psycholog.

Boże kochany, kolejna rzecz, o której mogłyby gadać, kolejny powód, żeby się z niej śmiać. Ale mimo wszystko to zrobiła.

Na całe szczęście.

Lotnisko w Bodø.

Mieszkała tuż przy nim przez niemal trzydzieści pięć lat, a nigdy nie przekroczyła jego progów.

Karoline Berg podeszła do wejścia, ciągnąc za sobą nowiutką, dużą czerwoną walizkę na kółkach, przystanęła i nabrała powietrza.

Co mówił psycholog?

Bez nerwów, krok po kroku.

OK, Karoline, dasz radę.

Widziała swoje odbicie w rozsuwanych szklanych drzwiach. Miała je niemal na wyciągnięcie ręki, a mimo to zdawało jej się, że są na innej planecie. Kupiła nowe ubranie. Była u fryzjera. Bo po tym, gdy już zdołała wykonać ten telefon do psychologa, zrobiła wszystko, co jej kazał. Nie od razu, rzecz jasna, bo kilka pierwszych spotkań było dość obrzydliwym doświadczeniem. Czuła się, jakby za każdym razem, gdy otwierała usta, płynęły z nich ścieki. Psycholog pytał o takie osobiste sprawy. Rzeczy, o których nigdy nawet nie myślała. Jakie miała relacje z ojcem? A z matką? Boże drogi, kręciło jej się od tego w głowie, brały ją mdłości, kotłowały się w niej myśli i emocje, o których istnieniu nie miała wcześniej pojęcia, nie mogła przez to spać. Ale w końcu, po kilku tygodniach, wszystko się tak jakby obluzowało. I ruszyło niczym lawina. A kiedy się już zaczęło, nie sposób było tego powstrzymać.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia.

Jesteś taka piękna, Karoline.

Jesteś taka mądra, Karoline.

Nowy płaszcz, Karoline? Bardzo szykowny.

Dostawała od niego takie zadania.

Musisz pokochać samą siebie.

Oslo?

Stolica.

Już od tak dawna miała ochotę tam jechać.

Zobaczyć Zamek Królewski. Gmach parlamentu. Frognerparken z tymi wszystkimi rzeźbami. I oczywiście operę.

Zrobiła kolejny głęboki wdech i zmusiła się, by wykonać tych kilka ostatnich kroków. Najpierw jeden. Potem drugi. Była już w środku. W hali odlotów. Trochę zakręciło jej się w głowie, ale nie zawróciła. Dasz radę, Karoline. Jeszcze tylko kawałek. Tam. Niebieski ekran. SK4111. SAS. Oslo. Odlot o 12.35.

Lecę do ciebie, Vivian!

Mama przyjedzie zobaczyć, jak tańczysz!

3

HOLGER MUNCH STANĄŁ w oknie swojego małego mieszkania i zapalił czwartego już tego dnia papierosa, czując się jak idiota. Do miasta przyszła wiosna, drzewa wokół stadionu Bislett zaczęły się zielenić, lecz oprócz tego nic go już nie cieszyło. Miał za sobą ciężką zimę. Choć to nieprawda: miał za sobą dobrą zimę i właśnie dlatego czuł się tak głupio. Był na bezpłatnym urlopie. Jego córka, Miriam, miała groźny wypadek. A on wziął wolne w pracy, by pomóc jej stanąć z powrotem na nogi. Wypadek sprawił, że rodzina na powrót się do siebie zbliżyła. Minęło ponad dziesięć lat, odkąd Munch opuścił swój stary dom na Røa, ale tej zimy miał wrażenie, że wszystkie dramatyczne wspomnienia z tamtego okresu zbladły, prawie jakby rozwód z Marianne nigdy się nie wydarzył. Miriam z początku leżała w szpitalu, ale potem, gdy trochę wydobrzała, przenieśli ją do rodzinnego domu. A Munch jej towarzyszył. Nowy mąż Marianne, Rolf, wyprowadził się, by nie krępować rekonwalescentki, on zaś wykorzystał okazję, by zająć jego miejsce. I żyli tak razem, prawie jakby znów byli rodziną. Kurwa, powinien przecież wiedzieć, że to nie potrwa wiecznie. Boże drogi, był takim idiotą. Obiady przy wielkim stole w salonie. Tym, który kupili wspólnie kiedyś, dawno temu, gdy dopiero co zaczął pracę w wydziale zabójstw i po raz pierwszy w życiu mieli trochę więcej pieniędzy. Piątkowe wieczory przed telewizorem, jak zupełnie normalna rodzina. Z Marianne na jednej sofie i wnuczką Marion siedzącą między nimi. O mały włos nie stracili Miriam, powinien zrozumieć, że to dlatego była żona tak się zachowywała. Jakby cofnął się czas. Jakby znów byli razem.

Marianne o nic go nie obwiniała, mimo że to przecież z powodu Muncha ich córka o mały włos nie straciła życia. Chociaż może nie powinien tak o tym myśleć. Jego jednostka urządziła polowanie na chorego mordercę, a Miriam była jego ostatnią ofiarą. Mogła być jego ostatnią ofiarą. Munch zaciągnął się papierosem i potrząsnął głową. Poczuł, że nie zdołał się jeszcze w pełni wyzwolić od tamtego strachu. Co, jeśli...? Bo gdyby... Ale wszystko dobrze się skończyło. Na szczęście. A on pozwolił ogłupić się tej idylli. Marianne znów przy nim. Miriam. I mała Marion. Zaczął nawet znów nosić obrączkę. Jak ostatni idiota, a ona musiała zwrócić na to uwagę. Przed kilkoma dniami wyszła na schody, gdzie stał, paląc papierosa.

Holger, powinniśmy porozmawiać...

Widział to w jej oczach.

Rolf jutro wraca i...

Tylko pokiwał głową. Spakował tych kilka rzeczy, które miał ze sobą, i opuścił dom z podkulonym ogonem, zupełnie jak kiedyś.

Skończony debil.

Jak jakiś głupi nastolatek.

Co on sobie myślał?

Holger Munch zgasił wypalonego do połowy papierosa w stojącej przy oknie popielniczce i miał już zapalać nowego, gdy rozdzwoniła się jego komórka.

Na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko.

Dawno go już nie widział.

Anette Goli.

