Białe Tango - Marta Zaborowska - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Białe Tango ebook i audiobook

Marta Zaborowska

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Znakomicie skonstruowany thriller z gatunku „zamkniętego kręgu”, w którym odcięta na pełnym morzu grupa ludzi odkrywa, że wśród nich znajduje się morderca.

Siedem dni. Sześć osób. Jeden jacht.

To miał być niezapomniany rejs wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Tydzień na morzu, pełen słońca i niczym nieograniczonej wolności. Kiedy załoga „Białego Tanga” wchodziła na pokład, nikt z jej członków nie przypuszczał, że już wkrótce nad żaglami zawisną ciemne chmury, a jacht zamieni się w dryfującą pułapkę.

Wystarczyła jedna noc na „przeklętej” wyspie i nagłe zniknięcie jednego z pasażerów, by przestali czuć się bezpiecznie. Dla rozładowania napięcia rozpoczynają grę w „Kto zabił?”. Pozornie niewinna zabawa nagle zaczyna odsłaniać ich wzajemne animozje i ukryte intencje. Rodzą się oskarżenia. Wracają mroczne wspomnienia. Nikt już nikomu nie ufa. Staje się jasne, że największe zagrożenie czai się nie w głębinach morza, lecz jest tuż obok. Bo ktoś podjął już decyzję, że na jednym zaginięciu się nie skończy.

Marta Zaborowska – z wykształcenia politolog. Zadebiutowała w 2013 roku powieścią Uśpienie, która dała początek 7-tomowej popularnej sadze kryminalnej z Julią Krawiec. Jej utwory cechuje wielowątkowa fabuła oraz wartka akcja. Autorka, poza tematyką kryminalną, zgłębia w swoich powieściach zawiłe kwestie psychologiczno-społeczne, w które uwikłani są jej bohaterowie.

Do dorobku pisarki zalicza się również powieść kryminalną Jej wszystkie śmierci, thriller

psychologiczny Lęki podskórne, a także powieść z nurtu domestic noir Sześć powodów, by umrzeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 451

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 56 min

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by Marta Zabo­row­ska Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca All rights rese­rved

Redak­tor pro­wa­dzący: Marek Kor­czak Redak­cja: Woj­ciech Adam­ski Korekta: Anna Brze­ziń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Paweł Pan­cza­kie­wicz Wer­sja elek­tro­niczna w sys­te­mieZecer: Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-084-2

Cytat

Trzech może docho­wać tajem­nicy, jeśli dwoje z nich nie żyje

Ben­ja­min Fran­klin

Wstęp

Przy­stań ta sama i góry, i kolor wody. Jej błę­kit jest głę­boki i przej­rzy­sty. Słońce też pali jak wtedy. Czuję jego cie­pło na twa­rzy i dło­niach. Wszystko wydaje się nie­zmienne, jakby czas zatrzy­mał się w miej­scu. A jed­nak to tylko złu­dze­nie. Nic nie jest już tym, czym było.

Ludzie, któ­rzy na mnie patrzą, też nie są tacy, jakimi ich pamię­tam. Nie pozdra­wiają, nie posy­łają uśmie­chów. Nie uno­szą dłoni na powi­ta­nie, by życzyć dobrego dnia. Teraz mil­czą i obser­wują. Ich spoj­rze­nia są czujne, jakby chcieli wyczy­tać z mojej twa­rzy coś, czego jesz­cze nie wie­dzą. Prawdę o tym, co się wyda­rzyło. Może nawet pró­bują przy­ła­pać mnie na nie­ostroż­nym geście lub gry­ma­sie twa­rzy, który mógłby cokol­wiek zdra­dzić. Chcie­liby zaj­rzeć do środka mojej głowy.

Są czujni.

Jestem ich dzi­siej­szą atrak­cją. Trzę­sącą się z prze­ra­że­nia sen­sa­cją sezonu. Nie da się mnie nie zauwa­żyć, choćby się bar­dzo chciało – sie­dzę w cen­tral­nej czę­ści portu, do tego owi­nięto mnie zło­tym kocem ter­micz­nym. Nie wiem, po co, bo prze­cież jest gorąco. Ale naj­wi­docz­niej zro­bili to, bo musieli. Złoty koc poły­skuje w słońcu tak mocno, że pew­nie widać mnie z Księ­życa. Jed­nak to nie on ich tu przy­cią­gnął, a świa­tła rzu­cane przez lokalne nie­bie­skie samo­chody z napi­sami Poli­cia Nacio­nal. Gdyby mogli, pode­szliby bli­żej. Dotknę­liby mnie, by spraw­dzić, czy aby na pewno żyję. Bo to prze­cież nie­moż­liwe, że po tym wszyst­kim, co mnie spo­tkało, na­dal tu jestem.

Jed­nak nie mogą się zbli­żyć. Oddzie­lają ich ode mnie poli­cyjne wozy i przy­byli do portu funk­cjo­na­riu­sze. Nawet dzien­ni­ka­rzy stąd prze­pę­dzają. Poza tym dopiero co zało­żono mi opa­trunki. Lekarka z karetki zawią­zała mi ban­daże: jeden na lewej ręce, drugi na kola­nie. Tych kilka roz­cięć na skó­rze wygląda paskud­nie i już wiem, że konieczne będzie zało­że­nie szwów. Na czole, tuż pod linią wło­sów, też mam opa­tru­nek. Według mnie jest nie­po­trzebny, bo pod nim jest tylko siniak i zadra­pa­nie.

Za chwilę zawiozą mnie do szpi­tala, żeby spraw­dzić, czy nie doszło do wstrząsu mózgu. Podobno moje źre­nice nie­pra­wi­dłowo reagują na świa­tło. Kur­czą się za szybko lub zbyt wolno – nie wiem dokład­nie, co mówiła ta lekarka. W każ­dym razie z moim mózgiem coś jest nie tak. Coś się w nim poprze­sta­wiało.

Sie­dzę więc w karetce, obej­muję rękami kolana i cze­kam. Mój wzrok błą­dzi mię­dzy wodą a gro­ma­dzą­cymi się ludźmi. Z każdą minutą przy­bywa ich coraz wię­cej. Zbio­ro­wi­ska przy­cią­gają, a poza tym to prze­cież naj­po­pu­lar­niej­szy dep­tak w tym mie­ście.

Nie­wiele sły­szę, a jesz­cze mniej rozu­miem z tego, co mię­dzy sobą mówią. Mogę się tylko domy­ślać, że prze­ka­zują sobie z ust do ust, że to chyba cud. Nie­któ­rzy wołają do mnie, by upew­nić się, że wszystko w porządku. Nie wiem, co mam im odpo­wie­dzieć. Bo czy można uznać, że wszystko jest dobrze, skoro prze­żyło się to, co ja?

W prze­ci­wień­stwie do nich nie mogę nazwać tej tra­ge­dii cudem. Bo to, co się wyda­rzyło, nie ma z cudem nic wspól­nego.

Trzy tygodnie wcześniej. Warszawa

Trzy tygo­dnie wcze­śniej

War­szawa

Tania

Maluję na czer­wono usta i wsu­wam w uszy szty­fty z okrą­głymi rubi­nami. Dzięki wysoko upię­tym wło­som – ide­al­nemu kokowi, który wycza­ro­wała na mojej gło­wie pie­go­wata fry­zjerka z Hair&Nails – kol­czyki są dosko­nale wyeks­po­no­wane. Wła­śnie o to mi cho­dziło. Zasłu­gują, by je podzi­wiano. Spo­śród całej mojej kolek­cji biżu­te­rii to wła­śnie do nich mam szcze­gólny sen­ty­ment. Dosta­łam je od ojca, który pozo­sta­wia­jąc mi w spadku doro­bek swo­jego życia, dorzu­cił także i je. Musiały kosz­to­wać mają­tek, ale to nie ich war­tość była dla mnie naj­waż­niej­sza, a chwila, w któ­rej je otrzy­ma­łam.

Tam­ten dzień pamię­tam dosko­nale. Był ponie­dzia­łek rano. Sie­dzia­łam przy stole kon­fe­ren­cyj­nym w gabi­ne­cie mojego papy, zupeł­nie nie­świa­doma tego, co ma się za chwilę wyda­rzyć. Ojciec usiadł naprze­ciwko mnie, popa­trzył mi w oczy i spo­koj­nym gło­sem oznaj­mił, że za kilka mie­sięcy umrze na agre­syw­nie postę­pu­jącą bia­łaczkę. To było jak ude­rze­nie w splot sło­neczny. Zaraz potem nade­szło kolejne. Nim zdą­ży­łam zamknąć z szoku usta, poło­żył przede mną teczkę z napi­sem Kan­ce­la­ria nota­rialna Szef­fer i Bier­nat.

– Na pewno domy­ślasz się, co to jest – powie­dział, pod­su­wa­jąc mi ją pod nos. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym jakiś czas temu.

Byłam jak ogłu­szona. „Agre­sywna bia­łaczka” – te dwa słowa wbiły się w mój mózg jak kula z wyce­lo­wa­nego w czoło pisto­letu i pozo­sta­wiły po sobie wypa­loną dziurę. Nie wiem, ile czasu sie­dzia­łam nie­ru­chomo jak ten przy­sło­wiowy słup soli. Pięć minut, może dzie­sięć. Kiedy w końcu jako tako oprzy­tom­nia­łam, dotarło do mnie, o jakiej roz­mo­wie mówił mój ojciec. Tak, była taka jedna. Wycią­gnął mnie wtedy na wystawę kubi­stów i mię­dzy jed­nym a dru­gim obra­zem zako­mu­ni­ko­wał, że zamie­rza prze­pi­sać na mnie całą swoją firmę kosme­tyczną. Oczy­wi­ście, kiedy przyj­dzie na to czas. Wtedy tylko pokle­pa­łam go po ramie­niu. Mój gest mówił: „Dobra, dobra, nie mam zamiaru roz­ma­wiać o two­jej śmierci, w ogóle mnie w to nie wkrę­caj”. Prze­cież wszy­scy tak reagu­jemy. Temat śmierci rodzica jest draż­liwy i nie­przy­jemny, więc lepiej uda­wać, że nie ist­nieje.

Ja robi­łam dokład­nie tak samo – nie dopusz­cza­łam do sie­bie myśli, że oczy mojego ojca kie­dyś naprawdę się zamkną. Ale to, że ja o tym nie myśla­łam, nie zna­czy, że on, jeśli cho­dzi o ten temat, był rów­nie wylu­zo­wany. Wręcz prze­ciw­nie. Mojego papę dałoby się spo­koj­nie nazwać Panem Odpo­wie­dzial­nym za Wszystko i Wszyst­kich. Przy nim świat wyda­wał się bez­pieczny, a ja mogłam pozwo­lić sobie na luk­sus bez­tro­ski. Dopóki czu­łam nad sobą jego para­sol bez­pie­czeń­stwa, mojego nie chciało mi się otwie­rać. Wła­śnie dla­tego wtedy, w gale­rii, potra­fi­łam tylko wyko­nać ten gest wyra­ża­jący bez­myślne „Dobra, dobra”. Mia­ła­bym przej­mo­wać się tym, że któ­re­goś dnia zostanę dzie­dziczką kosme­tycz­nego impe­rium, że zasiądę na opu­sto­sza­łym tro­nie i przejmę jego berło? Że przyj­dzie mi decy­do­wać o pozo­sta­wio­nej mi for­tu­nie, nie mając bla­dego poję­cia o zarzą­dza­niu firmą? Poza tym, za bar­dzo go kocha­łam, by miał kie­dy­kol­wiek umrzeć. A co naj­waż­niej­sze, ojciec był męż­czy­zną w sile wieku, zdro­wym na ciele i umy­śle, jed­nym sło­wem – nie­znisz­czal­nym. Jeśli już wyobra­ża­łam sobie prze­ję­cie po nim inte­resu, to może za dzie­sięć albo nawet za dwa­dzie­ścia lat. Na pewno nie teraz.

