Opis

Według legendy Kordula była dwórką brytyjskiej księżniczki zamordowanej wraz z dziesięcioma tysiącami dziewic przez Hunów. Jej szczątki uznano za święte relikwie. Czaszka trafiła do niewielkiego księstwa nad Bałtykiem. W skarbcu katedry w Kamieniu Pomorskim dotrwała do końca drugiej wojny światowej.

 

Koniec wojny trzydziestoletniej. W całej Europie płoną stosy, trwa polowanie na czarownice. Upada księstwo pomorskie. Od brzegów wyspy Wolin odbija galeon, w którego ładowni ukryty jest przerażający ładunek. Klątwa z nim związna dosięgnie każdego, kto odważy się go tknąć.

 

Mroźna noc 5 marca 1945 r. Z podjazdu starego pałacu wyrusza kawalkada wyładowanych po brzegi wozów. Kolumna uciekinierów podąża na zachód, uchodząc przed wkraczającą na Pomorze armią radziecką. Wywożą jeden z najcenniejszych pomorskich artefaktów.

Co tak naprawdę wydarzyło się tej marcowej nocy? Co wywieziono?Jedna z największych tajemnic Pomorza wciąż przyciąga rzesze poszukiwaczy skarbów.

Ku utrapieniu architekta Igora Fleminga tym tropem podąży także jego klient – pewien bogaty szczeciński przedsiębiorca. Wszystkie ślady prowadzą do wystawionego na sprzedaż domu na klifie, wokół którego kręci się mnóstwo podejrzanych typów…

 

Szczecińska dziennikarka Paulina Weber nie pierwszy raz wciąga swoich przyjaciół – Igora i Johanna – w reporterskie śledztwo, tym razem dotyczące zbrodni z czasów wojny trzydziestoletniej. Szybko okazuje się jednak, że grożące im niebezpieczeństwo jest całkowicie współczesne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 771

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Elżbieta Meissner

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Wydawnictwo dziękuje panu Jerzemu Dubielowi, prowadzącemu stronę http://zamkilubuskie.pl/ za możliwość wykorzystania w książce rycin herbów pochodzących z jego zbiorów.

Obraz wykorzystany na okładce

© Kapitel/commons.wikimedia.org

© by Leszek Herman

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-287-0808-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Czasami myślę, że Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości.

Oscar Wilde

PROLOG

Wczesną wiosna roku Pańskiego 1693 Wzgórze Wisielców nieopodal Wrzosowa

Marzec tego roku był chłodny. Opatulone w wilgotne mgły poranki przechodziły w krótkie dnie, nad którymi wisiały zmiętolone kołdry płynących posępnie z jednego krańca nieba na drugi brudnych chmur. Potem podkradały się podstępne mroźne wieczory, poprzetykane wilgocią, która paraliżującym zimnem dostawała się pod każdy, najcieplejszy nawet kaftan. I wreszcie nadchodziły długie noce, gdy bywało, że mróz ściskał gałęzie wypatrujących wiosny drzew i malował na szybach domów lodowe esy-floresy.

Trudno było uwierzyć, że wiosna w ogóle nadejdzie.

Od gościńca z Kamienia wiodła wysadzana wierzbami droga. Prowadziła do Dziwnówka, mijając jeszcze Wrzosowo, małą wieś, od dawien dawna należącą do starego pomorskiego rodu Puttkammerów. Od tej drogi zaś, poprzez gęsty sosnowo-dębowy las, wiódł mroczny, ponury dukt, na którego końcu znajdowało się wzniesienie, nazywane Wzgórzem Wisielców lub Długą Górą[1]. Według miejscowych legend w zamierzchłych pogańskich czasach, kiedy Pomorzem nie władali jeszcze Gryfici, to tutaj właśnie odbywały się pierwsze plemienne sądy.

Któregoś z tych pochmurnych marcowych dni, zaraz po tym, jak dzwony wybiły południe, owym duktem jechał niewielki orszak trzech zaprzęgów. Otwierał go wóz z grupą dziesięciu uzbrojonych w widły mężczyzn, a zamykał zadaszony powóz wiozący sędziów i duchownych kamieńskiej katedry. Na środkowym, drabiniastym, była klatka, obok której stał potężnej postury drab, ubrany w czerwony kaftan. W klatce, na snopku słomy, ze związanymi na karku i przywiązanymi do stalowych prętów rękami, siedziała kobieta, po której już na pierwszy rzut oka widać było, że młodość dawno ma za sobą. Ubrana była w długą poszarpaną suknię i tak poplamiony rdzawymi zaciekami i brudem kaftan, że trudno było nawet domyślić się jego koloru. Siwe, opadające brudnymi strąkami na twarz włosy sprawiały, że wyglądała na znacznie starszą, niż wynikało to z jej metryki.

Nazywała się Małgorzata i do niedawna mieszkała w niewielkiej wsi Radawka, leżącej nieopodal, zaraz za Wrzosowem Puttkammerów. Całe życie spędziła w starym pomorskim domu, którego białe ściany i czarne rygle ledwie prześwitywały pomiędzy wiciokrzewem, słonecznikami, malwami i rozrośniętymi krzewami bzu. Na równo wytyczonych rabatach pyszniły się lubczyk i rumianek, babka i piołun, a jaskółcze ziele wylewało się na wąską ścieżkę pomiędzy grzędami, pokrywając się wiosną płaszczykiem żółtych kwiatków.

Znała się na ziołach. Wszystkiego nauczyła ją niegdyś matka. Jak przygotowywać napary z rumianku albo ze świetlika, żeby przynieść ulgę bolącym, czerwonym oczom. Co pić, by pomogło na wzdęcia czy zaparcia. Co ma pomóc na trudno gojące się rany, na kaszel. Potrafiła rozmaitymi naparami i maściami łagodzić bóle głowy, pleców, a i te kobiece, przy bolesnych miesiączkach. Przez dwadzieścia lat, od kiedy zaczęła sama zbierać zioła, sadzić je w swoim ogrodzie, pod okiem matki przygotowywać napary i lecznicze maści, pomogła przyjść na świat trzem pokoleniom dzieciaków. W Radawce i okolicznych wsiach żyło wielu gospodarzy, którzy tylko dzięki niej przyszli na ten świat, a towarzyszyła także i narodzinom ich dzieci. Ludzie ją szanowali. Dzięki swojej wiedzy cieszyła się poważaniem, a wielu mieszkańców okolicznych siół okazywało jej wdzięczność za pomoc w rozmaitych chorobach. Była pewna, że jej mądrość i wiedza przekazywane z pokolenia na pokolenie przez kobiety z jej rodziny, wzbudzają podziw u ludzi.

Ale i strach.

Wiedziała, że plotkują na jej temat. Że niektóre znudzone codzienną monotonią sąsiadki opowiadają sobie o niej bajdy – jeśli jest w stanie tak łatwo uśmierzyć każdy ból, to pewnie równie dobrze może go wywołać. A skoro pomóc przy porodzie potrafi to i uśmiercić z pomocą tajemnych wywarów i zaklęć jest w stanie.

A czasy dobre nie były. Wprawdzie od zakończenia wojny minęło już czterdzieści lat, ale w pomorskich wsiach wciąż bieda była aż piszczało. Co i rusz wybuchały pomory, ludzi chowało się po cmentarzach dziesiątkami, a bywało, że i zwierzęta w tajemniczy sposób marły po chlewach i oborach. No i dużo było procesów o czary.