Zasadnicza, jasnowłosa prokurator policyjna, która na czas jego nieobecności wzięła jednostkę specjalną do spraw zabójstw pod swoje skrzydła.

– Z tej strony Munch, słucham?

– Cześć, Holger – usłyszał jej przyjemny głos.

Holger Munch przewodził jednostce specjalnej przy Mariboes gate przez nieco ponad dziesięć lat i zebrał w tym czasie wokół siebie najlepszych ludzi w kraju. Anette Goli bez wątpienia się do nich zaliczała. Nie dało się ukryć, że między załogą jednostki a szefostwem na Grønland dochodziło czasem do konfliktów. Munch lubił chadzać własnymi ścieżkami, a to nie wszystkim się podobało. Nie był tym zachwycony między innymi Mikkelson, jego przełożony. Munch miał przekonanie, że gdyby wyniki ich pracy nie okazały się wzorcowe, szef przeniósłby ich z powrotem do komendy, żeby mieć na nich oko. Tak to wyglądało: polityka, kontrola. Anette Goli była z natury dyplomatką. Dzięki takim ludziom jak ona cały ten system jeszcze się jakoś trzymał.

– Wszystko u was dobrze? – spytała Goli. – Jak ona się miewa?

– Miriam czuje się dobrze – odparł Munch, sięgając po kolejnego papierosa. – Właściwie to z każdym dniem coraz lepiej, zaczęła znów mówić, na razie jeszcze niewyraźnie, ale musimy dać jej trochę czasu.

– Miło mi to słyszeć – powiedziała Goli i dodała bardziej urzędowym tonem: – Mikkelson chciałby postawić jednostkę na nogi. Ale tylko jeśli czujesz się gotów, by wrócić. Zero presji.

– Chodzi o tę dziewczynę z jeziora?

– Tak – odrzekła Goli. – Słyszałeś już?

Munch żył na Røa odizolowany od świata, starał się trzymać rzeczywistość na bezpieczny dystans, ale było to rzecz jasna niewykonalne. O makabrycznym znalezisku huczały wszystkie media. Ciało młodej dziewczyny w stroju baletnicy wyłowione z górskiego jeziora na odludziu.

– Co nieco – przyznał Munch. – Zidentyfikowano ją?

– Vivian Berg, dwadzieścia dwa lata, zatrudniona w Balecie Narodowym.

– Coś takiego – stwierdził Munch. – Czyli pochodzi stąd?

– Właściwie to z Bodø, ale mieszkała u nas, więc Mikkelson chce, żebyśmy wzięli tę sprawę.

– Ktoś zgłosił jej zaginięcie? – spytał Munch, czując, że zaczyna się już przełączać na inny tryb.

Na myślenie policjanta.

Dziewczyna w kostiumie baletowym?

W górskim jeziorze?

Próbował co prawda się przed tym wszystkim bronić, ale nie miało to już sensu. Wrócił do swojego ciasnego mieszkanka, był sam jak palec. Obrączka powędrowała na odpowiednie miejsce w łazienkowej szafce.

– No właśnie z jakiegoś powodu nie.

– To skąd wiemy, kim ona jest?

– Jej matka przyleciała z Bodø z niezapowiedzianą wizytą, ale nie zastała jej w domu.

– Kurwa – skomentował Munch.

– Prawda? – zgodziła się Goli. – To co? Jesteś gotowy? Mamy tu ze wszystkim ruszać? Stawiać jednostkę na nogi?

– A u kogo teraz jest ta sprawa?

– U Kripos, ale mogą nam ją w każdej chwili przekazać. Jeśli tylko będziemy gotowi.

– Jesteś w biurze?

– Tak – odrzekła Goli.

– Będę u ciebie za dwadzieścia minut – rzucił Munch i przerwał połączenie.

4

MIA KRÜGER ZABIERAŁA się właśnie do zaklejania taśmą ostatniego kartonu, gdy ze stojącego na blacie laptopa dobiegł sygnał przychodzącego połączenia na Skypie. Trzydziestoczterolatka uśmiechnęła się, widząc, kto do niej dzwoni.

Endless Summer.

Sześciomiesięczny rejs jachtem po Morzu Karaibskim.

Podniosła stojący na podłodze kubek z kawą i rozsiadła się na sofie, podciągając nogi po siebie.

– Cześć, Mio, co u ciebie? Kupiłaś już bilety lotnicze?

Viktor Vik. Kolega z dawnych czasów, który przed laty porzucił lodowatą Norwegię i pracę w budżetówce, by gonić za swoim marzeniem.

– Tak, wczoraj. – Mia kiwnęła głową. – Lecę przez Nowy Jork.

– Świetnie. – Jej opalony rozmówca się uśmiechnął. – Kiedy lądujesz?

– W następny wtorek. Jesteście teraz na Saint Thomas?

Za plecami Viktora pojawił się ciemnoskóry kelner. Postawił na stole drinka z parasolką.

– Nie, zatrzymaliśmy się w porcie w Road Town na Tortoli. Bo tam jest nie do zniesienia.

– Na Saint Thomas?

– Tak, to punkt obowiązkowy wszystkich tych rejsów wycieczkowych. Na dodatek lądują tam amerykańscy turyści.

– Chcesz, żebym do was przypłynęła?

– Nie, nie – powiedział Viktor, wyjmując kilka banknotów z kieszeni kolorowej koszuli.

Kelner skinął głową i zniknął z ekranu. Mia dostrzegła za plecami rozmówcy palmę. Zamontowany pod sufitem wiatrak. Mignęło jej dwoje objętych, roześmianych ludzi z drinkami w dłoniach: kobieta w białym bikini i mężczyzna z nagim torsem.

Karaiby.

Wciąż nie była w stanie uwierzyć, że to prawda.

– Przypłyniemy po ciebie. Zero stresu. Kurwa, gorąco tu dziś jak diabli. A jak u ciebie? Nadal zima?

Viktor zamrugał i otarł czoło wierzchem dłoni.

– Nie, wreszcie chyba przyszła wiosna – odrzekła Mia, zerknąwszy za okno.

Blade słoneczne promienie kładły się łagodnie na podłodze pustego niemal salonu. Kwiecień. Wiosna w Oslo. Trzynaście stopni. Ciemności, które przez całą zimę spowijały stolicę, wreszcie minęły, ale to rzecz jasna nic w porównaniu z tym, co ją wkrótce czekało.

Wyspy Dziewicze.