– Lepiej popatrz na ten boho­maz z nogą w miej­scu głowy – odpa­li­łam wtedy, zmie­nia­jąc temat. – Nie­zły, co? Przy­dałby się do two­jego biura. Strasz­nie tam nudno.

Pięć mie­sięcy póź­niej zna­la­złam się w biu­rze z kon­fe­ren­cyj­nym sto­łem, za mną wisiał ten dziwny obraz, a ja, jak sroka w gnat, wpa­try­wa­łam się w leżący przede mną akt nota­rialny.

– Dzięki tym doku­men­tom w chwili mojej śmierci zosta­niesz więk­szo­ścio­wym udzia­łow­cem – powie­dział mój papa.

Może powin­nam to zro­zu­mieć jako „Posta­ra­łem się, abyś była usta­wiona do końca życia”, ale ja ode­bra­łam jego słowa ina­czej: „Zosta­niesz z tym wszyst­kim zupeł­nie sama”.

Zaraz potem wrę­czył mi te kol­czyki. Nale­żały do jego matki, a mojej babki. To ona zało­żyła Bel­le­Epo­que, a za pierw­sze zaro­bione pie­nią­dze kupiła wła­śnie te rubiny. Teraz miały przejść w moje ręce – jakby ojciec prze­ka­zy­wał mi nie tylko biżu­te­rię, ale też całą histo­rię naszej rodziny.

Więc tak, mam do nich szcze­gólny sen­ty­ment. Są czer­wone jak miłość, ogień i pasja, które wło­ży­li­śmy w Bel­le­Epo­que. Są jej dum­nym sym­bo­lem.

Sukienkę też mam czer­woną. Ale jej, w prze­ci­wień­stwie do kol­czy­ków, szcze­rze nie zno­szę. Jest krzy­kliwa i przy­ciąga uwagę w spo­sób, który nie ma nic wspól­nego ze świa­tem, w jakim dora­sta­łam. Wycho­wano mnie na kobietę w stylu old money – sto­no­wa­nym i ele­ganc­kim. Takim, o któ­rym mówi się „klasa sama w sobie”. Prze­ciw­nym niż new money, który okre­ślają tan­deta i błysk dla samego bły­sku. Zatem, ow­szem, zde­cy­do­wa­nie wolę dys­tyn­go­wany gra­nat albo czerń – kolory, które nie krzy­czą, a szep­czą. Ten rodzaj czer­wieni w ogóle nie jest ele­gancki.

Tyle że dziś są uro­dziny mojego męża, a on uwiel­bia u kobiet czer­wień. Widziałby ją wszę­dzie, począw­szy od butów, poprzez bie­li­znę, a koń­cząc na szmince. Tę sukienkę sam dla mnie wybrał w skle­pie, więc wło­że­nie jej to nie­jako przy­mus. W wer­sji bar­dziej łagod­nej – speł­niam jego uro­dzi­nowe życze­nie.

Borys koń­czy dziś czter­dzie­ści lat. Kiedy na niego patrzę, aż trudno w to uwie­rzyć, bo chyba nikt nie dałby mu tyle. Pew­nie dla­tego, że ma lek­kiego hopla na punk­cie swo­jego wyglądu i, ogól­nie rzecz bio­rąc, całego wize­runku. Stara się aż za bar­dzo, ale mnie to nie prze­szka­dza. Lubię zadba­nych męż­czyzn. I te jego oczy… Są ludzie, któ­rym oczy śmieją się zawsze, ot tak, po pro­stu. Borys wła­śnie tak ma. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę w nim to, czego mnie samej od dawna bra­kuje – bez­tro­skę. Zazdrosz­czę mu, że potrafi cie­szyć się każ­dym dniem. Czy to nie wspa­niałe: umieć żyć, jakby nie było jutra? Trak­to­wać życie jak sklep z zabaw­kami i brać z półki, co się chce i kiedy się chce? Ja też kie­dyś taka byłam. Ale odkąd musia­łam nauczyć się żyć po doro­słemu, sama, bez ojca, gdzieś to po dro­dze zgu­bi­łam.

Widzę w Bory­sie dawną sie­bie i wła­śnie za to go kocham. I dla­tego, że się w moim życiu w ogóle poja­wił. Mia­łam za sobą różne związki, ale żaden nie był na poważ­nie. I dobrze wiem dla­czego. Od dzie­ciń­stwa cier­pię na nie­wielką dys­mor­fię twa­rzy. Mam zbyt duży nos i zbyt małą żuchwę. Jed­nym sło­wem pro­por­cje mojej twa­rzy są lekko zabu­rzone. Nie jest to coś zna­czą­cego, ale ludzie to zauwa­żają. A już na pewno męż­czyźni. Nie jestem naiwna i dosko­nale wiem, że faceci wolą kobiety o ide­al­nych rysach i per­fek­cyj­nej syme­trii. Na szczę­ście Bory­sowi ten mój defekt ni­gdy nie prze­szka­dzał. Róż­nica wieku też nie. Mówi wręcz, iż żałuje, że nie uro­dził się wtedy, kiedy ja, bo byli­by­śmy razem o te osiem lat dłu­żej. Czy to nie naj­pięk­niej­sze wyzna­nie miło­ści, jakie może sobie wyobra­zić kobieta dobie­ga­jąca pięć­dzie­siątki? Borys zro­bił dla mnie coś jesz­cze, co nie zda­rza się czę­sto – po ślu­bie przy­jął moje nazwi­sko. „To dla dobra two­jej firmy – powie­dział, gdy w Urzę­dzie Stanu Cywil­nego zapy­tano nas, jak będziemy się nazy­wać. – W biz­ne­sie jesteś znana jako Tania Lenart, więc po co to zmie­niać? Ja do mojego nazwi­ska nie jestem przy­wią­zany, zatem sprawa jest jasna. Biorę twoje”.

Więc jak dziś mogła­bym mu odmó­wić? Ta kiecka jest okropna, ale włożę ją i uznam, że jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie. Nawet dobiorę do niej czer­wone majtki i sta­nik. A potem zabiorę go do jego ulu­bio­nej knajpy i speł­nię marze­nie, któ­rego mi jesz­cze nie wyja­wił. Mamy z Bory­sem taki zwy­czaj, że wypo­wia­damy swoje uro­dzi­nowe i rocz­ni­cowe marze­nia dopiero po toa­ście.

Co do dzi­siej­szego wie­czoru – pla­no­wa­łam spę­dzić go tylko we dwoje, ale Borys stwier­dził, że cicha impreza go nie inte­re­suje. Uznał, że skoro to okrą­gła czter­dziestka, to musi być na peł­nej petar­dzie. Dołą­czy więc do nas jesz­cze czworo gości. Naj­pierw będzie kola­cja, a potem – jak zwy­kle – trans­fer do noc­nego klubu. Ale to już beze mnie. Jutro rano mam posie­dze­nie zarządu w fir­mie i muszę być trzeźwa i wypo­częta. Pech chciał, że jego uro­dziny wypa­dły aku­rat dziś, we czwar­tek. Borys nie chciał prze­kła­dać imprezy ani na pią­tek, ani na sobotę, więc będzie musiał bawić się w klu­bie beze mnie.

On też się eks­cy­tuje i cią­gle pyta mnie, czy się cie­szę. A ja, jeśli mam być szczera, tro­chę się dener­wuję. Od rana męczy mnie sen, który dziś mia­łam. Śniło mi się dokład­nie to, co dzieje się teraz: zapię­łam zamek sukienki, wło­ży­łam kol­czyki i spoj­rza­łam w lustro, żeby spraw­dzić, czy dobrze wyglą­dam. Wyglą­da­łam świet­nie. We śnie do restau­ra­cji weszli­śmy kilka minut po dzie­więt­na­stej. I wszystko wska­zuje na to, że w rze­czy­wi­sto­ści też tro­chę się spóź­nimy. Pamię­tam z tego snu zapach roz­ma­rynu i cytru­sów uno­szący się w sali i cichy bul­got wina nale­wa­nego do kie­lisz­ków. Naszych gości jesz­cze nie było. Kel­ner popro­wa­dził nas do sto­lika na końcu pomiesz­cze­nia. Usie­dli­śmy. Borys poca­ło­wał mnie w rękę i uśmiech­nął się sze­roko jak zawsze. Niby wszystko było tak, jak być powinno, ale coś mi się w tym wszyst­kim nie podo­bało. Po chwili wyjął z kie­szeni mary­narki kopertę i poło­żył ją na stole.

– Co to? – spy­ta­łam.

– Moje życze­nie uro­dzi­nowe. Jest w środku.

Prze­su­nął kopertę po obru­sie, powoli, bez pośpie­chu. W oczach miał tę swoją chło­pięcą, zwa­rio­waną eks­cy­ta­cję.

Otwo­rzy­łam kopertę. Wewnątrz było pismo, zło­żone na pół, a na nim logo kan­ce­la­rii praw­nej. Wnio­sek o prze­pi­sa­nie peł­no­moc­nic­twa zarząd­czego. Poni­żej dane moje… i jego.

– Nie rozu­miem…

– Chcę, żebyś oddała mi firmę – powie­dział wprost. – Powinna tra­fić w męskie ręce. Już wszystko gotowe, wystar­czy pod­pi­sać.

– Mam prze­pi­sać całość Bel­le­Epo­que?

– Dokład­nie tak.

– A ja? Co będzie ze mną?

– Och, kocha­nie. Ty zaj­miesz się czymś… bez­stre­so­wym.

Czu­łam, że jego słowa spa­dają na mnie jak ciężki deszcz. I prze­pla­tają się z gło­sem mojego ojca: „Gdy umrę, zosta­niesz z tym wszyst­kim zupeł­nie sama”.

Sęk w tym, że nie jestem sama. Jestem z czło­wie­kiem, który wła­śnie zaży­czył sobie, żebym oddała mu wszystko.

Dobrze, że to tylko sen. Oddy­cham głę­boko i zamy­kam za nami drzwi.

– Wszystko w porządku? – Borys obej­muje mnie ramie­niem.

Kiwam głową, że tak. Jest dla mnie taki dobry. Ni­gdy nie przy­szłoby mu do głowy popro­sić mnie o coś tak nie­do­rzecz­nego. To ja sama zamie­rzam mu to dziś zapro­po­no­wać, a jutro przed­sta­wić moją pro­po­zy­cję resz­cie zarządu. Mam zamiar powoli wpro­wa­dzać Borysa w sprawy mojej firmy, zaczy­na­jąc od prze­ka­za­nia mu sym­bo­licz­nego jed­nego pro­centa udziału. To nie­wiele, ale i tak się tym stre­suję – głów­nie reak­cją pozo­sta­łych człon­ków. Pew­nie dla­tego mia­łam ten dziwny sen.

Nie chcę jed­nak teraz o tym myśleć. Przed nami cudowny wie­czór, więc musimy zbie­rać się do wyj­ścia.

