Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
33 osoby interesują się tą książką
Znakomicie skonstruowany thriller z gatunku „zamkniętego kręgu”, w którym odcięta na pełnym morzu grupa ludzi odkrywa, że wśród nich znajduje się morderca.
Siedem dni. Sześć osób. Jeden jacht.
To miał być niezapomniany rejs wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Tydzień na morzu, pełen słońca i niczym nieograniczonej wolności. Kiedy załoga „Białego Tanga” wchodziła na pokład, nikt z jej członków nie przypuszczał, że już wkrótce nad żaglami zawisną ciemne chmury, a jacht zamieni się w dryfującą pułapkę.
Wystarczyła jedna noc na „przeklętej” wyspie i nagłe zniknięcie jednego z pasażerów, by przestali czuć się bezpiecznie. Dla rozładowania napięcia rozpoczynają grę w „Kto zabił?”. Pozornie niewinna zabawa nagle zaczyna odsłaniać ich wzajemne animozje i ukryte intencje. Rodzą się oskarżenia. Wracają mroczne wspomnienia. Nikt już nikomu nie ufa. Staje się jasne, że największe zagrożenie czai się nie w głębinach morza, lecz jest tuż obok. Bo ktoś podjął już decyzję, że na jednym zaginięciu się nie skończy.
Marta Zaborowska – z wykształcenia politolog. Zadebiutowała w 2013 roku powieścią Uśpienie, która dała początek 7-tomowej popularnej sadze kryminalnej z Julią Krawiec. Jej utwory cechuje wielowątkowa fabuła oraz wartka akcja. Autorka, poza tematyką kryminalną, zgłębia w swoich powieściach zawiłe kwestie psychologiczno-społeczne, w które uwikłani są jej bohaterowie.
Do dorobku pisarki zalicza się również powieść kryminalną Jej wszystkie śmierci, thriller
psychologiczny Lęki podskórne, a także powieść z nurtu domestic noir Sześć powodów, by umrzeć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 451
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 56 min
Lektor: Monika Wrońska
Copyright © 2026 by Marta Zaborowska Copyright © 2026 by Wydawnictwo Czarna Owca All rights reserved
Redaktor prowadzący: Marek Korczak Redakcja: Wojciech Adamski Korekta: Anna Brzezińska, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz Wersja elektroniczna w systemieZecer: Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-084-2
Trzech może dochować tajemnicy, jeśli dwoje z nich nie żyje
Benjamin Franklin
Przystań ta sama i góry, i kolor wody. Jej błękit jest głęboki i przejrzysty. Słońce też pali jak wtedy. Czuję jego ciepło na twarzy i dłoniach. Wszystko wydaje się niezmienne, jakby czas zatrzymał się w miejscu. A jednak to tylko złudzenie. Nic nie jest już tym, czym było.
Ludzie, którzy na mnie patrzą, też nie są tacy, jakimi ich pamiętam. Nie pozdrawiają, nie posyłają uśmiechów. Nie unoszą dłoni na powitanie, by życzyć dobrego dnia. Teraz milczą i obserwują. Ich spojrzenia są czujne, jakby chcieli wyczytać z mojej twarzy coś, czego jeszcze nie wiedzą. Prawdę o tym, co się wydarzyło. Może nawet próbują przyłapać mnie na nieostrożnym geście lub grymasie twarzy, który mógłby cokolwiek zdradzić. Chcieliby zajrzeć do środka mojej głowy.
Są czujni.
Jestem ich dzisiejszą atrakcją. Trzęsącą się z przerażenia sensacją sezonu. Nie da się mnie nie zauważyć, choćby się bardzo chciało – siedzę w centralnej części portu, do tego owinięto mnie złotym kocem termicznym. Nie wiem, po co, bo przecież jest gorąco. Ale najwidoczniej zrobili to, bo musieli. Złoty koc połyskuje w słońcu tak mocno, że pewnie widać mnie z Księżyca. Jednak to nie on ich tu przyciągnął, a światła rzucane przez lokalne niebieskie samochody z napisami Policia Nacional. Gdyby mogli, podeszliby bliżej. Dotknęliby mnie, by sprawdzić, czy aby na pewno żyję. Bo to przecież niemożliwe, że po tym wszystkim, co mnie spotkało, nadal tu jestem.
Jednak nie mogą się zbliżyć. Oddzielają ich ode mnie policyjne wozy i przybyli do portu funkcjonariusze. Nawet dziennikarzy stąd przepędzają. Poza tym dopiero co założono mi opatrunki. Lekarka z karetki zawiązała mi bandaże: jeden na lewej ręce, drugi na kolanie. Tych kilka rozcięć na skórze wygląda paskudnie i już wiem, że konieczne będzie założenie szwów. Na czole, tuż pod linią włosów, też mam opatrunek. Według mnie jest niepotrzebny, bo pod nim jest tylko siniak i zadrapanie.
Za chwilę zawiozą mnie do szpitala, żeby sprawdzić, czy nie doszło do wstrząsu mózgu. Podobno moje źrenice nieprawidłowo reagują na światło. Kurczą się za szybko lub zbyt wolno – nie wiem dokładnie, co mówiła ta lekarka. W każdym razie z moim mózgiem coś jest nie tak. Coś się w nim poprzestawiało.
Siedzę więc w karetce, obejmuję rękami kolana i czekam. Mój wzrok błądzi między wodą a gromadzącymi się ludźmi. Z każdą minutą przybywa ich coraz więcej. Zbiorowiska przyciągają, a poza tym to przecież najpopularniejszy deptak w tym mieście.
Niewiele słyszę, a jeszcze mniej rozumiem z tego, co między sobą mówią. Mogę się tylko domyślać, że przekazują sobie z ust do ust, że to chyba cud. Niektórzy wołają do mnie, by upewnić się, że wszystko w porządku. Nie wiem, co mam im odpowiedzieć. Bo czy można uznać, że wszystko jest dobrze, skoro przeżyło się to, co ja?
W przeciwieństwie do nich nie mogę nazwać tej tragedii cudem. Bo to, co się wydarzyło, nie ma z cudem nic wspólnego.
Trzy tygodnie wcześniej
Warszawa
Maluję na czerwono usta i wsuwam w uszy sztyfty z okrągłymi rubinami. Dzięki wysoko upiętym włosom – idealnemu kokowi, który wyczarowała na mojej głowie piegowata fryzjerka z Hair&Nails – kolczyki są doskonale wyeksponowane. Właśnie o to mi chodziło. Zasługują, by je podziwiano. Spośród całej mojej kolekcji biżuterii to właśnie do nich mam szczególny sentyment. Dostałam je od ojca, który pozostawiając mi w spadku dorobek swojego życia, dorzucił także i je. Musiały kosztować majątek, ale to nie ich wartość była dla mnie najważniejsza, a chwila, w której je otrzymałam.
Tamten dzień pamiętam doskonale. Był poniedziałek rano. Siedziałam przy stole konferencyjnym w gabinecie mojego papy, zupełnie nieświadoma tego, co ma się za chwilę wydarzyć. Ojciec usiadł naprzeciwko mnie, popatrzył mi w oczy i spokojnym głosem oznajmił, że za kilka miesięcy umrze na agresywnie postępującą białaczkę. To było jak uderzenie w splot słoneczny. Zaraz potem nadeszło kolejne. Nim zdążyłam zamknąć z szoku usta, położył przede mną teczkę z napisem Kancelaria notarialna Szeffer i Biernat.
– Na pewno domyślasz się, co to jest – powiedział, podsuwając mi ją pod nos. – Rozmawialiśmy o tym jakiś czas temu.
Byłam jak ogłuszona. „Agresywna białaczka” – te dwa słowa wbiły się w mój mózg jak kula z wycelowanego w czoło pistoletu i pozostawiły po sobie wypaloną dziurę. Nie wiem, ile czasu siedziałam nieruchomo jak ten przysłowiowy słup soli. Pięć minut, może dziesięć. Kiedy w końcu jako tako oprzytomniałam, dotarło do mnie, o jakiej rozmowie mówił mój ojciec. Tak, była taka jedna. Wyciągnął mnie wtedy na wystawę kubistów i między jednym a drugim obrazem zakomunikował, że zamierza przepisać na mnie całą swoją firmę kosmetyczną. Oczywiście, kiedy przyjdzie na to czas. Wtedy tylko poklepałam go po ramieniu. Mój gest mówił: „Dobra, dobra, nie mam zamiaru rozmawiać o twojej śmierci, w ogóle mnie w to nie wkręcaj”. Przecież wszyscy tak reagujemy. Temat śmierci rodzica jest drażliwy i nieprzyjemny, więc lepiej udawać, że nie istnieje.
Ja robiłam dokładnie tak samo – nie dopuszczałam do siebie myśli, że oczy mojego ojca kiedyś naprawdę się zamkną. Ale to, że ja o tym nie myślałam, nie znaczy, że on, jeśli chodzi o ten temat, był równie wyluzowany. Wręcz przeciwnie. Mojego papę dałoby się spokojnie nazwać Panem Odpowiedzialnym za Wszystko i Wszystkich. Przy nim świat wydawał się bezpieczny, a ja mogłam pozwolić sobie na luksus beztroski. Dopóki czułam nad sobą jego parasol bezpieczeństwa, mojego nie chciało mi się otwierać. Właśnie dlatego wtedy, w galerii, potrafiłam tylko wykonać ten gest wyrażający bezmyślne „Dobra, dobra”. Miałabym przejmować się tym, że któregoś dnia zostanę dziedziczką kosmetycznego imperium, że zasiądę na opustoszałym tronie i przejmę jego berło? Że przyjdzie mi decydować o pozostawionej mi fortunie, nie mając bladego pojęcia o zarządzaniu firmą? Poza tym, za bardzo go kochałam, by miał kiedykolwiek umrzeć. A co najważniejsze, ojciec był mężczyzną w sile wieku, zdrowym na ciele i umyśle, jednym słowem – niezniszczalnym. Jeśli już wyobrażałam sobie przejęcie po nim interesu, to może za dziesięć albo nawet za dwadzieścia lat. Na pewno nie teraz.
