Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 363 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 4 min Lektor: Robert Michalak

Opis ebooka Był sobie pies. Ten świat jest naprawdę pomerdany - W. Bruce Cameron

 

 

 

Był sobie pies – książka, która doczekała się ekranizacji – przedstawia losy najbardziej wyszczekanego bohatera wszech czasów

 

 

Oto pełna głębokich uczuć i zdumiewająca opowieść o oddanym psie, który życiową misją czyni wpajanie swoim właścicielom znaczenia miłości i pogody ducha. To powołanie wypełnia na przestrzeni... kilku żyć.

Bailey jest zszokowany – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę ośmiolatka Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Jednak życie u uwielbianej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Ponownie odradza się w postaci kolejnego psa!

Był sobie pies to pokrzepiająca i pomysłowa historia. Doprowadza czytelnika do skrajnych emocji –  jest jednocześnie uroczo zabawna i dotkliwie przejmująca.

Ta książka w piękny sposób pokazuje, że miłość nie zna granic oraz że nasi najbliżsi zawsze są przy nas. Najważniejsze przesłanie powieści głosi, że każda istota na ziemi urodziła się z misją.

 

Wszystkie psy idą do nieba... Chyba że mają niedokończone sprawy na ziemi

_____

To napisana z ikrą, przejmująca powieść, która oczaruje nie tylko fanów zwierząt domowych. – Booklist

Opinie o ebooku Był sobie pies. Ten świat jest naprawdę pomerdany - W. Bruce Cameron

Fragment ebooka Był sobie pies. Ten świat jest naprawdę pomerdany - W. Bruce Cameron

Okładka

Karta tytułowa

ROZDZIAŁ 1

Pewnego dnia dotarło do mnie, że te ciepłe, piskliwe kulki smrodku tarzające się dookoła mnie to moi bracia i siostry. Byłem tym odkryciem głęboko rozczarowany.

Mimo że mój wzrok wyostrzył się jedynie na tyle, że byłem w stanie rozpoznać niewyraźne formy w promieniach światła, wiedziałem, że ten piękny i duży kształt o boskim, długim języku to moja matka. Domyśliłem się tego, kiedy uderzył mnie podmuch zimnego powietrza – to znaczyło, że Mamy nie ma, że dokądś poszła, natomiast powrót ciepła oznaczał porę karmienia. Często było tak, że aby dostać się do sutka, musiałem odepchnąć pyszczek należący, jak już wówczas wiedziałem, do kogoś z rodzeństwa, próbującego dosłownie wygryźć mnie z należnego mi przydziału mleka, co było bardzo irytujące. Nie rozumiałem, po co w ogóle oni wszyscy istnieją. Kiedy Mama lizała mnie po brzuszku, żeby pobudzić moje trawienie, mrugałem do niej błagalnie w niemej prośbie, by ze względu na mnie pozbyła się reszty szczeniaczków. Chciałem mieć ją całą tylko dla siebie.

Kształty rodzeństwa stopniowo wyostrzyły się, a ja niechętnie zaakceptowałem ich obecność w gnieździe. Wkrótce nosek zaczął mi podpowiadać, że mam siostrę i dwóch braci. Siostra interesowała się zapasami ze mną tylko troszkę mniej niż bracia. Jednego z nich nazywałem w myślach Prędki, bo w jakiś tajemniczy sposób zawsze ruszał się szybciej ode mnie, drugiego natomiast Głodek, ponieważ strasznie skomlał za każdym razem, kiedy Mama się oddalała, a gdy już wracała, ssał ją z jakąś osobliwą desperacją, jakby nigdy nie mógł się nasycić. Głodek sypiał najwięcej z nas wszystkich, więc często skakaliśmy wtedy po nim i skubaliśmy jego pyszczek.

Nasza nora była wykopana pod czarnymi korzeniami drzewa, a w czasie upałów panowały w niej ciemność i przyjemny chłodek. Gdy po raz pierwszy razem z Siostrą i Prędkim wyściubiliśmy z niej noski, by zaznać słońca, Prędki oczywiście wepchnął się na sam przód naszej grupki.

Z nas czworga tylko on miał na pyszczku białą łatkę i kiedy tak raźnie podskakiwał, pobłyskiwała w świetle dnia. „Jestem wyjątkowy” – zdawała się oznajmiać światu ta jego olśniewająco jasna plamka w kształcie gwiazdy. Reszta sierści Prędkiego była tak samo zwyczajna, jak moja, czyli brązowo-czarna i nakrapiana. Sierść Głodka była o dobrych kilka odcieni jaśniejsza, natomiast Siostra odziedziczyła po Mamie krótki i grubawy nos oraz spłaszczone czoło, ale i tak wszyscy byliśmy do siebie podobni, mimo harców Prędkiego.

Nasze drzewo stało na samym brzegu strumienia. Nie posiadałem się z radości, gdy Prędki przekoziołkował z niego łbem w dół, choć Siostra i ja podczas naszego zejścia nie zrobiliśmy tego z dużo większym wdziękiem. Śliskie kamienie i wolno płynąca strużka wody były źródłem wspaniałych zapachów, a idąc wzdłuż strumienia, dotarliśmy do wilgotnej i chłodnej jaskini – kanału o bokach z metalu. Instynktownie wiedziałem, że to dobra kryjówka przed niebezpieczeństwem, ale Mamie nie zaimponowało nasze znalezisko. Kiedy natomiast okazało się, że nasze łapki nie są wystarczająco silne, by wspiąć się na brzeg, bezpardonowo przeniosła nas w pysku z powrotem do Norki.

Dostaliśmy nauczkę, że nie potrafimy samodzielnie wrócić znad strumienia do gniazda, a więc jak tylko Mama ponownie się oddaliła, podreptaliśmy tam znowu. Tym razem dołączył do nas jeszcze Głodek, ale wszedłszy do kanału, natychmiast rozwalił się w chłodnym błotku i zasnął.

Wyprawa poszukiwawcza wydawała nam się dobrym pomysłem – w końcu trzeba było poszukać innego jedzonka, bo Mama zaczynała się niecierpliwić i wstawała, jeszcze zanim kończylilśmy posiłek jeść, za co mogę winić jedynie resztę szczeniaków. Gdyby Głodek nie był tak zachłanny, gdyby Prędki tak się nie szarogęsił, gdyby Siostra tak się nie kręciła, to jestem pewien, że Mama stałaby spokojnie w miejscu i pozwalała nam napełnić brzuszki. Czyż nie umiałem zawsze nakłonić jej, by się położyła, zazwyczaj z westchnieniem, prosząco wyciągając do niej łapki, kiedy nad nami stała?

Mama często poświęcała więcej czasu na lizanie Głodka, co uważałem za rażącą niesprawiedliwość.

Teraz Prędki i Siostra zdążyli już urosnąć bardziej ode mnie – moje ciałko było tych samych rozmiarów, ale łapki miałem krótsze i bardziej przysadziste. Oczywiście najsłabszy w miocie był Głodek i zawsze bolało mnie, gdy Prędki i Siostra zostawiali nas, byśmy razem się bawili, tak jakby mnie i Głodka uważano za kogoś gorszego w stadzie.

Ponieważ Prędki i Siostra byli bardziej zainteresowani sobą niż resztą rodziny, postanowiłem wymierzyć im za to karę, pozbawiając ich mojego towarzystwa, samotnie zapuszczając się w głąb kanału. Pewnego dnia szedłem za tropem czegoś przepysznie martwego i zepsutego, gdy nagle tuż przed moim nosem zmaterializowało się małe zwierzątko. To była żaba!

Zachwycony skoczyłem wrzód, próbując rzucić się na nią łapkami, ale żaba odskoczyła. Bała się mnie, choć ja chciałem się z nią tylko pobawić i prawdopodobnie nawet bym jej nie zjadł.

Prędki i Siostra wyniuchali moje podekscytowanie i pędem pobiegli w głąb jaskini, przewracając mnie podczas hamowania w mulistej wodzie. Żaba ponownie odskoczyła, a Prędki porwał się za nią, używając mojego łba jako trampoliny. Warknąłem na niego, ale mnie zignorował.

Siostra i Prędki wychodzili z siebie, żeby złapać żabę, która zdołała wylądować w kałuży wody i odganiała ich za pomocą cichych, szybkich kopnięć. Siostra zanurzyła pyszczek w kałuży i zaczęła parskać, obryzgując nas obu wodą. Prędki wdrapał się na jej grzbiet, a żaba – moja żaba! – odeszła w zapomnienie.

Odwróciłem się od nich ze smutkiem. Wyglądało na to, że urodziłem się w rodzinie półgłówków.

Później będę często myślał o tej żabie, zazwyczaj przy odpływaniu w sen. Teraz złapałem się na rozmyślaniach o tym, jak też mogłaby smakować.

Mama coraz częściej powarkiwała cicho z niezadowoleniem, gdy się do niej zbliżaliśmy. Pewnego dnia, kiedy chciwie skoczyliśmy na nią, przewracając się o siebie nawzajem, a ona w odpowiedzi obnażyła ostrzegawczo swoje kły, zacząłem rozpaczać, że mojemu rodzeństwu w końcu udało się wszystko zepsuć. Prędki podpełzł do niej z brzuszkiem tuż przy ziemi, a ona zniżyła do niego pysk. Polizał ją, za co w nagrodę przyniosła jedzenie i wszyscy się na nie rzuciliśmy. Prędki chciał nas odepchnąć, ale teraz już poznaliśmy jego sztuczkę. Powąchałem i polizałem szczękę Mamy, za co dostałem posiłek.

Do tego czasu wszyscy zdążyliśmy się już szczegółowo zapoznać z korytem strumienia, które obeszliśmy ze wszystkich stron, aż cała okolica nie zapełniła się naszym zapachem. Razem z Prędkim poświęcaliśmy większość czasu na poważne zajęcie zwane zabawą, a ja zaczynałem rozumieć, dlaczego tak istotne jest dla niego, żebym kończył ją na grzbiecie, z nim skubiącym mój pyszczek i moje gardło. Siostra nigdy nie rzucała mu wyzwania, ale ja wciąż nie byłem pewien, czy podoba mi się hierarchia w naszym stadku, którą wszyscy zdawali się brać za oczywistą. Naturalnie Głodek nie dbał o swoją pozycję, więc kiedy się frustrowałem, gryzłem go po uszach.

