49,90 zł
Opowieść o pierwszej cesarzowej Rosji nazywanej Kopciuszkiem XVIII wieku. Nowy międzynarodowy bestseller Kristiny Sabaliauskaitė.
Odwołując się do źródeł historycznych oraz dokumentów z epoki, autorka burzy bajkową narrację.
Poranek rozpoczyna ostatnie dwanaście godzin agonii cesarzowej. Chwila śmierci i sądu bożego nieubłaganie się zbliża. Dobiegający kresu czas na tym świecie szereguje w pamięci Katarzyny wspomnienia, które składają się na rachunek jej życia.
Władczyni będąca pierwszą cesarzową w historii Rosji; kobieta za połową życia; matka na przemian rodząca i pogrążająca się w żałobie; małżonka wielkiego władcy i alkoholika, zdradzająca i zdradzana. Dwie podróże – na Wschód i na Zachód – wstrząsną nią i sprawią, że inaczej spojrzy na potęgę imperium budowanego przez jej męża i na to, kim stała się ona sama. Stoicko znosząca upokorzenia, w sekrecie wspierana przez Aleksandra Mienszykowa balansuje między władzą a otchłanią, nasiąkając goryczą i buntując się. Los ofiarował jej niemal wszystkie role, jakie może otrzymać kobieta. Jednak w tej ostatniej podróży po zakątkach własnej duszy Katarzyna szuka odpowiedzi na powracające pytanie: czy władza daje wolność, czy jest więzieniem? W którą stronę przechyli się dla niej szala na Sądzie Ostatecznym?
Powieść o zderzeniu kultur Wschodu i Zachodu w toksycznym małżeństwie. O Czasie i przemocy. Pękniętych i samouzdrawiających się osobowościach. Niszczycielskiej wojnie oraz marzeniach, które rodzą nieśmiertelne piękno.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 502
Tytuł oryginału: Petro imperatorė. Knyga II
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI
Weryfikacja merytoryczna: Dr hab. INESA SZULSKA, Uniwersytet Warszawski
Korekta: Pracownia 12A, MARIA ROLA, MARIA WOLAŃCZYK
Opracowanie okładki na podstawie oryginału: PIOTR KOŁODZIEJ
Fotografia autorki na IV stronie okładki: SIMONAS BERŪKŠTIS
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © by Kristina Sabaliauskaitė © Copyright for the Polish translation by Eliza Deszczyńska © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2026 © Copyright for the cover design by Kristina Sabaliauskaitė © Copyright for the cover design by Zigmantas Butautis
The publication has been financed by the Lithuanian Culture Institute. Publikacja dofinansowana przez Lithuanian Culture Institute.
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09375-7
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Nazajutrz, dziewiętnastego lutego, wkroczyliśmy do Gdańska – tego dnia minęły cztery długie lata, odkąd publicznie zawarliśmy ślub.
Zatrzymaliśmy się tam, gdzie mój kamerjunkier Willem Mons, za pomocą swego znakomitego niemieckiego i politesse, zdołał znaleźć dla nas miejsce: poza murami głównego miasta, na Krebsmarkt, na Targu Rakowym, w dość wygodnym, lecz zwykłym zajeździe, gdzie ledwie się zgodzono nas przyjąć. Dom gościnny nazywał się Zur Hoffnung – Pod Nadzieją. Bo po prawdzie – cóż mi zostawało? Tylko cierpliwość i nadzieja.
Jedynie nadzieja, że podróż z Piterem to nie będą same fochy i zachcianki, które tylko przynoszą wstyd. Że mu przejdzie w trakcie tej gościny; że przestanie odnosić się do mieszkańców Gdańska jak do wrogów, poniżać maluczkich. Przecież w żadnym razie nie mogłam tracić nadziei – przynajmniej do Paryża. Ze względu na Paryż warto było zachować cierpliwość – być tisze wody, niże trawy.
Póki co Piter, czekając na polskiego króla, chciał zapoznać się z Gdańskiem. Czy raczej pokazać miastu, kto jest tu władcą. I w Ganskrug, i tutaj, w Zur Hoffnung, wszystkich wypytywał, jaka jest najcenniejsza rzecz w mieście. Podejrzewałam, że chciał ją od miasta kupić – po to tylko, żeby dowieść, że go stać, żeby miasto wiedziało, żeby na zawsze go zapamiętało.
Ale wszyscy jak jeden mąż odpowiadali, że najdroższa w mieście nie jest żadna rzecz, tylko obraz święty.
Święty i bardzo stary obraz, przedstawiający Sąd Ostateczny.
To, o czym ostatnio myślałam rzadziej, niż by należało. To, co nas czeka po tamtej stronie. To, o czym Piterowi przynajmniej od czasu do czasu przydałoby się pomyśleć, zwłaszcza gdy ogarniała go ślepa wściekłość alteracji.
„To pokażcie mi tę swoją ikonę”.
Dzień rocznicy naszego ślubu i nasz pierwszy dzień w Gdańsku to była niedziela. I ten obraz mogliśmy zobaczyć tylko podczas mszy, w Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Udaliśmy się tam ulicami miasta, przez Aurea Porta, przez ich Bramę Złotą.
Czegoś podobnego dotychczas nie widziałam – to miasto wyglądało jak dzieło złotnika, nic dziwnego, że oni nawet wódkę pili ze złotem. Tak starannie, tak jubilersko, taką ilością złota były ozdobione wszystkie domy, bramy, fontanny. Gdyśmy się zbliżyli do ogromnego, poczerniałego kościoła ze starej czerwonej cegły, zdarzył się cud: niebo nad miastem zalały dźwięki dzwonów, ale takie, jakby to sami aniołowie uderzeniami w nie grali najwspanialszą muzykę. To nie było wpędzające w stupor, mroczące rozum cerkiewne dzwonienie ani uroczyste, przeszywające na wskroś wzywanie na modlitwę z katolickich dzwonnic, lecz była to najprawdziwsza muzyczna melodia dzwonów. Objaśniono nam, że to karylion Ratusza: czternaście dzwonów różnej wielkości i niesamowity mechanizm, który jakby mocą cudu grał bez pociągania za sznury przez zwonaria. Nie mogłam uwierzyć, że nikt tam nie podskakuje ze sznurami, że nie ciągnie za nie z całej siły żaden żywy, zlany potem człowiek – ale to prawda, tam, w Gdańsku, wprawiała dzwony w ruch siła nie ciała człowieka, lecz jego myśli. Myśli, zdolnej wynaleźć aparat z niewielką drewnianą klawiaturą, którą, jak instrument muzyczny, wystarczyło po prostu dotknąć ręką. Zamiast zwonaria przy karylionie siedział sobie spokojnie muzyk i złożoną w pięść dłonią uderzał w drewniane klawisze, jakby grał na klawesynie.
W Gdańsku poczułam się tak, jakbym trafiła do przyszłości – kiedy mechanizmy będą tak zmyślne, iż nawet na ogromnych, ciężkich dzwonach będzie można grać delikatnym dotknięciem.
Czekała nas jeszcze inna nieuchronna, choć daleka przyszłość – przedstawiał ją obraz Sądu Ostatecznego w kościele.
Byśmy mogli go ujrzeć, Piter musiał przecierpieć nabożeństwo luteranów. Przygotowano dla niego okazałe krzesło na honorowym miejscu na kilimach, obok – mniejsze, dla mnie, i jeszcze jedno, po drugiej stronie, dla burmistrza Gdańska. Pierwszy raz byłam w tak olbrzymim kościele, z tak wysokim sklepieniem. Tym razem było zupełnie inaczej niż w dzieciństwie na nabożeństwach pastora Glücka: czułam nie przymus, tylko wielką pogodę ducha – zdawało się, że myśli, unosząc się w tę jasną wysokość, same muszą lecieć ku Bogu.
Tylko że Piter tak nie miał. Najpierw się rozglądał, lecz nie bardzo było na czym zatrzymać wzrok: białe filary, białe sklepienia, kilka niedużych ciemnych ołtarzy i epitafiów. Wtedy zaczął się nudzić, a potem, z tej nudy – marznąć.
Nie zdążyłam go powstrzymać, kiedy wysunął rękę i burmistrzowi Gdańska ściągnął z głowy wielką, puszystą, upudrowaną perukę w kolorze srebra. A potem, jak gdyby nigdy nic, rozciągnął ją nieco obiema rękami i wsadził sobie na włosy. Wsadził i uśmiechnął się zadowolony – teraz głowa już mu nie marzła.
Przez Kościół Najświętszej Maryi Panny przebiegł cichy wielogłosowy jęk. Potem zapadła cisza. Nawet pastor przerwał w pół słowa.
Twarz burmistrza pod warstwą pudru była biała, a łysina pozbawiona peruki była czerwona ze wstydu i wściekłości. Jego podbródek drżał. Wydawało się, że już już dostanie apopleksji.
Przybiegł Dołgorukow i jak przystało na prawdziwego ambasadora, zaczął na ucho tłumaczyć burmistrzowi, że to nic takiego, że kiedy mu zimno, Piter ma taki zwyczaj – pożyczać czapkę lub perukę od tego, kto jest najbliżej, niechże więc burmistrz to – ogrzanie głowy cara Rosji – poczytuje sobie za wielki zaszczyt.
Piter rzeczywiście tak się ogrzał pod peruką, że kiedy chór śpiewał długie uroczyste pieśni, przysnął i głowa zaczęła mu opadać. Wstał przecież o czwartej rano, jak zawsze.
Ja przyglądałam się osłupiałym twarzom mężczyzn i kobiet w kościele. Zwłaszcza kobiet. Niektóre z nich patrzyły na mnie nie ze złością, ale z opiekuńczym zaciekawieniem i współczuciem.
Zauważyłam, że żadna z nich nie nosi już fontazi, którymi wciąż przystrajałyśmy się na moim dworze w Sankt Petersburgu i które jeszcze kilka lat temu widziałam noszone w Polsce. Widocznie tutaj, w Gdańsku, dawno już wyszły z mody. Nie tylko stały się niemodne, ale nawet i całkiem zapomniane.
One patrzyły na mnie ze współczuciem: z powodu mojego męża i z powodu mojego fontazia.
Kiedy huknęły organy, Piter wybudził się z drzemki. Po skończonym nabożeństwie, dość miło się uśmiechając, jak gdyby nigdy nic odchrząknął i zwrócił burmistrzowi jego perukę.
I wtedy wreszcie ruszyliśmy w głąb kościoła, gdzie zobaczyliśmy i mogliśmy obejrzeć ten obraz Sądu Ostatecznego.
Dwa uderzenia. Godzina druga.
Jak szybko leci czas. Karylion w soborze Twierdzy Pietropawłowskiej chyba też wybija już drugą i wydzwania melodie. Piter po tamtej naszej podróży zamówił dla Moskwy i dla Petersburga kuranty i karyliony z Holandii, żeby grały muzykę jak w miastach na Zachodzie. W Baszcie Spasskiej moskiewskiego Kremla zawieszono kuranty, które wygrywały śmieszną niemiecką piosenkę o kochanym Augustynie Ach, du lieber Augustin. Zupełnie jakby Niemiecka Słoboda ze swoimi piosneczkami wdrapała się na dzwonnicę Kremla – zemsta Pitera na starodawnej Moskwie i jej obyczajach...
A niedokończonej wieży Soboru Piotra i Pawła, której iglicę wciąż jeszcze budują, przypadł pięknie grający karylion. Gdy pewnego razu po uderzeniu pioruna mechanizm się zaciął i jeden z dekarzy, niejaki Teliuszkin, nie bojąc się, że się zabije, wlazł na dzwonnicę, żeby go naprawić, Piter odwdzięczył mu się później ukazem, który pozwalał temu mużykowi do końca życia pić za darmo w każdej karczmie czy traktierni w całej Rosji. Można było iść o zakład, że Teliuszkin długo nie pożył.
Lubił sobie Piter czasami pożartować. Nie ma co. Nagrodzić człowieka tak, żeby przyspieszyć jego koniec...
Ale wówczas, w Gdańsku, gdy tak mnie zachwycił karylion, pomyślałam, że tylko bardzo bogaci ludzie, tylko bajecznie bogate miasto odmierza skracający się czas swego życia, uświetniając to muzyką z tak drogiego karylionu.
Usłużny kamerjunkier Willem Mons, zauważywszy moje zaciekawienie tym urządzeniem, wypytał się u miejscowych i pewien duchowny tak mu to uprzejmie objaśnił: celebrowanie mijających godzin muzycznymi dzwonami nie ma żadnego związku z bogactwem. Zbytkowny mechanizm jedynie przypomina o tym, że z każdą godziną skraca się nasze życie, a przybliża się spotkanie ze Stwórcą. To spotkanie, jeśli tylko sumienie masz czyste, powinno być radosne, zwieńczające trudy pobożnego żywota. Dlatego śmierć zbliża się razem z muzyką. Mówił jeszcze, że niektórzy z najbogatszych burgerów i patrycjuszy Gdańska mają nawet w domach małe automatyczne zegary-karyliony z pozłacanymi posążkami, gdzie w główny dzwon o równych godzinach uderza młotem kostucha, a kiedy zagra melodia mniejszych dzwoneczków, z zegara wyłażą i obracają się w tańcu aniołowie. Mówił, iż to przypomina im, że powinni żyć tak, żeby jak najmniej bali się śmierci oraz Sądu Ostatecznego.
Nie dziwiłam się, że dla Gdańszczan ich obraz Sądu Ostatecznego był najcenniejszą rzeczą w mieście.
Gdyśmy z Piterem wreszcie go ujrzeli, zaparło nam dech.
Jezus z narzędziami męki i wszyscy święci, i Święty Michał Archanioł ważący dusze: która pusta i leciutka – do piekła, która ciężka od Bożej pełni w sercu – do raju. Po jednej stronie Jezusa – wstępujący do nieba, a po drugiej – strącani do piekła. Opowiedziano nam, co gdzie zostało ukazane, bo na ten obraz mógłbyś patrzeć cały dzień, tyle było na nim wielkich i małych tajemnic: Bóg w ludzkiej postaci, stworzenie głosicielki grzechu, Ewy, przedstawione na bramie do raju, a niżej, na kapie wchodzącego do nieba biskupa – zwiastowanie Maryi Pannie i obietnica zbawienia. Tak jak kobieta wepchnęła nas w grzech, tak kobieta pomaga grzech odkupić, poprzez zbawienie. Potworne czarne diabły z barwnymi skrzydłami motyli – bo grzech często bywa zwodniczy przez swoje jednodniowe i powierzchowne piękno. Pastor, skończywszy opowiadać, nawet zażartował: o człowieku wiele można powiedzieć, widząc, na które skrzydło obrazu dłużej patrzy.
Piter spoglądał na stronę piekła – nie mógł się napodziwiać płomieni i diabłów. Zachwycał się nimi jak mały chłopiec, ze złośliwą przyjemnością patrzył na męczonych grzeszników, na ich wykrzywione z przerażenia twarze, poskręcane z bólu ciała. Nigdy jeszcze nie widziałam go tak oglądającego obraz.
Jeden z diabłów trzymał na ramieniu związaną parę nagich cudzołożników, gdzie głowa kobiety była przy przyrodzeniu mężczyzny, a głowa mężczyzny – przy nogach kobiety, i już zamierzał ich rzucić w ogień piekielny.
Od razu przypomniał mi się Woroneż i Aleksander. Aż mnie ciarki przeszły...
Ja najdłużej patrzyłam na środek: tam, na samym dole, bardzo blisko piekła, ale jeszcze na sądzie, spod belki, z grobowej jamy wyłaziła czy może chowała się w niej wystraszona dziewczyna z rękami złożonymi do modlitwy. Zdawało się, że nawet jeśli i coś złego uczyniła – to jedynie dlatego, że po prostu przeżyć chciała. I patrząc na nią, nie wiedziałeś, co ją czeka na wadze Archanioła – czy jej dusza przeważy szalę na stronę raju, czy jednak poleci do piekła. Zupełnie to było niejasne. Kuliła się przy sądzonych grzesznikach, ale wyglądała na dobrą, bardzo, bardzo wystraszoną, z rękami złożonymi do pokuty.
I jeszcze coś zauważyłam, coś, co pastor przemilczał: odbicie na złotym napierśniku pancerza Michała Archanioła. Malarz namalował tu widok spoza obrazu: to, co jest po tej stronie, na wprost Archanioła, czyli – nas i ten świat, w owym odbiciu. Samotnych ludzi, maleńkie postaci, bezradnie pełznące i czołgające się przez brudną pustynię życia.
Piter wciąż z zachwytem wpatrywał się w diabły i piekło.
Później z pałającymi oczyma zwrócił się do burmistrza i do duchownego i zapytał: „Za ile byście go sprzedali? Zapłacę, ilekolwiek zechcecie”.
Byłam świadkiem, jak w owej chwili rozpaliła się miłość Pitera do obrazów i sztuki.
Jednak nawet największe miłości czasami pozostają nieodwzajemnione. Zwłaszcza jeśli miłość chce się tak bezceremonialnie kupić za pieniądze.
Wyjaśniono mu, że obraz Sądu Ostatecznego to nie jest rzecz, lecz świętość: a zatem – wspólna własność wszystkich wierzących mieszkańców miasta, niczyja i wszystkich, nie ma i nigdy nie będzie mieć właściciela, i dlatego – w żaden sposób nie do sprzedania.
Wtedy Piter zagroził im, że nałoży na Gdańsk takie wojskowe kontrybucje, iż sami będą go błagać, przypełzną na kolanach, żeby car od nich odkupił ten obraz. Sami będą prosić, żeby go wziął, oddadzą w prezencie, żeby tylko zdjąć z miasta haracz.
Burmistrz, duchowni i rajcy miejscy odrzekli mu na to, że już raczej zapłacą kontrybucję. Ponieważ w Gdańsku, wolnym mieście królewskim, mającym własne prawa i pieniądze, są rzeczy, których się nie sprzedaje: wiara, prawda, sprawiedliwość, sądy i zwłaszcza obraz Sądu Ostatecznego.
Wszak nie istnieją na świecie takie bogactwa, które mogłyby kupić Sędziego Sądu Ostatecznego.
Ciekawe, czym to się skończyło dla tamtej dziewczyny z obrazu, tej wystraszonej, z rękami złożonymi do modlitwy?
Chciałabym wierzyć, że Sędzia o nas decyduje do ostatniej chwili. Że w Jego wszystkowidzącej obecności na poprawę czy skruchę nigdy nie jest za późno... Może ona zdążyła odkupić się szczerą pokutą? Tak sobie teraz myślę, że i ja też nie powinnam zwlekać.
– Aleksandrze Daniłowiczu, przyślijcie mi tu pisarza z tym wyrokiem, który trzeba podpisać.
– Chwała Bogu, chwała Bogu, Wasza Wysokość, już dawno trzeba było... Zaraz tu będzie!
Aleksander klaszcze w ręce i posyła Olsufjewa po pisarza. Dziwne: myślałam, że – już dawno oczekuje za drzwiami. A okazuje się, że gdzieś przepadł albo jeszcze nie przyszedł. Bardak, nawet Najjaśniejszy nie panuje nad wszystkim.
Ciekawe, czy Aleksander kiedykolwiek jeszcze wspomina Woroneż?
Dziwne rzeczy czasami z pamięci wydobywają obrazy, nawet jeśli samych obrazów już nie widzisz, tylko je sobie przypominasz. Wrażenie, szczegóły... a zapadają w pamięć i nic nie da się z tym zrobić.
Uroczystości weselne w Gdańsku niezbyt sobie przypominam: może najlepiej pamiętam przybycie polskiego króla, który zatrzymał się przy głównym placu, naprzeciwko Fontanny Neptuna, w rzędzie najokazalszych domów, nazywanych Kamienicami Królewskimi. Oprócz tego, że z ich okien roztaczał się wspaniały widok, były też bardzo zbytkownie urządzone; nawet porównywać nie można było z naszą karczmą, z Zur Hoffnung.
August Mocny, odkąd go ostatnio widziałam, postarzał się, przytył. Mówiono, że poważnie niedomaga. On też lubił wypić, i jeszcze zjeść, i często zmieniał metresy. Nie oszczędzał ani żołądka, ani nerek, ani królewskich jąder.
Królewski tryb życia często całkowicie wyczerpuje i niszczy zdrowie. Człowiek ciężko znosi nieustanny nadmiar wszystkiego. Sama jestem tego dowodem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
