Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
99 osób interesuje się tą książką
To jedna z tych historii, w której ktoś musi zostać zraniony.
Roman Bednarek po śmierci żony próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Gdy przedstawia dwudziestoletniemu synowi, Erykowi, swoją narzeczoną, Sylwię, wierzy, że wreszcie odzyskał spokój.
Eryk od początku jej nienawidzi. Widzi w niej kolejną kobietę, która chce zająć miejsce jego matki — i nie zamierza ułatwiać jej życia. Złośliwości, prowokacje i wojna pod jednym dachem szybko stają się ich codziennością. Do czasu, gdy jedno zdarzenie zmienia wszystko. Granica między niechęcią a fascynacją zaczyna się zacierać, a Sylwia coraz wyraźniej czuje, że relacja z synem jej narzeczonego wymyka się spod kontroli. Wie, że to nigdy nie powinno się wydarzyć. Eryk nie zamierza jednak udawać, że nic nie czuje.
Im bardziej próbują walczyć z tym uczuciem, tym mocniej wpadają w relację, która może zniszczyć całą rodzinę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 357
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by Katarzyna Szeligowska
Copyright for this edition © 2026 by Grupa Wydawnicza Axis Mundi/Red
REDAKTOR PROWADZĄCY: Marta Szelichowska
REDAKCJA: Mariola Będkowska
KOREKTA: Dominika Surma
KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska
PROJEKT OKŁADKI: Izabela Surdykowska-Jurek
ZDJĘCIE AUTORKI: Archiwum prywatne Autorki
Wydanie I
ISBN 978-83-8412-935-7
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.
Niniejsza powieść stanowi wytwór wyobraźni, a wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
12 lat wcześniej
To był piękny, majowy dzień. Wiosenne słońce grzało przyjemnie, a delikatne podmuchy wiatru przemykały od czasu do czasu, ledwo poruszając liśćmi drzew. Ubrani na czarno żałobnicy stali skupieni wokół przygotowanego miejsca pochówku. Trumna wciąż spoczywała na powierzchni ziemi, a kapłan podniosłym tonem wygłaszał mowę pożegnalną, która słabym echem niosła się po cmentarzu.
Ośmioletni chłopiec stał spokojnie naprzeciwko trumny i wpatrywał się w polakierowane drewno. Odbijające się od połyskującej powierzchni promienie słońca zmuszały go, by co chwilę mrużył oczy.
Obok chłopca stał jego ojciec i trzymał go za rękę. Dziecko mocniej ścisnęło dłoń taty i zerknęło w górę, chcąc złapać jego spojrzenie. Mężczyzna jednak nie zwrócił na nie uwagi. Stał sztywno i nieruchomo, najpewniej wpatrując się w trumnę, a oczy przysłaniały mu okulary przeciwsłoneczne. Jego pobladła twarz była całkowicie bez wyrazu, jakby założył maskę, a delikatnie siwiejące skronie dodawały mu lat i powagi.
Chłopiec ponownie zwrócił wzrok na trumnę, jednak zaraz przypomniał sobie o trzymanej w dłoni czerwonej róży. Uniósł rękę z kwiatem, żeby powąchać płatki, a po chwili już balansował kciukiem na ostrym kolcu. Bez obaw docisnął do niego palec, a ten wbił się płytko pod skórę, powodując lekki dyskomfort. Chłopiec nie wydał z siebie nawet najcichszego syknięcia, jedynie odsunął palec i przyglądał się maleńkiej kropelce krwi, która pojawiła się w miejscu ukłucia.
Nagle kapłan umilkł, a mężczyźni w białych rękawiczkach stojący wokół trumny zaczęli spuszczać ją do przygotowanego wcześniej dołu. Ktoś spośród żałobników zaczął śpiewać jakąś smutną pieśń i niebawem dołączyli do niego pozostali. Gdy trumna całkowicie zniknęła w dole, mężczyzna w ciemnych okularach pochylił się ku chłopcu.
– Możesz rzucić mamie kwiatka – rzekł.
Chłopiec przytaknął, zrobił dwa kroki w stronę grobu, zachowując jednak ostrożność, żeby nie wpaść w wykopany dół, i rzucił różyczkę, która z cichym stuknięciem uderzyła o wieko trumny. Spojrzał na stojącego obok ojca, a ten lekko skinął głową. Sam wyciągnął rękę nad dołem i rozluźnił zaciśniętą w pięść dłoń, z której wysypała się garść ziemi.
Mężczyzna cofnął się o dwa kroki, pociągając z sobą syna, i spojrzał na księdza, a następnie na panów w białych rękawiczkach, dając znać, że mogą kontynuować. Mimo że na zewnątrz zdawał się spokojny i opanowany, w środku coś w nim umarło i właśnie miało zostać pogrzebane razem z trumną. Serce rozrywał mu okropny ból, ale nie mógł tego po sobie pokazać. Nie kiedy obok stał jego syn.
Gdy po pogrzebie żałobnicy udali się na stypę, mężczyzna przekazał chłopca pod opiekę babci. Był pewien, że odpowiednio o niego zadba i może choć trochę odwróci jego uwagę od tragedii.
Kiedy późnym wieczorem chłopiec leżał już w łóżku, drzwi do jego pokoju otworzyły się, wpuszczając do środka strumień światła z korytarza. W progu stanął ojciec i spojrzał na syna z zatroskaną miną. Przez kilka ostatnich dni chłopiec był bardzo smutny i mało się odzywał, choć płakał tylko raz.
– Wszystko w porządku?
– Tak – odparł krótko malec.
– Dobrze… Dobrze… To… Dobranoc, Eryku.
Już chciał wycofać się z pokoju i zamknąć drzwi, gdy chłopiec gwałtownie usiadł.
– Tato… Myślisz, że mamie w niebie jest miło i przytulnie?
Mężczyzna milczał chwilę, zaciskając mocno szczęki. Kawałki jego posklejanego serca ponownie się rozpadły. Wzruszenie chwyciło go za gardło, ale za wszelką cenę starał się nad sobą zapanować.
– Tak, na pewno jest tam bardzo przytulnie.
– To dobrze.
– Śpij już, synu.
Ojciec wyszedł z pokoju, cicho zamykając drzwi.