– Lepiej popatrz na ten bohomaz z nogą w miejscu głowy – odpaliłam wtedy, zmieniając temat. – Niezły, co? Przydałby się do twojego biura. Strasznie tam nudno.
Pięć miesięcy później znalazłam się w biurze z konferencyjnym stołem, za mną wisiał ten dziwny obraz, a ja, jak sroka w gnat, wpatrywałam się w leżący przede mną akt notarialny.
– Dzięki tym dokumentom w chwili mojej śmierci zostaniesz większościowym udziałowcem – powiedział mój papa.
Może powinnam to zrozumieć jako „Postarałem się, abyś była ustawiona do końca życia”, ale ja odebrałam jego słowa inaczej: „Zostaniesz z tym wszystkim zupełnie sama”.
Zaraz potem wręczył mi te kolczyki. Należały do jego matki, a mojej babki. To ona założyła BelleEpoque, a za pierwsze zarobione pieniądze kupiła właśnie te rubiny. Teraz miały przejść w moje ręce – jakby ojciec przekazywał mi nie tylko biżuterię, ale też całą historię naszej rodziny.
Więc tak, mam do nich szczególny sentyment. Są czerwone jak miłość, ogień i pasja, które włożyliśmy w BelleEpoque. Są jej dumnym symbolem.
Sukienkę też mam czerwoną. Ale jej, w przeciwieństwie do kolczyków, szczerze nie znoszę. Jest krzykliwa i przyciąga uwagę w sposób, który nie ma nic wspólnego ze światem, w jakim dorastałam. Wychowano mnie na kobietę w stylu old money – stonowanym i eleganckim. Takim, o którym mówi się „klasa sama w sobie”. Przeciwnym niż new money, który określają tandeta i błysk dla samego błysku. Zatem, owszem, zdecydowanie wolę dystyngowany granat albo czerń – kolory, które nie krzyczą, a szepczą. Ten rodzaj czerwieni w ogóle nie jest elegancki.
Tyle że dziś są urodziny mojego męża, a on uwielbia u kobiet czerwień. Widziałby ją wszędzie, począwszy od butów, poprzez bieliznę, a kończąc na szmince. Tę sukienkę sam dla mnie wybrał w sklepie, więc włożenie jej to niejako przymus. W wersji bardziej łagodnej – spełniam jego urodzinowe życzenie.
Borys kończy dziś czterdzieści lat. Kiedy na niego patrzę, aż trudno w to uwierzyć, bo chyba nikt nie dałby mu tyle. Pewnie dlatego, że ma lekkiego hopla na punkcie swojego wyglądu i, ogólnie rzecz biorąc, całego wizerunku. Stara się aż za bardzo, ale mnie to nie przeszkadza. Lubię zadbanych mężczyzn. I te jego oczy… Są ludzie, którym oczy śmieją się zawsze, ot tak, po prostu. Borys właśnie tak ma. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę w nim to, czego mnie samej od dawna brakuje – beztroskę. Zazdroszczę mu, że potrafi cieszyć się każdym dniem. Czy to nie wspaniałe: umieć żyć, jakby nie było jutra? Traktować życie jak sklep z zabawkami i brać z półki, co się chce i kiedy się chce? Ja też kiedyś taka byłam. Ale odkąd musiałam nauczyć się żyć po dorosłemu, sama, bez ojca, gdzieś to po drodze zgubiłam.
Widzę w Borysie dawną siebie i właśnie za to go kocham. I dlatego, że się w moim życiu w ogóle pojawił. Miałam za sobą różne związki, ale żaden nie był na poważnie. I dobrze wiem dlaczego. Od dzieciństwa cierpię na niewielką dysmorfię twarzy. Mam zbyt duży nos i zbyt małą żuchwę. Jednym słowem proporcje mojej twarzy są lekko zaburzone. Nie jest to coś znaczącego, ale ludzie to zauważają. A już na pewno mężczyźni. Nie jestem naiwna i doskonale wiem, że faceci wolą kobiety o idealnych rysach i perfekcyjnej symetrii. Na szczęście Borysowi ten mój defekt nigdy nie przeszkadzał. Różnica wieku też nie. Mówi wręcz, iż żałuje, że nie urodził się wtedy, kiedy ja, bo bylibyśmy razem o te osiem lat dłużej. Czy to nie najpiękniejsze wyznanie miłości, jakie może sobie wyobrazić kobieta dobiegająca pięćdziesiątki? Borys zrobił dla mnie coś jeszcze, co nie zdarza się często – po ślubie przyjął moje nazwisko. „To dla dobra twojej firmy – powiedział, gdy w Urzędzie Stanu Cywilnego zapytano nas, jak będziemy się nazywać. – W biznesie jesteś znana jako Tania Lenart, więc po co to zmieniać? Ja do mojego nazwiska nie jestem przywiązany, zatem sprawa jest jasna. Biorę twoje”.
Więc jak dziś mogłabym mu odmówić? Ta kiecka jest okropna, ale włożę ją i uznam, że jest najpiękniejsza na świecie. Nawet dobiorę do niej czerwone majtki i stanik. A potem zabiorę go do jego ulubionej knajpy i spełnię marzenie, którego mi jeszcze nie wyjawił. Mamy z Borysem taki zwyczaj, że wypowiadamy swoje urodzinowe i rocznicowe marzenia dopiero po toaście.
Co do dzisiejszego wieczoru – planowałam spędzić go tylko we dwoje, ale Borys stwierdził, że cicha impreza go nie interesuje. Uznał, że skoro to okrągła czterdziestka, to musi być na pełnej petardzie. Dołączy więc do nas jeszcze czworo gości. Najpierw będzie kolacja, a potem – jak zwykle – transfer do nocnego klubu. Ale to już beze mnie. Jutro rano mam posiedzenie zarządu w firmie i muszę być trzeźwa i wypoczęta. Pech chciał, że jego urodziny wypadły akurat dziś, we czwartek. Borys nie chciał przekładać imprezy ani na piątek, ani na sobotę, więc będzie musiał bawić się w klubie beze mnie.
On też się ekscytuje i ciągle pyta mnie, czy się cieszę. A ja, jeśli mam być szczera, trochę się denerwuję. Od rana męczy mnie sen, który dziś miałam. Śniło mi się dokładnie to, co dzieje się teraz: zapięłam zamek sukienki, włożyłam kolczyki i spojrzałam w lustro, żeby sprawdzić, czy dobrze wyglądam. Wyglądałam świetnie. We śnie do restauracji weszliśmy kilka minut po dziewiętnastej. I wszystko wskazuje na to, że w rzeczywistości też trochę się spóźnimy. Pamiętam z tego snu zapach rozmarynu i cytrusów unoszący się w sali i cichy bulgot wina nalewanego do kieliszków. Naszych gości jeszcze nie było. Kelner poprowadził nas do stolika na końcu pomieszczenia. Usiedliśmy. Borys pocałował mnie w rękę i uśmiechnął się szeroko jak zawsze. Niby wszystko było tak, jak być powinno, ale coś mi się w tym wszystkim nie podobało. Po chwili wyjął z kieszeni marynarki kopertę i położył ją na stole.
– Co to? – spytałam.
– Moje życzenie urodzinowe. Jest w środku.
Przesunął kopertę po obrusie, powoli, bez pośpiechu. W oczach miał tę swoją chłopięcą, zwariowaną ekscytację.
Otworzyłam kopertę. Wewnątrz było pismo, złożone na pół, a na nim logo kancelarii prawnej. Wniosek o przepisanie pełnomocnictwa zarządczego. Poniżej dane moje… i jego.
– Nie rozumiem…
– Chcę, żebyś oddała mi firmę – powiedział wprost. – Powinna trafić w męskie ręce. Już wszystko gotowe, wystarczy podpisać.
– Mam przepisać całość BelleEpoque?
– Dokładnie tak.
– A ja? Co będzie ze mną?
– Och, kochanie. Ty zajmiesz się czymś… bezstresowym.
Czułam, że jego słowa spadają na mnie jak ciężki deszcz. I przeplatają się z głosem mojego ojca: „Gdy umrę, zostaniesz z tym wszystkim zupełnie sama”.
Sęk w tym, że nie jestem sama. Jestem z człowiekiem, który właśnie zażyczył sobie, żebym oddała mu wszystko.
Dobrze, że to tylko sen. Oddycham głęboko i zamykam za nami drzwi.
– Wszystko w porządku? – Borys obejmuje mnie ramieniem.
Kiwam głową, że tak. Jest dla mnie taki dobry. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy poprosić mnie o coś tak niedorzecznego. To ja sama zamierzam mu to dziś zaproponować, a jutro przedstawić moją propozycję reszcie zarządu. Mam zamiar powoli wprowadzać Borysa w sprawy mojej firmy, zaczynając od przekazania mu symbolicznego jednego procenta udziału. To niewiele, ale i tak się tym stresuję – głównie reakcją pozostałych członków. Pewnie dlatego miałam ten dziwny sen.
Nie chcę jednak teraz o tym myśleć. Przed nami cudowny wieczór, więc musimy zbierać się do wyjścia.
