Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zamieszka pod jednym dachem z wrogiem z dzieciństwa, który teraz jest gwiazdą hokeja.
Po trudnych wydarzeniach na uczelni Ines Delgado postanawia zaszyć się w domku w górach, należącym do rodziców jej przyjaciela. Ma nadzieję, że z dala od cywilizacji, w miejscu pozbawionym zasięgu i miejskiego zgiełku, choć na chwilę odnajdzie spokój, a rówieśnicy zapomną o jej fatalnej reputacji.
Wpada jednak z deszczu pod rynnę, bo na miejscu spotyka swojego wroga z dzieciństwa, nowego kapitana drużyny hokejowej Minnesota Wildcats – Kadena Wyatta. Niebawem się okazuje, że mimo upływu lat dawne umizgi i niechęć nie odeszły w niepamięć.
Na dodatek teraz zostaną współlokatorami. Nie tak Ines wyobrażała sobie ucieczkę od kłopotów. Mieszkanie ze znanym sportowcem zdecydowanie nie było w jej bingo na ten rok. W dodatku dziewczyna odkrywa, że zarozumiały hokeista przejrzał ją szybciej niż ktokolwiek inny…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 630
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Ewa Remek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Wiktoria Garczewska, Emilia Ziarnik
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-967-2 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Historia jest drugą częścią serii „Thin Ice Legacy”. Dla pełnego zrozumienia fabuły oraz przeszłości głównych bohaterów sugeruję zapoznanie się z poprzednią częścią: Midnight Mysteries.
Książkę można czytać bez znajomości pierwszego pokolenia, ale dla kompletnego doświadczenia polecam sięgnąć po tytuły w odpowiedniej kolejności.
Seria Thin Ice Legacy – Drugie Pokolenie
• Midnight Mysteries
Seria Thin Ice Games – Pierwsze Pokolenie
• For Good Luck
• For The Cheer
• For Your Love
• For Our Future
• Spin-Off: Hiding from the Rain
W książce występują treści, które mogą wpłynąć na wrażliwych czytelników, jednak ich opis może zdradzić elementy fabuły i mieć wpływ na ogólny odbiór historii, w związku z czym nie zostały umieszczone tutaj, tylko na ostatniej stronie. Jeżeli jesteś wrażliwym czytelnikiem, zapoznaj się z ostrzeżeniem dotyczącym treści na końcu książki.
Nie mam problemu
Ines
Danny:
gdzie jesteś?
uciekłaś?
szukam cię
Wracaj.
Proszę, wróć.
Błagam, niech ktoś tutaj wróci.
Ale moi znajomi już udali się do auta, prawdopodobnie mnie nie widzą. Ja tylko słyszę gdzieś z boku jakiś ruch, trzaskanie drzwiami, potem cichy warkot silnika wśród dźwięków wszechobecnych taksówek. Jest mi zimno, bo moja sukienka jest cienka jak papier. Nawet nie mam pod spodem biustonosza, tylko naklejki na ciało, żeby cokolwiek zakryć – poleciłam je też Rosie. Ja ją dzisiaj wyprawiłam. Ja ją malowałam. Ja mówiłam jej, że wygląda pięknie i będzie się wspaniale bawić.
I również ja wiedziałam, że nikt nie jest w stanie skrzywdzić jej tak bardzo jak ja.
W końcu odważam się mrugnąć i świat nie znika. Mój wstyd nie znika. Moja wściekłość też nie. Nie wraca żadne ciepło, nadal stoję pośrodku patio i to w mrozie, a moje palce zaczynają drętwieć i nie jestem w stanie zacisnąć ich na ramionach. Przeszywa mnie dreszcz, nie czuję też ust, co oznacza, że pewnie zaczynają robić się sine. Odmarzają mi nawet cebulki włosów, a całe ciało zaczyna się trząść. Być może zamarzły też łzy, bo wcale nie płyną.
Przecież doskonale wiedziałam, co robię. To nie tak, że pomyliłam się i nie wyznałam prawdy przez przypadek. Oni wszyscy mają prawo nazywać mnie kłamczuchą i oszustką, może nawet manipulatorką, skoro wielokrotnie wspominałam, że przyjaciółki Emily kiedyś uganiały się za Dannym.
– Ines! Czyś ty zgłupiała? – Za sobą słyszę głos Danny’ego.
Nie robi na mnie żadnego wrażenia.
Chłopak łapie mnie za łokieć i ciągnie niedelikatnie w stronę sali. Zamyka szczelnie drzwi wejściowe, pociera moje ramiona.
– Kurwa, dziewczyno, na zewnątrz jest największy mróz tej zimy – odzywa się przez nieco zaciśnięte zęby. Ponieważ już pił, śmierdzi od niego alkoholem i dodatkowo nie mówi do końca wyraźnie. W uszach mi szumi, więc nie słyszę go zbyt dobrze. – Wiedziałem, że bywasz szalona, ale nie wydawało mi się, byś była aż tak głupia.
Mam jeszcze trochę siły, by wyrwać się z jego uścisku. Cofam się, ale mój obcas lekko się załamuje, jakoś wykręca, pasek od buta pociąga kostkę. Syczę, bo to boli, jednak może to właśnie natychmiastowa karma.
Łapię równowagę.
Co mam teraz zrobić?
Zerkam na Danny’ego.
Mam ochotę go uderzyć.
– I co teraz zrobimy? – pyta.
Najpierw jestem zszokowana, a potem – chyba z tego szoku – parskam śmiechem.
– Żartujesz?
– Ines, lepiej powiedz mi, co teraz zrobimy. To nie jest zabawne.
– Ha! Ha! Ha, ha! – Każde parsknięcie jest coraz głośniejsze. – Ha!
– Ines, do kurwy… – Idzie w moją stronę.
– Pierdol się. – Pokazuję mu środkowy palec. – I zostaw mnie w spokoju.
Danny wybucha śmiechem.
– Naprawdę będziesz się teraz tak zachowywać?
Cofam się jeszcze i jeszcze, i jeszcze.
– Nie rozmawiaj ze mną.
– Kurwa, Delgado, sama do mnie wtedy przyszłaś! – Zbliża się zbyt szybko. Kładzie dłoń na ścianie obok mnie, uderza w nią. – Sama do mnie przylazłaś i włożyłaś mi język do gardła!
Zaciskam usta z całej siły, zęby mnie już bolą.
– Zostaw mnie w spokoju.
– Musisz chyba przyznać przed sobą, że sama do mnie przyszłaś, ty naiwna dziewczynko.
– Ja? – Uśmiecham się szeroko. – Ja jestem teraz naiwna, tak? A może powiesz coś o sobie? Jaki ty jesteś, Danny? Jak myślisz, kto może mieć teraz bardziej przesrane?
Chłopak znów uderza w ścianę i chyba się orientuje, że pokazuje mi swoje najgorsze oblicze. Jego policzki drgają, przeciera z całej siły oczy.
– Ja pierdolę. – Odbija się od ściany i w końcu nie czuję się jak w klatce. – Ja pierdolę. Musimy się zastanowić, co teraz zrobimy.
Ja nie chcę nic robić.
W ogóle nic nie chcę.
Nie chcę patrzeć na tych wszystkich ludzi, ale jednocześnie nie chcę być sama. Nie chcę kłamać, ale jednocześnie nie chcę też mówić prawdy. Czego ja właściwie chcę?
Potrafię powiedzieć o ludziach wiele. Mogę powiedzieć, że Rosie to wrażliwa i kochana dziewczyna, jednak ma w sobie ogromnego ducha walki i z odpowiednimi osobami u boku potrafi błyszczeć niczym najpiękniejszy diament.
Potrafię powiedzieć, że Vaughn jest dla niej idealny.
Potrafię powiedzieć, że Ashton zawsze starał się wbrew wszystkiemu mieć mnie na oku, bo każdy inny zwyczajnie by się bał, a ja mimo wszystko nigdy nie byłam z nim całkowicie szczera.
Potrafię też powiedzieć, że Danny nie jest dobrym człowiekiem i być może stresuje się teraz bardziej niż ja.
Nie potrafię jednak powiedzieć o sobie nic oprócz tego, że zachowałam się potwornie i wina leży całkowicie po mojej stronie. Danny jest okropny, ale w tym momencie przynajmniej szczery. To ja złapałam go wtedy w łazience. To był mój pomysł. To przeze mnie później rozpętało się piekło, którym manipulowałam tak, by nigdy nie zostało do końca ujarzmione.
Po raz pierwszy w życiu tak bardzo żałuję tego, że się wyróżniam. Jestem zbyt wysoka, ubieram się zbyt wyzywająco, maluję się zbyt dobrze, a moje paznokcie błyszczą brokatem i zawsze pasują do ubrania. Na początku doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że każdy, kto zobaczy nagranie, rozpozna mnie na nim. Później wszystko się zmieniło.
W geście desperacji przyciskam wierzchnią część dłoni do ust i pocieram, by zmyć burgundową pomadkę, lecz ta jak na złość trzyma się niczym wieloletnia farba na budynku. Jestem prawie pewna, że nawet gdybym się popłakała, tusz do rzęs by to wytrzymał.
Ale tusz do rzęs nigdy nie był moim problemem.
Co było moim problemem?
Każdy jakiś ma. Jeden jest wstydliwy, drugi wrażliwy, trzeci milczy, a czwarty nie wierzy w siebie dostatecznie mocno i za bardzo stawia dobro innych na pierwszym miejscu. Piąty jest po prostu zarozumiały, szósty popełnia w życiu błędy, siódmy za szybko ocenia innych. Mogłabym patrzeć na ludzi z uczelni po kolei i wymieniać, co jest ich problemem.
A moim?
Obawiam się, że ja nie mam problemu.
Obawiam się, że ja tym problemem jestem.
Od zawsze byłam postrzegana na dwa różne sposoby.