Pewnego popołudnia przyglądałem się sennie, jak Prędki i Siostra wyrywają sobie kawałek znalezionej gdzieś szmaty, gdy nagle podniosłem uszy – zbliżało się jakieś zwierzę, ktoś duży i głośny. Poderwałem się na równe łapy, ale zanim zdążyłem pobiec nad strumień, by zbadać źródło hałasu, stanęła przede mną Mama, sztywniejąc ostrzegawczo. Ze zdziwieniem dostrzegłem, że trzyma w zębach Głodka, jakby chciała go gdzieś przenieść, choć praktykę tę zarzuciła już wiele tygodni wcześniej. Poprowadziła nas do ciemnego kanału i przycupnęła z uszami położonymi płasko przy łbie. Przekaz był jasny, a my posłusznie i w ciszy wycofaliśmy się od wejścia w głąb tunelu.

Kiedy naszym oczom ukazało się to coś, maszerujące wzdłuż strumienia, poczułem, jak grzbiet Mamy napina się ze strachu. Stworzenie było duże, stało na dwóch nogach, a kiedy zaczęło nimi powłóczyć w naszym kierunku, poczułem podmuch drażniącego dymu wydobywającego się z jego pyska.

Wpatrywałem się w nie jak oczarowany. Z niezrozumiałych powodów coś mnie do niego ciągnęło i to do tego stopnia, że aż się naprężyłem, gotowy, aby skoczyć mu na powitanie. Jedno spojrzenie Mamy ostudziło jednak moje zapędy. Tego czegoś należało się bać i za wszelką cenę unikać.

Stworzeniem tym był oczywiście człowiek. Pierwszy, jakiego widziałem w życiu.

W ogóle nie spojrzał w naszą stronę. Wspiął się na brzeg i zniknął nam z oczu, a po kilku chwilach Mama wyślizgnęła się z kanału i podniosła łeb, by sprawdzić, czy niebezpieczeństwo minęło. Wróciła uspokojona do środka i dała każdemu z nas równie uspokajającego buziaka.

Wybiegłem na zewnątrz, żeby samemu ocenić sytuację, ale z rozczarowaniem stwierdziłem, że po człowieku nie został żaden ślad z wyjątkiem unoszącego się jeszcze w powietrzu zapachu dymu.

Przez najbliższe tygodnie Mama umacniała w nas wiedzę, którą przekazała nam wtedy w kanale. Za wszelką cenę unikać ludzi. Bać się ich.

Gdy następnym razem wybrała się na polowanie, pozwoliła nam sobie towarzyszyć. Poza granicami bezpiecznej Norki stała się płochliwa i bojaźliwa, a my wszyscy naśladowaliśmy jej zachowanie. Szerokim łukiem omijaliśmy otwarte przestrzenie, przemykając tuż przy krzakach. Jeśli zobaczyliśmy człowieka, Mama natychmiast zastygała z naprężonymi ramionami, gotowa do ucieczki. W takich chwilach plamka białej sierści na czole Prędkiego była równie niebezpieczna jak szczeknięcie, ale nikt nas nie dostrzegł.

Mama pokazała nam, jak się dobrać do cienkich worków pozostawionych za domami, szybko odrzucając niejadalne papierki i wyszukując kawałki mięsa, chleba i sera, które przeżuwaliśmy najsprawniej, jak umieliśmy. Miały egzotyczny smak i wspaniały aromat, ale trwoga Mamy udzielała się nam wszystkim, więc jedliśmy w pośpiechu, niczym się nie delektując. Głodek prawie natychmiast wszystko zwrócił, co wydało mi się całkiem zabawne, dopóki i moimi wnętrznościami potężnie nie zatrzęsło.

Za drugim razem było już lepiej.

Zawsze miałem świadomość, że istnieją jeszcze inne psy, choć poza członkami mojej rodziny z żadnym osobiście się nie zetknąłem. Czasami gdy byliśmy na polowaniu, szczekały na nas zza ogrodzeń – najprawdopodobniej zazdrościły nam, że możemy sobie hasać na wolności, podczas gdy one spędzają życie w niewoli.

Mama oczywiście nigdy nie pozwalała nam się zbliżać do któregoś z tych nieznajomych, na co Prędki trochę się jeżył, jakby obrażało go, że jakiś delikwent ośmiela się szczekać na nas, podczas gdy on obsikuje jego drzewo.

Od czasu do czasu widywałem nawet psa jadącego samochodem! Gdy po raz pierwszy ujrzałem wystający przez okno psi łeb z wywieszonym językiem, gapiłem się na niego pełen zdumienia. Spostrzegłszy mnie, łeb zaszczekał radośnie, ale ja byłem tak oniemiały, że zdołałem tylko unieść nos i z niedowierzaniem raz czy drugi nim pociągnąć.

Samochody i ciężarówki były kolejnymi rzeczami, których unikała Mama, choć ja nie rozumiałem, dlaczego miałyby być dla nas niebezpieczne, skoro niekiedy jeździły nimi psy. Często przyjeżdżała taka jedna duża, głośna ciężarówka i zabierała wszystkie worki z jedzeniem, jakie ludzie dla nas zostawiali. Przy takich okazjach przez dzień lub dwa nie mieliśmy za bardzo co jeść. Nie lubiłem ani tej ciężarówki, ani zachłannych ludzi, którzy z niej zeskakiwali i zagarniali dla siebie całe jedzenie, mimo że ich wóz, jak i oni sami pachniały przepysznie.

Teraz, gdy zaczęły się wyprawy na polowanie, mieliśmy mniej czasu na zabawę. Mama obnażała kły, gdy Głodek próbował ją polizać w nadziei na posiłek, i do wszystkich nas dotarł ten sygnał. Często wychodziliśmy i ukrywając się, rozpaczliwie szukaliśmy jedzenia. Teraz czułem się słaby i wyczerpany i nawet nie próbowałem walczyć z Prędkim, kiedy stał mi nad grzbietem, przyciskając mnie klatką piersiową. W porządku, niech sobie będzie górą. Jeśli idzie o mnie, to moje krótkie nóżki i tak były lepiej przystosowane do skradania się w biegu, którego nauczyła nas Mama. Jeśli Prędki myślał, że coś udowadnia, wykorzystując swój wzrost, żeby mnie przewrócić, to okłamywał sam siebie. To Mama była psem numer jeden.

Teraz już ledwie mieściliśmy się wszyscy pod naszym drzewem, a Mama znikała na coraz dłużej. Coś mi mówiło, że niedługo wcale już nie wróci. Będziemy musieli radzić sobie sami, a Prędki nie przestanie mnie odpychać, by zabrać moją część łupów. Nie będzie już Mamy, która dopilnuje moich interesów.

Zacząłem się zastanawiać, jak by to było, gdyby tak opuścić Norkę.

W dniu, w którym wszystko się zmieniło, Głodek, zamiast iść z nami na polowanie, wtoczył się do kanału i tam się położył. Oddychał ciężko z wystawionym językiem. Zanim poszła, Mama trąciła go nosem, a kiedy i ja się zbliżyłem, by go powąchać, nie otworzył oczu.

Nad kanałem ciągnęła się droga, na której znaleźliśmy kiedyś martwego ptaka. Zaczęliśmy go rozrywać, aż w końcu Prędki pochwycił zdobycz w pysk i uciekł. Mimo obawy, że zostaniemy zauważeni, często przeczesywaliśmy tę drogę w poszukiwaniu innych ptaków, i właśnie to robiliśmy, gdy nagle zaalarmowana Mama uniosła łeb. Wszyscy natychmiast usłyszeliśmy dlaczego: nadjeżdżała furgonetka.

I to nie była jakaś tam furgonetka – ten sam pojazd wydający z siebie te same odgłosy już kilkakrotnie w ciągu paru ostatnich dni przemierzał naszą drogę, poruszając się wolno, rzekłbym: skradając się, tak jakby polował właśnie na nas.

Popędziliśmy za Mamą, która wpadła do kanału, ale z powodów, których nigdy w pełni nie pojmę, przystanąłem i obejrzałem się za siebie, patrząc na tę wielgaśną maszynę, co kosztowało mnie kilka sekund opóźnienia, zanim dołączyłem do Mamy chroniącej się w bezpiecznym tunelu.

Okazało się, że tych kilka sekund wystarczyło, żeby zmienić całe moje życie – zostałem zauważony. Furgonetka zatrzymała się tuż nad kanałem z cichym, dudniącym drżeniem. Silnik szczęknął i ucichł, a potem usłyszeliśmy kroki na żwirze.

Mama cicho zaskomlała.

Kiedy w wejściach po obu stronach kanału pojawiły się ludzkie twarze, sztywniejąc, przywarła do podłoża. Ludzie pokazywali nam zęby, ale nie sprawiało to wrażenia wrogiego sygnału. Twarze mieli brązowe, oczy ciemne, a brwi i włosy czarne.

– Hej, mały – szepnął jeden z nich. Nie wiedziałem, co to znaczy, ale to wezwanie wydało mi się tak samo naturalne, jak śpiew wiatru, zupełnie jakbym całe życie słuchał ludzkiej mowy.

Teraz zauważyłem, że obaj mężczyźni trzymali drągi z pętlą sznura przy końcu. Wyglądali groźnie i poczułem, jak w Mamie wzbiera panika. Drapiąc pazurami, z pochylonym łbem rzuciła się do ataku, celując w przestrzeń między nogami jednego z mężczyzn. Spadł drąg, usłyszeliśmy krótkie trzaśnięcie i Mama już szarpała się w więzach, wynoszona na zewnątrz przez jednego z mężczyzn.

Razem z Siostrą cofnęliśmy się skuleni ze strachu, Prędki warczał, a sierść jeżyła mu się na grzbiecie. Potem całej naszej trójce zaświtała we łbach myśl, że mimo iż wyjście za nami pozostawało zablokowane, to przed nami było teraz niepilnowane. Rzuciliśmy się do przodu.

– Biegną! – krzyknął człowiek za nami.

Gdy już znaleźliśmy się w korycie strumienia, zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, co dalej. Stanęliśmy z Siostrą za Prędkim – chciał być szefem, to okej, niech teraz szefuje.

Nigdzie nie było śladu Mamy. Jednak obaj mężczyźni stali teraz po przeciwnych brzegach strumienia, dzierżąc te swoje drągi.

Prędki zrobił unik przed pierwszym z nich, ale capnął go ten drugi. Siostra wykorzystała całą tę kotłowaninę i dała drapaka, rozbryzgując wokoło siebie wodę, ale ja stałem jak wryty, gapiąc się na drogę.

Nad nami stanęła kobieta o długich białych włosach, marszcząc twarz w życzliwym uśmiechu.