Widzę, jak Tania patrzy na mnie z miłością. Jest dziś w wyjątkowo dobrym humorze i – nie będę kłamał – wygląda naprawdę nieźle. Uczesała się i umalowała tak, jak lubię. Co prawda ta czerwona sukienka zupełnie do niej nie pasuje, ale uparła się, żeby ją włożyć. Kupiłem ją kiedyś Tani przez przypadek. Przechodziłem obok sklepu z damskimi ubraniami i zobaczyłem przez szybę, jak pewna młoda dziewczyna mierzy tę suknię. Wyszła z przymierzalni i zapytała sprzedawczynię, czy wygląda w niej dobrze. Była jak obraz, od którego nie chce się oderwać oczu. Podkusiło mnie, żeby kupić identyczną suknię dla mojej żony. Tania ma świetną figurę, jest szczupła i wysportowana, więc powinna w niej wyglądać równie dobrze. Niestety, nie wyglądała. Przykro o tym mówić, lecz wiek robi swoje. A tamta dziewczyna była młoda. Starałem się ukryć rozczarowanie, zasypując Tanię komplementami, i, na szczęście, w nie uwierzyła. Osobiście wolałbym, żeby dziś wskoczyła w tę niebieską sukienkę – jest dłuższa i co najważniejsze, zakrywa ramiona i kolana. Ale to nieważne. Tania wygląda na szczęśliwą, a to jest dla mnie absolutny priorytet. Promienieje i flirtuje ze mną wzrokiem. Lubię ją taką, bo dzięki temu przestaje myśleć o firmie, debetach, kredytach, saldach i dywidendach, czyli całej tej banalnej nudzie, i skupia się na mnie.
– Wyglądasz absolutnie genialnie – mówię, całując ją w czubek głowy. Siedzi przy zastawionej kosmetykami toaletce i patrzy w lustro, w którym krzyżujemy wzrok. – Jesteś najpiękniejsza. Idealna.
Udaje speszoną, ale przecież wiem, że w środku aż skacze z radości.
– Opowiadasz bzdury. Ostatnio za dużo pracuję, a to wszystko widać na twarzy. Zmęczenie odkłada mi się w zmarszczkach. Tu, widzisz? Przy oczach.
– Nic takiego nie widzę – kłamię jak z nut, ale z najlepszymi intencjami. Przecież nie przytaknę i nie powiem „No tak, przybyło ci parę bruzd”. Byłbym ostatnim kretynem.
Tania sięga po perfumy i zdejmuje z nich zatyczkę.
– Kłamczuch. Ale to nieważne, te moje zmarszczki. Chciałam ci o czymś powiedzieć.
– Mów, boska.
– Otóż dokonałam pewnych podliczeń. Ich wynik dał mi do myślenia. Prawdę mówiąc, jest wręcz przerażający.
Na dźwięk słowa „podliczenia” trochę mnie mrozi. Kolejne powodują, że zaczynam się pocić. Jeśli jej księgowa dopatrzyła się, że ostatnio trochę przesadziłem z wydatkami, zwłaszcza kupując te piekielnie drogie kije do golfa, to jestem ugotowany.
– Policzyłam, że przez ostatni rok połowę nocy spędziłam poza domem.
Muszę wyglądać, jakbym właśnie zobaczył ducha, bo Tania od razu robi skruszoną minę.
– Wiem, wiem. To okropne. Ale czas na zmianę. Nie mówiłam ci o tym wcześniej, bo chciałam, żeby to była dla ciebie niespodzianka.
Nadstawiam uszu.
– Jak wiesz, mój ojciec przypłacił zdrowiem to wieczne harowanie w firmie. Zajechał się na śmierć. Organizm w końcu się zbuntował i dopadła go choroba.
– Nie chcemy tego samego dla ciebie – zapewniam. Tania rzuca mi wdzięczne spojrzenie i delikatnie gładzi moją dłoń, którą trzymam na jej ramieniu.
– Papa też by nie chciał. I jestem pewna, że poparłby to, co zamierzam zrobić.
– Zamieniam się w słuch.
– Otóż od pewnego czasu pracuję nad nową strukturą w BelleEpoque i jestem bliska końca projektu.
– Strukturą czego?
Tania uśmiecha się słodko.
– Pracy, ma się rozumieć. Część moich obowiązków przejmie troje zastępców.
– Do tej pory miałaś jednego.
– I dlatego byłam wiecznie zmęczona. Ale od czerwca to się skończy. Wiesz, co to znaczy?
Nie mam nawet sekundy, by odpowiedzieć. Tania robi to za mnie:
– Każdy weekend będę spędzać tu, z tobą. Nie w hotelach lub w obcych miastach. Cieszysz się?
Patrzy na mnie z taką nadzieją, że musiałbym nie mieć serca, żeby powiedzieć coś innego aniżeli: „Ogromnie!”.
– To taki mały prezent ode mnie dla nas obojga – mówi. – Mam już naprawdę serdecznie dość tego poczucia winy, kiedy muszę zostawić cię samego, wsiąść do taksówki i pędzić na lotnisko. Dlatego koniec z tym.
– I nie zmienisz zdania, choćby cię błagali? – mruczę jej do ucha, bo wiem, jak to lubi.
– Udam, że ich nie słyszę. A skoro o zmianach mowa… Co powiesz na to, żebyśmy wprowadzili do naszego życia jakiś nowy rytuał? Może każdy piątek w teatrze? Albo soboty za miastem? Cisza, natura, my…
Kiwam głową.
– Tylko we dwoje? Każdy weekend? Brzmi odlotowo.
– I wieczory. Zamierzam zamykać biuro najpóźniej o osiemnastej.
Jest tak podekscytowana, że nie śmiem zmyć z twarzy uśmiechu, który pojawił się, kiedy zapytała, czy się cieszę. Wykwitł, osiadł i został.
Odwracam więc wzrok od lustra i wychodzę z sypialni. Idę do garderoby i zdejmuję z półki moje skórzane buty. Siadam na pufie i wiążę sznurówki. Staram się nie patrzeć na Tanię, ale i tak kątem oka widzę, jak ta czerwona plama zmierza w moim kierunku. Tania zatrzymuje się przy sąsiednim regale i zaczyna przegląd torebek. Wybiera czarną z cekinami, potem wraca do sypialni, zapina na nadgarstku zegarek i woła:
– Wiedziałam, że się spóźnimy! Możesz sprawdzić, co z tą taksówką?
Uspokajam ją i mówię, że taryfa już na nas czeka.
Śpieszymy się, ale Tania zatrzymuje się jeszcze na chwilę w przedpokoju. Sprawdza w lustrze, czy jej misternie upięty kok dobrze się trzyma i czy sukienka nie opina się za bardzo na brzuchu. Ma tam małą fałdkę, ale oboje udajemy, że jej nie widzimy.
Wpisuje czterocyfrowy kod do alarmu. To jej ojciec kazał go kiedyś zainstalować. Nie miałem okazji go poznać, bo zmarł, zanim pojawiłem się w życiu jego córki. Z tego, co wiem, miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Jego ulubionym powiedzeniem było „Kropla rozwagi potrafi ugasić morze kłopotów”. Tania powtarza je prawie codziennie. Pod tym względem stała się jego żywym klonem.
Po wciśnięcia krzyżyka mamy minutę na opuszczenie mieszkania, więc zgarniam z wieszaka marynarkę i wychodzę na klatkę schodową. Drzwi zamykają się z cichym kliknięciem zamka. Wychodzimy.
Zjeżdżamy windą na parter, a chwilę później siedzimy już w taksówce. Nie jedziemy daleko, bo zaledwie kilka przecznic dalej, na Bracką, pod Vitkaca. Wolałbym zjeść klasycznego meksyka z burrito i chili con carne, ale znowu udaję zachwyt. Jedzenie w Concept 13 nie jest złe, ale gdy pierwszy raz zobaczyłem wielkość tamtejszych porcji, myślałem, że to żart – w sam raz dla kota. Specjalność: kuchnia molekularna – wielkie halo z powodu kropli musu na środku talerza. Ale Tania uwielbia takie dziwactwa. Poza tym lubi, kiedy jedzenie wygląda jak dzieło sztuki, a tam rzeczywiście robią z nim cuda. Więc jest cudnie, choć skąpo.
Wjeżdżamy na piąte piętro. Pogoda jest ładna, na dworze jakieś dwadzieścia stopni, więc odruchowo kieruję się na taras. Kiedy tu jadamy, zawsze siadamy na powietrzu. Ale Tania łapie mnie za rękę i prowadzi do stołu w kącie sali.
– Żartujesz?! – wołam na widok czwórki ludzi machających do nas zza stołu. W rękach trzymają balony i transparent z napisem: „40-tka bez bólu stawów nie istnieje”. – Co ci przyszło do głowy? Jak mogłaś zaprosić tę bandę łobuzów!
Widzę, jak na jej twarzy maluje się przerażenie. Chyba nieźle zagrałem, bo oczy Tani robią się okrągłe, a w kącikach coś zaczyna się szklić. Czuję, że jeszcze moment, a dojdzie do łzawej masakry.
– Kochanie, przecież żartuję. – Przytulam ją natychmiast. – To był żart!
– Żart?
– No a co myślałaś. Że ja tak na serio? Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.
– Kiedyś dostanę przez ciebie ataku serca. Więc nie jesteś zły?
– Jestem zachwycony! Nie wiem, jak mam ci dziękować. Jak udało ci się zebrać ich w środku tygodnia?
– Przyznam, że łatwo nie było. Patrz tylko, jak się cieszą, że cię widzą!
Rozkładam ramiona i ściskam się z każdym z nich po kolei.
– Najlepszego, stary byku!
– Obyś wreszcie zmądrzał!
– Życzę panu dużo zdrowia.
– Szczęścia, ojciec!
Dziękuję za życzenia. Są śmiechy, uściski, wszystko jak należy. Nawet wiążą mi przy krześle balony. Jeden z „40-tką”, drugi z dolarami, trzeci z gołą babką. Raczej nie kupili go w sklepie z działem dziecięcym.
Wychwytuję pełne uwielbienia spojrzenie Tani. Jest autentycznie wzruszona, że ma nas, kilkoro bliskich jej osób. Bo przez czterdzieści osiem lat nie miała przy sobie nikogo takiego. Oczywiście poza ojcem i Kingą.
Teraz ma nas. A przede wszystkim ma mnie, czyli – jak sama lubi powtarzać – ma wszystko.
Są dwie teorie na temat spóźniania się na spotkanie. Obie wymyślili psychologowie, moi koledzy po fachu. Pierwsza mówi, że spóźnialscy sabotują sami siebie – nie doceniają własnej wartości, źle zarządzają czasem i przez to sami utrudniają sobie życie. Ma to sens, chociaż mnie coś w tym zgrzyta i nie do końca w to wierzę, mimo że to twierdzenie opiera się na badaniach. Druga teoria bardziej do mnie przemawia: spóźnialscy łakną uwagi i chcą swoim wejściem zrobić wielkie „Wow”.
Tania i Borys są tego doskonałym przykładem. Na ich widok, odpicowanych tak, że mucha nie siada, wszyscy robimy przeciągłe „Wooow”. Ale to ich dzień i ich święto, więc tak należy. Poza tym nikt nie ma pretensji o te pół godziny czekania. Wszyscy wiemy, jak bardzo zabiegana jest Tania.
Teraz też się tłumaczy:
– Musiałam zostać do południa w firmie, więc ledwie się wyrobiłam. Pewnie umieracie z głodu. Dali wam chociaż przystawki?
Kręcimy przecząco głowami.
– Tylko wino.
Tania marszczy lekko brwi. Jest gospodynią wieczoru, więc czuje się w obowiązku wszystko naprawić, i to natychmiast.
– Zaraz zawołam kelnerkę – mówi, a w jej oczach błyska znajomy ognik energii, który zawsze pojawia się, gdy przejmuje kontrolę. – A tak w ogóle to zdążyliście się już poznać?
Chodzi jej o dwoje młodych ludzi siedzących po przeciwnej stronie stołu, na wprost mnie i mojego męża Piotra. Kiedy tylko tu weszli, od razu zajęli krzesła stojące tyłem do okna, a przodem do wejścia – jakby chcieli mieć na oku wszystkich wchodzących.
To pierwszy raz, kiedy spotykamy się twarzą w twarz z synem Borysa, Hubertem, i jego dziewczyną, Arletą. On jest chudym i niewysokim szatynem z włosami do ramion – są byle jak obcięte i zasłaniają mu pół twarzy. Do tego jest blady jak szpitalna ściana. Arleta to zupełnie inny typ – to seksowny kociak o ciemnobrązowych puklach sięgających pasa, ułożonych w hollywoodzkie łagodne fale. Cerę ma porcelanową, a usta pomalowane bordową pomadką. Jest ubrana w czarną sukienkę obfitującą w koronkowe prześwity. Ewidentnie lubi się wyróżniać. On ma na sobie proste dżinsy i białą koszulę, jakby zaraz miała się zacząć Wigilia. Pasują do siebie jak pięść do nosa. Łączy ich jedynie wiek i – co widać od razu – szalejące hormony. Ciągle się dotykają. Właściwie to ona dotyka jego; po plecach, dłoniach i, dyskretnie, ale jednak, po udach, a on nie protestuje. Ma minę chłopca, który nie do końca wierzy w swoje szczęście. Bo ona, mimo całego swego wyuzdania, jest naprawdę ładna.
Ile mogą mieć lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia dwa? Borys musiał go spłodzić, kiedy sam miał jeszcze mleko pod nosem. Młodzieńcza głupota – dziecko zrobiło dziecko.
Piotr kiwa głową, że tak, że już zdążyliśmy zamienić ze sobą kilka zdań. Dorzuca przy tym, że Hubert jest bardzo podobny do Borysa. Moim zdaniem w ogóle nie jest. Chłopak nie przypomina swojego ojca w niczym. Ale Piotr lubi mówić ludziom miłe rzeczy, a przecież każdy rodzic czuje się połechtany takim porównaniem.
Borys też jest dumny z syna.
– Młody to moja krew! Udał mi się synek!
Poklepuje przy tym chłopaka po karku.
Zmieniamy temat i zaczynam mówić o tym, że wraz z Piotrem planujemy wyjazd do Toskanii. Mój mąż jest pisarzem i szuka natchnienia. Tu, w Polsce, nie potrafi go znaleźć. Więc może z dala od domu, w wynajętym na miesiąc pokoju z widokiem na winnicę, uda mu się złapać wenę. A mnie też przydadzą się wakacje, bo to, co robię, daje mi się mocno we znaki. Temat „pomoc młodym ludziom w kryzysie psychicznym” jest jednak dość przygnębiający, więc szybko go zamykamy. W końcu przyszliśmy tu po to, aby świętować, a nie narzekać. Dla mnie jednak ważniejsze od urodzin Borysa jest spotkanie z Tanią – tak dawno się nie widziałyśmy, że nie możemy się sobą nacieszyć i na siebie napatrzeć. Ona znów trochę schudła, a ja też dość mocno zmieniłam swój wygląd.
– Ach, te twoje włosy! Wreszcie przekonałaś się do loków i widzisz, jak ci w nich dobrze? Nigdy więcej ich nie prostuj! Obiecaj! Prawda, kochanie, że teraz Kinga wygląda jak Carrie Bradshow? Ta z Seksu w wielkim mieście. Oddałabym życie za takie włosy!
Borys udaje, że zaniemówił z wrażenia. Kładzie dłoń na piersiach i otwiera szeroko usta, jakby nagle przestał oddychać. To jego stary numer i wykonuje go po mistrzowsku. Wie, że zawsze mnie to bawi.
– Oddychaj – mówię z uśmiechem i trącam go w ramię, żeby przestał, bo z tego zachwytu gotów się udusić. – Nie możesz umrzeć w swoje urodziny, to by dziwnie wyglądało na nagrobku. Wyobrażasz sobie ten napis?
Łapie wreszcie powietrze i mówi:
– Może gdybym umarł, Piotr miałby wreszcie jakiś ciekawy temat do swojej książki. Powiedz mi, co jest z nim nie tak, że za cholerę nie może się przebić z tymi swoimi kryminałkami?
Piotr udaje, że tego nie słyszy, a ja udaję, że mnie to bawi, choć czuję, jak rośnie mi ciśnienie. Kwestia kariery pisarskiej mojego męża w ogóle mnie nie śmieszy. To raczej pole minowe, po którym trzeba wiedzieć, jak stąpać, aby Piotr nie popadł w depresję. Jeszcze mniej bawi mnie to, że Borys pod przykrywką żartu próbuje mu dopiec. Nie wiem tylko za co ani po co. Może dlatego, że w przeciwieństwie do niego Piotr usiłuje zrobić coś sensownego ze swoim życiem. Nieważne, że skutek jest marny. Ważne, że próbuje. A Borys? Staram się być dla niego uprzejma, ale prawda jest taka, że to dupek. Jedyne, czym się może pochwalić, to ten uśmiech wiecznego chłopca i żona, która ogarnia całą firmę, dom i jego zachcianki. Gdyby nie Tania, nie byłoby ani szynki w lodówce, ani perfum Diora w łazience. Czuła się tak zmęczona samotnością, że zakochała się w nim bez pamięci.
Teraz też wpatruje się w niego oczami pełnymi miłości. Są po ślubie dopiero rok, więc może dlatego. W każdym razie w tej chwili widzę ją autentycznie szczęśliwą.
Sięgam po dzbanek z wodą i pytam, komu nalać, bo chcę jak najszybciej zatrzeć ślad po tym niemiłym dla Piotra incydencie. Każdy podsuwa swoją szklankę, poza Borysem. Już nie zwraca na mnie uwagi. Jest zajęty rozmową z synem. Ta rozmowa jest bardzo cicha, właściwie to szept. Do tego musi być poważna, bo Borys co pewien czas napręża palce rąk, jakby były pod napięciem. Docierają do mnie jedynie skrawki sylab, więc nawet nie próbuję zgadnąć, o co chodzi.
Odstawiam dzbanek i szukam wzrokiem Tani, ale nigdzie jej nie ma. Pewnie poszła szukać kelnerki, żeby ta zebrała wreszcie nasze zamówienia.
– Pan podobno jest pisarzem? – słyszę nagle głos Arlety. – Co pan pisze? Kryminały, naprawdę? Ekstra! Może jakiś czytałam? Niech mi pan poda jakiś tytuł. No niestety… nie kojarzę. Wie pan, co słyszałam o autorach kryminałów? Że potrafią wymyślać plan zbrodni absolutnie wszędzie. Niech się pan przyzna, pan też to robi? Może nawet teraz coś chodzi panu po głowie?
– Nie… Tu nie da się nic wymyślić. Ale masz rację. Wszystko może stać się inspiracją.
– Nawet ja?
– To zależy, co masz do zaoferowania.
– O, bardzo dużo. Pan nie wie, ale ja też jestem artystką. Aktorką. Jeszcze nie zawodową, jednak już niedługo dostanę rolę w pewnym dużym przedsięwzięciu. Tylko najpierw muszę przejść casting. Boże, jak ja marzę o tej roli! Dałabym się dla niej pociąć. Tam też jest zbrodnia, wie pan? Pan nigdy nie myślał o napisaniu scenariusza do filmu? To by dopiero było, gdybyśmy pewnego dnia spotkali się na planie.
Jest głodna sukcesu. Nieważne, że nikt nigdy o niej nie słyszał. Jeszcze usłyszy. Jest młoda, zdeterminowana i wygląda zjawiskowo. Wystarczy, że pozbędzie się tej swojej pseudogwiazdorskiej maniery, jaką jest ciągłe odgarnianie do tyłu włosów. Arleta robi to powolnym, teatralnym gestem, wyginając szyję i lekko rozchylając usta. Za wszelką cenę chce skupić na sobie uwagę nawet tutaj, w zwykłej restauracji. Jest w pełni świadoma swojej urody jako kobieta, ale mniej pewna własnej wartości jako człowiek. Od razu widać, że ma w sobie jakiś emocjonalny brak, który próbuje zakryć efekciarstwem i przerysowanym wdziękiem.
Piotr natomiast jest facetem, a faceci dają się złapać na ładne oczy, ochy i achy. To zawsze działa bez pudła. Zainteresowanie dziewczyny schlebia mu na tyle, że nie umie sobie z nim poradzić. Strzela kostkami palców, sprawdza też, czy jego włosy związane na czubku głowy w kitkę przez przypadek nie odpadły. Okazuje się, że są na miejscu. Trochę to wszystko zabawne, a trochę żałosne. Łapię się na tym, że czuję ukłucie zazdrości, choć nie powinnam. Przecież po kolacji każde z nas rozejdzie się w swoją stronę.
– Zobaczymy – odpowiada Piotr, dorzucając filuterny uśmiech.
– Byłoby niesamowicie! Wie pan, że nigdy wcześniej nie poznałam żadnego pisarza. Ile pan wydał książek?
Arleta okręca sobie wokół palca pasmo włosów i wpatruje się w niego wzrokiem zauroczonego cielęcia.
– Cztery, więc można powiedzieć, że dopiero startuję.
– Cztery to bardzo dużo! – Oczy dziewczyny robią się okrągłe. – Ja nie umiałabym napisać nawet jednej strony!
Na usta ciśnie mi się „Niemożliwe”, ale postanawiam trzymać język za zębami.
Arleta już nabiera powietrza, gotowa na kolejne pytanie, ale na szczęście w tym momencie wraca Tania. Tuż za nią drepcze kelnerka, niosąc karty dań i elektroniczny notes.
Zaczyna się rytuał wyboru – absurdalnie długi moment, w którym każdy głowi się nad tym, czy postawić na grillowaną ośmiornicę, czy może jednak na żebro wołowe. Rozważania nad menu mają w sobie coś z egzystencjalnej decyzji – jakby od tego, co trafi na talerz, zależała reszta naszego życia.
Tylko Hubert nie wydziwia. Od razu mówi, że na główne danie chce krewetki w białym winie, a na deser sernik. To w ogóle jedyne, co wypowiada na głos, bo wcześniej albo milczał, albo szeptał o czymś z ojcem. Po złożonym zamówieniu ponownie wycofuje się z dyskusji. Widać, że nie chce, aby ktokolwiek zwracał na niego uwagę. Unika kontaktu wzrokowego, co przy tak długich włosach nie jest akurat wyzwaniem. Im dłużej go obserwuję, tym bardziej czuję, że ma w tym swój cel. To trochę dziwne dla ludzi w jego wieku. Młodzi zwykle chcą być zauważeni, dlatego są głośni i ekspresyjni. Jak Arleta. A on? On chowa się w skorupie ciszy i braku uwagi, bo tam jest mu dobrze i bezpiecznie. Jakby chciał być niewidzialny.
Więc nie, zdecydowanie nie przypomina swojego ojca.
Coś mnie intryguje w tym chłopaku, kiedy tak na niego patrzę. Coś niepokoi. Poczułam to od razu, jak tylko się odezwał w sprawie tych krewetek i sernika. Nie potrafię jednak tego nazwać, przynajmniej na razie.
Zwykle nie imprezuję z ludźmi w wieku moich rodziców. Towarzystwo przypomina raczej skład rady osiedla aniżeli ekipę, z którą można się dobrze bawić. Jestem tu tylko dla Huberta, a on z kolei jest tu dla swojego ojca, któremu właśnie stuknęła czterdziestka. Czwórka z przodu oznacza jedno: facet oficjalnie przekroczył strefę cienia. Nie rozumiem, co tu świętować i z czego się cieszyć, no ale skoro musi… Reszta gości już od dawna rezyduje w tej strefie, więc spędzenie z nimi kilku godzin to jak oglądanie filmu, którego treść i finał zna się na pamięć – człowiek tylko czeka, aż zaczną lecieć napisy końcowe.
Z góry wiem, o czym będą gadać: o wypaleniu w pracy, o rozwodach wśród znajomych i o cudownym działaniu na jelita płatków owsianych wrzucanych na naturalny jogurt. Całe szczęście, że nikt tu nie ma małych dzieci, bo wjechałoby jeszcze ząbkowanie i kącik opowieści o pieluchach i śpiewających nocnikach. Ale o jelitach to na bank będzie gadane. Dlatego umówiliśmy się z Hubertem, że odklepiemy dwie, góra trzy godziny i się ulotnimy. Trzeba tylko znaleźć dobrą wymówkę. Wchodząc tu, jeszcze jej nie wymyśliliśmy, ale kiedy usłyszałam, że Hubert zamawia krewetki, po których zawsze ma rewolucję w żołądku, i do tego sernik, mimo że nie toleruje laktozy – od razu wiedziałam, że mamy plan – zrozumiałam, że wyjście awaryjne już jest. Hubert lubi od czasu do czasu iść na całość. Tym razem poszedł wyjątkowo ostro. Na moje oko wyjdziemy stąd zaraz po wręczeniu prezentów, czyli za jakieś półtorej godziny.
Póki co impreza się nie klei. Próbowałam pogadać przez chwilę z typem kreującym się na wielkiego pisarza. Nigdy o nim nie słyszałam. Wydał cztery książki, ale z tego, co zrozumiałam, wszystkie zaliczyły twarde lądowanie. Mimo to próbowałam się trochę nim pozachwycać, jakby miał co najmniej perspektywę na literackiego Nobla. Zawsze to podbudowuje artystów, więc chciałam być miła. Kobieta, z którą przyszedł, nie wyglądała na zachwyconą moim udawanym entuzjazmem, więc szybko spasowałam. Niby psycholog, a jednak nie potrafi ukryć zazdrości. Żenujące.
Tak naprawdę nie mam tu z kim gadać. Tylko Tania jest spoko, ale dziś jest lekko zagoniona.
– Wyjdziemy na taras? – Hubert wyrywa mnie z zamyślenia nad nędzą tej całej sytuacji. – Tyłek mnie boli od tego siedzenia, a jedzenie i tak przyniosą dopiero za jakieś dwadzieścia minut.
Taras wydaje się super opcją. Wychodzimy pod pretekstem zapalenia papierosa. Choć Tania staje na głowie, by rozruszać towarzystwo, atmosfera zgęstniała i wisi jak dym nad sceną. Pewnie przez to dogryzanie Piotrowi przez Borysa. Wystarczyło jedno głupie zdanie, a klimat bezpowrotnie siadł.
Kiedy przekraczamy próg tarasu, nikt nie odprowadza nas wzrokiem. Z wyjątkiem Kingi. Jej spojrzenie sunie za nami jak cień. Patrzy głównie na Huberta. Nie w sposób romantyczny, chociaż wiem, że starsze kobiety lubią sobie fantazjować o młodszych facetach. Tu chodzi o coś zupełnie innego.
Zamykam za nami szklane drzwi.
– Kinga wyraźnie się tobą interesuje – mówię, nie spuszczając wzroku z jej sylwetki za szybą. – Wiesz, co tu jest grane?
– Może się jej podobam.
Hubert wzrusza ramionami, robi dziwną minę, która ma być zabawna, i patrzy w dół, na sunące ulicą samochody.
Zapalam papierosa i rozglądam się za popielniczką. Żadnej tu nie ma, składam więc na pół restauracyjną serwetkę i w nią strząsam popiół.
– Nie lubię wścibskich ludzi, a ona mi na taką wygląda. Myślisz, że każdy terapeuta taki jest? – próbuję ponownie zagadać.
– Psycholog.
– Co?
– Jest psychologiem, nie terapeutką.
– Co za różnica. Jedni i drudzy lubią wścibiać nos w nie swoje sprawy. Kiedy ci powiedziała, że jest psychologiem, bo nie słyszałam?
– Nie wiem… Nie pamiętam… Jakoś między słowami.
– Między słowami? Przecież nie zamieniłeś z nią ani jednego.
– Wyluzuj, Mała. Czy to ważne?
– Bo ja wiem. Chyba nie.
– To odpuść. Nie masz większych zmartwień?
Nie idzie mi ten papieros. Oddaję niedopałek Hubertowi. Kończy go trzema solidnymi machami.
Od kiedy weszliśmy do Vitkaca, jest napięty. Nigdy nie był duszą towarzystwa, ale teraz to już przegina.
– Tania jest niesamowita. Naprawdę się postarała – zmieniam temat, widząc, jak do stojącego w restauracji fortepianu zasiada starszy mężczyzna w ciemnym garniturze. – Zapowiada się muzyka na żywo.
Po chwili docierają do nas pierwsze dźwięki Fly Me to the Moon Sinatry.
Pianista gra naprawdę dobrze, czym nam obojgu poprawia humor. Obejmuję Huberta w pasie i zaczynamy się kiwać miarowo na boki. Przez chwilę jest jak w La La Land – istniejemy tylko my dwoje, a reszta świata gdzieś znika. Hubert, trochę sztywny, depcze mi po stopach, ale i tak jest mi dobrze. Nasz taniec nie trwa niestety długo. Kiedy kończy się Fly Me, słyszymy pukanie w szybę. Tania woła nas na obiad. Właśnie podano zupę.
Kiedy wracam z WC, wszyscy siedzą już nad talerzami z zupą, ale nie jedzą. Czekają. Chyba na mnie, bo tak wypada, żebyśmy zaczęli jeść jednocześnie. Mamy być zgrani jak pływaczki synchroniczne.
– Wygląda na to, że czas w ubikacji biegnie wolniej niż tutaj – silę się na cienki żart.
Tania patrzy na mnie wyrozumiale i uśmiecha się uprzejmie.
– Siadaj i jedzmy już, bo zaraz wszystko wystygnie.
Nim zdążę podnieść łyżkę, Kinga dorzuca swoje:
– Piotr od pewnego czasu przestał patrzeć na zegarek.
Fakt, przestałem. Tylko po co o tym opowiadać.
– Zamierzasz żyć jak hipis? – Tania ociera usta serwetką. – Też próbowałam, ale poległam. Nie przy tym ciągłym kołchozie, jaki mam w firmie.
– U ciebie przynajmniej coś się dzieje. Mnie chodzi raczej o twórczą energię. Muszę wreszcie zwolnic blokadę, a presja czasu i życie według zegara robi z niej totalną miazgę.
Borys ma minę, jakby chciał powiedzieć: „Przecież ty nie masz żadnej energii, człowieku”. Tania też to widzi. I, o ile ją znam, zaraz będzie próbowała ratować sytuację.
– To jakaś nowa teoria? Nie słyszałam.
– Bronowicz tak uważa – Kinga znów wyręcza mnie w odpowiedzi.
– Ten pisarz?
– Wybił się ostatnio. Przez tyle lat nikt o nim nie słyszał i nagle bum! Jego ostatnia książka miała aż trzy dodruki, nieźle, co? Facet chwali się, że sprzedał milion egzemplarzy po polsku i angielsku, bo za granicą też go wydają. Teraz śmieje się w twarz tym, którzy przez lata byli na pisarskim świeczniku, a jego mieli za grafomana. Więc nic dziwnego, że Piotr ma go za guru.
Mam ochotę kopnąć ją pod stołem w kostkę. Nie znoszę, jak publicznie robi się ze mnie pisarską karykaturę – kogoś, kto nie ma własnego pomysłu na siebie i zrzyna go od innych.
– Ostatnio był z nim wywiad w telewizji. Dziennikarz zapytał, co pomaga mu w pracy, a ten powiedział, że odkąd powyrzucał z domu wszystkie zegary, czuje się wolny, a jego pisarska fantazja po prostu szaleje. Pewnie nie wiecie, ale Piotr…
– Kochanie, oni nie chcą tego słuchać – przerywam jej w pół zdania.
Mówię na tyle ostro, że powinna wyczuć mój nastrój.
– …Piotr kolekcjonuje rady wszystkich znanych pisarzy – Kinga mówi dalej, beztrosko wymachując łyżką. – Założył nawet specjalny notes, w którym je zapisuje. Ma nadzieję, że któraś w końcu zadziała.
Śmieje się przy tym, bo to przecież bardzo śmieszne. Jej kieliszek po winie jest pusty, więc już łapię, skąd ten dobry humor. Na trzeźwo by mi tego nie zrobiła. Poza nią nie śmieje się nikt, nawet Borys, choć nigdy nie przepuszcza okazji, żeby po mnie pojechać.
– Chciałam tylko powiedzieć, że nie ma nic złego w szukaniu inspiracji u lepszych od siebie.
Niech mnie najlepiej podepnie do dwóch koni i rozerwie na pół – i tak będzie mniej bolało. Teraz czuję się wręcz podle. Pozostała czwórka również wyczuwa niezręczność sytuacji, dlatego udają, że są śmiertelnie skupieni na tym, co mają w talerzach. Siedzą ze schylonymi głowami i wiosłują w minestrone.
– Ja tam pana rozumiem – odzywa się nagle Arleta. – Też dałabym wszystko za przepis na sukces. Jeśli ktoś już go znalazł, to czemu z niego nie skorzystać.
W jej okrągłych, ciemnych oczach widzę, że jest po mojej stronie. Czeka, aż jej podziękuję, ale nie zamierzam brnąć w tę dyskusję. Też chwytam za łyżkę i zanurzam ją w zupie.
– Piotr nic innego nie mówi, jak tylko „Muszę dołączyć do pisarskiej elity, muszę dołączyć do pisarskiej elity” – Kinga wciąż się rozkręca. Kładę dłoń na jej dłoni i lekko ją zaciskam, co powinna odebrać jako jasny sygnał, że ma zamknąć buzię. Ale najwyraźniej wciąż nie rozumie, jak bardzo mnie ośmiesza. – Nie może przeboleć, że nikt go nie docenia. Aż mi go szkoda.
Czuję, jak wszystko się we mnie zaciska. Na ratunek idzie mi tym razem Tania.
– To tylko kwestia czasu. Piotr ma talent, a to najważniejsze. Poza tym żaden artysta nie ma dziś łatwo.
Arleta przytakuje z aktorską intensywnością.
– Właśnie. Ze mną jest podobnie – mówi, patrząc mi prosto w źrenice. – Ja czuję to samo. Brak sukcesu potrafi człowieka wypatroszyć z chęci robienia czegokolwiek. Ale nie wolno się poddawać. Nigdy.
Jest zabawna w tym swoim zacięciu.
– Coś panu powiem – ciągnie dalej. – Teraz są takie czasy, że wystarczy jedno zdarzenie, by wypłynąć. Jedno, ale za to mocne. Takie, żeby wszyscy je zapamiętali. Coś, co wyrwie ludzi z butów, rozumie pan? A potem to już samograj. Niech tylko media połkną haczyk, a zaczną dziać się cuda.
Ameryki nie odkryła. Tylko że ja żadnym skandalistą nie jestem. A może jednak nadeszła pora, żebym wreszcie odpalił jakąś bombę? Co by było, gdybym zamiast pisać o zbrodniach, jakąś popełnił? Choćby za to, co właśnie usłyszałem z ust mojej żony.
To oczywisty żart. Nie wiem, co musiałoby się naprawdę stać, żebym posunął się do ostateczności.
A minestrone jest pierwsza klasa.
Mój nastrój jest dziś mocno koślawy, i to od samego rana. Od lat śpię płytko i krótko, ale ostatnia noc dała mi wyjątkowo w dupę. Niepotrzebnie wypaliłem zioło. Generalnie już nie palę, ale tym urodzinowym spotkaniem tak się spiąłem, że dla wyluzowania zapaliłem. Wtedy się zaczęło. Oblazły mnie koszmary i migawki z przeszłości. Powracające obrazy i dźwięki – szelest materaca, bluzgi dochodzące zza ściany i obrzydliwy zapach chloru do dezynfekcji łazienki.
Chciałem się znieczulić, a wyszło na odwrót. Takie spędy po prostu są nie dla mnie. Dużo bardziej wolę samotność i ciszę. Ewentualnie mogę jeszcze pobujać się z Arletą, ale i to nie zawsze. Problem w tym, że dziewczyny jak już złapią faceta, to lubią siedzieć mu na głowie od rana do nocy. Na szczęście Arleta umie sobie zorganizować dzień. Gania na castingi do filmów, telewizji i teledysków. Wszędzie się wciska. A jak nie gania na te przesłuchania, to uczy się na pamięć tekstów i ról, a potem wrzuca te nagrania na YouTube. Ma nadzieję, że jakiś sławny reżyser ją tam zauważy i zaangażuje do roli. Twierdzi, że dzięki temu robi sobie wielopoziomowe portfolio. I niech robi, wiem, że to ją strasznie kręci. W każdym razie potrafi zająć się sobą. Jest idealną partnerką i razem mieszka się nam elegancko.
Co innego siedzenie kilka godzin w grupie ludzi, którzy będą próbowali ze mną o czymś rozmawiać. Już samo myślenie o tym zerwało mi sen z powiek. Lekarz pewnie stwierdziłby u mnie nerwicę. Dlatego musiałem zapalić.
I jeszcze ten Vitkac. Nie przywykłem do eleganckich lokali. Czuję się w nich totalnie głupio, jak dresiarz na gali operowej. Knajpa z tarasem i pianistą zdecydowanie nie jest dla mnie. Już dużo lepsze są ciemne parki albo ciche cmentarze. Wszelkie miejsca, gdzie nie ma tłumów. Ale jestem tu. Dlatego, gdy tylko pojawiła się opcja, żeby wyjść z sali na powietrze, od razu ruszyłem tyłek.
Na tarasie nie ma nikogo, czyli jest tak, jak lubię. Do tego powietrze pachnie latem i rozgrzanym asfaltem. To dobry zapach, o wiele lepszy od tego, który czułem przez sześć lat, będąc w zupełnie innym miejscu. Tam waliło na zmianę potem, rzygowinami i płynem do dezynfekcji. Tamten smród wżarł mi się w pamięć jak tatuaż pod skórę. Więc, dla kontrastu, zapach miejskiego asfaltu to prawdziwe perfumy.
Na powietrzu od razu mi lepiej. Arleta chce zatańczyć i przy okazji pstryknąć sobie kilka zdjęć do portfolio. Godzę się, ale pod warunkiem że nie będzie mnie w kadrze. Plecy lub tył głowy mogę pokazać, ale nie twarz.
Kiwamy się trochę na boki, do przodu i w tył, póki Tania nie zawoła nas do stołu. Siadam nad zupą, odruchowo zasłaniając ręką talerz. Cofam ją dopiero po tym, jak ojciec chrząka do mnie znacząco. Tu nie trzeba walczyć o jedzenie, ale wygląda na to, że chyba nigdy nie wyzbędę się tego obciachowego nawyku. Na wszelki wypadek wsuwam lewą rękę między uda, by się więcej nie wygłupić.
Ojciec jeszcze przez chwilę patrzy na mnie czujnie, jak na jakiś ładunek wybuchowy. Dla jasności – rozumiem go. Nie chce, żebym wyrwał się z czymś, co schrzani to przyjęcie. A ja… ja po prostu chcę je przetrwać.
Zaraz po zupie przynoszą drugie dania. Dla mnie to ulga. Nie ma czasu na rozmowy, bo w klimatyzowanej sali wszystko szybko stygnie. Każdy skupia się więc na tym, co ma na talerzu. Ja mam krewetki, które nadziewam na widelec i wsuwam jedną po drugiej. Czekam, aż zacznie mi się robić od nich niedobrze. Wtedy się stąd zwinę.
Zabawa w trucie żołądka trwa w najlepsze, kiedy kątem oka wychwytuję zaciekawione spojrzenie Kingi. Myśli, że tego nie zauważam, bo nawija o jakimś pisarzu, a do tego jest napruta winem. Ale ja widzę to doskonale. Arleta miała rację, ewidentnie mnie skanuje. Czuję, że zaczynam się pocić.
Połykam ostatnią z krewetek i odkładam widelec na talerz.
– Wiesz już, co chcesz dostać na urodziny? – rzucam w stronę ojca, by przekierować uwagę ze mnie na niego.
Ojciec nie jest jak każdy normalny człowiek. Nie cieszy się z gotowych niespodzianek i nie rozpakowuje prezentów, zrywając z nich kolorowy papier.
– No właśnie, wymyśliłeś już coś? – dołącza się Tania. Wpatruje się w niego z tkliwym uśmiechem, gotowa spełnić każde jego marzenie. – Mów! Wszyscy jesteśmy ciekawi, co ci chodzi po głowie.
Ojciec chwilę milczy, ale i tak doskonale wiem, czego chce. O czarnym Porsche Cayenne nawijał mi chyba ze sto razy. Ale nie wykrztusi tego tutaj, przy wszystkich. Tania ma wprawdzie kasy jak lodu, ale są dopiero rok po ślubie, więc wypadałoby zachować pozory przyzwoitości. Nie obskubie jej przecież na starcie na pół miliona. Członkostwo w klubie tenisowym, firmowe zegarki i skoki spadochronowe – to jeszcze ujdzie. Ale Porsche? Na to musi poczekać kolejny rok albo i nawet cztery, do pełnej, piątej rocznicy. No chyba że Tania nagle umrze i zostawi mu w spadku całą górę hajsu.
– Może was zaskoczę, ale… nie chcę nic – mówi w końcu.
Kinga i Piotr nie wyglądają na zaskoczonych. Ojciec zdążył już nazbierać trochę super zabawek. Ma już wszystko, oczywiście poza tym czarnym Porsche.
Arleta, choć w tej chwili nikt jej nie nagrywa, przewraca filmowo oczami. Chyba mu nie dowierza. Za to Tania ma ewidentny zgryz.
– Kochanie, tak nie można… To przecież twoje urodziny. Zupełnie nic?
Ojciec kręci głową.
– Wystarczy mi, że mam ciebie.
Istna komedia.
– Niezłe jaja – szepcze mi do ucha Arleta. – Słyszałeś?
Każdy to słyszał. Ojciec wyartykułował swoje wyznanie na tyle głośno, by każdy dobrze zrozumiał, że kocha Tanię ponad wszystko i że ich związek jest idealny. Szkoda, że w tym rozrzewnieniu zapomniał o mnie, że ja też coś tam dla niego znaczę. Chociaż nie… ja jestem tylko przeszkodą. Robię za życiową komplikację.
Kurwa… Ile ja razy słyszałem, że na to, aby był ze mnie dumny, muszę srogo zapracować! Wbił mi to do głowy lata temu, kiedy byłem dzieciakiem. „Staraj się. Przecież wiesz, na co liczę”. Wiedziałem. Wiem to do dzisiaj. Słyszałem to nawet kilka minut temu, bo powtarza mi to za każdym razem, kiedy się widzimy.
– Ojciec ma takie jedno marzenie… – mówię tak głośno, że aż sam się dziwię, że tak się da.
Stary obraca się w moją stronę.
– Synu, daj spokój, mnie nic nie trzeba…
– Nigdy dotąd nie płynął jachtem – mówię dalej, po czym zwracam się bezpośrednio do Tani. – Podobno masz patent sternika.
Jest zaskoczona pytaniem, bo niby skąd ja mam o tym wiedzieć.
– Ojciec mówił, że pokazywałaś mu stare nagrania ze swoich rejsów.
– To było tak dawno temu! Patent zrobiłam przed laty, kiedy byłam na czwartym roku studiów.
Macha dłonią, bagatelizując temat.
– Razem go robiłyśmy, pamiętasz? – odzywa się Kinga nieco bełkoczącym głosem. – Byłaś dużo lepsza ode mnie. Od razu łapałaś wszystko, jakbyś urodziła się na jachcie. Te liny… i ustawienia żagli! Ja musiałam wkuwać wszystko po sto razy. Do egzaminu też podchodziłam ze sto razy. – Parska śmiechem tak, że aż musi przyłożyć do ust serwetkę. – Już po drugim miałam dość, ale zmusiłaś mnie, żebym nie odpuszczała.
– Świętowałyśmy potem całą noc. Pamiętasz, jak wypożyczyłam dla nas stroje marynarskie? O mój Boże, wyglądałyśmy tak komicznie! Ale byłyśmy gotowe opłynąć cały świat.
– I prawie to zrobiłyśmy! Już tydzień później w ramach nagrody popłynęłyśmy wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. Wypożyczyłyśmy jacht. Jak on się nazywał… – Kinga pstryka palcami w powietrzu.
– Białe Tango.
– Tak, Białe Tango! Maszyna była sztos! Do tego hybryda, miała żagle i silnik. Prawdziwe cacko. A noce, pamiętasz? Rzucałyśmy kotwicę w portach, a potem kładłyśmy się na pokładzie z butelką wina i gadałyśmy o głupotach, gapiąc się w gwiazdy. Szłyśmy pod pokład, dopiero jak zaczynało ciągnąć od wody, że aż z zimna siniały nam usta.
– Do dziś nie wiem, jak dałyśmy radę sterować tym jachtem tylko we dwie.
– Wariatki! – Kinga kręci z niedowierzaniem głową. – Normalnie, wariatki!
– Nie zapomnę tego rejsu do końca życia.
Ewidentnie wywołałem dobre wspomnienia. Wyczuwam, że na sentymencie Tani mogę co nieco ugrać. Na przykład to, aby ojciec już nigdy więcej nie powiedział do mnie, żebym wciąż się starał. Nie ufa mi, choć „staram się” już od tylu lat.
– Możesz go powtórzyć – mówię. – Ojciec nigdy dotąd nie pływał na otwartym morzu. Zrób powtórkę, ale tym razem z nim.
Ojciec na razie nie protestuje. Może nagle zapomniał o czarnym Porsche i jacht wydał mu się czymś równie ciekawym. W końcu do kompletu jego ekskluzywnych dokonań brakowało jeszcze czegoś takiego jak rejs.
– Sam nie wiem… – mówi po chwili zastanowienia. – To chyba byłby zbyt duży kłopot. Poza tym wynajem jachtu kosztuje fortunę.
Tania uśmiecha się tajemniczo.
– Nie musimy go wynajmować.
– Tylko co, mielibyśmy ukraść?
Tania przewraca oczami i robi to niegorzej niż Arleta.
– Kraść też nie musimy. Wiem, że was zaskoczę, ale… Białe Tango od zawsze należało do nas. I wciąż należy.
Nad naszym stołem zapada cisza. Zwykle po takich informacjach ludzie robią wielkie „Wooow”, ale tym razem nikt się nie odzywa. A nagłe milczenie zwykle zwiastuje kłopoty.
– Dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? – pierwsza odzywa się Kinga. Odnoszę wrażenie, że nagle otrzeźwiała. Do tego w jej głosie ewidentnie słychać pretensję.
– Sama nie wiem. Chyba bałam się, że poczujesz się z tym dziwnie.
– Teraz właśnie tak się czuję.
– Kinga, to było dwadzieścia pięć lat temu. – Tania próbuje chwycić ją za rękę, ale nic z tego, jej dłoń trafia w próżnię. – Daj spokój… Chciałam, żebyś myślała, że spędzamy wakacje na tych samych zasadach.
– Więc postanowiłaś mnie okłamać? Fakt, nie śmierdziałam wtedy groszem, bo który student nim śmierdzi. Ale to nie był powód, żeby mnie oszukiwać.
– Dla mnie liczyła się tylko nasza przyjaźń i to, co czekało nas na wodzie. Poza tym przecież się dorzuciłaś.
– Serio? O czym ty mówisz?! Dałam ci grosze! – Prychnięcie Kingi słychać chyba na drugim końcu sali. – Za te pieniądze mogłaś co najwyżej kupić płyn do szorowania pokładu. Ale ty mi wmówiłaś, że tyle wystarczy, że ten wynajem to po znajomości. No cóż… Fakt. Był po znajomości.
Jeszcze nie wiem, czy w tej rozmowie czuć więcej pretensji za niewinne kłamstwo sprzed lat, czy jednak ckliwy sentyment do starej przygody. Jednak ewidentnie coś między nimi rośnie.
– Mój ojciec dał nam wtedy tę łódź, bo chciał i mógł. Zamknijmy ten temat, dobrze? – Tania próbuje załagodzić sytuację.
Kinga odkłada widelec na talerz i krzyżuje ręce na piersiach. Nie mam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Nie jestem kobietą i nie wiem, co siedzi im w takich sytuacjach w głowach. Dla mnie to zwykła gównoburza.
– Tak, skończmy. Co było, to było. Chodziło mi tylko o to, że skłamałaś. – Kinga marszczy brzydko czoło. – I to tak prosto w oczy. Nie wiedziałam, że potrafisz. Tylko tyle.
Pianista chyba wyczuwa, że coś jest nie tak, bo kończy grę i odchodzi gdzieś na bok. Piotr kręci palcami młynka pod stołem i ewidentnie wstrzymuje się od stwierdzenia, że ten cały spór o rejs sprzed lat to jakaś dziecinada, a Arleta ma gęsią skórkę na rękach.
– Czujesz to? Jak w greckiej tragedii – porusza niemo ustami. – Normalnie ekstra…
Jedyne, co czuję, to że zaczyna mnie mdlić. Mój żołądek właśnie rozpoczął akcję o kryptonimie „Krewetkowa rzeź”.
Wszyscy milczą, nagle zajęci kończeniem jedzenia. Tylko ojciec się ożywia.
– Więc nadal je mamy, kochanie? To Białe Tango?
Nie wiem, czy Tania rejestruje to „mamy”, które pada z ust mojego ojca. Wątpię. Jest zajęta nalewaniem sobie wina do kieliszka. Zaraz potem wypija je kilkoma szybkimi łykami.
– Tak, łódź cały czas stoi w marinie, w Hiszpanii. Czyżbyś próbował mi powiedzieć, że jednak…?
Ojciec kiwa głową. Kwestia prezentu właśnie się rozwiązała.
Teraz
Alicante hiszpania
Cokolwiek mówić, cieszę się, że tu jestem. Nie zamierzałam przyjąć tego zaproszenia, ale pogoda w Polsce przez najbliższe dwa tygodnie zapowiada się pod psem, więc pragnienie poczucia letniego ciepła wzięło górę. Poza tym, bądźmy szczerzy, ile razy w życiu będę jeszcze mieć okazję znaleźć się na luksusowym jachcie?
Jeśli chodzi o moje zachowanie podczas urodzin Borysa, to przeprosiłam Tanię. Zareagowałam wtedy jak idiotka. Emocje wzięły górę, a przecież wystarczyło się chwilę zastanowić, żeby zrozumieć, że za intencjami mojej przyjaciółki stała zwykła, szczera chęć sprawienia mi przyjemności. I to w czasach, gdy stać mnie było co najwyżej na zapiekankę pod Centralnym. Piotr też usłyszał ode mnie przeprosiny. Dałam wtedy niezły popis, nie ma co. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, że dwoje najbliższych mi ludzi musiało zebrać ode mnie cięgi. Chyba powoli wchodzę w perimenopauzę.
Tym bardziej potrzebuję relaksu.
Z Okęcia wystartowaliśmy o czwartej rano, dlatego oboje z Piotrem jesteśmy trochę nieprzytomni. Na szczęście mamy kawę z tutejszego Starbucksa, więc powinna postawić nas na nogi. Popijamy ją, siedząc na ławce w marinie, i patrzymy na zacumowane łodzie. Po kilku pokładach kręcą się ludzie i przygotowują śniadania. Mają na sobie lekkie bluzki i szorty. Są na wakacjach, jak my. Pewnie będą jeść tosty albo omlety z duszonymi pomidorami. My na śniadanie mamy zabrane z Polski kanapki z szynką i żółtym serem.
Sięgam do podręcznej torby i wyciągam po jednej dla mnie i dla Piotra.
– Nie wiem jak ty, ale ja padam z głodu.
– Ja zjem później. – Piotr kręci głową.
Wgryzam się w bułkę i od razu robi mi się lepiej. Przeżuwam sobie spokojnie i obserwuję spacerujących po marinie turystów. Mimo wczesnej pory jest ich całkiem sporo. Rozpoznaję trzyosobową grupkę rozkrzyczanych dziewczyn – przyleciały tym samym samolotem co my i teraz też są właśnie tu, w najbardziej charakterystycznym miejscu w całym Alicante. Robią sobie zdjęcia na tle wody i piekielnie drogich jachtów. Na nosach mają przeciwsłoneczne okulary – podrobione Chanele z widocznym, równie podrobionym logo. Z tego, co mówią, pokręcą się trochę po okolicy i wrócą tu po południu, bo wtedy ludzi jest tu więcej, a one zamierzają poznać jakieś nowe, wyskokowe towarzystwo. Są głośne i ciągle mielą ozorami. Też kiedyś taka byłam, a teraz pozostaje mi tylko zazdrościć im tego, że są młode i wolne.
– Nie mogliśmy przylecieć późniejszym rejsem? – marudzi Piotr, wyciągając się na ławce i kładąc głowę na moich kolanach. – Z tymi walizkami nigdzie dalej nie odejdziemy. Nie wiem, jak tobie, ale mnie średnio chce się tkwić tu przez cały dzień.
Bagaże mamy dwa, i to całkiem spore. W jednym są ubrania i buty, w drugim pełen mix: trochę słonych przegryzek, kosmetyki i laptop mojego męża. Piotr ma zamiar pisać podczas rejsu.
– Nie jęcz. Późniejsze loty były dwa razy droższe – odpowiadam. – Zresztą kilka godzin czekania szybko zleci.
Tania ma się pojawić w marinie o osiemnastej. Wcześniej nie da rady – uprzedziła, że ma zaplanowaną telekonferencję na temat dalszego rozwoju BelleEpoque i nie ruszy się z hotelu do popołudnia. Potem musi jeszcze załatwić formalności w kapitanacie portu. Chodzi o papierologię; na wszystko trzeba mieć pozwolenie – zarówno na cumowanie, jak i na opuszczenie mariny. Jednym słowem – musimy mieć porządek w kwitach.
– Co z pozostałymi? – pyta Piotr, wyciągając nogi na ławce. – Nie widziałem ich w samolocie.
– Ani ja.
– Myślisz, że nie dotarli?
– Sama nie wiem. Mogli się rozmyślić albo coś im wypadło. W każdym razie Borys wyraźnie zażyczył sobie, żeby Hubert i Arleta popłynęli.
– No tak, ciąg dalszy urodzinowych życzeń Borysa…
– Raczej ich druga część. To miał być ich rodzinny rejs.
– Rodzinny? W takim razie co my tu robimy?
– My, kochanie, jesteśmy tu na doczepkę – mówię bez krztyny poczucia winy i wystawiam twarz do słońca. – To z kolei życzenie Tani. Żeby odkurzyć nasze wspomnienia.
– Wyjdzie na to, że my popłyniemy, a młodzi nie.
– Mała strata. Będzie więcej miejsca dla nas.
Piotr nasuwa na oczy swoją ulubioną czapkę z daszkiem i z naszywką Time For a Crime i po chwili, otulony zapachem lata, zasypia. Nasza ławka stoi w cieniu drzewa, które chroni nas przed palącym słońcem. Mimo wczesnej godziny musi być już z dwadzieścia pięć stopni. Też chętnie bym się wyciągnęła i ucięła sobie choć półgodzinną drzemkę, ale ktoś musi pilnować walizek.
A czy popłyniemy w rejs tylko we czworo? To okaże się już za kilka godzin.
Z Tanią rozmawiałam tydzień temu. Napomknęła mi wtedy, że Borys pozostawił całą organizację w jej rękach. Dlatego dokooptowała mnie i Piotra. „On będzie pracował nad książką, a ty pomożesz mi przy żaglach”, powiedziała; i dodała: „Nie przyjmuję odmowy, więc już teraz możecie zacząć się pakować”.
No to się spakowaliśmy. Nie mogę się doczekać, aż poczuję ten wiatr we włosach.
Na pewno wszyscy razem jakoś się ze sobą dotrzemy. Chodzi mi głównie o młodych, a właściwie o Huberta; długo się nad tym zastanawiałam. Podczas urodzinowej kolacji syn Borysa zachowywał się nienaturalnie. Był skrępowany i unikał kontaktu. Nie patrzył nam w oczy. Do tego opuścił restaurację zaraz po posiłku, właśnie wtedy, gdy kończyła się część oficjalna i przyszedł czas na luźną pogawędkę. To było dziwne. Miał idealną okazję, żeby pobyć z Borysem jak syn z ojcem. A jednak coś go stamtąd wygoniło. Wymówił się złym samopoczuciem, a my uznaliśmy, że tak właśnie jest, bo podobno chłopak często ma jakieś sensacje żołądkowe.
Jeszcze przez kolejne dni wracałam myślami do tamtego wieczoru. Patrząc na Huberta, miałam nieodparte wrażenie, że już go kiedyś spotkałam. I nadal tak uważam. Problem tylko, że nie mogę sobie skojarzyć, kiedy to było ani gdzie. Za to on kojarzy mnie doskonale. Dlatego unikał moich spojrzeń wtedy, w Concept 13, i dlatego – jestem tego niemal pewna – nie pojawi się teraz w Alicante.
Arleta od godziny sterczy przed lustrem. Przymierza kapelusze i wiąże na głowie chustki, bo próbuje wyglądać jak Grace Kelly. Nie mam serca powiedzieć jej, że żaden kapelusz nie zrobi z niej aktorki, jeśli nie wygra castingu, na który tak liczy. Do tego potrzebuje prawdziwego scenarzysty i reżysera, a nie fatałaszków. I, przede wszystkim, musi non stop ćwiczyć. To, co kiedyś robiła w amatorskim teatrze, było zabawą, a nie prawdziwym graniem. Już nie wspomnę, że od jej ostatniego występu na scenie minęło chyba z pięć lat. Nie mam też odwagi przyznać, że wcale nie chcę płynąć w ten cholerny rejs. Miał być imprezką dla ojca i dla Tani, nie dla nas. Owszem, zgodziłem się przylecieć do Hiszpanii, bo wiem, jak bardzo o tym marzyła, ale zamierzałem jej powiedzieć, że na tym koniec. Jeśli chce, niech leży na plaży ile dusza zapragnie, nawet w tych dziwnych kapeluszach, ale na jacht nie wsiądziemy. Powinna się cieszyć, że Tania opłaciła nam bilety i hotel i że w ogóle tu jesteśmy – oboje po raz pierwszy znaleźliśmy się za granicą. Czego chcieć więcej?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