– Tutaj mamy lato cały rok. – Viktor Vik się uśmiechnął, upijając łyk drinka. – Strasznie się cieszę, że nam się udało, Mio. Fajnie będzie znów cię zobaczyć. Zadzwoń do mnie, jak będziesz wsiadała do samolotu, dobrze? Żebym wiedział, że jesteś w drodze.

– Oczywiście. – Mia skinęła głową. – Powinnam wylądować na Saint Thomas we wtorek koło pierwszej.

– To by się zgadzało, poranny samolot z Nowego Jorku – odrzekł Viktor. – Gdybyśmy musieli zacumować gdzie indziej, to wyślę ci esemesa, OK?

– Brzmi świetnie.

– Endless Summer czeka. – Viktor posłał jej ostatni uśmiech i uniósł drinka w geście toastu, po czym przerwał połączenie i zniknął z jej ekranu.

Mia Krüger opuściła klapę laptopa i poczuła, jak po całym ciele rozlewa się jej rozkoszne ciepło.

Sześć miesięcy na jachcie.

Czemu nie pomyślała o tym wcześniej?

Przypomniał jej się ojciec w kuchni rodzinnego domu w Åsgårdstrand, pochylony nad jednym z prenumerowanych przez siebie czasopism żeglarskich.

– Spójrz, Mio, Endeavour klasy J. Widziałaś kiedyś coś piękniejszego?

Kończyła wtedy osiem lat. I była to jedna z tych chwil, kiedy miała ojca tylko dla siebie. Sigrid, jej siostra bliźniaczka, musiała pojechać na jakieś dodatkowe zajęcia. Balet. Chór. Jeździectwo. Bardzo się pod tym względem od siebie różniły. Sigrid zawsze była aktywna. A ona raczej spokojna. Nie lubiła brylować. Dwie dziewczynki przyszły na świat tego samego dnia, były na zawsze ze sobą związane, a jednocześnie tak różne.

Ty będziesz Królewną Śnieżką, a ja Śpiącą Królewną!

Czemu za każdym razem muszę być Śnieżką, Sigrid?

Bo masz ciemne włosy, a ja jasne, nie rozumiesz?

Nie. Jestem głupia.

Głupia? Nie wolno ci tak mówić. Nie znam nikogo mądrzejszego niż ty, Mio.

Mia Krüger wyłączyła laptopa i znów zestawiła kubek z kawą na podłogę.

Nie powinna więcej o tym myśleć.

To już minęło.

Zakleiła taśmą karton i sięgnęła po marker. Zastanowiła się przez chwilę, co powinna napisać, i w końcu zdecydowała się na proste rozwiązanie.

Zdjęcia.

Mia podniosła karton z podłogi, zaniosła go do najmniejszego pokoju i postawiła razem z innymi. Pamiątki. Wreszcie znalazła w sobie dość sił, by je wszystkie przejrzeć, przebrnąć przez to, co było dla niej takie trudne. Ostatni karton okazał się pod tym względem najgorszy. Zwłaszcza jeden ze znalezionych w nim albumów. Album Mii. Zrobiony dla niej przez jej matkę. Okładkę zdobiła fotografia przedstawiająca ją samą jako niemowlę w wózku, wyjątkowo bez siostry, a potem, na kolejnych kartach: Drugie urodziny Mii i Sigrid. Sigrid i Mia na balu. Tata kupił nowe auto! Całe dzieciństwo w Åsgårdstrand udokumentowane tak dokładnie, jak tylko był to w stanie zapewnić album z lat osiemdziesiątych. Wyblakłe, czarno-białe wspomnienia, od których miało się ochotę wbiec do łazienki, pootwierać wszystkie fiolki z lekami i się znieczulić. Ale ona rzecz jasna tego nie zrobiła.

Bo nie miała jak.

Żadnych więcej tabletek.

Wszystkie szafki puste.

Żadnych więcej fiolek.

A zaledwie cztery miesiące wcześniej w jej duszy panowała zima jeszcze bardziej surowa niż za oknem. Alkohol i tabletki. Ciągła potrzeba odurzenia i świat, z którym nie dawała sobie rady.

Dziesięć lat wcześniej Sigrid, jej siostra bliźniaczka, została znaleziona martwa w brudnej piwnicy na Tøyen, gdzie przedawkowała heroinę. Ich zrozpaczeni rodzice wkrótce do niej dołączyli, odeszli, umarli.

Przed rokiem Mia sprzedała mieszkanie w Oslo, kupiła dom u wybrzeży Trøndelagu i postanowiła pójść za nimi.

Odebrać sobie życie.

Chodź, Mio, chodź.

Ubrana w białą sukienkę Sigrid biegnie przez złociste łany zboża i woła ją niczym w hipnotycznym śnie.

Boże, jakaż ona była głupia.

Wciąż się wstydziła.

Mia posłała kartonom ostatnie spojrzenie, zamknęła za sobą drzwi i wróciła do salonu.

Nowe życie.

Sześć miesięcy na jachcie.

Uśmiechnęła się sama do siebie, odstawiła pusty kubek po kawie na kuchenny blat i miała właśnie pójść pod prysznic, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Ruszyła do wejścia i zobaczyła przez judasza znajomą twarz. Należała do jej sąsiada, Alexandra, chłopaka po dwudziestce. Towarzyszyła mu jasnowłosa dziewczyna, zapewne jego siostra.

Nie myślałaś może o wynajęciu tego mieszkania?

Na czas swojego wyjazdu?

Bo wiesz, jej się ostatnio nie układa...