Któregoś dnia wezwano ją do córki Hansa Heglera z Wrzosowa. To nie był jej termin, blisko dwa miesiące za wcześnie. Niemowlę urodziło się martwe. Nic nie można było zrobić. Ale ludzie i tak zaczęli gadać. Że uśmierciła dziecko, żeby ofiarę diabłu na Łysej Górze złożyć. Stugębna plotka zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Ktoś widział, jak leciała na miotle na Piaszczyste Wzgórze koło Żółcina, gdzie rzekomo miały się odbywać sabaty czarownic. Ktoś inny zaklinał się, że widział, jak z komina jej domu dym w kolorze krwi się unosił.

I przyszli po nią któregoś dnia. Sołtys Radawki wraz z pastorem Krebsem i kilkoma chłopami z okolicznych domów. Zakutą w kajdany, odwieźli do karceru Kapituły Katedralnej w Kamieniu.

Pierwszy wóz minął rozłożystą wierzbę i wtoczył się na wzgórze, otoczone koronami ogromnych dębów i sosen. Wzniesienie nazywano Długą Górą z uwagi na kształt fasoli, rozszerzającej się ku północy i zakończonej owalnym rondlem, wokół którego w tamtych czasach rosły pojedyncze stare drzewa. Ze szczytu wzgórza rozciągał się widok na pola i łąki, zamknięte ścianami gęstych lasów. Na końcu wzgórza stał drewniany podest, a przy nim szubienica. Tak jak i w zamierzchłych czasach, tak i dziś odbywały się tu procesy rozmaitych lokalnych rzezimieszków, morderców i złodziei. Zawsze przyciągało to rzesze pospólstwa, które chciało nacieszyć oczy widokiem śmierci.

Z pierwszego wozu zeskoczyła grupa strażników i dzierżąc wysoko uniesione widły, żeby trzymać z daleka chętnych do samosądów chojraków, ustawiła się wokół zakratowanego zaprzęgu, który zatrzymał się w pobliżu szubienicy. Kat z naciągniętym na głowę kapturem zeskoczył na ziemię i otworzył klatkę.

W drodze z Kamienia, oparta o pręty i wpatrzona w mijane, tak dobrze znane od dzieciństwa pola i lasy kobieta, zdołała zapomnieć o bólu. Teraz, gdy dźwignęła się z kolan, uderzył w nią z podwójną mocą. Ledwie mogła utrzymać się na nogach. Miała połamane i zmiażdżone palce obu stóp, ramię wyłamane ze stawu. Przez kilka dni, w czasie których trzymano ją w lochu przy kamieńskiej katedrze, kat wielokrotnie wyłamywał jej ramiona i na powrót je nastawiał. Strąki brudnych włosów opadały na posiniaczone policzki i poparzone piersi, na które kilkakrotnie wylewali jej gorącą smołę. Gdyby kazano jej coś powiedzieć, nie byłaby w stanie wydobyć słowa przez wyrwane przednie zęby i wielką ranę, która paliła jej gardło. Jakoś dotarła do krańca wozu, ale wysiadając, nie zdołała utrzymać równowagi i wypadła wprost na mokrą ubitą ziemię, wzbudzając śmiech zgromadzonego wokół szubienicy tłumu. Kat szarpnął ją za kaftan i powlókł w kierunku opartej o podest drabiny. Jeszcze zdołała jednym pozostałym okiem rozejrzeć się wokół siebie. Z wszystkich rodzajów bólu, jaki jej zadano, tego od miażdżenia palców, tego od wyrywania zębów, wykłucia oka, poparzeń od gorącej smoły, najgorszy był jednak ten, który palił ją od wewnątrz. Gorycz. Znała prawie wszystkich tych ludzi, którzy, zgromadzeni wokół, pokazywali ją sobie palcami, drwiąco się śmiali lub rzucali w nią kamieniami.

– Czarownica! – wrzasnęła żona Hansa Ruthena z Wrzosowa, której dwa lata temu pomagała przy porodzie.

– Dzieciobójczyni! – krzyknął ktoś za jej plecami.

– Żałuj za grzechy! – Pastor Krebs z Radawki wyciągnął w jej kierunku drewniany krzyżyk, wokół którego opleciony był różaniec. – Nie wyjdziesz z piekła!

Znał ją od dzieciństwa. Wiedział, że zawsze była dobrą chrześcijanką, że nigdy nie opuściła niedzielnej mszy. Jemu też nieraz pomogła swoimi naparami z różnych ziół, gdy po obżarstwie cierpiał na przeciągające się bóle żołądka. A mimo to nie wstawił się za nią.

Nikt się za nią wstawił.

Kat pchnął ją na drabinę. Upadła przed nią na kolana, a drab chwycił ją za kaftan i wciągnął na drewniane szczeble. Grubym sznurem zaczął przywiązywać jej nogi i ramiona do drewnianych desek.

– Zdechniesz, wiedźmo! – wrzasnął z tłumu podskakujący z emocji może dziesięcioletni chłopiec. – Szatan cię nie uratuje!

Dźwignięta przez kata i jednego z jego pomocników drabina wyprostowała się. Tuż obok płonął już stos. Czerwonozłote jęzory lizały ustawione pionowo konary i wielką górę usypanych wokół nich gałęzi. Czarny duszący dym unosił się do góry i płynął po niebie, plącząc się pomiędzy bezlistnymi konarami stojących nieopodal dębów.

Paradoksalnie, przywiązanie do pala, pod którym usypywano stos drewna, było łaską, którą sądy okazywały tylko niektórym kobietom. Drewno zazwyczaj było świeże, dopiero co ścięte, wypełnione jeszcze żywicą, często mokre, gdy w powietrzu było sporo wilgoci. Po zapaleniu zatem długo się tliło, wydzielając opary czarnego trującego dymu, w którym nieszczęśnica dusiła się w kilka minut, zanim jeszcze dosięgnął ją ogień.

Małgorzata nie dostąpiła takiej łaski.

Zgromadzony wokół tłum ryczał coraz głośniej. Gdy ogień zaczął pożerać wielki stos gałęzi, dobrał się do grubych beli drewna i wystrzelił złotymi pióropuszami w niebo, kat pchnął drabinę wraz z szamoczącą się na jej szczycie niczym szmaciana lalka i wyjącą nieludzko kobietą, prosto w środek piekła.

Współcześnie, 8 marca, Międzynarodowy Dzień Kobiet plac Solidarności, Szczecin

Ciągnąca się ostatnimi tygodniami szaruga, deszcze żłobiące głębokie rany w wyleniałych trawnikach, wciąż jeszcze niemogących dojść do siebie po dwóch miesiącach zalegania pod brudnym śniegiem, ustąpiły tego dnia całkiem znośnej pogodzie. Temperatura wprawdzie nie było zbyt wysoka, ale za to spomiędzy chmur prześwitywało czasem słońce. Na wielkim pochyłym placu przed Filharmonią imienia Mieczysława Karłowicza w Szczecinie zebrał się już wielki tłum ludzi, a od strony Śródmieścia napływały wciąż mniejsze i większe grupy mieszkańców miasta. Na trawniku rozdzielającym dwa pasy ruchu przed wjazdem na Trasę Zamkową, wokół zachowanych fundamentów po stojącym tu niegdyś maszcie ze statku s/s „Kapitan K. Maciejewicz”, który został zdemontowany pod pretekstem remontu i zniknął stąd na zawsze, zbierały się grupki młodych ludzi. Nieco dalej, wsparty na drewnianych podporach, stał samotnie staruszek platan, według legend pamiętający jeszcze czasy, gdy w tym miejscu rozciągały się renesansowe ogrody książęce. Nad głowami niektórych grupek zaczęły pojawiać się transparenty z rozmaitymi hasłami, nabazgranymi flamastrem lub spreparowanymi metodą kolażu. Podobne transparenty zaczęły powoli wyrastać nad głowami uczestników zasadniczej manifestacji kłębiącej się na placu Solidarności.

Plac, w istocie dach gmachu muzeum Centrum Dialogu „Przełomy”, wznosił się w kierunku neogotyckiego budynku Komendy Wojewódzkiej Policji, by na rogu ulic Małopolskiej i Tadeusza Mazowieckiego osiągnąć wysokość kilku metrów. Tam, na poziomie ulicy, mieściło się główne wejście do wnętrza, ulokowanego pod płytą placu. Od strony Trasy Zamkowej, przy wejściu na pochyłość placu, stał jedenastometrowy pomnik Anioła Wolności, upamiętniający protesty robotnicze z grudnia siedemdziesiątego roku, a od strony ulicy Małopolskiej plac zamykał masyw „Lodowego Pałacu”, wspomnianej już szczecińskiej filharmonii. Miejsce to od kilku lat stało się prawdziwym architektonicznym poligonem doświadczalnym, wzbudzającym kontrowersje i niekończące się spory na forach internetowych i na łamach gazet. Czy nowoczesna biała bryła filharmonii pasuje do ceglanego neogotyckiego gmachu komendy? Czy dach muzeum powinien być udostępniony dla deskorolkarzy, którzy profanują przecież miejsce pamięci? Czy nie można było zamiast muzeum odbudować po prostu dawnego kwartału zabudowy, odtwarzając tym samym przestrzeń historycznego placu, na którym przed wojną stał teatr? Do tego dochodziły wciąż niemilknące pytania o losy masztu z „Maciejewicza” i krytyczne głosy pod adresem Anioła Wolności. Internetowe awantury uspokoiły w końcu liczne międzynarodowe nagrody architektoniczne, które zdobyły budynki filharmonii i muzeum, zamieniając natychmiast oba w coś w rodzaju miejskich ikon.

Znakomitą większość uczestników manifestacji stanowiły kobiety. Były ubrane głównie na czarno albo przynajmniej wyposażone w jakąś spektakularną czarną część garderoby, na przykład skórzaną nabijaną ćwiekami kurtkę, płaszcz czy chociaż czapkę lub kapelusz. Wiele kobiet trzymało w rękach kartony, na których groźne, opatrzone wykrzyknikami lub symbolami hasła głosiły: „Nie będziemy waszymi inkubatorami!”, „Rząd, który nienawidzi kobiet!”, „Martwa dziecka nie urodzę!”. Rozwinięte nad głowami transparenty przekazywały konkretniejsze żądania – edukacji seksualnej, dostępu do nowoczesnej antykoncepcji i zmiany faszystowsko-seksistowskiej retoryki pod adresem kobiet. W epicentrum wydarzeń, w najwyższym punkcie placu, stało kilka liderek i organizatorek protestu, które przez megafony głośno skandowały hasła i podrzucały pozostałym chwytliwe okrzyki. Od strony chodników przed placem Solidarności i z pasa zieleni między jezdniami dochodziły nawoływania i okrzyki przeciwników manifestacji, nad głowami których powiewały hasła: „Stop aborcji!”, „Życie jest święte od poczęcia”, „Chłopak i dziewczyna – normalna rodzina”. Grupa młodych ludzi z biało-czerwonymi chorągiewkami, ubranych w kurtki z orłami, husarskimi skrzydłami na plecach i szablami w dłoni, rozwinęła wielki transparent z napisem „Tradycyjne wartości – nowoczesny patriotyzm”.

Od strony centrum miasta wciąż nadchodziły grupy ludzi. Policja, która do tej pory w szeregu stała z boku, zaczęła wprawnie rozdzielać biorących udział w manifestacji od niewielkich grup coraz śmielej skandujących wyzwiska i groźby pod adresem uczestniczek protestu.

U stóp placu, pod wznoszącym się wraz z pochyłością muzeum tłumem, stały dwie młode kobiety: szczupła blondynka w szarym płaszczyku i jasnej czapce, spod której wystawały jasne kosmyki, i szatynka w długiej czarnej kurtce, z włosami związanymi szeroką czarną wstążką.

– Spójrz! – Blondynka trąciła koleżankę zamkniętą parasolką. – Tamto jest niezłe.

Szatynka obróciła się i podążyła za wzrokiem koleżanki.

Stojący nieopodal dwaj brodaci chłopcy trzymali czarny transparent, który czerwonymi, imitującymi ociekającą krew literami głosił: „Aborterki mordują dzieci nienarodzone!”.

Obok mężczyzn stała grupka kobiet, które trzymały w rękach różańce i wielkie, czerwone znaki z wymalowanymi żądaniami – „Stop gender!”, „Stop dewiantom!”, „Stop aborcji!”. Nad ich głowami powiewała biała płachta z napisem „Krucjata różańcowa za ojczyznę”.

Szatynka sięgnęła do kieszeni, wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie.

– Nie wiem, co ja tutaj robię. – Blondynka westchnęła, rozglądając się wokół siebie.

– Ty, Baśka, chyba żartujesz? – Paulina popatrzyła na nią z niedowierzaniem.

– To nie znaczy, że nie popieram czy coś. – Blondynka pokręciła głową. – Tylko że mam do napisania na piątek dwa teksty, a tymczasem marnuję tutaj czas. Nie wiem, po co Paweł mnie z tobą wysłał.

– Pewnie chce mieć dwa spojrzenia na ten protest albo coś w tym stylu. – Paulina wzruszyła ramionami. – Jak go znam, wymóżdżył, że moja relacja będzie zbyt jednostronna.

– Nie obraź się, ale pewnie ma rację.

Paulina spojrzała na koleżankę z irytacją.

– Rozumiem, że ty napiszesz coś w kontekście obrony ojczyzny przed dewiantami.

– Albo obrony ojczyzny przed kiepską sztuką. – Baśka wskazała głową na wznoszący się nieopodal pomnik anioła.

– To taka poza, że się niby dystansujesz od tej manifestacji?

– Wprost przeciwnie. – Baśka wzruszyła ramionami. – Pamiętasz, jakie były kulisy powstania tego pomnika?

– Jak mogę pamiętać? Miałam wtedy może dziesięć lat.

Baśka, która sama przekroczyła już czterdziestkę, obrzuciła koleżankę zazdrosnym spojrzeniem.

– Zwyciężyła instalacja przedstawiająca setkę manifestantów. Miała stanąć na tym trawniku przed platanem. – Machnęła ręką w kierunku zbiegowiska, nad którym powiewały transparenty wyrażające sprzeciw wobec dewiantów. – Komitet budowy z Jurczykiem na czele odrzucił projekt, podając jako powód, że brak w nim symbolu krzyża[2].

– Brońcie krzyża! – podchwycił nagle stojący niedaleko Pauliny starszy pan. Grupa młodych mężczyzn w brunatnych kurtkach zaczęła wymachiwać zielonymi flagami.

Paulina podniosła telefon i włączyła kamerę.

– Chodźmy dalej, bo wezmą nas za krucjatę różańcową. – Baśka skinęła ręką w stronę tłumu wypełniającego szczelnie plac Solidarności.

– Czarownica! – wrzasnęła nagle jakaś starsza kobieta, energicznie potrząsając znakiem z napisem „Stop gender!”. Momentalnie przyłączyły się do niej koleżanki.

Paulina spojrzała ze zdziwieniem na niewielki tłumek, który najwyraźniej skandował w jej kierunku. Dopiero po chwili spostrzegła, że stoi praktycznie pod samym transparentem, na którym widniał napis „Zabierz różaniec od mojej macicy!”.

– Pozwolił ci ktoś mnie filmować, szmato? – Ubrany w zieloną kurtkę, ogolony na zero chłopak buńczucznie skinął głową w jej kierunku.

Stojący obok niego młody mężczyzna spojrzał na nią wrogo.

Paulina dostrzegła, że pod kurtką ma koloratkę.

– Te głupie baby z piekła nie wyjdą! – rzucił głośno do swojego kolegi.

Młody chłopak zrobił kilka kroków w jej kierunku i zanim zdążyła zareagować, szarpnął ją za ramię.

– Mówiłem, żebyś mnie nie filmowała, lewacka kurwo!

Paulina straciła równowagę i poleciała do tyłu, wprost pod nogi stojących za nią ludzi. Telefon wypadł jej z ręki i spadł na chodnik.

W tym samym momencie dwóch policjantów dopadło chłopaka, wykręciło mu ręce i położyło go na ziemi. Od strony grupek na obrzeżach manifestacji dobiegły głośne gwizdy.

– Dzieciobójczynie! – wrzeszczała starsza kobieta, machając znakiem STOP.

Od strony czoła manifestacji rozległo się głośne skandowanie i po chwili, niczym czarna, rozlewająca się fala, nad głowami protestujących zaczęły się otwierać setki parasoli.

Rozdział 1

Środa, 8 marca, trochę później

Zapadał zmierzch. Na bulwarach zapaliły się latarnie, pokrywając nabrzeże złotym blaskiem, który jasnymi refleksami wylewał się na spokojne wody Odry. Niebo nad Starym Miastem zrobiło się granatowe, a światła Trasy Zamkowej przecięły rzekę niebieskim odbiciem. Na przeciwległym brzegu, na Łasztowni, rząd okien na pierwszym piętrze biurowca niedaleko mostu Długiego, jarzył się jasnym światłem.

W dużej sali, wypełnionej regularnymi geometrycznymi kształtami jasnych biurek, których blaty zawalone były stosami papierów, folderów i katalogów, odbywała się nerwowa narada. Ciemnografitowe drukarki i monitory mruczały cicho swoim dyskretnym elektronicznym pomrukiem. W głębi sali, niedaleko szeroko otwartych szklanych drzwi do sąsiedniego aneksu, stały trzy osoby. Pozostała grupa kilkunastu pracowników zebrała się przed najbliższym stołem, co chwila patrząc ciekawie na jeden z monitorów i starając się jednocześnie nie stracić ani słowa z burzliwej dyskusji, której temperatura wciąż rosła.

– Na pewno nic ci nie jest? Dobrze się czujesz?

– Paweł, nie zmieniaj tematu. – Paulina odruchowo obciągnęła ciemną spódnicę, zakrywając udo, na którym rozwijał się właśnie spory siniak we wszystkich odcieniach fioletu.

– Poważnie pytam. Ten siniak nie wygląda dobrze. Poza tym masz też otarcie na ramieniu.

– Wszystko jest pod kontrolą. – Paulina pochyliła się nad stołem i przestawiła laptopa ekranem w stronę stojącego przed nią Pawła. – Nie martw się, nie popuszczę temu draniowi. Jestem umówiona na jutro na obdukcję. Zadałam ci pytanie.

Paweł przewrócił oczami i spojrzał z tęsknotą w kierunku swojego wydzielonego szklaną szybą biura.

– Nie pokazałaś tego filmu policji…

– Gdybym oddała im komórkę, to za kilka dni okazałoby się, że zaginęła w magazynie.

– Nie przesadzaj.

– Jutro idę z Martą na policję, to zaniosę im to nagranie. Mogłam przecież dopiero po fakcie stwierdzić, że cała sytuacja się nagrała.

– Z jaką Martą? – Paweł starał się zyskać na czasie.

– Moją znajomą prawniczką. – Paulina westchnęła. – Wspominałam o tym ze dwa razy.

– Paweł! – Stojąca obok z założonymi na piersiach rękami Baśka straciła cierpliwość. – Czas leci! Kilka portali już zamieściło relacje z manifestacji, a „Wyborcza” napisała nawet, że była jakaś bijatyka. Za chwilę to będzie musztarda po obiedzie.

Paweł westchnął ciężko i oparł się pięściami o blat biurka.

Gdy pół godziny wcześniej obie stanęły w drzwiach, pierwsze, co pomyślał, to że będą mieć świetny materiał. Paulina wyglądała, jakby wracała z ulicznych zamieszek, a nie pokojowej bądź co bądź manifestacji w obronie praw kobiet. Podarty płaszcz, siniaki i malująca się na twarzy zawziętość. Gdy jednak dopadła do swojego komputera i włączyła film, który nagrała, a potem streściła przebieg wydarzeń, stwierdził, że to wróży same kłopoty. Nie chodziło nawet o jego poglądy polityczne, po prostu nie lubił telefonów od swoich szefów i tłumaczenia się z czegokolwiek.

– Chcecie opublikować nagranie, na którym wyraźnie widać twarze tych ludzi. Od razu będą protesty. Oskarżą nas o naruszenie wizerunku…

– Jakiego, kurwa, wizerunku?

Paweł spojrzał z irytacją na Baśkę, która tym razem, jak rzadko kiedy, twardo trzymała stronę Pauliny. Cholerna solidarność jajników.

– Udział w tym proteście był dobrowolny. Każdy, kto tam poszedł, musiał się liczyć z tym, że pojawi się w mediach.

– Zwłaszcza że trzymał nad głową transparent z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny” – warknęła Paulina, patrząc na niego nieżyczliwie.

Odtwarzacz na laptopie Pauliny wyświetlał kilkuminutowy film w pętli. Po raz któryś z kolei widać było, jak ogolony chłopak w zielonej kurtce mówi coś do stojącego obok towarzysza, a następnie rzuca wrogie spojrzenie w kierunku obiektywu. Kamera obróciła się, pokazała transparent nad głowami niewielkiej grupki pokrzykujących gromko młodych mężczyzn, a zaraz potem wznoszące się w kierunku szczytu placu morze głów. Po chwili na ekranie ponownie pojawił się ogolony chłopak i stojący obok niego mężczyzna w czarnej kurtce. Chłopak znowu spojrzał niecierpliwie w stronę kamery, coś głośno krzyknął i w końcu ruszył w kierunku obiektywu. Obraz wypełniła zielona tkanina jego kurtki, a następnie wszystko zawirowało i zamieniło się w nieskładną gmatwaninę pikseli, by w końcu znieruchomieć.

– Czy chodzi o tego księdza? – Paulina ruchem głowy wskazała ekran laptopa.

– Przecież nie ma pewności, czy on akurat nie stał tylko przypadkiem w pobliżu tej grupy.

– Sprawdziłam go – wtrąciła Baśka. – To kapelan tak zwanych środowisk patriotycznych.

– Przypadkiem rozmawiał z bandziorem, który na mnie napadł? – Paulina z wściekłością spojrzała na Pawła.

– A jaką masz pewność, że ten chłopak w ogóle jest z tego środowiska? Może akurat tylko tam stał? Poniosły go nerwy, bo go filmowałaś.

– Zaraz mnie szlag trafi…

– Ty stałaś pod transparentem „Zabierz różaniec od mojej macicy!”.

– I generalnie zgadzam się z jego treścią. – Paulina szarpnęła laptopa i odłączyła od niego swój telefon.

– Dobra! Dostaniesz grzeczną relację, w końcu byłam tam służbowo. – Wrzuciła komórkę do torby i zatrzasnęła pokrywę laptopa. – Ale komórka jest moja. Prywatna.

– Paulina…

– Nagranie bardzo chętnie pokaże każdy niezależny portal, a pewnie i „Wyborcza” ochoczo go puści. I to jeszcze dziś.

Paweł zmarszczył brwi i przez moment patrzył, jak Paulina wrzuca do torby wszystkie swoje manele. Po chwili ich spojrzenia się skrzyżowały. W ciągu ostatniego roku zrobiła się strasznie harda. Prawdziwa wiedźma. Wolał ją chyba, kiedy pracowała u niego na umowę o dzieło i pisała teksty na zamówienie.

– Do mnie! – Wskazał ręką swój aneks. – Porozmawiamy spokojnie.

– O czym jeszcze chcesz rozmawiać?

– Paweł! Musimy podjąć decyzję w sprawie tego filmu – wtrąciła Baśka.

– Do mnie, powiedziałem! – Paweł odwrócił się i stanął w progu szklanej ściany oddzielającej jego prywatną zagrodę od otwartej przestrzeni redakcji. – Ty też! – Spojrzał na Baśkę.

Obie kobiety popatrzyły na siebie, przez krótką chwilę zdezorientowane. W końcu Baśka wzruszyła ramionami i weszła za Pawłem do jego aneksu.

Paulina z zaciśniętymi ustami przez moment wpatrywała się w blat biurka, po czym rzuciła torbę na krzesło i poszła za koleżanką.

*

Granatowa toyota land cruiser skręciła z drogi krajowej numer trzy, pokonała niestrzeżony przejazd kolejowy i wtoczyła się na wyasfaltowany niknący w głębi lasu dukt. Kilkadziesiąt metrów dalej odbijała w bok wąska przecinka, a w jej perspektywie, prosto jak strzelił, majaczyła fasada budynku. Drogi, która niegdyś była głównym dojazdem do posiadłości, od dawna nie użytkowano. Z otaczającego ją lasu zdążyły się już wysunąć rozczapierzone gałęzie sosen i młodych dębczaków i zawiesić się nad szutrową nawierzchnią niczym wyciągnięte szpony, usiłujące ponownie zagarnąć wyrwaną sobie własność. Toyota minęła dwa wielkie filary bramy, ukryte w gąszczu bezlistnych gałęzi, i potoczyła się dawną aleją wjazdową prosto w kierunku dworu.

Budynek był parterowy, pokryty wysokim dwuspadowym dachem, w którym równym szeregiem stały zabite dechami lukarny. Dokładnie pośrodku frontowej elewacji znajdował się podcieniowy ganek, wsparty na czterech kolumnach, na który wspinała się kaskada schodów. Do wnętrza prowadziły wysokie dwuskrzydłowe drzwi, zza których, spomiędzy połamanych ościeży, wyglądał na zewnątrz mrok.

Samochód minął szpaler kolumnowych żywotników i zatrzymał się na podjeździe, tuż obok ogromnej czarnej panamery. Po chwili silnik toyoty umilkł i z auta wysiadł wysoki brunet. Przeciągnął się, po czym otworzył tylne drzwi i wydobył szarą pikowaną kurtkę. Naciągnął na głowę czarną czapkę i dopiero wtedy obszedł samochód dokoła i stanął przed maską błyszczącego brylantowym blaskiem porsche.

Igor Fleming przyjechał tu w sprawach zawodowych. Stary myśliwski dwór, pod którego zrujnowanymi pozostałościami dawnej świetności właśnie się znajdował, prawdopodobnie czekał na remont. Posiadłość niedawno ponownie zmieniła właściciela, a obecny miał wobec niej wielkie plany. To o nich chciał dzisiaj z Igorem porozmawiać. Godzina drogi ze Szczecina, biorąc pod uwagę intratny kontrakt, bardzo się opłacała. Zwłaszcza że nabywcą majątku był wieloletni inwestor Igora Rafał Borola, szczeciński przedsiębiorca i właściciel bliżej nieokreślonej liczby nieruchomości w Szczecinie i w tej części kraju. W mieście byli i tacy, którzy twierdzili, że w rękach Boroli znajduje się już połowa stolicy Pomorza.

Igor rozejrzał się dokoła. Borola mógł pójść na spacer po rozległym parku albo i dalej po lesie, wokół jeziora. Miał tu przecież przyjechać z rodziną. Pewnie nie chciało im się czekać pod dworem.

Sięgnął do kieszeni po telefon, żeby się zameldować, gdy zza rogu budynku dobiegł go tubalny głos udzielający komuś drobiazgowych instrukcji i po chwili na ścieżce ukazał się mężczyzna w eleganckiej czarnej kurtce, trzymający pod pachą grubą kartonową teczkę.

Gdy zobaczył Igora, pomachał do niego radośnie, rzucił jeszcze kilka słów do telefonu, schował go do kieszeni i ruszył w kierunku szerokich schodów przed głównym wejściem.

– I jak ci się podoba nowy nabytek?

Igor, który wciąż wpatrywał się w nieskazitelny lakier niemieckiego krążownika, pokiwał głową.

– Prześliczny.

– No, nie wiem. – Borola skrzywił się i zrobił kilka kroków do tyłu. – Jakiś taki prosty bardzo.

– Prosty? Jest ostentacyjnie paradny.

Borola się skrzywił i spojrzał na Igora.

– Ja przecież dwór mam na myśli.

Igor przestał przyglądać się masce samochodu i podążył za wzrokiem swojego inwestora.

– Może da się coś z tym zrobić? – Borola podniósł dłoń i narysował w powietrzu jakiś kształt. – Jakiś fronton dorobić albo kolumny?

Igor westchnął.

– Jest wpisany do rejestru zabytków. Możemy tylko przywrócić mu wygląd pierwotny.

– Wygląda jak barak – jęknął Borola. – Właściwie to kupiłem go ze względu na to miejsce i tych siedem hektarów parku nad jeziorem, i sąsiedztwo lasu. No i lokalizację przy głównej drodze Szczecin–Świnoujście, oczywiście. Ale dwór jest straszny. Myślałem, że może uda się go jakoś upiększyć.

Igor ponownie westchnął. Dwór rzeczywiście mógł wzbudzać mieszane uczucia. Wydłużona bryła, kryta prostym dwuspadowym dachem z rzędem zgeometryzowanych lukarn, laikowi mogła się wydawać brzydka. Do tego dochodziły lata zaniedbań oraz wcześniejsze przebudowy i zmiany, które wprowadzili użytkownicy dworu w latach powojennych. Wprawne oko mogło jednak łatwo dostrzec w architekturze budynku ślady zbrutalizowanego klasycyzmu, który zaczął dominować w Niemczech od początku lat trzydziestych za sprawą Alberta Speera, nadwornego twórcy Adolfa Hitlera. Tajemnicą było jedynie, jak to się stało, że ten totalitarny styl architektoniczny, zarezerwowany dla budynków użyteczności publicznej i obiektów wojskowych, spodobał się Richardowi von Flemmingowi, przedstawicielowi jednego z najstarszych i najzamożniejszych rodów pomorskich. W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku postawił tu dwór, przed którym właśnie stali.

– Słuchasz mnie?

Igor, wyrwany z zamyślenia, drgnął i lekko zdezorientowanym wzrokiem spojrzał na Borolę.

– Pytałem, czy nie można by chociaż jakichś dekoracji dodać. Profili, opasek wokół okien albo jakichś pilastrów? Może jakąś płaskorzeźbę?

Igor skrzywił się z niesmakiem.

– Poczekaj, aż zrobię wizualizację. Jak się przywróci stolarkę okienną, okiennice i zmieni ten podjazd, to budynek od razu nabierze wyglądu.

Borola bez przekonania przytaknął.

– Wejdźmy do środka. Powiem ci, jak planuję urządzić restaurację. Wszystko już sobie obmyśliłem.

Igor powlókł się za Borolą, pomny, że za chwilę pomysły jego inwestora zaczną się kolejno roztrzaskiwać o rafy przepisów budowlanych. Dobrze przynajmniej, że to nie jest starożytny Rzym, bo musiałby dać za to głowę.

Po chwili stali w hallu. Po jego lewej stronie łukową kaskadą wznosiły się na piętro schody zabiegowe, a raczej ich marne pozostałości. Na wprost rozciągała się wielka przestrzeń dawnej reprezentacyjnej sali, z której wychodziło się do ogrodu zimowego, a dalej na ogromny trawnik, który łagodnym spadkiem spływał na sam brzeg jeziora. Sala była otwarta do sąsiedniego salonu, w którym znajdowały się resztki zrujnowanego kominka z zachowanym herbem Flemmingów – wilkiem trzymającym w łapach klejnot. Wszędzie walały się resztki dawnego wystroju, pokruszone kafle ceramiczne, tynk, połamane fragmenty drewnianych dekoracji.

Igor, słuchając jednym uchem Boroli, który roztaczał przed nim swoje wizje wskrzeszenia dworu i uruchomienia eleganckiej restauracji, myślał jednocześnie o całkiem niedawnej historii pałacyku. Była tak samo tajemnicza jak nazistowskie gusta jego dawnego właściciela.

Po wojnie mieściło się tutaj, jak w prawie wszystkich dawnych majątkach na terenie kraju, państwowe gospodarstwo rolne. Niedługo potem urządzono we dworze harcerski ośrodek kolonijno-wypoczynkowy, aż wreszcie, w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia, posiadłość przeszła w prywatne ręce. Nowy właściciel urządził w niej hotel z dość popularną w tamtych czasach restauracją, a nieopodal dworu postawił nowy stylizowany budynek hotelowy. I zdawać by się mogło, że wszystko zaczęło się układać znakomicie, gdy któregoś dnia ośrodek został zamknięty. Z dnia na dzień dwór opustoszał, a właściciel wyjechał i wszelki ślad po nim zaginął. Opuszczone budynki bardzo szybko rozszabrowano. Włamywacze porozbijali okna i ukradli wszystko, co dało się wynieść, nie wyłączając fragmentów wystroju i dekoracji rzeźbiarskich. I wreszcie, kilka lat temu, wybuchł pożar, który strawił reprezentacyjne sale parteru. Z dawnego, pięknie odrestaurowanego zabytku została smętna ruina.

– Czy ty mnie słuchasz?

Igor podniósł głowę i z roztargnieniem spojrzał na Borolę.

– Przepraszam, zamyśliłem się.

– Mówiłem o tym, że to jest idealne miejsce na wesela. Kamień Pomorski, Wolin, Świnoujście. Pewnie ludzie będą rezerwować tutaj miejsce z rocznym wyprzedzeniem.

Igor pokiwał głową.

– Popatrz tylko na ten trawnik. – Borola stanął przy drzwiach tarasowych i wskazał ręką na ciągnącą się ku brzegowi jeziora zarośniętą płaszczyznę. Po obu jej stronach wielkie stare dęby pochylały rozłożyste, rozczapierzone konary.

– Na końcu postawi się baldachim, namioty. Białe obrusy, jakieś lodowe rzeźby. Śluby będą wyglądały jak z amerykańskiego filmu. Ludzie będą się zapożyczać, żeby tu wydać za mąż swoją córeczkę.

Igor, upewniwszy się, że jego towarzysz tego nie widzi, wzniósł oczy do nieba.

Borola szarpnął częściowo zabite dechami drzwi. Rozległ się zgrzyt pokiereszowanych kafli podłogowych i wyjście na ogród stanęło otworem. Do środka wpłynęło mroźne, orzeźwiające powietrze. Niebo nad taflą jeziora powoli ciemniało.

– Idziemy na brzeg. Opowiem ci jeszcze o czymś. – Borola zgrabnie ominął kawałki szkła i wyszedł.

Igor, rad nierad, naciągnął mocniej czapkę na uszy i ruszył za nim.

*

Paweł usiadł za swoim biurkiem, położył łokcie na blacie, oparł brodę na zaciśniętych pięściach i podniósł wzrok.

– Czy wam już kompletnie odbiło w tym lewacko-feministycznym zacietrzewieniu?

Paulina otworzyła usta, ale Paweł uciszył ją wściekłym machnięciem ręki.

– Dobra osobiste człowieka – wysyczał – a w szczególności zdrowie, wolność, ble ble ble, wizerunek, pozostają pod ochroną. „Ten, czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania”. Artykuły dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty Kodeksu cywilnego! Powinnyście znać je już na pamięć! Nawet policja nie publikuje wizerunków przestępców bez zgody sądu.

Paulina i Baśka spojrzały na siebie. Paulina sięgnęła po torebkę, wyjęła z niej plik kserokopii formatu A4 i rzuciła Pawłowi na biurko.

– Czy tobie w tym prawacko-faszystowskim otumanieniu nie przyszło do głowy, że to pierwsza rzecz, o jaką zapytałam Martę?

Zacisnęła usta i patrzyła, jak Paweł pochyla się nad kartkami.

– „Nie wymaga zezwolenia rozpowszechnianie wizerunku osoby stanowiącej jedynie szczegół całości, takiej jak zgromadzenia, krajobraz czy publiczna impreza”. Artykuł osiemdziesiąty pierwszy ustawy o prawie autorskim.

Pochyliła się nad biurkiem i wskazała palcem zakreślony czerwonym mazakiem ustęp.

– I dodatkowo… – uśmiechnęła się zjadliwie – „Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”. Artykuł czterdziesty trzeci prawa prasowego.

Przez chwilę panowała cisza. Paweł przez moment szeleścił kartkami, po czym podniósł oczy i spojrzał na Paulinę złym wzrokiem.

– To jest prawniczy bełkot. Myślisz, że nasze szefostwo będzie zainteresowane użeraniem się z prawnikami i procesem sądowym?

– A kto ma nas podać do sądu? – Paulina postukała się palcem w czoło. – Ten bandzior? A może ten klecha?

– Jesteśmy dziennikiem. – Paweł odwołał się do ostatecznych argumentów. – Nie tabloidem. Dostarczamy informacji, a nie sensacyjnych filmików, jak jakiś brukowiec. Musimy respektować pewne wartości.

– Jak masz zamiar tak bredzić, to ja od razu idę z tym do „Wyborczej”. – Paulina podniosła się z fotela i chwyciła swoją torebkę.

– Przestań mnie szantażować tym gównem! To nie ty potem musisz wysłuchiwać wrzasków i gróźb! Wiesz, kto od razu zacznie wydzwaniać do szefów z pretensjami?

Paulina podniosła do góry spódnicę i odsłoniła wielki fioletowy siniak, który powiększał się coraz bardziej na jej udzie.

– Facet szarpnął mnie i uderzył – powiedziała cicho. – Popchnął mnie tak, że wywróciłam się na ten cholerny beton przełomów pod tym pieprzonym aniołem wolności, a ty stajesz po jego stronie?

– Nie staję po żadnej stronie!

– Puścimy bez komentarza – odezwała się nagle Baśka.

– Co takiego? – Paweł spojrzał na nią zdezorientowany.

– Puścimy bez komentarza. Jedynie z informacją, że w proteście brali udział dziennikarze „Dziennika Szczecińskiego”. Resztę zrobią za nas ludzie na forum.

W pomieszczeniu znowu na moment zapanowała cisza.

– Świetny pomysł. – Paulina pokiwała głową. – Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że ferujemy wyroki czy oskarżamy kogoś, a na forum pewnie i tak po kilku minutach wywloką wszystko na ich temat.

Paweł przez dłuższą chwilę milczał. Z sali obok dochodziły strzępy rozmów.

– Dobra! – westchnął głośno. – Dobra, do diabła! Puszczamy! Ale jak dobiorą się nam do tyłków, to do końca roku będziecie pisały nekrologi.

– Nie zamieszczamy nekrologów. – Paulina uśmiechnęła się po raz pierwszy od początku rozmowy i podniosła się z fotela.

– Czekaj! – Paweł sięgnął do szuflady i wyjął notes. – To nie wszystko.

Baśka spojrzała na Paulinę i zmarszczyła czoło. Wstała z fotela i uśmiechając się triumfalnie, wyszła do głównej sali.

– Miałem to dać tej nowej, ale w takim razie za karę zrobisz to ty.

Paulina westchnęła. Miała złe przeczucia.

– Góra wymyśliła, że w kontekście tych wydarzeń i tych waszych protestów…

– Naszych?

– Nie zaczynaj! – Paweł podniósł wzrok. – Stwierdzili, że w kontekście tych feministycznych manif to będzie się dobrze komponowało. Napiszesz krótki cykl. Dwa, trzy artykuły na temat pomorskich czarownic.

Przez kolejną chwilę w gabinecie Pawła panowało milczenie.

– Chyba żartujesz? – Paulina uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

– Nie. – Paweł pokręcił głową z satysfakcją. – I zrobisz to szybko, tak żeby poszło w kolejnych odcinkach jeszcze w marcu. Dopóki gazety nadal o tym wszystkim piszą.

– Myślisz, że na tym proteście się skończy? Że przestaną pisać? Dopóki rząd nie zmieni tej swojej absurdalnej, zakłamanej, podyktowanej hipokryzją i obskurantyzmem retoryki pod adresem kobiet i nie wycofa tych absurdalnych projektów na temat…

– Paulina!

– Co Paulina?

– To ma pójść w marcu! Najpóźniej do świąt! Trzy, cztery artykuły. Co tydzień. A wy możecie sobie protestować do Gwiazdki nawet.

*

Park dworski, mimo że sam dwór został wybudowany na początku dwudziestego wieku, miał kompozycję czysto barokową. Całość rozpięta była na linii prostej osi kompozycyjnej, która zaczynała się na bramie wjazdowej, a kończyła nad brzegiem jeziora. Znajdował się tu taras ziemny, podtrzymywany przez kamienny mur oporowy, po którego obu stronach spływały nad samą wodę schody z granitowych bloków. Obejrzawszy się do tyłu, można było podziwiać długą, okoloną koronami starych drzew fasadę pałacyku. U stóp muru rozbijały się teraz o brzeg cicho szemrzące fale, a nad lasem powoli zapadał zmrok.

Choć w ciągu dnia marcowe słońce dość mocno przygrzewało, wieczorem zrobiło się przeraźliwie zimno.

Igor podniósł kołnierz kurtki i wsadził ręce do kieszeni.

– Popatrz tam! – Borola wyciągnął palec w kierunku wystających drewnianych kikutów, ledwie widocznych nad lustrem wody. – Tam był kiedyś pomost. I to jeszcze za Niemców. W latach osiemdziesiątych go tylko wyremontowali. Teraz zdziczała swołocz z okolicy wszystko wyrwała.

– Pomost to akurat najprościej odbudować.

– A tam – Borola machnął ręką w kierunku masywu drzew po zachodniej stronie polany – za tymi dębami, blisko wsi, jest taki nieduży dom. To była kiedyś rządcówka. Zastanawiam się, czy nie skłonić jakoś właścicieli do jej sprzedania. Przydałby się taki budynek na uboczu, w którym mógłbym zakwaterować pracowników albo szefostwo.

Igor przez moment zastanawiał się, czy określenie „skłonić do sprzedania” nie zabrzmiało jakoś złowrogo, ale doszedł do wniosku, że jeśli tak, to tym bardziej lepiej nie kontynuować tego tematu.

– A co w końcu z tym zrujnowanym dworem Raminów za Tanowem? Miałeś tam sobie urządzić dom, a ja miałem dostać zlecenie na jego remont. I co?

Borola wykrzywił twarz ze złością.

– Lepiej o tym nie mów – warknął. – Prawie pół roku negocjowaliśmy z Parsov Park, żeby to kupić, a jak już wszystko było zapięte, to, kurwa, właściciel umarł.

– Heinrich von Parsov nie żyje? – Igor otworzył oczy ze zdumieniem.

– No, on miał prawie dziewięćdziesiątkę. – Borola wzruszył ramionami. – Nic dziwnego w zasadzie. A co cię to tak zainteresowało? Znałeś go?

– Nie, no skąd. – Igor wciągnął powietrze nosem i zasłonił twarz ręką.

Borola, czekając, aż Igor wytrze nos i schowa opakowanie chusteczek higienicznych do kieszeni, patrzył na niego podejrzliwie.

– No przecież opowiadałeś mi o nim, a poza tym prasa pisała. – Igor wzruszył ramionami. – Czyli co? Z kupna tamtych ruin nic nie wyszło?

Borola pokręcił głową.

– Spadkobiercy Parsova nie chcieli pozbywać się tej nieruchomości, więc, póki co, nadal jestem praktycznie bezdomny.

Igor parsknął pod nosem. Pomyślał, że jeśli definicja bezdomności to gigantyczna willa z basenem na Osowie, to nie miałby nic przeciwko temu, żeby także być bezdomnym.

Okłamał Borolę. Znal Parsova. Niecałe dwa lata temu, na skutek śledztwa dziennikarskiego jednej takiej, wpadli na ślad zaginionego majątku szczecińskiej loży masońskiej. W szczecińskich podziemiach. Wplątali się wówczas w poważne kłopoty, a Parsov i jego banda wynajętych zbirów, którym, jak się okazało, stanęli na drodze, chcieli się ich pozbyć.

Westchnął. Następstwa tamtych wydarzeń wciąż się za nimi ciągnęły.

– Chcę przeszukać jezioro. Wystąpiłem już o wszystkie pozwolenia. Mam też sprzęt i nurków. Oficjalnie będziemy prowadzić badania czystości dna i wody po latach wylewania tutaj gnojówki z obór we wsi.

Igor, wciąż pogrążony we wspomnieniach niedawnych wydarzeń ze Szczecina, nie od razu zarejestrował, co do niego powiedział Borola, ale słowo „oficjalnie” w końcu zadźwięczało w jego głowie jak alarm.

– Oficjalnie? Dlaczego oficjalnie? A co nieoficjalnie chcesz tutaj robić?

– Nie domyślasz się? – Borola uśmiechnął się ironicznie z tajemniczą miną.

Igor wydął usta. Przez dłuższą chwilę patrzył na Borolę, a potem spojrzał na ciemniejące wody jeziora. I nagle się domyślił.

– Żartujesz? – Spojrzał wstrząśnięty na swojego uśmiechającego się radośnie inwestora.

– Nikt nigdy tego nie zrobił. Wyobrażasz sobie? To znaczy, tutejsi mieszkańcy coś tam próbowali. – Borola skrzywił się lekceważąco. – Nurkowali z rurkami albo zarzucali jakieś sieci, ale nikt nigdy niczego nie znalazł.

– Ale skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

– Kupić ten dwór, nad tym jeziorem, i tego nie zrobić? To tak jakby kupić zamek Urquhart nad Loch Ness i nie szukać Nessie. Poza tym, nawet jak niczego nie znajdziemy, to zrobimy z tego w mediach kampanię reklamową dla przyszłego zajazdu.

Borola uśmiechnął się radośnie.

Igor, który zorientował się, że od dłuższej chwili nie wierzy własnym uszom, głośno przełknął ślinę. Pomyślał, że to już pewne, iż ciąży nad nim jakieś fatum. Dopiero co wspominał dramatyczne wydarzenia sprzed dwóch lat i tropienie depozytu szczecińskiej loży, a teraz właśnie Rafał Borola poinformował go beztrosko, że zamierza prowadzić poszukiwania…

– Wyobrażasz sobie? Nie dość, że miejsce jest fantastyczne na restaurację, to jeszcze nagłośnimy jej powstanie, wypuszczając do prasy przecieki o poszukiwaniach w jeziorze zaginionego skarbu katedry kamieńskiej…

*

U samego wylotu Dąbskiego Nurtu na Regalicę, przy brzegu Sadlińskiej Łąki, nazywanej potocznie Wyspą Robiena[3], kołysała się niewielka łódź kabinowa. Na brzegu, na wąskim pasie utwardzonego gruntu, stały dwa znaki żeglugowe, nakazujące zachowanie szczególnej ostrożności podczas wpływania na Regalicę – główną drogę wodną. Nad wodą powoli zapadał zmierzch. Niebo na wschodzie i północy zrobiło się ciemne, a nad miastem pojawiła się łuna tysięcy zapalających się świateł. Wąska wydeptana ścieżka prowadziła od brzegu do miejsca, w którym niegdyś stała leśniczówka Paula Robiena, słynnego przed wojną „rewolucjonisty przyrody”. Na niewielkiej polance znajdowały się oczyszczone z samosiewów fundamenty budynku, a na zachowanych schodach wznosiła się kamienna tablica pamiątkowa. Miejsce to od dawna było popularnym celem wycieczek szczecińskich wodniaków, przypływających na wyspę, żeby złożyć kwiaty.

Niewielka grupka, która zawitała tutaj kilkanaście minut temu, właśnie szykowała się do powrotu. Mężczyzna, ubrany w grubą czarną bluzę od dresu i sztormiak, odwiązywał zaplątaną wokół obalonego konara linę, a szczupła blondynka usiłowała okiełznać dwóch ganiających po pokładzie chłopców.

– Trochę za późno się tu wybraliśmy. Zaraz będzie ciemno – rzuciła do wchodzącego na pokład łódki męża.

– I co z tego? – odburknął. – Do przystani jest pięć minut.

– Dwadzieścia konkretnie.

– Nawet jakby było ciemno jak w d…

– Jacek!

– …to i tak nie ma najmniejszej nawet szansy, żebyśmy się zgubili. – Mężczyzna dokończył wśród śmiechów synów. Odepchnął łódź od brzegu bosakiem i stał przez moment, patrząc, jak zielonoszare nabrzeże powoli oddala się od burty.

Łódka odpłynęła może na dwa metry. Mężczyzna właśnie się odwrócił, żeby uruchomić silnik, gdy rozległo się głuche uderzenie, a krypa łagodnie odwróciła się rufą w stronę brzegu.

– Zaczepiliśmy o jakiegoś gałęziora! – wrzasnął jeden z chłopców i dopadł do prawej burty. Brat natychmiast znalazł się obok niego.

– Odsuńcie się! – Ojciec chłopców wziął do ręki bosak i wbił go w dno obok łódki. Przez chwilę mocował się, usiłując odepchnąć łódź od brzegu.

– To przy rufie – mruknął. Odwrócił się i wyjrzał. Pod silnikiem widać było ciemny kształt, a wokół niego poszarpany sznur, który zaplątał się o ster.

Mężczyzna wsunął bosak do wody i zaczął rozplątywać linę.

– Co za cholerstwo. Ludzie wyrzucają do wody nie wiadomo jakie rzeczy. Powinno się to karać więzieniem.

– Zobaczmy, co to jest! – Jeden z chłopców oparł ręce na ławeczce przy burcie, wyglądając ciekawie na zewnątrz.

– Może to skarb tego Robiena? – Brat klęknął obok niego i oparł głowę o reling.

Z kabiny wyjrzała ich matka i z niepokojem obserwowała poczynania synów.

– Odsuńcie się, bo któryś z was wypadnie.

– Oj, mamo…

– Odsuńcie się! – z irytacją rzucił mężczyzna. – Słuchać, co matka mówi!

– Nie mów przy nich o mnie „matka”!

– Cholera jasna! Nie mów mi, co mam mówić! – Mężczyzna szarpnął bosakiem i zaczął ciągnąć ciemny kształt na powierzchnię. Po chwili na wodzie ukazał się brezentowy worek z zawiązanym na końcu sznurem. Szarpnięcie musiało poluzować węzły, a może rozwiązały się one już wcześniej, poruszane przez prąd.

Mężczyzna skrzywił się i silniej pociągnął bosakiem. Worek rozwiązał się jeszcze bardziej i wtedy kobieta, która właśnie stanęła nad głowami synów, krzyknęła na cały głos, podnosząc dłonie do twarzy. Jej głos, zwielokrotniony przez echo, poniósł się po wodzie.

– Natychmiast do kabiny! – Blady jak ściana ojciec krzyknął do chłopców, którzy w całkowitym milczeniu, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w unoszący się na wodzie kształt. – Do środka, powiedziałem! Dzwoń na policję! – rzucił do żony, która stała oniemiała i wpatrywała się w wodę za rufą.

Z oplątanego liną worka wystawała ręka.

Trupio blada, miejscami sina i pozbawiona dłoni.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] W zależności od źródła: Galgenberg (niem.) – Wzgórze Wisielców lub Langen Berg (niem.) – Długa Góra.

[2] W konkursie na pomnik Grudnia ’70 w 1996 r. zwyciężyła praca studentów Politechniki Szczecińskiej pod kierunkiem rzeźbiarza Jerzego Lipczyńskiego. Komitet budowy pomnika, któremu przewodził ówczesny prezydent Szczecina Marian Jurczyk, odrzucił projekt i wybrał inny; jego autorzy jednak honorowo nie zgodzili się na realizację. W efekcie zaprojektowanie pomnika powierzono krakowskiemu rzeźbiarzowi Czesławowi Dźwigajowi.

[3] Paul Robien – szczeciński, chociaż urodzony w 1882 r. w Bobolicach pod Koszalinem, naukowiec samouk, ornitolog, entomolog, pionier i propagator ochrony przyrody, nazywany przez sobie współczesnych „rewolucjonistą przyrody”. W 1922 r. wybudował niewielką leśniczówkę – stację ornitologiczną na wyspie na jeziorze Dąbie, gdzie zamieszkał wraz z żoną Ewą Windhorn. W listopadzie 1945 r. oboje zostali zamordowani przez żołnierzy radzieckich. Zwłoki oraz zniszczoną leśniczówkę odkryto dopiero w 1947 r. W 1995 r. na zachowanych schodach leśniczówki ustawiono pamiątkową płytę ufundowaną przez mieszkańców Szczecina.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz