Bóg cieni. Część 1 - Dominika Sieczka - ebook + audiobook

Bóg cieni. Część 1 ebook i audiobook

Dominika Sieczka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Widzę wszystko, bo gdzie cień, tam ja”.

 

Dantalion Von Cavendish, niemagiczny syn potężnego maga, przez całe życie znosił okrucieństwo ojca. Ponadto od dziecka słyszał w głowie głos, który nieustannie z niego drwił. Pewnego dnia tajemnicza kobieta oferuje mu ogromną moc. I gdy nagle jego problemy wydają się otrzymać rozwiązania, głos zaczyna prowadzić chłopaka do obłędu, odbierając mu świadomość i władzę nad własnym ciałem…

 

Solarya Rowlyn, utalentowana zielarka, ma za zadanie uleczyć spowity mrokiem umysł Dantaliona. Kiedy jednak podaje mu herbatę utraconej harmonii, ślad po przerażonym chłopcu znika i ustępuje miejsca dumnemu, aroganckiemu mężczyźnie. Pytanie tylko: czy to prawdziwe oblicze ukryte pod warstwą traumy, czy może na powierzchnię wydostało się coś, co nigdy nie powinno zostać zbudzone?

 

 

Bóg Cieni to trzeci tom serii Bogini opowiadający historię o tym, jak Cień pokochał Słońce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 420

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 19 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin StecChrzanowska MonikaMonika Chrzanowska Marcin Stec

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DOMINIKA SIECZKA

BÓG CIENI

Dla mnie.

Na pamiątkę nocy, w których koszmary szeptały głośniej niż sny.

Teraz wiem, że można nauczyć się śnić, nawet jeśli koszmary nie milkną.

Od autorki

Drogi czytelniku,

Boga Cieni możesz czytać bez znajomości poprzednich tomów, choć musisz mieć na uwadze fakt, że pojawiają się niewielkie spojlery. Znajdujący się na końcu książki katalog bohaterów może zdradzać dodatkowe szczegóły, bo opisane tam postacie występują w poprzednich tomach. Jeśli natomiast znasz poprzednie części i spodziewałeś się kontynuacji zakończenia Bogini Ognia Niebieskiego, to muszę Cię zmartwić, ale trzeci tom to również prequel. Zdecydowałam się na taki zabieg po to, abyś się dowiedział, co dokładnie przypomniała sobie Jasmina. Ale bez obaw, obiecuję, że to już ostatni raz. W czwartym tomie otrzymasz dalszy ciąg.

W tej historii Kastiel Lavender jest w trakcie swojej podróży, a fabuła skupia się na człowieku zgoła innym niż Nieśmiertelny Król.

Książka ze względu na zawarte w niej sceny nie jest przeznaczona dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Lista ostrzeżeń zawiera spojlery, dlatego znajdziesz ją na samym końcu.

Pragnę również zaznaczyć, że świat przedstawiony w tej książce jest fikcją literacką. Akcja osadzona jest w latach 1168–1170 i nie należy traktować jej jako wiernego odzwierciedlenia naszej linii czasowej. To uniwersum, w którym czas i rozwój wynalazków czy idei nie pokrywają się z tym, co znamy z historii.

Ponadto występujący w powieści bieluń (datura) to kwiat halucynogenny, silnie trujący oraz zagrażający zdrowiu i życiu. Jego działanie stanowiło dla mnie wyłącznie inspirację do stworzenia fikcyjnych przepisów. Nie wszystkie rośliny opisane w historii opierałam na ich rzeczywistych właściwościach leczniczych. Niektóre z nich zostały dostosowane do potrzeb fabuły i nie mają pokrycia z rzeczywistością.

Ponieważ trzeci tom podzielony jest na dwie części, pierwsza kończy się cliffhangerem. Wolę uprzedzić na wstępie, bo wiem, że wiele osób nie przepada za takimi zakończeniami.

Na koniec życzę wciągającej lektury i żywię nadzieję, że Bóg Cieni okaże się dla Kastiela godnym rywalem.

Prolog

Cień

Gdybym miał pokazać ci piekło,

ujrzałbyś Cień, który skryć się może wszędzie.

A gdybym miał wskazać jego miejsce,

odparłbym: On mieszka we mnie.

Szepcze słowa, które przełamują ciszę,

pokazuje obrazy, których nie chcę widzieć.

Lękam się nawet własnych myśli

i odbicia w lustrze, które ze mnie szydzi.

Komu wierzyć? Czyj głos ciągle słyszę?

Czy jeśli go posłucham, to wtedy go uciszę?

Choć nie chcę, tracę kontrolę,

jakby do niego należały moje dłonie.

Mówią, że pisząc, można uwolnić się od mroku,

ale ile słów mam jeszcze zapisać, by odnaleźć spokój?

Gdy moja spowiedź się zakończy,

piekło zalśni pustkami,

a ja nareszcie stanę się wolny.

Czasem tylko boję się,

że nawet jeśli piekło kiedyś zniknie,

to szept nigdy nie ucichnie.

NOC

Rozdział I

Dantalion

Askarion, 1168 rok

Promienie słońca ozłacały śnieżnobiałe królestwo, a ich blask odbijał się od marmurowych ścian, sprawiając, że całe miasto lśniło niczym wypolerowany klejnot. Rześki wiatr niósł ulgę dla zmęczonych skwarem mieszkańców, którzy nieustannie ocierali czoła zroszone potem. Od tygodnia bowiem Askarion mierzył się z falą upałów.

Tego dnia na zatłoczonym rynku panował istny chaos. Przekupnie przekrzykiwali się, zachwalając towary z drugiego kontynentu, uliczni kuglarze rzucali w powietrze płonące pochodnie, a kilku kieszonkowców w obdartych łachmanach lawirowało między straganami, jakby uciekali złapani na gorącym uczynku. Powozy załadowane skrzyniami pełnymi świeżo zerwanych owoców zderzały się na wąskich uliczkach, a woźnice wrzeszczeli na siebie, rozmazując pot na zakurzonych twarzach. Powietrze przesycał zapach pieczonych mięs, dymu kadzideł i świeżej lawendy, a wśród tłumu przemykali posłańcy, żebracy i zakapturzeni nieznajomi, których intencji lepiej nie zgłębiać.

Z trudem znosiłem gorąc sprawiający, że ubrania przylegały mi do skóry, i swąd spoconych ciał, który co chwilę docierał do moich nozdrzy. Nie zamierzałem jednak wracać do domu, póki nie zdobędę tego, po co tu przyszedłem. Czego właściwie szukałem? Sam nie miałem pewności. Dlatego znalezienie idealnego prezentu okazało się trudniejsze, niż sądziłem.

Mijałem przeróżne towary, ale nie widziałem nic godnego uwagi – aż do momentu, gdy moje oczy spoczęły na kolorowych błyskotkach. Co ciekawe, przy tym straganie nikt nie stał, tak jakby towar czekał tylko na mnie.

Podszedłem i uważnie przyjrzałem się kosztownościom, które migotały w świetle słońca niczym rosa na pajęczynie. Wśród nich spoczywały rubiny wielkości lwiego pazura, szmaragdy zielone jak serce Dzikiej Kniei i onyksy czarne jak krucze skrzydła. Część oprawionych w srebro i mosiądz kamieni miała owalny kształt, inne przypominały łzy. Te misternie wykute cacka wyglądały jak zapomniane, prastare skarby.

– Czego szukasz, młodzieńcze? – spytała handlarka.

Dopiero gdy spojrzałem w jej dojrzałą twarz, zrozumiałem, czemu nikt do niej nie podchodził. Całe jej ciało zasłaniała tkanina równie czekoladowa co kolor jej skóry, dla Askariończyków zaś wszystko, co inne i obce, było powodem lęku, a nawet pogardy. W tej kobiecie jednak kryło się coś wyjątkowego, a to za sprawą jej niezwykłych złocistych oczu. Patrzyły na mnie z taką mocą, że czułem na sobie fizyczny ciężar ich spojrzenia.

– Szukam prezentu – odparłem, gdy pierwsze wrażenie niecodzienną urodą minęło. – Moja matka obchodzi niebawem czterdzieste piąte urodziny. Chciałbym jej kupić coś wyjątkowego.

– Myślałeś nad czymś konkretnym?

– Prawdę mówiąc, ten pierścień… – Wskazałem palcem na szmaragd w szczerozłotej obręczy. – Wygląda na idealny.