Mia Krüger rozważała, czy nie sprzedać mieszkania, nie pożegnać się na zawsze z tym miastem, ale w takich sytuacjach zawsze wychodziła z niej słabość. Potrzeba pomocy bliźniemu. Różniły się z Sigrid także pod tym względem. Jej bliźniaczka zawsze była dużo twardsza, Mia zaś – tak podatna na wpływy z zewnątrz, że czasem czuła się wręcz przezroczysta. Policjantka. Miała rzecz jasna zostać kimś całkiem innym. Zło, z którym się na co dzień stykała, zupełnie ją czasem przygniatało. Właściwie to postanowiła studiować literaturę. Od najwcześniejszego dzieciństwa uciekała w książki, były dla niej jak azyl w przytłaczającej codzienności. Wykonała nawet nieśmiałą próbę, zapisała się na uniwersytet, zaliczyła kilka wykładów, ale nie podeszła do żadnego egzaminu. Wydawało jej się to wtedy takie zbędne. Miałaby czytać książki w czasie, gdy Sigrid mieszkała na ulicy i w bramach dawała sobie w żyłę? Mowy nie ma, musiała się wziąć do czegoś konkretnego. Papiery do Wyższej Szkoły Policyjnej złożyła pod wpływem impulsu i tak się jakoś składało, że radziła sobie tam świetnie. Jakby była stworzona do bycia policjantką. Munch zwerbował ją do jednostki specjalnej do spraw zabójstw, jeszcze zanim skończyła studia. Od pierwszej chwili pokochała tę pracę. I kolegów z zespołu. Niezwykle kompetentnych i bystrych ludzi. Lubiła poczucie, że coś z siebie daje, walczy w obronie tego smutnego świata przed złem. Tylko że jej miecz okazał się bronią obusieczną. Ona zaś kimś silnym, a jednocześnie kruchym.

Właśnie to sprawia, że jesteś wyjątkowa, Mio.

Dlatego nie mam w drużynie nikogo lepszego.

Przez ostatnią dekadę Holger Munch był dla niej niemal jak ojciec i czuła wobec niego ogromną wdzięczność, ale przyszedł już czas na zmiany.

Czas, by zacząć od nowa, z czystą kartą.

Sześć miesięcy urlopu.

Znów poczuła, jak ogarnia ją pełna ekscytacji radość. Otworzyła drzwi i wpuściła gości do środka.

5

MIA ZAMÓWIŁA KAWĘ oraz wodę mineralną i znalazła sobie stolik w cichym zakątku Justisen. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej poprosiłaby o piwo i kieliszek jägermeistra. Wspomnienie niczym z innego życia. Na samą myśl zbierało jej się na mdłości. Munch się spóźniał, Mia czekała na niego, patrząc na swoją bransoletkę. Przez chwilę rozważała, czy nie spakować jej z innymi pamiątkami, ale postanowiła tego nie robić. Dostały z Sigrid po takiej bransoletce na konfirmację. Srebrna ozdoba z serduszkiem, kotwicą i literką. M na bransoletce Mii. S na Sigrid. Wieczorem, gdy goście rozeszli się już do domów, a siostry oglądały prezenty w świetle wpadającym przez okno, Sigrid zaproponowała wymianę.

Chcesz moją? Ja wezmę twoją.

Od tej pory Mia nie zdjęła bransoletki. Na wyświetlaczu jej telefonu widniała data 10 kwietnia. Za osiem dni wypadała jedenasta rocznica śmierci jej siostry. Przedawkowanie. Nie bez powodu wybrała ten właśnie dzień na datę swojego wyjazdu. Nie dałaby rady iść na grób. Bała się, co to by mogło zrobić z jej głową. Miała za sobą cztery miesiące trzeźwości. Codziennie się gimnastykowała. Nigdy w życiu nie czuła się lepiej. Wyprawa na cmentarz mogłaby znów pociągnąć ją w otchłań i po prostu nie chciała ryzykować.

Sigrid Krüger.

Siostra, przyjaciółka i córka.

Urodzona 11 listopada 1979. Zmarła 18 kwietnia 2002.

Kochana najmocniej. Nieodżałowana.

Nie, Mia nie zdobyła się na spakowanie bransoletki. Wystarczy, że zrobiła to ze zdjęciami i wszystkim innym.

S jak Sigrid.

M jak Mia.

Upiła łyk wody mineralnej i zerknęła w stronę baru, gdzie jakiś starszy mężczyzna zamówił właśnie kufel zimnego piwa. Nie. Żaden problem. Wcale nie miała na nie ochoty.

Munch spóźnił się pół godziny. Zdjął beżową budrysówkę i uścisnął Mię na powitanie, po czym usiadł przy stoliku i położył na blacie teczkę z dokumentami.

– Zamówiłaś coś do jedzenia? – spytał, zerkając w stronę baru.

– Nie, nie jestem głodna – odrzekła Mia.

Munch skinął na kelnera i poprosił o kanapkę z krewetkami oraz napój jabłkowy.

– Słuchaj, Mio – zaczął, nachylając się nieco nad stolikiem. – Rozmawiałem z Mikkelsonem i doszliśmy do porozumienia. Ten facet to idiota. Nie jesteś już zawieszona. To był błąd z jego strony. Potrzebujemy cię z powrotem w zespole. OK?

Mia uśmiechnęła się nieznacznie.

– Za tydzień wyjeżdżam, Holger.

– To już postanowione?

– Tak.

– Na pewno?

Mia skinęła głową.

Munch westchnął i podrapał się po brodzie.

– Rozumiem. Jasne, chętnie widziałbym cię w zespole, ale taki wyjazd ci się należy. Nie będę cię już dręczył. Po prostu musiałem spytać.

– Jednostka znów działa?

– Tak.

– Chodzi o tę dziewczynę z jeziora?

Munch pokiwał głową. Pojawił się kelner z zamówieniem.

– Vivian Berg. Baletnica. Wyłowiona w pełnym stroju. Przez małego chłopca, który wybrał się z ojcem na ryby.

– Gdzie dokładnie?

– Jezioro nazywa się Svarttjønn, leży w Vassfaret, dość wysoko w górach, właściwie to dziwne miejsce.

– Jak to?

Munch rzucił się na kanapkę z krewetkami i mówił dalej z jedzeniem w ustach.

– Dziewczyna zniknęła ze swojego mieszkania w czwartek, a znaleźli ją w sobotę, gdzieś w górach, ubraną w pełny kostium. Gdyby ktoś mnie pytał, to wszystko tu jest dziwaczne.

Wskazał palcem teczkę leżącą na blacie.

– Cała dokumentacja jest tutaj.

– Wiem, co kombinujesz, Holger, ale już podjęłam decyzję.

– Rozumiem – zapewnił Munch.

– Co masz na myśli, mówiąc o pełnym kostiumie?

– Upięte włosy. Body z taką sterczącą spódniczką, tutu. Białe rajstopy. I te specjalne buty do tańca, pointy.

– Pointy? Miała je na sobie?

Munch potwierdził.

– Dziwne.

– Prawda?

– Jak daleko jest znad tego jeziora do najbliższej drogi?

– Cóż, jakieś czterdzieści pięć minut na piechotę, jest tam dosyć stromo.

– Czyli morderca musiał ją tam zanieść?

– Cholera wie. – Munch wzruszył ramionami.

Zerknął na Mię znad kanapki. Policjantka spojrzała mu w oczy.

– No co? – zapytała, przekrzywiając głowę.

– Nie rozumiem – zdziwił się Munch.

– O czym mi nie mówisz?

Starszy kolega popatrzył na nią z powagą i otarł usta serwetką.

– Moim zdaniem sama tam poszła – powiedział w końcu.

– A to czemu?

– Te jej buty, pointy, są wyraźnie zniszczone. Podarte i dziurawe. Zwłaszcza podeszwy. Uważam, że ofiara pokonała tę trasę o własnych siłach.

– Czyli samobójstwo?

– Nie, w żadnym wypadku. Zginęła od igły wbitej w samo serce.

– Takiej od strzykawki?

– Owszem.

– A co było w strzykawce?

– Etylenoglikol.

– To znaczy...?

– Płyn hamulcowy.

– Cholera jasna...

– Prawda? Zabija człowieka, a można go kupić na każdej stacji benzynowej.

– Czyli nie wierzysz, że poszła nad to jezioro i sama zrobiła sobie zastrzyk?

– Pomyśl o tym przez moment. – Munch rozparł się na krześle. – Wiesz, jak to boli? Byłabyś w stanie coś takiego zrobić?

Wystarczyła chwila, żeby sam się zreflektował.

Niemal dokładnie rok wcześniej Mia rozważała przecież samobójstwo.

Różnokolorowe tabletki rozsypane na stole.

Była zupełnie sama na wyspie u wybrzeży Trøndelagu.

Chodź, Mio, chodź.

– Przepraszam – powiedział Munch i znów pochylił się nad blatem. – Nie chciałem, żebyś...

– Nic nie szkodzi, Holger. – Mia uniosła dłoń.

– A jak ty się właściwie czujesz? – zapytał kolega, nadal z zatroskaną miną. – Zapomniałem o to zapytać. Wybacz. Wiesz, jak to jest.

– Jasne, Holger. Rozumiem. A czuję się dobrze. Właściwie to nawet świetnie.

Mia uniosła butelkę z wodą mineralną, pomachała mu nią przed nosem i ostentacyjnie upiła duży łyk.

– Fajnie. – Munch skinął głową. – A tak w ogóle to dobrze wyglądasz, cholernie dobrze, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Dawno nie widziałem cię takiej... jak to ująć...

– Trzeźwej? – Mia się uśmiechnęła.

Starszy policjant zaśmiał się cicho.

– Nie do końca to miałem na myśli, ale właściwie czemu nie? Jak długo się już trzymasz?

– Cztery miesiące.

– Rany boskie. Moje gratulacje.

– Co mi innego zostało? – westchnęła Mia. – Strasznie ostatnio nawaliłam, naprawdę bardzo mi przykro.

– Daj spokój. – Munch prychnął, kręcąc głową. – Kto wie, co by się stało, gdyby nie ty. Boże drogi, wolę o tym nie myśleć. Rozwiązałaś całą sprawę. W dupie mam, czym musiałaś się w tym celu odurzać, ale tak czy inaczej, dobrze jest widzieć cię taką... obecną.

Mia posłała mu uśmiech. Czuła, że jego radość jest szczera.

– A ona jak się miewa?

– Miriam? Coraz lepiej. To silna dziewczyna. Da sobie radę. Kazała cię pozdrowić, może któregoś dnia do niej wpadniesz?

– Postaram się zajrzeć przed wyjazdem – obiecała Mia.

– Świetnie. Na pewno bardzo ją to ucieszy.

Munch posłał jej uśmiech, po czym wsunął dłoń do kieszeni budrysówki.

– Wyjdziesz ze mną? Chciałbym zapalić.

Mia przytaknęła i ruszyła za nim na podwórze, gdzie wystawiono stoliki i lampy grzewcze. Do Oslo zawitała wiosna, ale wciąż było rzecz jasna dość zimno. Splotła ramiona na piersi, Munch zapalił zaś papierosa i znowu spoważniał.

– A może dałabyś mi siedem dni? – zapytał ostrożnie.

– Naprawdę nie wiem, Holger.

– Tylko tydzień. Ani dnia więcej. Chciałbym tylko, żebyś się temu przyjrzała. Dała mi znać, co na ten temat myślisz.

Mia zacisnęła wargi i rozważyła propozycję.

Młoda dziewczyna w stroju baletnicy.

Wyłowiona z górskiego jeziora.

Zabita zastrzykiem z płynu hamulcowego.

– Znaleźliśmy na miejscu zbrodni trochę dziwnych rzeczy. – Munch odkaszlnął i posłał jej spojrzenie, które widywała wcześniej wiele razy.

Coś tu nie pasuje, Mio.

– Co mianowicie?

– A dasz mi ten tydzień?

Jego spojrzenie było niemal błagalne.

– OK – westchnęła wreszcie Mia.

– Cudownie. – Munch się uśmiechnął, klepiąc ją po ramieniu.

– To mów, co znaleźliście.

– Nie wiem, od czego zacząć. – Policjant się zawahał. – Morderca wystawił sobie aparat.

– Aparat?

– Fotograficzny, na specjalnym statywie.

– Skierowany w stronę zwłok?

Munch pokiwał z powagą głową.

– Były na nim jakieś zdjęcia?

– Nie, ani jednego. Karta pamięci została wyjęta, pewnie zabrał ją ze sobą.

– Czemu mówisz o mordercy w rodzaju męskim? Jesteś pewien, że to mężczyzna?

– Znaleźliśmy odcisk buta. Rozmiar czterdzieści trzy.

– A dziewczyna leżała zaraz przy brzegu?

– Tak.

– Aparat był skierowany prosto na nią?

– Owszem – potwierdził Munch.

– Dziwne – wymamrotała Mia.

– Wiem.

– Coś jeszcze?

– Nie mam pewności, czy to ważne, ale znaleźliśmy niedaleko stronę wyrwaną z książki dla dzieci.

– Jakiej?

– Bracia Lwie Serce Astrid Lindgren. Możesz to dla mnie zrobić? Zerkniesz na to? Byłbym ci bardzo wdzięczny.

Munch zgasił papierosa.