– Już dobrze, szczeniorku. Już dobrze. Wszystko będzie dobrze – odezwała się.

Nie uciekałem, w ogóle się nie ruszyłem. Pozwoliłem, by pętla sznura przeszła mi przez łeb i zacisnęła się wokół szyi. Drąg poprowadził mnie w górę strumienia, gdzie jeden z mężczyzn chwycił mnie za kark.

– Jest spokojny jak trusia – zagruchała kobieta. – Puść go.

– Ucieknie – ostrzegał mężczyzna.

– Puść go – powtórzyła.

Przysłuchiwałem się temu niezrozumiałemu dla mnie dialogowi, czując jedynie, że to kobieta tu rządziła, choć była mniejsza i starsza od obu mężczyzn. Wydając z siebie pomruk niezadowolenia, mężczyzna zdjął sznur z mojej szyi. Kobieta dała mi swoje dłonie do powąchania; były szorstkie, łykowate i pachniały kwiatami. Obwąchałem je, a potem zniżyłem łebek. Biły od niej niemal namacalna troska i opiekuńczość.

Gdy przeczesywała palcami moją sierść, poczułem, jak przebiega mnie dreszcz. Mój ogon sam z siebie zaczął chłostać powietrze. Zdumiała mnie jeszcze bardziej, biorąc mnie na ręce. W podzięce przycisnąłem się do niej i dałem jej buziaka, zachwycony jej śmiechem.

Nastrój zmienił się w ponury, gdy podszedł do nas jeden z mężczyzn, niosąc bezwładne ciałko Głodka. Pokazał je kobiecie, która żałośnie nad nim załkała. Potem zabrał je do furgonetki, gdzie w metalowej klatce czekali już Mama i Prędki, i przyłożył ciałko Głodka do ich pyszczków.

W suchym powietrzu pełnym kurzu unosił się zapach śmierci, który do dziś doskonale pamiętam.

Wszyscy dokładnie obwąchaliśmy naszego zmarłego braciszka, a ja odniosłem wrażenie, że mężczyźni chcieli, byśmy wiedzieli, co się z nim stało.

Kiedy tak stali bez słowa na drodze, czuć było od nich wszystkich smutek, ale nie wiedzieli, jak bardzo chory był Głodek, i to już od urodzenia. Niepisane mu było długie życie.

Włożono mnie do klatki, a Mama zdenerwowała się, wyczuwając woń kobiety, która przesiąkła moją sierść. Furgonetka szarpnęła i ruszyła, a moją uwagę szybko zajęły wspaniałe zapachy przepływające przez klatkę podczas jazdy. Jechałem samochodem! Radośnie zaszczekałem, na co Mama i Prędki w zdumieniu unieśli łby. Nie mogłem się po prostu powstrzymać, to była najwspanialsza rzecz, jaka przydarzyła mi się w życiu, lepsza (może?) nawet od złapania żaby.

Prędki wyglądał na przytłoczonego smutkiem i chwilę mi zabrało, żeby zrozumieć dlaczego: Siostra, jego ulubiony towarzysz, zniknęła – straciliśmy ją tak samo, jak Głodka.

Naszła mnie refleksja, że świat jest dużo bardziej złożony, niż przypuszczałem. Nie ograniczał się jedynie do chowania się przed ludźmi, polowań i zabawy w kanale. Większe wydarzenia mogły zmienić dosłownie wszystko – a kontrolowały je istoty ludzkie.

Co do jednego się myliłem. Mimo że wtedy tego nie wiedzieliśmy, w przyszłości mieliśmy się jeszcze spotkać z Siostrą.

ROZDZIAŁ 2

Dokądkolwiek byśmy nie zmierzali tą furgonetką, miałem przeczucie, że na końcu drogi zobaczymy inne psy. Klatka, w której byliśmy zamknięci, dosłownie ociekała zapachami innych czworonogów, w tym ich moczu, kału, a nawet krwi zmieszanej z sierścią i śliną. Mama zamknęła się w sobie, pazurami wczepiając się w podłoże, by nie ślizgać się na podskakującej podłodze, a ja i Prędki przemierzaliśmy klatkę z nosami w dole, wyczuwając jednego psa za drugim. Prędki wciąż próbował zaznaczać kąty, ale za każdym razem, gdy usiłował stanąć na trzech łapach, furgonetką mocno podrzucało, a on się przewracał. Raz nawet wylądował na Mamie, co kosztowało go lekkie ugryzienie. Rzuciłem mu pełne odrazy spojrzenie. Nie widział, jaka była nieszczęśliwa?

W końcu, znudzony wąchaniem za psami, których tam nawet nie było, przycisnąłem nos do drucianych krat i zacząłem głęboko wciągać powietrze. To przypomniało mi pierwszy raz, gdy włożyłem pyszczek do smakowitych koszów na śmieci stanowiących główne źródło naszego pożywienia – na zewnątrz roiło się od tysięcy niezidentyfikowanych zapachów, a wszystkie uderzały mnie w nos z taką siłą, że nie mogłem przestać kichać.

Prędki zajął pozycję po drugiej stronie klatki i się położył. Nie chciał przyjść do mnie na moją stronę, ponieważ to nie był jego pomysł. Za każdym razem, kiedy kichałem, posyłał mi opryskliwe spojrzenie, tak jakby ostrzegając mnie, że lepiej będzie, jeśli zapytam go o pozwolenie, zanim znowu to zrobię. Kiedy jego zimny wzrok spotykał się z moim, znacząco spoglądałem na Mamę, która mimo że przestraszona całym tym doświadczeniem, w moich oczach wciąż tu rządziła.

Gdy furgonetka się zatrzymała, przyszła kobieta i zaczęła do nas mówić, przyciskając dłonie do boków klatki, żebyśmy mogli je polizać. Mama nie ruszyła się z miejsca, ale Prędki był tym tak samo urzeczony, jak ja, i teraz stał obok, merdając ogonkiem.

– Jesteście takie słodkie. Głodne, dzieciaczki? Jesteście głodne?

Zaparkowaliśmy przed długim, niskim budynkiem, a spomiędzy kół furgonetki wychylały się nieśmiało pojedyncze źdźbła pustynnej trawy.

– Hej, Bobby! – zawołał jeden z mężczyzn.

Odpowiedź na jego okrzyk była zdumiewająca. Zza domu odezwał się chór głośnego szczekania, dobiegający z tak wielu gardeł, że nie byłem w stanie ich zliczyć. Prędki uniósł się na tylnych nóżkach, a przednie łapki oparł o bok klatki, jakby to miało mu pomóc lepiej widzieć.

Wrzawa trwała w najlepsze, kiedy zza domu wyłonił się jeszcze jeden mężczyzna. Miał spaloną słońcem brązową skórę i lekko utykał. Pozostali dwaj stali i patrzyli na niego, uśmiechając się wyczekująco. Gdy nas zobaczył, zatrzymał się wpół drogi, a ramiona mu opadły.

– Och nie, seniora. Tylko nie więcej psów. Już i tak mamy ich za dużo. – Emanował żalem i rezygnacją, ale nie wyczuwałem od niego gniewu.

Kobieta odwróciła się i podeszła do niego.

– Mamy matkę z dwoma szczeniakami, na oko trzymiesięcznymi. Były cztery, ale jeden uciekł, a jednego znaleźliśmy martwego.

– Och, nie.

– Matka jest zdziczała. Przerażone biedactwo.

– Pamięta pani, co mówili ostatnio. Mamy zbyt wiele psów i nie dadzą nam licencji.

– Nie dbam o to.

– Ależ seniora, nie mamy już miejsca.

– Bobby, dobrze wiesz, że to nieprawda. No i co mamy zrobić, pozwolić im żyć jak dzikie zwierzęta? To psy, Bobby, małe szczenięta, widzisz? – Kobieta odwróciła się z powrotem do klatki, a ja zamerdałem ogonem, żeby pokazać jej, że bardzo pilnie się wszystkiemu przysłuchuję, choć nic nie rozumiem.

– No właśnie, Bobby, co znaczą dodatkowe trzy? – powiedział jeden ze szczerzących się dalej mężczyzn.

– Niedługo nie będzie wam z czego zapłacić, bo wszystko pójdzie na karmę – odpowiedział człowiek nazywany Bobbym.

– Carlos, weź świeżego hamburgera i idź nad ten potok. Zobaczymy, może uda ci się znaleźć tego, który uciekł – powiedziała kobieta.

Mężczyzna skinął głową, śmiejąc się z wyrazu twarzy Bobby’ego. Pojąłem, że to kobieta sprawuje rządy nad tą ludzką rodziną, więc raz jeszcze polizałem ją po dłoni, żeby polubiła mnie najbardziej ze wszystkich.

– O tak, dobry piesek, dobry – zapewniła mnie. Zacząłem podskakiwać, a mój ogon merdał tak mocno, że smagnął Prędkiego po pysiu. Mój brat zmrużył oczy i odsunął łebek.

Mężczyzna o imieniu Carlos pachniał ostro przyprawionym mięsem i egzotycznymi olejkami, których nie byłem w stanie rozpoznać. Sięgnął po Mamę drągiem z pętlą sznura, a ja i Prędki ochoczo poszliśmy za nim, kiedy prowadził ją za dom w stronę wysokiego płotu. Tu szczekanie było ogłuszające, a ja poczułem cień strachu – w co dokładnie się pakowaliśmy?

Zapach Bobby’ego miał w sobie nutkę cytrusów i pomarańczy, lecz pachniał też ziemią, skórą i psami. Uchylił furtkę, blokując przejście ciałem.

– Do tyłu! Z powrotem, ale już! – nawoływał. Szczekanie nieco się uspokoiło, a kiedy otworzył furtkę na oścież i Carlos wepchnął Mamę do środka, ucichło zupełnie.

Byłem tak oszołomiony tym, co przede mną, że nawet nie poczułem na grzbiecie stopy Bobby’ego, który pchnął mnie do zagrody.

Psy.

Wszędzie psy. Niektóre były duże jak Mama, a nawet większe, inne mniejsze, a wszystkie kręciły się swobodnie po ogromnym padoku otoczonym wysokim drewnianym płotem. Popędziłem naprzód, w stronę grupki przyjaźnie wyglądających, niedużo starszych ode mnie piesków, zatrzymując się tuż przed nimi i udając, że zafascynowało mnie coś na ziemi obok nich. Te trzy jasne pieski stojące przede mną były suczkami, więc uwodzicielsko obsikałem kupkę piachu, po czym dołączyłem do nich, grzecznie obwąchując im tyły.

Byłem tak zadowolony z obrotu spraw, że miałem ochotę szczekać z radości, ale Mama i Prędki nie podzielali mojego entuzjazmu. Szczerze mówiąc, Mama z nosem przy ziemi biegała wzdłuż płotu, szukając drogi ucieczki. Prędki dołączył do grupki samczyków i teraz stał sztywno wśród nich z drgającym ogonem, podczas gdy oni po kolei obsikiwali słupek w ogrodzeniu.

Jeden z samców stanął przed Prędkim w rozkroku, a drugi obszedł go i zaczął nachalnie obwąchiwać od tyłu. I właśnie wtedy mój biedny brat skapitulował. Dupka mu opadła i z podkulonym ogonkiem odwrócił się do stojącego za nim psa. Wcale mnie nie zdziwiło, że kilka sekund później leżał już na grzbiecie, wijąc się ze swego rodzaju desperacką wesołością. Chyba już nie był szefem.

Tymczasem inny samiec, wysoki i krępy, z długimi uszami zwisającymi po obu stronach pyska, stał w bezruchu na samym środku wybiegu, obserwując, jak zrozpaczona Mama biega w tę i z powrotem. Coś mi mówiło, że spośród wszystkich tutejszych psów na tego trzeba szczególnie uważać. I rzeczywiście – gdy już otrząsnął się z transu i skierował w stronę ogrodzenia, psy otaczające Prędkiego zaprzestały swoich wygłupów i czujnie podniosły łby.

Na kilkanaście metrów przed płotem jego trucht zamienił się w pęd. Nacierał na Mamę, która teraz przystanęła i skuliła się. Samiec przyblokował ją swoim cielskiem, a jego ogon wyprostował się jak strzała. Mama pozwoliła obwąchać się od stóp do głów, wciąż przycupnięta przy ogrodzeniu.

Moim pierwszym odruchem – jak i zapewne pierwszym odruchem Prędkiego – była chęć pobiegnięcia jej na ratunek, ale przez skórę czułem, że byłoby to złe posunięcie. Ten masywny brytan o brązowym pysku i załzawionych oczach był Alfą, a uległość Mamy wobec niego – naturalnym porządkiem rzeczy.

Po dokładnych oględzinach Alfa skierował oszczędny strumień moczu w kierunku ogrodzenia, który Mama posłusznie skontrolowała, a następnie oddalił się, nie zwracając już na nią uwagi.

Mama wyglądała, jakby zeszło z niej całe powietrze. Niezauważona prześlizgnęła się za stertę podkładów kolejowych i tam się ukryła.

W swoim czasie zgraja samców podbiegła kontrolnie i do mnie, ale ja przykucnąłem i polizałem ich po pyskach, aby nie pozostawić żadnych wątpliwości, że ze mną problemów na pewno nie będzie – to mój brat był wichrzycielem. Ja tylko chciałem bawić się z tymi trzema dziewczynami i zwiedzać padok, na którym aż roiło się od gumowych piłek i wszelkiego rodzaju rozrywek i pięknych zapachów. Do koryta lała się ciurkiem stróżka wody, której każdy mógł się w dowolnej chwili napić, a mężczyzna zwany Carlosem przychodził raz dziennie, by po nas posprzątać. W regularnych odstępach czasu wszyscy zaczynaliśmy głośno szczekać – bez jakiegoś konkretnego powodu, ot tak, dla przyjemności.

A te posiłki! Dwa razy dziennie Bobby, Carlos, Seniora i ten trzeci przedzierali się przez nasze stado, dzieląc nas na grupy wiekowe. Potem wysypywali worki wspaniałego jedzonka do dużych misek, w które wkładaliśmy łby, objadając się do granic możliwości! Bobby stawał obok i kiedy tylko stwierdzał, że któreś z nas (zazwyczaj jakaś mniejsza dziewczynka) nie dostawało wystarczająco dużo jedzenia, brał biedaka na ręce i dokarmiał, odpychając całą resztę.

Mama jadała z dorosłymi i od czasu do czasu słyszałem skowyt spod płotu, choć kiedy odwracałem się w tamtą stronę, widziałem tylko merdające ogony. Czymkolwiek było to, co jedli, pachniało wyśmienicie, ale kiedy któreś z nas, młodocianych, chciało się przedostać do dorosłych, jeden z mężczyzn zawsze wkraczał do akcji i zatrzymywał delikwenta wpół drogi.

Kobieta, Seniora, pochylała się nad nami, pozwalała całować się po twarzy, głaskała nas po grzbietach, wciąż śmiejąc się wesoło. Powiedziała mi, że mam na imię Toby. Mówiła mi to za każdym razem, gdy mnie widziała: Toby, Toby, Toby.

Byłem pewien, że jestem jej absolutnym ulubieńcem – jakże mógłbym nim nie być? Moją najlepszą przyjaciółką była płowa suczka o imieniu Coco, która pierwszego dnia wyszła mi na powitanie. Nóżki i stópki Coco były białe, nosek różowy, a sierść szorstka i zwarta. Była na tyle mała, że pomimo swoich krótkich nóżek dawałem radę dotrzymać jej kroku.

Coco i ja całymi dniami uprawialiśmy zapasy; zazwyczaj dołączały do nas inne dziewczyny, a czasami i Prędki, który zawsze chciał być Alfą w zabawie. Jednak musiał kontrolować swoje agresywne zapędy, bo gdy tylko stawał się zbyt hałaśliwy, wysyłano jednego z samców, by sprowadził go do pionu. Kiedy to się działo, udawałem, że widzę Prędkiego po raz pierwszy w życiu.

Uwielbiałem Zagrodę, ten mój nowy świat. Uwielbiałem przebiegać przez błotko przy korycie, uwielbiałem obryzgiwać łapkami swoje futerko. Uwielbiałem, kiedy wszyscy razem zaczynaliśmy szczekać, choć rzadko rozumiałem, dlaczego to robimy. Uwielbiałem ganiać się z Coco, spać przytulony do innych psów i wąchać ich kupki. Wielokrotnie zasypiałem, tak jak stałem, bosko zmęczony i nieprzytomnie szczęśliwy.

Starsze psy też oddawały się zabawie – nawet Alfę można było zobaczyć, jak biegnie przez padok z kawałkiem brudnego kocyka w pysku, podczas gdy inne psy biegły za nim, udając, że nie mogą go dogonić. Tylko Mama nigdy nie dołączała do zabawy – wykopała sobie dołek za stertą tych podkładów kolejowych i większość czasu spędzała, po prostu w nim leżąc. Kiedy przychodziłem do niej w odwiedziny, warczała na mnie, jakby mnie nie znała.

Pewnego wieczoru po kolacji, gdy reszta psów leżała sennie w Zagrodzie, zobaczyłem, jak Mama cichutko wynurza się ze swojej kryjówki i podpełza do furtki. Męczyłem właśnie gumową kość, żeby zaspokoić ciągłe pragnienie żucia w pyszczku, ale wtedy przestałem i przyglądałem się z zaciekawieniem, jak siada przed furtką. Czy ktoś nadchodził? Przechyliłem na bok łebek, myśląc, że gdybyśmy mieli gościa, to inne psy z pewnością już by zaczęły szczekać.

Wieczorami Carlos, Bobby i ten trzeci często przesiadywali przy małym stoliku, rozmawiając, otwierając i podając sobie jakąś szklaną butelkę, z której wydobywał się ostry, chemiczny zapach. Tej nocy jednak psy były same w Zagrodzie.

Mama uniosła przednie łapy, przyciskając je do listew drewnianej furtki, a w pysk chwyciła metalową gałkę. Byłem skonsternowany – po co gryźć coś takiego, skoro dookoła leżało mnóstwo wspaniałych gumowych kości? Pokręciła łbem na lewo i prawo, widocznie niezdolna dobrze się wgryźć. Rzuciłem okiem na Prędkiego, ale on już smacznie spał.

I wtedy ku mojemu zdumieniu usłyszałem szczęknięcie i furtka się uchyliła. Mama ją otworzyła! Stanęła z powrotem na czterech łapach i pchnęła drewniane drzwi, ostrożnie wąchając powietrze po drugiej stronie.

Następnie odwróciła się w moją stronę, jej oczy błyszczały. Wiadomość, którą przekazywały, była jasna: Mama odchodziła. Wstałem, by do niej dołączyć, a leżąca nieopodal Coco leniwie podniosła łebek, spojrzała na mnie, mrugając zaspana, a potem ziewnęła i rozciągnęła się z powrotem na piasku.

Gdybym teraz odszedł, już nigdy więcej bym jej nie zobaczył. Byłem rozdarty między poczuciem lojalności względem Mamy, która mnie karmiła, uczyła i opiekowała się mną, a lojalnością wobec stada, w tym mojego rozkapryszonego brata.

Mama nie czekała na moją decyzję. Wślizgnęła się cicho w ciemność nadchodzącej nocy. Jeśli chciałem ją dogonić, musiałem się spieszyć. Popędziłem do otwartej furtki, biegnąc za nią w paszczę nieobliczalnego świata po drugiej stronie płotu.

Prędki nie widział, jak odchodzimy.

ROZDZIAŁ 3

Nie udało mi się zajść zbyt daleko. Przede wszystkim nie umiałem biec tak szybko, jak Mama, a tak w ogóle, to przed domem rosła kępa krzewów, które po prostu musiałem zaznaczyć. Mama nie czekała na mnie – nawet się nie obejrzała. To był ostatni raz, kiedy ją widziałem. Robiła to, co umiała najlepiej: prześlizgiwała się w ciemności, niewidzialna, przez nikogo niezauważona.

Był w moim życiu taki czas, i to jeszcze całkiem niedawno, kiedy pragnąłem tylko tulić się do Mamy, a jej język i ciepłe ciało znaczyły dla mnie więcej niż cokolwiek innego. Jednak teraz, gdy widziałem, jak znika, zrozumiałem, że zostawiając mnie, robi po prostu to, co każda psia matka kiedyś zrobić musi. Nieodparta chęć podążenia za nią była ostatnim podrygiem więzi, którą na zawsze zmieniło nasze przybycie do Zagrody.

W chwili gdy Seniora wyszła na ganek, moja łapa wciąż wisiała w powietrzu nad krzakami. Zobaczywszy mnie, stanęła wpół kroku.

– Toby, jak udało ci się wyjść?

Jeśli chciałem jeszcze w ogóle myśleć o ucieczce, to musiałem biec teraz, czego oczywiście nie uczyniłem. Zamiast puścić się w dziki pęd ku wolności, zamerdałem ogonkiem i skoczyłem na nogi Seniory, chcąc polizać ją po twarzy. Jej zwyczajowy kwietny zapach ożywiała przepyszna woń tłuściutkiego kurczęcia. Przygładziła mi uszy, a ja, uzależniony od jej dotyku, potruchtałem posłusznie za nią, gdy szybkim krokiem podeszła do wciąż otwartej furtki prowadzącej do padoku, na którym spokojnie spała reszta psów. Pchnęła mnie delikatnie do środka i weszła za mną.

Gdy tylko szczęknęła zamykana furtka, psy poderwały się na równe łapy i zaczęły do nas podbiegać. Seniora wszystkich głaskała i słodko gruchała, a ja poczułem się nieco urażony, że jej uwaga nie skupia się już tylko na mnie.

Uważałem, że to trochę nie fair; w końcu zostawiłem Mamę dla Seniory, a ona teraz zachowywała się tak, jakbym wcale nie znaczył dla niej więcej od innych!

Seniora wyszła, furtka zamknęła się za nią z głośnym metalicznym szczękiem, ale od tej pory nie widziałem w niej już nieprzekraczalnej granicy.

Kilka dni później, gdy właśnie siłowałem się z Coco, Mama wróciła. A przynajmniej myślałem, że to Mama – moją uwagę rozpraszał nowy chwyt zapaśniczy, który polegał na tym, że zachodziłem Coco od tyłu i wdrapywałem się na jej grzbiet, przytrzymując ją przednimi łapkami. To był wspaniały chwyt i zupełnie nie rozumiałem, dlaczego moja towarzyszka tak się wiła, kręciła na niego noskiem, a na mnie warczała. To było takie naturalne, czemu tego nie czuła?

Spojrzałem w górę, gdy Bobby otwierał furtkę, w której nagle niepewnie stanęła Mama. Zacząłem do niej radośnie biec, ciągnąc za sobą całą watahę psów, ale przystanąłem, gdy zbliżyłem się do niej wystarczająco, by lepiej się jej przypatrzyć.

Ta suczka miała taką samą ciemną łatę wokół oka jak Mama, podobny, grubawy nos i krótką sierść, ale to nie była Mama. Nowo przybyła ulegle przed nami przykucnęła i oddała mocz. Otoczyłem ją wraz z resztą psów, ale Prędki pomaszerował ku niej, żeby obwąchać jej zadek.

Ramiona Bobby’ego opadły w takim samym geście rozpaczy jak wtedy, gdy pojawiła się nasza trójka, ale niewzruszenie stał obok tego nowego psa, chroniąc go swym ciałem.

– Będzie dobrze, mała – powiedział.

To była Siostra. Już prawie ją zapomniałem, a teraz, gdy dokonywałem inspekcji, zdałem sobie sprawę, jak inne musi być życie po drugiej stronie płotu. Była wychudzona, żebra jej wystawały, a wzdłuż jej boku ciągnęła się biała blizna. Z pyszczka cuchnęło jej zjełczałym jedzeniem, a kiedy przypadła do ziemi, z jej pęcherza czuć było mdły odór.

Prędki szalał ze szczęścia, ale Siostra była zbyt onieśmielona resztą stada, by przyjąć jego propozycję wspólnej zabawy. Czołgała się przed Alfą i bez najmniejszego sprzeciwu pozwalała obwąchać się wszystkim czworonogom. Kiedy z pogardą ją porzucili, rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę pustego karmidła i napiła się trochę wody, zachowując się, jakby kradła.

To właśnie spotykało psy, które próbowały żyć w świecie bez ludzi: były bite, przegrane, wygłodzone. Siostra stała się tym, czym i my byśmy się stali, gdybyśmy nie wyszli wtedy z kanału.

Prędki nie odstępował jej na krok. Przyszło mi na myśl, że Siostra zawsze była jego ulubienicą, ważniejszą dla niego nawet od Mamy. Bez śladu zazdrości patrzyłem, jak nachyla się do niej i ją całuje – miałem swoją Coco.

Moją zazdrość wzbudzało co innego, a mianowicie zainteresowanie, jakie Coco wzbudzała u innych samców, którzy chyba myśleli, że mogą sobie z nią spacerować i bawić się, jakby mnie w ogóle nie było. Chociaż w sumie mogli… Znałem swoją pozycję w stadzie i cieszyłem się z poczucia bezpieczeństwa i ładu, które ono mi zapewniało, ale chciałem Coco tylko dla siebie i nie podobało mi się, gdy bezpardonowo spychano mnie w kąt.

Wyglądało to jakby wszystkie samce chciały się bawić w grę, którą wymyśliłem, zachodzili Coco od tyłu i próbowali na nią wskakiwać, ale z zimną satysfakcją zauważyłem, że ona z nimi też nie ma ochoty tak się bawić.

Nazajutrz po przybyciu Siostry do Zagrody przyszedł Bobby i zabrał Prędkiego, Siostrę, Coco oraz jeszcze jednego młodego samczyka, rozbrykanego nakrapianego ogara, którego mężczyźni nazywali „Siad”, i włożyli ich wszystkich razem ze mną do klatki w furgonetce. Zrobiło się tłoczno i głośno, ale ja uwielbiałem ten pęd powietrza i wyraz pyska Prędkiego, gdy na niego kichałem. Ku mojemu zdumieniu w szoferce razem z Carlosem i Bobbym siedziała pewna długowłosa suczka ze stada. Zastanawiałem się, czemu to właśnie jej dane jest zająć miejsce na przednim siedzeniu. I dlaczego gdy przez otwarte okno do moich nozdrzy wpadł jej zapach, moim ciałem wstrząsnął nagły dreszcz i poczułem dzikość w sercu?

Zaparkowaliśmy nieopodal starego, sękatego drzewa, z którego padał jedyny cień na rozgrzanym parkingu. Bobby wszedł do środka jakiegoś budynku razem z suczką z szoferki, a Carlos podszedł do drzwiczek naszej klatki. Wszyscy z wyjątkiem Siostry rzuciliśmy się do przodu.

– Chodź, Coco. Coco – powiedział Carlos. Na jego dłoniach wyczuwałem orzeszki i jagody, a także coś słodkiego, czego nie byłem w stanie rozpoznać.

Wszyscy zazdrośnie szczekaliśmy, kiedy Coco była prowadzona do budynku, a potem szczekaliśmy dlatego, że szczekaliśmy. Nad nami na gałęzi drzewa usiadł duży czarny ptak i gapił się na nas, jakbyśmy byli jakimiś idiotami, więc poujadaliśmy trochę i na niego.

Bobby wyszedł z budynku i podszedł do furgonetki.

– Toby! – zawołał.

Wystąpiłem dumnie z szeregu, pozwoliłem założyć sobie na szyję skórzaną pętlę, a następnie zeskoczyłem na chodnik, który był tak nagrzany, że aż parzył mnie w łapy. Nawet się nie obejrzałem na frajerów pozostawionych w furgonetce. Wkroczyłem do zaskakująco chłodnego wnętrza przepełnionego zapachem psów i innych zwierząt.

Bobby poprowadził mnie korytarzem, po czym podniósł i posadził moje ciało na lśniącym stole. Weszła jakaś kobieta, a ja biłem ogonem, gdy włożyła mi swoje delikatne, gładkie i miękkie palce do uszu i badała mi szyję. Jej dłonie pachniały jakimiś silnymi chemikaliami, choć już ubranie zwierzętami, w tym Coco.

– Ten jak się wabi? – zapytała.

– Toby – odpowiedział Bobby. Na dźwięk swojego imienia zamerdałem mocniej ogonem.

– To ile dziś mamy?

Rozmawiając tak z Bobbym, unosiła mi dziąsła, by podziwiać moje kły.

– Trzech samców i trzy samice.

– Bobby... – zaczęła kobieta, a ja zamerdałem ogonem, bo rozpoznałem jego imię.

– Wiem, wiem.

– Ona w końcu wpakuje się w kłopoty – powiedziała kobieta. Badała mnie od stóp do głów, a ja zastanawiałem się, czy nie będzie nietaktem, jeśli pozwolę sobie na jęk rozkoszy.

– Nie ma sąsiadów, nie ma skarg.

– Ale są przepisy. Nie może ciągle przygarniać coraz to nowych psów. Już i tak macie ich tam za dużo. Warunki sanitarne na tym cierpią.

– Ona mówi co innego, psy umierają. Nie ma wystarczająco dużo ludzi, którzy mogliby je przygarnąć.

– To sprzeczne z prawem.

– Pani doktor, proszę o niczym im nie mówić.

– Bobby, stawiasz mnie w trudnej sytuacji. Muszę myśleć o dobru tych psów.

– Ale przecież przyprowadzamy je do pani, jeśli są chore.

– Ktoś w końcu złoży na was skargę, Bobby.

– Błagam, niech pani tego nie robi.

– Och, nie miałam na myśli siebie. Nie powiem nic bez uprzedniego poinformowania was o tym. Dam wam szansę na znalezienie jakiegoś rozwiązania. Okej, Toby?

Polizałem ją po dłoni.

– Grzeczny piesek. A teraz pójdziemy na salę operacyjną i ładnie się tobą zajmiemy.

Bobby zachichotał.

Wkrótce potem znalazłem się w innym pokoju, bardzo jasno oświetlonym, ale i przyjemnie chłodnym, a także przepełnionym tą samą chemiczną wonią, jaka unosiła się z ubrania tamtej miłej pani. Bobby mocno mnie trzymał, a ja leżałem w bezruchu, wyczuwając, że tego właśnie ode mnie oczekiwał. Było mi miło, gdy mnie tak trzymał, więc jeszcze uderzyłem ogonkiem w stół. Z tyłu, na karku, poczułem nagłe ukłucie, ale nie poskarżyłem się. Zamiast tego machałem zamaszyście ogonem, żeby pokazać, że nic takiego się nie stało.

Zanim się obejrzałem, znalazłem się z powrotem w Zagrodzie! Otworzyłem oczy i próbowałem wstać, ale tylne łapy odmawiały mi posłuszeństwa. Byłem spragniony, ale zbyt wyczerpany, żeby się doczłapać do wody. Położyłem łeb i znowu zasnąłem.

Kiedy się obudziłem, natychmiast poczułem, że mam coś wokół szyi, coś na kształt białego stożka, który wyglądał tak idiotycznie, że bałem się ostracyzmu ze strony stada. Między tylnymi łapami boleśnie mnie swędziało, ale przez ten głupi kołnierz nie mogłem tam sięgnąć zębami. Doczłapałem się do kranu i napiłem się trochę wody. W żołądku poczułem mdłości, a na podbrzuszu jakiś bolesny uraz.

Po zapachach roznoszących się w Zagrodzie poznałem, że minęła mnie kolacja, ale w tamtej chwili jedzenie było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałem. Znalazłem sobie kawałek chłodnej ziemi i zwaliłem się nań z jękiem. Obok leżał Prędki i patrzył na mnie – on też miał na sobie ten absurdalny kołnierz.

Co ten Bobby nam zrobił?

Nigdzie nie było widać trzech suczek, które poszły z nami do budynku z tą miłą panią w środku. Następnego dnia pokuśtykałem dookoła Zagrody, szukając zapachu Coco, ale nie znalazłem żadnych dowodów na jej powrót.

Oprócz upokorzenia z powodu tego głupiego kołnierza musiałem też znosić kontrolę bolesnego miejsca przeprowadzaną przez każdego samca w stadzie. Alfa niezbyt delikatnie przewrócił mnie na grzbiet, a ja, nieszczęsny, leżałem tak, podczas gdy najpierw on, a następnie reszta psów obwąchiwali mnie z nieukrywaną odrazą.

Nie zachowali się tak względem dziewczyn, które kilka dni później wbiegły do Zagrody. Szalałem ze szczęścia na widok Coco, noszącej taki sam dziwny kołnierz, a Prędki starał się jak mógł, by pocieszyć Siostrę – od razu dało się zauważyć, że cały ten proces był dla niej traumą.

Carlos w końcu zdjął nam kołnierze i od tamtej chwili jakoś dziwnie przestała mnie interesować gra polegająca na wspinaniu się na grzbiet Coco. Zamiast tego wymyśliłem nową zabawę, w której chodziło o to, że podchodziłem do niej dumnie z gumową kością w pysku, a następnie gryzłem ją tuż przed pyszczkiem przyjaciółki, podrzucając zabawkę i ją upuszczając. Coco udawała, że wcale jej nie chce, odwracała łebek, ale jej wzrok powracał do kości, ilekroć trącałem ją nosem w jej kierunku. W końcu traciła nerwy i rzucała się na zabawkę, ale znałem ją tak dobrze, że potrafiłem gwizdnąć jej tę kość, zanim zdążyła zacisnąć na niej zęby.

Następnie oddalałem się tanecznym krokiem, merdając radośnie ogonem, a ona czasami mnie wtedy goniła i zataczaliśmy w biegu duże koła, co było moim ulubionym momentem tej zabawy. Innymi razy ziewała i udawała znudzoną, więc ponownie zbliżałem się do niej, kusząc kością, dopóki znowu nie puszczały jej nerwy i nie próbowała jej pochwycić. Uwielbiałem tę zabawę tak bardzo, że nawet o niej śniłem.

Czasami pojawiały się prawdziwe kości, ale ich dystrybucja rządziła się własnymi prawami. Przy takich okazjach do Zagrody przychodził Carlos z otłuszczonym workiem w ręku i przywołując nas po imieniu, rozdawał osmalone pyszności. Nie rozumiał, że najpierw powinien dawać kość Alfie, z czym osobiście nie miałem problemu. Sam nie zawsze dostawałem kość, ale kiedy już spotykało mnie to szczęście, Carlos wołał: „Toby, Toby” i podawał mi ją tuż nad nosem jakiegoś innego psa. Przy ludziach obowiązywały inne zasady.

Raz, gdy Prędki dostał kość, a ja nie, byłem świadkiem nadzwyczajnej historii. Mój brat przykucnął po drugiej stronie Zagrody, z zatrważającą szybkością gryząc zdobycz, z której unosiła się upajająca wprost woń. Podkradłem się, by zazdrośnie mu się przyglądać, więc byłem blisko całego zajścia. Bowiem do Prędkiego właśnie zbliżał się Alfa. Prędki cały stężał, rozkładając łapy, jakby wyrażał gotowość do nagłego poderwania się, a kiedy Alfa zrobił krok wprzód, mój brat przestał gryźć kość i z jego gardła wydobyło się niskie warknięcie. Nikt nigdy nie warczał na Alfę. Czułem jednak, że Prędki ma rację: zdobycz należała do niego, dostał ją od Carlosa i nawet Alfa nie miał prawa mu jej odebrać.

Ale kość była tak przepyszna, że Alfa nie mógł się powstrzymać. Wysunął ku niej nos i właśnie wtedy Prędki uderzył, a uderzenie owo przybrało formę kłapnięcia zębami prosto w pysk Alfy!

Prędki miał teraz obnażone kły i zwężone oczy. Alfa gapił się na niego oniemiały ze zdumienia tym przejawem otwartego buntu, a potem z dumnie uniesionym łbem obsikał ogrodzenie, nie zaszczycając więcej Prędkiego swoją uwagą.

Wiem, że gdyby Alfa zechciał, to odebrałby Prędkiemu jego zdobycz. Miał taką władzę i już wcześniej zdarzało mu się po nią sięgać. Widziałem przecież, co się stało mniej więcej wtedy, gdy pojechaliśmy w odwiedziny do tej miłej pani z chłodnego budynku. Samce zebrały się wokół jednej z dziewczyn, obwąchując ją i unosząc łapy w niecnych zamiarach. Ze wstydem muszę przyznać, że i ja należałem do tej grupy – ale w suczce było coś tak pociągającego, że nie sposób to opisać.

Za każdym razem, gdy któryś z nas próbował obwąchiwać jej dupkę, dziewczyna siadała na ziemi. Uszy kładła po sobie, ale kilkakrotnie też zawarczała, a wtedy samce się wycofywały, jakby właśnie została wybrana na Alfę.

Zbiliśmy się w tak ciasną gromadę, że nie sposób było na siebie nie wpadać, i wtedy właśnie rozgorzała bójka między Alfą a największym samcem w stadzie, ogromnym czarno-brązowym psem, którego Bobby nazywał Rottiem.

Alfa walczył jak profesjonalny pies ringowy, chwytając Rottiego za kark i rozkładając go na łopatki. Wszyscy rozstąpiliśmy się, by zrobić im miejsce, ale dosłownie kilka sekund później było już po wszystkim i Rottie wywrócił się na grzbiet w poddańczym geście. Odgłosy bójki zaalarmowały jednak Carlosa, który krzyknął: „Hej, hej! Starczy tego dobrego!”. Przyszedł do Zagrody, ale samce zignorowały jego obecność, natomiast Coco przydreptała do niego po głaski.

Poprzyglądawszy się nam przez kilka minut, Carlos przywołał do siebie tę pannę, która zrobiła wśród nas taką furorę, i wyprowadził ją za furtkę.

Ponownie zobaczyłem ją dopiero następnego ranka w furgonetce, kiedy jechaliśmy do tej miłej pani z chłodnej sali. To właśnie ta suczka siedziała na przednim siedzeniu z Carlosem i Bobbym.

Uporawszy się z kością, Prędki chyba zaczął żałować, że tak naskoczył na Alfę. Zwiesił łeb i z merdającym nisko przy ziemi ogonem poczłapał do miejsca, gdzie stał Alfa. Zrobił przed nim kilka filuternych ukłonów, które Alfa zignorował, a następnie polizał brytana po pysku. To wydawało się wystarczyć Alfie za przeprosiny, więc pobawił się chwilę z Prędkim, przewracając go na grzbiet i pozwalając mojemu bratu trochę poskubać swój kark, po czym raptownie porzucił jego towarzystwo.

Właśnie w ten sposób Alfa utrzymywał porządek w stadzie: pilnował, żebyśmy wszyscy znali swoje miejsce, ale nie nadużywał swojej władzy, by kraść nam smakołyki, które dostawaliśmy od ludzi. Byliśmy szczęśliwą watahą – aż do dnia, w którym pojawił się Spike.

Potem nic już nie było takie samo.

ROZDZIAŁ 4

Za każdym razem, gdy już wydawało mi się, że poukładałem sobie życie, wszystko nagle się zmieniało. Kiedy biegaliśmy z Mamą, nauczyłem się bać ludzi, grzebać w śmieciach w poszukiwaniu jedzenia i wiedziałem, jak udobruchać Prędkiego, aby był w dobrym nastroju. I wtedy pojawili się ludzie, zabierając nas do Zagrody, i wszystko się zmieniło.

W Zagrodzie szybko przystosowałem się do życia w stadzie, pokochałem Seniorę, Carlosa i Bobby’ego, ale gdy tylko natura moich zabaw z Coco zaczynała nieco się komplikować i zmieniać, zabrano nas z wizytą do tej miłej pani z chłodnej sali, po której mój zapał do podobnych harców zupełnie wyparował. Wciąż większość dnia spędzałem na skubaniu Coco i na byciu skubanym przez nią, ale nie czułem już tego dziwnego popędu, który wcześniej czasami przejmował nade mną kontrolę.

Między dwoma światami – światem Zagrody i światem zewnętrznym – stała furtka, którą Mama kiedyś otworzyła. Tyle razy rozmyślałem o nocy jej ucieczki, że nieomal czułem w pysku metaliczny smak klamki. Mama pokazała mi drogę do wolności, na wypadek gdybym kiedyś chciał z niej skorzystać. Ale ja byłem innym psem niż Mama. Kochałem Zagrodę. Chciałem należeć do Seniory. Miałem na imię Toby.

Mama natomiast była taką socjopatką, że chyba nikt nie zauważył, że zniknęła. Seniora nawet nie nadała jej imienia. Prędki i Siostra często obwąchiwali dołek za podkładami kolejowymi, w którym kiedyś leżała, ale poza tym nie widziałem u nich żadnych oznak niepokoju z powodu jej zniknięcia. Życie toczyło się dalej swoim zwyczajnym trybem.

I wtedy nagle, kiedy wszyscy mieli już ustaloną pozycję w stadzie, kiedy ja zacząłem jeść z dorosłymi, kiedy Carlos przemycał dla nas kości, a Seniora rozdawała smakołyki i buziaki, pojawił się nowy pies.

Na imię miał Spike.

Usłyszeliśmy, jak zatrzaskują się drzwi furgonetki Bobby’ego, więc wszyscy zaczęliśmy szczekać, choć dzień był tak upalny, że niektóre wylegujące się w cieniu psy nawet nie podniosły brzuchów. Furtka otworzyła się i do Zagrody wszedł Bobby, prowadząc na drągu wielkiego, umięśnionego samca.