Eryk jednak długo nie mógł zasnąć, obracał się z boku na bok i co chwilę zerkał na cyfrowy zegarek stojący na szafce nocnej. W końcu podniósł się, odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Boso wyszedł z pokoju, starając się zachowywać jak najciszej, i przeszedł korytarzem w kierunku schodów. Dostrzegł, że w salonie świeci się lampa, a na stojącej obok niej sofie siedzi ojciec. Eryk przyglądał mu się zza balustrady na piętrze. Dostrzegł, że na stole stoi butelka z jakimś alkoholem i wypełniona nim do połowy szklanka. Tata trzymał coś w ręce, chyba ramkę ze zdjęciem. Wtem odłożył ją na stolik, a twarz ukrył w dłoniach i głośno zapłakał, a szloch wstrząsnął jego ramionami.
W pierwszej chwili Eryk przestraszył się, bo nigdy nie widział taty w takim stanie, i zastanawiał się, czy podejść do niego i go przytulić. Z drugiej strony już dawno powinien spać i nie chciał go denerwować. Ostatecznie wycofał się do swojego pokoju. Wszedł do łóżka i przykrył się kołdrą po samą szyję. Leżał na boku i wpatrywał się w ścianę, aż w końcu zmęczenie sprawiło, że zamknął oczy i zasnął.
Eryk zakręcił wodę i sięgnął po ręcznik. Wytarł twarz w miękki, biały materiał i wyszedł z brodzika. W łazience unosiła się para, więc uchylił lufcik niewielkiego okienka, a dłonią przetarł zaparowane lustro. Wokół jego stóp już zdążyła wytworzyć się mała kałuża z kapiącej z jego ciała wody, ale nie zwrócił na nią większej uwagi. Wycierając się ręcznikiem, zerknął na leżący na umywalce smartfon, żeby skontrolować godzinę.
Pogoda od rana była na tyle przyjemna, że zeszło mu na bieganiu trochę więcej czasu niż zwykle, ale wciąż było stosunkowo wcześnie. Idealna pora na późne śniadanie.
Poranna przebieżka w pierwszą sobotę kwietnia wprawiła go w pozytywny nastrój i dodała mu energii, więc liczył na to, że spożytkuje ten dzień, a może nawet cały weekend na dokończenie projektu na uczelnię.
Przeczesał dłonią wilgotne, ciemnobrązowe włosy i przewiązał sobie ręcznik na biodrach. Wyszedł z łazienki, kierując się do swojego pokoju, gdy usłyszał dochodzące z dołu głosy i rozchodzący się po przestrzennym salonie stukot obcasów.
– Eryk! Jesteś?! – Rozległo się wołanie ojca.
– Jestem… A co?! – odkrzyknął z korytarza, wychylając się przez balustradę.
– Pozwól tu, proszę.
Chłopak westchnął ze zniecierpliwieniem. Po odgłosach obcasów wyciągnął wniosek, że ojciec nie jest sam, zszedł więc po schodach, chcąc mieć obrządek powitalny z głowy. Bez względu na to, kogo tym razem przyprowadził tato.
– Mógłbyś się ubrać – rzucił ojciec z reprymendą, gdy syn pokonywał ostatnie stopnie.
– Zamierzałem to zrobić, ale chciałeś mnie widzieć.
Eryk zerknął na kobietę stojącą obok. Szczupła blondynka o dużych, niebieskich oczach, przyozdobionych odrobiną subtelnego makijażu. Miała na sobie zwiewną, różową sukienkę, a w ręce ściskała kopertówkę w tym samym kolorze, jednak ciemniejszym odcieniu. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest sporo młodsza od Romana.
– To moja narzeczona, Sylwia Olszewska – przedstawił ją ojciec.
Eryk stłumił parsknięcie i uśmiechnął się kpiąco.
– Narzeczona? Czy może raczej kolejna lafirynda, którą posuwasz?
– Jak ty się zachowujesz?! – syknął Roman, posyłając synowi ostrzegawcze spojrzenie.
– Nie jesteś pierwsza i zapewne nie ostatnia. – Chłopak zwrócił się do Sylwii.
Przeszedł do otwartej kuchni. Sięgnął do półmiska z owocami, oderwał dwa zielone winogrona i wrzucił sobie do ust. Zaplótł ramiona na piersi i oparł się biodrem o jeden z blatów.
Kobieta sprawiała wrażenie nieco zakłopotanej.
– Masz być miły dla Sylwii i traktować ją z szacunkiem – oznajmił dosadnie Roman. – A teraz przeproś za swoje zachowanie – dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Eryk dłuższą chwilę wpatrywał się w kobietę, ostentacyjnie żując winogrona. Speszona jego przenikliwym spojrzeniem spuściła wzrok.
– Przepraszam – rzekł w końcu.
Sylwia spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie.
– W porządku. Nie szkodzi. Miło cię poznać. Twój tata dużo mi o tobie opowiadał.
– O, serio? – zapytał chłopak ironicznie. – Ciekawe, co takiego, bo poza moim imieniem to raczej niewiele o mnie wie.
– Dosyć tego! – wtrącił Roman. – Idź na górę, ubierz się i wróć tu za piętnaście minut. Zjemy wspólny brunch w jadalni.
– Dziękuję, nie skorzystam.
Chłopak otworzył lodówkę, zlustrował jej wnętrze i złapał koktajl proteinowy, po czym z nonszalancją wymijając stojącą obok parę, skierował się z powrotem w stronę schodów.
– Eryk!
Niewzruszony szedł na górę, nie oglądając się za siebie. Kiedy zniknął im z pola widzenia, Sylwia delikatnie złapała Romana za ramię.
– Wybacz – westchnął, uśmiechając się do niej przepraszająco.
– Nie szkodzi – odpowiedziała cicho. – Nie tak sobie wyobrażałam nasze pierwsze spotkanie, ale zawsze mogło być gorzej.
– No nie wiem. Chodźmy do jadalni. Za chwilę przyjdzie Stefania i poda nam jedzenie.
***
Eryk przez resztę dnia siedział zamknięty w swoim pokoju i pracował nad projektem, choć ciężko było mu się skupić. Po raz kolejny ojciec wyprowadził go z równowagi przyprowadzeniem do domu kobiety, którą interesują tylko jego pieniądze. I jeszcze te studia, do których zmusił go ojciec, kompletnie nieintersujące go projekty i zajęcia…
Uczył się na pierwszym roku zarządzania w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Doskonale wiedział, że gdyby nie kontakty ojca, to nie dostałby się na tę uczelnię, bazując jedynie na wynikach matury. Roman Bednarek i rektor SGH od lat byli dobrymi znajomymi i tylko dzięki ich przyjacielskiej komitywie Eryk dostąpił zaszczytu studiowania na prestiżowej uczelni, zgodnie z życzeniem ojca. Roman z góry zaplanował synowi przyszłość, twierdząc, że to najlepsza możliwa droga, i Eryk nie miał w tej kwestii nic do gadania. Po skończeniu prywatnego liceum poszedł na SGH, żeby studiować zarządzanie, dzięki któremu zyska odpowiednią wiedzę i we właściwym czasie przejmie biznes po ojcu.
Roman Bednarek był właścicielem sieci hoteli Kronos, na ten moment już o europejskim zasięgu. Sam przejął interes po swoim ojcu i chciał, żeby jego syn kontynuował rodzinny biznes. Hotele, których kilkadziesiąt znajdowało się w większych miastach Polski, a kilkanaście w Niemczech, Austrii, Holandii i Włoszech, przynosiły ogromne zyski, dzięki czemu Bednarkowie nie mogli narzekać na brak pieniędzy.
Nielimitowany dostęp do konta miał rekompensować Erykowi nieobecność ojca, który często wyjeżdżał, dużo pracował i nie znajdował nawet chwili, żeby spędzić czas z synem. To sprawiło, że na przestrzeni lat, szczególnie po śmierci matki Eryka, ojciec i syn bardzo się od siebie oddalili.
Chłopak westchnął ciężko, wstał od biurka, podszedł do szerokiego balkonu i otworzył na oścież podwójne drzwi. Owiał go delikatny wiatr i dotarł do niego zapach kwitnących w ogrodzie roślin.
Wtem rozległo się głośne pukanie do drzwi, które otworzyły się, zanim zdążył zareagować, i do pokoju dziarskim krokiem z tacą w rękach weszła Stefania, gosposia Bednarków.
– Przyniosłam ci obiad, bo nie raczyłeś zejść na dół. Zaszyłeś się tu dzisiaj jak jakiś jaskiniowiec.
– Jestem trochę zajęty, mam projekt do skończenia.
– Projekt nie zając, nie ucieknie. A jak człowiek głodny, to i trudniej mu się skupić. – Stefania ruchem ręki zgarnęła z biurka wszystkie papiery i postawiła na środku tacę.
– Pomieszałaś mi notatki – mruknął Eryk z niezadowoleniem.
– Oj, nie marudź, tylko siadaj i jedz.
Westchnął i pokręcił głową, ale jedzenie pachniało smakowicie, a on poczuł nagle, że jest naprawdę głodny, więc bez ociągania usiadł do biurka i chwycił za widelec. Stefania stała obok i nie spuszczała z niego wzroku.
– Hm? – mruknął, spoglądając na nią z pełną buzią.
– Poznałeś już panią Sylwię? – zapytała. Sprawiała wrażenie, jakby bardzo chciała porozmawiać na ten temat.
Eryk bardzo lubił Stefanię. Pracowała u nich, odkąd skończył trzy latka, i była dla niego jak ciocia. Opiekowała się nim, gdy mama odeszła, i w dużym stopniu mu ją zastąpiła. A w pewnym sensie zastąpiła nawet ojca. Ze Stefanią mógł porozmawiać o wszystkim, a ona zawsze służyła mu radą i pomocą, nie oceniała, ale dzieliła się swoją opinią. Uwielbiała słuchać jego sprawozdań ze szkolnych wycieczek, imprez, randek, a on otwarcie się z nią tym dzielił. Oczywiście im był starszy, tym ostrożniej dobierał słowa, a niektóre fakty zachowywał dla siebie.
– Poznałem – mruknął. – Która to już narzeczona? Piąta?
– Oj, mój drogi, co to za ironiczny ton? – Stefania pokręciła z naganą głową.
– No co? Bierze sobie jakieś młode pustaki, które lecą na jego hajs, a potem się dziwi, że nie może się z nimi dogadać.
– Twój tata bardzo chciałby ułożyć sobie życie. Nie bądź taki krytyczny. Roman jest jeszcze całkiem młody.
– Młody? – prychnął Eryk. – Za dwa lata stuknie mu pięćdziesiątka.
– A ja mam pięćdziesiąt sześć i co? – oburzyła się Stefania. – Pewnie stara baba jestem?
– Trudno zaprzeczyć.
– O ty! – Kobieta trzepnęła go w ucho, a on zaśmiał się dyskretnie.
– A wracając do tej Sylwii, to obstawiam burzliwe rozstanie za trzy miesiące – skwitował.
– Mógłbyś ojcu chociaż raz życzyć powodzenia. Widać, że tej kobiecie dobrze z oczu patrzy. Oby sobie z nią życie ułożył. Trochę go podpytałam i znają się już prawie rok, a oświadczył się jej dwa tygodnie temu. Podobno w następny weekend ma się do nas wprowadzić.
– Wprowadzić?! – Eryk na tę wiadomość prawie upuścił widelec.
– A co ty myślałeś? Że dopiero po ślubie? – zdziwiła się Stefania. – Jeszcze nie mają konkretnej daty, ale Roman wspominał coś o październiku.
– Przecież to za pół roku!
– No, a po co czekać?!
– Ja pierdolę…
– Ej, chłopcze! Bo ci język uschnie! – Stefania znowu trzepnęła go w ucho.
– Mam chociaż nadzieję, że pomyślał o podpisaniu intercyzy.
– Twój staruszek nie jest głupi. Na pewno się jakoś zabezpieczy.
– Jasne… jak się za bardzo zagapi w cycki tej blondyny, to wątpię – prychnął Eryk.
Stefania tylko zacmokała z dezaprobatą.
– Idę posprzątać w kuchni. Jak skończysz jeść, to odnieś naczynia. Tylko pamiętaj, bo ostatnio znalazłam u ciebie na parapecie kubek z całkiem niezłą hodowlą pleśni. – Pogroziła palcem.
– Stefciu, dla własnego komfortu i zdrowia psychicznego nie sprzątaj mi w pokoju, bo możesz natknąć się na rzeczy, których nie chciałabyś zobaczyć. – Uśmiechnął się łobuzersko.
– A idź ty! – Machnęła ręką i wyszła z pokoju.
***
W niedzielny poranek Roman oświadczył Erykowi, że nie będzie go cały dzień, ponieważ zabiera Sylwię do stadniny w Zaborowie i spędzą tam większość dnia, a wieczorem będą relaksować się w SPA w Warszawie. Eryk z rozczarowaniem przyjął fakt, że ojciec nawet nie zaproponował, żeby przyłączył się do nich chociaż na jazdę konną. Skwitował jego informacje krótkim „okej” i postanowił, że jak tylko upora się z projektem, to podenerwuje trochę mieszkańców Mariewa oraz okolicznych wiosek.
Około osiemnastej wyszedł z domu i skierował się do garażu, gdzie stała Corvetta C8, którą ojciec kupił mu na osiemnaste urodziny. Eryk z czułością przesunął palcami po czerwonym lakierze, po czym wsiadł do środka i odpalił silnik, czekając, aż brama garażowa w pełni się otworzy. Docisnął gaz i rozkoszował się niskim pomrukiem silnika.
Gdy tylko garaż i brama wyjazdowa z posesji otworzyły się, wrzucił bieg i ruszył z piskiem opon. Mknął wiejską, asfaltową drogą pomiędzy domami, znacznie przekraczając dozwoloną prędkość. Nie miał konkretnego celu, więc spontanicznie zdecydował, że pojedzie w kierunku Sochaczewa.
Muzyka w aucie głośno dudniła, a Eryk nie zwalniał nawet na moment. Na początku, zaraz po zdaniu egzaminu na prawo jazdy, gdy dopiero uczył się obsługi tej maszyny i do niej przyzwyczajał, jeździł wolno i ostrożnie, ale po dwóch latach regularnych przejażdżek czuł się absolutnie pewnie za kółkiem.
Kiedy wrócił do domu, poczuł się odrobinę lepiej, choć okazało się, że ojca wciąż nie ma. W pokoju, który czasami zajmowała Stefania, też było ciemno.
Postanowił położyć się wcześniej, ponieważ w poniedziałki zaczynał zajęcia o wpół do dziewiątej, a do Warszawy miał dobre czterdzieści minut drogi, nie biorąc pod uwagę porannych korków, więc musiał wyruszać dużo wcześniej.
Kiedy ustawiał budzik, wyskoczyła mu wiadomość od Zuzy, koleżanki z roku.
ZUZA: Hej ;) Będziesz jutro na zajęciach? Masz już gotowy ten projekt do Wojtczaka?
ERYK: Hej, Słońce ;) Będę.
ERYK: Mam, a co? Potrzebujesz pomocy? Jak tak, to raczej nie do mnie z tym…
ERYK: Jak dostanę 3 z tego projektu, to będzie cud…
ZUZA: Pogadamy jutro, chciałam się tylko upewnić, że będziesz. Dobrej nocy :*
ERYK: Do jutra :*
Po ciężkim tygodniu pełnym zajęć i nauki nadeszło upragnione piątkowe popołudnie. Eryk z radością opuścił budynek uczelni. Gdy otwierał drzwi od samochodu, usłyszał, jak Zuza woła go z daleka, i zobaczył, że biegnie w jego stronę.
– Czekaj, Eryk!
Grzecznie poczekał obok auta, a dziewczyna po kilku sekundach zatrzymała się tuż przed nim, dysząc głośno i wachlując się jedną ręką.
– Tylko mi tu nie wykituj – zaśmiał się, widząc jak Zuza walczy o oddech.
– Bardzo… śmieszne… – sapnęła między wdechami.
– Brakuje ci kondycji.
– Nienawidzę biegać, a sprint uważam za samobójstwo.
– Co mogę dla ciebie zrobić? Podrzucić cię gdzieś?
Zuza złożyła ręce jak do modlitwy i zrobiła słodką minkę.
– Jaki ty jesteś cudownie domyślny. – Uśmiechnęła się. – A że akurat masz po drodze, to nie będziesz musiał nadrabiać. Muszę podjechać do babci, do Borzęcina.
– No, faktycznie po drodze. Wskakuj.
Kiedy wreszcie uwolnili się od warszawskich korków, Eryk mógł w końcu nieco mocniej wcisnąć gaz. Zuza narzekała trochę na wczorajsze zajęcia, ale poza tym nie rozmawiali wiele.
– Mój stary przygruchał sobie nową dupę – rzekł w końcu Eryk.
– To chyba dobrze, co? – zapytała Zuza niepewnie.
– Biorąc pod uwagę fakt, że jest od niego dużo młodsza i, dam sobie rękę uciąć, że bardziej niż Romana kocha jego hajs, to nie wiem.
– Dobrze ją znasz?
– Wcale jej nie znam.
– Aha – skwitowała Zuza. – Nie znasz, ale oceniasz.
– Wszystkie te jego nieskazitelne wybranki są takie same – podsumował. – Najlepsze jest to, że poznałem ją w zeszłą sobotę, a stary od razu przedstawił ją jako swoją narzeczoną. Nic wcześniej nie wspominał, że spotyka się z kimś na poważnie. A na domiar złego w ten weekend ma się do nas wprowadzić. Zaręczyli się dwa tygodnie temu.
– Czyli jednak z nią rozmawiałeś?
– Zuza… Zamieniłem z nią ze dwa zdania. Jestem ciekawy, kiedy Roman ma zamiar powiedzieć mi o dacie ślubu, bo od Stefki już usłyszałem, że podobno zaplanowali październik.
– Tego roku? – W głosie dziewczyny było słychać zdumienie.
– Yup.
– Twój tata się nie ociąga.
– Nie dojdzie do tego ślubu – odparł Eryk tonem doświadczonego przez życie człowieka.
– Ty akurat nie masz w tej kwestii zbyt wiele do gadania. Daj spokój swojemu tacie i pozwól mu być szczęśliwym. Skoro oświadczył się tej kobiecie, to znaczy, że jest jej pewien.
– Oby się tylko na niej nie przejechał – westchnął chłopak.
Niebawem dojechali do Borzęcina, więc Eryk wysadził Zuzę przy drodze, a dalej miał już rzut beretem do domu.
Kiedy dotarł do posiadłości, zauważył, że na wjeździe pod garażem ojca stoi dostawczak, z którego dwóch gości wyładowuje jakieś kartony, a w drzwiach domu stoi Sylwia. Przejechał przez bramę wjazdową i skierował się do swojego garażu, po czym ostrożnie zaparkował maszynę i przeszedł bocznymi drzwiami, prowadzącymi bezpośrednio do holu.
Cały korytarz był zawalony kartonami, walizkami i workami, a przy nich krzątała się Sylwia.
– Cześć, Eryk – przywitała go uprzejmie.
– Cześć – mruknął bez entuzjazmu.
Wyminął bałagan na parterze i skierował się w stronę schodów.
– Hm… Eryk… – odezwała się Sylwia, a w jej głosie słychać było niepewność.
Chłopak niechętnie odwrócił się do niej z niezbyt sympatyczną miną.
– Miałbyś może chwilę, żeby pomóc mi zanieść te rzeczy na górę? Niektóre są dosyć ciężkie i nie wiem, czy dam radę sama…
Obrzucił wzrokiem znajdujące się na podłodze toboły.
– Mam nadwyrężony bark, nie mogę go obciążać – oznajmił w końcu, spojrzawszy znów na kobietę.
– Och… No tak… Trudno. – Uśmiechnęła się z przymusem. – To jakoś dam radę.
Chłopak nic nie odpowiedział, tylko ruszył schodami na górę. Tak naprawdę nic mu nie dolegało i gdyby tylko chciał, mógłby jej pomóc. Ale nie chciał, a skoro ojciec sprowadza tu tę pannę, to niech sam o nią zadba. On nie będzie robił za tragarza.
Zamknął się w swoim pokoju, przebrał się w sportowe ciuchy, założył na uszy bezprzewodowe słuchawki i wsiadł na rower stacjonarny, stojący pod ścianą na wprost drzwi balkonowych. Pedałował w spokoju dobre dwadzieścia minut, słuchając muzyki, kiedy nagle ktoś zerwał mu z głowy słuchawki. Zaskoczony spojrzał na intruza i natrafił na niezadowoloną minę Stefanii.
– Co?! – zapytał z oburzeniem i przestał pedałować.
– Co?! – rzuciła piskliwie. – Czy ty jesteś niepoważny?
– O co ci chodzi?
– Biedna kobieta sama taszczy na górę ciężkie graty, a ty tu sobie na rowerku popierdzielasz, zamiast jej pomóc? I jeszcze kłamiesz, że masz problem z barkiem? – Stefania była ewidentnie wzburzona.
– Jakie „kłamiesz”? Może mam – prychnął Eryk.
– Bujać to my, a nie nas. – Pogroziła mu palcem, jak przedszkolakowi. – Idź tam i jej pomóż.
Eryk roześmiał się nieco sztucznie.
– Nie – odparł stanowczo.
– Co cię ugryzło?
– Roman wiedział, kiedy ona się wprowadza, więc mógł zadbać o jej przeprowadzkę. To on jej powinien pomóc, a nie ja. To jego dupa, a ja mam na nią wyjebane.
– Niewiarygodne – mruknęła pod nosem Stefania. – Mógłbyś pomóc z czystej przyzwoitości.
– Daj mi spokój, dobrze? Wyjdź, proszę – rzekł, wyciągnął słuchawki z jej rąk założył je z powrotem na uszy.
Kobieta pokręciła głową z dezaprobatą i opuściła pokój, a schodząc na parter, minęła się z Sylwią na schodach.
– Kochana, pomogę ci z tymi tobołami – oznajmiła, złapawszy blondynkę za ramię. – Nie wiem, co Eryka ugryzło, chyba jakiś wyjątkowo upierdliwy giez.
– Nie szkodzi, naprawdę. Dziękuję za pomoc, szybciej się z tym uporamy.
– Jak Roman wróci z biura, to poproszę go, żeby porozmawiał z młodym.
– Nie trzeba, Stefanio. Nie chcę, żeby Eryk miał przeze mnie jakieś zgrzyty z ojcem.
– No tak… To wezmę te lżejsze pakunki i pomogę ci je pownosić.
We dwie szybko uporały się z rzeczami Sylwii i po pół godzinie wszystkie bagaże były już częściowo w sypialni Romana, którą od teraz miał dzielić z narzeczoną, a częściowo w niewielkim pokoiku, który miał służyć Sylwii za gabinet.
Kobieta podziękowała Stefanii za pomoc i oznajmiła, że z resztą poradzi sobie sama, więc gosposia zeszła do kuchni, żeby zająć się przygotowaniem późnego obiadu.
Kiedy się oddaliła, Sylwia oparła ręce na biodrach i westchnęła głośno, rozglądając się po obszernej, nowocześnie urządzonej sypialni. Najpierw zajrzała do wielkiej szafy i ku swojej radości odkryła, że Roman już przygotował tam miejsce na jej rzeczy, więc zaczęła od rozpakowania ciuchów. Tych było sporo, bo uwielbiała się stroić i miała ubrania na każdą okazję.
Gdy tylko uwinęła się z ciuchami i innymi sypialnianymi bibelotami oraz toną kosmetyków, które umieściła w łazience przynależącej do pokoju, przeszła z resztą rzeczy do gabinetu.
To pomieszczenie było urządzone zdecydowanie skromniej, znajdowały się w nim tylko dwa regały i biurko z krzesłem. Takie umeblowanie było jej na rękę, bo mogła urządzić ten pokój wedle własnego uznania, właściwie od zera.
Kompletnie straciła poczucie czasu i nim się obejrzała, było już wpół do siódmej, a z dołu dobiegł ją głos Romana, który właśnie wrócił z pracy, oraz wołanie Stefanii, żeby zeszła na obiad.
Sylwia zostawiła pozostałe trzy nierozpakowane kartony i postanowiła, że dokończy po posiłku. Wyszła z gabinetu, zostawiając otwarte drzwi, i zrobiła kilka kroków korytarzem w kierunku schodów. Nagle drzwi po prawej się otworzyły, a z pokoju wyszedł Eryk, tak że z rozpędu na niego wpadła.
– Oj! Przepraszam! – zawołała, gdy boleśnie odbiła się od jego ramienia.
Eryk obrzucił ją zniecierpliwionym spojrzeniem, ale nic nie odpowiedział, tylko od razu odwrócił się stronę schodów.
– Hej! – zawołała za nim.
Zatrzymał się na moment i spojrzał na nią, unosząc brwi.
– Nie jestem twoim wrogiem.
– Oczywiście, że nie. Dla mnie jesteś po prostu nikim – powiedział tak łagodnym tonem, jakby mówił do dziecka.
– Słucham?
Eryk zignorował ją i zszedł na parter.
Stała tak chwilę w bezruchu, lekko zaskoczona. Po chwili jednak szok ustąpił miejsca złości. Jakim prawem ten chłopak tak ją traktuje, skoro nawet jej dobrze nie zna? Nie mogła pojąć tego, że dorosły mężczyzna zachowuje się jak obrażony nastolatek.
Westchnęła z dezaprobatą i zeszła na dół.
– Cześć, kochanie – przywitała się z Romanem, który już siedział u szczytu stołu w jadalni.
– Dobry wieczór, skarbie – odpowiedział czule, posyłając jej skromny uśmiech.
Podeszła do niego i cmoknęła go w policzek, po czym usiadła na krześle po jego lewej stronie. Wyprostowała się, poprawiła sukienkę i spojrzała przed siebie, bo czuła na sobie spojrzenie siedzącego naprzeciwko Eryka. Wpatrywał się w nią z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie obmyślał plan, jak ją zamordować, żeby nie pozostawić żadnych śladów.
Mimo jego lodowatego spojrzenia Sylwia uśmiechnęła się do niego uprzejmie, choć zrobiła to z trudem, bo mięśnie twarzy odmawiały jej posłuszeństwa.
Wtem do stołu podeszła Stefania z tacą pełną jedzenia, czym zwróciła na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych. Postawiła posiłki na stole, a sama usiadła obok Eryka.
– Smakowicie pachnie, Stefciu – odezwał się uprzejmie Roman i pierwszy sięgnął po jedzenie. – Umieram z głodu. Straszne urwanie głowy dzisiaj i nie miałem nawet czasu, żeby zjeść lunch.
– Zaharujesz się w tej pracy – skwitowała Stefania. – Dlaczego nie zatrudnisz więcej ludzi do pomocy?
– To tak nie działa. Jestem prezesem i to na mnie mimo wszystko spoczywa największa odpowiedzialność za ten biznes. A poza tym lubię mieć wszystko pod kontrolą. Wtedy śpię spokojniej.
Dłuższą chwilę jedli w ciszy, a w tle rozbrzmiewała muzyka relaksacyjna, którą Stefania włączyła, zanim zasiedli do stołu. Ona sama jednak ledwo dłubała widelcem w talerzu, spoglądała to na Romana, to na Sylwię i miała taką minę, jakby bardzo chciała o coś zapytać.
– A jak wy się właściwie poznaliście? – wypaliła w końcu.
Stefania należała do bardzo bezpośrednich osób. Kiedy chciała się czegoś dowiedzieć, to pytała, nawet jeśli mogła wyjść na wścibską. Nie szczędziła też komentarzy i chętnie dzieliła się swoim szczerym zdaniem, nawet jeśli miałaby tym kogoś urazić.
– Sylwia jest menedżerem mojego hotelu w Warszawie – wyjaśnił krótko Roman.
– O! – zawołała Stefania z zaskoczeniem. – Od dawna?
– Prawie trzy lata – odparła Sylwia. – Ale z hotelarstwem jestem związana od dawna. Wcześniej pracowałam przez pięć lat jako menedżer w Novotelu, ale w końcu stwierdziłam, że pora na zmiany, i była to zdecydowanie dobra decyzja.
– Czyli ty i Roman znacie się prawie trzy lata?
– Nie do końca. Wcześniej widywaliśmy się bardzo przelotnie, tak naprawdę zaczęliśmy pracować wspólnie jakiś rok temu.
Eryk wydał z siebie zduszone parsknięcie, na co Stefania spojrzała na niego podejrzliwie.
– A tobie co?
– Nic. Zakrztusiłem się, przepraszam – mruknął i zerknął na Sylwię.
Rozdrażniona jego dziwną reakcją ściągnęła brwi i nie spuszczając oburzonego spojrzenia z chłopaka, gniewnie wbiła widelec w purée.
– Myślałem, że romansowanie z pracodawcą jest dość niemoralne – odezwał się Eryk, tym razem uśmiechając się lekko kpiąco.
– Moja relacja z Sylwią to żadne romansowanie – wtrącił Roman. – W firmie wszyscy wiedzą, że jest moją partnerką, a sprawy zawodowe oddzielamy od prywatnych. W pracy utrzymujemy stosunki służbowe.
– A po pracy seksualne? – zapytał Eryk bez cienia skrępowania.
Przy stole zapanowała niezręczna cisza. Roman z niedowierzaniem wpatrywał się w rozbawione oblicze syna.
– Komu jeszcze mięsa? – zapytała Stefania, chcąc rozpędzić gęstą atmosferę.
– Co się z tobą dzieje? – szepnął Roman.
Eryk nie odpowiedział. Znowu spojrzał na Sylwię, a potem odsunął od siebie talerz i wstał z krzesła.
– Dziękuję, nie jestem głodny – oznajmił. Nie czekając na reakcję, odszedł od stołu.
– Co to ma znaczyć, Eryk? Przestań odstawiać takie cyrki! – zdenerwował się Roman, jednak chłopak zupełnie go zignorował.
Roman już wstawał ze swojego krzesła, ale Sylwia przytrzymała go za rękę.
– Usiądź, proszę – powiedziała spokojnie. – Może jakbyś mu powiedział o nas wcześniej, to lepiej by to przyjął.
– Wcześniej? Lepiej? – Roman zrobił wielkie oczy, ale usiadł z powrotem. – On jest dorosły, nie powinno go obchodzić, z kim układam sobie życie. Ja mu dziewczyny nie wybieram, to jego sprawa, z kim się spotyka. Chcę, żeby do mojej relacji z tobą miał takie samo podejście.
– A może on jest zazdrosny? – wypaliła nagle Stefania, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Zazdrosny? – zdziwił się Roman.
– No… – Stefania zawahała się na moment. – Może Sylwia mu się spodobała – podsunęła, trochę nieśmiało.
Sylwia i Roman przez chwilę patrzyli na nią z konsternacją, po czym niemalże równocześnie wybuchnęli śmiechem.
– No coś ty, Stefciu… – Sylwia z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Ja myślę, że chodzi mu o mnie – przyznał Roman. – Tak, jak ci mówiłem – zwrócił się do Sylwii – miałem już dwie narzeczone, ale niestety nie wyszło. Wydaje mi się, że poświęcałem im więcej czasu niż własnemu synowi i może mieć do mnie o to żal. Zapewne wychodzi z założenia, że to znowu się powtórzy. Niestety nie mamy najlepszych relacji.
– Relacje zawsze można naprawić – wtrąciła Stefania pouczającym tonem.
– Chyba powinienem w końcu coś z tym zrobić – westchnął Roman.
Gosposia tylko pokiwała głową.
Gdy w poniedziałkowy poranek Eryk zszedł do kuchni, okazało się, że w domu nikogo nie ma. Stefania albo jeszcze nie przyjechała, albo już wybrała się po zakupy, a ojciec pojechał do biura. Eryk nie wiedział, czy Sylwia ma stałe godziny pracy, czy codziennie jeździ do hotelu, a może pracuje częściowo z domu, więc nie był pewien, czy też już wyszła, czy może wyleguje się teraz w łóżku w sypialni Romana.
Włączył ekspres do kawy i wybrał sobie mocne espresso. Następnie sięgnął do lodówki po owocowe smoothie w dużym, litrowym shakerze i wrzucił go do plecaka. Szybko wypił gorącą kawę i wyszedł z domu.
Na podjeździe wciąż stał zaparkowany samochód Sylwii, a ona sama kręciła się przy tylnym kole po stronie kierowcy. Na dachu auta położyła swoją torebkę i szarpała się z czymś przy bagażniku. Po chwili okazało się, że próbowała wyciągnąć zapasowe koło.
Eryk przeszedł obok, kompletnie ją ignorując. Czekał, aż otworzy się brama garażowa, gdy Sylwia go dostrzegła i zawołała. Udawał, że nie słyszy, ale kiedy po trzecim zawołaniu podeszła do niego, uznał, że nie wypada mu tak po prostu jej olać.
– Eryk, wołałam cię – oznajmiła i dotknęła jego ramienia, skłaniając go tym samym, żeby odwrócił się w jej stronę.
– Sorry, nie słyszałem – odparł lekceważąco, zaszczycając ją jedynie krótkim spojrzeniem.
– Hm… Wiesz, złapałam gumę. Pewnie wczoraj, gdzieś tu blisko domu, bo dzisiaj jeszcze nie wyjeżdżałam, a teraz się okazało, że mam totalnego flaka. I tak się zastanawiam, czy może miałbyś chwilę, żeby pomóc mi zmienić koło? Prawdę mówiąc, nigdy tego nie robiłam, więc…
– Sorry, ale spieszę się na zajęcia – przerwał jej. – Nie chciałbym się spóźnić. Na YouTubie na pewno znajdziesz instrukcję, jak zmienić koło w aucie. Dasz sobie radę.
– Prawdę mówiąc, też się trochę spieszę. – Sylwia niespokojnie przestępowała z nogi na nogę. – Właściwie już jestem spóźniona. A ty jedziesz do Warszawy, tak?
– Tak.
– A może… Może mogłabym zabrać się z tobą? – zapytała niepewnie.
– Niestety, po drodze zgarniam koleżankę, a moje auto jest dwuosobowe.
– Och… No szkoda.
– Zadzwoń po taksówkę albo zamów Ubera – skwitował Eryk, podszedł do auta, bo brama garażowa zdążyła się już dawno otworzyć, po czym usiadł za kierownicą.
Sylwia wciąż stała na wprost, blokując mu wyjazd, ale gdy tylko głośno odpalił silnik, cofnęła się spłoszona.
Eryk wyjechał z garażu, a następnie z posesji i odetchnął z ulgą, gdy skręcił na drogę, a Sylwia zniknęła mu z pola widzenia. Historyjkę o zabraniu koleżanki wymyślił na poczekaniu, bo tak naprawdę nie zgarniał nikogo po drodze. Nie chciał jednak spędzić nawet pięciu minut w towarzystwie tej kobiety, a siedzenie z nią pół godziny albo i dłużej w samochodzie byłoby dla niego wyjątkowo niekomfortowe.
Był ciekaw, czy Sylwia poskarży się Romanowi, że odmówił jej pomocy. Owszem, mógł jej pomóc, pewnie nawet nie spóźniłby się mocno na zajęcia, mógłby nawet odpuścić sobie poranny wykład i odpisać notatki od Zuzy, ale po co miał się trudzić dla kolejnej narzeczonej ojca, która pewnie zniknie za pół roku, jeśli nie szybciej?
Stojąc w korku w Warszawie, Eryk cały czas odtwarzał w kółko dzisiejszy poranek. Chciał wyrzucić to z głowy, ale myśli wciąż powracały niczym bumerang. Piękne oczy Sylwii, w których tliła się niemal błagalna prośba, migały mu w głowie niczym dwa błyszczące szafiry otoczone wachlarzem delikatnych, ale gęstych rzęs. Zarumienione od porannego chłodu policzki kontrastowały z jej jasną karnacją, a spokojny wiatr poruszał długimi blond włosami, które w pewnym momencie odgarnęła za ucho subtelnym ruchem, niczym onieśmielona dziewczyna.
– Przestań – syknął sam do siebie, niemal przerażony własnymi myślami i tym, jak wiele szczegółów udało mu się zapamiętać. Pogłośnił muzykę w radiu w nadziei, że to oderwie jego myśli od Sylwii.
Gdy zaparkował na parkingu przy uczelni, dostrzegł Zuzę stojącą przy wejściu do budynku. Ona również dojrzała charakterystyczny, czerwony samochód i pomachała Erykowi.
– Hej – przywitał się i cmoknął ją w policzek.
– Hej. Masz na dzisiaj tę analizę dla Rotkiewicza?
– Jaką analizę? – zdziwił się, bo nie przypominał sobie, żeby coś było do zrobienia.
– Tak myślałam, że zapomnisz, więc zrobiłam ci kopię na bazie mojej. Różnią się sporo, więc profesor nie powinien doszukać się podobieństw i małego oszustwa. – Zuza puściła oczko.
– Co ja bym bez ciebie zrobił? – rzucił Eryk i z wdzięcznością wziął od niej zadrukowaną kartkę.
Do rozpoczęcia zajęć zostały trzy minuty, więc nie ociągając się, weszli do budynku.
***
Po zajęciach Eryk zabrał Zuzę na obiad. Ponieważ pogoda była ładna, po posiłku poszli na spacer po Polu Mokotowskim. Potem odwiózł przyjaciółkę do domu.
Kiedy wrócił do Mariewa, było już po piątej. Stefania, jak to zwykle bywało w tygodniu, krzątała się w kuchni i szykowała obiad, żeby był gotowy na powrót Romana.
– Cześć! – zawołał do niej. Rzucił plecak na podłogę i zgarnął ze stojącej na blacie miski jabłko, w które od razu wgryzł się z apetytem.
– Jak na uczelni? – zapytała od niechcenia.
– W porządku.
– Sylwii zepsuł się samochód? Bo stoi pod domem od rana, a jej nie ma.
– Złapała kapcia.
– Ty ją zawiozłeś rano do pracy? – Stefania spojrzała z nadzieją na chłopaka.
– Nie – skwitował krótko. – Niech sobie sama radzi.
– Mój Boże! – Wyrzuciła ręce w górę. – To nie mogłeś jej pomóc? Przecież i tak jechałeś do Warszawy!
– Nie czuję się w obowiązku, żeby jej w czymkolwiek pomagać. To dla mnie obca baba.
– Nie tak cię wychowałam. – Stefania oparła ręce na biodrach i ciskała gromy z oczu na Eryka.
– Ona irytuje mnie samą swoją obecnością, więc nie mam zamiaru spędzać z nią nawet pięciu minut. I daj mi już spokój.
– Co cię ugryzło, chłopcze? Zachowujesz się jak rozchwiany emocjonalnie nastolatek.
– O której będzie obiad? – Eryk postanowił uciąć rozmowę.
– Za pół godziny i nie zmieniaj tematu.
– Nie zmieniam, bo tematu nie było. Nie obchodzi mnie Sylwia i wszystko, co z nią związane, więc daj mi spokój. Nie jest moją matką ani częścią rodziny, to tylko kolejna dupa Romana, która prędzej czy później zapewne zniknie.
– A ja myślę, że Roman w końcu ułoży sobie życie i będzie z nią szczęśliwy. A jak wezmą ślub, to Sylwia będzie częścią rodziny. Ja też nie jestem z tobą spokrewniona, a wydaje mi się, że traktujesz mnie jak rodzinę.
– Ty jesteś moją przyszywaną matką, to co innego. Ciebie szanuję, ją niekoniecznie.
– Jesteś podły i to w dodatku bez powodu – skwitowała Stefania oburzonym tonem.
– Zawołasz mnie, jak obiad będzie gotowy? – Eryk podniósł plecak z podłogi i zrobił krok w stronę schodów.
– Taa… – Stefania zrezygnowana tylko machnęła ręką i wróciła do mieszania w garnku.
***
W czasie obiadu nie doszło do żadnych nieprzyjemnych rozmów i incydentów. Sylwia nie poruszyła tematu porannego problemu z autem i braku pomocy ze strony Eryka. Wręcz zmieniła nieco opis zdarzeń, ponieważ oświadczyła Romanowi, że gumę złapała dziś, wracając z pracy, ale udało jej się dojechać do posesji. Wróciła przed Romanem, więc nie miał powodu, by jej nie wierzyć. Obiecał, że po obiedzie zajmie się zmianą koła.
Stefania i Eryk wiedzieli, jaka była prawda, mimo to nie odezwali się ani słowem.
Po obiedzie chłopak wziął z lodówki butelkę piwa i poszedł na werandę. Siedział na ławeczce pod oknem i bezmyślnie przewijał TikToka, kiedy drzwi domu otworzyły się i na zewnątrz wyszła Sylwia. Eryk na sekundę podniósł wzrok, ale zaraz skierował go z powrotem w ekran.
Kobieta jednak zatrzymała się na werandzie i wwiercała w niego spojrzenie. Czuł, że próbuje zwrócić na siebie jego uwagę, więc po kilku sekundach wygasił telefon i spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem, jakby chciał bez słów zapytać: „Czego znowu ode mnie chcesz?”.
Sylwia miała na sobie prostą, lnianą sukienkę w kolorze pudrowego różu, a na ramiona narzuciła błękitny sweter, ponieważ początek kwietnia był dość chłodny, zwłaszcza o tak późnej porze. Włosy upięła w luźny kok, a jej pozbawiona makijażu twarz wydawała się niezwykle młoda. Wyglądała niewinnie niczym pensjonarka.
– Mogę się dosiąść? – zapytała, wskazując miejsce na ławce obok Eryka.
– Cała ławeczka twoja. I tak miałem się już zbierać – oznajmił i wstał.
Zrobiła krok w przód i położyła dłoń na jego ramieniu.
– Chciałabym z tobą porozmawiać.
– Nie mamy o czym – stwierdził i złapał jej rękę, żeby zsunąć ją ze swojego ramienia.
Kiedy jednak jego palce dotknęły miękkiej i jedwabistej skóry, znieruchomiał. Trzymał jej lekko chłodną, drobną, ale przyjemnie miękką dłoń w swojej odrobinę za długo. Ścisnął ją nieco, jakby obawiał się, że Sylwia zaraz ją cofnie, a była tak miła w dotyku, że chciał potrzymać ją dłużej.
Na jego twarzy musiał pojawić się jakiś nietypowy grymas, bo Sylwia uniosła brwi ze zdziwieniem. Wtedy Eryk oprzytomniał i gwałtownym ruchem odrzucił jej rękę. Przycisnęła dłoń do swojej klatki piersiowej, jednocześnie obejmując ją drugą ręką, a minę miała taką, jakby się właśnie oparzyła.
– Przepraszam – powiedziała cicho, choć tak właściwie nie miała za co.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał opryskliwie.
– Słuchaj, Eryk… – westchnęła głośno. – Nie wiem, dlaczego na dzień dobry mnie nienawidzisz, ale jak już wspomniałam, nie jestem twoim wrogiem. Chciałabym, żebyśmy mieli normalne relacje. Pewnie myślisz, że jestem z twoim ojcem dla pieniędzy, ale ja naprawdę kocham Romana.
– Super, nie obchodzi mnie to – mruknął.
– W takim razie dlaczego tak się zachowujesz?
– Niby jak?
– Po prostu chamsko. Nic ci nie zrobiłam, więc nie wiem, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie.
Eryk zrobił krok w jej stronę. Sylwia odruchowo chciała się cofnąć, bo zdecydowanie wszedł w jej sferę intymną, ale powstrzymała się i tylko nieznacznie się zachwiała. Obserwowała uważnie jego twarz, a stalowoniebieskie oczy, przypominające barwą wzburzone morze, wpatrywały się w nią niemalże złowrogo.
– Tym, że w ogóle śmiałaś się tu pojawić – syknął.
Eryk stał tak blisko, że wyraźnie czuł zapach jej perfum, delikatny i kwiatowy, bardzo dziewczęcy i pasujący do stojącej przed nim kobiety. Przypatrywał się jej twarzy i nagle przeszło mu przez głowę pytanie, czy jej policzki są tak samo gładkie i miękkie jak dłonie. Przez chwilę miał nieodpartą ochotę, żeby zdjąć klamrę z jej koka i zobaczyć, jak długie, jasne włosy spływają po jej ramionach.
– Przepraszam, że burzę twoje ognisko domowe, ale tak się składa, że to Roman jest właścicielem tego domu i ma prawo przyprowadzać tu, kogo chce. A ty musisz się do tego dostosować – powiedziała porywczo Sylwia, tracąc cierpliwość.
– Nie wchodź mi w drogę – rzucił Eryk, wyminął ją i wszedł do domu.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa: Katarzyna Szeligowska, Bilet w jedną stronę
Karta redakcyjna
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Epilog