W domu upragniona i wyczekana córeczka, jedyne dziecko moich rodziców. Mama miała problemy z zajściem w ciążę, później też z utrzymaniem jej, a oboje z tatą już bardzo pragnęli mieć dziecko. W końcu jednak się udało.
Urodziłam się mała, ale zdrowa.
I od razu śliczna, oczywiście.
Piękne oczy w odcieniach błękitu i szarości, śliczne ciemne włoski na małej główce, w pewnym sensie cały tatuś, a jednak uroda po mamie. Mój ojciec jest bardzo wysoki, mama względnie też, więc mnie również szybko wyciągnęło i już od pierwszej klasy podstawówki byłam wyższa niż większość rówieśniczek. Niektórym mogłoby to przeszkadzać. Mnie? Zawsze chodziłam z podniesioną głową, bo wiedziałam, że zauważą mnie wszędzie. Mama zadbała, bym czuła się dobrze we własnym ciele, a moje usposobienie pomogło mi nabrać pewności siebie w bardzo młodym wieku.
Tata jest bardzo specyficzny, ale pozwolił mamie działać i przede wszystkim bardzo, bardzo o nas dbał. Jestem praktycznie pewna, że wystarczy jeden pusty SMS ode mnie, a w następnej chwili zjawi się w moim domu, by sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Mam dobry kontakt z rodzicami. Tacie jeszcze do niedawna musiałam meldować się średnio co czterdzieści osiem godzin, bo bywa nieco nadgorliwy, jednak wiem, że to z miłości.
Mama jest po prostu świetną kobietą.
Ale skąd wziął się mój charakter?
Nie mam zielonego pojęcia.
– Dziwka! – rzuca ktoś, kto przechodzi obok mnie.
A raczej ja przechodzę obok niego, bo okazuje się, że jakimś cudem się ruszałam i szłam, choć nawet nie byłam tego świadoma.
Obracam się, gdy zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś stosuje wobec mnie slut-shaming.
– Mogłeś chociaż bardziej się wysilić – rzucam do niższego ode mnie o prawie głowę chłopaka, którego kojarzę chyba z roku wyżej. – Myślisz, że nazwanie mnie dziwką zaboli?
Chłopak marszczy brwi, bo wyraźnie nie spodziewał się, że zareaguję.
Ludzie naprawdę uważają, że ich obelgi czy krzywe spojrzenia zrobią na mnie wrażenie. Nic bardziej mylnego. Nadal idę korytarzem uczelni z tak samo podniesioną głową jak wcześniej, choć wszyscy plotkują. Tylko że tym razem to nie głupie zmyślone pomówienia. To prawda.
Ludzie rozmawiają i nie dam rady tego uniknąć. Jestem w stanie w tym momencie przyznać się do tego, co zrobiłam. A zrobiłam kompletną głupotę i tym samym zraniłam swoją najlepszą przyjaciółkę, moją lepszą połówkę, moją kotwicę w momentach, w których myślałam, że świat to tylko zgubienie i szara rzeczywistość.
– Czy ty jesteś jakaś popierdolona? – pyta ten sam chłopak. Śmieje się nerwowo. – Zrobiłaś aferę na całą uczelnię. Wszyscy gadają o tym, że zrzuciłaś winę na swoją przyjaciółkę tylko po to, żeby uniknąć odpowiedzialności za uwiedzenie Danny’ego, bo jesteś w nim beznadziejnie zakochana…
Zaczynam się śmiać.
– Jestem szalona, ale nie głupia – klaruję. – I zbyt wiele już widziałam, by teraz zakochać się w kimś takim jak Danny.
– A więc nie zamknęłaś się z nim w łazience…
– Łazienka była otwarta – ucinam, oglądając swoje paznokcie. – Myślisz, że Pierce nagrałby film przez zamknięte drzwi?
Ruszam ustami w prawo i w lewo. Chłopaczek robi się czerwony.
– Jak to jest, gdy twoi najlepsi przyjaciele cię nienawidzą? – próbuje uderzyć z innej strony.
Auć. To zabolało.
– A jak to jest rekompensować sobie własną niepewność i kompleksy przez prześladowanie innych?
– Tylko tego, kto na to zasługuje…
– Nikt nie zasługuje na to, by być w ten sposób prześladowanym. – Zbliżam się do niego. Patrzę na niego z góry. – Wiesz dlaczego?
Jego powieka drga. Usta też. Są zaciśnięte w wąską kreskę.
– Nie – mamrocze jakby z przymusem.
Czasami odnoszę wrażenie, że jeżeli odpowiednio długo na kogoś spojrzę, ten ktoś nagle zaczyna rozumieć. Teraz dzieje się to samo. Zbliżam się jeszcze bardziej, mam ochotę pogłaskać tego chłopaka po głowie i włożyć najwyższe obcasy, by być od niego jeszcze wyższa.
– Bo twoje prześladowanie nic nie zmieni – mówię w końcu. – Jeżeli widzisz problem i chcesz zwrócić na niego uwagę lub pomóc, zrób coś, co doprowadzi do zmiany… skontaktuj się ze swoimi znajomymi i przypomnij im, że Rosie jest niewinna. Przejdź przez uczelnię, zaczep swoje koleżanki i powiedz im, że dla facetów nie warto ryzykować. Idź do swoich kolegów i przypomnij im – zmieniam ton na niższy i bardziej dosadny – że, do cholery, Danny Hartman też jest w tej bajce złoczyńcą.
Chłopak śmieje się nerwowo.
– …co?
– Sama ze sobą się nie całowałam. To Danny miał dziewczynę – przypominam. – Czy nikt tego, do cholery, nie widzi?
– Gdybyś nie poszła do niego i nie dała się…
– Był w związku! – podnoszę głos. – Miał dziewczynę! – Przymykam oczy i się odsuwam. Nerwy znów mi puszczają. – Możecie obrzucać mnie obelgami do woli, proszę bardzo. Owinę się nimi jak najpyszniejszym spaghetti.
Znów się cofam.
W oczach chłopaka błyszczy dezorientacja, zmieszanie, ale też odraza. Odraza do mnie, rzecz jasna.
– A ty może kiedyś dorośniesz do tego, by zrozumieć, że nie tylko ja powinnam ponosić za to odpowiedzialność.
Ja powinnam ponosić odpowiedzialność za zranienie Rosie, a co za tym idzie – również Ashtona i Vaughna. Nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby wszyscy nasi rodzice się dowiedzieli. Zakładam, że nie wiedzą, skoro jeszcze o niczym nie słyszałam.
Chłopak znów przeklina, ponownie brzydko mnie nazywa i odchodzi w głąb korytarza, bo brakuje mu już argumentów. Nie dziwi mnie to. Ludzie szybko rezygnują, gdy inni przed nimi nie uciekają, tylko rzeczywiście stają do konfrontacji. Choćby ziemia się wokół mnie paliła, nie pozwolę sobie udowodnić, że mogą mnie bezkarnie oceniać.
Ponownie jestem zadowolona jak po każdym starciu. Ludziom rzadko udaje się mnie przegadać i powinni już wiedzieć, że mogą mnie nazywać największą z suk tego świata, a mnie i tak to nie ruszy.
Ale rusza mnie coś innego.
Bo gdy obracam się, zapominam, dokąd właściwie zmierzam.
Rosie przemierza hol w towarzystwie Vaughna.
On otacza ją ramieniem. Przez moment nawet boję się na niego spojrzeć. Ma pełne prawo być na mnie wściekły, a jednak nie wypowiedział się ani słowem, odkąd poznał prawdę. Dbał wyłącznie o Rosie. Odciągał ją ode mnie, zabierał gdzieś do domu, by ją wspierać, przytulać, żeby o nią najzwyczajniej w świecie zadbać. Tak bardzo się cieszę, że znaleźli siebie nawzajem, bo dzięki temu wiem, że Rosie nie została sama i rzeczywiście istnieje ktoś, kto będzie się nią opiekował równie dobrze co ja.
Vaughn wciąż na mnie zerka i z jego oczu nie mogę odczytać zbyt wiele. To nadal cichy chłopak, nic się nie zmieniło. W tym roku kończy studia, chociaż czasami w rozmowach przewijał się temat rozpoczęcia kolejnego stopnia nauki. Spędzają z Rosie każdą chwilę razem już od dawna i to pierwszy raz, kiedy widzimy się z powrotem na uczelni. Rosie potrzebowała chyba paru dni na oddech po Nowym Roku.
Ja wróciłam praktycznie od razu i trochę cieszyłam się z nieobecności przyjaciółki.
Nadszedł jednak pierwszy dzień, gdy w końcu mijamy się w korytarzu, i, Boże, te duże łagodne oczy są wypełnione takim zawodem i bólem, że mam wrażenie, jakbym stąpała po rozżarzonych węglach, a nie po kamiennej podłodze. Tak bardzo chciałabym się odezwać. Tak bardzo chciałabym usłyszeć jej głos. Tak bardzo chciałabym ją zapewnić, że wiem, gdzie popełniłam błędy, a zatajanie prawdy od ostatniego Halloween nie było najgorszym z nich.
Ale ja się nie zatrzymuję, Rosie się nie zatrzymuje i nie daje po sobie poznać nienawiści. Wydaje mi się, że w jej słowniku nie istnieje taka emocja. Nienawiść. Sądzę, że jest zawiedziona, boli ją serce, chciałaby mnie odzyskać, ale wie, że teraz to nie nastąpi, bo nie jestem w stanie z nią rozmawiać, a ona sama z siebie się do mnie nie zbliży, gdyż jestem jak ogień – parzę, nigdy w przyjemny sposób.
Mówiłam, że nikt nie jest w stanie mnie przegadać, że odeprę każdy atak i obronię się zawsze i wszędzie, lecz co wtedy, gdy żadnego ataku nie będzie, a ja nie będę potrzebowała obrony?
Jak teraz.
Mam przed oczami jej twarz.
Jak wtedy, tamtego wieczoru. Oczy pełne łez.
Potem widzę Danny’ego.