Borys

Widzę, jak Tania patrzy na mnie z miło­ścią. Jest dziś w wyjąt­kowo dobrym humo­rze i – nie będę kła­mał – wygląda naprawdę nie­źle. Ucze­sała się i uma­lo­wała tak, jak lubię. Co prawda ta czer­wona sukienka zupeł­nie do niej nie pasuje, ale uparła się, żeby ją wło­żyć. Kupi­łem ją kie­dyś Tani przez przy­pa­dek. Prze­cho­dzi­łem obok sklepu z dam­skimi ubra­niami i zoba­czy­łem przez szybę, jak pewna młoda dziew­czyna mie­rzy tę suk­nię. Wyszła z przy­mie­rzalni i zapy­tała sprze­daw­czy­nię, czy wygląda w niej dobrze. Była jak obraz, od któ­rego nie chce się ode­rwać oczu. Pod­ku­siło mnie, żeby kupić iden­tyczną suk­nię dla mojej żony. Tania ma świetną figurę, jest szczu­pła i wyspor­to­wana, więc powinna w niej wyglą­dać rów­nie dobrze. Nie­stety, nie wyglą­dała. Przy­kro o tym mówić, lecz wiek robi swoje. A tamta dziew­czyna była młoda. Sta­ra­łem się ukryć roz­cza­ro­wa­nie, zasy­pu­jąc Tanię kom­ple­men­tami, i, na szczę­ście, w nie uwie­rzyła. Oso­bi­ście wolał­bym, żeby dziś wsko­czyła w tę nie­bie­ską sukienkę – jest dłuż­sza i co naj­waż­niej­sze, zakrywa ramiona i kolana. Ale to nie­ważne. Tania wygląda na szczę­śliwą, a to jest dla mnie abso­lutny prio­ry­tet. Pro­mie­nieje i flir­tuje ze mną wzro­kiem. Lubię ją taką, bo dzięki temu prze­staje myśleć o fir­mie, debe­tach, kre­dy­tach, sal­dach i dywi­den­dach, czyli całej tej banal­nej nudzie, i sku­pia się na mnie.

– Wyglą­dasz abso­lut­nie genial­nie – mówię, cału­jąc ją w czu­bek głowy. Sie­dzi przy zasta­wio­nej kosme­ty­kami toa­letce i patrzy w lustro, w któ­rym krzy­żu­jemy wzrok. – Jesteś naj­pięk­niej­sza. Ide­alna.

Udaje spe­szoną, ale prze­cież wiem, że w środku aż ska­cze z rado­ści.

– Opo­wia­dasz bzdury. Ostat­nio za dużo pra­cuję, a to wszystko widać na twa­rzy. Zmę­cze­nie odkłada mi się w zmarszcz­kach. Tu, widzisz? Przy oczach.

– Nic takiego nie widzę – kła­mię jak z nut, ale z naj­lep­szymi inten­cjami. Prze­cież nie przy­taknę i nie powiem „No tak, przy­było ci parę bruzd”. Był­bym ostat­nim kre­ty­nem.

Tania sięga po per­fumy i zdej­muje z nich zatyczkę.

– Kłam­czuch. Ale to nie­ważne, te moje zmarszczki. Chcia­łam ci o czymś powie­dzieć.

– Mów, boska.

– Otóż doko­na­łam pew­nych pod­li­czeń. Ich wynik dał mi do myśle­nia. Prawdę mówiąc, jest wręcz prze­ra­ża­jący.

Na dźwięk słowa „pod­li­cze­nia” tro­chę mnie mrozi. Kolejne powo­dują, że zaczy­nam się pocić. Jeśli jej księ­gowa dopa­trzyła się, że ostat­nio tro­chę prze­sa­dzi­łem z wydat­kami, zwłasz­cza kupu­jąc te pie­kiel­nie dro­gie kije do golfa, to jestem ugo­to­wany.

– Poli­czy­łam, że przez ostatni rok połowę nocy spę­dzi­łam poza domem.

Muszę wyglą­dać, jak­bym wła­śnie zoba­czył ducha, bo Tania od razu robi skru­szoną minę.

– Wiem, wiem. To okropne. Ale czas na zmianę. Nie mówi­łam ci o tym wcze­śniej, bo chcia­łam, żeby to była dla cie­bie nie­spo­dzianka.

Nad­sta­wiam uszu.

– Jak wiesz, mój ojciec przy­pła­cił zdro­wiem to wieczne haro­wa­nie w fir­mie. Zaje­chał się na śmierć. Orga­nizm w końcu się zbun­to­wał i dopa­dła go cho­roba.

– Nie chcemy tego samego dla cie­bie – zapew­niam. Tania rzuca mi wdzięczne spoj­rze­nie i deli­kat­nie gła­dzi moją dłoń, którą trzy­mam na jej ramie­niu.

– Papa też by nie chciał. I jestem pewna, że poparłby to, co zamie­rzam zro­bić.

– Zamie­niam się w słuch.

– Otóż od pew­nego czasu pra­cuję nad nową struk­turą w Bel­le­Epo­que i jestem bli­ska końca pro­jektu.

– Struk­turą czego?

Tania uśmie­cha się słodko.

– Pracy, ma się rozu­mieć. Część moich obo­wiąz­ków przej­mie troje zastęp­ców.

– Do tej pory mia­łaś jed­nego.

– I dla­tego byłam wiecz­nie zmę­czona. Ale od czerwca to się skoń­czy. Wiesz, co to zna­czy?

Nie mam nawet sekundy, by odpo­wie­dzieć. Tania robi to za mnie:

– Każdy week­end będę spę­dzać tu, z tobą. Nie w hote­lach lub w obcych mia­stach. Cie­szysz się?

Patrzy na mnie z taką nadzieją, że musiał­bym nie mieć serca, żeby powie­dzieć coś innego ani­żeli: „Ogrom­nie!”.

– To taki mały pre­zent ode mnie dla nas obojga – mówi. – Mam już naprawdę ser­decz­nie dość tego poczu­cia winy, kiedy muszę zosta­wić cię samego, wsiąść do tak­sówki i pędzić na lot­ni­sko. Dla­tego koniec z tym.

– I nie zmie­nisz zda­nia, choćby cię bła­gali? – mru­czę jej do ucha, bo wiem, jak to lubi.

– Udam, że ich nie sły­szę. A skoro o zmia­nach mowa… Co powiesz na to, żeby­śmy wpro­wa­dzili do naszego życia jakiś nowy rytuał? Może każdy pią­tek w teatrze? Albo soboty za mia­stem? Cisza, natura, my…

Kiwam głową.

– Tylko we dwoje? Każdy week­end? Brzmi odlo­towo.

– I wie­czory. Zamie­rzam zamy­kać biuro naj­póź­niej o osiem­na­stej.

Jest tak pod­eks­cy­to­wana, że nie śmiem zmyć z twa­rzy uśmie­chu, który poja­wił się, kiedy zapy­tała, czy się cie­szę. Wykwitł, osiadł i został.

Odwra­cam więc wzrok od lustra i wycho­dzę z sypialni. Idę do gar­de­roby i zdej­muję z półki moje skó­rzane buty. Sia­dam na pufie i wiążę sznu­rówki. Sta­ram się nie patrzeć na Tanię, ale i tak kątem oka widzę, jak ta czer­wona plama zmie­rza w moim kie­runku. Tania zatrzy­muje się przy sąsied­nim regale i zaczyna prze­gląd tore­bek. Wybiera czarną z ceki­nami, potem wraca do sypialni, zapina na nad­garstku zega­rek i woła:

– Wie­dzia­łam, że się spóź­nimy! Możesz spraw­dzić, co z tą tak­sówką?

Uspo­ka­jam ją i mówię, że taryfa już na nas czeka.

Śpie­szymy się, ale Tania zatrzy­muje się jesz­cze na chwilę w przed­po­koju. Spraw­dza w lustrze, czy jej mister­nie upięty kok dobrze się trzyma i czy sukienka nie opina się za bar­dzo na brzu­chu. Ma tam małą fałdkę, ale oboje uda­jemy, że jej nie widzimy.

Wpi­suje czte­ro­cy­frowy kod do alarmu. To jej ojciec kazał go kie­dyś zain­sta­lo­wać. Nie mia­łem oka­zji go poznać, bo zmarł, zanim poja­wi­łem się w życiu jego córki. Z tego, co wiem, miał obse­sję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa. Jego ulu­bio­nym powie­dze­niem było „Kro­pla roz­wagi potrafi uga­sić morze kło­po­tów”. Tania powta­rza je pra­wie codzien­nie. Pod tym wzglę­dem stała się jego żywym klo­nem.

Po wci­śnię­cia krzy­żyka mamy minutę na opusz­cze­nie miesz­ka­nia, więc zgar­niam z wie­szaka mary­narkę i wycho­dzę na klatkę scho­dową. Drzwi zamy­kają się z cichym klik­nię­ciem zamka. Wycho­dzimy.

Zjeż­dżamy windą na par­ter, a chwilę póź­niej sie­dzimy już w tak­sówce. Nie jedziemy daleko, bo zale­d­wie kilka prze­cznic dalej, na Bracką, pod Vit­kaca. Wolał­bym zjeść kla­sycz­nego mek­syka z bur­rito i chili con carne, ale znowu udaję zachwyt. Jedze­nie w Con­cept 13 nie jest złe, ale gdy pierw­szy raz zoba­czy­łem wiel­kość tam­tej­szych por­cji, myśla­łem, że to żart – w sam raz dla kota. Spe­cjal­ność: kuch­nia mole­ku­larna – wiel­kie halo z powodu kro­pli musu na środku tale­rza. Ale Tania uwiel­bia takie dzi­wac­twa. Poza tym lubi, kiedy jedze­nie wygląda jak dzieło sztuki, a tam rze­czy­wi­ście robią z nim cuda. Więc jest cud­nie, choć skąpo.

Wjeż­dżamy na piąte pię­tro. Pogoda jest ładna, na dwo­rze jakieś dwa­dzie­ścia stopni, więc odru­chowo kie­ruję się na taras. Kiedy tu jadamy, zawsze sia­damy na powie­trzu. Ale Tania łapie mnie za rękę i pro­wa­dzi do stołu w kącie sali.

– Żar­tu­jesz?! – wołam na widok czwórki ludzi macha­ją­cych do nas zza stołu. W rękach trzy­mają balony i trans­pa­rent z napi­sem: „40-tka bez bólu sta­wów nie ist­nieje”. – Co ci przy­szło do głowy? Jak mogłaś zapro­sić tę bandę łobu­zów!

Widzę, jak na jej twa­rzy maluje się prze­ra­że­nie. Chyba nie­źle zagra­łem, bo oczy Tani robią się okrą­głe, a w kąci­kach coś zaczyna się szklić. Czuję, że jesz­cze moment, a doj­dzie do łza­wej masa­kry.

– Kocha­nie, prze­cież żar­tuję. – Przy­tu­lam ją natych­miast. – To był żart!

– Żart?

– No a co myśla­łaś. Że ja tak na serio? Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.

– Kie­dyś dostanę przez cie­bie ataku serca. Więc nie jesteś zły?

– Jestem zachwy­cony! Nie wiem, jak mam ci dzię­ko­wać. Jak udało ci się zebrać ich w środku tygo­dnia?

– Przy­znam, że łatwo nie było. Patrz tylko, jak się cie­szą, że cię widzą!

Roz­kła­dam ramiona i ści­skam się z każ­dym z nich po kolei.

– Naj­lep­szego, stary byku!

– Obyś wresz­cie zmą­drzał!

– Życzę panu dużo zdro­wia.

– Szczę­ścia, ojciec!

Dzię­kuję za życze­nia. Są śmie­chy, uści­ski, wszystko jak należy. Nawet wiążą mi przy krze­śle balony. Jeden z „40-tką”, drugi z dola­rami, trzeci z gołą babką. Raczej nie kupili go w skle­pie z dzia­łem dzie­cię­cym.

Wychwy­tuję pełne uwiel­bie­nia spoj­rze­nie Tani. Jest auten­tycz­nie wzru­szona, że ma nas, kil­koro bli­skich jej osób. Bo przez czter­dzie­ści osiem lat nie miała przy sobie nikogo takiego. Oczy­wi­ście poza ojcem i Kingą.