– To się zdarza już któryś raz, Holger. Przychodzisz ze zdjęciami i każesz mi je oglądać.

– Rzuć tylko okiem.

– OK, skoro to dla ciebie takie ważne... – Mia westchnęła i poszła z powrotem do środka.

6

MUNCH WETKNĄŁ PAPIEROSA do ust, zajrzał do knajpy przez okno i poczuł wyrzuty sumienia. Mia chciała zrobić sobie urlop. Przerwę od wszystkiego, co jest i co było. Niewielu osobom życzył tak dobrze jak swojej młodszej koleżance, ale trudno, bardzo jej teraz potrzebował. Sprawa dla Mii. Pomyślał tak, gdy tylko zobaczył zdjęcia z miejsca, gdzie znaleziono zwłoki. Holger Munch pracował przy zabójstwach od niemal trzydziestu lat, ale nieczęsto trafiały mu się sprawy takie jak ta. Śmierć zadana z premedytacją. Na chłodno. W zaplanowany sposób. Jakby ktoś rozkoszował się każdą sekundą. Morderstwo. Zabójstwo. Dla laika same te słowa brzmiały koszmarnie i, owszem, wiązały się z koszmarnymi czynami, tyle że rozwiązanie bywało w takich sprawach z reguły bardzo łatwe. Motywy nie pozostawiały wątpliwości. Zazdrość. Nienawiść. Zemsta. Przyprawione zazwyczaj alkoholem albo narkotykami. Taka już ludzka natura. Sprawy nietrudne do wyjaśnienia. Zabójstwa, w których logiczny ciąg wydarzeń nie rzucał się od razu w oczy, a mordercą okazywał się ktoś spoza kręgu osób od początku podejrzewanych, Munch był w stanie zliczyć na palcach jednej ręki. Tego rodzaju śledztwa potrafiły się rzecz jasna ciągnąć, ale z reguły instynkt od początku podpowiadał mu właściwie rozwiązanie. A coś takiego? Policjant potrząsnął głową i znów zaciągnął się papierosem, dokładnie w chwili, gdy w kieszeni beżowej budrysówki zawibrował telefon.

– Mówi Anette, masz może chwilę?

– Jasne. Co jest? – spytał Munch.

– W końcu dodzwoniłam się do szpitala na Ullevål, wygląda na to, że Karoline Berg jest wreszcie gotowa na rozmowę z policją.

– Świetnie – stwierdził Munch. – Umówiłaś spotkanie?

– Daj mi po prostu znać, kiedy chcesz się tam wybrać, a ja wszystko załatwię z lekarzami.

– OK, dobra, a co z kierowniczką zespołu baletowego?

– Kobieta nazywa się Christiane Spidsøe – odrzekła Goli. – Jest dziś w pracy w gmachu Opery. Była kompletnie roztrzęsiona, ale powiedziała, że możemy do niej przyjechać w każdej chwili.

– Coś nowego w sprawie auta?

Funkcjonariusze Kripos znaleźli szarego mercedesa. Samochód porzucono na poboczu, niedaleko ścieżki prowadzącej nad jezioro. Technicy kryminalistyki odkryli na podłodze pod jednym z siedzeń łańcuszek od naszyjnika. Matka Vivian Berg potwierdziła, że ozdoba należała do jej córki. Wszystko to wydawało się bardzo dziwne. Morderca podwiózł ją tam samochodem? A resztę drogi dziewczyna przebyła sama? Czemu ktoś miałby porzucać auto z otwartymi drzwiami? I to tak wysoko w górach?

– Kradzież tego mercedesa zgłosił w środę niejaki Thomas Lorentzen, adwokat.

– Mamy coś na niego?

– Z tego, co widzę, to nie, ale poprosiłam Grønliego, żeby zadzwonił w kilka miejsc, bo nie do końca ufam tym nowym bazom danych.

– OK, świetnie. – Munch pokiwał głową, widząc, że przy stoliku w Justisen praca już wre na całego.

– A jak tam u was? – spytała Anette.

– Mia właśnie ogląda zdjęcia.

– Pomoże nam?

– Chyba tak – stwierdził Munch.

– Doskonale – odrzekła Goli. – Powiedziałam ludziom z Zakładu Medycyny Sądowej, że do nich wpadniesz, chcesz od tego zacząć?

– Zajmę się tym w ciągu dnia. Kto od nich z tobą rozmawiał? Ernst Hugo?

– Nie, zdaje się, że on już poszedł na emeryturę. Jakaś nowa babka, Lillian Lund.

– OK. Chyba zaczniemy od Karoline Berg, jeśli będzie w stanie z nami rozmawiać.

– Zabierzesz ze sobą Mię?

– Mam nadzieję – powiedział Munch.

– OK, to powodzenia. Zadzwonię, gdybym miała coś nowego. – Goli przerwała połączenie.

Munch rzucił niedopałek na ziemię i wrócił do Justisen. Odchrząknął cicho i opadł na wolne krzesło.

– I co o tym myślisz?

Mia posłała mu spojrzenie, które widział już u niej wiele razy wcześniej. Jasne, niebieskie oczy zdawały się patrzeć na niego, ale naprawdę zawieszone były na jakimś punkcie gdzieś w oddali.

– To chyba byłoby tyle, jeśli chodzi o mój urlop – odrzekła policjantka, przeczesując dłonią kruczoczarne włosy.

– Jesteś pewna? – spytał Munch.

– Na to wygląda – wymamrotała Mia.

– Co o tym wszystkim sądzisz? – Starszy kolega położył dłoń na spoczywającej między nimi teczce.

– Czegoś tu brakuje.

– Czego?

– Nie widzimy tego, co widział człowiek za obiektywem tego aparatu. Nie zrobiliście takiego zdjęcia?

Przejrzała jeszcze raz fotografie z teczki i znów na niego spojrzała, tym razem nieco bardziej przytomnie.

– Jeśli nie ma go tutaj, to nie – odrzekł Munch.

– No ale... – zaczęła Mia, ale znów odpłynęła.

Policjant nic na to nie powiedział. Pozwolił jej zatopić się w myślach. Mieć Mię Krüger w zespole albo jej nie mieć. To różnica jak między dniem a nocą. Dlatego trzeba jej dać tyle czasu, ile tylko potrzebuje.

– Co tu widzisz?