– Oj, chłopcze… – Pokręciła głową z lekkim rozbawieniem. – Pierścień daje się ukochanej na dowód swej wierności. Przemyśl to…

Raz jeszcze wbiłem wzrok w drogocenne klejnoty. Było ich tak wiele, że z trudem przyglądałem się każdemu z osobna. Wtem dostrzegłem, jak ręka przekupki sięgnęła ku okrągłemu, malutkiemu zwierciadłu na wysokiej nóżce. Zmarszczyłem brwi na widok jej pomarszczonej dłoni, która wydawała się należeć do staruszki, a nie kobiety w sile wieku. Nie zdążyłem się nad tym zastanowić, bo lustro odbiło blask słońca, a snop światła padł na kamień o niebieskim kolorze, co wytrąciło mnie z rozmyślań. Błękit zajaśniał tak pięknie jak morze o brzasku. Coś w jego wnętrzu nieustannie się poruszało, zupełnie jakby zamknięto w nim iskry tańczące na falach.

Sięgnąłem po niego oczarowany tym pięknem. Czas zwolnił i nim się zorientowałem, już trzymałem go zaskoczony ciepłem, którym emanował. Cóż, słońce dziś wytrwale dawało się we znaki, więc biżuteria zdążyła się nagrzać.

– Ach tak… – Pokiwała głową z uznaniem. – Świetny wybór.

Rozciągnęła usta w uśmiechu skrywającym w sobie coś niepokojącego.

– Co to? – spytałem, wracając spojrzeniem do trzymanego przedmiotu. Nie mogłem wyjść z podziwu dla niezwykłości tej błyskotki.

– To eteryt. Ponoć można w nim ukryć wspomnienia, a jeśli dobrze się postarasz… – Urwała, a wtedy znów na nią popatrzyłem. – Zdołasz w nim zamknąć nawet czyjąś duszę.

Dreszcz przemknął po moich plecach, a włoski na skórze stanęły dęba. Coś mi podpowiadało bowiem, że właśnie dzierżyłem coś więcej niż zwykły naszyjnik. Kiedy jednak powaga ustąpiła rozbawieniu, a z gardła straganiarki wydobył się zachrypnięty śmiech, przewróciłem oczami. Już miałem zwrócić jej błyskotkę, ale zrezygnowałem. Bo tak właściwie po co miałbym to robić? Bez znaczenia było to, czy mówiła prawdę, czy brednie. Liczyło się tylko to, że klejnot był piękny. Z pewnością spodoba się mojej matce i tylko to miało dla mnie znaczenie.

– Ile za niego?

– Pięćdziesiąt sztuk złota.

– ILE?! – wrzasnąłem szybciej, niż pomyślałem, i na tyle głośno, że kilka osób zwróciło na nas uwagę.

– Pięćdziesiąt sztuk złota – powtórzyła niewzruszona. – Moje towary są wyjątkowe, bo same wybierają sobie właścicieli, a ich wybór nigdy nie bywa ślepy.

Miałem przy sobie wszystkie oszczędności, które zbierałem przez wiele długich miesięcy, i gdybym zapłacił jej wskazaną kwotę, opuściłbym rynek z pustą sakiewką. Klejnot jednakże spoglądał na mnie niewinnie, rozgrzewając przyjemnie dłoń. Czułem, że muszę go mieć, dlatego sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem skórzany trzos. Z bólem serca wręczyłem go kobiecie. Wówczas mój wzrok przypadkiem znów zatrzymał się na niewielkim zwierciadle, w którym odbiła się jej twarz. Trwało to zaledwie ułamek sekundy, a wystarczyło, bym dostrzegł niezliczoną ilość szpecących zmarszczek, narośli i ropiejących wrzodów. Prędko wróciłem do niej spojrzeniem, a widząc jej przepiękne oblicze, uspokoiłem się pewien, że tylko mi się przywidziało.

Sprzedawczyni nie zerknęła do sakiewki, jedynie zważyła ją w dłoni i uśmiechając się kącikiem ust, skinęła głową na znak, że pomyślnie dokonałem zakupu. Z trudem wydusiłem kilka słów na pożegnanie i ruszyłem z zamiarem powrotu do domu.

Skwar nie przestawał męczyć, a ocierające się o mnie spocone ciała stanowiły jedynie dobijające dopełnienie tej okropnej pogody. W Askarionie zawsze było ciepło, lecz upały nie zdarzały się praktycznie nigdy.

Przedzierałem się między mieszkańcami, kiedy nagle ktoś zaczął się brutalnie przepychać. Skrzywiłem się, bo czyjś łokieć wbił mi się w brzuch.

– Hej! Uważaj! – zawołałem za smarkaczem.

Dzieciak odwrócił się ku mnie, chwycił za rondo czarnego melonika, po czym skinął przepraszająco głową i bez słowa uciekł z łobuzerskim uśmieszkiem.

Ledwie zrobiłem krok, gdy niespodziewane popchnięcie pozbawiło mnie równowagi. Moje kolana zderzyły się z ostrym żwirem, a wraz z tym przeszył mnie ból. Już wiedziałem, że się zraniłem, a lgnący do zdartej skóry materiał spodni bynajmniej nie niósł ulgi.

Kilka cali obok palców dostrzegłem karalucha, który poruszał się prędko w moją stronę. Przeszył mnie lodowaty dreszcz przerażenia. Już miałem wstać, lecz czyjaś stopa boleśnie mi to uniemożliwiła. Z mojego gardła wydobył się wrzask. Nieznajomy odskoczył, chaotycznie gestykulując i chyba przepraszając za to, że mnie podeptał, niczego jednak nie słyszałem. Ból pulsował mi w paliczkach, a obrzydliwy robak wciąż mknął ku mnie. Zerwałem się na równe nogi i otrzepałem, rzucając posępne spojrzenie rudowłosemu mężczyźnie, który na widok mojego niezadowolenia wycofał się i zniknął mi z oczu.

Ruszyłem przed siebie, wsuwając dłonie do kieszeni. Zaraz jednak zatrzymałem się w pół kroku, bo moje palce nie odnalazły drogiego zakupu. Zacząłem przeczesywać wszystkie kieszenie spodni i rozglądać się po ziemi w poszukiwaniu klejnotu. Zrobiło mi się duszno, i to nie z powodu upału. Niebieski eteryt zniknął. Serce łomotało w mojej piersi tak gwałtownie, jakby zaraz miało eksplodować. Z każdą chwilą docierało do mnie, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Że ten ktoś wpadł na mnie z premedytacją i właśnie zostałem okradziony.

Brawo. Jak zwykle świetnie się spisałeś – zakpił znajomy głos w moim umyśle, a ja, będąc kompletnie bezradnym, po prostu się rozpłakałem.

***

Cały wieczór spędziłem na zastanawianiu się, co ja, do cholery, teraz pocznę. Nie miałem pieniędzy na nowy prezent. Ci uzdolnieni magicznie dysponowali magią tworzenia, a niektórzy nawet nie musieli być magiczni, by wyskrobać z kawałka drewna coś ładnego. Ja nie miałem ani talentu magicznego, ani zdolności manualnych. Tak naprawdę nie umiałem niczego, o czym ojciec nie omieszkiwał mi regularnie przypominać.

Następnego dnia z samego rana zbudził mnie pełen ekscytacji wrzask matki dochodzący z parteru. Ojciec obsypywał ją komplementami, a ona piszczała z zachwytu.

– Kochanie! Nie musiałeś!

Z pozoru kochający i troskliwy mąż. W rzeczywistości człowiek, którego zdania nigdy nie należało podważać. Bo gdyby matka skrytykowała wręczony przez ojca prezent, w najlepszym przypadku leżałaby już ze spuchniętym policzkiem pod stołem. Dlatego teraz ostentacyjnie cieszyła się z podarunku. Najpewniej z illakucjańskiej misy. Przecież ona nawet nie gotowała, bo miała od tego służbę. Mimo to co roku dostawała porcelanę z zachodu.

– Jest taka piękna! Te wzory są naprawdę ręcznie malowane?

A zatem dobrze zakładałem.

Westchnąłem ciężko i zwlokłem się z łóżka. Plecak ze skórzanymi spodniami, z butami o wysokiej cholewce i ciepłą kraciastą koszulą już na mnie czekał schowany za biurkiem. W celu zachowania pozorów włożyłem eleganckie, długie spodnie i czarną kaszmirową koszulę. Narzuciłem na siebie również czarną szatę, którą nosili adepci w akademii magicznej, a następnie przystanąłem przy drzwiach, czekając, aż zrobi się cicho. Nie mogłem tak tkwić w nieskończoność, bo zajęcia zaczynały się za piętnaście minut, mimo to trwałem przepełniony nadzieją, gdy nagle usłyszałem swoje imię:

– Dantalionie.

Jedno słowo wystarczyło, bym zastygł w bezruchu. Mój oddech niekontrolowanie przyśpieszył. I wcale nie chodziło o imię, którego, swoją drogą, bardzo nie lubiłem, tylko o to, kto je wypowiedział.

Edmund Von Cavendish był wysokim, postawnym mężczyzną. Jego spojrzenie wielokrotnie wzbudzało we mnie lęk, a głos przyprawiał o ciarki. Nie istniał bowiem na świecie człowiek, którego lękałbym się bardziej niż tego, którego zmuszony byłem zwać ojcem.

Choć wszystko we mnie błagało, bym został, ruszyłem na korytarz, ku schodom. Strach utrudniał mi każdy następny krok. Już czułem na plecach lodowaty pot, mimo to nie cofnąłem się, bo wiedziałem, że drugi raz nie zawoła. Wtedy po mnie przyjdzie i znów się przekonam, że nieposłuszeństwo w tej rezydencji jest surowo karane.

– Tak, ojcze? – spytałem, znalazłszy się w zasięgu jego wzroku.

Przyjrzał mi się uważnie, a ja pomyślałem sobie, że gdybym teraz wyszedł odziany na roboczo, to zapamiętałbym tę chwilę do końca życia. Podobnie byłoby, gdybym powiedział, że spędzam każdy dzień na rąbaniu drzewa zamiast na nauce, lub gdybym się przyznał, że jakieś dwa miesiące temu zostałem wydalony z akademii, bo jednomyślnie ogłoszono mnie niemagicznym i nie miałem czego tam szukać. Sądzę, że gdyby prawda wyszła na jaw, jedyną zaletą gniewu ojca byłoby to, że zginąłbym jeszcze tego samego dnia.

Najgorzej działała na mnie świadomość, że ojciec prędzej czy później i tak o wszystkim się dowie. Niebawem zakończenie roku akademickiego, na które z pewnością się wybierze. Liczył, że zobaczy, jak odbieram dyplom ukończenia z wyróżnieniem. Ani on, ani matka nie potrafili pojąć, że urodziłem się niemagiczny, podczas gdy oboje byli zdolnymi magami. Przynosiłem im wstyd, szczególnie że dumnie nosili tytuły najlepszych magów królewskich.

Wcześniej mój ojciec był zwykłym lordem, który dorobił się na sadach owocowych. Obecnie szczycił się funkcją lorda protektora, czyli najwyższego lorda, który sprawował władzę w imieniu króla, jeśli ten z różnych przyczyn nie mógł pełnić monarszych obowiązków.

– Ostatnio późno wracasz do domu. – Powiedziawszy to, usiadł na końcu długiego stołu i skinął służącej ręką, by podała mu napitek.

Pod wysokim sklepieniem zwisały szczerozłote żyrandole, blask z umieszczonych w nich świec odbijał się w lśniącym blacie. Każdy detal tego miejsca – począwszy od ręcznie rzeźbionych krzeseł czy kryształowych kieliszków o grubym szlifie, poprzez złociste kandelabry, a skończywszy na wazach z egzotycznych minerałów – podkreślał obrzydliwe bogactwo ojca. Byłem całkowicie świadom, że jego zdaniem najniższą wartość w całej tej rezydencji miałem ja.

– To dlatego, że zostaję w akademii dłużej, aby się uczyć – odpowiedziałem, siląc się na naturalny ton głosu, aby ukryć kłamstwo.

Czułem na sobie ciężar spojrzenia nie tylko rodziców, ale i przodków uwiecznionych na starych gobelinach. Modliłem się w duchu, by zniknąć.

– To wspaniale – odparł, gładząc swoją czarną brodę, na której przebijała się siwizna. – Mam nadzieję, że pamiętasz o dzisiejszych urodzinach twojej matki.

Patrzył na mnie przenikliwie tymi szmaragdowymi oczami, których tak nienawidziłem. Nienawidziłem, bo miałem je po nim. Tak jak hebanowy kolor włosów, tak jak gęste brwi czy długie rzęsy. Nawet uśmiech miałem po nim, dlatego unikałem spoglądania w lustro. Bałem się, że wówczas zobaczę jego, jakby mało było go w moim życiu.

– Oczywiście – potaknąłem i patrząc na rodzicielkę, rzekłem: – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, matko.

Corvina Von Cavendish nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się nieznacznie, po czym stanęła za swym mężem. Nie tylko ja bałem się odzywać w jego obecności. Edmund wzbudzał lęk samą swoją osobą, jak również swoimi czworonożnymi pupilkami, które nie odstępowały go na krok. Czarne lwy z Dzikiej Kniei strzegły go jak oka w głowie. Między innymi to sprawiało, że budził wśród ludzi tak ogromny respekt. W końcu były to zwierzęta iście zdziczałe i agresywne, choć mego ojca słuchały jak zaklęte. Dosłownie zaklęte. A to dlatego, że posiadł on wyjątkowy dar, dzięki któremu zwierzęta były mu posłuszne.

Nigdy nie patrzyłem tym bestiom w ślepia, obawiałem się, że mógłbym tym sprowokować je do rzucenia mi się do gardła. Było to niełatwe, bo lwy znajdowały się niemal wszędzie. Snuły się korytarzami rezydencji, a kolejny tuzin przechadzał się po ogrodzie.

– Pamiętaj zatem, by dzisiaj wrócić wcześniej, bo w zamku odbywa się bal. Jego wysokość król Magnus wyprawia go na cześć twojej matki. Nie narób nam wstydu, szczególnie przy wręczaniu prezentów. Pokaż się od jak najlepszej strony.

Najpierw trzeba taką mieć – rzucił prześmiewczo Intruz, lecz go zignorowałem.

Ostatnie, czego pragnąłem, to doprowadzić ojca do gniewu. W rozmowach z nim starałem się z rozwagą dobierać słowa i nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby mu się sprzeciwić. I choć starałem się najlepiej, jak mogłem, to nietrudno było go rozgniewać. To z kolei powodowało, że karał mnie dotkliwie.

I żebyśmy wszyscy mieli jasność: nie mówię o karach cielesnych z rąk zwyrodniałego ojca. Mówię o karach cielesnych z rąk ojca uzdolnionego magicznie.

Z uwagi na brak zdolności magicznych nie potrafiłem się przed nim bronić, co jedynie napędzało jego nienawiść. Ja, Dantalion Von Cavendish, urodziłem się niemagiczny, przynosząc swoim rodzicom hańbę.

– Oczywiście, ojcze. – Ukłoniłem się i niecierpliwie zaczekałem, aż pozwoli mi odejść.

Po dłużącej się w nieskończoność chwili z beznamiętnym wyrazem twarzy dał mi sygnał, że mogę się oddalić. Ruszyłem ku drzwiom z ulgą. Niestety, nie trwała ona długo.

Aby opuścić mury rezydencji, należało przemierzyć ogromny ogród, gdzie w cieniu drzew owocowych wylegiwały się lwy z Dzikiej Kniei. Z uniesioną głową i duszą na ramieniu szedłem przed siebie, uważając, by nie spojrzeć żadnemu w oczy albo – co gorsza – nie nadepnąć żadnemu na ogon.

Galopujące serce zwolniło, dopiero gdy minąłem wykutą z żelaza bramę zwieńczoną ostrymi grotami. Natychmiast skierowałem się prosto ku akademii magicznej. Nie dlatego, że faktycznie do niej zmierzałem, lecz dlatego, że byłem wyjątkowo przezorny. Bałem się, że ojciec obserwuje mnie z oddali albo że lwy w jakiś niezrozumiały sposób doniosą mu o wszystkim.

Kiedy skręcałem w inną przecznicę i zyskiwałem pewność, że z tego miejsca próżno wypatrywać mnie z rezydencji, zmieniałem kierunek na południe. Na szczęście publiczne dyliżanse za kilka srebrników dowoziły nawet poza mury Askarionu. Bo właśnie tam stała chata Simona. Dalej przepływała rzeka, za którą znajdował się jedynie Zakazany Las.

Simona poznałem rok temu całkowitym przypadkiem. Chował się pod obszernym kapturem skórzanego płaszcza. Wyglądał, jakby ukrywał swą tożsamość. Prędko jednak odrzuciłem tę myśl, gdy się dowiedziałem, że to zwykły, prosty drwal ceniący samotność i ciężką pracę.

W każdym razie ja włóczyłem się bez celu, czekając, aż nastanie noc, by niepostrzeżenie wrócić do domu i nie wpaść na ojca. Tamtego dnia dotkliwie mnie pobił. Nie obawiałem się jednak w takim stanie przemierzać ulic miasta, mimo że przez nazwisko byłem raczej znany wśród Askariończyków, a to dlatego, że ze spuchniętą, pokaleczoną twarzą nawet nie przypominałem siebie, podarte ubrania zaś sprawiały, że bliżej mi było do włóczęgi aniżeli syna lorda.

Simon był jedynym mijanym przechodniem, który zainteresował się moim stanem. Opatrzył moje rany, a potem powiedział, że jeśli kiedykolwiek będę szukał schronienia lub zatrudnienia, to zaprasza do siebie. Zgodziłem się jeszcze tego samego dnia, kolejnego również stanąłem u progu jego domostwa i już tak zostało, że przychodziłem tak często, jak tylko zdołałem.

– Spóźniłeś się – usłyszałem docierający z kuchni głos Simona. – Wszystko w porządku, synu?

Synu –prychnął Intruz. – Chyba nie sądzisz, że mówi to szczerze?

– Tak, tak… – mruknąłem, po czym zamknąłem za sobą drzwi.

W środku roztaczał się zapach zupy grzybowej. Simon siedział przy stole z pełnym talerzem, nad którym unosiła się para wskazująca, że jadło wciąż nie ostygło.

Mężczyzna o gęstych czarnych włosach i krzaczastej brodzie przyglądał mi się z uwagą, podczas gdy ja zaczynałem swój dzień tak jak zawsze. Wyciągnąłem wszystko z plecaka, a następnie zrzuciłem z siebie eleganckie odzienie, by zastąpić je roboczym.

– Jadłeś już?

To pytanie padało za każdym razem, a moja odpowiedź zawsze brzmiała tak samo:

– Nie.

– Chodź. Nalej sobie i usiądź ze mną.

Spakowałem czyste ubranie, odłożyłem tobół na bok i ruszyłem do kuchni. Tutaj aromat świeżej strawy był jeszcze intensywniejszy. Zmieszany z zapachem drewna tworzył swoistą aurę domowego ciepła, którego próżno doszukiwać się w zamieszkiwanej przeze mnie rezydencji. Prawdę powiedziawszy, to właśnie w chatce o modrzewiowych ścianach czułem się jak w domu. Ponadto znajdowało się tu coś jeszcze. Coś, czego nigdy nie doświadczyłem u siebie: poczucie bezpieczeństwa. Po przekraczaniu przeze mnie progu domu Simona całe moje ciało się rozluźniało. Tu nie musiało być w ciągłej gotowości na przyjęcie kolejnego ataku.

Obsłużyłem się, usiadłem naprzeciw mężczyzny i od razu wziąłem się do jedzenia. Musiałem dmuchać na każdy kęs, aby się nie oparzyć. Simon cały czas podejrzliwie mi się przypatrywał.

– Dzisiaj nie masz humoru – zauważył trafnie, jak zawsze zresztą. Czytał we mnie jak w otwartej księdze.

– Nie mam – przyznałem zgodnie z prawdą, bo gdybym skłamał, z pewnością by to wyczuł.

– Opowiedz mi. – Splótł palce, opierając łokcie na blacie. – Może będę w stanie ci jakoś pomóc?

Ten potężny człowiek o surowym spojrzeniu i głębokim głosie wzbudzał postrach wśród obcych. Mógł być starszy nawet od mojego ojca, a mimo to potrafił pracować godzinami bez przerwy, nie wykazując przy tym oznak zmęczenia. Dysponował wręcz nieludzką siłą, co nieraz udowodnił, dźwigając w pojedynkę grube konary drzew. Dłonie miał tak wielkie, że zdolne były kruszyć kamienie. Całe jego ciało budowały mięśnie twarde jak stal, a krzaczaste brwi układały się w sposób nadający Simonowi nieustannie zagniewany wyraz twarzy, co jedynie zwieńczało jego pozornie niebezpieczny i odstraszający wygląd. Pozornie, bo w rzeczywistości miał ogromne serce. Udowadniał to po wielokroć, chociażby opatrując moje rany, karmiąc mnie czy dając mi schronienie, kiedy uciekałem z domu. A mimo to wiedziałem, że tym razem nie mógł mnie uratować.

– Nie, panie Simonie. Pomogłeś mi już wystarczająco. Choćby teraz. – Uniosłem wymownie łyżkę.

– A jednak coś cię trapi, a nie chciałbym, byś pracował w roztargnieniu. – Patrzył na mnie z troską, przez co zmarszczki w kącikach oczu nieco się pogłębiły.

Przełknąwszy kęs, westchnąłem ciężko i skupiłem na nim całą uwagę.

– Wszystko, co zarobiłem u pana przez ostatnie tygodnie, wydałem na prezent dla matki, który krótko po zakupie został mi skradziony.

Nastała głucha cisza. Wpatrywaliśmy się w siebie bez słowa, a do mnie powoli docierały wypowiedziane słowa. Tłamsząc to w sobie, jeszcze jakoś sobie radziłem, lecz teraz uderzyła we mnie świadomość, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłem.

Nagle wzrok zaczął płatać mi figla, bo sylwetka Simona już nie była tak wyraźna, a potem zdałem sobie sprawę, że łzy wpadają mi do talerza. Pokręciłem głową i ukryłem twarz w dłoniach.

– On mnie zabije.

Krzesło gwałtownie przesunęło się po podłodze. Simon zerwał się z miejsca, a następnie zamknął mnie w stalowym uścisku. Moje chuderlawe ciało przy nim musiało wyglądać wybitnie żałośnie.

Cały jesteś żałosny – przypomniał o sobie głos.

– Wyrzucili mnie z akademii. Nigdy nie będę czarować, bo jestem niemagiczny. On jeszcze nie wie, ale w końcu się dowie. Panie Simonie, tak bardzo się boję – mówiłem zalany łzami, trzęsąc się z przerażenia. – Dzisiaj urodziny matki, a ja znów przyniosę im wstyd. Nie mogę nie przyjść, ale jeśli pójdę, i tak skończy się to źle. Nienawidzę go. Nienawidzę człowieka, którego muszę zwać ojcem. Dlaczego tak jest? – powiedziałem niewyraźnie, bo ze strachu, z nerwów i rozpaczy cały dygotałem. – Dlaczego musiałem się urodzić niemagiczny? Dlaczego jestem takim zawodem?

– Nie jesteś – szepnął, masując mnie po plecach. – Pójdziesz tam i nie pojawisz się z pustymi rękoma. – Odsunął się i spojrzał mi w oczy. – Poczekaj tu.

Zniknął za drzwiami prowadzącymi do sypialni. Słyszałem, jak przeszukuje szuflady komody, a po niedługim czasie wrócił, trzymając w dłoniach maleńkie pudełeczko. Położył je na stole i usiadł obok mnie.

Patrzyłem na niego zdezorientowany. Simon gestem głowy dał mi do zrozumienia, bym je otworzył. Zrobiłem to z dozą niepewności. Moim oczom ukazał się prześliczny pierścionek z różowym oczkiem.

Spojrzałem na niego zdumiony, na co ten uśmiechnął się i rzekł:

– Należał do mojej żony. Wręczyłem jej go, gdy poprosiłem ją o rękę.

Uniosłem wysoko powieki i natychmiast odsunąłem cenną błyskotkę.

– Nie mogę tego przyjąć. Przecież to pamiątka, szczególnie że ona… – W porę ugryzłem się w język.

Jedna z niewielu rzeczy, jakie wiedziałem o Simonie, to ta, że był wdowcem, a ukochaną żonę odebrała mu choroba.

– Wiesz… – zaczął w zamyśleniu. – Annabelle długo nie mogła począć dziecka… Było to dla niej bardzo trudne, bo marzyła o byciu matką, a ja nie potrafiłem jej pomóc… Szukałem ratunku wśród uczonych i uzdrowicieli. Jaka była szczęśliwa, kiedy obwieściła, że spodziewa się potomstwa. – Uśmiechnął się na to wspomnienie, lecz prędko spochmurniał. Nie patrzył mi w oczy, tylko gdzieś w dal, jakby próbował odnaleźć ją wzrokiem. – Radość nasza nie trwała długo, bo krótko po tym ciężko zachorowała. W pewnym momencie pogodziła się z myślą, że umrze, i jedyne, o co się modliła, to życie dziecka. Przeczuwała, że to chłopiec. Nie wiem jak, ale sądzę, że kobiety po prostu to wiedzą… Mówiła, że jeśli z nich dwojga przeżyje tylko on, mam mu dać na imię Nilven… – Urwał, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy. – Odeszli, gdy była w siódmym miesiącu ciąży.

Zszokowało mnie to wyznanie, bo Simon nie był człowiekiem wylewnym. Naprawdę niewiele o nim wiedziałem i nigdy nie wypytywałem go o prywatne sprawy. Byłem mu wdzięczny, że się mną zaopiekował i dał mi pracę. Wolałem zatem nie zadawać pytań, aby przypadkiem tego nie stracić.

– Miała w sobie tyle energii i dobra. Myślę, że polubiłaby cię, synu. Jestem pewien, że sama nalegałaby, abyś wziął ten pierścionek.

Ujął moje palce, zmuszając je do zaciśnięcia się na pudełeczku. Patrzyłem mu w oczy z wdzięcznością, udając, że nie słyszę pogardliwego głosu w swojej głowie:

Nie jesteś godzien jego litości. Nie zasłużyłeś, by nazywał cię synem. Spójrz na siebie. Nieudacznik! Tak powinien się do ciebie zwracać!

– A teraz weźmiesz go i wręczysz swojej matce. Na pewno jej się podoba, tym bardziej że ta błyskotka jest wyjątkowa. To morska perła. Nie możesz przecież dać jej byle czego.

– Myślałem, że perły są białe.

– Dobrze myślałeś, ale te różowe są bardzo rzadkie i cenne.

Jeśli cię znowu okradną, to nawet nie będę zaskoczony.

– Piękna jest – szepnąłem, lekceważąc Intruza i czując gulę rosnącą w gardle.

– To prawda… – Simon westchnął w zamyśleniu, poklepał mnie po ramieniu i wstał. – Dość gadania. Zjedz i bierzemy się do pracy. Drzewo samo się nie porąbie.

Rozdział II

Dantalion

Praca w lesie miała swoje plusy. Po pierwsze spokój. Po drugie zapach drzew i kwitnącej roślinności. Po trzecie tutaj czułem się nie tylko bezpieczny, ale i potrzebny. I po czwarte – najważniejsze – zapominałem.

Wszelkie zmartwienia odchodziły w niebyt, a ja skupiałem się na obowiązkach. Czas mijał błyskawicznie, może dzięki otaczającej mnie naturze, której słuchałem z uwielbieniem. Liście unoszące się pod westchnieniem wiatru albo ptasi trel. Wiewiórki poruszające się żwawo w koronach drzew. Odległy tupot jelenich kopyt. Wszystko to towarzyszyło mi, kiedy raz za razem uderzałem siekierą w pień. Pogrążony w pracy nie od razu pojąłem, że tym razem zamiast natury do moich uszu napływało coś innego.

Wyprostowałem się i otarłem zroszone potem czoło. Rozejrzałem się, uważnie nasłuchując. Docierała do mnie melodia. Jakby ciche nucenie. A im dłużej się wsłuchiwałem, tym wyraźniejsze się stawało. Mój wzrok zatrzymał się na jednym z krzewów i już miałem zrobić w jego kierunku krok, lecz nagle rozbrzmiało nawoływanie Simona:

– Dantalionie! Czas się zbierać!

Wtedy wszystko wróciło. Wiatr zakołysał zielonymi liśćmi, a te w odpowiedzi zaszumiały i zagłuszyły czyjąś cichutką pieśń.

Zaczynało się ściemniać, zatem nie miałem ani chwili do stracenia. Prędko ruszyłem przed siebie.

– Konie już czekają – zakomunikował Simon, gdy mijałem go w biegu i kierowałem się do jego domu.

W środku pośpiesznie przemyłem twarz i zmieniłem ubrania na te, w których przyszedłem.

Simon czekał już wygodnie usadowiony na koźle, gotów zawieźć mnie do miasta. Pieszo dostałbym się do rezydencji pewnie dopiero po północy.

– Jeszcze raz dziękuję za wszystko, panie Simonie – rzuciłem, kiedy dotarliśmy na miejsce.

Wyskoczyłem z powozu i założyłem sobie na ramię ciężką torbę.

– Jutro mi wszystko opowiesz. – Puścił mi oko.

– Jasna sprawa!

Wbiegłem na posesję, dziękując bogom, że nigdzie nie widziałem lwów. Zapewne spały po drugiej stronie posiadłości, choć nie zdziwiłbym się, gdybym dostrzegł kilka na balu.

Wykąpałem się, włożyłem eleganckie odzienie i przynajmniej dziesięć razy upewniłem się, że pierścionek zmarłej żony Simona znajdował się w mojej kieszeni.

Opuściłem komnatę sypialnianą, a przez mój umysł przemknęła masa myśli. Strach przed skompromitowaniem się w obecności ojca sprawiał, że chciałem się tu zabarykadować. Jeśli jednak nie zjawię się na balu, gorzko tego pożałuję.

Nieustannie towarzyszyło mi dziwne uczucie niepokoju, jakby intuicja podpowiadała zbliżającą się tragedię. Tylko co mogłoby się stać? Wręczę matce prezent i nie będę się wychylać ani do nikogo odzywać bez potrzeby.

– Paniczu – powiedział lokaj, dostrzegłszy mnie w korytarzu. – Powóz już czeka.

– Świetnie, Henry.

– Już się martwiłem, że panicz nie zdąży. Lord Von Cavendish wyszedł bardzo zdenerwowany.

Moja mina stężała. Obawy przed pojawieniem się w zamku wzrosły.

– To z powodu mojej nieobecności?

– Też. Ale dzisiaj doszło do pewnego incydentu w stajni, co było początkiem jego złego humoru.

– Rozumiem. Dziękuję. – Skinąwszy głową, wyszedłem na zewnątrz, gdzie czekał na mnie powóz.

Woźnica otworzył mi drzwi, a potem zamknął, kiedy wygodnie się usadowiłem. Usłyszałem, jak mężczyzna wskakuje na kozła. Rozległ się świst bata przecinający powietrze, a potem huknęły kopyta uderzające o bruk. Uprząż szczęknęła metalem, koła zapiszczały i zaprzęg ruszył gwałtownie wyrwany z miejsca jednym brutalnym ruchem.

Prędko dotarliśmy do zamku. Nie miałem czasu, by choćby uspokoić oddech, bo gdy tylko się zatrzymaliśmy, drzwi powozu otworzył ktoś z dworskiej służby.

Wychyliwszy się, dostrzegłem monumentalną śnieżnobiałą budowlę rozświetloną okalającymi ją magicznymi kulami światła. Choć jeszcze nie przekroczyłem progu askariońskiego zamku, już słyszałem dobiegające z niego rozmowy i muzykę.

– Proszę za mną – powiedział służący i nie obejrzawszy się za siebie, ruszył żwawym krokiem ku wejściu.

Kiedy stanąłem na dziedzińcu z białego kamienia, mój powóz odjechał, a na jego miejsce nadjeżdżały kolejne. Goście przybywali cały czas, co jedynie utwierdzało mnie w tym, że się nie spóźniłem.

Bez słowa podążałem za mężczyzną odzianym w wytworną granatową liberię o złotawych zdobieniach, która w porównaniu ze strojami gości była naprawdę skromna.

Nie pierwszy raz odwiedzałem zamek, a mimo to wciąż robił na mnie niemałe wrażenie. Otaczająca mnie biel miała w sobie coś magicznego, jakby mury same stanowiły źródło światła. Z kolei podłogę wypolerowano z taką starannością, że mogłem się w niej przeglądać jak w zwierciadle. Odbijała blask świec w złotych kandelabrach rozlewający się miękko po przestronnych korytarzach. Wysokie sklepienia sprawiały, że echo naszych kroków niosło się daleko, lecz z każdym oddechem muzyka coraz śmielej docierała do moich uszu i pochłaniała wszelkie inne dźwięki. W końcu stanęliśmy przed potężnymi drzwiami strzeżonymi przez dwóch stojących w bezruchu strażników.

Służący, chwyciwszy za szczerozłote klamki, otworzył ciężkie skrzydła. Wszystko stało się intensywniejsze, począwszy od rozmów i muzyki, a kończąc na zapachach świeżych kwiatów i gorącego jadła.

Stanąłem u szczytu schodów, a moim oczom ukazała się ogromna sala balowa wypełniona tłumem obcych mi ludzi. Sędziwy herold uderzył dwukrotnie laską o posadzkę, zwracając na nas uwagę dziesiątek par oczu, po czym mnie zaanonsował:

– Dantalion Von Cavendish, syn lorda protektora Edmunda Von Cavendisha i Corviny Von Cavendish, solenizantki dzisiejszego wieczoru.

Gdy to usłyszałem, zrobiło mi się gorąco.

Wiecie, jak często urządza się dla żony lorda uroczyste bale w głównej sali w zamku? Odpowiedź jest prosta: nigdy. Moi rodzice jednakże byli zbyt wpływowi, aby król nie wyprawił im przyjęcia z okazji urodzin, imienin czy rocznicy objęcia urzędu, o którym nikt już nie pamiętał. Król zawsze zgadzał się z tym, co mówił ojciec. O ich dobrej relacji wiedzieli wszyscy. Dlatego w najprostszym rozumowaniu mój ojciec był darzony równą estymą co sam Magnus. A ja jako syn Edmunda przy okazji dostawałem się na języki ludzi, dlatego tak bardzo musiałem uważać na wszystko, co robiłem lub mówiłem publicznie.

Szedłem ku tronowi, na którym zasiadał król. To z nim w pierwszej kolejności musiałem się przywitać. Tuż obok niego byli moi rodzice w towarzystwie dwóch znudzonych lwów z Dzikiej Kniei. Ludzie omijali je szerokim łukiem i podobnie jak ja unikali kontaktu wzrokowego ze stworami.

– Wasza wysokość – zacząłem, zatrzymawszy się tuż przed podestem. – To zaszczyt móc być twym gościem. Pragnę z całego serca podziękować za tak wspaniałe przyjęcie z okazji urodzin mojej ukochanej matki.

Ukłoniłem się nisko, wbijając wzrok we własne buty, których czubki były tak wypastowane, że mogłem się w nich przeglądać.

– Raduje mnie twa wdzięczność, Dantalionie – rzekł Magnus, na co się wyprostowałem.

Jego głowę zdobiła wysadzana diamentami korona. Ociekał złotem i ciężkimi warstwami odzienia, które najwyraźniej miało odciągać wzrok od nieurodziwej twarzy. Rzecz jasna – na próżno. Brak brody obnażał każdą niedoskonałość, szczególnie gdy się uśmiechał. Wtedy bowiem pogłębiały się liczne zmarszczki, a sparaliżowana połowa ust odsłaniała krzywe, żółte zęby. Osadzone pod krzaczastymi brwiami maleńkie oczy nadawały mu wyraz wiecznego niezadowolenia, sprawiając, że mimo braku starczego uwiądu jego uroda budziła w poddanych raczej odrazę aniżeli podziw.

– Żywię nadzieję, że będziesz się dobrze bawić.

– Z pewnością – odparłem, po czym zerknąłem na ojca, który nie spuszczał ze mnie oceniającego wzroku.

Jego mina oczywiście zdradzała niezadowolenie. Przywitałem się z nim niskim ukłonem, a potem popatrzyłem na matkę, która jak zawsze wyglądała ślicznie. Jasne jak słońce pukle okalające smukłą twarz odbierały jej lat, a szmaragdowa suknia o złocistych zdobieniach podkreślała zgrabną figurę. Drobne dłonie ozdobiła drogocennymi klejnotami z Illakutii, a uszy – długimi kolczykami z jadeitu, które doskonale podkreślały jej równie zielone oczy.

– Matko – odezwałem się niepewnie, sięgając do kieszeni po pudełeczko z pierścionkiem od Simona.

Corvina Von Cavendish zawsze prezentowała się zachwycająco. Nawet mimo siniaków, które nierzadko pojawiały się na jej alabastrowej skórze. Posiadała moc lodu, a mimo to nigdy nie miała odwagi sprzeciwić się ojcu. Chociażby dlatego, że bez niego zostałaby z niczym. Nie pochodziła z majętnej rodziny, więc nie miała również posagu. Była jednak kobietą nieprzyzwoicie piękną, a także potężną, co sprawiło, że zwróciła uwagę Edmunda. On z kolei tylko jedno cenił wyżej niż majątek, uroda czy władza, a była to, rzecz jasna, siła. Im potężniejszą mocą ktoś dysponował, tym większym uznaniem Edmunda się cieszył. I dlatego ja w jego oczach byłem nikim.

– Dantalionie, rada jestem, że przybyłeś. – Posłała mi delikatny uśmiech, a ja na moment poczułem ulgę. Tylko na moment, bo potem mój wzrok zatrzymał się na górze ogromnych prezentów, przy których mój ginął.

Mina mi stężała, a podarunek zaciskany w dłoni nagle zaczął parzyć. Miałem ochotę się wycofać. Znaleźć coś innego, równie wielkiego. Wtedy zerknąłem na ojca i aż dreszcze przemknęły mi po plecach. Jeśli nie obdaruję matki prezentem i odejdę z niczym w obecności króla, to jedno jest pewne: nie dożyję jutra. Wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem maleńkie pudełeczko.

– Wszystkiego najlepszego, najdroższa matko – powiedziałem i wręczyłem jej pierścionek.

– Dantalionie, nie musiałeś – odpowiedziała z grzeczności, bo oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo.

Uważnie obserwowałem, jak podnosi wieczko i przygląda się różowej perle. Nie potrafiłem wyczytać z jej twarzy żadnych emocji. Zresztą trudno cokolwiek wyczytać z oblicza maga lodu. Nie miałem zatem pojęcia, czy podarunek okazał się trafiony.

Raz jeszcze ukłoniłem się przed królem i ruszyłem przed siebie, by jak najprędzej znaleźć się daleko od nich.

– Bystry chłopak, Edmundzie – odezwał się Magnus, gdy tylko się odwróciłem.

– Ach, tak. – Ojciec westchnął ze znudzeniem.

– Aż dziw, że taki nieudolny.

– Aż dziw – zgodził się z nim Edmund.

Więcej nie usłyszałem. Oddaliłem się, byleby nie słyszeć słów, które bolały tak, jakby zadawano mi ciosy ostrym narzędziem. Zatrzymałem się dopiero przy stole, który niemal uginał się pod ciężarem przeróżnych słodkości.

Chwytając lukrowaną babeczkę, dostrzegłem przyglądające mi się młode kobiety kryjące swe porcelanowe twarzyczki za wachlarzami. Trzepotały rzęsami, szepcząc i chichocząc między sobą. Nie wziąłem kolejnego łakocia. Zmieszałem się, uciekając wzrokiem, przekonany, że to ja byłem powodem ich żartów.

Odwróciłem głowę, aby obserwować gości wypełniających ogromną salę. Suknie wirowały w tańcu, śmiechy przeplatały się z rozmowami. Ludzie bawili się wybornie, a ich twarze rozświetlał uśmiech. Wydawali się tacy beztroscy, niestrudzeni. I nagle pośród tego zgiełku dojrzałem maleńką postać, która przemieszczała się zwinnie i – co ważniejsze – niemal niezauważalnie. Chłopiec w kapeluszu sięgał do kieszeni surdutów i wyciągał z nich kosztowności z taką łatwością, jakby był niewidzialny. Było zbyt tłoczno, zbyt ruchliwie, by ktoś zdał sobie sprawę z zagrożenia. Poza tym złodziej w takim miejscu? Jak to? Nie do pomyślenia.

W pewnym momencie chyba wyczuł na sobie mój wzrok, bo nasze spojrzenia się spotkały. Ujrzawszy czarny melonik, odniosłem wrażenie, że już gdzieś go widziałem.

Pewnie na targu, gdy smarkacz zwinął ci kryształ – szepnął Intruz, a ja pobladłem.

Bez namysłu ruszyłem w stronę dzieciaka. Mina mu stężała i prędko rzucił się biegiem w głąb tłumu z zamiarem zgubienia mnie.

Przedzierałem się między tańczącymi, za wszelką cenę nie chcąc stracić uciekiniera z oczu. Dwa razy nieumyślnie kogoś nadepnąłem, co zasygnalizował czyjś wrzask. Mimo to nie zatrzymałem się. Chłopak wybiegł przez przeszklone drzwi prowadzące na ogród. Zamierzałem za nim podążyć, lecz Percival Fletcher mi na to nie pozwolił.

– Proszę, proszę. – Splótł ramiona na torsie. – Dawno się nie widzieliśmy, Dantalionie.

Na jego twarzy zamajaczył szelmowski uśmieszek. Nienawidził mnie, oczywiście ze wzajemnością. Kiedy wyrzucili mnie z akademii, nie krył zadowolenia. Napawał się moją porażką. Z pewnością dlatego, że nazwisko jego rodziny zostało splamione. I choć jego ojciec wciąż był majętnym lordem, pozostał mu zaledwie tytuł, władzy wszak nie miał już żadnej. Teraz rodzina Fletcherów była niczym sępy czekające na okazję, by najeść się do syta. Mimo niechęci do mojej rodziny i rządów obecnego króla nieustannie łasili się jak koty w rui, żeby tylko otrzymać jakąkolwiek uwagę ze strony króla Magnusa.

– Nie wiem, czy dwa miesiące to tak dawno.

– I co robisz w czasie, kiedy nie uczęszczasz do akademii z wiadomych powodów? Ganiasz za dziećmi, tak? Czy twój ojciec wie, żeś nie jest w pełni zdrów? – spytał, po czym poprawił kosmyk opadający mu na czoło.

Przy porcelanowej cerze i zaskakująco jasnych włosach mocno zaczesanych do tyłu jego czoło stawało się ogromne. Czasem zastanawiałem się, czy nie urodził się z wadą genetyczną. Nie wykazywał jednak żadnych upośledzeń, chyba że upośledzeniem jest taka pewność siebie przy tak szpetnej urodzie. Do tego niezgrabna figura i odstający brzuch zdradzający zamiłowanie do słodyczy.

– Doceniam troskę, na mnie jednak już czas – rzuciłem krótko, po czym zrobiłem krok z zamiarem wyminięcia Percivala, lecz zza jego pleców wyłonił się Edmund.

Znajome uczucie niepokoju zalało moją pierś. Organizm już wiedział, co się zaraz wydarzy. Nie myślałem zbyt wiele o tym, co robiłem ani jak się zachowywałem. Odruchowo spojrzałem na Percivala. Ten, widząc mój pełen przerażenia wzrok, zmarszczył brwi w zadumie, a potem jego oblicze rozświetliło zrozumienie. Pokręciłem ledwie zauważalnie głową na znak, by milczał, ale on w odpowiedzi uśmiechnął się chytrze.

I już wiedziałem, że świtu nie doczekam.

– Lordzie Von Cavendish! – zawołał z udawanym entuzjazmem, a ja aż podskoczyłem. – Jak dobrze pana widzieć.

Splotłem za sobą dłonie, które zaczęły drżeć i pocić się z nerwów.

– Percival – odparł, ledwie poruszając ustami. – Rad jestem, że dotrzymujesz towarzystwa memu synowi.

– Oczywiście, lordzie. Nadrabiam stracony czas – odpowiedział chłopak. W jego oczach zabłysła złośliwa iskierka.

Krew zaszumiała mi w głowie.

– Stracony czas? – Krzaczasta brew Edmunda uniosła się w wyrazie zainteresowania.

– Tak. Właśnie mówiłem, jaka to szkoda, że Dantalion już nie uczęszcza do akademii.

Edmund zesztywniał. Wydawał się nie dowierzać, podczas gdy młody Fletcher pogrążał mnie z każdym wypowiedzianym słowem.

– Szkoda. Uczył się pilnie, ale to najwyraźniej nie wystarczyło, skoro nie wychodziło mu żadne podstawowe zaklęcie.

Ojciec nieśpiesznie powiódł wzrokiem w moim kierunku, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, miałem wrażenie, jakbym poczuł przedsmak cierpień, których zaznam zaraz po powrocie do rezydencji. Tutaj było zbyt wiele ludzi, by ojciec pozwolił sobie na kompromitację. Mimo że czułem kotłującą się w nim złość, nie ściągnął maski. Grał perfekcyjnie.

– Dobry z ciebie przyjaciel, Percivalu – rzekł, obdarowując chłopaka uśmiechem, w który bym uwierzył, gdybym go nie znał.

Kogo ja chciałem oszukać? I tak wreszcie by się dowiedział, jeśli nie od Fletchera, to od kogoś innego. Przecież to przyjęcie, w którym brały udział same zamożne rodziny. Ich dzieci uczyły się w akademii magicznej, poza tym każdy z obecnych tutaj mnie znał. Wieść o tym, że mnie wyrzucono, już dawno powinna była dojść do mego ojca, równocześnie zaś wszyscy pojmowali, że wstyd mu za mój brak zdolności magicznych. Może nikt nie miał śmiałości powiedzieć mu tego prosto w oczy? Percival za to wydawał się zbyt głupi, by pomyśleć, że mogło się to dla niego źle skończyć, albo miał świadomość, że w obecności tylu świadków nic się nie wydarzy. Gdybanie pozbawione znaczenia. Mój czas już i tak był policzony.

Edmund zbliżył się do mnie, a jego ciężka dłoń wystrzeliła w moim kierunku. Wzdrygnąłem się. Sądziłem, że w przypływie gniewu zapragnął mnie uderzyć, nie bacząc już na świadków. Tak się jednak nie stało. Zacisnął mi palce na wątłym ramieniu. Wygiąłem usta w grymasie bólu. Ojciec zachowywał się tak, jakby krzywdził mnie nieświadomie, bo uśmiechał się serdecznie, by nie zwrócić na siebie uwagi.

Pochylił się ku mnie i szepnął, abym tylko ja usłyszał:

– Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?

Nigdy! – Śmiech poniósł się echem w mojej głowie. Intruz kpił ze mnie, bawiąc się przy tym w najlepsze, podczas gdy ja usiłowałem się nie rozpłakać.

Czułem spływający po plecach lodowaty pot. Nie potrafiłem wydusić słowa. Oddech ugrzązł mi w płucach, dłonie zadrżały, a duszności powoli odbierały trzeźwość myślenia. Choć wszystko we mnie błagało, bym odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem jak najdalej od tego człowieka, nie potrafiłem. Strach zmroził mnie do tego stopnia, że niezdolny byłem choćby drgnąć.

Nawet nie potrafisz uciec, ty nieudaczniku – syknął jadowicie głos.

Lekceważyłem go. Zawsze to robiłem. Miałem nadzieję, że zignorowany pewnego dnia nareszcie zniknie. Ale to nigdy się nie wydarzyło, bo Intruz nieustannie o sobie przypominał. Bałem się go. Bałem się tego, co się działo w rezydencji, kiedy nikt nie patrzył, jak również tego, co szalało w moim umyśle. Miałem poczucie, że nigdzie nie byłem bezpieczny. Lękałem się odpowiadać Intruzowi, bo to tak, jakbym pogodził się z jego istnieniem, a ja nie chciałem tego robić. Wystarczyło, że byłem niemagiczny – samym tym przynosiłem wstyd rodzinie.

Co by pomyślał ojciec, gdyby się dowiedział, że jestem cho… Nie. Nie jestem.

Panowałem nad tym, więc wszystko było ze mną w porządku.

– Porozmawiamy w domu. – Poklepał mnie po policzku i odszedł.

Poczułem, jakby grunt osunął mi się pod nogami, bo wiedziałem, co mnie czekało. W wyobraźni już słyszałem własny krzyk. Nie chciałem tego. Nie mogłem znowu przez to przechodzić. Nie dam rady…

Twój strach wywołuje we mnie odruch wymiotny – szepnął Intruz, a ja miałem wrażenie, jakby stał tuż za mną i mówił mi do ucha.

Zadrżałem, bo poczułem oddech na karku, lecz gdy się odwróciłem, nikogo nie zobaczyłem. Włosy na karku stanęły mi dęba. Co się ze mną działo?

Nigdy się nie zastanawiałem, kim był i czego ode mnie chciał. Pamiętałem jedynie, że pojawił się jeszcze, kiedy byłem dzieckiem, a ja od początku go ignorowałem. Czasem cichł na kilka dni, by potem wrócić i codziennie natrętnie przypominać o swojej obecności.

Mimowolnie zatrzymałem wzrok na pełnej zadowolenia twarzy Percivala.

– Czemu to zrobiłeś? – wypaliłem przez zaciśnięte gardło.

– A czemu nie? – Wzruszył ramionami. – Wydawało mi się to całkiem zabawne. A teraz jeszcze tak pobladłeś. Nie sądziłem, że otrzymam aż tyle dobrej rozrywki. – Minął mnie, szturchając barkiem.

Zachwiałem się. Paraliż ustał i nagle zwykłe stanie okazało się niemałym wyzwaniem. Patrzyłem, jak Percival Fletcher znika między tańczącymi ludźmi.

Serce tłukło mi się o żebra, a w uszach szumiała krew. Docierające zewsząd dźwięki stały się przytłaczające, nie do wytrzymania. Nie mogłem złapać tchu. Czułem, że jeszcze chwila i stracę przytomność. Musiałem stąd wyjść, dlatego czym prędzej ruszyłem do ogrodu.

Po co biegłeś za tym chłopcem? – Pytanie Intruza rozbrzmiało w mojej głowie głośno i wyraźnie. – Gdyby nie ten szczeniak, nie wpadłbyś na syna lorda Fletchera.

Stanąwszy na oświetlonym królewskim tarasie, wziąłem głęboki oddech, a potem kolejny. Oparłem się o marmurową balustradę i wypełniałem płuca rześkim powietrzem. Galopujące serce wreszcie zwalniało. Zewsząd dochodziły ciche śmiechy i rozmowy spacerujących par.

Rozejrzałem się po ogrodzie, a wtedy dostrzegłem Percivala. Spędzał czas w towarzystwie swych rówieśników, których znałem z akademii. Wszyscy się śmiali, a ja miałem przeświadczenie, że to ja byłem tego powodem. Zawsze mną gardzili, zawsze byłem jedynie popychadłem. Nikt nie traktował mnie jak równego sobie człowieka.

Nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale nim się spostrzegłem, już zmierzałem w ich kierunku. Skoro i tak czekała mnie konfrontacja z ojcem, już gorzej być nie mogło. Nie potrafiłem patrzeć na ich radość. Czym zawiniłem? Cóż uczyniłem, że nie mogłem być tak szczęśliwy i beztroski jak oni?

– A ty czego znowu ch… – Percival urwał, bo z całej siły uderzyłem go w nos.

Nigdy wcześniej się nie biłem, byłem tylko bity. Jego towarzysze od razu złapali mnie za ramiona, a ja nawet nie próbowałem się szarpać. Zamknąłem oczy i zacisnąłem zęby. W głębi serca liczyłem, że Fletcher mnie zabije. Bo śmierć z jego ręki byłaby łaskawością.

Syn lorda tłukł mnie raz za razem. Przyjmowałem ciosy, uśmiechając się bezczelnie, co jedynie go nakręcało, bo uderzał bez opamiętania. Mimo bólu złamanego nosa cieszyłem się, że znalazłem w sobie śmiałość, by zareagować. Choć raz zebrałem się na odwagę, by stanąć we własnej obronie.

– Hej! Wy tam! – wrzasnął ktoś z oddali.

To wystarczyło, by mnie puścili i uciekli w popłochu. Opadłem na miękką trawę. Czułem, jak po skórze spływała mi krew, a potem znów ujrzałem oczy, w które tak bardzo bałem się spoglądać.

Ojciec chwycił mnie za poły koszuli i przyciągnął, po czym rzekł przez zaciśnięte zęby:

– Los mnie tobą pokarał. Nawet bić się nie potrafisz. Nic, kurwa, nie potrafisz. Żałuję, że takiego nieudacznika zwać muszę synem!

***

Nie miałem pojęcia, co się działo później. Byłem zbyt osłabiony i oszołomiony. Nie pamiętałem, jak dostałem się do rezydencji. Rozbudziłem się, gdy z impetem wpadłem do lodowatej czeluści. Do moich nozdrzy wdarł się znajomy zapach wilgotnej ziemi. I w jednej sekundzie cały mój organizm działał już na najwyższych obrotach.

Znów znalazłem się na dnie starannie wykopanego dołu, z którego nie mogłem się sam wydostać. Siedzenie tu jednak nie było w tym wszystkim najgorsze. Największe cierpienie dopiero miało nadejść.

Uniosłem wzrok i ujrzałem ojca przyglądającego mi się z obrzydzeniem.

– Jak długo ukrywałeś przede mną prawdę? – odezwał się ze stoickim spokojem. Nie otrzymawszy odpowiedzi, ryknął: – Zadałem ci pytanie!

– Dwa miesiące…

Ze świstem wypełnił płuca powietrzem.

– I przez dwa miesiące dzień w dzień wychodziłeś, twierdząc, że udajesz się do akademii. Za każdym razem wracałeś późno. Gdzie się podziewałeś?

– Ojcze, proszę… – zaskomlałem, błagając w duchu, by koszmar się nie ziścił.

– Gdzie. Się. Podziewałeś?!

Nie mogłem wyznać mu prawdy. Bałem się, że jeśli usłyszy o Simonie, znajdzie go i skrzywdzi. Wiedziałem, że nie wyjdę z tego cało. Nigdy nie uniknąłem kary, kiedy Edmund wtrącał mnie do dołu. Nieważne, co mówiłem, jak głośno krzyczałem i jak bardzo błagałem o litość.

– Włóczyłem się po mieście…

Przez moment trwaliśmy w ciszy. Słyszałem jedynie szum wiatru, a sylwetka ojca przysłaniała mi rozgwieżdżone nocne niebo.

– I nawet teraz łżesz.

Rozległo się ciche skrobanie.

– Ojcze, błagam!

Ziemia ożyła.

– Błagam, miejże litość!

Poczułem pod dłońmi znajome drżenie.

– Proszę cię, ojcze! – wrzeszczałem przez łzy, ale bez skutku.

On tylko patrzył, jak całkowicie bezbronny trząsłem się na dnie czeluści, gdy spod kamieni i z wilgotnych szczelin w ścianach dołu wypełzało robactwo. Czarne, brunatne, połyskujące w mdłym blasku księżyca. Dżdżownice, pająki, stonogi, cienkie jak nici bielutkie larwy. Sunęły nieśpiesznie, jakby doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że nie istniała dla mnie droga ucieczki.

Wpełzały na mnie i choć odtrącałem je raz za razem, one bezbłędnie odnajdywały drogę do nogawek. Wchodziły pod koszulę, wiły się na skórze, zostawiając śluzowate ścieżki, by wreszcie dostać się do każdej szczeliny ciała.

– Proszę! Ojcze! Wypuść mnie! – W strumieniach łez błagałem o litość.

Patrzył niewzruszony. W jego oczach zalśniła iskierka satysfakcji, jakby cieszyło go, że po raz kolejny mnie złamał.

– Proszę, uwolnij mnie! Uczynię wszystko, tylko proszę, okaż łaskę…

Krzyczałem, gdy tysiące maleńkich szczęk gryzło wrażliwą skórę. A Edmund stał w bezruchu i z dziką satysfakcją obserwował, jak robactwo żywcem pożera jego jedyne dziecko.

Mój oddech stawał się krótszy, płytszy, jakby powietrze w dole gęstniało. Robactwa zaś jedynie przybywało. Wspinało się coraz wyżej – po brzuchu, torsie, szyi, by za wszelką cenę sięgnąć twarzy. Zupełnie jakbym tonął w zbiorniku, w którym poziom wody wzrastał.

Aż w końcu czułem je już nie tylko na skórze, ale i na języku. Wchodziły do nosa, nie pozwalając zaczerpnąć tchu. Wkradały się do uszu i brnęły w głąb małżowiny. Wdzierały się pod powieki. Niezdolny byłem wrzeszczeć, bo usta wypełniały insekty, słyszałem jednakże krzyk. Głośno i wyraźnie dudnił w mojej głowie gotów skruszyć czaszkę. Choć nie znałem Intruza gardzącego mną tak jak reszta świata, jedno wiedziałem o nim na pewno: on również lękał się dołu i tego, co z niego wychodziło.

Edmunda słuchały zwierzęta, nawet insekty. I to te małe, niepozorne owady okazywały się moim największym piekłem. Ojciec katował mnie na różne sposoby. Jeśli nie łamał mnie słowem, to dotkliwie bił. A jeśli wpadał w gniew, wtedy sprowadzał mnie tutaj i patrzył na swe dzieło, delektując się moim cierpieniem. A ja przez cały ten czas byłem świadomy i nic nie mogłem zrobić. Kiedy robactwo obłaziło mnie, nie pozostawiając choćby skrawka odsłoniętej skóry, nastawała ciemność.

Wtedy wszystko cichło. Nawet rozdzierający mój umysł krzyk.

Rekomendacje

Dominika znowu to zrobiła! Wyrwała mnie z rzeczywistości i przeniosła do świata pełnego magii, obłędu i tajemnic, które odkrywałam z zachwytem, przewracając kartkę za kartką. Główni bohaterowie całkowicie zdobyli moje serce. Zakochałam się w ich wielowymiarowości, docinkach i nienawiści, która stopniowo zmienia się w coś więcej. Nie sądziłam, że ktoś może pobić Kastiela, ale wychodzi na to, że ma konkurencję! Ta część zostawiła mnie z ogromnym niedosytem. Kontynuację poproszę na już.

Laura Green,

autorka m.in. serii Pogrzebany Świat i Melodie Wiatru

Powieść spod pióra Dominiki ponownie całkowicie mnie pochłonęła. Nowi bohaterowie, ale historia wciąż ta sama. Ta, która już dawno zawładnęła moim sercem. Autorka po raz kolejny udowadnia, że potrafi stworzyć opowieść, od której trudno się oderwać. Jeśli pokochaliście poprzednie książki, ta również Was nie zawiedzie.

Dominika Koszany

Ostrzeżenie

W tej części pojawiają się opisy próby samobójczej, aktów przemocy oraz morderstw, a także sceny z pełzającym robactwem mogące wywołać wstręt. Cała historia jednak to wciąż opowieść o miłości, choć osadzona w brutalnym świecie fantasy.

Nie piszę tego, aby kogokolwiek zniechęcić, ale chcę uświadomić, że niektóre sceny mogą wzbudzić pewien dyskomfort.

© Dominika Sieczka

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-72-0

Wydanie pierwsze

Redakcja

Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Weronika Szulecka

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.