Jego rękę obok mnie.
Czuję jego zapach.
Wszystko poszło nie tak.
Nagle już zupełnie nie wiem, dokąd zmierzałam. Nie wiem również, gdzie wylądowałam. Jestem… w łazience?
Rozglądam się wokół.
Przyszłam do łazienki, chociaż wcale o niej nie myślałam. Drzwi skrzypią i się nie domykają. Jakaś dziewczyna opuszcza jedną z kabin, nie myje rąk i wychodzi na zewnątrz. Za nią drzwi też nie zamykają się do końca. Słyszę, jak spotyka się na korytarzu z koleżankami, słyszę ich śmiechy i rozmowę.
– Patrzcie, tam stoi Vaughn – mówi jedna. – O, tam. Widzisz?
– I Rosie z nim jest – dodaje druga.
– Ciekawe, gdzie jest Ines – parska trzecia.
Śmieją się wszystkie.
Mam je w dupie.
Ale nie mam w dupie tego, jak czuje się z tym wszystkim Rosie. Jak stoję w łazience i wcale nie chcę wyjść, bo boję się, że znowu kogoś spotkam, a ten ktoś przypomni mi, co właściwie się stało. Czy w ogóle będę w stanie się pozbierać i zrobić coś, co przywróci mi szacunek w oczach moich przyjaciół?
– Przejebane, jak ona tak po prostu może wrócić na uczelnię i pokazywać się tutaj, podczas gdy zrobiła takie świństwo własnej przyjaciółce – komentuje pierwsza dziewczyna.
Patrzę na siebie w lustrze. Widzę to co zawsze. Staranny, ale wciąż delikatny makijaż. Lekko zaczerwienione oczy, bo nie spałam najlepiej. Symetryczną twarz, odrobinę wyschnięte usta. Czy ja w ogóle piłam dzisiaj wodę? Jest już prawie trzecia.
Jest prawie trzecia, a ja nie jestem w stanie wziąć nawet łyka wody.
Kiedy w końcu oddycha mi się już ciężko i na tyle źle, że przed oczami pojawiają się mroczki, muszę wejść do jednej z kabin i zamknąć się tam na zasuwkę. Siadam na zamkniętej toalecie. Prosto. Ostrożnie. Płuca są jakieś ciężkie, a ja lekka. Przed oczami pojawia się coraz większa mgła. Świat gdzieś tam pędzi do przodu, a ja jestem w stanie jedynie siedzieć za zamkniętymi drzwiami łazienki.
Nigdy jeszcze się tak nie czułam.
Nie chcę tam wracać.
Jak mam przestać być problemem?
Nie chcę tam wracać.
Jestem w środku swojego pierwszego roku studiów i już wiem, że nic z tego nie będzie. Po raz kolejny wyjdę poza ramy i zrobię coś głupiego, bo nie mam siły pokazywać się na korytarzu, odbijać kolejnych obelg, słuchać oskarżeń. Poczucie winy sprawia, że trudno mi się oddycha, a nie mogę sobie na to pozwolić.
Wychodzę z toalety, a potem na korytarz. Kieruję się do wyjścia z uczelni.
I nie zamierzam już na nią wrócić.
Zlot The Originals
Kaden
Tata:
Stary, rozwaliłeś ten ostatni mecz
Niesamowite
mama chce Was zaprosić na obiad, dasz radę wpaść w tym tygodniu?
Kaden:
chętnie
a będziecie na meczu z Detroit?
Tata:
proste
weźmiemy większą ekipę
♥
Kaden:
♥
Niektórzy mogliby stwierdzić, że dorastanie z ojcem, który był gwiazdą hokeja, a potem kapitanem drużyny Minnesoty i na końcu również najlepszym przyjacielem dla wszystkich swoich bliskich, było przytłaczające.
Nic bardziej mylnego. Gdy patrzę na siebie w lustrze i dostrzegam coraz więcej cech wizualnych po moim ojcu, jestem z tego dumny.
Gdy przypadkiem widzę fragment jakiegoś wywiadu albo rozmowę z fanami, gdzie ponownie zachowuję się jak ojciec, też jestem z tego dumny.
Ponieważ Brayden Wyatt ma bardzo dobrą reputację, ja z automatu też ją mam. Tata był łamaczem serc wielu kobiet, które zakochiwały się w nim na odległość, często znając go wyłącznie z ekranu. Ktoś mógłby powiedzieć, że działo się tak dlatego, że mój ojciec to dobre połączenie zadziorności, pewności siebie i jednocześnie wielkiego serca, ale według mnie to nie tylko to. Jest w nim więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Nie znam drugiej osoby, której ufam tak mocno – z wyjątkiem mamy, brata, ale to i tak co innego. Ojciec ma w sobie coś takiego, co sprawia, że jeżeli kiedyś znajdę się w sytuacji podbramkowej i będę potrzebował pomocy, zadzwonię właśnie po niego. Choćbym wtedy sypiał z seryjną morderczynią, to gdy poproszę, by mi zaufał i zabrał ją z nami, on to zrobi, nie kwestionując żadnego mojego wyboru. Za to pomoże rozegrać sytuację tak, by zakończyła się jak najlepiej.
Takim właśnie człowiekiem jest mój ojciec i taki przykład dawał mi przez całe życie. Przebrnąłem przez wszystkie etapy edukacji i widziałem naprawdę wiele przypadków rodzin, jednak zawsze po powrocie do domu uświadamiałem sobie, jakim jestem szczęściarzem już od początku. Nie wszyscy mają takie możliwości, jakie miałem ja. Ojciec wydał kupę kasy na to, by wprowadzić mnie w świat hokeja, ale to z własnej woli w nim zostałem. Mama powtarzała mi średnio co miesiąc, że mam całkowity wybór, w każdej chwili mogę zrezygnować i robić coś innego, coś, co kocham, a rodzice będą mnie w tym wspierać.
Ale oto jestem i wychodzę na swój kolejny mecz, bo hokej to coś, co kocham całym sercem. Ten cierpki zapach na arenie, zimne powietrze, które szczypie w nozdrza, ciężar całego ekwipunku – kasku i ochraniaczy. Poruszam zębami, by sprawdzić, czy osłona na zęby dobrze leży, bo lubię grać twardo i szybko, więc zawsze obawiam się, że wybiję sobie w końcu coś w szczęce.
I tak bym niczego nie żałował.
Wychodzimy na lód po kolei, unoszę delikatnie materiał swojej koszulki za ramiona i robię obrót, żeby się zaprezentować. Piski i krzyki wzmagają się, gdy w końcu jestem na lodzie. Jeździmy w kółko, by się rozgrzać, muzyka gra i nastraja nas pod mecz. Nie wiem, jak czują się inni zawodnicy, jednak ja odnoszę wrażenie, jakby cały świat stawał się piękniejszy, i to niezależnie od tego, czy wygram, czy nie. Szczęściem napawa mnie sama jazda na łyżwach, sama atmosfera, sama gra, która chyba płynie w moich żyłach.
Rozglądam się po całej arenie.
To piękne, że będę grał dla tych wszystkich ludzi. Uśmiecham się, bo jakieś kobiety machają mi bardzo energicznie i są względnie niedaleko. Gdy zdają sobie sprawę, że rzeczywiście wyłapałem je wzrokiem, robią wielkie oczy i śmieją się do siebie jak szalone.
Obracam się z powrotem na lodowisko i robię jeszcze jedno okrążenie, a potem wykonuję różne ćwiczenia rozgrzewkowe – przysiady w trakcie jazdy, małe podskoki, kładę się też na łokciach na lodzie i rozgrzewam uda. Obok siebie widzę łyżwy innego zawodnika.
– Chłopaki z Detroit chcą nas zniszczyć – mówi Cole. Kuca, by dotrzeć do mnie przez te rozciągania, które zapewne zaraz ktoś sfilmuje i znów zobaczę je w sieci. – Trzeba uważać na Lowry’ego jak zawsze. – Cole skanuje zawodników zimnym, wręcz bezdusznym wzrokiem. – I mają jakiegoś nowego.
– Czekaj, co? – Podnoszę się z łokci, klękam, opieram się na piętach. – Skład był podany już dawno.
– Była wymiana – informuje Cole. – Chetsky?
– Nie znam.
– Podobno jakiś małolat, który jest narwany. Świeży nabytek. Nie podoba mi się, jak na nas patrzy.
Śmieję się i zerkam na kumpla.
– Stary, o tobie na bank mówią to samo.
Cole wydaje z siebie tylko ciche parsknięcie, bo wie, że to prawda. Wszyscy komentują zawsze jego chłód i nieprzystępność, chociaż przynajmniej nie jest specjalnie narwany, te epizody już za nim. Teraz nie ma już tak gorącej głowy i wycofuje się w każdym momencie, w którym to możliwe. Nie moglibyśmy różnić się od siebie bardziej, ale dzięki temu jesteśmy bardzo zgraną drużyną. Cole potrafi być zimnym skurwielem, można do niego coś mówić, można go uderzyć i nigdy nie wiadomo, jak zareaguje, więc nawet nikt nie próbuje. Dla niego kariera hokejowa nie była tak prosta jak dla mnie. Być może dlatego, że w inny sposób radzi sobie z emocjami i osoby pozornie mocniejsze łatwiej złamać.
Ludzie myślą, że jest inaczej, bo widzą tylko to, co na zewnątrz. Jego wielką sylwetkę, zimny wzrok, ciemne ubrania i odsuwanie od siebie wszelkich kamer czy aparatów oraz przede wszystkim mikrofonów. To naprawdę rzadkość, by Cole pogadał z kimś poza lodowiskiem tak po prostu, w ramach small talku.
– Myślę, że Chetsky nam nie zaszkodzi – stwierdzam po chwili, obserwując przeciwników. – To napastnik?
– Tak.
Śmieję się i zerkam w stronę bramki. Nasz bramkarz Caleb to cholernie uzdolniony zawodnik, który obroni najmocniejszy strzał, nawet jeżeli będzie miał po nim siniaka wielkości arbuza na udzie albo w innym miejscu. To człowiek bezpretensjonalny, wyważony, spokojny – i jego talentem jest to, że potrafi zrównoważyć praktycznie każdego.
– To chyba będziemy bezpieczni. Caleb jest w formie od początku sezonu – przypominam. – Jak na razie idziemy z nim jak burza.
Cally uchyla kask i puszcza nam oczko.
Cole tylko markotnie wzdycha.
Ja śmieję się i żartobliwie puszczam Calebowi buziaka. Kocham tego człowieka. Mam nadzieję, że dostanie w życiu wszystko, czego pragnie.
Gdy w końcu się podnoszę, Cole odjeżdża na swoje rozciąganie, a ja bez celu sunę po lodowisku. Caleb wystawia dłoń i woła mnie do siebie do bramki. Unosi kij, po czym go opuszcza. W górę, w dół, w górę, w dół, rozgrzewa się coraz bardziej energicznie. Znów uchyla kask.
– Co to za zlot The Originals?– pyta z lekkim uśmiechem.
Obracam się i wypatruję boksu dla naszych rodzin.
Boże drogi, gdy ojciec mówił, że zgarnie ekipę, nie spodziewałem się, że weźmie chyba każdego swojego ziomka. Na trybunie dostrzegam moich rodziców oraz Ashtona, Setha razem z Vaughnem, a obok młodego Montgomery’ego – właściwie pod jego ramieniem – stoi też Rosie, jego dziewczyna. Dalej dostrzegam siostrę Vaughna i Cole’a, czyli Saige. Dosłownie po sekundzie do boksu przeciska się też siostra Caleba razem z rodzicami. Kiedy myślę, że to już koniec, kolejne dwie głowy pojawiają się w zasięgu wzroku – Beck i Elis.
Wycieram delikatnie usta, wypatrując kogoś jeszcze. Na pewno kogoś by znaleźli.
To jednak wszystko.
Mama wypatruje mnie w tłumie i macha energicznie, szeroko się uśmiechając. Też unoszę ramię i macham jej.
– Całkiem niezły skład – stwierdza Cally. – Nie mówiłeś, że zaprosiłeś wszystkich.
Poprawiam rękawice i odchrząkuję.
– Wszyscy zawsze dostają ode mnie sporą pulę biletów, tylko nie zawsze mają czas, żeby przyjechać.
Poruszam szczęką, starając się poprawić ochraniacz. Przez niego nie mówię zbyt wyraźnie, więc wyciągam go na czas rozmowy.
Przeciwnik, rozgrzewający się tuż przy nas, przypadkiem trąca mnie niedelikatnie ramieniem. Zarówno ja, jak i Caleb mamy go na oku, gdy odjeżdża.
– To nie było przypadkowe – stwierdza przyjaciel.
– To ten cały Chetsky – wyjaśniam. – Podobno jakiś narwany małolat.
Caleb marszczy brwi.
– Patrzy na nas.
Ja na niego teraz też, skoro Caleb już mi to powiedział. Mierzymy się z tym gówniarzem wzrokiem. Rzeczywiście może mieć osiemnaście, dziewiętnaście lat. Jest niższy ode mnie, ale dość tęgi. I wygląda, jakby szukał bójki, a ja nie po to wychodzę na lód. Oczywiście gdy trzeba, to się leję. Kto by tego nie robił? Bywam w gorącej wodzie kąpany, kiedy ktoś naprawdę mocno podskakuje, jednak nie lubię zbędnego zamieszania, bo przychodzę po grę i w gratisie zwycięstwo, a nie po bójki i marnowanie czasu.
– Mam nadzieję, że nie wywinie nic głupiego – mówi Caleb. – A ty się uspokój. Już widzę, że włącza ci się tryb psa trenowanego do walk.
– Nie lubię takich zarozumiałych gnojków – mamroczę. – On czeka tylko, żeby wywinąć jakiś numer. – Zerkam na kumpla. – To napastnik, więc musisz dodatkowo na siebie uważać.
Caleb salutuje niezdarnie, bo ma ograniczone możliwości ruchowe przez ekwipunek bramkarza.
– Tak jest, kapitanie.
Kapitanie.
Przez moment prawie zapomniałem, jaka teraz jest moja rola. Ostatni zawodnik, który przez trzy sezony był naszym kapitanem, w tym roku przeszedł na sportową emeryturę. W związku z jego odejściem ja przejąłem tę rolę, chociaż jestem jeszcze względnie młody. Myślę, że wszyscy dodatkowo mi ufają, wiedząc, co reprezentuje moje nazwisko.
Caleb patrzy na trybuny i uśmiecha się zadowolony. Jego rodzice przez połowę roku mieszkają w Astorii, a drugą połowę w Minneapolis. Z tego, co kojarzę, na ten mecz musieli przylecieć z Oregonu. Wcale mnie to nie dziwi. Dla Caleba też bym na ich miejscu przyjechał.
– Obawiam się, że nie pójdę z tobą dzisiaj na afterparty. – Chłopak nasuwa na głowę kask, poprawiając go skrupulatnie. – Zakładam, że mama będzie chciała iść na kolację do naszej restauracji.
Śmieję się.
– Stary, ja nie idę na żadne afterparty.
– Nie?
– Proste, że nie. Mam przegapić udział w takim zjeździe osobistości?
Nie poszedłem na żadną imprezę. Przebrałem się w wygodną koszulę, eleganckie spodnie i dałem się zaprosić na przytulną kolację w restauracji Sienny Rhodes. To jedna z czterech, które Sienna prowadzi. Dwie tutaj, jedną w Astorii, a jeszcze jedną otworzyła w niewielkiej miejscowości w górach. Na pewno trudno prowadzić lokale w tak różnych miejscach, w takiej odległości od siebie, ale nie dziwię się, że Siennie to wychodzi – to jej pasja. Angażuje się w to, prze do przodu, osiąga sukcesy i je podtrzymuje. A mąż jest dla niej największym wsparciem.
Czyż nie tak powinno to wyglądać?
Upijam łyk ginu z tonikiem, ale wtem czuję, że piecze mnie warga.
Cholerne zadrapanie.
Cole miał rację – Chetsky to mały podstępny skurczybyk i myślał tylko o tym, jak nas rozbić podczas meczu. Jak nie udało mu się to kilka razy, puściły mu nerwy i chciał się popisać, choć na trybunach była znaczna przewaga naszych kibiców. Chetsky wszczął bójkę i to taką dość porządną, ale z Vasilievem, a to bardzo cenny obrońca naszej drużyny i wcale nie chciał lać się z tym młokosem. Musiał się jednak bronić, co pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń. Gdy rzuciłem się, by ich rozdzielić, dostałem z łokcia od innego zawodnika z drużyny przeciwników, a potem poszło z górki. Mam rozciętą dolną wargę, lekko spuchła z jednej strony, pod spodem na brodzie na pewno będzie siniak.
– Grał nieczysto – oznajmiam nieco poirytowany. – Nie ma co się nad nim zastanawiać. To młokos i kiedyś zrozumie, co znaczy sprawiedliwa gra i przede wszystkim sprawiedliwy wynik. Może gdyby nie zajmował się cały czas tylko denerwowaniem nas, wygraliby.
Caleb śmieje się pod nosem.
– Prawda.
– Przysięgam, w każdym sezonie taki się znajdzie. – Ojciec parska. – Jak sobie przypomnę moje czasy, to dokładnie przez to samo przechodziłem. Tylko że ja miałem naprawdę krótki lont i jak tylko ktoś mnie lekko wkurwił, dawałem w pysk bez skrupułów.
– Bray – upomina mama. – Słowa.
Chce mi się śmiać. Tata ma słabe hamulce, bo wychował dwóch dorosłych już chłopaków, którzy dobrze wiedzą, że czasami komuś może za bardzo rozwiązać się język.
Z boku słyszę, jak Seth i Cole rozmawiają o meczu. Seth gratuluje synowi dobrej gry, omawiają podstawowe sprawy, ich rozmowy są raczej zwięzłe. Coś o strzałach, o strategii, o formacji. Potem Seth pyta Cole’a, czy posiedzi jeszcze godzinę, ale ten już się zawija. Cóż, gdy byliśmy mali, Cole miał więcej pozytywnej energii.
Jednak media czasami nie oszczędzają, zwłaszcza gdy starasz się być przyzwoitym człowiekiem, a ktoś na siłę kreuje cię na czarny charakter.
Cole się zawija, ale reszta osób zostaje. April i Saige plotkują zawzięcie i pokazują sobie na telefonie zdjęcia hokeistów. Saige jest w tym bardzo dobra. W plotkowaniu. W ogóle w niekończącym się ciągu wypowiadanych słów. April zawsze uważnie jej słucha, poniekąd uczy się, jak być odważniejszą, bo jest zdecydowanie spokojniejsza z tej dwójki. Dziewczyny dogadują się świetnie, ale April mieszka jeszcze z rodzicami i rzadko bywa w Minneapolis, więc nie mają specjalnie wiele okazji do wspólnego spędzania czasu.
To wszystko jest miłe. Moi rodzice nadrabiają czas, który spędzili z daleka od reszty swoich przyjaciół. Zawsze podobało mi się, jak ludzie wyglądają, gdy naprawdę im na sobie zależy i spotykają się rzeczywiście po to, by być blisko, a nie tylko dlatego, że tak należy.
Rosie chyba była w toalecie, a Vaughn jak zwykle ją eskortował, więc dopiero wracają i przysiadają się do mojej części stołu. Ashton idzie korytarzem od strony kuchni. Już wiem, że zagadał tam pewnie do jakiegoś kucharza, po cichu zdobył jednego niepozornego przyjaciela i stąd talerzyk z tym wielkim kawałkiem ciasta, które niesie. Siada przy stole, wzdycha ciężko.
– Ufff, już myślałem, że zjedliśmy wszystko – oznajmia zadowolony.
Kręcę głową.
– Skąd je masz?
– Okazało się, że jeden kelner zostawił je sobie na później. Przypadkiem usłyszałem, że coś mu się nie zgadza w kasie. Delikatnie pogrzebałem, sprawdziłem system, rachunki, przeliczyłem banknoty. Coś musiało zostać źle oznaczone, pewnie niewłaściwa forma płatności, a chłopak pierwszy raz miał taką sytuację – wyjaśnia Ash. – Już mu się wszystko zgadza. Mnie też, bo mam ciasto.
To, co rozczula mnie najbardziej, to fakt, że Ashton nie zjada tego kawałka sam, tylko dzieli go na trzy części, stawia na środku stolika dla wszystkich, a sobie bierze tylko jeden mniejszy kawałek. Mój brat zawsze miał ciche, ale wielkie serce. Zawsze też miał smykałkę do wszystkiego, co związane z systemami, komputerami i liczbami.
Rosie, która wraca do stolika, też kocha takie rzeczy. Są całkowicie różni, ale talenty mają podobne. Vaughn siada obok niej, jak zwykle nieco wycofany i milczący, ale jednocześnie szczęśliwy. Patrzy na Rosie w taki sposób, że człowiekowi mięknie serce. Najlepsza i tak w tym wszystkim jest ona – nieśmiała, młodziutka dziewczyna, która w końcu zaczęła rozkwitać i błyszczeć tak, jak powinna. Uwielbiam patrzeć na jej przemianę i na to, jak obnosi się ze swoją czerwoną sukienką z dekoltem wyciętym w kształt serca. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takich ubraniach.
Vaughna i Rosie interesuje tylko pocałunek, a Ashton kończy jeść swój kawałek ciasta.
– Gdzie jest twoja bomba atomowa? – pytam po dłuższej chwili luzu i zastanowienia.
Ash orientuje się, że pytanie zadałem jemu, ale nie ma okazji odpowiedzieć, bo uprzedza go Vaughn:
– Co?
– Bomba atomowa – powtarza Ashton niewzruszony. – Chodzi mu o Ines.
To on wypowiedział jej imię, nie ja, ale nagle odnoszę wrażenie, że energia przy stole zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni. Coś jest nie tak.
– Myślałem, że też przyjedzie – mówię. – Rosie, teraz wszędzie zabierasz tylko Vaughna?
Wszyscy patrzą na mnie jakimiś takimi zbyt wielkimi oczami.
Aż muszę cofnąć głowę.
– O co wam chodzi? Jednak uciekła do Hiszpanii, by tam ujeżdżać byki? Nie sądziłem, że to stanie się tak wcześnie.
Rosie bierze głębszy wdech jako pierwsza.
– Ja… nie zaprosiłam Ines. Nie… nie rozmawiałam z nią.
– Od…?
– Od sylwestra.
– Tydzień. Okej. – Rozglądam się po wszystkich twarzach. – Co jest grane?
Ashton wyciera usta serwetką i szuka przyzwolenia w oczach Rosie. Chyba je dostaje, bo gdy obraca się w moją stronę, wyjaśnia:
– Ines się do nas nie odzywa. – Głos ma jakiś taki spięty. – Nie widzieliśmy jej od trzech dni. Była raz na uczelni, potem się już nie pojawiła. Nie rozmawialiśmy od imprezy noworocznej.
– Pokłóciliście się? – Robię się bardziej czujny. – Co tu jest grane?
Przecież Rosie i Ines są najlepszymi przyjaciółkami.
Tym razem, o dziwo, odzywa się Vaughn.
– Po tym, jak przekonałeś Pierce’a i jego drużynę do tego, by przestali w końcu z na-nami tak ostro rywalizować, on i jego kumple zjawili się na imprezie sylwestrowej. Pierce zobaczył Danny’ego i Ines. I po-potwierdził, że to ona była z Dannym na na-nagraniu.
Moment… Cholera… Co?
Nachylam się nad stołem, opieram na nim łokcie.
– Słucham? – nie dowierzam. – Niemożliwe. Przecież…
Zacinam się.
Nie.
Niemożliwe.
Rosie była oskarżona o tamtą sytuację w Halloween. Nie chce mi się wierzyć, że Ines pozwoliłaby jej przez tyle czasu cierpieć, gdyby wiedziała, że sama była na nagraniu.
– Macie to nagranie? – pytam od razu.
Rosie marszczy brwi.
– Proszę?
– Skoro Pierce i Danny powiedzieli, że Ines była na nagraniu…
– Nie – przerywa mi cicho Rosie. – Nie rozumiesz. Ines się przyznała.
Już dawno nie byłem tak zszokowany, nawet wtedy, gdy jeden z zawodników z Milwaukee na imprezie pomeczowej pokazał do aparatu pośladki i wszystko pomiędzy nimi, naruszając tym samym reputację swojej drużyny.
– Potwierdziła, że to ona była kobietą na nagraniu?
– Tak – odpowiada Rosie.
Patrzę na stół. Potem na Ashtona. Dla mnie Ines to bomba atomowa, odkąd kilka lat temu widziałem ją na jednym z rodzinnych zjazdów i puściła Enrique Iglesiasa na całą głośność, a potem zarządziła, że czas na konkurs salsy. Nie powiem, trochę mi to też imponowało – to taka kula ognia w świecie złożonym z powoli płynącej wody i powtarzalności.
Myślałem, że będę słuchał mało angażujących opowieści o studiach, radości, paczce przyjaciół, którzy mogą na siebie liczyć.
Ale ta opowieść niesie ze sobą rozczarowanie, ból, właściwie nawet oszustwo.
Nikt tutaj takiego oszustwa nie toleruje.
Dlatego Ines zniknęła.
Czyli… rzeczywiście ma to na sumieniu?
Nic mi się tu nie klei. Nie uczestniczę w ich studenckim życiu na co dzień, lecz wiem wiele – mam świetny kontakt z bratem, całkiem dobry z Vaughnem i lubię czasami wracać do naszego mieszkania w Minneapolis. Przebywam tam dość często, zwłaszcza gdy gram mecze w Saint Paul. Ostatnio zaangażowałem się w problemy Rosie bardziej niż zwykle, bo wiedziałem, że z rozpuszczonym dzieciakiem takim jak Pierce Carrington też sobie poradzę. Czasami dostrzegam w ludzkich oczach więcej niż inni. Jakby gdzieś w głębi, może na samym dnie duszy, czaiła się cząstka dobra, którą trzeba tylko wprawić w lekkie drganie, by wypłynęła na powierzchnię. Każdy zasługuje na odrobinę zrozumienia, na wyciągnięcie do niego ręki i na kolejną szansę. Pierce też nie był do końca odarty z człowieczeństwa, a moja teoria potwierdziła się, gdy skontaktował się z Maverickiem i resztą drużyny.
Nie spodziewałem się jednak takiego obrotu spraw.
– Jak ją rozpoznał? – drążę. – Skoro nagranie było już usunięte.
– Kaden… – mamrocze Ash. – Ines się przyznała.
– Czy ktokolwiek ma to nagranie?
– Nie – odpowiada Rosie. – Ale myślę, że nie zniknęła bez powodu. Wie, jak bardzo mnie zraniła, i nie powiedziała na ten temat ani słowa. Nie mamy kontaktu od czasu imprezy.
Unoszę delikatnie brwi, pocieram twarz. Chryste, tak wiele zadziało się w tak krótkim czasie, a ja nic z tego nie rozumiem. Powiem szczerze, że nie lubię tego uczucia, jakby wszystko działo się obok mnie, jakbym jakimś cudem miał być w stanie im pomóc, a jestem kompletnie zagubiony i nie rozumiem motywów ani wyborów tej jednej osoby.
Patrzę znów na ojca.
Przypominam sobie, jak zajebiście trudnym człowiekiem jest ojciec Ines.
– Nikt spoza waszego kręgu nie wie, prawda? – pytam retorycznie.
Rosie spuszcza na chwilę wzrok.
– Nie chcę afery. Nie chcę robić jej problemu… nie jestem taka – mówi spokojnie. – Chciałabym, by ze mną porozumiała. Chciałabym, by dało się to racjonalnie wyjaśnić. Żeby to była… pomyłka. Cokolwiek.
Dziewczyna obejmuje się ramionami.
Dobrze, że ma teraz Vaughna, bo przynajmniej nie będzie się czuła tak samotna.
Nadal nie ma w gronie Originalsów żadnej afery z prostej przyczyny – wszyscy siedzą cicho. Beck nie dowiedział się, przez co konkretnie przechodziła jego córka. Może trochę wie, ale nikt mu tego nie potwierdził. Rosie poradziła sobie z pomocą chłopaków, z moją pomocą.
Jednak wiem jedno.
Cokolwiek jest motywem Ines, ona nie będzie chciała pomocy od nikogo.
– Kaden, synu, podejdziesz?! – woła ojciec z przeciwległego krańca stołu. – Zrobimy sobie szybką fotkę, żebym mógł wstawić na swojego Instagrama.
Śmieję się. Staram się nie napinać, ale jakoś mi dziwnie po tej opowieści. Niby mnie nie dotyczy, a jednak brałem w tym udział i poniekąd przeze mnie cała prawda wyszła na jaw.
– Po co ci kolejne zdjęcie? – pytam.
Ojciec na chwilę odsuwa talerz z ogromnym stekiem.
– Jak to: po co? – parska. – Żeby każdy widział, że ten wieczór spędzasz z rodziną, a nie z jakimiś losowymi ludźmi, którzy wybierają nazbyt drogi i paskudny alkohol.
Świetny start
Ines
Ines:
hej
myślisz, że mogę zająć Ci chwilę?
to głupie
właściwie beznadziejne
ale potrzebuję małego „słuchamy, nie oceniamy”
nie chcę rozpętać piekła
potrzebuję za to dyskrecji i jakiegoś pomysłu
Brayden:
wpadaj kiedy chcesz
Ines:
wolałabym jakieś miejsce bardziej prywatne
może spotkamy się w kawiarni niedaleko areny?
Brayden:
to chyba daleko… po co będziesz jechać do Saint Paul?
pod Waszym mieszkaniem jest fajna kawiarnia
może tam?
Ines:
ok
kiedy Ci pasuje?
Brayden:
zawsze
Ines:
ok… to może jutro?
dziewiąta?
Brayden:
jasne, będę
Ines:
nie zamierzasz mi napisać, żebym do tego czasu nie robiła nic głupiego?
Brayden:
jesteś bystrą dziewczyną i będziesz wiedziała, by tego nie robić. A gdybyś jednak zrobiła, możesz po prostu dać mi znać. Przyspieszymy spotkanie.
Przeanalizowałam wszystkie swoje opcje.
Zakładam, że moi rodzice nie wiedzą, co się wydarzyło, bo rozpętaliby piekło. Mama próbowałaby od razu ze mną porozmawiać, ale ojciec? Być może podpaliłby każdego, kto się do mnie zbliżył w ostatnich dwunastu miesiącach. Albo i wcześniej. Tata bywa specyficzny, jednak zawsze mam z tyłu głowy fakt, że jest ekstremalnie opiekuńczy i nie odpuści żadnej okazji, by walczyć o mnie i o mamę.
I jestem… jego córeczką.
Nie mogłabym mu tak po prostu powiedzieć.
Dlatego dalej nikt nie wie, że nie chodzę już na zajęcia, a do tego prawdopodobnie mam zbyt wiele nieobecności i zaległości, by w ogóle jeszcze to odrobić. Naprawdę zachowuję się jak wariatka. Ostatnie noce spałam u znajomych na kanapach albo w hotelach, wiedząc, że w lofcie jest Rosie. Napisałam jej jedną wiadomość informującą, że właśnie dzisiaj chcę wrócić, spakować się i wyjechać, żebyśmy nie wchodziły sobie w drogę.
Rosie tylko ją polubiła, dała jedną reakcję, to tyle. Pogadane.
Stąpam po cienkim lodzie, bo trochę się pogubiłam. Muszę wszystko poukładać i zastanowić się, co robić dalej. Moi znajomi są teraz wykluczeni, nie mogę z nimi pogadać, bo zrobiłam okropne świństwo i nie mam się jak z tego wytłumaczyć. To oznacza, że muszę szukać kogoś, kto mi pomoże, ale też nie przekaże żadnej informacji dalej. Kogoś, komu mogę zaufać, zwierzyć się, kto nie będzie mnie oceniał i nie wyskoczy nagle z maczetą na całą rodzinę Danny’ego.
Tak więc Brayden siedzi naprzeciwko mnie w kawiarni, stawia przed nami kubki z kawą i już sam zapach mnie mdli, bo znów nie spałam najlepiej.
– Coś się stało, prawda? – pyta od razu.
Jest domyślny, ale przede wszystkim wyczuwa moją aurę, bo jego mina zmieniła się w momencie, w którym mnie zobaczył. Chwilowo jestem w połowie sił mentalnych i fizycznych. Postarałam się z dobrym makijażem, ubrałam się w ładną sukienkę i luźny zimowy sweterek, na stopy włożyłam botki na obcasie, by wejść do kawiarni niczym gwiazda, a nie przegrana, ale czuję się fatalnie. Jestem zmęczona i mam dość tego, że ludzie się na mnie gapią.
Po raz pierwszy w życiu.
– Ines – ponagla Brayden. – Zaczynam trochę się martwić.
Uśmiecham się krzywo.
– To już naprawdę musi być ostro.
Posyła mi przeciągłe, nieco wzburzone spojrzenie.
– Co się dzieje?
Wiercę się i odchrząkuję. Rozglądam się, by sprawdzić, czy nie ma tu nikogo, kto by mnie znał. Z uczelni dzwonili do mnie już kilka razy, ale na szczęście nie powiadomią moich rodziców, bo to już nie szkoła. Dopóki ja lub ktoś z moich znajomych nie wypaplamy przed dorosłymi, że nie bywam na uczelni, nikt się nie dowie. Moi rodzice nie będą wiedzieć.
– Powiem tylko tobie i chcę, byś dochował tajemnicy – informuję w końcu. – Moi rodzice nie mogą się dowiedzieć.
Brayden jeszcze mocniej marszczy brwi, opiera przedramiona wygodniej na stoliku i się pochyla. Jego tatuaże są niemal tak samo wyraźne jak kilkanaście lat temu.
– Stresujesz mnie.
– Potrzebuję gdzieś zamieszkać – wypalam.
Głębiej wciąga powietrze.
– Co z twoim mieszkaniem? – Kiwa głową w górę.
Ma na myśli loft, który zajmowałam z Rosie.
– Sprawy się skomplikowały. Nie mogę tam wrócić.
Obserwuje mnie z zapartym tchem.
– Twoi rodzice?
– Nie mogą o niczym wiedzieć.
Przechyla delikatnie głowę.
– Przyjedź do nas. Do mnie i Jamie.
Zwilżam wyschnięte usta, znów rozglądam się wokół.
– Moi rodzice szybko dowiedzą się, że tam jestem, i zaczną pytać.
– Dlaczego nie możesz im powiedzieć?
– To… skomplikowane. – Staram się, by mój głos wciąż brzmiał względnie pewnie. – Mama nie dałaby rady utrzymać tajemnicy przed ojcem. A ojciec… sam wiesz.
Ojciec jest spokojny i wyważony, lecz przede wszystkim niesamowicie opiekuńczy. Im starszy jest, tym bardziej zaborczy się staje. Konsekwentny. Bezpośredni. Wiem, że by mi nie odpuścił, a to teraz ostatnie, czego potrzebuję.
– I wiem, że masz jakieś mieszkanie w Saint Paul.
Brayden jeszcze mocniej marszczy brwi.
– Będziesz bardzo daleko od uczelni.
Odchrząkuję. Zaczyna się robić niezręcznie.
– Nie przychodzę na uczelnię już od ponad tygodnia. Nie zamierzam… nie mogę tam na razie wrócić – mówię słabiej. – I muszę… muszę stąd wyjechać.
– Ines…
– Proszę. Naprawdę potrzebuję miejsca gdzieś daleko, najlepiej tak, bym była sama, żebym nie mogła spotykać nikogo znajomego. Nie jestem w stanie wrócić teraz na studia. Nie chcę tam wracać.
– To twój pierwszy rok, Ines. Od zawsze chciałaś się rozwijać w kierunku psychologii.
Unoszę nieco brodę, patrzę w sufit. To powszechna wiedza. Mój tata po karierze hokejowej przejął jedną z klinik terapii, w której specjaliści pomagali między innymi dzieciom z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, ale nie tylko. Spędzałam tam zawsze dużo czasu i ponieważ wiem, że ojciec też zmaga się z takim zaburzeniem, już od małego chciałam pomagać. Mama wyjaśniła mi problemy ojca, gdy miałam jakieś sześć lat, i od tej pory wychowywano mnie na świadomą małą kobietkę, a później zainteresowanie wszelkimi aspektami psychiki przyszło samo.
Kocham się zastanawiać, jakie są ukryte motywy ludzkie.
Jestem dobra w uzmysławianiu ludziom, że ocenianie innych to tak naprawdę projekcja i komentowanych zachowań lub problemów powinni doszukiwać się najpierw w sobie, a nie w świecie zewnętrznym.
Wydaje mi się, że jestem w stanie powiedzieć o człowieku więcej już po dziesięciu minutach przebywania z nim sam na sam. W towarzystwie też, choć to nieco trudniejsze – mechanizmy obronne u ludzi pozwalają im zmieniać usposobienie w zależności od tego, w jakim środowisku się znajdują i kogo mają obok. Adaptują się najlepiej ci, którzy mają najwięcej do ukrycia.
Lubię Braydena. On praktycznie zawsze zachowuje się tak samo i gdy patrzę w jego przeraźliwie jasnoniebieskie oczy, odnoszę wrażenie, że mogę mu zaufać.
– Mieszkanie w Saint Paul jest teraz wynajęte – mówi jednak, a mój entuzjazm opada.
– Och, nie.
– Ale mam jeszcze domek w górach.
Przygryzam wargę.
– Ten domek letniskowy?
– Letniskowy, zimowy, całoroczny. – Bray uśmiecha się delikatnie. – Obecnie nikt nie mieszka tam na stałe. Mogłabyś…
– Biorę! – przerywam mu od razu. – Biorę. Dziura wśród śniegu i lodu, jedna sąsiadka w promieniu kilkuset jardów. Biorę.
Kąciki jego ust drgają.
– Dziura? – powtarza. – Tam jest jakieś sześć sypialni.
– Ale wokół nie ma żywej duszy ani sklepu!
– Dlatego trzeba mieć zapasy i jest ogromna spiżarnia. Znajdziesz tam bardzo dużo suchych produktów. Zamrażarki są też pełne warzyw, owoców i mięsa. Może nie przyniesiesz tam mango w plastikowym kubku prosto ze sklepu, ale mogę cię zapewnić, że nie będziesz tam głodować. Kaden lubi dobrze zjeść.
Wszystkie włosy na ciele stają mi dęba.
A było już tak pięknie.
– Kaden? – powtarzam powoli. – Kaden Wyatt?
– Kaden Wyatt. – Bray lekko mruży oczy. – Mój syn.
– A po co mu zamrażarki pełne jedzenia?
– Ma swoje klucze.
Cała nadzieja ulatuje ze mnie jak z pękniętego balonika.
– Nie – szepczę, przymykając powieki. – Czyli będę musiała go zapytać?
– Nie, na papierze to wciąż dom mojej żony.
– Czyli…
– Kaden ma klucze i może tam przebywać, kiedy chce, ale wiem, że obecnie dom stoi pusty, a Kaden jest w środku sezonu, więc nie będzie miał zbyt wiele czasu, by tam pojechać. To daleko.
Wzdycham rozmarzona. Tak… tak bardzo daleko.
– Czyli dom stoi pusty.
– Tak. Ashton też ma swój pęk kluczy, ale ma studia, więc raczej nie pojedzie.
Ashton byłby bezpieczniejszy niż Kaden.
A może nie?
Cholera, teraz chyba nie. Rozczarowanie w oczach Ashtona to jak sztylet prosto w serce.
Mój Boże, właśnie siedzę naprzeciwko jego ojca, a zrobiłam mu takie świństwo. Ashton mnie nienawidzi. A Kaden mnie nie znosi, tak jak ja nie znoszę jego. Naprawdę wybrałam sobie idealnego z ojców.
– Nie da się tam dojechać komunikacją miejską, prawda?
Brayden śmieje się cicho.
– Nie, ale mogę cię tam po prostu zawieźć. Ale przecież masz samochód?
– Pamiętam, że trzeba tam jechać pod górę i bywa niebezpiecznie. Wątpię, bym poradziła sobie z takimi warunkami pogodowymi. To prawdziwe odludzie.
Och, tak, dajcie mi to już. Cisza, moje własne myśli, moje głośne sumienie.
– Mogłabyś poprosić Ashtona, żeby cię zawiózł. Na pewno się zgodzi.
Bray wie, że jego synowie to złote chłopaki.
Nie wie jednak, że ja już taka złota wcale nie jestem.
– Eee…
Bray łapie od razu.
– Ta rezygnacja z uczelni i ucieczka mają jakieś bardzo trudne podstawy, prawda? – myśli głośno. – Ines, oprócz tego, że pomogę ci się na chwilę schować, to jestem też tutaj, żeby pogadać, jeżeli będziesz tego potrzebowała. Cokolwiek mi powiesz, zostanie między nami. Nigdy nie wykorzystam tego przeciwko tobie. Nigdy nie wstanę i nie zrobię nic głupiego tylko dlatego, że ze mną porozmawiałaś – zapewnia spokojnym, wyważonym i skupionym tonem. – Może zamiast uciekać, lepiej się zwierzyć? Opracować plan działania? Przyjąć jakąś pomoc?
Wpatruję się w stolik.
Wiem, że mogłabym mu zaufać, ale nie mam chyba siły. Mimo wszystko obawa przed rozlaniem własnej głupoty na tak szeroką skalę jest zbyt duża.
– Okej. – Bray wzdycha. – Nie było tematu. Tylko chciałbym ci przypomnieć, że jak twój ojciec dowie się, że spiskuję z tobą za plecami wszystkich, to urwie mi łeb.
Uśmiecham się smutno.
– Jeżeli się dowie, to powiem mu, dlaczego w ogóle poprosiłam o pomoc tylko ciebie. Możesz mi wierzyć, wtedy nie będzie go obchodziło, że dałeś mi dach nad głową, gdy nikt nie wiedział, że w ogóle uciekam.
Brayden wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę. Dopija swoją kawę z kokosowym syropem i pianką. Jak na starszego i dojrzałego faceta czasami ma naprawdę śmieszne wybory w kwestii takich rzeczy. Jednak czy chcę, czy nie chcę, odnoszę wrażenie, że właśnie to czyni go najbardziej ludzkim – nie boi się przekazywać samego siebie, jest w tym pewny jak nikt inny.
Ja też taka byłam. Też się niczego nie bałam. I wszystko spieprzyłam.
Prośba o pomoc z trudem przechodzi mi przez gardło, lecz jakie mam inne wyjście? Naprawdę chcę stąd spadać. Brayden rozumie, że uciekam od wszystkich, których znam. Potrzebuję chwili dla siebie. Naprawdę czasami jestem w szoku przez jego empatię i zrozumienie, bo spodziewałabym się prędzej, że będzie drążył temat trochę dłużej.
– Kiedy chcesz jechać? – pyta, po czym upija ostatni łyk kawy.
Uśmiecham się jeszcze bardziej krzywo.
– Eeee… dzisiaj?
Tego samego dnia nie udało się pojechać, ale już następnego Brayden przyjeżdża po mnie swoim wielkim autem, pakujemy moje bagaże i odjeżdżamy. To dziwne przejeżdżać obok własnej uczelni, nawet się z nią nie żegnać, wiedząc, że w ciągu najbliższych miesięcy się tam nie pojawię. Może w ogóle tam nie zawitam? Jest szansa, że po prostu nie dam rady zmierzyć się z kimkolwiek, kto tam studiuje. Może uda mi się zmienić placówkę?
Nie wiem, niczego nie mogę zaplanować, bo chyba najpierw potrzebuję miejsca, w którym nie będę musiała o tym w ogóle myśleć.
Góry, u podnóża których leży domek, znajdują się ponad dwie godziny drogi od Minneapolis. Przemierzamy trasę głównie drogami krajowymi, zajeżdżamy na chwilę na stację, gdzie kupuję arbuzowe gumy do żucia, a Brayden tankuje samochód. Ponieważ wygląda bardzo nonszalancko i to jest jakaś mała wioska, ludzie oczywiście dziwnie na nas patrzą. Bo on ma tatuaże, nosi się młodzieżowo, a ja włożyłam kozaki aż do połowy uda, i to na obcasach, i gdy wysiadam, sukienka podwija mi się trochę za mocno. To jasne, że wścibscy ludzie będą oceniać. Kobieta z kasy na stacji benzynowej szepcze do swojego kolegi pijącego obok piwo, że przyjechała młoda kurwa ze sponsorem.
Chce mi się śmiać. Musi im się naprawdę nudzić.
Wsiadamy do auta, by jechać dalej. Brayden chyba nie słyszał, że wszyscy o nas gadali, albo po prostu puścił to mimo uszu. Trochę rozmawiamy, pokazuję mu najnowszą muzykę i puszczam latynoskie kawałki. Brayden słucha i śpiewa. W końcu dojeżdżamy do zjazdu prowadzącego już bezpośrednio do miejscowości, w której znajduje się domek. Znak „Witamy w Tofte!” jest cały zaśnieżony, przez co ledwie mogę odczytać napis.
Bardzo długo tu już nie byłam.
Droga robi się coraz trudniejsza z każdą chwilą, ale auto Braydena jest przygotowane na takie warunki. Sama w życiu bym tu nie dojechała. Wróżyłabym sobie porażkę już na piątej mili.
Śnieg jest wszędzie. To pierwsza połowa stycznia – nie powinnam się dziwić – a jednak w Minneapolis część śniegu już zniknęła. Tutaj jest mroźno, lód pokrywa większą część drogi i przede wszystkim nie ma żadnej możliwości ucieczki, jeżeli zasypie mnie jeszcze bardziej. Ta mała mieścina nie ma rozwiniętych usług odśnieżania, jak na przykład Minneapolis, gdzie gdy tylko ulice stają się odrobinę nieprzejezdne, wielkie odśnieżające pojazdy wyjeżdżają całymi tabunami.
Jedziemy przez centrum, znajdujące się jeszcze względnie nisko, a już widzę, jak ludzie łopatami pozbywają się śniegu sprzed lokali. Centrum miasta jest… cóż, małe. Niepozorne. Populacja Tofte liczy mniej niż tysiąc mieszkańców, plus ewentualnie trochę turystów, którzy zatrzymują się w domkach lub pensjonatach nieopodal, zwłaszcza gdy chcą pojeździć na nartach.
Brayden skręca w drogę między drzewami, która z każdą chwilą robi się bardziej stroma. Samochód delikatnie się opiera, Bray przyciska gaz. Jakimś cudem docieramy przed sam domek, a gdy wysiadamy, to ja jestem bardziej blada i spocona, bo momentami stresowałam się, że jednak spadniemy ze zbocza.
Nic takiego się nie stało.
Moje obcasy zapadają się w śniegu. Zimny wiatr owiewa nogi w rajstopach. Czarny płaszczyk nie zapewnia ciepła.
Ale choćbym tutaj zamarzała, to przynajmniej z pięknym widokiem.
Domek jest fenomenalny i zapomniałam już, jak tu wspaniale. Po lewej stronie rozciąga się widok na niewielkie jezioro wśród lasu, wokół znajdują się drzewa, nie widać innych domów z okolicy, a wiem, że jakaś sąsiadka mieszka sześćset jardów dalej. Na dachu domku, którego elewacja to ciemne drewno, znajduje się śnieg. Z tyłu po lewej stronie, jeszcze przed jeziorem, ktoś zrobił niewielki placyk, który wygląda jak lodowisko. Ma nawet dwie małe bramki hokejowe i na nich chyba jakieś światełka, które pewnie w nocy pięknie błyszczą.
Sam domek jest połączeniem klasyki i nowoczesności – od południowej strony ma wielkie, niesymetryczne okna, po bokach jest tylko częściowo przeszklony. Widzę znajomy komin, znajome kamienne schodki, przednie patio, ale kojarzę, że od strony tego małego lodowiska jest jeszcze jedno.
Czy to małe lodowisko było tu zawsze? Nie mogę sobie przypomnieć. Chyba tak.
Ostatni raz byłam tutaj, gdy miałam dziewięć lat, tak mi się wydaje.
Chociaż wiem, że jestem tchórzem i chcę się tutaj ukryć, to jednak czuję, że to właściwe. Potrzebuję pogodzić się z jakąś częścią swojego życia i może właśnie to miejsce pozwoli mi to zrobić.
Brayden daje mi komplet kluczy tuż po tym, jak otwiera drzwi. Pokazuje wszystkie światła po kolei, pokoje, obsługę ogrzewania oraz wody i gorącą balię, która jest na tylnym tarasie, ale na razie nie było potrzeby jej uruchamiania.
– Tylko tak jak już wcześniej zauważyłaś, nie ma w okolicy sklepu. Żeby do niego dojść, musisz zejść drogą w dół, możesz też boczną ścieżką przez las. Sześćset jardów na północ mieszka pani Nicholson. Zapewne każe ci do siebie mówić Betty – śmieje się Bray. – W każdym razie Betty zna każdy zakamarek Tofte i z pewnością ci pomoże. Ale jak coś, jestem pod telefonem.
Kiwam głową.
Rozglądam się wokół.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio przebywałam sam na sam tylko ze sobą. Ciekawe, ile wytrzymam.
– Czy tutaj działa zasięg? – Unoszę telefon.
Brayden macha dłońmi w powietrzu.
– Nie będę ukrywał, to zależy od dnia. Jak popada mocniej, możesz mieć problemy. Mamy kilka rozdzielni sygnału, ale mimo wszystko internet momentami szwankuje. Zanim zaczniesz oglądać coś na platformie streamingowej, poczekaj, aż się trochę zbuforuje.
Śmieję się.
– Okej.
– Chyba wszystko wiesz. Jakbyś miała jakieś wątpliwości, pisz. Niczego tutaj nie zepsujesz, jeżeli będziesz pamiętać o ogrzewaniu i o ciepłej wodzie. Możesz kombinować i możesz się… rozgościć.
Staje przy wyjściu.
Naprawdę zamierza mnie tu zostawić bez zadawania pytań.
– Będę pod telefonem w razie problemów albo pytań – przypomina. – Albo jakbyś po prostu chciała pogadać.
Spuszczam na chwilę wzrok.
Na razie rzeczywiście chcę, by mnie tutaj zostawił.
– Możesz tu zostać tak długo, jak będziesz potrzebowała. – Odchrząkuje. – Ale myślę, że twoi rodzice zasługują na prawdę tak samo, jak ty zasługujesz na chwilę dla siebie.
Rozumiem.
Dlaczego on musi być taki inteligentny emocjonalnie?
Dlaczego nie może się ze mnie nabijać?
Albo mnie karcić?
Brayden wychodzi, wsiada w samochód, odjeżdża. Wychodzę na patio i staję tuż za progiem, choć już na zewnątrz na wycieraczce. Ślady opon ciągną się wzdłuż wysokiej warstwy śniegu. Po zniknięciu auta pozostaje tylko cisza. I ja w krótkiej sukience, cienkim płaszczyku i przepięknych butach na obcasach.
I jeszcze ta kupa śniegu, która spada prosto na moją głowę, gdy jakiś dziki ptak decyduje się usiąść na krawędzi dachu nad wejściem do domku.
Start jest świetny.
Oby tak dalej.
Maski
Ines
Mama:
za dwa miesiące Twoje urodziny!
co chcesz dostać w tym roku?
robimy jakieś przyjęcie?
Ines:
szczerze mówiąc w tym roku chyba odpuszczę
Mama:
serio?
Ines:
poczekam do dwudziestych pierwszych
dwudzieste będą słabe
naprawdę, nie ma się co tutaj zastanawiać
Mama:
Okej… wszystko w porządku?
Ines:
pewnie!
Mama:
u Ciebie, u Twoich przyjaciół?
Ines:
jasne!
Mama:
na uczelni?
Ines:
miodzio! same dobre oceny i ciekawe wykłady!
Mama:
na pewno niczego ode mnie nie potrzebujesz?
Ines:
serio, mamo, wszystko ok!
ale w tym semestrze mam tyle nauki, że chyba wrócę do domu dopiero po ostatnich egzaminach, okej?
Mama:
och…
a tata na Ciebie czekał
ale na pewno zrozumie. Będziemy cierpliwi.
Boże, ale ze mnie wstrętna kłamczucha.
Bezczelnie odpisuję mamie, że wszystko w porządku na uczelni i wykłady są ekstra, a gdy unoszę wzrok, przed moimi oczami jest tylko wielkie okno, a za nim śnieg, śnieg, śnieg i jeszcze więcej śniegu.
Nie ruszyłam się z tego domu przez dwa dni. Brayden miał rację – w lodówkach są zapasy, w zamrażarkach jeszcze więcej zapasów. Ponieważ mam gdzieś zrobienie bałaganu i pozostawienie po sobie śladów w takiej pustce, przetrzepałam cały dom wzdłuż i wszerz. Zastanawiałam się, czy znajdę tu jakieś ukryte fałszywe paszporty albo przynajmniej bardzo dużo gotówki. Brayden Wyatt niby jest taki porządny i miły, a przecież ci najbardziej słodcy zawsze okazują się wariatami.
Niestety, nie znalazłam żadnych pieniędzy ani sztabek złota. Przeszukałam każdą sypialnię, otworzyłam też każdą szafę, bo już zaczęło mi się nudzić. Wydaje mi się, że skorzystałam z każdej toalety w tym domu. Widziałam grafik sprzątania domku i raz na tydzień przychodzą podobno dwaj panowie, którzy rozprawiają się z brudem. Wstaję od stołu i wyglądam przez okno, zastanawiając się, czy jak im zapłacę, to będą sprzątać nago?
To by mi trochę urozmaiciło ten samotny czas.
Przyznam szczerze – nie jestem do tego przyzwyczajona. Wolę muzykę, tańce, śmiech, dobrego drinka. Wolę, by ludzie widzieli, że dobrze się bawię, że mogę zawładnąć każdym parkietem. Chyba lubię też, kiedy mnie widzą, dlatego ta nagła potrzeba schowania się była tym bardziej dziwna.
Z jednej strony cieszę się, że nikt mnie tutaj nie widzi, a z drugiej? Z drugiej wiem, że niedługo chyba umrę tu z nudów. Zanim wiadomości do mamy się wysłały, upływały co najmniej dwie minuty. Na samo wysłanie jednej wiadomości.
Zbieram miskę z płatkami i wracam z nią do kuchni. Ta też jest wielka. Czysta, piękna, z ogromną spiżarnią, wielką sześciopalnikową płytą indukcyjną i piekarnikiem z milionem funkcji. A ja jem płatki z mlekiem.
Mój tata dobrze gotuje. Mama nieźle sobie radzi. A ja? Wolałam obżerać się tacosami przyrządzonymi przez rodziców, niż nauczyć się gotować. Rosie wychodzi to lepiej. Myślę, że dałabym radę zrobić zupę albo makaron, bo to przecież nic trudnego i tata mnie uczył, poza tym zdecydowanie nie jestem specjalistką kulinarną. Od dwóch dni jem tutaj mleko. I płatki. To nie jest zbyt dobre rozwiązanie, bo mam tendencję do wyprysków pojawiających się przez zbyt duże ilości nabiału albo inne podstępne jedzenie. Ale mała krostka na twarzy to nie wszystko.
To, co dzieje się z nią później, jest gorsze.
Po tym, jak dwa wieczory wcześniej zmyłam makijaż i wskoczyłam w dresy, nie zmieniłam tego typu wizerunku samej siebie ani razu. Moja twarz jest całkowicie naga i w lustrze dostrzegam, dlaczego tak rzadko pozwalam sobie na wyjście bez zbroi – bo każda najmniejsza krostka na mojej twarzy zostaje brutalnie rozdrapana paznokciami. Gdy się zagoi, znów zaczynam ją skubać. Kiedy robi się większa, narzekam i marudzę, ale zerwę tego strupka jeszcze raz. I jeszcze raz. I kolejny. Będę tak siedzieć i skubać, chyba że pamiętam o swoim ładnym makijażu albo jakimś cudem jestem bardzo zajęta.
Kiedy ponownie łapię swoje odbicie w lustrze, aż muszę się skrzywić. Czerwonych punktów jest zbyt wiele.
Wrzucam miskę do zlewu, nie kwapiąc się, by ją umyć. Może panowie w fartuszkach posprzątają za mnie za tydzień?
Coś rusza się za jednym z wielkich okien.
Wychylam się.
Obserwuję.
Chyba mi się wydawało. Co by to mogło być? Ryś? Niedźwiedź? O mój Boże, nawet nie wiem, ile tu może być dzikich zwierząt.
Wiatr szeleści w kratkach wentylacyjnych.
Drewno samoistnie skrzypi gdzieś na piętrze.
Płuczę łyżkę w zlewie i znów słyszę szuranie pod dachem. Salon z wielką jadalnią przy największych oknach jest zaprojektowany tak, że nie ma nad nim sufitu i dalej piętra – przestrzeń ciągnie się aż do szpiczastego dachu. Gdy spojrzę w górę, nie zobaczę tam nawet pajęczyny ani pająka, bo są za daleko, a mój wzrok nie jest aż tak dobry.
Muszę puścić na cały głos jakąś muzykę, bo robi się naprawdę przerażająco. Ricky Martin natomiast jak zwykle potrafi dotrzymać mi towarzystwa i tempa jako jedyny mężczyzna na tym świecie, więc She Bangs rozbrzmiewa z mojego telefonu, chociaż żałuję, że nie chce mi się ruszyć głową i podpiąć do tych wielkich głośników w salonie, bo to dopiero mogłoby być coś. Byłabym w stanie zrobić sobie jednoosobową imprezę i puszczać latynoskie kawałki na cały regulator. Jestem prawie pewna, że mogłabym nawet tańczyć nago, bo tutaj i tak nie ma żywej duszy w sąsiedztwie.
Coś rusza się ponownie za oknami.
W drzewach?
Boże, to na pewno jakieś zwierzę.
I znów.
Muszę przyciszyć muzykę, by się skupić.
Chcę wyjść i sprawdzić, co zakłóca mój spokój, wtedy jednak znów zauważam swoje odbicie w lustrze. Wyglądam, jakbym była trochę… chora.
Chyba na głowę, Ines.
Otrząśnij się.
Jesteś dorosłą laską i nie możesz przejmować się cały czas decyzjami, za które od początku brałaś pełną odpowiedzialność.
Wracam wzrokiem do wielkiego okna po prawej stronie. Tam coś jest.