Kiedy cała zgraja psów przygważdża cię do bramy, masz prawo czuć się zastraszony, ale nowy nawet nie drgnął. Był ciemny i szeroki jak Rottie oraz wysoki jak sam Alfa. Brakowało mu ogona, a mały kikut, który po nim pozostał, w ogóle nie merdał. Stał pewnie na czterech łapach. Z jego klatki piersiowej dochodziło ciche warczenie.

– Spokój, Spike. Spokój – mówił Bobby.

Ze sposobu, w jaki wypowiedział słowo „Spike”, zrozumiałem, że to imię przybysza. Stwierdziłem, że zanim cokolwiek zrobię, to wpierw pozwolę wszystkim innym dokonać na nim inspekcji.

Alfa zwykle podczas takich powitalnych ceremonii trzymał się z tyłu, ale teraz wynurzył się z chłodnego cienia przy korytku z wodą i przytruchtał zapoznać się z nowym.

Bobby zdjął sznur z szyi Spike’a.

– Spokój – powiedział.

Napięcie Bobby’ego udzieliło się całemu stadu, a ja poczułem, jak sierść jeży mi się na grzbiecie, choć nie bardzo wiedziałem, z jakiego powodu tak się dzieje. Alfa i Spike przyglądali się sobie chłodno. Żaden z nich nie chciał ustąpić pola drugiemu. Stali tak zamknięci w ciasnym kręgu watahy. Pysk Spike’a był pokryty bliznami – jasnoszarymi dziurami i guzkami w kształcie łez, które odcinały się na tle jego ciemnej sierści.

Coś w spojrzeniu Spike’a, który zdawał się ogarniać wzrokiem nas wszystkich sprzymierzonych przeciw niemu, sprawiało, że poczułem strach, mimo że wynik tej konfrontacji był taki, jak powinien. Spike pozwolił Alfie położyć sobie łeb na grzbiecie, choć ani się nie ukłonił, ani nie przywarł brzuchem do ziemi. Zamiast tego podszedł do ogrodzenia, starannie je obwąchał, a następnie obsikał. Samce natychmiast ustawiły się w kolejce za Alfą, żeby zrobić to samo, w tym samym miejscu.

Wtedy nad furtką pojawiła się twarz Seniory, co sprawiło, że ulotniła się większość mojego niepokoju. Kilkoro z nas wyłamało się z kręgu i podbiegło do niej, kładąc przednie łapy na płocie, żeby mogła nas pogłaskać po łbach.

– Widzisz? Nic złego się nie stanie – powiedziała.

– Takie psy hoduje się do walk, Seniora. On nie jest taki jak reszta, o nie.

– Bądź dobrym pieskiem, Spike – zawołała do niego Seniora. Zazdrośnie spojrzałem w stronę nowego, ale całą jego reakcją na swoje imię był szybki rzut oka, jakby w ogóle nie zauważył, że do niego wołano.

„Toby” – chciałem, żeby powiedziała. „Dobry piesek, Toby”. Zamiast tego usłyszałem:

– Nie ma złych psów, Bobby. Są tylko źli ludzie. Tu po prostu potrzeba miłości.

– Czasami psy są zepsute w środku, Seniora. I nic nie jest w stanie ich już naprawić.

Seniora w zamyśleniu wyciągnęła rękę i podrapała Coco za uchem. Desperacko próbowałem wsadzić nos między jej palce, ale wydawała się nawet nie dostrzegać mojej obecności.

Trochę później Coco usiadła przede mną z gumową kością w pysiu i zaczęła ją zapamiętale gryźć. Zignorowałem ją, wciąż obrażony, że oto ja, ulubieniec Seniory, zostałem przez nią tak lekceważąco potraktowany. Coco przekręciła się na grzbiet i teraz bawiła się kością łapami, podnosząc ją w pyszczku i upuszczając na ziemię. Trzymała zabawkę tak lekko, że mogłem jej ją zabrać, więc oczywiście nie wytrzymałem i się po nią rzuciłem! Ale Coco przetoczyła się dalej ode mnie, więc zacząłem ją gonić po Zagrodzie, kipiąc z wściekłości, że wszystko pokręciła.

Byłem tak zajęty próbą odebrania jej tej głupiej kości, gdyż to ja powinienem z nią uciekać, że nawet nie zauważyłem, jak to wszystko się zaczęło. Zobaczyłem tylko, że bójka, której nadejścia byłem pewien od samego początku, trwała już w najlepsze.

Zazwyczaj pojedynki z Alfą kończyły się bardzo szybko, a jego rywal o niższym statusie społecznym bez szemrania przyjmował karę za próbę przewrotu. Ale ta potworna, dzika, głośna, obszczekiwana przez wszystkich walka zdawała się ciągnąć w nieskończoność.

Oba psy starły się w powietrzu przednimi łapami, każdy starał się górować nad przeciwnikiem. Kły lśniły w słońcu, a zajadłe wycie było najstraszniejszą rzeczą, jaką w życiu słyszałem.

Alfa starał się przeprowadzić swój popisowy numer, czyli chwyt za grzbiet, za pomocą którego mógł unieruchomić przeciwnika bez powodowania trwałych uszkodzeń ciała, ale Spike strząsał go, gryzł i kąsał, dopóki w jego pysku nie znalazł się pysk Alfy. Mimo że kosztowało go to krwawe rozcięcie pod uchem, Spike uzyskał teraz przewagę nad naszym przywódcą, zmuszając go do zniżenia łba do ziemi.

Wataha nie zrobiła nic, nie mogła zrobić nic poza dyszeniem i pełnym niepokoju krążeniem wokół walczących, ale nagle furtka otworzyła się z impetem i wpadł przez nią Bobby, ciągnąc za sobą długi wąż ogrodowy. Oba psy uderzył silny strumień wody.

– Hej, dość tego! Stop! – krzyczał Bobby.

Alfa opadł bezwładnie, posłuszny wobec autorytetu Bobby’ego, ale Spike napierał dalej, ignorując mężczyznę.

– Spike! – wrzasnął Bobby. Wyciągnął dyszę przed siebie i uderzył nią Spike’a w pysk, posyłając w powietrze krople krwi. W końcu Spike oderwał się od Alfy, potrząsając łbem, żeby pozbyć się wilgoci, i posłał Bobby’emu mordercze spojrzenie. Bobby cofnął się, zasłaniając się wężem.

– Co się stało? Czy to ten nowy? El combatiente*? – krzyknął Carlos, wchodząc do Zagrody. – Si. Este perro será el problema** – odpowiedział Bobby.

Do mężczyzn dołączyła Seniora i po długich naradach przywołali do siebie Alfę, by przy pomocy jakiegoś środka chemicznego o ostrym zapachu, który od razu skojarzył mi się z miłą panią z chłodnej sali, opatrzyć jego rany bitewne. Alfa wił się, lizał i dyszał z położonymi po sobie uszami, a Carlos smarował mu czymś ranki na pyszczku.

Nie przypuszczałem, że Spike zgodzi się poddać podobnym czynnościom, ale stał spokojnie, nie protestując, kiedy zajmowano się rozcięciem pod jego uchem. Wyglądało, że jest przyzwyczajony do takich zabiegów, bez szemrania przyjmując zapach chemikaliów jako coś, co po prostu pojawia się po walce.

Kolejne dni to była jakaś tortura. Nikt z nas, a zwłaszcza samce, nie wiedział, na czym stoi.

Spike został teraz niekwestionowanym przywódcą stada, czego dowodził, stając łeb w łeb z każdym z nas. Alfa też tak robił, ale nie jak Spike – dla nowego przywódcy najmniejsze nawet pogwałcenie zasad było wystarczającym powodem do wymierzenia kary, która zazwyczaj przybierała formę błyskawicznego i bolesnego ugryzienia. Jeśli zabawa na jego terenie stawała się zbyt głośna i męcząca, Alfa zawsze posyłał ostrzegawcze spojrzenie w stronę delikwenta bądź delikwentów, czasami zawarczał. Spike natomiast całymi dniami patrolował okolicę i rzucał się na nas zupełnie bez powodu – była w nim jakaś podłość i dziwna, zła energia.

Gdy samce rywalizowały o lepszą pozycję w stadzie, rzucając sobie nawzajem wyzwania, pojawiał się między nimi Spike i często włączał się do walki – wyglądało na to, że nie może powstrzymać się od uczestnictwa w burdach. To było niepotrzebne i wprowadzało zamęt, powodując tak duże napięcie w stadzie, że między nami zaczęły się pojawiać utarczki i odżywać dawne spory o pozycję, jedzenie albo miejsce w schłodzonej wodą z cieknącego kranu części Zagrody.

Gdy bawiłem się z Coco w grę, w której ja miałem gumową kość, a ona próbowała mi ją ukraść, podbiegał do nas Spike i warcząc, zmuszał mnie do upuszczenia mojej zdobyczy u jego łap. Czasami zabierał kość do swojego zakątka, tym samym kładąc kres naszej zabawie do czasu, kiedy udawało mi się znaleźć nową zabawkę, a czasami pogardliwie ją obwąchiwał i zostawiał w piachu.

Gdy Carlos przychodził z workiem kości, Spike nawet nie zadawał sobie trudu, by do niego podbiec. Czekał, aż w Zagrodzie nie będzie ludzi, a potem po prostu brał, co chciał. Niektóre psy, takie jak Alfę, Rottiego czy – co mnie zaskoczyło – Prędkiego, zostawiał w spokoju, ale za każdym razem, gdy to mnie dopisywało szczęście i trzymałem w zębach kość od Carlosa, musiałem godzić się z przykrym faktem, że zaraz przyjdzie Spike i mi ją odbierze.

Taka była nowa władza. Może i mieliśmy problemy z odkryciem zasad, ale wszyscy bardzo dobrze wiedzieliśmy, kto je ustanawia. Akceptowaliśmy je, więc byłem bardzo zaskoczony, kiedy Prędki zdecydował się postawić Spike’owi.

Oczywiście poszło o Siostrę. W wyniku rzadkiego zbiegu okoliczności cała nasza trójka – Prędki, Siostra i ja – staliśmy sami w jednym zakątku, prowadząc dochodzenie w sprawie robaka, który przepełzł pod płotem. Chwila luzu w towarzystwie mojej dawnej rodziny była tak odprężająca, zwłaszcza po ostatnich dniach pełnych stresu, że udawałem, iż w życiu nie widziałem nic bardziej fascynującego od tego maciupkiego czarnego owada, który teraz unosił ku nam swoje mikroskopijne kleszcze, jakby całej naszej trójce chciał rzucić wyzwanie do walki.

Pochłonięci tym zajęciem, nie zauważyliśmy Spike’a, dopóki nie było za późno. Jego błyskawiczny, cichy atak na zad Siostry spowodował, że wydała z siebie przerażony pisk.

Natychmiast przywarłem do ziemi – nie robiliśmy przecież nic złego! – ale dla Prędkiego to już było za wiele. Obnażając kły, rzucił się na Spike’a. Siostra odskoczyła, ale ja, napędzany nieznaną mi dotąd wściekłością, przyłączyłem się do Prędkiego i teraz we dwóch kąsaliśmy i warczeliśmy.

Próbowałem podskoczyć i pochwycić Spike’a za kawałek grzbietu, ale odwrócił się i mnie sieknął. Kiedy przewracałem się do tyłu, jego szczęki zacisnęły się na mojej przedniej łapie, a ja zawyłem z bólu.

Prędki został równie szybko przygwożdżony do ziemi, ale ja nie zwracałem na to uwagi – ból w mojej łapce był tak przeszywający. Odszedłem z płaczem, kuśtykając. Przybiegła Coco i zaczęła mnie nerwowo lizać, ale ją zignorowałem i najkrótszą z możliwych dróg poszedłem do furtki.

Jak przypuszczałem, otworzył ją Bobby z wężem ogrodowym w ręku i wszedł do Zagrody. Do tego czasu bójka zdążyła się już skończyć, Prędki zawarł pokój ze Spikiem, a Siostra chowała się za stertą podkładów kolejowych. A więc uwagę Bobby’ego przykuła moja łapa.

Przyklęknął na ziemi.

– Toby, dobry piesek. Już dobrze, mały – zapewniał mnie. Zamerdałem anemicznie ogonem, a kiedy dotknął mojej łapy, przeszył mnie ból aż po łopatkę. Polizałem go po twarzy, żeby dać mu do zrozumienia, że wiem, że nie zrobił tego specjalnie.

Seniora pojechała z nami do miłej pani z chłodnej sali. Bobby mnie przytrzymywał, a ona ukłuła mnie tą samą cuchnącą chemikaliami igłą, której użyła podczas naszych ostatnich odwiedzin, i potem już nie czułem bólu. Leżałem sennie na stole, podczas gdy ona majstrowała przy mojej łapie, i słuchałem jej głosu, kiedy rozmawiała z Bobbym i Seniorą. Wyczuwałem jej niepokój i ostrożność, ale nie byłem w stanie niczym się przejmować, dopóki Seniora mnie głaskała, a Bobby pochylał się nade mną i trzymał, żebym leżał spokojnie. Nawet nie uniosłem łba, gdy Seniora wstrzymała oddech, słysząc od miłej pani z chłodnej sali słowa „trwałe uszkodzenie”. Chciałem tylko leżeć na tym stole już zawsze – a przynajmniej do kolacji.

Kiedy wróciłem do Zagrody, znowu miałem na sobie ten głupi stożkowaty kołnierz, a coś twardego i grubego pokrywało moją poranioną łapę. Chciałem zedrzeć z siebie tę bryłę zębami, ale przez kołnierz nie mogłem się do niej dostać. A więc służył nie tylko po to, by głupio w nim wyglądać. Mogłem poruszać się tylko na trzech łapach, co Spike najwidoczniej uznał za zabawne, bo podszedł do mnie i pchnął mnie klatką piersiową, aż upadłem. „Proszę bardzo, Spike, zabawiaj się. I tak jesteś najbrzydszym psem, jakiego w życiu widziałem”.

Cały czas bolała mnie łapa i ciągle chciało mi się spać. Zasypiałem, a wtedy Coco często przychodziła i kładła na mnie swoją główkę. Dwa razy dziennie odwiedzał mnie też Bobby z jakimś smaczkiem, a ja udawałem, że nie czuję, iż w środku mięska jest coś gorzkiego, choć niekiedy symulowałem, że to połykam, a po chwili wypluwałem to małe białe coś wielkości ziarenka grochu…

W dniu, w którym przyszli ci wszyscy ludzie, wciąż miałem na sobie głupi kołnierz. Z podjazdu dobiegł nas trzask wielu zamykanych drzwi, więc jak zawsze zaczęliśmy szczekać, choć sporo z nas ucichło, gdy usłyszeliśmy pisk Seniory.

– Nie! Nie! Nie możecie zabrać mi moich psów!

Żalu w jej głosie nie dało się z niczym pomylić. W przestrachu trącaliśmy się z Coco nosami. O co tu chodziło?

Furtka otwarła się na oścież i do Zagrody ostrożnie weszło kilkunastu ludzi. Mieli przy sobie znajomo wyglądające drągi, a kilku z nich niosło metalowe kanistry. Zachowywali czujność, jakby spodziewali się ataku.

No cóż, jaka by nie była ta nowa zabawa, większość z nas chciała wziąć w niej udział. Coco jako jedna z pierwszych zbliżyła się do ludzi. Pochwycono ją i bez oporu wyciągnięto z Zagrody. Większość stada poszła w jej ślady, chętnie ustawiając się w kolejce, choć parę psów trzymało tyły – Siostra, Prędki, Spike, Alfa, no i ja, bo nie chciało mi się do tamtych kuśtykać. Jak chcą się bawić, to niech się bawią ze Spikiem.

Siostra puściła się pędem wzdłuż ogrodzenia, jakby w nadziei, że zaraz pojawi się jakaś dziura, przez którą będzie mogła uciec. Prędki najpierw za nią pobiegł, a potem przystanął, z rozpaczą przyglądając się, jak panikuje i nadaremnie walczy. Dwóch mężczyzn zamknęło ją w potrzasku i złapało na sznur. Prędki pozwolił się od razu zabrać, żeby być blisko niej, a Alfa zbliżył się do nich dumnym krokiem, kiedy go zawołali.

Spike z kolei walczył ze sznurem do upadłego, dziko warcząc i szczerząc kły. Mężczyźni krzyczeli, a jeden z nich chlusnął Spike’owi w pysk płynem z kanistra. Jego zapach od razu zaczął mnie palić w nozdrza, mimo że znajdowałem się po drugiej stronie Zagrody. Spike zaprzestał walki i zwalił się na ziemię z łapami przy pysku. Wywlekli go na zewnątrz, a potem przyszła kolej na mnie.

– Dobry piesek. Zraniłeś się w łapkę, mały? – zapytał jeden z mężczyzn. Zamachałem słabo ogonem i zniżyłem nieco łeb, żeby łatwiej było mu założyć mi pętlę na szyję, co i tak zajęło trochę czasu przez ten głupi kołnierz.

Kiedy już znalazłem się za furtką, zmartwił mnie widok płaczącej Seniory. Próbowała wyrwać się z objęć Carlosa i Bobby’ego. Jej smutek udzielił się i mnie; pociągnąłem za sznur, by do niej podejść i ją pocieszyć.

Jeden z mężczyzn podał Seniorze jakieś papiery, ale ona cisnęła nimi o ziemię.

– Dlaczego to robicie? Nikogo nie krzywdzimy! – krzyknął Bobby. Wyraźnie czuć było jego gniew. Zaczęło we mnie narastać przerażenie.

– Zbyt dużo zwierząt i kiepskie warunki – powiedział człowiek od papierów. Z niego również emanował gniew. Wszyscy zresztą byli bardzo spięci. Zauważyłem, że mężczyzna miał na sobie czarne ubranie, a przy piersi połyskiwał mu kawałek metalu.

– Kocham moje pieski – zawodziła Seniora. – Proszę, nie zabierajcie mi ich! – Seniora nie była rozgniewana, tylko smutna i przestraszona.

– Niehumanitarne warunki – odpowiedział mężczyzna.

Nie wiedziałem, co się dzieje. Widok całego stada psów po drugiej stronie furtki, jeden po drugim prowadzonych do klatek na furgonetkach, był bardzo dezorientujący. Większość z nas szła z położonymi po sobie uszami i podkulonymi ogonami. Znalazłem się obok Rottiego, którego głębokie, gardłowe szczekanie wypełniało przestrzeń.

Moje zrozumienie sytuacji nie poprawiło się, kiedy dotarliśmy już do celu naszej podróży, do miejsca, którego zapach przypominał nieco dom miłej pani z chłodnej sali, z tym że tu było gorąco i pełno głośnych, niespokojnych psów. Poszedłem grzecznie, gdzie mnie zaprowadzono, i z pewnym rozczarowaniem zobaczyłem, że wsadzają mnie do klatki razem z Prędkim i Alfą. Wolałbym być z Coco albo nawet z Siostrą, choć moi współwięźniowie byli tak samo wystraszeni, jak ja, i nie patrzyli na mnie wrogo.

Całe to ujadanie było ogłuszające, jednak wyłowiłem z niego warczenie charakterystyczne dla atakującego Spike’a, a zaraz po nim pisk bólu wydobywający się z gardła jakiegoś nieszczęsnego czworonoga. Mężczyźni krzyczeli i kilka minut później Spike’a prowadzono już na drągu. Zniknął w głębi korytarza.

Przed naszą klatką stanął jeden z ludzi.

– A tu co mamy? – zapytał.

Ten, który chwilę wcześniej wyprowadził Spike’a, zatrzymał się i spojrzał na mnie obojętnie.

– Nie wiem.

Od Pierwszego wyczuwałem troskę naznaczoną smutkiem, ale od Drugiego tylko ową obojętność. Pierwszy otworzył klatkę i delikatnie obadał moją chorą łapę, odsuwając pyszczek Prędkiego.

– Do niczego – stwierdził.

Próbowałem mu wyjaśnić, że jestem o wiele fajniejszym psem bez tego głupiego kołnierza na szyi.

– Nie do adopcji – orzekł Pierwszy.

– Mamy zbyt wiele psów – powiedział Drugi.

Pierwszy sięgnął pod kołnierz i przygładził mi uszy. Mimo że czułem się nielojalnie wobec Seniory, polizałem go po ręce. Pachniał głównie innymi psami.

– Okej – powiedział.

Drugi sięgnął po mnie i pomógł mi zeskoczyć na ziemię. Założył mi pętlę na szyję i zaprowadził do malutkiej, nagrzanej salki. Był tam Spike zamknięty w klatce, przed którą w pewnej odległości przechadzały się swobodnie dwa inne, nieznane mi psy.

– Poczekaj. – W drzwiach pojawił się Pierwszy. Pochylił się i odpiął mi kołnierz, a powietrze, które owionęło moją twarz, było wspaniałe jak pocałunek. – One nie znoszą w tym chodzić.

– Jak sobie chcesz – odpowiedział Drugi.