Teraz ma nas. A przede wszyst­kim ma mnie, czyli – jak sama lubi powta­rzać – ma wszystko.

Kinga

Są dwie teo­rie na temat spóź­nia­nia się na spo­tka­nie. Obie wymy­ślili psy­cho­lo­go­wie, moi kole­dzy po fachu. Pierw­sza mówi, że spóź­nial­scy sabo­tują sami sie­bie – nie doce­niają wła­snej war­to­ści, źle zarzą­dzają cza­sem i przez to sami utrud­niają sobie życie. Ma to sens, cho­ciaż mnie coś w tym zgrzyta i nie do końca w to wie­rzę, mimo że to twier­dze­nie opiera się na bada­niach. Druga teo­ria bar­dziej do mnie prze­ma­wia: spóź­nial­scy łakną uwagi i chcą swoim wej­ściem zro­bić wiel­kie „Wow”.

Tania i Borys są tego dosko­na­łym przy­kła­dem. Na ich widok, odpi­co­wa­nych tak, że mucha nie siada, wszy­scy robimy prze­cią­głe „Wooow”. Ale to ich dzień i ich święto, więc tak należy. Poza tym nikt nie ma pre­ten­sji o te pół godziny cze­ka­nia. Wszy­scy wiemy, jak bar­dzo zabie­gana jest Tania.

Teraz też się tłu­ma­czy:

– Musia­łam zostać do połu­dnia w fir­mie, więc led­wie się wyro­bi­łam. Pew­nie umie­ra­cie z głodu. Dali wam cho­ciaż przy­stawki?

Krę­cimy prze­cząco gło­wami.

– Tylko wino.

Tania marsz­czy lekko brwi. Jest gospo­dy­nią wie­czoru, więc czuje się w obo­wiązku wszystko napra­wić, i to natych­miast.

– Zaraz zawo­łam kel­nerkę – mówi, a w jej oczach bły­ska zna­jomy ognik ener­gii, który zawsze poja­wia się, gdy przej­muje kon­trolę. – A tak w ogóle to zdą­ży­li­ście się już poznać?

Cho­dzi jej o dwoje mło­dych ludzi sie­dzą­cych po prze­ciw­nej stro­nie stołu, na wprost mnie i mojego męża Pio­tra. Kiedy tylko tu weszli, od razu zajęli krze­sła sto­jące tyłem do okna, a przo­dem do wej­ścia – jakby chcieli mieć na oku wszyst­kich wcho­dzą­cych.

To pierw­szy raz, kiedy spo­ty­kamy się twa­rzą w twarz z synem Borysa, Huber­tem, i jego dziew­czyną, Arletą. On jest chu­dym i nie­wy­so­kim sza­ty­nem z wło­sami do ramion – są byle jak obcięte i zasła­niają mu pół twa­rzy. Do tego jest blady jak szpi­talna ściana. Arleta to zupeł­nie inny typ – to sek­sowny kociak o ciem­no­brą­zo­wych puklach się­ga­ją­cych pasa, uło­żo­nych w hol­ly­wo­odz­kie łagodne fale. Cerę ma por­ce­la­nową, a usta poma­lo­wane bor­dową pomadką. Jest ubrana w czarną sukienkę obfi­tu­jącą w koron­kowe prze­świty. Ewi­dent­nie lubi się wyróż­niać. On ma na sobie pro­ste dżinsy i białą koszulę, jakby zaraz miała się zacząć Wigi­lia. Pasują do sie­bie jak pięść do nosa. Łączy ich jedy­nie wiek i – co widać od razu – sza­le­jące hor­mony. Cią­gle się doty­kają. Wła­ści­wie to ona dotyka jego; po ple­cach, dło­niach i, dys­kret­nie, ale jed­nak, po udach, a on nie pro­te­stuje. Ma minę chłopca, który nie do końca wie­rzy w swoje szczę­ście. Bo ona, mimo całego swego wyuz­da­nia, jest naprawdę ładna.

Ile mogą mieć lat? Dwa­dzie­ścia? Dwa­dzie­ścia dwa? Borys musiał go spło­dzić, kiedy sam miał jesz­cze mleko pod nosem. Mło­dzień­cza głu­pota – dziecko zro­biło dziecko.

Piotr kiwa głową, że tak, że już zdą­ży­li­śmy zamie­nić ze sobą kilka zdań. Dorzuca przy tym, że Hubert jest bar­dzo podobny do Borysa. Moim zda­niem w ogóle nie jest. Chło­pak nie przy­po­mina swo­jego ojca w niczym. Ale Piotr lubi mówić ludziom miłe rze­czy, a prze­cież każdy rodzic czuje się połech­tany takim porów­na­niem.

Borys też jest dumny z syna.

– Młody to moja krew! Udał mi się synek!

Pokle­puje przy tym chło­paka po karku.

Zmie­niamy temat i zaczy­nam mówić o tym, że wraz z Pio­trem pla­nu­jemy wyjazd do Toska­nii. Mój mąż jest pisa­rzem i szuka natchnie­nia. Tu, w Pol­sce, nie potrafi go zna­leźć. Więc może z dala od domu, w wyna­ję­tym na mie­siąc pokoju z wido­kiem na win­nicę, uda mu się zła­pać wenę. A mnie też przy­da­dzą się waka­cje, bo to, co robię, daje mi się mocno we znaki. Temat „pomoc mło­dym ludziom w kry­zy­sie psy­chicz­nym” jest jed­nak dość przy­gnę­bia­jący, więc szybko go zamy­kamy. W końcu przy­szli­śmy tu po to, aby świę­to­wać, a nie narze­kać. Dla mnie jed­nak waż­niej­sze od uro­dzin Borysa jest spo­tka­nie z Tanią – tak dawno się nie widzia­ły­śmy, że nie możemy się sobą nacie­szyć i na sie­bie napa­trzeć. Ona znów tro­chę schu­dła, a ja też dość mocno zmie­ni­łam swój wygląd.

– Ach, te twoje włosy! Wresz­cie prze­ko­na­łaś się do loków i widzisz, jak ci w nich dobrze? Ni­gdy wię­cej ich nie pro­stuj! Obie­caj! Prawda, kocha­nie, że teraz Kinga wygląda jak Car­rie Brad­show? Ta z Seksu w wiel­kim mie­ście. Odda­ła­bym życie za takie włosy!

Borys udaje, że zanie­mó­wił z wra­że­nia. Kła­dzie dłoń na pier­siach i otwiera sze­roko usta, jakby nagle prze­stał oddy­chać. To jego stary numer i wyko­nuje go po mistrzow­sku. Wie, że zawsze mnie to bawi.

– Oddy­chaj – mówię z uśmie­chem i trą­cam go w ramię, żeby prze­stał, bo z tego zachwytu gotów się udu­sić. – Nie możesz umrzeć w swoje uro­dziny, to by dziw­nie wyglą­dało na nagrobku. Wyobra­żasz sobie ten napis?

Łapie wresz­cie powie­trze i mówi:

– Może gdy­bym umarł, Piotr miałby wresz­cie jakiś cie­kawy temat do swo­jej książki. Powiedz mi, co jest z nim nie tak, że za cho­lerę nie może się prze­bić z tymi swo­imi kry­mi­nał­kami?

Piotr udaje, że tego nie sły­szy, a ja udaję, że mnie to bawi, choć czuję, jak rośnie mi ciśnie­nie. Kwe­stia kariery pisar­skiej mojego męża w ogóle mnie nie śmie­szy. To raczej pole minowe, po któ­rym trzeba wie­dzieć, jak stą­pać, aby Piotr nie popadł w depre­sję. Jesz­cze mniej bawi mnie to, że Borys pod przy­krywką żartu pró­buje mu dopiec. Nie wiem tylko za co ani po co. Może dla­tego, że w prze­ci­wień­stwie do niego Piotr usi­łuje zro­bić coś sen­sow­nego ze swoim życiem. Nie­ważne, że sku­tek jest marny. Ważne, że pró­buje. A Borys? Sta­ram się być dla niego uprzejma, ale prawda jest taka, że to dupek. Jedyne, czym się może pochwa­lić, to ten uśmiech wiecz­nego chłopca i żona, która ogar­nia całą firmę, dom i jego zachcianki. Gdyby nie Tania, nie byłoby ani szynki w lodówce, ani per­fum Diora w łazience. Czuła się tak zmę­czona samot­no­ścią, że zako­chała się w nim bez pamięci.

Teraz też wpa­truje się w niego oczami peł­nymi miło­ści. Są po ślu­bie dopiero rok, więc może dla­tego. W każ­dym razie w tej chwili widzę ją auten­tycz­nie szczę­śliwą.

Się­gam po dzba­nek z wodą i pytam, komu nalać, bo chcę jak naj­szyb­ciej zatrzeć ślad po tym nie­mi­łym dla Pio­tra incy­den­cie. Każdy pod­suwa swoją szklankę, poza Bory­sem. Już nie zwraca na mnie uwagi. Jest zajęty roz­mową z synem. Ta roz­mowa jest bar­dzo cicha, wła­ści­wie to szept. Do tego musi być poważna, bo Borys co pewien czas napręża palce rąk, jakby były pod napię­ciem. Docie­rają do mnie jedy­nie skrawki sylab, więc nawet nie pró­buję zgad­nąć, o co cho­dzi.

Odsta­wiam dzba­nek i szu­kam wzro­kiem Tani, ale ni­gdzie jej nie ma. Pew­nie poszła szu­kać kel­nerki, żeby ta zebrała wresz­cie nasze zamó­wie­nia.

– Pan podobno jest pisa­rzem? – sły­szę nagle głos Arlety. – Co pan pisze? Kry­mi­nały, naprawdę? Eks­tra! Może jakiś czy­ta­łam? Niech mi pan poda jakiś tytuł. No nie­stety… nie koja­rzę. Wie pan, co sły­sza­łam o auto­rach kry­mi­na­łów? Że potra­fią wymy­ślać plan zbrodni abso­lut­nie wszę­dzie. Niech się pan przy­zna, pan też to robi? Może nawet teraz coś cho­dzi panu po gło­wie?

– Nie… Tu nie da się nic wymy­ślić. Ale masz rację. Wszystko może stać się inspi­ra­cją.

– Nawet ja?

– To zależy, co masz do zaofe­ro­wa­nia.

– O, bar­dzo dużo. Pan nie wie, ale ja też jestem artystką. Aktorką. Jesz­cze nie zawo­dową, jed­nak już nie­długo dostanę rolę w pew­nym dużym przed­się­wzię­ciu. Tylko naj­pierw muszę przejść casting. Boże, jak ja marzę o tej roli! Dała­bym się dla niej pociąć. Tam też jest zbrod­nia, wie pan? Pan ni­gdy nie myślał o napi­sa­niu sce­na­riu­sza do filmu? To by dopiero było, gdy­by­śmy pew­nego dnia spo­tkali się na pla­nie.

Jest głodna suk­cesu. Nie­ważne, że nikt ni­gdy o niej nie sły­szał. Jesz­cze usły­szy. Jest młoda, zde­ter­mi­no­wana i wygląda zja­wi­skowo. Wystar­czy, że pozbę­dzie się tej swo­jej pseu­do­gwiaz­dor­skiej maniery, jaką jest cią­głe odgar­nia­nie do tyłu wło­sów. Arleta robi to powol­nym, teatral­nym gestem, wygi­na­jąc szyję i lekko roz­chy­la­jąc usta. Za wszelką cenę chce sku­pić na sobie uwagę nawet tutaj, w zwy­kłej restau­ra­cji. Jest w pełni świa­doma swo­jej urody jako kobieta, ale mniej pewna wła­snej war­to­ści jako czło­wiek. Od razu widać, że ma w sobie jakiś emo­cjo­nalny brak, który pró­buje zakryć efek­ciar­stwem i prze­ry­so­wa­nym wdzię­kiem.

Piotr nato­miast jest face­tem, a faceci dają się zła­pać na ładne oczy, ochy i achy. To zawsze działa bez pudła. Zain­te­re­so­wa­nie dziew­czyny schle­bia mu na tyle, że nie umie sobie z nim pora­dzić. Strzela kost­kami pal­ców, spraw­dza też, czy jego włosy zwią­zane na czubku głowy w kitkę przez przy­pa­dek nie odpa­dły. Oka­zuje się, że są na miej­scu. Tro­chę to wszystko zabawne, a tro­chę żało­sne. Łapię się na tym, że czuję ukłu­cie zazdro­ści, choć nie powin­nam. Prze­cież po kola­cji każde z nas rozej­dzie się w swoją stronę.

– Zoba­czymy – odpo­wiada Piotr, dorzu­ca­jąc filu­terny uśmiech.

– Byłoby nie­sa­mo­wi­cie! Wie pan, że ni­gdy wcze­śniej nie pozna­łam żad­nego pisa­rza. Ile pan wydał ksią­żek?

Arleta okręca sobie wokół palca pasmo wło­sów i wpa­truje się w niego wzro­kiem zauro­czo­nego cie­lę­cia.

– Cztery, więc można powie­dzieć, że dopiero star­tuję.

– Cztery to bar­dzo dużo! – Oczy dziew­czyny robią się okrą­głe. – Ja nie umia­ła­bym napi­sać nawet jed­nej strony!

Na usta ciśnie mi się „Nie­moż­liwe”, ale posta­na­wiam trzy­mać język za zębami.

Arleta już nabiera powie­trza, gotowa na kolejne pyta­nie, ale na szczę­ście w tym momen­cie wraca Tania. Tuż za nią drep­cze kel­nerka, nio­sąc karty dań i elek­tro­niczny notes.

Zaczyna się rytuał wyboru – absur­dal­nie długi moment, w któ­rym każdy głowi się nad tym, czy posta­wić na gril­lo­waną ośmior­nicę, czy może jed­nak na żebro wołowe. Roz­wa­ża­nia nad menu mają w sobie coś z egzy­sten­cjal­nej decy­zji – jakby od tego, co trafi na talerz, zale­żała reszta naszego życia.

Tylko Hubert nie wydzi­wia. Od razu mówi, że na główne danie chce kre­wetki w bia­łym winie, a na deser ser­nik. To w ogóle jedyne, co wypo­wiada na głos, bo wcze­śniej albo mil­czał, albo szep­tał o czymś z ojcem. Po zło­żo­nym zamó­wie­niu ponow­nie wyco­fuje się z dys­ku­sji. Widać, że nie chce, aby kto­kol­wiek zwra­cał na niego uwagę. Unika kon­taktu wzro­ko­wego, co przy tak dłu­gich wło­sach nie jest aku­rat wyzwa­niem. Im dłu­żej go obser­wuję, tym bar­dziej czuję, że ma w tym swój cel. To tro­chę dziwne dla ludzi w jego wieku. Mło­dzi zwy­kle chcą być zauwa­żeni, dla­tego są gło­śni i eks­pre­syjni. Jak Arleta. A on? On chowa się w sko­ru­pie ciszy i braku uwagi, bo tam jest mu dobrze i bez­piecz­nie. Jakby chciał być nie­wi­dzialny.

Więc nie, zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mina swo­jego ojca.

Coś mnie intry­guje w tym chło­paku, kiedy tak na niego patrzę. Coś nie­po­koi. Poczu­łam to od razu, jak tylko się ode­zwał w spra­wie tych kre­we­tek i ser­nika. Nie potra­fię jed­nak tego nazwać, przy­naj­mniej na razie.

Arleta

Zwy­kle nie impre­zuję z ludźmi w wieku moich rodzi­ców. Towa­rzy­stwo przy­po­mina raczej skład rady osie­dla ani­żeli ekipę, z którą można się dobrze bawić. Jestem tu tylko dla Huberta, a on z kolei jest tu dla swo­jego ojca, któ­remu wła­śnie stuk­nęła czter­dziestka. Czwórka z przodu ozna­cza jedno: facet ofi­cjal­nie prze­kro­czył strefę cie­nia. Nie rozu­miem, co tu świę­to­wać i z czego się cie­szyć, no ale skoro musi… Reszta gości już od dawna rezy­duje w tej stre­fie, więc spę­dze­nie z nimi kilku godzin to jak oglą­da­nie filmu, któ­rego treść i finał zna się na pamięć – czło­wiek tylko czeka, aż zaczną lecieć napisy koń­cowe.

Z góry wiem, o czym będą gadać: o wypa­le­niu w pracy, o roz­wo­dach wśród zna­jo­mych i o cudow­nym dzia­ła­niu na jelita płat­ków owsia­nych wrzu­ca­nych na natu­ralny jogurt. Całe szczę­ście, że nikt tu nie ma małych dzieci, bo wje­cha­łoby jesz­cze ząb­ko­wa­nie i kącik opo­wie­ści o pie­lu­chach i śpie­wa­ją­cych noc­ni­kach. Ale o jeli­tach to na bank będzie gadane. Dla­tego umó­wi­li­śmy się z Huber­tem, że odkle­piemy dwie, góra trzy godziny i się ulot­nimy. Trzeba tylko zna­leźć dobrą wymówkę. Wcho­dząc tu, jesz­cze jej nie wymy­śli­li­śmy, ale kiedy usły­sza­łam, że Hubert zama­wia kre­wetki, po któ­rych zawsze ma rewo­lu­cję w żołądku, i do tego ser­nik, mimo że nie tole­ruje lak­tozy – od razu wie­dzia­łam, że mamy plan – zro­zu­mia­łam, że wyj­ście awa­ryjne już jest. Hubert lubi od czasu do czasu iść na całość. Tym razem poszedł wyjąt­kowo ostro. Na moje oko wyj­dziemy stąd zaraz po wrę­cze­niu pre­zen­tów, czyli za jakieś pół­to­rej godziny.

Póki co impreza się nie klei. Pró­bo­wa­łam poga­dać przez chwilę z typem kreu­ją­cym się na wiel­kiego pisa­rza. Ni­gdy o nim nie sły­sza­łam. Wydał cztery książki, ale z tego, co zro­zu­mia­łam, wszyst­kie zali­czyły twarde lądo­wa­nie. Mimo to pró­bo­wa­łam się tro­chę nim poza­chwy­cać, jakby miał co naj­mniej per­spek­tywę na lite­rac­kiego Nobla. Zawsze to pod­bu­do­wuje arty­stów, więc chcia­łam być miła. Kobieta, z którą przy­szedł, nie wyglą­dała na zachwy­coną moim uda­wa­nym entu­zja­zmem, więc szybko spa­so­wa­łam. Niby psy­cho­log, a jed­nak nie potrafi ukryć zazdro­ści. Żenu­jące.

Tak naprawdę nie mam tu z kim gadać. Tylko Tania jest spoko, ale dziś jest lekko zago­niona.

– Wyj­dziemy na taras? – Hubert wyrywa mnie z zamy­śle­nia nad nędzą tej całej sytu­acji. – Tyłek mnie boli od tego sie­dze­nia, a jedze­nie i tak przy­niosą dopiero za jakieś dwa­dzie­ścia minut.

Taras wydaje się super opcją. Wycho­dzimy pod pre­tek­stem zapa­le­nia papie­rosa. Choć Tania staje na gło­wie, by roz­ru­szać towa­rzy­stwo, atmos­fera zgęst­niała i wisi jak dym nad sceną. Pew­nie przez to dogry­za­nie Pio­trowi przez Borysa. Wystar­czyło jedno głu­pie zda­nie, a kli­mat bez­pow­rot­nie siadł.

Kiedy prze­kra­czamy próg tarasu, nikt nie odpro­wa­dza nas wzro­kiem. Z wyjąt­kiem Kingi. Jej spoj­rze­nie sunie za nami jak cień. Patrzy głów­nie na Huberta. Nie w spo­sób roman­tyczny, cho­ciaż wiem, że star­sze kobiety lubią sobie fan­ta­zjo­wać o młod­szych face­tach. Tu cho­dzi o coś zupeł­nie innego.

Zamy­kam za nami szklane drzwi.

– Kinga wyraź­nie się tobą inte­re­suje – mówię, nie spusz­cza­jąc wzroku z jej syl­wetki za szybą. – Wiesz, co tu jest grane?

– Może się jej podo­bam.

Hubert wzru­sza ramio­nami, robi dziwną minę, która ma być zabawna, i patrzy w dół, na sunące ulicą samo­chody.

Zapa­lam papie­rosa i roz­glą­dam się za popiel­niczką. Żad­nej tu nie ma, skła­dam więc na pół restau­ra­cyjną ser­wetkę i w nią strzą­sam popiół.

– Nie lubię wścib­skich ludzi, a ona mi na taką wygląda. Myślisz, że każdy tera­peuta taki jest? – pró­buję ponow­nie zaga­dać.

– Psy­cho­log.

– Co?

– Jest psy­cho­lo­giem, nie tera­peutką.

– Co za róż­nica. Jedni i dru­dzy lubią wści­biać nos w nie swoje sprawy. Kiedy ci powie­działa, że jest psy­cho­lo­giem, bo nie sły­sza­łam?

– Nie wiem… Nie pamię­tam… Jakoś mię­dzy sło­wami.

– Mię­dzy sło­wami? Prze­cież nie zamie­ni­łeś z nią ani jed­nego.

– Wylu­zuj, Mała. Czy to ważne?

– Bo ja wiem. Chyba nie.

– To odpuść. Nie masz więk­szych zmar­twień?

Nie idzie mi ten papie­ros. Oddaję nie­do­pa­łek Huber­towi. Koń­czy go trzema solid­nymi machami.

Od kiedy weszli­śmy do Vit­kaca, jest napięty. Ni­gdy nie był duszą towa­rzy­stwa, ale teraz to już prze­gina.

– Tania jest nie­sa­mo­wita. Naprawdę się posta­rała – zmie­niam temat, widząc, jak do sto­ją­cego w restau­ra­cji for­te­pianu zasiada star­szy męż­czy­zna w ciem­nym gar­ni­tu­rze. – Zapo­wiada się muzyka na żywo.

Po chwili docie­rają do nas pierw­sze dźwięki Fly Me to the Moon Sina­try.

Pia­ni­sta gra naprawdę dobrze, czym nam obojgu popra­wia humor. Obej­muję Huberta w pasie i zaczy­namy się kiwać mia­rowo na boki. Przez chwilę jest jak w La La Land – ist­nie­jemy tylko my dwoje, a reszta świata gdzieś znika. Hubert, tro­chę sztywny, dep­cze mi po sto­pach, ale i tak jest mi dobrze. Nasz taniec nie trwa nie­stety długo. Kiedy koń­czy się Fly Me, sły­szymy puka­nie w szybę. Tania woła nas na obiad. Wła­śnie podano zupę.

Piotr

Kiedy wra­cam z WC, wszy­scy sie­dzą już nad tale­rzami z zupą, ale nie jedzą. Cze­kają. Chyba na mnie, bo tak wypada, żeby­śmy zaczęli jeść jed­no­cze­śnie. Mamy być zgrani jak pły­waczki syn­chro­niczne.

– Wygląda na to, że czas w ubi­ka­cji bie­gnie wol­niej niż tutaj – silę się na cienki żart.

