Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 50
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redakcja: Paulina Zyszczak
Korekta: Agnieszka Mąka
Projekt okładki: Karolina Wójciak, D.B. Foryś
Skład i przygotowanie e-booka: D.B. Foryś | www.dbforys.pl
Copyright © Karolina Wójciak
Nashville, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Wydanie I, wrzesień 2026
Wydawca: KW Publishing House sp. z o.o.
ISBN: 978-83-67308-72-4
www.karolinawojciak.com
Vancouver, wrzesień 2024 roku
Salę wypełniły brawa i wiwaty. Ten dźwięk zdawał się przenikać mnie na wskroś. Chłonęłam go spragniona pochwały i uwagi. Kłaniałam się jak pozostali aktorzy, ciesząc się z zachwytu publiczności. Nadal ciężko oddychający i zmęczeni uśmiechaliśmy się do siebie wzruszeni tym miłym przyjęciem. Dzisiaj wystawialiśmy nowy musical, więc głowę każdego z nas zaprzątało to samo: czy to będzie kolejny sukces, czy tym razem nie spełnimy oczekiwań?
Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione. Skradliśmy serca jak zawsze.
Byłam na fali. Podziwiana, uwielbiana, ale… niestety nie trwało to długo. Wystarczyło zerknąć na spojrzenia ludzi w pierwszym rzędzie. Wszystkie utkwione były w Cass. Nikt nie patrzył na mnie. Nikt. W tym momencie po raz kolejny uderzyło mnie to uwierające poczucie, że moja niewielka rola nie przyczyniła się do poruszenia u widzów. To zasługa Cass. To ona, gwiazda wieczoru, była uwielbiana, nie ja.
Po wielu ukłonach zbiegliśmy ze sceny. Zaczęły się uściski, gratulacje, słowa uznania wymieniane między obsadą pierwszoplanową i technikami pracującymi za kulisami. Oczywiście wszystkie achy i ochy leciały w jednym kierunku.
– Rany, Cass, jak na to wpadłaś, żeby rzucić się na kolana? Przecież nie ćwiczyliśmy tego na próbach.
– Nie wiem, to pod wpływem emocji – odparła, uśmiechając się w ten swój uroczy sposób.
Zerkałam na nią, ale w przeciwieństwie do pozostałych nie czułam podziwu – najwyżej zdumienie. Jak Cassandra przebiła się do teatru z tak przeciętnym talentem? Z jej C6 powinna śpiewać w chórze, a nie w teatrze. Już kilka razy udowodniłam, że potrafię utrzymać E7, ale to nikogo nie obchodziło. Dlaczego? Dlatego, że nie miałam urody Cass, nie miałam jej daru kokietowania ani tym bardziej figury. Teraz, jak się okazywało, do wyjątkowych cech Cass dochodziła jeszcze umiejętność improwizacji.
– Jak padłaś na kolana, to ja wstrzymałam oddech. Byłam tak zdumiona, że przez sekundę nie wiedziałam, co robić – piała z zachwytu jedna z aktorek, Meryl.
– O to chodziło – podkreśliła dumna z siebie Cass. – Wasze miny dodały wiarygodności. To było takie… takie…
– Piękne!
– Naturalne!
– Jezu, jaka ty jesteś dobra!
– Najlepsza!
– Nie wiem, jak byśmy bez ciebie pociągnęli ten spektakl.
Wyobrażałam sobie, jak jutro podczas występu pada na kolana, ale pęka pod nią deska. Albo jeszcze lepiej! Jak wystający z deski gwóźdź wbija się jej w kolano. Jak przytłoczona bólem nie jest w stanie grać dalej, a przedstawienie zostaje przerwane. Jak publiczność ją wygwizduje, bo przecież nie wiedziałaby od razu, co jest powodem opuszczenia kurtyny. Już widziałam te nagłówki: „Cassandra Wallace kończy karierę z powodu kontuzji kolana. Kto zajmie jej miejsce?”.
– Gratulacje, Abby!
Zerknęłam w stronę źródła głosu. Oczywiście to Cass do mnie podeszła.
– Yyy, dzięki i… wzajemnie – wyjąkałam.
Burza jej sprężystych rudych loków podskakiwała, kiedy dziewczyna się obejrzała, żeby przyjąć od kogoś pochwałę czy uścisk. Nawet te włosy mnie wkurzały. Były lśniące i zdrowe. To niemożliwe, aby miała naturalnie takie piękne loki. Doczepiła je albo zrobiła jakiś zabieg, może nawet wkładała perukę. Przecież nikt nie może się pochwalić tak idealnymi włosami! Aż mnie korciło, żeby za nie pociągnąć, tak jak się demaskuje świętego mikołaja podczas tych durnych spotkań, na których dorośli oszukują dzieci. Każdy wie, że to ściema. Tak jak w jej przypadku. Na pewno jest łysa.
– O czym tak intensywnie myślisz?
– Ach… nieważne. – Machnęłam ręką. – Wiesz, jakie to są emocje.
– Miałaś taki nieodgadniony wyraz twarzy – ciągnęła, zamiast odpuścić.
Gdyby wiedziała, czego jej życzyłam, zdziwiłaby się, że nie wszyscy ją tutaj kochają.
– Zastanawiałam się, co o nas napiszą krytycy – skłamałam. – Szukałam w głowie jakichś pomyłek, wiesz… źle zaśpiewanego tekstu, zbyt mało uczucia w głosie i takie tam niedociągnięcia.
– Nie przejmuj się. – Przytuliła mnie krótko. – Byliśmy zajebiści!
Podszedł do nas Garrett.
– To dla ciebie. – Wręczył Cass prezent. – Widziałem, że ktoś jeszcze szedł z upominkiem, więc spodziewaj się kolejnego.
– Nie żartuj! – Udała zaskoczoną, oglądając paczkę. Byłam ciekawa, co dostała.
Otworzyła ją przy nas, bo oczywiście lubiła się chwalić. Uwielbiała epatować swoją przeciętnością nagradzaną tak, jakby umiała więcej niż my.
– Och, mój Boże. – Dotknęła dłonią ust i odwróciła pudełko w naszą stronę.
Zobaczyliśmy złoty naszyjnik z rudym kamieniem. Cudowny. Nie, co ja mówię? Idealny niczym dzieło sztuki. Nigdy nie miałam niczego choćby w jednym procencie tak pięknego i wartościowego.
– Włożyć? – zapytała, jakby zostawiała nam decyzję, czy ten prezent jest wart uwagi Cassandry Wallace.
Uśmiechnęłam się sztucznie.
– Pozwól, że ci pomogę. – Garrett mnie uprzedził i przejął od niej kosztowną biżuterię.
Cass zgarnęła loki, przerzuciła je przez ramię i odwróciła się do nas tyłem. Kolega z zespołu zapinał jej naszyjnik, a ja pomyślałam o kobietach, które kiedyś ginęły w publicznych egzekucjach. Kładziono na pieńku albo zakuwano w dyby ich długie szyje z alabastrową skórą, a następnie przecinał je kat. Potem głowa takiej piękności staczała się pod nogi ludu.
West Vancouver, wrzesień 2024 roku
– Masz. – Tony rzucił mi dokumenty na biurko.
– Co to?
– Zobacz.
Otworzyłem teczkę, a z niej wysypały się zdjęcia.
– Nie rozumiem. – Pozbierałem je z podłogi i włożyłem byle jak do folderu.
– Twoja nowa sprawa.
– Moja?
– Tak. Właśnie to powiedziałem.
– Ale…
– Wyjebali mnie, okej? – wyjawił, a następnie przystąpił do pakowania przedmiotów ze swojego biurka.
– Co?!
– Jajco! Wyjebali mnie.
– Za co?
– Pewnie niedługo usłyszysz w wiadomościach – rzucił kąśliwie.
Miał rozpracowywać gang wykorzystujący kobiety. Tak przynajmniej mówili nam, tym mniej „zaawansowanym”, jak nas określał szef. Zawsze podawał Tony’ego jako wzór do naśladowania. Genialny glina, bystry umysł, zaciętość jak u owczarka niemieckiego. Co więc poszło nie tak? Zataił coś? Podłożył się, bo dotarli do jego rodziny? Wolał, żeby go wywalili, bo tak jest łatwiej, niż nadstawiać karku za marne siedemdziesiąt tysięcy na rok?
– W każdym razie… – Podszedł do mnie. – Ta sprawa jest od początku chujowo prowadzona. Zamordowana dziewczyna została znaleziona w jednym z domków nowo powstającej inwestycji Cypress. Według lokalsów kręcili się tam bezdomni, bo nikt tego nie pilnował. Ktoś z robotników natrafił na ciało. Nikt jej nie rozpoznał. Jeśli chcesz, zamknij sprawę jako nierozwiązaną. Gówno mnie to już obchodzi.
– Dlaczego mnie to dajesz?
– Tak kazał szef. Mickey dostanie gangi.
Zabolało. Mickey nie mógł się pochwalić doświadczeniem podobnym do mojego. Był też ode mnie młodszy. Przyszedł do nas jako żółtodziób, odbębnił godziny i nagle otrzymał tak ważną sprawę?
Spojrzałem na Tony’ego spod byka. Czy to znaczyło, że szef z nimi współpracował i to on się podkładał? Przekazywał sprawę osobie, która nie znalazłaby tekturki w środku papieru toaletowego, nawet gdyby rozwinął się cały i wystarczyłoby dojść do niej po rozciągniętej na ziemi srajtaśmie.
– Nara, stary, powodzenia – rzucił, kierując się do drzwi.
– Hej, może gdzieś wyjdziemy po robo…
Zaśmiał się.
– Mam ojca elektryka – zaczął. – Nawet nie wiesz, z jaką chęcią do niego dołączę i zapomnę o tej robocie, o was i całym tym gównie.
Uniosłem brwi. Nie powiedziałbym, że aż tak nienawidził tej pracy.
Patrzyłem, jak kolega, z którym siedziałem biurko w biurko od ośmiu lat, opuszcza budynek. Niedługo później do pokoju wszedł uśmiechnięty od ucha do ucha Mickey.
– Nie zgadniesz – odezwał się, zajmując swoje miejsce.
– Taaa, już wiem.
– Dostałem też awans.
– Gratulacje… kurwa. – Drugie słowo szepnąłem pod nosem.
Nawet jeśli usłyszał, miałem to głęboko w dupie. Mickey dostał tę ksywę, bo mimo młodego wieku miał zakola sięgające daleko za czoło. Przypominało to uszy słynnej myszki. Nie wiedziałem, czy ktoś mu kiedyś wytłumaczył, dlaczego go tak nazwaliśmy. Może tak, może nie. Nie miało to dla mnie znaczenia. Zdawał sobie za to sprawę z czegoś innego: że nie jest zbyt popularny w wydziale. Dziwnym zbiegiem okoliczności udawało mu się wszystko rozwiązać. Odszukać winnego, zidentyfikować zwłoki czy dokonać innego przełomowego odkrycia. On, młody i bez doświadczenia, miał lepsze wyniki niż my, starzy wyjadacze.
Otworzyłem ponownie teczkę i zerknąłem na zdjęcia ciała. Nie widać było żadnych ran. Nikt jej nie maltretował. Ot, sina skóra, niebieskie usta i zapadnięte oczy. Tożsamość oczywiście nieznana. Poza umieszczeniem krótkiej informacji, że nikt nie rozpoznał denatki po tym, jak upubliczniono jej wizerunek, nie za wiele zrobiono. Ciało znaleziono w połowie maja, a nas już dogonił wrzesień.
Zerknąłem na raport z autopsji. Śmierć w wyniku przedawkowania. Fentanyl. Gdzie tu więc morderstwo? Może Tony dostał tę sprawę jako potencjalne morderstwo, miał sprawdzić dowody i potwierdzić lub właśnie wykluczyć udział osób trzecich. Z protokołu badania sekcyjnego jasno wynikało – zresztą potwierdziło to stężenie narkotyku we krwi – że wzięła zanieczyszczone dragi i zmarła. Tu nie było podstaw do wszczynania postępowania.
Spojrzałem znowu na jej twarz. Rozłożyłem fotografie tak, aby obejrzeć ciało pod każdym kątem. Szukałem jakichś znaków szczególnych. Czegoś, co rodzina podałaby w opisie przy zgłoszeniu zaginięcia. Chociaż tyle mogłem zrobić: ustalić, kim była nieżyjąca, i przekazać jej najbliższym tę najtrudniejszą wiadomość.
Dziewczyna miała bliznę nad ustami, nieco z lewej strony. Musiała się kiedyś mocno skaleczyć albo… urodziła się z rozszczepem wargi i podniebienia. Szybko wklepałem odpowiednie hasło w Google’u. Tak, to zdecydowanie to. Warga szła lekko do góry jak na zdjęciach ludzi po operacji. Uśmiechnąłem się do siebie.
Odpaliłem komputer, żeby sprawdzić bazę osób zaginionych. W filtrach zaznaczyłem, że szukam kobiety, podałem na oko przedział wiekowy i wpisałem „blizna”. Okazało się, że wiele z nich miało jakieś urazy i znamiona. Dodałem hasło „zajęcza warga”. Nie wypluło ani jednego wyniku. Zastanawiałem się, czy właśnie na tym utknął Tony. Nie lubiłem brać spraw po kimś bez wprowadzenia w ustalenia poczynione przez poprzednią osobę.
Postanowiłem wypróbować jeszcze inną metodę. Wpisałem w Google’u, a następnie na Facebooku hasła: „zaginiona młoda kobieta”, „rozszczep wargi i podniebienia” i „blizna”. Klikałem po wynikach, żaden jednak nie prowadził mnie tam, gdzie chciałem – czyli do fotografii tej kobiety z lepszego okresu jej życia i do postu z prośbą bliskich o jakąkolwiek informację.
Wróciłem do zdjęć leżących na biurku. Przekładałem je coraz wolniej. Wypatrywałem czegoś, co mnie zatrzyma, lecz na próżno. Ułożyłem fotografie w stertę i ponownie je przejrzałem. Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Absolutnie nic nie zwracało mojej uwagi. Dziewczyna jak każda inna. Nie wyglądała na narkomankę, ale nie wszyscy, którzy biorą, są sponiewierani. Zgłaszanie osób ćpających w kiblu w Starbucksie podczas przerwy między spotkaniami w wieżowcu obok już nikogo nie dziwiło.
Nie dawała mi spokoju ta cisza po upublicznieniu jej wizerunku. Może denatka mieszkała sama, z dala od rodziny? Może bliscy nadal nie wiedzieli, że zaginęła? Prośba o identyfikację pojawiała się zawsze w mediach, ale niekoniecznie w krajowej czy światowej telewizji. Może dziewczyna przyjechała tu sama? Albo jej rodzina rzeczywiście odnotowała już brak kontaktu z jej strony, ale nie wiedziała, gdzie zgłosić zaginięcie? No bo do kogo by dzwonili z pytaniem o córkę, siostrę czy kogo tam? Do sąsiadów? O ile mieli numer. Mogli nawet nie znać adresu. Jak szukać kogoś, kto przyjeżdża solo do obcego kraju? To by usprawiedliwiało rodzinę. A co z sąsiadami? Musieli zauważyć, że nie wraca do domu. Ale przecież każdy żyje teraz swoim życiem. Mogli dojść do wniosku, że po prostu wyjechała lub poleciała do domu z wizytą. Vancouver słynie z tego, że ściąga singli do pracy w różnych branżach. Niektórzy szybko się tutaj odnajdują, budują kręgi znajomych, inni… cóż, wiodą życie samotników. Jeszcze inni ponoszą porażkę i wracają z podkulonym ogonem do domu. Równie dobrze to mogła być jej sytuacja – to by tłumaczyło brak zgłoszenia zarówno od rodziny, jak i od sąsiadów.
Tylko dlaczego zginęła? Narobiła sobie długów? Prędzej brała, bo pracowała dla jakiejś agencji. Wiele kobiet ucieka w narkotyki, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia związane ze sprzedawaniem własnego ciała. To z kolei podsunęło mi kolejną myśl. Mogła zaginąć już dawno, a ja głupio szukałem w ostatnich zgłoszeniach.
Zmieniłem widełki wiekowe i przesunąłem szacowaną datę zaginięcia.
Otrzymałem jeden wynik. Oczywiście to nie ona. Patrzyłem na zdjęcie kogoś, kto nie przeszedł operacji korygującej wadę – usta nadal rozdzielała wyraźna szpara. Już miałem się poddać, kiedy postanowiłem sprawdzić po raz ostatni. Może dała nogę z domu w młodości? Usunąłem oznaczenie wieku i datę zaginięcia. System wypluł mi kilka rekordów. Klikałem je kolejno. Nagle się zatrzymałem. Jedno zgłoszenie sprzed dziewiętnastu lat dotyczyło dziewczynki, która miała operację we wczesnym dzieciństwie. Zaginęła w wieku pięciu lat. Otworzyłem zdjęcie. Zrobiono je w szkole lub przedszkolu. Im dłużej patrzyłem, tym więcej podobieństw widziałem. To musiała być ona.
Nicole Boltman.
West Vancouver, wrzesień 2024 roku
Wstałam, gdy mąż brał prysznic. Założyłam szlafrok i przeszłam do pokoju syna. Harry niechętnie zwlókł się z łóżka. Miał zaledwie siedem lat i dopiero zaczął rok szkolny w nowym miejscu. Przeprowadziliśmy się tutaj z Londynu przed wakacjami. Teściowie – właściciele agencji nieruchomości – zmarli na początku maja wskutek wypadku samochodowego. Nasze ułożone, szczęśliwe życie uległo zmianie w mgnieniu oka. Nikogo nie interesowało, czy syn jest przywiązany do miejsca zamieszkania, czy ma przyjaciół albo czy cenimy nasze prace. Liczył się tylko rodzinny biznes, który ktoś musiał przejąć, a ponieważ jedyny brat męża od lat przebywał zamknięty w ośrodku, padło na nas.
Wobec tego oboje złożyliśmy wypowiedzenia i przylecieliśmy do Kanady. Po dość radykalnym remoncie wprowadziliśmy się do dawnego domu teściów. Jedyny pokój, jaki pozostał nietknięty, to gabinet teścia. Tam Jackson nie pozwolił nawet odświeżyć ścian. Rozumiałam go. Przez lata żył bez codziennego kontaktu z rodzicami, stracił ich oboje naraz i nie zdążył się z nimi pożegnać. Bardzo to przeżywał. Zmienił się. Obawiałam się tej zmiany, ale jeszcze bardziej obawiałam się dyskusji na ten temat. Wierzyłam, że kiedy oswoi się ze stratą, ze stanowiskiem CEO i z mieszkaniem w nowym kraju, wszystko wróci do normy.
W ciągu wakacji staliśmy się nowym państwem Delany. Richard i Victoria Delany odeszli – zastąpił ich zespół Jackson i Nika Delany. Nie podobało mi się to, że z dnia na dzień musiałam przejąć obowiązki teściowej. Podczas rozmów z mężem sugerowałam, że wolałam swoją ścieżkę kariery, coś, co mnie napędza do działania, ale nie chciał nawet słyszeć o moim zajmowaniu się czymkolwiek, czego nie robiła jego matka. Dostałam listę zadań, a potem w kółko słyszałam wypowiadane przez Jacksona słowa: „Rodzinny biznes wymaga poświęceń od całej rodziny!”.
I jak miałam na to reagować? Nie rozumiałam tej potrzeby poświęcania się. Jeszcze gdyby Jackson pracował dla teścia zdalnie, gdyby mu w czymkolwiek pomagał, gdyby siedział w tej branży od lat, zrozumiałabym to podejście, ale on tak nagle zapałał miłością do agencji. Owszem, teściowie wypracowali nazwisko, zyskali renomę, bo to do nich dzwonili milionerzy i miliarderzy chcący sprzedawać czy kupować nieruchomości, miałam jednak wrażenie, że to nie nasz biznes, nie nasza praca. Czułam, że zastępuję Vicky, i to w każdej dziedzinie. Otrzymałam nie tylko jej biuro czy komputer, lecz również sypialnię, kuchnię i samochód. Brakowało jedynie noszenia garderoby po teściowej… Swoją drogą, na strychu czekały na mnie kartony pełne jej ubrań. Chyba na wypadek, gdybym zmieniła zdanie i zapragnęła stać się Vicky w każdym aspekcie.
– Dzisiaj pracuję z domu! – krzyknął Jackson z sypialni, kiedy zobaczył mnie idącą z Harrym do kuchni.
Wypuściłam powietrze poirytowana. To kolejna rzecz, na którą przystałam, bo było mi żal męża. Firma teściów rozrosła się do tego stopnia, że miała dwa biura: jedno w centrum, drugie w West Vancouver. Z nieukrywaną chęcią wysyłał mnie przez zawsze zakorkowany Most Lions Gate do biurowca, a sam zostawał na North Shore.
Wiele razy żałowałam tej przeprowadzki. Między innymi z takich właśnie powodów: że zaraz po wylądowaniu tutaj zapadły decyzje, które zdawały się permanentne. Zgodziłam się na przejęcie placówki w centrum, bo widziałam, jak bardzo było potrzebne Jacksonowi przebywanie w domowym biurze po ojcu. To zapewniało mu z nim kontakt – przynajmniej tak sobie to tłumaczyłam, bo absolutnie nic nie było w stanie go wyciągnąć z tego pokoju. Najchętniej by tam spał.
Teraz, po czterech miesiącach, powinniśmy omówić ponownie układ, ale Jackson odprawiał mnie za każdym razem, gdy tylko próbowałam przekonać go do zmiany. Według niego każde z nas znalazło się na idealnym stanowisku, a on mi przecież pomagał. Chyba nie rozumiał, że oczekuję czegoś więcej niż te jego spontaniczne i sporadyczne wizyty w drugim biurze. Wypuszczał się do centrum jedynie na spotkania z klientami. Wówczas wchodził do firmy poważny i z surową miną, zajmował gabinet po ojcu, pracował tam przez jakiś czas, a potem wracał do West Vancouver. Zawsze zbyt zajęty, aby poświęcić komukolwiek choćby pięć minut swojego czasu. Odsyłał ludzi do mnie, twierdząc, że on skupia się na klientach dużego kalibru. Nie interesowało go, że nie mam doświadczenia i polegam na pracownikach teściów bardziej, niż oni mogą liczyć na mnie. Działałam po omacku i byłam z tym wszystkim sama.
W dodatku co rano w pośpiechu szykowałam do wyjścia siebie i Harry’ego, podczas gdy mąż zostający po tej samej stronie mostu, po której znajdowała się szkoła, nie mógł odwieźć własnego dziecka na lekcje. To dopiero pierwszy miesiąc szkoły, a ja już z wywieszonym językiem nie wyrabiałam na zakrętach.
Naszykowałam śniadanie dla syna, pomogłam mu się umyć i ubrać, a następnie wsiąść do samochodu. Biały Range Rover po teściowej nadal pachniał nowością. Wysokiej jakości skóra wyglądała, jakby dopiero wczoraj wyjechał z salonu. Przejęcie ich życia to dla nas znaczące podniesienie standardu, więc nie powinnam narzekać, prawda?
– Mamo – odezwał się Harry z tylnego siedzenia, kiedy ruszyliśmy.
– Tak?
– Czy pani mi pozwoli iść z Zachiem?
– Słucham? – Ściszyłam grającą w tle muzykę.
– Czy możemy iść razem?
– Do klasy?
– Nie, na wycieczkę – doprecyzował, a mnie olśniło, że to właśnie ten dzień, w którym mają odwiedzić lokalny market.
– Na pewno! Jeśli chcesz, mogę ją o to poprosić osobiście – zaoferowałam, co wywołało szeroki uśmiech na jego twarzy.
Od przyjechania do Vancouver oboje zmagaliśmy się z szukaniem przyjaciół. Dla mojego męża to był powrót w rodzinne strony, do miejsca, gdzie ukończył szkoły podstawową i średnią. Miał kolegów i rodzinę, pracownicy rodziców poznali go, zanim się wyprowadził. Dla Harry’ego i dla mnie oznaczało to konieczność budowania swojej sieci znajomych od nowa. Gdy w pierwszym tygodniu szkoły syn zaprzyjaźnił się z Zacharym, odetchnęłam. Nie mówił o nikim innym. Ciągle słyszałam, co Zach powiedział, co zrobił, co ma, czym się bawili i w co.
Ponieważ maluchy trzeba osobiście odprowadzać pod zewnętrzne drzwi sali, w której spędzają cały dzień, musiałam zaparkować i przejść z synem pod budynek. Czułam dziwny ucisk w brzuchu, bo Harry trzymał mnie kurczowo za rękę. Rozglądał się w poszukiwaniu kolegi. Tyle mówi się o tym, aby nie przywiązywać się tylko do jednej osoby, bo po jej utracie nie ma się alternatywy, dlatego namawiałam syna, aby bawił się także z pozostałymi uczniami. Raz zaprosił kogoś innego do domu, ale spotkał się z odmową. Bałam się o niego, bo ta jedyna przyjaźń mogła się niespodziewanie zakończyć, a wtedy Harry znajdzie się znów w punkcie wyjścia.
To moje martwienie się o niego potęgowały zaobserwowane już wcześniej zmiany, które w nim zaszły, a dokładnie to, jak bardzo wycofał się w nowym miejscu i jak przeżył przeprowadzkę. Co noc przez prawie miesiąc budził się z krzykiem. Zapytany o to, co mu się śniło, nie umiał odpowiedzieć. Pokazywał ściany, sufit, szukał czegoś dookoła. Nie miało to najmniejszego sensu, lecz jego strach był prawdziwy, więc musiałam coś zrobić. Tyle że ani światło, ani biały szum włączony na noc nie pomagały. Harry błagał o zabranie go na dół. Wolał spać na kanapie niż w swoim odnowionym, kolorowym pokoju.
Dla Jacksona zachowanie Harry’ego stawało się upierdliwe, jak to określił. Według niego dziecko powinno się przystosować do zmian samo, a ja trzęsąca się nad nim tylko mu przeszkadzałam.
Skoro uspokajał się na parterze i panicznie bał się piętra, zaproponowałam przeniesienie sypialni syna na dół – do pomieszczenia, które teściowie zaadaptowali na siłownię. Mąż się zgodził. Nie wiedział wtedy, że za tą zmianą kryje się jeszcze jedna i my też przeniesiemy się na dół. W pokoju, który służył za gościnny, znajdowała się niewielka szafa wnękowa. Wobec tego Jackson trzymał ubrania na piętrze i każdego ranka wchodził tam, aby przygotować się do pracy.
Harry trzymał moją rękę, dopóki nie podeszli do nas Zach i jego mama. Syn na widok kolegi puścił mnie i podbiegł do niego. Tamten, starszy i doświadczony, ustawił się w rządku pod ścianą, czekając na otwarcie drzwi. Rozmawiali z takim przejęciem, że aż się uśmiechnęłam.
– Dzień dobry – zwróciła się do mnie matka Zacha.
– Piękny dzień – powiedziałam pierwsze, co mi przyszło do głowy.
Słońce i dość przyjemna temperatura stanowiły niezły powód do rozpoczęcia rozmowy. Już się nauczyłam, że tutejszy klimat nie rozpieszcza zimą i męczy deszczem przez dobrych kilka miesięcy w roku, więc każdy chwali te ładniejsze dni.
– Och tak, oby to słońce zostało z nami jak najdłużej – odparła.
Z matkami czekającymi pod szkołą jest dość przewrotnie. Większość poznała się już podczas pierwszego roku, czyli zerówki. Stawały więc obok siebie i gawędziły. Nowe zaś czekały jak psy porzucone w schronisku, aż ktoś się nimi zainteresuje, podejdzie i zagada. Nie brakowało mi pewności w nawiązywaniu kontaktów, a jednocześnie nie wiedziałam, o czym mogłabym z nimi rozmawiać.
– Nie chcę iść! – odezwała się dziewczynka, a my popatrzyłyśmy w jej stronę.
– Lilly, dzisiaj jest wycieczka. Pójdziecie do Whole Foods, zobaczycie, jak się…
– Nie chcę iść! – naciskało dziecko, zalewając się łzami.
– Lilly, proszę…
– Proszę, proszę, proszę!
– Ależ…
– Obiecuję, że jutro pójdę, dzisiaj nie chcę. Proszę, proszę…
Kobieta zauważyła spojrzenia rodziców. Wyglądała na zakłopotaną. Chciałam do niej podejść i coś powiedzieć, ale co? Pocieszyć ją? Poradzić, że musi odstawić córkę niezależnie od tego, czy mała płacze, czy nie? Już dawno zrozumiałam, że dawanie rad matkom jest toksyczne. Niech każda robi tak, jak uważa.
– Dobrze – zgodziła się kobieta.
Chwyciła córkę za rękę i odeszły w tym samym kierunku, z którego przyszły. Zerknęłam na mojego syna. Nawet nie odnotował zajścia. Rozmowa z Zachiem tak go pochłonęła, jakby przebywali tutaj tylko we dwóch.
Rozbrzmiał dzwonek, więc drzwi się otworzyły. Dzieci wchodziły gęsiego do środka. Czekałam, aż Harry się obróci, pomacha mi, może prześle całusa. Zagadany zniknął w budynku.
– Miłego dnia, synku! – powiedziałam do siebie pod nosem.
– Mój też nawet nie pomachał – odparła matka Zachary’ego. – Czasami myślę, że to dobrze, bo są niezależni, a czasami ta matczyna część mnie chciałaby, aby podbiegł, uściskał mnie, pocałował.
– Rozumiem cię doskonale.
Na Moście Lions Gate ruch uliczny zamarł. Zwykle przesuwał się choć minimalnie. Wyjrzałam przez okno, ale z miejsca, w którym się znajdowałam, nie wiedziałam nic. Widok przesłaniały autobus na jednym pasie i półciężarówka na drugim. Szybko wpisałam w Google’u nazwę mostu i hasło „incydent”, a także datę. Otrzymałam w odpowiedzi post policji na platformie X informujący o zamknięciu pasa z powodu działań. Nic więcej. Od razu pomyślałam o samobójcy. Co takiego musiałoby się stać, aby w poniedziałek z samego rana ktoś postanowił odebrać sobie życie. Szukając potwierdzenia swojej teorii, sprawdziłam komentarze, ale niczego się nie dowiedziałam.
Sprawdziłam grupę dla matek na Facebooku – North Vancouver Moms. Te kobiety są lepsze niż agencja wywiadowcza. Wiedzą wszystko i o wiele szybciej dzielą się wiadomościami niż jakiekolwiek inne medium. Nie myliłam się. Najnowszy wpis dotyczył mostu.
Drogie mamusie, jeśli któraś z was planuje jechać gdzieś przez LGB, niech tego nie robi. Skoczek na moście. Wyłączone dwa pasy, korek na kilka godzin.
Druga dopisała:
To wypadek samochodowy, a dokładniej zderzenie czołowe. Mąż, który pracuje w policji, mówił, że jedna osoba jest w stanie krytycznym i próbują ją wyciągnąć z samochodu.
Kolejna:
Mój Boże! Co za tragedia. Będę się modlić o to, żeby nikt nie zginął. Wysyłam moc pozytywnych myśli.
Po dobrych dwudziestu, może trzydziestu minutach posunęliśmy się o trzy metry do przodu. Funkcjonariusze puszczali ruch wahadłowo, ale też go wstrzymywali, jeśli na miejsce miał dotrzeć następny wóz. Czekaliśmy bezczynnie. Niektórzy nawet wysiadali z samochodów, żeby popatrzeć na wodę, góry i Park Stanleya w tle. Widok był cudowny. Z każdą upływającą minutą robiło się coraz cieplej. Co ja bym dała, aby pójść nad ocean, wystawić twarz do słońca i delektować się otoczeniem, szumem fal i błogim lenistwem. Mieszkałam w takim zjawiskowym miejscu, a do tej pory nie mogłam się cieszyć jego pięknem. Zauważyłam, że już od jakiegoś czasu drzemie we mnie niepokój, i nie mogłam go strzepnąć jak brudu, który wgryzł się w materiał.
Powinnam otworzyć skrzynkę pocztową i sprawdzić maile, ale wróciłam na forum dla matek. Jeśli ta kobieta z mężem w policji dodała update, dowiem się, czy warto stać dalej w tym korku, czy spróbować zawrócić.
Wtedy zobaczyłam kolejny post. Ten miał już ponad pięćdziesiąt komentarzy.
Samochód wjechał w dzieci na Marine Drive. Z tego, co wiem, przechodziły przez pasy. Wycieczka szkolna szła…
Nie doczytałam do końca. Poczułam się tak, jakby ktoś wyssał całe powietrze z małej przestrzeni samochodu. Patrzyłam na ten tekst, trzęsłam się i nie wiedziałam, co zrobić… jak zareagować. Upuściłam telefon. To odcięcie od źródła informacji przeraziło mnie jeszcze bardziej. Drżącą dłonią pospiesznie podniosłam komórkę. Walczyłam z własnymi palcami, aby wybrać numer męża. Pierwsze połączenie odrzucił, drugie też. Dopiero za trzecim razem odebrał.
– Czego chcesz?! – warknął na mnie.
– Był wypadek… w szkole… samochód potrącił dzieci… – wydusiłam przez zaciśnięte gardło.
– I?
– Jak to: i? Harry ma dzisiaj wycieczkę… Miał iść do Whole Foods… Pewnie przechodzili przez Marine… Jezu… – Zaczęłam mimowolnie płakać.
– Zadzwoń do szkoły. Może to nie jego klasa – poradził Jackson spokojnie.
Nim cokolwiek powiedziałam, rozłączył się. Próbowałam znaleźć numer do szkoły, ale nagle nie potrafiłam. Czy ja go zapisałam? Chyba nie. Do tej pory nie miałam potrzeby kontaktowania się z nimi przez telefon, ale może to ten numer, który podali do zgłaszania nieobecności? Nie, to nie ten – nieobecność zgłasza się na automatyczną sekretarkę. Weszłam na stronę szkoły, następnie z trudem kliknęłam zakładkę Kontakt. Zobaczyłam numer i się ucieszyłam, nie umiałam go jednak skopiować. Ciągle gubiłam jedną cyfrę z przodu lub z tyłu. W końcu się udało. Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Pip. Pip. Pip. Numer zajęty. Niezależnie od tego, ile razy próbowałam się połączyć, linia nie odpowiadała. Musiałam tam jechać!
Gdybym znajdowała się na środkowym pasie, mogłabym skorzystać z przeciwnego. Ruch z centrum w stronę North Shore ograniczał się do pojedynczych aut puszczanych przez policję co jakiś czas.
Starałam się wycofać, ale kierowca za mną zatrąbił. Wysiadłam i do niego podeszłam. Na początku sądził, że jestem wściekłą Karen, która będzie mu prawiła moralizatorskie kazania.
– Przepraszam. – Zapukałam w szybę. Jak mogłam się spodziewać, nie uchylił jej. Nie zniechęcało mnie to jednak. Podniosłam głos, żeby mnie usłyszał. – Na Marine Drive był wypadek! Samochód wjechał w dzieci na pasach, mój syn miał iść na wycieczkę! Ja… ja muszę stąd wyjechać…
Szyba poszła w dół.
– Która szkoła? – zapytał mężczyzna zapewne zmartwiony losem własnego dziecka.
– Nie napisali dokładnie która, ale mój syn miał iść dzisiaj na wycieczkę do Whole Foods z uczniami pierwszej klasy.
– Moje są starsze. W liceum – odparł. – Ale zaraz cofnę, zrobię tyle miejsca, ile się da. Może powinnaś zagadać do…
Nie musiał kończyć. Pobiegłam do kolejnego samochodu. Ludzie szybko zrozumieli, co się dzieje, i zaczęli robić mi miejsce. Po kilku minutach udało mi się wycofać Range Roverem i zawrócić. Wcisnęłam gaz i popędziłam w stronę Marine Drive.
Drżałam. Czułam, jak się pocę. Jak zrosiła mi się skóra nad wargą i na karku.
Szkoła Harry’ego znajdowała się na skrzyżowaniu z Trzynastą, więc daleko nie musiałam jechać, korek jednak zablokował mnie już koło Taylor Way. Tych kilka miesięcy mieszkania na North Shore w połączeniu z pracą agentki nieruchomości pozwoliło mi się nauczyć poruszać po okolicy, znałam więc skróty. Najpierw skręciłam w Taylor Way, potem w Andersen Way i przedzierałam się lokalnymi uliczkami do szkoły. Nie potrafiłam powiedzieć, jak pokonałam tę drogę. Nie rejestrowałam, co się dookoła mnie dzieje. Nie pamiętałam żadnego mijanego znaku ani innych samochodów obok.
Jechałam Trzynastą, aż dojechałam do kolejnego zatoru. Tam ruch stanął na dobre. Wobec tego zostawiłam SUV-a przytulonego do krawężnika, chwyciłam telefon i ruszyłam w dół. Z racji sporego nachylenia Trzynastej do oceanu bałam się wywrotki. Zatrzymałam się, zdjęłam szpilki i pobiegłam dalej na boso. Nie czułam bólu. Jedyne, co mnie teraz wypełniło po brzegi, to strach o dziecko. Liczył się tylko Harry.
Zdyszana dotarłam do skrzyżowania. Zastałam liczne wozy strażackie, kilka karetek i bardzo dużo aut policyjnych. Cała ulica została zablokowana. Dopiero po chwili zobaczyłam plamy krwi na asfalcie i dzieci zebrane pod wiatą przystankową.
Zachłysnęłam się powietrzem.
– Mamo! – usłyszałam i mimowolnie się popłakałam.
Łzy leciały mi ciurkiem, gdy pędziłam do synka. Nie zauważyłam, kiedy wypuściłam z rąk pantofle. Dobrze, że włożyłam telefon do kieszeni marynarki, bo i jego bym zgubiła. Dopadłam do Harry’ego i go przytuliłam. Policjant chciał nas rozdzielić, ale widząc naszą czułość, polecił nam przejść na przystanek. Ulicą nic nie jechało. Rozumiałam, że poprosił mnie o to, abym nie zablokowała trasy któremuś z pojazdów służb ratunkowych.
– Nic ci nie jest? – Postawiłam Harry’ego na ziemi, kucnęłam i obejrzałam z każdej strony. Choć nie powinnam tak myśleć, to byłam wdzięczna, że akurat mojemu dziecku nic się nie stało.
– Zach… – zaczął Harry, wtulając się we mnie.
– Co z nim… – Nie dokończyłam, bo usłyszałam, że ktoś mnie woła. Obróciłam się w kierunku głosu. – Tak?
– Dzień dobry, pani Delany – przywitała się nauczycielka i czule dotknęła dłonią pleców Harry’ego. – Jestem pewna, że jutro będzie w szkole psycholog – dodała. Ściągnęłam brwi, nie wiedząc, do czego zmierza. – Radziłabym się powstrzymać od rozmów teraz. Nie przy dzieciach.
Wskazała ręką wystraszone maluchy. Część z nich nadal płakała, część pociągała nosami. Reszta uczniów stała tak apatycznie, jakby byli puści w środku. Te zazwyczaj roześmiane i rozgadane dzieciaki były przerażone.
Wstałam, żeby się z nią zrównać.
– Rozumiem. Zabiorę syna do domu.
– Nie może pani.
– Słucham?
– Protokół jest taki, że musimy wrócić do szkoły. Razem. Jako grupa.
Chwyciłam Harry’ego za rękę tak, jakby kobieta zamierzała nas rozdzielić. Instynkt zrobił swoje.
– A czy protokół pozwala pani przechodzić przez ulicę bez upewnienia się co do ruchu?
Nie powinnam tego mówić, ale złość we mnie kipiała.
Nauczycielka patrzyła na mnie z uchylonymi ustami. Nie potrafiła zareagować.
– Pani nie może go zabrać.
– Mogę i to zrobię. To moje dziecko.
– Pani nie rozumie, jakie są…
– Może pani na mnie złożyć skargę do samego króla. Mam to w nosie. Zabieram swoje dziecko. Jeśli będzie trzeba, zabiorę go też z tej szkoły!
Być może to nie jej wina, lecz nie umiałam wyłączyć tego strachu, który za mnie decydował. Wypowiadałam słowa raniące niczym ostry nóż, bo nie mogłam w żaden sposób powstrzymać tej tragedii.
– Nie pozwolę pani na to, bo jestem odpowiedzialna za dzieci – upierała się kobieta.
– Odpowiedzialna? – prychnęłam. – Jeśli już, to nieodpowiedzialna. To chyba chciała pani powiedzieć: że nie nadaje się do tej pracy – podsumowałam, raniąc ją jeszcze bardziej.
– Pani Delany, to zupełnie… – wtrąciła kolejna nauczycielka.
Zerknęłam na nią, na jej bladą twarz. One nie chciały źle. Robiły, co im kazano. To nie ich wina, że nie współgrało to z tym, co zamierzałam.
Wzięłam głęboki oddech.
– Zabieram dziecko – oświadczyłam.
Mimo wąskiej spódnicy ruszyłam szybkim krokiem. Nie oglądałam się za siebie. Nie czekałam na ich reakcję. Przecież mnie nie zatrzymają, nie wyrwą też malutkiej rączki synka z mojej. Szarpanie się w trakcie kłótni o dziecko to tylko niepotrzebny stres. Muszą ustąpić, nie mają wyjścia, bo ja na pewno nie zostawię tu Harry’ego. Poza patrzeniem na scenę wypadku nic innego go tu nie czekało.
Sama zerknęłam w bok, mijając parawany. Byłam wyższa niż dzieci, więc mogłam zobaczyć więcej. Do tej pory nie patrzyłam w tamtą stronę, teraz żałowałam, że to zrobiłam.
Zauważyłam coś małego leżącego pod przykryciem na asfalcie. Szybko do mnie dotarło, że to ciało któregoś dziecka. Dziecka, które rano przyszło do szkoły, które cieszyło się z wycieczki, z życia. Boże drogi, jak dobrze, że to nie mój syn! Ścisnęłam jego cieplutką dłoń. Harry jest cały i zdrowy!
Zaraz przepełniły mnie wyrzuty sumienia z powodu tej radości i wdzięczności. Któraś z matek dostanie druzgocący telefon, po którym jej świat legnie w gruzach.
Szliśmy do samochodu, a ja nie wiedziałam, od czego zacząć rozmowę. Miałam pustkę w głowie. Zdałam sobie sprawę, że nie zadzwoniłam do Jacksona. Gdyby to on dotarł na miejsce jako pierwszy i nie powiadomił mnie, co zastał, byłabym wściekła.
– Musimy zadzwonić do taty – oznajmiłam, a syn jedynie skinął głową. – Chcesz jechać coś zjeść? Nie wiem… na lody?
Zaprzeczył.
– Chcę do domu.
– Dobrze.
Wyciągnęłam z kieszeni marynarki telefon. Nie miałam ani jednego nieodebranego połączenia od męża. Czyżby był aż takim twardzielem, który potrafi cierpliwie czekać na informację? Na jego miejscu próbowałabym już naście razy się do niego dobić.
– Hej – odezwałam się spokojnie. – Dzwonię, żeby powiedzieć, że mam Harry’ego ze sobą. Wracamy do domu.
– Mówiłem, że to nie on – odparł, a we mnie się zagotowało.
– Jego klasa, wiesz? Jedno dziecko… – Zerknęłam na syna. Postanowiłam przy nim nie mówić o ciele leżącym pod przykryciem. – Klasa Harry’ego szła i na skrzyżowaniu… ale… Zresztą nieważne. Najważniejsze, że jemu nic nie jest.
– To dobrze, a teraz muszę kończyć. Mam spotkanie w sprawie…
Z taką złością wcisnęłam czerwoną słuchawkę, że urządzenie zatrzeszczało mi w rękach. Miałam ochotę rozszarpać Jacksona. Na początku myślałam, że to śmierć teściów go zmieniła. Wyłączyła w nim empatię. Myliłam się. To ta praca. Gonienie za pieniędzmi. Bycie częścią śmietanki towarzyskiej. Obracanie się wśród ludzi, którzy traktują manipulację i podłość jak dyscypliny sportowe. Są tak pochłonięci sobą, że cały świat staje się dla nich tłem. To przeszło na Jacksona jak zaraza. Rodzina stała się dla niego dodatkiem. Zabierał nas na imprezy do klubów, aby nas pokazać niczym psy wystawowe. Lunche, bale. Życie towarzyskie miało dla niego największe znaczenie. Nie zliczę, ile razy namawiał mnie na jeżdżenie do country clubu, żebym poznała inne liczące się kobiety. Marzył o wtopieniu się w to środowisko. O DOSŁOWNYM zastąpieniu rodziców i prowadzeniu ich stylu życia. Mieliśmy zupełnie zapomnieć o tym, kim byliśmy w Londynie.
Wsiadłam do samochodu boso i zerknęłam w lusterko wsteczne na syna.
– Jak się czujesz?
– Dobrze – odparł.
– Chcesz pogadać?
Pokręcił głową. Zapewne nadal był w szoku. To naturalne.
Zaczęłam mu mówić o smutku, o uczuciach, jakie mogą mu towarzyszyć. O strachu, o tym, że to był wypadek. Słuchał, choć nie potrafiłam określić, ile z tego brał do siebie. Jego wiek usprawiedliwiał brak zaangażowania w rozmowę i niezrozumienie sytuacji. Czy widział dziecko pod przykryciem? Czy wiedział, kto tam leżał? Czy też przeoczył moment uderzenia? Chciałam go o to zapytać, ale czy to nie byłoby odnawianiem traumy?
Dojechaliśmy do domu. Zaraz po przekroczeniu progu słyszałam męża krzyczącego na kogoś przez telefon. Ze strzępków rozmowy wynikało, że kogoś wręcz obraża, nazywa skończonym idiotą. Trzasnęłam drzwiami, by zasygnalizować powrót z dzieckiem do domu. Podziałało, bo zapadła cisza. Po chwili Jackson wyłonił się z gabinetu.
– Sorry, miałem koszmarny poranek – stwierdził.
– Rozumiem – odparłam, choć nic nie mogło konkurować z porankiem naszego syna.
– Potrzebujesz czegoś ode mnie czy mogę wrócić do pracy?
Wskazałam dłonią na Harry’ego. Właśnie usiadł na kanapie i sięgnął po pilota do telewizora.
Jackson spojrzał na mnie i zapytał bezgłośnie: „No co?”. Westchnęłam. Podeszłam do niego.
– To tylko praca, a Harry dzisiaj widział wypadek – wyjaśniłam szeptem.
– To weź specjalistę, niech mu to poukłada w głowie.
– Ale…
– Ja nie wiem, co powiedzieć – odparł. – Mam mu złożyć kondolencje?
– Przytulić – podsunęłam. – Zapewnić go, że jest bezpieczny. Nie wiem… cokolwiek…
– Wiesz, że ja tak nie umiem, nie jestem taki wylewny.
Doskonale o tym wiedziałam. Nasze małżeństwo nauczyło mnie samotności we dwoje. Na początku bawiły mnie pytania, czy mnie kocha, i jego odpowiedzi, że tak. Pytania, czy mu się podobam, co myśli. Pytania, czy jest szczęśliwy. Uważałam go za małomównego. Takiego, który wszystko czuje i myśli, ale nie umie tego zwerbalizować. Ba – tłumaczyłam sobie to skąpstwo uczuciowe wynikiem wychowania, jakie otrzymał. Mówił, że rodzice zajmowali się biznesem lub jego chorym bratem, a jemu każdego dnia towarzyszyły tylko służące. Gdy go poznałam, naiwnie wierzyłam, że wydobędę z niego miłość, pomogę mu nauczyć się ją okazywać. Niestety, nie udało mi się. Kolejną nadzieję widziałam w narodzinach dziecka, lecz nawet uroczy, piękny Harry niczego w nim nie obudził. Jackson od początku naszej znajomości był jak sopel, który ani trochę nie stopniał. Teraz przez pracę pokrył się jeszcze grubszą warstwą lodu. Miałam wrażenie, że tracę go z każdym dniem bardziej.
Z piętra, którego nie używaliśmy, zeszła sprzątaczka.
– O – wydobyło się z jej ust na nasz widok. – Mam wrócić później? – zapytała, trzymając w jednej dłoni rurę, a w drugiej odkurzacz.
Popatrzyłam na Jacksona, żeby zapytać, czy dać jej dzisiaj wolne, ale jego już nie było. Zmył się.
– Proszę się nami nie przejmować i dokończyć pracę – poleciłam jej i usiadłam obok syna. Przytuliłam go.
Wieczorem, po położeniu Harry’ego spać, weszłam do sypialni. Jackson, choć już leżał w łóżku, trzymał w dłoniach jakieś papiery. Od przeprowadzki do Vancouver zmienił nawyki. Kładł się wcześniej, wstawał skoro świt, żeby poćwiczyć w domowej siłowni wciśniętej w róg garażu, następnie biegł do parku i wracał, dopiero gdy ja i Harry się budziliśmy.
Spojrzałam na niego. Nie odnotował mojego wejścia do pokoju. Nie zapytał o stan syna, o to, czy nadal przeżywa wypadek. Tak jakby nie interesowało go nic innego niż ta pieprzona firma. Mogłabym się z nim pokłócić, a nawet zrobić mu awanturę, zrozumiałam jednak, że sprzeczają się tylko ludzie, którym na czymś albo na kimś zależy. Westchnęłam. Usiadłam obok niego.
– Jackson.
– Hmm? – mruknął, nie odrywając wzroku od dokumentów.
– Chciałabym od ciebie większego zaangażowania.
– W co?
– Jak to: w co? W rodzinę.
– Przecież jestem zaangażowany. To dla was pracuję.
– Emocjonalnego zaangażowania – sprecyzowałam.
– Jesteśmy w nowym miejscu, nie masz koleżanek, rozumiem to, ale ja ci nie zapewnię babskich rozmów. Mogę z tobą pogadać o biznesie, powiedzieć ci, jakie mam plany.
Milczałam.
– Niejedna kobieta byłaby wdzięczna za takie życie – wypalił.
– I co to ma znaczyć?
– Masz ekstra życie, dom, samochód. Masz rodzinę, wszystko, czego zapragniesz, a chodzisz naburmuszona. Ja wiem, że nie chciałaś tu przyjeżdżać, ale choć raz zrób coś dla mnie. – Powiedział to tak, jakbym wymagała od niego nie wiadomo jakiego poświęcenia.
– Ciągle robię coś dla ciebie.
– Tak? – Uśmiechnął się i odłożył kartki na bok. – Kogo chcesz oszukać: mnie czy siebie?
– Nie wiem, o czym mówisz.
– A ja myślę, że wiesz – ciągnął. – Potrafisz grać. I to doskonale.
Nowe spektakle są grane przez cały weekend. Sala każdego dnia jest wypełniona po brzegi, a bilety – wyprzedane na długo przed występem. I choć premiera odbywa się przeważnie w piątek, to dopiero w niedzielę możemy zaprosić nasze rodziny. Zazwyczaj otrzymujemy najgorsze miejsca, gdzieś z tyłu, gdzie możemy ulokować bliskich, żeby coś widzieli, ale nie zajmowali najdroższych siedzeń. W moim przypadku zawsze jest tak samo, bo nie dostaję wystarczająco dużo zaproszeń, aby starczyło dla wszystkich członków naszej licznej familii. Ktoś musi rezygnować, ktoś inny płaci, jeszcze inny czeka na koniec sezonu, kiedy jest szansa na tańsze bilety bliżej sceny. W każdym razie to bolączka większości artystów w naszym teatrze. Poza jedną osobą. Cass. Ona regularnie prosi tylko o jeden bilet – dla chłopaka. Jakiś czas temu był to niesamowicie przystojny mężczyzna, który wyglądał tak, jakby przyjechał prosto ze spotkania najważniejszych bankierów na świecie. Później zerwali. Całkiem niedawno pojawił się kolejny. W trakcie dwóch lat grania w teatrze ta niezwykle urodziwa kobieta wydawała się stała w uczuciach. Koledzy z teatru tak ją adorowali, jakby to była szkoła średnia. Flirtowali z nią, prawili jej komplementy, pomagali z kostiumami, a ona konsekwentnie trzymała ich na dystans. Odbierałam to jako prztyczek w nos, bo z pewnością miała się za lepszą. Oni zaś wcale tego nie widzieli. Przeciwnie – chwalili ją za lojalność. W ogóle, ale to w ogóle nie dopatrywali się niczego złego. Zresztą Cass dla wszystkich była jak święta, cokolwiek zrobiła. Mogłaby nasrać na środku garderoby, a jej kał zostałby okrzyknięty dziełem sztuki. Jeszcze by sobie selfiki z nim robili.
Podejrzewałam, że pracuje w teatrze dzięki znajomościom. Albo miała jakiegoś ważniaka w rodzinie, albo… przespała się z jakimś decydentem. Na pewno nie dostałaby angażu, gdyby oceniano ją na podstawie umiejętności. Szukałam więc potwierdzenia swoich domysłów. W sumie nie wiedziałam dlaczego. Może chciałam poczuć ulgę, że osiągnęła coś oszustwem? Może potrzebowałam czegoś, co mogłoby ją zdemaskować? Niemożliwe, aby nikogo – poza mną oczywiście – nie szokowała jej obecność tutaj.
Po niedzielnym spektaklu zaprosiliśmy bliskich za kulisy. To taki moment, kiedy możemy im nieco przybliżyć swoją pasję. Pokazujemy im kostiumy, peruki, nasze miejsca. Te wizyty z reguły są szybkie, bo wbrew pozorom w garderobach nie ma zbyt dużo miejsca. Nie na tyle osób. Każdego z nas jednak przepełnia radość, gdy może się dzielić swoim szczęściem z rodziną. Zresztą w tym teatrze wszyscy jesteśmy jak jedna wielka rodzina.
Dzisiaj jak zwykle mieliśmy świętować całą grupą kolejną udaną premierę. To nic zobowiązującego – ot, wyjście do baru na piwo i przekąski. Każdy płacił za siebie. Nasze rodziny mogły dołączyć, jeśli tylko miały ochotę.
Jak można było przewidzieć, tylko jedna osoba wykręcała się pod pretekstem jakichś zobowiązań. Cass. Jeszcze ani razu z nami nie poszła. Poprzedni chłopak często wyjeżdżał i kiedy już był w mieście, spędzała z nim jak najwięcej czasu. Jej obecny partner nie lubił spędów. Był przebodźcowany i przepracowany w swojej nie wiadomo jakiej pracy na wysokim stanowisku. Zawiłe wyjaśnienia Cassandry co do jego zawodu sugerowały coś tajnego, co z pewnością nie było prawdą. Wszystko, co dotyczyło tej dziewczyny, działało mi na nerwy. Zwłaszcza gdy mój brat zaczął się do niej uśmiechać i komplementować ją jako wyjątkowo utalentowaną. To jej dał czekoladki, które przyniósł dla mnie! Miałam ochotę go palnąć w ten pusty łeb za takie zachowanie, ale oczywiście musiałam się powstrzymać. Od dwóch lat się powstrzymywałam.
Miarka się przebrała, kiedy do Briana dołączył tata. Obaj stali przed Cass jak przed cudem świata i ją podziwiali. Widziałam w ich oczach pożądanie. To oczywiście zasługa złotego gorsetu eksponującego jej piersi. Takie nie za małe i nie za duże. Idealne. Tak, to słowo opisywało ją w najbardziej adekwatny sposób. Skórę też miała idealną. Nie za jasną i nie za ciemną, zdającą się mienić. Ech…
– Idziemy? – zwróciłam się do mojej rodziny.
– Tak, tak – potwierdził tata. – Mama obiecała przygotować uroczysty obiad, mówiłem już?
– Jeszcze nie, ale to musi być coś pysznego, bo ślinisz się na samą myśl – odparłam.
Brian się zaśmiał, tata jednak nie załapał żartu.
Przeprosiłam grupę, że nie pójdę dzisiaj do klubu, i wyszłam. Musieliśmy pokonać kawałek drogi pieszo, bo tata nie uznawał płacenia za parking tuż przy budynku podczas eventów, kiedy organizatorzy celowo windują stawki. Według niego to podła taktyka, aby zarobić na lenistwie ludzi, którym nie chce się przespacerować. Dla zdrowotności parkował dalej, w tańszym miejscu i przekonywał nas, że ruch zaostrza apetyt.
– Cass to piękna kobieta – zaczął, a ja przewróciłam oczami.
– Coś z nią jest nie tak – powiedziałam.
– Tak, a co? – zainteresował się Brian.
– Nie wiem. Jest dziwna. Skryta.
– Taka powinna być kobieta. Teraz dziewczęta myślą, że to takie fajne być frywolną. Sypiać z kim popadnie. Pokazywać swoje nagie ciało i nazywać to wolnością – skrytykował odważnie tata.
– Nie o to chodzi – sprzeciwiłam się.
– Bo wasze pokolenie źle używa tego terminu. Nazywa seksualność wolnością.
Westchnęłam.
– A co ci się w niej nie podoba? – ciągnął Brian.
– Nie ma talentu – powiedziałam w końcu na głos.
– Eeee. – Tata machnął ręką. – Ma go aż nadto.
– Ma urodę, temu nie przeczę, ale uroda to nie jest umiejętność ceniona w teatrze muzycznym.
– Uroda jest jak kostium – obstawał przy swoim ojciec. – Z takim ciałem daleko zajdzie.
– Tam, gdzie ją dopchają – dodałam, a Brian ponownie wybuchnął śmiechem.
– Nie wiem, co ci tak wesoło – skomentował tata.
– Abby jest zazdrosna – stwierdził brat.
– O Jezu, z wami to tak zawsze – oburzyłam się. – Tu nie chodzi o zazdrość.
– To o co? – zapytał Brian poważnie.
– O to, że ja chodziłam do szkół, na muzykę, na prywatne zajęcia, na balet, na to, na tamto. Lata nauki. Godziny praktyk. Szlifowanie śpiewu.
– No i przegrałaś z laską, która ma zajebiste ciało – podsumował. – To wcale a wcale nie jest zazdrość.
– Ty jak się na coś uprzesz. Wam też widzę odebrało zdolność logicznego myślenia. Owszem, Cass cieszy oko, ale nie umie śpiewać.
– Gdyby w teatrze chodziło o sam śpiew, to byście stali pod sceną jak orkiestra – zauważył tata.
Zamknął mi usta tym stwierdzeniem. Miał rację.
– Ty też miałaś świetną rolę i super ją zagrałaś – dodał.
– Dzięki – odezwałam się ze skwaszoną miną.
– Nie zazdrość jej. To niezdrowe dla głowy – pouczył mnie, jakby miał jakiekolwiek pojęcie o psychologii. – Jesteś Abigail McMillan, kobieta wykształcona, z wystarczającą urodą, z talentem muzycznym i z kulturą. Powinnaś być pewna siebie i nie zazdrościć.
– Powiem ci to samo, jak przyjedziesz z połowów.
Brian parsknął śmiechem.
Ojciec od lat dzielił łódź ze znajomym ze szkoły średniej. Nasz dom miał za wąski i zbyt krótki podjazd, żeby trzymać na nim łódkę, wobec tego tata dogadał się z kolegą i zamiast mu płacić za postój, jeżdżą razem na kraby do Deep Cove. Czasami złowią też ryby, ale Ted jest lepszy i łapie więcej z użyciem praktycznie tych samych pułapek. Tata regularnie na niego klnie i oskarża go o nieczyste zagrania: smarowanie klatki zanętami i inne takie.
– Ale Cass nie oszukuje jak Ted – odparł z przekonaniem.
– Udowodnię ci, że coś ukrywa.
– Jak każdy – rzucił Brian.
– A ty co niby ukrywasz? – zainteresował się tata.
– Jeśli ci powiem, to już nie będzie tajemnica – stwierdził zadowolony z siebie brat.
– A właśnie, Brian, może ty byś mi pomógł?
– Ja? Ale jak?
– Poszedłbyś z nią na randkę czy gdzieś, żeby ją podejść i rozpracować.
– Nie wierzę – wtrącił tata, ale zanim dokończył, odezwałam się rozbawiona:
– Wiem, że Brian nie należy do wybitnych lovelasów, ale jeśli ty, jako ekspert w tej dziedzinie, dasz mu kilka dobrych rad, to mu się uda.
Brian śmiał się w najlepsze.
– Wstyd mi za was – oburzył się ojciec. – A ty… – Wycelował we mnie palec. – Skończ z tą zazdrością. Dlaczego skupiasz się na kimś innym, a nie na sobie? Ta rywalizacja, ta… nie wiem… to twoje niezadowolenie z tego, co masz…
Doszliśmy do samochodu.
– Shotgun!* – krzyknął Brian, zajmując fotel pasażera z przodu.
Wgramoliłam się na tył, a tata usiadł za kierownicą.
– Jeśli Cass chce coś ukryć, pozwólcie jej na to – powiedział, włączając się do ruchu. – Musi mieć jakiś powód, a wy powinniście to uszanować. Słyszysz, Abby? – Spojrzał w lusterko wsteczne.
– Tato, to tylko żarty – wytłumaczył Brian. – Abby sobie robi jaja, a ty to łykasz jak pelikan.
Sęk w tym, że ja nie żartowałam. Z pomocą brata lub bez niej dowiem się, co zataja ta uwielbiana przez wszystkich marna aktoreczka.
*Shotgun (ang.) – strzelba. Wypowiedzenie tego słowa oznacza w Stanach zaklepanie sobie miejsca obok kierowcy (wszystkie przypisy pochodzą od redakcji).
Otworzyłem zgłoszenie zaginięcia pięcioletniej Nicole Boltman. Według informacji dziewczynka zniknęła z placu zabaw podczas zajęć w szkole. Nauczycielka miała zebrać dzieci po przerwie, ustawić je w pary i dopiero wtedy zauważyła nieobecność jednego podopiecznego. Szybko się zorientowała, kogo brakuje. Wezwała pomoc z sekretariatu i wspólnie z kadrą szukali. Mimo nawoływań, przeczesania placówki i terenu dookoła nie trafiono na żaden ślad. Powiadomiono służby po ponad godzinie poszukiwań, rodzice zostali wezwani do szkoły chwilę potem. Dziecka nigdy nie znaleziono. Od tamtej pory minęło dziewiętnaście lat.
Zerknąłem na adres szkoły, następnie na dane kontaktowe rodziców. Zanim jednak wykonałem telefon, połączyłem się z kostnicą, żeby potwierdzić, że nadal mają ciało i mogą wykonać testy genetyczne. Oczywiście wkurzyłem ich tym, że nie zwalniałem zwłok do spalenia. Uzyskałem potwierdzenie i się rozłączyłem.
Wybrałem numer rodziców. Po tylu latach mogli się przeprowadzić albo zrezygnować z telefonu stacjonarnego, ale znałem ludzi, którzy bardzo wierzyli, że ich dziecko kiedyś zadzwoni, i nie mieli odwagi zlikwidować numeru. Wyobrażali sobie moment, w którym ich pociecha znajdująca się gdzieś daleko przypomina sobie tę kombinację liczb i dzwoni do domu.
– Halo? – rozbrzmiał w słuchawce cichy głos kobiety.
– Dzień dobry, czy pani Boltman?
– Tak, przy telefonie.
– Peter Varies, wydział kryminalny policji w West Vancouver.
– Policja? – powtórzyła.
– Przepraszam, że panią niepokoję. Chodzi o… – przerwałem na chwilę. W przekazywaniu takich wiadomości niezwykle ważne są odpowiednie dobranie słów, rzeczowość i klarowny komunikat.
– Chodzi o moją córkę? – zapytała bez pewności w tonie.
– Tak, znaleźliśmy ciało – przyznałem od razu. – To dorosła kobieta, która przeszła operację na rozszczep wargi i podniebienia. Użyłem tego hasła do przeszukania danych osób zaginionych i w ten sposób trafiłem na zgłoszenie o zaginięciu pani córki, która również miała skorygowaną operacyjnie zajęczą wargę. To może nic nie znaczyć, ale to dość charakterystyczny znak szczególny. Jeśli dobrze liczę, Nicole miałaby dzisiaj dwadzieścia cztery lata. Wieku tej kobiety nie jesteśmy w stanie dokładnie określić, ale jest młoda. Chciałbym, o ile pani pozwoli, wykonać testy genetyczne.
– Ciało…
– Tak. Niestety ta kobieta nie żyje. Próbujemy ustalić jej tożsamość. Dać jej rodzinie odpowiedź.
– Rozumiem. Co mam zrobić?
– Pojadę do pani po próbkę DNA ze śliny.
– Dobrze – zgodziła się natychmiast. – A czy ja mogę ją zobaczyć?
Zawahałem się.
– A nie wolałaby pani poczekać na wynik testu? Jeśli to nie pani córka, niepotrzebnie…
– Chciałabym wiedzieć od razu.
– W sensie teraz?
– Tak. Nie widzę powodu, żeby to odwlekać…
– Jeśli ma pani takie życzenie, proszę przygotować coś do pisania, podam adres. Spotkamy się na miejscu, dobrze?
– Tak. Wyjedziemy jak najszybciej.
Jej zachowanie mnie nie dziwiło. Tyle lat czekała na powrót córki. Z jednej strony mogłem stać się dla tych ludzi bohaterem, a z drugiej – istniało ryzyko, że zranię ich jeszcze bardziej. Co jeśli to nie ta sama osoba?
Zamknąłem komputer i ruszyłem do wyjścia.
– Już do domu? – zapytał Mickey.
– Nie, skąd. Identyfikacja w kostnicy.
– Rodzina będzie oglądała ciało?
– Tak.
– Tej znalezionej na budowie?
Zmarszczyłem czoło. Co go to obchodziło, skoro to nie on dostał tę sprawę? Wkurwiał mnie tym ciągłym interesowaniem się pracą każdego z nas. Jakby prowadził pieprzoną ewidencję.
– A co, masz jakiś trop?
– Nie, tylko mnie dziwi, że mówią o tym w kontekście morderstwa. Przecież to przedawkowanie jak w mordę strzelił.
– Tak? – Zatrzymałem się. – Skąd to niby wiesz?
– Bo jak początkowo dali tę sprawę Tony’emu, mówili, że to może któraś z kobiet wykorzystywana do seksu, ale nie dało się jej nijak powiązać z gangiem i handlem kobietami.
Zacisnąłem zęby. To ten dupek tyle wiedział, a ja nic? Gdzie te dane? Gdzie te wnioski? I na jakiej podstawie do nich doszli?
– Sprawdzali ją ginekologicznie – ciągnął. O tym też nie było ani słowa w raporcie. – Jak dla mnie to młodzi ludzie chcieli zaszaleć. Włamali się do domu, wzięli dragi, sytuacja wymknęła się spod kontroli, więc jedną zostawili w tyle.
– A co miało pokazać badanie ginekologiczne? Przecież nie da się ocenić po pochwie, czy kobieta jest prostytutką.
Zaśmiał się tak, jakbym opowiedział dowcip.
– No nie da się, ale kurwy zwykle są zabijane podczas stosunku albo zaraz po nim. Albo ktoś takiej dał dragi, żeby poszła chętniej na seks.
– A co, jeśli zmarła, zanim poszła na seks? Hmm? – Spojrzałem na niego spod byka. – Klient mógł czekać, a dziewczyny nie dowieźli.
Przyglądał mi się z miną, z której jasno wynikało, że nie wziął pod uwagę tego scenariusza. Chciał być orłem, a niestety pokazał, jak płytko myśli.
– Dzięki za rady – rzuciłem oschle, ale takim tonem, aby wiedział, jak nisko je cenię.
– Ja bym to zamknął, bo tylko niepotrzebnie marnujesz czas – skomentował od niechcenia. – A jak trafiłeś na rodzinę? – zapytał. Najwyraźniej jedynie tego mu brakowało w ewidencji dowodów prowadzonej w głowie.
– Nie trafiłem. To przypadek – skłamałem.
– Słyszałem, że z kimś gadałeś.
Co za chuj złamany! Podsłuchiwał mnie? Jebany kret. Pewnie donosił na nas do szefostwa. Kurde, może to on nakablował na Tony’ego? W sumie tak się pięknie złożyło, że wraz z jego odejściem dostał bardziej skomplikowaną sprawę i jeszcze awans w prezencie.
– Muszę lecieć – wymigałem się od odpowiedzi.
Wsiadając do samochodu, obiecałem sobie uważać na Mickeya. Nie prowadzić przy nim żadnych rozmów, blokować komputer przed odejściem od biurka i ogólnie mieć oczy szeroko otwarte. Od takich cwaniaków można dostać nóż w plecy.
Dojechałem pod budynek lekarza sądowego w Burnaby, gdzie znajdowała się kostnica. Wysiadłem i w paru susach pokonałem schody. Na miejscu było już starsze małżeństwo. Wiedziałem, że to oni. Podszedłem do nich i przedstawiłem się, choć miałem okazję wcześniej rozmawiać z kobietą. Chciałem, aby uzyskali potwierdzenie, że to na mnie czekają. Wydawali się bardzo spokojni i świadomi procesu, jaki będą musieli przejść. Może już go przechodzili?
Poprosiłem Boltmanów o chwilę cierpliwości i poszedłem załatwić przepustki. Wróciłem po mniej więcej kwadransie. Uprzedziłem ich o wyglądzie zwłok i zabrałem do odpowiedniej sali. Tam pracownik ubrany w biały fartuch stał już nad wyciągniętym z lodówki ciałem. Nie spieszył się. Nie popędzał nas. Czekał, aż się zbliżymy, a następnie rozsunął worek. Ukazała nam się blada twarz kobiety, dokładnie ta sama, którą widziałem kilka godzin temu na zdjęciach. Spędziłem tyle czasu wgapiony w nią, że wydawała mi się wręcz znajoma.
Zerknąłem na małżeństwo obok. Starsza pani patrzyła uważnie i bez emocji. Sądziłem, że będę w stanie wyczytać coś z jej reakcji, nic jednak nie wskazywało, że rozpoznała córkę albo jej nie rozpoznała.
– Nie wiem – stwierdziła po dłuższej chwili, a mąż ją przytulił. – Nie mam pewności. Ta warga…
Niestety, ten znak szczególny wyglądał podobnie u każdego, kto urodził się z tym defektem i przeszedł operację.
– Ostatni raz widziałam ją, jak była dzieckiem. Mam w głowie obraz małej dziewczynki, nie dorosłej kobiety. Nie wiem… – Zerknęła na męża.
Ten pokręcił głową. Nie rozumiałem, co to oznaczało. Na szczęście odezwał się:
– Mnie się wydaje, że to nie ona.
– Pobierzmy próbkę DNA – wróciłem do tematu testów genetycznych.
– Jeśli to nie ona, pan będzie dalej szukał, tak? – Zielone oczy pani Boltman wpatrywały się we mnie z takim przejęciem, że aż mnie ścisnęło w środku. Musiała wylać morze łez. Chyba nawet dzisiaj płakała. Widziałem w niej ogromny smutek.
Mogłem ją oszukać. Powiedzieć to, co chciała usłyszeć, ale nie potrafiłem jej tego zrobić. Wybierałem ciszę.
– Może ona gdzieś jest – tłumaczyła. – Może… gdzieś żyje, może nie wie, że my nadal czekamy… – Jej głos się załamał.
Westchnąłem ciężko. Zajmowanie się sprawą sprzed dziewiętnastu lat to z pewnością marnowanie czasu. Córka Boltmanów – o ile to nie ta kobieta – pewnie od dawna nie żyła. Prawdopodobieństwo, że ją znajdą żywą, było znikome.
– Pan mnie rozumie, prawda?
– Tak, rozumiem panią. Mogę poszukać, ale nie mogę niczego obiecywać.
– Bo widzi pan, ja dzwoniłam na policję, mówiłam, że przegapili wiele rzeczy, to nikt mnie nie chciał słuchać.
– Kochanie. – Mąż położył jej obie dłonie na ramionach, jakby chciał ją powstrzymać tym gestem od wypowiedzenia choćby pół słowa więcej.
– No ale ten policjant jest inny, nie widzisz tego?
– Coś jeszcze czy mogę ją schować? – przerwał nam pracownik kostnicy.
– Przepraszam. Już wychodzimy. Dziękuję.
We troje wróciliśmy na korytarz w podziemiach, gdzie nie docierała ani odrobina światła dziennego. Lampy jarzeniowe wypełniały ten długi tunel białym, zimnym światłem, potęgując wrażenie chłodu.
– Czy może pan mi obiecać, że nie weźmie mnie pan za wariatkę? – Kobieta wpatrywała się we mnie.
– Słucham? – Zaskoczony nie wiedziałem, jak zareagować.
– Kiedy zaginęła Nicole, jeden z polityków stracił dziecko w wypadku samochodowym – powiedziała.
– Lorna, proszę. – Pan Boltman chwycił żonę za rękę, by ją ode mnie odciągnąć.
– Myśmy ich znali – dodała, jednocześnie stawiając opór mężowi. – Wie pan dlaczego? Bo ich córka miała problem z wymową. Ona też przeszła tę operację i lekarz poradził im, aby skontaktowali się z nami, bo Nicole wypracowała poprawne mówienie. Myśmy wtedy nie mieli pieniędzy, nie mieli nic. A oni… cóż… oni mieli wszystko. On był wówczas burmistrzem.
– Lorna, to niedorzeczne – strofował ją mąż.
– Tak jak pan widzi, Ian mi nie wierzy, ale proszę powiedzieć: dlaczego burmistrz nagle zostawił swoją karierę polityczną i zniknął razem z żoną?
– Bo stracili dziecko – upierał się Ian.
– Nicole spędzała dużo czasu u nich w domu. Lubiła ich, a oni ją. Mieli basen, luksusy, na które my nigdy byśmy sobie nie pozwolili.
Słuchałem jej uważnie.
– Mój mąż uważa, że oszalałam, że szukam winnego na siłę, ale wie pan… ja czytałam. Mój Boże… – Pokręciła głową. – Czytałam wszystko, co dotyczyło zaginięć, porwań. Każde opracowanie czy policji, czy psychologów i wie pan, co najczęściej w nich mówią? Że dziecko zabiera ktoś, kto je zna. Jeśli nie zna, to żąda okupu. Z nami nikt się nigdy nie skontaktował w sprawie pieniędzy. Wiedzieli, że nie byłoby nas stać, żeby płacić. Jej nie porwali dla okupu, ale na zlecenie.
– Czy ktokolwiek z policji sprawdzał tamtą rodzinę?
– Tak! – odparł jej mąż. – Dostaliśmy raport potwierdzający, że burmistrz i jego zrozpaczona żona nie mogli wytrzymać w tym domu i mieście po utracie dziecka, więc się wyprowadzili.
Zerknąłem na kobietę.
– Pani w to nie wierzy?
– To, że się wyprowadzili, to pewne, ale nie to, że wyjechali tylko we dwoje. Zabrali ze sobą Nicole.
Boltman prychnął i odszedł na bok. Wyraźnie irytowały go słowa małżonki.
– To pomówienia – odezwał się po chwili. – Lorna uwierzyła w ten szalony pomysł. Zatrudniała prywatnych detektywów, każde pieniądze, jakie odłożyliśmy, wydawała na ściganie byłego burmistrza. Wie pan, że oni w końcu założyli nam sprawę? Mamy zakaz zbliżania się. Oboje.
– Prawda jest dla nich niewygodna – podsumowała Lorna.
– Wie pan… – Podszedł do mnie. – Łudziłem się, że ta kobieta to nasza córka. Chciałem, aby Lorna wreszcie zaznała spokoju, aby wreszcie mogła odpuścić ze zbieraniem informacji czy prześladowaniem tamtej rodziny.
Spuścił głowę przybity brakiem potwierdzenia, że to ciało rzeczywiście pomoże zakończyć ich rodzinną tragedię.
– Ale to nie ona – powiedział pewnie. – Może pan zrobić testy, ale to nie nasza Nicole.
Lorna chciała coś dodać, mąż jednak ją ubiegł.
– Myśmy się prawie rozwiedli – oświadczył. – Gdyby pan wszedł do naszego domu, pomyślałby pan, że to miejsce pracy jakiegoś detektywa. Wszędzie są tablice. Zeszyty. Notatniki. Informacje, gdzie ostatnio mieszkał były burmistrz, co robił. Jakie ma kontakty biznesowe, jakie rodzinne. Powiązania z policją.
Rozumiałem już, dlaczego nikt nie brał tej kobiety na serio. Siwe włosy, zniszczona stresem twarz, zapadnięte oczy, a w nich – coś nieobliczalnego. To poczucie, że musi powiedzieć jak najwięcej, aby przekonać mnie do spojrzenia na sprawę z innej perspektywy. To, jak lekceważyła męża – prawdopodobnie jedyny głos rozsądku w tej rodzinie. Patrząc na nią, zastanawiałem się, w którym momencie żałoba po utracie dziecka tak nagle przeradza się w obsesję.
– Nigdy nie przeszukali jego domu – odezwała się ponownie Lorna. – Pozwolili mu wyjechać.
– Dawno temu?
– Tak, w zasadzie około roku po zniknięciu Nicole – wyjaśnił Ian, zanim jego małżonka nabrała powietrza. – Dwa razy się przeprowadzili, ale Lorna ich znalazła. Za trzecim razem wyjechali z prowincji. Nie wiemy, gdzie obecnie mieszkają. Trop się urwał. Żaden szanujący się prywatny detektyw nie weźmie naszej sprawy, bo każdy już wie, w czym rzecz. Wiedzą o zakazie zbliżania się. Moja żona ma wyrok, proszę pana.
– Według sądu ich nękałam – przyznała. – A ja tylko deptałam im po piętach. Niewinny człowiek nie zachowywałby się tak jak oni.