– Nie do końca rozumiem, czemu wybrał właśnie to miejsce – powiedziała wreszcie koleżanka, unosząc ku niemu wzrok.

– Dlaczego?

– Najpierw chciał być z nią sam na sam. Prawda?

– Co masz na myśli, mówiąc „najpierw”?

Mia zerknęła na niego z przekrzywioną głową.

Munch rozpoznał także ten wyraz twarzy, również on pojawiał się u niej już wiele razy wcześniej. Mina policjantki zdawała się mówić: Naprawdę nie widzisz tego co ja?

– Morderca zostawił aparat, porzucił zwłoki w wodzie, nie próbował ich nawet niczym zakryć.

– No i? – Munch nie do końca rozumiał.

– Chciał, żebyśmy ją znaleźli – orzekła Mia, sięgając odruchowo ręką po coś, czego nie było na stole.

Po alkohol.

Munch wiele razy widywał, jak jego koleżanka studiuje w ten sposób zdjęcia z miejsca zbrodni. I zawsze towarzyszyła jej wtedy butelka. Zdawało się, że jej ciało przez chwilę nie do końca było w stanie pojąć, czemu już tak nie jest.

– Myślisz? – spytał starszy policjant.

– A ty nie? – Mia upiła łyk wody mineralnej.

– Sam nie wiem. Wyjaśnij mi to.

– Mordercy po wszystkim zawsze trochę żałują, prawda? Przykrywają czymś zwłoki, jakby chcieli zamaskować ten czyn sami przed sobą, przecież mnie tego uczyłeś. O kurwa... – Mia zamyśliła się na chwilę. – Chciał być z nią sam na sam.

Munch milczał.

– Tego właśnie pragnąłeś, prawda? – ciągnęła Mia z nieobecnym spojrzeniem, słowa ledwie przeciskały się przez jej wargi. – Tylko ty i ona. Sam na sam daleko w lesie. Zabierasz ją tam. Ale jak ci się to udało? Znałeś ją? Poszliście tam razem? Ona ci ufała?

– A co sądzisz o tej książce? – spytał Munch.

– O czym mówisz?

– O stronie wyrwanej z książki. Ma tu jakieś znaczenie?

– Z pewnością.

Mia otworzyła teczkę i podsunęła mu zdjęcie.

– Widzisz?

– Na co mam patrzeć?

– Dziewczyna zaginęła w czwartek, prawda?

– Tak.

– W zeszłym tygodniu padało, a w tym już nie. Ta strona z książki nie mogła tam długo leżeć. Owszem, jest zawilgocona, ale to pewnie od kontaktu z gruntem. On ją tam dla nas zostawił.

Mia rozparła się na krześle i znów przeczesała włosy palcami.

– Bracia Lwie Serce. Jak myślisz, co to oznacza?

– Za wcześnie, by powiedzieć. – Młodsza koleżanka znów się zamyśliła.

– Czyli nam pomożesz? – spytał Munch.

– To był chyba najkrótszy urlop w historii – wymamrotała Mia i posłała mu pełen rezygnacji uśmiech. – Mówiłeś coś o jej matce?

– Tak, przyjechała z Bodø zobaczyć, jak Vivian tańczy – potwierdził Munch. – Nie zastała jej w mieszkaniu i bardzo się zaniepokoiła.

– Gdzie ona teraz jest?

– Doznała szoku. Leży na Ullevål.

– Ale możemy z nią porozmawiać?

– Właśnie dostaliśmy zielone światło.

– Daj mi dwie minuty – rzuciła Mia, ruszając w kierunku toalet.

7

FUNKCJONARIUSZA JONA LARSENA, lepiej znanego jako Curry, tak bolała głowa, że ledwie coś widział za przednią szybą auta. Upił łyk wody z butelki trzymanej między kolanami, zmrużył oczy i spróbował zdecydować, czy jest właściwie zadowolony z przydzielonego mu tego dnia zadania, czy raczej nie. Dyskretna obserwacja figurantki. Niewiele się działo. Curry zerknął w stronę położonego przy Kyrre Grepps gate mieszkania. Lotte. Siedemnastoletnia ćpunka. Jedna z setek osób na nizinach hierarchii narkotykowego półświatka, ale z jakiegoś powodu kazali im ją obserwować. Istniała możliwość, że doprowadzi ich do kogoś wyżej. Curry nie był w stanie się skupić na briefingu. Miał dość roboty z utrzymywaniem uniesionych powiek i śniadania w żołądku. Powinien był chyba wybrać inny bar, ale rzecz jasna skończył tam gdzie zawsze. Przy piwie i whisky. Do tego kilka rundek przy stole bilardowym. Więcej piwa. Więcej whisky. A potem znów obudził się w tym samym łóżku, widząc na sąsiedniej poduszce tę samą młodą twarz. Z przekonaniem, że kac zaraz go zabije.

Luna. Co to właściwie za imię? Miała dwadzieścia jeden lat i kolczyk w nosie. Na ramieniu zaś tatuaż wyobrażający jakąś postać, o której Curry nigdy nawet nie słyszał. Luna. Kto wybiera takie imię dla dziecka? Złapał się na tym, że tak właśnie o niej myślał. Dziecko. Owszem, była dorosłą kobietą, ale dzieliło ich czternaście lat. Pracowała jako barmanka. Nie, tak dalej być nie może. Musi coś z tym zrobić.

Starał się pobudzić mózg do działania, opracować jakiś plan, ale niewiele zdążył wykombinować, bo uchyliły się drzwi auta, a na siedzenie obok niego opadł kolega. Allan Dahl. Pod wieloma względami przeciwieństwo Curry’ego. Wysoki i kościsty, z wąsami, które nosił od czasów, gdy Curry po raz pierwszy zatrudnił się w wydziale do walki z przestępczością narkotykową. Takie wąsy stały się ostatnio nagle znów modne, czym kolega zdawał się nieszczególnie przejmować.

– Coś się działo?

– Nic – wymamrotał Curry.

– Ten budynek nie ma tylnych drzwi, co?

– Nie, chyba że jakieś sobie wstawili, odkąd ostatnio to sprawdzaliśmy.

Dahl wyciągnął kubek z kawą z uchwytu, nie zwróciwszy uwagi na sarkastyczny ton w głosie kolegi.

– Dla mnie mocca latte, dla ciebie zwykła czarna, sorry, że tyle to trwało, musiałem iść aż do Kaffegutta przy Vogts gate, dopiero tam mieli coś pijalnego.

Curry upił łyk, nie stwierdzając istotnej różnicy pomiędzy tą kawą a napojami podawanymi w innych miejscach.

– Słuchaj – zaczął Dahl, zerkając na niego ciekawie – spotkałem wczoraj twoją najlepszą koleżankę. Czyżby wybierała się w podróż?

– O kim mówisz?

– O pani superdetektyw. Wpadła do biura na parterze po nowy paszport. Czyżby dostała pracę za granicą?

Curry upił kolejny łyk kawy i dopiero wtedy dotarło do niego, o kim mówi kolega.

Mia Krüger.

Potrząsnął lekko głową. Superdetektyw, dobre sobie. Słyszał już różne rzeczy na jej temat, ale nikt wcześniej jeszcze tak jej nie nazwał. Część pracowników komendy stołecznej nie próbowała nawet ukrywać zazdrości. Zespół Muncha zawsze miał wysokie notowania, a ci, którzy nie zostali do niego wybrani, potrafili czasami powiedzieć coś przykrego. Curry został zwerbowany do jednostki specjalnej i odszedł z narkotykowego z poczuciem dumy. Gdy wrócił, powitały go pogardliwe uśmieszki.

Ach tak?

Zamknęli wam jednostkę?

Coś nie wypaliło?

Curry nie uważał się za najmądrzejszą czy najbardziej oczytaną osobę na świecie, lecz mimo to miał czasem wrażenie, że otaczający go koledzy zachowują się jak dzieci. Nieukrywana zazdrość, kopanie pod sobą dołków, ciągła walka o miejsce w hierarchii, zupełnie jakby byli nastolatkami w gimnazjum albo kwokami w kurniku.

Było mu zresztą wszystko jedno.

Tego wieczora nie pójdzie pić.

Podjął decyzję. Od początku tygodnia łaził tam co noc. Odwiedzał ten sam bar, budził się obok tej samej młodej dziewczyny. Co tak właściwie w nim widziała?

– A może już nie masz z nią kontaktu?

Dahl nie zamierzał najwidoczniej odpuścić.

– Owszem, mam. Czasem do siebie dzwonimy – odparł Curry.

– To wtedy było w obronie własnej? A może faktycznie po prostu zamordowała tego faceta?

Curry zaczął udawać, że nagle bardzo zainteresowało go to, co się dzieje w mieszkaniu nad nimi, ale mimo to mu się nie upiekło.

– Chłopaki mówią, że kompletnie jej odbiło. Że ma nie po kolei pod sufitem. Bo to ona go zabiła, prawda? A nie Munch?

Curry westchnął.

To, o co pytał go Dahl, wydarzyło się kilka lat wcześniej. On sam wylądował wtedy na Grønland. Munch i Mia pojechali na pole kempingowe nad jeziorem Tryvann, szukali tam zaginionej dziewczyny. Znaleźli kogoś zupełnie innego, znanego policji ćpuna i dilera Markusa Skoga. Byłego chłopaka siostry bliźniaczki Mii, Sigrid. Mia strzeliła mu dwukrotnie w pierś. Została w związku z tym natychmiast zawieszona, a ponieważ Munch się za nią wstawił, i jemu dobrano się do tyłka. Został przeniesiony i musiał wyjechać z miasta. Jednostkę zamknięto.

– To było w obronie własnej – rzucił Curry w nadziei, że zamknie w ten sposób temat.

– Ale to ona strzelała?

– Tak, ona. Munch chyba nawet nie zdążył wejść do przyczepy.

– To jak mógł jej bronić?

Dahl upił łyk kawy i mrugnął do kolegi.

– A tak w ogóle to prasa nadała jej ten przydomek?

Curry westchnął. Wyglądało na to, że na zmianę tematu nie ma szans. Media szybko podchwyciły tamtą sprawę, a Mia Krüger w mgnieniu oka awansowała na krajową celebrytkę numer jeden. Zwierzynę łowną dla dziennikarzy. Nowy ulubiony cel paparazzich. Na szczęście wszystko dość szybko się skończyło, sępy poleciały dalej, szukając kolejnej ofiary, ale ciekawość w środowisku najwyraźniej pozostała.

– Jaki przydomek?

– Mia Promień Księżyca.

– Nie, to jej babcia tak na nią mówiła.

Curry odstawił kubek i odwrócił się do kolegi z poirytowaną miną.

– To się chyba wzięło stąd, że Mia wygląda na Indiankę. Wiesz, długie czarne włosy, śniada cera... A tak w ogóle to wiedziałeś, że jest adoptowana?

– Co? Nie...

– Zarówno ona, jak i jej siostra zostały oddane do adopcji zaraz po urodzeniu. – Curry pokiwał głową. – Mia i Sigrid. Wychowywało je małżeństwo z Åsgårdstrand. Z tego, co słyszałem, cholernie przyzwoici ludzie. Ale już nie żyją, leżą pochowani na jednym cmentarzu, z całej rodziny została tylko Mia. A skoro jesteś nią taki zainteresowany, to mogę ci powiedzieć, że ma też bliznę przy lewym oku. Kiedyś przesłuchiwała faceta, któremu nagle odbiło i się na nią rzucił, o mały włos nie straciła wzroku. Brakuje jej także koniuszka jednego palca. Zdaje się, że po spotkaniu z rottweilerem. Bydlak chciał ją zagryźć, ledwie zdążyła wyjąć broń i go zastrzelić.

Dahl przeczesał rzadkie włosy palcami, wyszczerzył zęby w uśmiechu i pokiwał głową.

– Ciekawe, co? I ma jeszcze podobno na biodrze tatuaż, motylka. – Curry podciągnął bluzę. – Zdaje się, że tutaj.

– No dobra, już dobra, daj spokój – wymamrotał Dahl. – Tak tylko pytałem. Kurwa mać, cały dzień tu przesiedzimy.

– A właściwie to po co? – spytał Curry. – Dziewczyna najwyraźniej nigdzie się nie wybiera. Pewnie leży tam na górze kompletnie naćpana, a my marnujemy tu czas. Moglibyśmy przydać się gdzie indziej.

– Takie rozkazy. – Dahl wzruszył ramionami. – A ciebie co dzisiaj ugryzło? Lewą nogą wstałeś czy co?