Tania patrzy na mnie wyro­zu­miale i uśmie­cha się uprzej­mie.

– Sia­daj i jedzmy już, bo zaraz wszystko wysty­gnie.

Nim zdążę pod­nieść łyżkę, Kinga dorzuca swoje:

– Piotr od pew­nego czasu prze­stał patrzeć na zega­rek.

Fakt, prze­sta­łem. Tylko po co o tym opo­wia­dać.

– Zamie­rzasz żyć jak hipis? – Tania ociera usta ser­wetką. – Też pró­bo­wa­łam, ale pole­głam. Nie przy tym cią­głym koł­cho­zie, jaki mam w fir­mie.

– U cie­bie przy­naj­mniej coś się dzieje. Mnie cho­dzi raczej o twór­czą ener­gię. Muszę wresz­cie zwol­nic blo­kadę, a pre­sja czasu i życie według zegara robi z niej totalną mia­zgę.

Borys ma minę, jakby chciał powie­dzieć: „Prze­cież ty nie masz żad­nej ener­gii, czło­wieku”. Tania też to widzi. I, o ile ją znam, zaraz będzie pró­bo­wała rato­wać sytu­ację.

– To jakaś nowa teo­ria? Nie sły­sza­łam.

– Bro­no­wicz tak uważa – Kinga znów wyrę­cza mnie w odpo­wie­dzi.

– Ten pisarz?

– Wybił się ostat­nio. Przez tyle lat nikt o nim nie sły­szał i nagle bum! Jego ostat­nia książka miała aż trzy dodruki, nie­źle, co? Facet chwali się, że sprze­dał milion egzem­pla­rzy po pol­sku i angiel­sku, bo za gra­nicą też go wydają. Teraz śmieje się w twarz tym, któ­rzy przez lata byli na pisar­skim świecz­niku, a jego mieli za gra­fo­mana. Więc nic dziw­nego, że Piotr ma go za guru.

Mam ochotę kop­nąć ją pod sto­łem w kostkę. Nie zno­szę, jak publicz­nie robi się ze mnie pisar­ską kary­ka­turę – kogoś, kto nie ma wła­snego pomy­słu na sie­bie i zrzyna go od innych.

– Ostat­nio był z nim wywiad w tele­wi­zji. Dzien­ni­karz zapy­tał, co pomaga mu w pracy, a ten powie­dział, że odkąd powy­rzu­cał z domu wszyst­kie zegary, czuje się wolny, a jego pisar­ska fan­ta­zja po pro­stu sza­leje. Pew­nie nie wie­cie, ale Piotr…

– Kocha­nie, oni nie chcą tego słu­chać – prze­ry­wam jej w pół zda­nia.

Mówię na tyle ostro, że powinna wyczuć mój nastrój.

– …Piotr kolek­cjo­nuje rady wszyst­kich zna­nych pisa­rzy – Kinga mówi dalej, bez­tro­sko wyma­chu­jąc łyżką. – Zało­żył nawet spe­cjalny notes, w któ­rym je zapi­suje. Ma nadzieję, że któ­raś w końcu zadziała.

Śmieje się przy tym, bo to prze­cież bar­dzo śmieszne. Jej kie­li­szek po winie jest pusty, więc już łapię, skąd ten dobry humor. Na trzeźwo by mi tego nie zro­biła. Poza nią nie śmieje się nikt, nawet Borys, choć ni­gdy nie prze­pusz­cza oka­zji, żeby po mnie poje­chać.

– Chcia­łam tylko powie­dzieć, że nie ma nic złego w szu­ka­niu inspi­ra­cji u lep­szych od sie­bie.

Niech mnie naj­le­piej pode­pnie do dwóch koni i roze­rwie na pół – i tak będzie mniej bolało. Teraz czuję się wręcz podle. Pozo­stała czwórka rów­nież wyczuwa nie­zręcz­ność sytu­acji, dla­tego udają, że są śmier­tel­nie sku­pieni na tym, co mają w taler­zach. Sie­dzą ze schy­lo­nymi gło­wami i wio­słują w mine­strone.

– Ja tam pana rozu­miem – odzywa się nagle Arleta. – Też dała­bym wszystko za prze­pis na suk­ces. Jeśli ktoś już go zna­lazł, to czemu z niego nie sko­rzy­stać.

W jej okrą­głych, ciem­nych oczach widzę, że jest po mojej stro­nie. Czeka, aż jej podzię­kuję, ale nie zamie­rzam brnąć w tę dys­ku­sję. Też chwy­tam za łyżkę i zanu­rzam ją w zupie.

– Piotr nic innego nie mówi, jak tylko „Muszę dołą­czyć do pisar­skiej elity, muszę dołą­czyć do pisar­skiej elity” – Kinga wciąż się roz­kręca. Kładę dłoń na jej dłoni i lekko ją zaci­skam, co powinna ode­brać jako jasny sygnał, że ma zamknąć buzię. Ale naj­wy­raź­niej wciąż nie rozu­mie, jak bar­dzo mnie ośmie­sza. – Nie może prze­bo­leć, że nikt go nie doce­nia. Aż mi go szkoda.

Czuję, jak wszystko się we mnie zaci­ska. Na ratu­nek idzie mi tym razem Tania.

– To tylko kwe­stia czasu. Piotr ma talent, a to naj­waż­niej­sze. Poza tym żaden arty­sta nie ma dziś łatwo.

Arleta przy­ta­kuje z aktor­ską inten­syw­no­ścią.

– Wła­śnie. Ze mną jest podob­nie – mówi, patrząc mi pro­sto w źre­nice. – Ja czuję to samo. Brak suk­cesu potrafi czło­wieka wypa­tro­szyć z chęci robie­nia cze­go­kol­wiek. Ale nie wolno się pod­da­wać. Ni­gdy.

Jest zabawna w tym swoim zacię­ciu.

– Coś panu powiem – cią­gnie dalej. – Teraz są takie czasy, że wystar­czy jedno zda­rze­nie, by wypły­nąć. Jedno, ale za to mocne. Takie, żeby wszy­scy je zapa­mię­tali. Coś, co wyrwie ludzi z butów, rozu­mie pan? A potem to już samo­graj. Niech tylko media połkną haczyk, a zaczną dziać się cuda.

Ame­ryki nie odkryła. Tylko że ja żad­nym skan­da­li­stą nie jestem. A może jed­nak nade­szła pora, żebym wresz­cie odpa­lił jakąś bombę? Co by było, gdy­bym zamiast pisać o zbrod­niach, jakąś popeł­nił? Choćby za to, co wła­śnie usły­sza­łem z ust mojej żony.

To oczy­wi­sty żart. Nie wiem, co musia­łoby się naprawdę stać, żebym posu­nął się do osta­tecz­no­ści.

A mine­strone jest pierw­sza klasa.

Hubert

Mój nastrój jest dziś mocno koślawy, i to od samego rana. Od lat śpię płytko i krótko, ale ostat­nia noc dała mi wyjąt­kowo w dupę. Nie­po­trzeb­nie wypa­li­łem zioło. Gene­ral­nie już nie palę, ale tym uro­dzi­no­wym spo­tka­niem tak się spią­łem, że dla wylu­zo­wa­nia zapa­li­łem. Wtedy się zaczęło. Obla­zły mnie kosz­mary i migawki z prze­szło­ści. Powra­ca­jące obrazy i dźwięki – sze­lest mate­raca, blu­zgi docho­dzące zza ściany i obrzy­dliwy zapach chloru do dezyn­fek­cji łazienki.

Chcia­łem się znie­czu­lić, a wyszło na odwrót. Takie spędy po pro­stu są nie dla mnie. Dużo bar­dziej wolę samot­ność i ciszę. Ewen­tu­al­nie mogę jesz­cze pobu­jać się z Arletą, ale i to nie zawsze. Pro­blem w tym, że dziew­czyny jak już zła­pią faceta, to lubią sie­dzieć mu na gło­wie od rana do nocy. Na szczę­ście Arleta umie sobie zor­ga­ni­zo­wać dzień. Gania na castingi do fil­mów, tele­wi­zji i tele­dy­sków. Wszę­dzie się wci­ska. A jak nie gania na te prze­słu­cha­nia, to uczy się na pamięć tek­stów i ról, a potem wrzuca te nagra­nia na YouTube. Ma nadzieję, że jakiś sławny reży­ser ją tam zauważy i zaan­ga­żuje do roli. Twier­dzi, że dzięki temu robi sobie wie­lo­po­zio­mowe port­fo­lio. I niech robi, wiem, że to ją strasz­nie kręci. W każ­dym razie potrafi zająć się sobą. Jest ide­alną part­nerką i razem mieszka się nam ele­gancko.

Co innego sie­dze­nie kilka godzin w gru­pie ludzi, któ­rzy będą pró­bo­wali ze mną o czymś roz­ma­wiać. Już samo myśle­nie o tym zerwało mi sen z powiek. Lekarz pew­nie stwier­dziłby u mnie ner­wicę. Dla­tego musia­łem zapa­lić.

I jesz­cze ten Vit­kac. Nie przy­wy­kłem do ele­ganc­kich lokali. Czuję się w nich total­nie głu­pio, jak dre­siarz na gali ope­ro­wej. Knajpa z tara­sem i pia­ni­stą zde­cy­do­wa­nie nie jest dla mnie. Już dużo lep­sze są ciemne parki albo ciche cmen­ta­rze. Wszel­kie miej­sca, gdzie nie ma tłu­mów. Ale jestem tu. Dla­tego, gdy tylko poja­wiła się opcja, żeby wyjść z sali na powie­trze, od razu ruszy­łem tyłek.

Na tara­sie nie ma nikogo, czyli jest tak, jak lubię. Do tego powie­trze pach­nie latem i roz­grza­nym asfal­tem. To dobry zapach, o wiele lep­szy od tego, który czu­łem przez sześć lat, będąc w zupeł­nie innym miej­scu. Tam waliło na zmianę potem, rzy­go­wi­nami i pły­nem do dezyn­fek­cji. Tam­ten smród wżarł mi się w pamięć jak tatuaż pod skórę. Więc, dla kon­tra­stu, zapach miej­skiego asfaltu to praw­dziwe per­fumy.

Na powie­trzu od razu mi lepiej. Arleta chce zatań­czyć i przy oka­zji pstryk­nąć sobie kilka zdjęć do port­fo­lio. Godzę się, ale pod warun­kiem że nie będzie mnie w kadrze. Plecy lub tył głowy mogę poka­zać, ale nie twarz.

Kiwamy się tro­chę na boki, do przodu i w tył, póki Tania nie zawoła nas do stołu. Sia­dam nad zupą, odru­chowo zasła­nia­jąc ręką talerz. Cofam ją dopiero po tym, jak ojciec chrząka do mnie zna­cząco. Tu nie trzeba wal­czyć o jedze­nie, ale wygląda na to, że chyba ni­gdy nie wyzbędę się tego obcia­cho­wego nawyku. Na wszelki wypa­dek wsu­wam lewą rękę mię­dzy uda, by się wię­cej nie wygłu­pić.

Ojciec jesz­cze przez chwilę patrzy na mnie czuj­nie, jak na jakiś ładu­nek wybu­chowy. Dla jasno­ści – rozu­miem go. Nie chce, żebym wyrwał się z czymś, co schrzani to przy­ję­cie. A ja… ja po pro­stu chcę je prze­trwać.

Zaraz po zupie przy­no­szą dru­gie dania. Dla mnie to ulga. Nie ma czasu na roz­mowy, bo w kli­ma­ty­zo­wa­nej sali wszystko szybko sty­gnie. Każdy sku­pia się więc na tym, co ma na tale­rzu. Ja mam kre­wetki, które nadzie­wam na wide­lec i wsu­wam jedną po dru­giej. Cze­kam, aż zacznie mi się robić od nich nie­do­brze. Wtedy się stąd zwinę.

Zabawa w tru­cie żołądka trwa w naj­lep­sze, kiedy kątem oka wychwy­tuję zacie­ka­wione spoj­rze­nie Kingi. Myśli, że tego nie zauwa­żam, bo nawija o jakimś pisa­rzu, a do tego jest napruta winem. Ale ja widzę to dosko­nale. Arleta miała rację, ewi­dent­nie mnie ska­nuje. Czuję, że zaczy­nam się pocić.

Poły­kam ostat­nią z kre­we­tek i odkła­dam wide­lec na talerz.

– Wiesz już, co chcesz dostać na uro­dziny? – rzu­cam w stronę ojca, by prze­kie­ro­wać uwagę ze mnie na niego.

Ojciec nie jest jak każdy nor­malny czło­wiek. Nie cie­szy się z goto­wych nie­spo­dzia­nek i nie roz­pa­ko­wuje pre­zen­tów, zry­wa­jąc z nich kolo­rowy papier.

– No wła­śnie, wymy­śli­łeś już coś? – dołą­cza się Tania. Wpa­truje się w niego z tkli­wym uśmie­chem, gotowa speł­nić każde jego marze­nie. – Mów! Wszy­scy jeste­śmy cie­kawi, co ci cho­dzi po gło­wie.

Ojciec chwilę mil­czy, ale i tak dosko­nale wiem, czego chce. O czar­nym Porsche Cay­enne nawi­jał mi chyba ze sto razy. Ale nie wykrztusi tego tutaj, przy wszyst­kich. Tania ma wpraw­dzie kasy jak lodu, ale są dopiero rok po ślu­bie, więc wypa­da­łoby zacho­wać pozory przy­zwo­ito­ści. Nie obsku­bie jej prze­cież na star­cie na pół miliona. Człon­ko­stwo w klu­bie teni­so­wym, fir­mowe zegarki i skoki spa­do­chro­nowe – to jesz­cze ujdzie. Ale Porsche? Na to musi pocze­kać kolejny rok albo i nawet cztery, do peł­nej, pią­tej rocz­nicy. No chyba że Tania nagle umrze i zostawi mu w spadku całą górę hajsu.

– Może was zasko­czę, ale… nie chcę nic – mówi w końcu.

Kinga i Piotr nie wyglą­dają na zasko­czo­nych. Ojciec zdą­żył już nazbie­rać tro­chę super zaba­wek. Ma już wszystko, oczy­wi­ście poza tym czar­nym Porsche.

Arleta, choć w tej chwili nikt jej nie nagrywa, prze­wraca fil­mowo oczami. Chyba mu nie dowie­rza. Za to Tania ma ewi­dentny zgryz.

– Kocha­nie, tak nie można… To prze­cież twoje uro­dziny. Zupeł­nie nic?

Ojciec kręci głową.

– Wystar­czy mi, że mam cie­bie.

Istna kome­dia.

– Nie­złe jaja – szep­cze mi do ucha Arleta. – Sły­sza­łeś?

Każdy to sły­szał. Ojciec wyar­ty­ku­ło­wał swoje wyzna­nie na tyle gło­śno, by każdy dobrze zro­zu­miał, że kocha Tanię ponad wszystko i że ich zwią­zek jest ide­alny. Szkoda, że w tym roz­rzew­nie­niu zapo­mniał o mnie, że ja też coś tam dla niego zna­czę. Cho­ciaż nie… ja jestem tylko prze­szkodą. Robię za życiową kom­pli­ka­cję.

Kurwa… Ile ja razy sły­sza­łem, że na to, aby był ze mnie dumny, muszę srogo zapra­co­wać! Wbił mi to do głowy lata temu, kiedy byłem dzie­cia­kiem. „Sta­raj się. Prze­cież wiesz, na co liczę”. Wie­dzia­łem. Wiem to do dzi­siaj. Sły­sza­łem to nawet kilka minut temu, bo powta­rza mi to za każ­dym razem, kiedy się widzimy.

– Ojciec ma takie jedno marze­nie… – mówię tak gło­śno, że aż sam się dzi­wię, że tak się da.

Stary obraca się w moją stronę.

– Synu, daj spo­kój, mnie nic nie trzeba…

– Ni­gdy dotąd nie pły­nął jach­tem – mówię dalej, po czym zwra­cam się bez­po­śred­nio do Tani. – Podobno masz patent ster­nika.

Jest zasko­czona pyta­niem, bo niby skąd ja mam o tym wie­dzieć.

– Ojciec mówił, że poka­zy­wa­łaś mu stare nagra­nia ze swo­ich rej­sów.

– To było tak dawno temu! Patent zro­bi­łam przed laty, kiedy byłam na czwar­tym roku stu­diów.

Macha dło­nią, baga­te­li­zu­jąc temat.

– Razem go robi­ły­śmy, pamię­tasz? – odzywa się Kinga nieco beł­ko­czą­cym gło­sem. – Byłaś dużo lep­sza ode mnie. Od razu łapa­łaś wszystko, jak­byś uro­dziła się na jach­cie. Te liny… i usta­wie­nia żagli! Ja musia­łam wku­wać wszystko po sto razy. Do egza­minu też pod­cho­dzi­łam ze sto razy. – Par­ska śmie­chem tak, że aż musi przy­ło­żyć do ust ser­wetkę. – Już po dru­gim mia­łam dość, ale zmu­si­łaś mnie, żebym nie odpusz­czała.

– Świę­to­wa­ły­śmy potem całą noc. Pamię­tasz, jak wypo­ży­czy­łam dla nas stroje mary­nar­skie? O mój Boże, wyglą­da­ły­śmy tak komicz­nie! Ale były­śmy gotowe opły­nąć cały świat.

– I pra­wie to zro­bi­ły­śmy! Już tydzień póź­niej w ramach nagrody popły­nę­ły­śmy wzdłuż wybrzeża Hisz­pa­nii. Wypo­ży­czy­ły­śmy jacht. Jak on się nazy­wał… – Kinga pstryka pal­cami w powie­trzu.

– Białe Tango.

– Tak, Białe Tango! Maszyna była sztos! Do tego hybryda, miała żagle i sil­nik. Praw­dziwe cacko. A noce, pamię­tasz? Rzu­ca­ły­śmy kotwicę w por­tach, a potem kła­dły­śmy się na pokła­dzie z butelką wina i gada­ły­śmy o głu­po­tach, gapiąc się w gwiazdy. Szły­śmy pod pokład, dopiero jak zaczy­nało cią­gnąć od wody, że aż z zimna siniały nam usta.

– Do dziś nie wiem, jak dały­śmy radę ste­ro­wać tym jach­tem tylko we dwie.

– Wariatki! – Kinga kręci z nie­do­wie­rza­niem głową. – Nor­mal­nie, wariatki!

– Nie zapo­mnę tego rejsu do końca życia.

Ewi­dent­nie wywo­ła­łem dobre wspo­mnie­nia. Wyczu­wam, że na sen­ty­men­cie Tani mogę co nieco ugrać. Na przy­kład to, aby ojciec już ni­gdy wię­cej nie powie­dział do mnie, żebym wciąż się sta­rał. Nie ufa mi, choć „sta­ram się” już od tylu lat.

– Możesz go powtó­rzyć – mówię. – Ojciec ni­gdy dotąd nie pły­wał na otwar­tym morzu. Zrób powtórkę, ale tym razem z nim.

Ojciec na razie nie pro­te­stuje. Może nagle zapo­mniał o czar­nym Porsche i jacht wydał mu się czymś rów­nie cie­ka­wym. W końcu do kom­pletu jego eks­klu­zyw­nych doko­nań bra­ko­wało jesz­cze cze­goś takiego jak rejs.

– Sam nie wiem… – mówi po chwili zasta­no­wie­nia. – To chyba byłby zbyt duży kło­pot. Poza tym wyna­jem jachtu kosz­tuje for­tunę.

Tania uśmie­cha się tajem­ni­czo.

– Nie musimy go wynaj­mo­wać.

– Tylko co, mie­li­by­śmy ukraść?

Tania prze­wraca oczami i robi to nie­go­rzej niż Arleta.

– Kraść też nie musimy. Wiem, że was zasko­czę, ale… Białe Tango od zawsze nale­żało do nas. I wciąż należy.

Nad naszym sto­łem zapada cisza. Zwy­kle po takich infor­ma­cjach ludzie robią wiel­kie „Wooow”, ale tym razem nikt się nie odzywa. A nagłe mil­cze­nie zwy­kle zwia­stuje kło­poty.

– Dla­czego mi o tym nie powie­dzia­łaś? – pierw­sza odzywa się Kinga. Odno­szę wra­że­nie, że nagle otrzeź­wiała. Do tego w jej gło­sie ewi­dent­nie sły­chać pre­ten­sję.

– Sama nie wiem. Chyba bałam się, że poczu­jesz się z tym dziw­nie.

– Teraz wła­śnie tak się czuję.

– Kinga, to było dwa­dzie­ścia pięć lat temu. – Tania pró­buje chwy­cić ją za rękę, ale nic z tego, jej dłoń tra­fia w próż­nię. – Daj spo­kój… Chcia­łam, żebyś myślała, że spę­dzamy waka­cje na tych samych zasa­dach.

– Więc posta­no­wi­łaś mnie okła­mać? Fakt, nie śmier­dzia­łam wtedy gro­szem, bo który stu­dent nim śmier­dzi. Ale to nie był powód, żeby mnie oszu­ki­wać.

– Dla mnie liczyła się tylko nasza przy­jaźń i to, co cze­kało nas na wodzie. Poza tym prze­cież się dorzu­ci­łaś.

– Serio? O czym ty mówisz?! Dałam ci gro­sze! – Prych­nię­cie Kingi sły­chać chyba na dru­gim końcu sali. – Za te pie­nią­dze mogłaś co naj­wy­żej kupić płyn do szo­ro­wa­nia pokładu. Ale ty mi wmó­wi­łaś, że tyle wystar­czy, że ten wyna­jem to po zna­jo­mo­ści. No cóż… Fakt. Był po zna­jo­mo­ści.

Jesz­cze nie wiem, czy w tej roz­mo­wie czuć wię­cej pre­ten­sji za nie­winne kłam­stwo sprzed lat, czy jed­nak ckliwy sen­ty­ment do sta­rej przy­gody. Jed­nak ewi­dent­nie coś mię­dzy nimi rośnie.

– Mój ojciec dał nam wtedy tę łódź, bo chciał i mógł. Zamknijmy ten temat, dobrze? – Tania pró­buje zała­go­dzić sytu­ację.

Kinga odkłada wide­lec na talerz i krzy­żuje ręce na pier­siach. Nie mam poję­cia, co o tym wszyst­kim myśleć. Nie jestem kobietą i nie wiem, co sie­dzi im w takich sytu­acjach w gło­wach. Dla mnie to zwy­kła gów­no­bu­rza.

– Tak, skończmy. Co było, to było. Cho­dziło mi tylko o to, że skła­ma­łaś. – Kinga marsz­czy brzydko czoło. – I to tak pro­sto w oczy. Nie wie­dzia­łam, że potra­fisz. Tylko tyle.

Pia­ni­sta chyba wyczuwa, że coś jest nie tak, bo koń­czy grę i odcho­dzi gdzieś na bok. Piotr kręci pal­cami młynka pod sto­łem i ewi­dent­nie wstrzy­muje się od stwier­dze­nia, że ten cały spór o rejs sprzed lat to jakaś dzie­ci­nada, a Arleta ma gęsią skórkę na rękach.

– Czu­jesz to? Jak w grec­kiej tra­ge­dii – poru­sza niemo ustami. – Nor­mal­nie eks­tra…

Jedyne, co czuję, to że zaczyna mnie mdlić. Mój żołą­dek wła­śnie roz­po­czął akcję o kryp­to­ni­mie „Kre­wet­kowa rzeź”.

Wszy­scy mil­czą, nagle zajęci koń­cze­niem jedze­nia. Tylko ojciec się oży­wia.

– Więc na­dal je mamy, kocha­nie? To Białe Tango?

Nie wiem, czy Tania reje­struje to „mamy”, które pada z ust mojego ojca. Wąt­pię. Jest zajęta nale­wa­niem sobie wina do kie­liszka. Zaraz potem wypija je kil­koma szyb­kimi łykami.

– Tak, łódź cały czas stoi w mari­nie, w Hisz­pa­nii. Czyż­byś pró­bo­wał mi powie­dzieć, że jed­nak…?

Ojciec kiwa głową. Kwe­stia pre­zentu wła­śnie się roz­wią­zała.

Teraz. Alicante hiszpania

Teraz

Ali­cante hisz­pa­nia

Dzień pierwszy

Kinga

Cokol­wiek mówić, cie­szę się, że tu jestem. Nie zamie­rza­łam przy­jąć tego zapro­sze­nia, ale pogoda w Pol­sce przez naj­bliż­sze dwa tygo­dnie zapo­wiada się pod psem, więc pra­gnie­nie poczu­cia let­niego cie­pła wzięło górę. Poza tym, bądźmy szcze­rzy, ile razy w życiu będę jesz­cze mieć oka­zję zna­leźć się na luk­su­so­wym jach­cie?

Jeśli cho­dzi o moje zacho­wa­nie pod­czas uro­dzin Borysa, to prze­pro­si­łam Tanię. Zare­ago­wa­łam wtedy jak idiotka. Emo­cje wzięły górę, a prze­cież wystar­czyło się chwilę zasta­no­wić, żeby zro­zu­mieć, że za inten­cjami mojej przy­ja­ciółki stała zwy­kła, szczera chęć spra­wie­nia mi przy­jem­no­ści. I to w cza­sach, gdy stać mnie było co naj­wy­żej na zapie­kankę pod Cen­tral­nym. Piotr też usły­szał ode mnie prze­pro­siny. Dałam wtedy nie­zły popis, nie ma co. Nie wiem, co we mnie wstą­piło, że dwoje naj­bliż­szych mi ludzi musiało zebrać ode mnie cięgi. Chyba powoli wcho­dzę w peri­me­no­pauzę.

Tym bar­dziej potrze­buję relaksu.

Z Okę­cia wystar­to­wa­li­śmy o czwar­tej rano, dla­tego oboje z Pio­trem jeste­śmy tro­chę nie­przy­tomni. Na szczę­ście mamy kawę z tutej­szego Star­bucksa, więc powinna posta­wić nas na nogi. Popi­jamy ją, sie­dząc na ławce w mari­nie, i patrzymy na zacu­mo­wane łodzie. Po kilku pokła­dach kręcą się ludzie i przy­go­to­wują śnia­da­nia. Mają na sobie lek­kie bluzki i szorty. Są na waka­cjach, jak my. Pew­nie będą jeść tosty albo omlety z duszo­nymi pomi­do­rami. My na śnia­da­nie mamy zabrane z Pol­ski kanapki z szynką i żół­tym serem.

Się­gam do pod­ręcz­nej torby i wycią­gam po jed­nej dla mnie i dla Pio­tra.

– Nie wiem jak ty, ale ja padam z głodu.

– Ja zjem póź­niej. – Piotr kręci głową.

Wgry­zam się w bułkę i od razu robi mi się lepiej. Prze­żu­wam sobie spo­koj­nie i obser­wuję spa­ce­ru­ją­cych po mari­nie tury­stów. Mimo wcze­snej pory jest ich cał­kiem sporo. Roz­po­znaję trzy­oso­bową grupkę roz­krzy­cza­nych dziew­czyn – przy­le­ciały tym samym samo­lo­tem co my i teraz też są wła­śnie tu, w naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym miej­scu w całym Ali­cante. Robią sobie zdję­cia na tle wody i pie­kiel­nie dro­gich jach­tów. Na nosach mają prze­ciw­sło­neczne oku­lary – pod­ro­bione Cha­nele z widocz­nym, rów­nie pod­ro­bio­nym logo. Z tego, co mówią, pokręcą się tro­chę po oko­licy i wrócą tu po połu­dniu, bo wtedy ludzi jest tu wię­cej, a one zamie­rzają poznać jakieś nowe, wysko­kowe towa­rzy­stwo. Są gło­śne i cią­gle mielą ozo­rami. Też kie­dyś taka byłam, a teraz pozo­staje mi tylko zazdro­ścić im tego, że są młode i wolne.

– Nie mogli­śmy przy­le­cieć póź­niej­szym rej­sem? – maru­dzi Piotr, wycią­ga­jąc się na ławce i kła­dąc głowę na moich kola­nach. – Z tymi waliz­kami ni­gdzie dalej nie odej­dziemy. Nie wiem, jak tobie, ale mnie śred­nio chce się tkwić tu przez cały dzień.

Bagaże mamy dwa, i to cał­kiem spore. W jed­nym są ubra­nia i buty, w dru­gim pełen mix: tro­chę sło­nych prze­gry­zek, kosme­tyki i lap­top mojego męża. Piotr ma zamiar pisać pod­czas rejsu.

– Nie jęcz. Póź­niej­sze loty były dwa razy droż­sze – odpo­wia­dam. – Zresztą kilka godzin cze­ka­nia szybko zleci.

Tania ma się poja­wić w mari­nie o osiem­na­stej. Wcze­śniej nie da rady – uprze­dziła, że ma zapla­no­waną tele­kon­fe­ren­cję na temat dal­szego roz­woju Bel­le­Epo­que i nie ruszy się z hotelu do popo­łu­dnia. Potem musi jesz­cze zała­twić for­mal­no­ści w kapi­ta­na­cie portu. Cho­dzi o papie­ro­lo­gię; na wszystko trzeba mieć pozwo­le­nie – zarówno na cumo­wa­nie, jak i na opusz­cze­nie mariny. Jed­nym sło­wem – musimy mieć porzą­dek w kwi­tach.

– Co z pozo­sta­łymi? – pyta Piotr, wycią­ga­jąc nogi na ławce. – Nie widzia­łem ich w samo­lo­cie.

– Ani ja.

– Myślisz, że nie dotarli?

– Sama nie wiem. Mogli się roz­my­ślić albo coś im wypa­dło. W każ­dym razie Borys wyraź­nie zaży­czył sobie, żeby Hubert i Arleta popły­nęli.

– No tak, ciąg dal­szy uro­dzi­no­wych życzeń Borysa…

– Raczej ich druga część. To miał być ich rodzinny rejs.

– Rodzinny? W takim razie co my tu robimy?

– My, kocha­nie, jeste­śmy tu na doczepkę – mówię bez krztyny poczu­cia winy i wysta­wiam twarz do słońca. – To z kolei życze­nie Tani. Żeby odku­rzyć nasze wspo­mnie­nia.

– Wyj­dzie na to, że my popły­niemy, a mło­dzi nie.

– Mała strata. Będzie wię­cej miej­sca dla nas.

Piotr nasuwa na oczy swoją ulu­bioną czapkę z dasz­kiem i z naszywką Time For a Crime i po chwili, otu­lony zapa­chem lata, zasy­pia. Nasza ławka stoi w cie­niu drzewa, które chroni nas przed palą­cym słoń­cem. Mimo wcze­snej godziny musi być już z dwa­dzie­ścia pięć stopni. Też chęt­nie bym się wycią­gnęła i ucięła sobie choć pół­go­dzinną drzemkę, ale ktoś musi pil­no­wać wali­zek.

A czy popły­niemy w rejs tylko we czworo? To okaże się już za kilka godzin.

Z Tanią roz­ma­wia­łam tydzień temu. Napo­mknęła mi wtedy, że Borys pozo­sta­wił całą orga­ni­za­cję w jej rękach. Dla­tego doko­op­to­wała mnie i Pio­tra. „On będzie pra­co­wał nad książką, a ty pomo­żesz mi przy żaglach”, powie­działa; i dodała: „Nie przyj­muję odmowy, więc już teraz może­cie zacząć się pako­wać”.

No to się spa­ko­wa­li­śmy. Nie mogę się docze­kać, aż poczuję ten wiatr we wło­sach.

Na pewno wszy­scy razem jakoś się ze sobą dotrzemy. Cho­dzi mi głów­nie o mło­dych, a wła­ści­wie o Huberta; długo się nad tym zasta­na­wia­łam. Pod­czas uro­dzi­no­wej kola­cji syn Borysa zacho­wy­wał się nie­na­tu­ral­nie. Był skrę­po­wany i uni­kał kon­taktu. Nie patrzył nam w oczy. Do tego opu­ścił restau­ra­cję zaraz po posiłku, wła­śnie wtedy, gdy koń­czyła się część ofi­cjalna i przy­szedł czas na luźną poga­wędkę. To było dziwne. Miał ide­alną oka­zję, żeby pobyć z Bory­sem jak syn z ojcem. A jed­nak coś go stam­tąd wygo­niło. Wymó­wił się złym samo­po­czu­ciem, a my uzna­li­śmy, że tak wła­śnie jest, bo podobno chło­pak czę­sto ma jakieś sen­sa­cje żołąd­kowe.

Jesz­cze przez kolejne dni wra­ca­łam myślami do tam­tego wie­czoru. Patrząc na Huberta, mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że już go kie­dyś spo­tka­łam. I na­dal tak uwa­żam. Pro­blem tylko, że nie mogę sobie sko­ja­rzyć, kiedy to było ani gdzie. Za to on koja­rzy mnie dosko­nale. Dla­tego uni­kał moich spoj­rzeń wtedy, w Con­cept 13, i dla­tego – jestem tego nie­mal pewna – nie pojawi się teraz w Ali­cante.

Hubert

Arleta od godziny ster­czy przed lustrem. Przy­mie­rza kape­lu­sze i wiąże na gło­wie chustki, bo pró­buje wyglą­dać jak Grace Kelly. Nie mam serca powie­dzieć jej, że żaden kape­lusz nie zrobi z niej aktorki, jeśli nie wygra castingu, na który tak liczy. Do tego potrze­buje praw­dzi­wego sce­na­rzy­sty i reży­sera, a nie fata­łasz­ków. I, przede wszyst­kim, musi non stop ćwi­czyć. To, co kie­dyś robiła w ama­tor­skim teatrze, było zabawą, a nie praw­dzi­wym gra­niem. Już nie wspo­mnę, że od jej ostat­niego występu na sce­nie minęło chyba z pięć lat. Nie mam też odwagi przy­znać, że wcale nie chcę pły­nąć w ten cho­lerny rejs. Miał być imprezką dla ojca i dla Tani, nie dla nas. Ow­szem, zgo­dzi­łem się przy­le­cieć do Hisz­pa­nii, bo wiem, jak bar­dzo o tym marzyła, ale zamie­rza­łem jej powie­dzieć, że na tym koniec. Jeśli chce, niech leży na plaży ile dusza zapra­gnie, nawet w tych dziw­nych kape­luszach, ale na jacht nie wsią­dziemy. Powinna się cie­szyć, że Tania opła­ciła nam bilety i hotel i że w ogóle tu jeste­śmy – oboje po raz pierw­szy zna­leź­li­śmy się za gra­nicą. Czego chcieć wię­cej?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki